Zespół Odepa - Bartnicki Krzysztof - ebook

Zespół Odepa ebook

Bartnicki Krzysztof

0,0
34,90 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Krzysztof Bartnicki z wprawą alchemika łączy konwencje, tworząc mieszankę antycznej tragedii Edypa, kryminału od Christie czy Chandlera, twardego SF oraz opowieści osadzonej w PRL-u, gdzieś między epidemią ospy (1963) a końcem polskiego programu termojądrowego i początkiem zimy stulecia (1978). Usadowiona w opolskim urzędzie wojewódzkim tajna jednostka, udająca Oddział Dewizowo-Paszportowy (Odep), mierzy się z wyzwaniami rzeczywistości: inwazją czasu, nieuchronnością przyszłości, utratą pamięci. Działa przy tym w atmosferze Kafkowskiej niepewności, bez wiedzy i wskazówek, co robić, dlaczego oraz kiedy. Bartnicki wplata w fabułę doniesienia fizyki na temat losu człowieka, życia, ustrojów, kosmosu – słowem: wszystkiego. Zespół Odepato literacka uczta dla miłośników kryminału, narracji szkatułkowych i odważnych reinterpretacji klasyki.

Bartnicki, ten trikster polszczyzny, demiurg literatury? Po tym, jak przetworzył prozę Joyce’a na partyturę muzyczną, a pieśniom Kochanowskiego nadał raperski sznyt, by następnie (muszę się streszczać) orkadzkie wiersze SF oddać w neo-paleo-polszczyźnie łużycko-pomorskiej, wydawało mi się, że Bartnicki niczym mnie już nie zaskoczy. Jak bardzo się myliłem…

Jerzy Jarniewicz

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 312

Data ważności licencji: 12/31/2032

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



© by Krzysztof Bartnicki & Officyna, 2025

Wydanie I, Łódź 2025

Redakcja: Marek Baczewski

Korekta: Małgorzata Denys

Projekt okładki: Monika Rawska

Projekt typograficzny i skład: Monika Rawska

Na okładce wykorzystano zdjęcie ze zbiorów Narodowego Archiwum Cyfrowego oraz NASA Goddard Space Flight Center

Wydawnictwo Officyna s.c.

93-114 Łódź, ul. Przędzalniana 99

www.officyna.com.pl, [email protected]

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury

Druk i oprawa: PrintGroup Sp. z o.o.

ISBN: 978-83-67948-40-1

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotował Marcin Kośka

1. ENKYKLEMA

Ziemia nie rozlała jeszcze trzęsienia pod ludzi. Światło nie miało jeszcze liczących się szans, żeby wykazać się szybkością. Niemniej noc, postarzała, po przejściach, powracając z tajnych łowów, wyczuwała: oho, zaraz świt zawierci się w planach, od czego zacząć rządy. Stał w kolejce, stał – doczekać się nie może. Syczy, wyrodne dziecko ciemności: „I ja miasta cząstką, nie ty jedna”.

Na razie ciemność i jasność negocjują roznosicieli mleka. Którzy przeklną zepsute wejście do klatki (no po co tyle tych mieszkań robią?), to brak żarówki, przez który drogę zaskoczy wózek-wielegacha, chyba na trojaczki (ludzie tylko dzieci robią), to co, to jakieś pudło, olej, dajemy do windy, pudło, remont (oż, znów mamy kalwarię, Kaziu), gdzieś na wycieraczce makulatura rozwolniła się spod słabizny sznurka, schody, schody, odgłos ze zsypu, co, o tej godzinie, pewnie kot, to jakieś sanki zastawiające przechód, a jeszcze uważać żadnej donicy na końcu korytarza nie rozbić, bo później do spółdzielni się skarżą (ja uważam, że jak które chcą więcej zieleni, to niech na wieś jadą, a nie do stolicy), z brzękiem butelek zwrotnych, pod kapsle srebrne, kapsle złote, zależnie od abonamentu.

Do roznosicieli mleka noc chciała dodać okazyjnego pijaczka późną porą, który o imieninach Jana nie zapomniał – jakże, za Jasia mam nie wypić? trzeba pić, żeby żyć – a który wracając do siebie, zapomniał o nogach, pacnął na łańcuch od słupka do słupka, zbawiający go od jezdni. Dajmy, na zakręcie w ulicę Piastowską za rzeką. Noc lubiła ten zakręt, prostotę kąta, wybrzuszoną pyszność domu na rogu, prześwit nibyarkad, skręt kostki przechodzącej w asfalt, zakręt do ostatniej chwili nieujawniający, co się staje. Jak jezdni historia się toczy. Ale świt nie przystał na pijaczka, a miał coraz więcej do powiedzenia.

Za zakrętem staje się – acz nie od razu, ale przystanek dalej, koło Stawku Zamkowego – autobusom stołecznej komunikacji. Prawie wszystko czerwone. Poranek dopuścił je do ruchu, ciemności już nie pytając o zdanie. Tłoczonego jelcza z dalekiego Damboniowa puścił, wiele warkotu o nic. Albo nie, ojczyzna się rozwija, idzie święto, ludzie ciekawe, co rzucą, więc nowego autosana, może ikarusa, dzień ma gest, a w nim urzędniczki różne, przepraszam, pani będzie tu wychodzić, tak, tak, ja tutaj, aha, to ja za panią. Czasem nie, nie, ja dopiero koło dworca, aha, a ja teraz, przepraszam panią.

Większość na pokładzie dobrze zna się z widzenia. Ta to się zwykle spóźnia, bo noce zarywa, ja pani powiem, nie ma jej czego zazdrościć, a tamta zawsze wchodzi na Domańskiego, z dzieckiem, ładne nawet, grzeczne, dwójka z Domańskiego jedzie, więc trzeba dojść kawałek. Tamta zawozi nagły magiel, ma jakieś pranie w walizie, co ona, głupia, o tej porze magle nie robią. Może dalej gdzieś jedzie? Ale jak to dalej, drugi magiel to w Chmielowicach, ta jedna dorabia na wsi, co to pani wie, co robiła wcześniej, ale to w drugą stronę przecież, na Komprachcice, Osina, Chmielowice, nie, nie, ja znam ją bardzo dobrze z widzenia, no mówię pani. Pasażerki nic nie mówią, notują w pamięci, potem obgadają na ustronnym, patrzą, która ma w nową barwę starą kiecę, albo na odwrót, notują. Ale waliza z praniem, wąż pod nogami, bo nie widać, a można się potknąć, a można się zadumać, no czemu się pani nie przyciśnie, proszę się ścisnąć, bo ludzie wychodzą, ja tu walizkę mam, aha. Wie więc większość, kiedy ile brzucha wciągnąć, przykleić do nóg siatek i teczek, znaczy, ile trzeba wychodzącym wąwozu rodnego na wolność. Chyba że o Jezu, proszę się nie pchać, ja się nie pcham, proszę pana, jak to się pan nie pcha, jak mnie pan pcha, to nie ja, to z tyłu się pchają. Ktoś może grubiej niż o Jezu, kurwa, rzadko, bo tak tłoczy się inteligencja pracująca, a co najmniej średnia.

Mężczyźni, średnio, wolą nie angażować się w magle, człowiek człowiekowi milczkiem. Myślą cichutko o piwie. Piwo, daj mi siłę wytrzymać trajkoty, daj cierpliwość, bo huknę, i daj mądrość, jak na jednym nie skończyć, niech już będzie czternasta czy coś. Ja cię nie mogę, jeszcze siódmej nie ma, a już się odechciewa, i nawet wyższym też. A dziś jeszcze jedna pani chce wyjść. Pani jest z wózkiem, najwyraźniej bez męża – (Z wózkiem, teraz, tutaj? Nie lepiej było dzieci robić za dziesięć lat? Miałaby pani węgierskie przegubowce, a tam pełno drzwi, trójka, czwórka, wszystkim nam byłoby łatwiej, stażowanie w spółdzielni mieszkaniowej byłoby bliskie zwycięstwa. Proszę pani, nigdy nie ma dobrej pory na dzieci. Co też pani wygaduje, wojna była, a po wojnie nic nie było, a dzieci były. Jak się nie chce dzieci, to rodzi się wymówki. Wygodnicka jedna z drugą. Pani, ja pani nie obrażałam. I nie wygodnicka, tylko rencistka. Aha. Proszę pani, znam takie jak pani. Mnie o pani mówili. A panią też tu znają. Proszę pani, ja nie po to sobie z przeproszeniem dupę fatygowałam, żeby moje dzieci na pani jakieś zbowidy tyrały. A nie dla mnie na emeryturę, tyle pani powiem, i już skończmy. Proszę pani, ja na rentę zapracowałam, a jeśli pani zazdrości, trzeba było dzieci nie mieć. Co tam pani wie, i jeszcze ciut drogi toczy się dyskusja) – i ledwo ją widać, przycupłą w sobie kobietę z wózkiem, z przyszłością narodu. Cenna jest, cenna, bo jak wyjdzie, to jakby troje wyszło. Racja, racja, damy radę. To jak, proszę państwa?

Oddech brać.

Ładne dziecko, nie płacze, pomożemy. A jednak nie, jednak nie wiem, czy to się uda, bo sama pani widzi, jak jest, i co ja pani poradzę, przecież musiałby cały autobus dla pani wychodzić i potem wracać do środka, ja się zastanawiam, jak pani w ogóle weszła, ale proszę pana, ja muszę, ta pani, proszę państwa, musi, ludzie, wołajcie do kierowcy. Panie kierowco, ej, panie kierowco! Co on, chyba nie słyszy, a gdzie tam, głuchego udaje, radio włączył, och, ja też bym włączył, myślą cisi przy piwie, żeby was nie słuchać, Jezu, trzeba głośniej, hej, kierowca, co za ludzie się porobili, chyba że tylnym wyjściem, bo jak nie, to już nie wiem, ale, proszę państwa, ja nie mogę się spóźnić, proszę pani, o, już dojeżdżamy. A kto może, proszę pani? A może ktoś z panów mi pomoże?

Oddech.

Cisza w natarciu, spojrzenia w odwrocie. Dobrze, jest ktoś, kto powie, ja pani pomogę, zresztą ja też wychodzę. Zróbmy tak, wpierw ja z przodu, a pani od tyłu, proszę państwa, proszę pomóc. O, znajdzie się drugi pan, pani zostawi ten wózek, ja pani wezmę od tyłu. W wózku zabecikowane dziecko zaplanowane, do żłobka na Strzelców Bytomskich, nie śpi, ale nie zakłóca podróży psów do wilków. Pomiędzy zupą mleczną na podryw a kawą na pełen etat, kożucha nie lubi, nie płacze, wychowane, ząb jeszcze mleczny, ale nie płacze, dwójka z Domańskiego jedzie. Ktoś krzyczy, e, szofer, stój pan, kurwa, tu jeszcze pani z wózkiem wyjdzie, wychodzi, chce wyjść, nie wyjdzie. O poród łatwiej, nie pchajcie się, Jezu, rencistka się znalazła, ludzie, ludzie, a najwyżej się pani przesiądzie, co mnie pani depta, co za chamstwo w narodzie, święto idzie. Ta, zaraz święto, proszę pani, ja mam kartki na cukier niewykorzystane, a nie święto. A ja uważam, proszę pani, że od cukru tylko zęby się psują, a od zębów.

Oddech. Uwaga!

Ziemią zatrzęsie na Spychalskiego, gdzie za kocimi łbami garb taki, że oho, cały autobus skoczy, hyc, czkawka.

Wstrzymać ziemię, ruszyć oddech. Łatwiej o słowa, ja pani pomogę, bo jeszcze nie zima. Słowa przywtórzyć się zimą nie muszą. Zimą drogowcy się starają, oto sól zimy parnej, oto syf pod wasze buty i koła, oto bura breja pod wózki. Brudzi towarzysza Cyrenajczyka, żadne peweksy, niemniej wizerunek kandydata na kierownika wydziału poszargany. Podrzędnego, ale zawsze. Jeśli dziecko mieć, to celować, żeby nie wychodzić w zimę. O nie, zima to nie pora na dzieci, wymówka się znajdzie, mężczyzna nie zawsze.

Oddech. Zaraz przystanek.

Jak przepowiadano, koło Stawku. I sporo narodu wygrzęźnie z niewoli czerwonej numer dwa, jedenaście czy inne piętnaście. Wychodźcy, wychodźczynie, tak, udało się i pani z wózkiem z przyszłością i z dwoma panami, rozejdą się czym prędzej, wszyscy spóźnieni, jeszcze tylko patrz pan, poprzedni kurs widać, czyli dopiero co jechał. Tuż przed naszym, mówię panu oraz witam szanownego pana kierownika. Co? A nie, nie, jeszcze nie. Kobieta z walizą również wyszła, ale tylko żeby puścić i wejść z powrotem. Dzień dobry, nie ma za co, nie ma za co.

Oddechy, niektóre.

Przecież i tak jesteśmy spóźnione. Ryzykują chwilką na boczku na zefirka z filtrem i krótką plotką przed pracą, oj, pani Marysiu, tam chyba mój dyrektor idzie, muszę biec, widzimy się w pedecie, jak się umawiałyśmy. A co on tu robi, on nie miał w delegacji być? No miał, miał, i co zrobię, niech pani gna, niech ucieka. I przejdzie naród ciut-ciut metrów do urzędu wojewódzkiego, po schodach pod wejściowe. Portier, kogo zna z widzenia, tego nie zapyta, pan, pani do kogo. Na lewo mało kto skręci, na prawo szatnia, przystają ci, którzy są bez swojej szafy czy stojaka, bo goście, idzie święto, goście mogą być, w kolejkę, żetony rzucają. Następnie jedne do windy, że mało gdzie taka winda, ojczenasz, a inne, chcące przegonić dyrekcję albo z niskich pięter, po schodach, dzień dobry, po schodach.

Zasapane, wyrównać.

Reszta autobusu, tu sprzedawczynie, na pocztę tam, tu nauczycielki z Reymonta, a wraz inne zawody zespolone w niedospaniu, wyjdzie jakieś siedem minut później koło dworca głównego. Nie licząc kobiety z walizą, która nagle ma autobus dla siebie, a nie ma nikogo, kto by się temu dziwił. Kierowca, a co kierowca, nie takie rzeczy widział, że milczcie lusterka. Nie taką z pieluch autobusu wynoszono ohydę.

Oddech.

Płytko, jak w dym. Zasapała się noc, pora umierać. A pamiętasz, a pamiętasz, jak jeszcze się żyło i w ulicach było głucho? Ciemność, zdawało się, stoi znowu przed żelazną bramą z Ozimka na kłódkę z Nysy, zamkniętą na hotel stołeczny, jego cement z Zakrzowa, jego zapomniany zakaz fotografowania, na armaturę z Głuchołazów, na spust w Zawadzkiem, w Brzegu napędzany dzwon alarmu, śpij, moje serce, a ręczniczek z Prudnika na kluczyk wbity w ścianę z mebli, stół z Namysłowa wezwany na dywanik z Kietrza, w cud miseczce z Otmuchowa miód cuksy Inki, w planie alkohol Azotów Kędzierzyn polany w szkło z Murowa, pod łóżkiem skórzane botki z Otmętu, przy łóżku pończochy z Głubczyc, obok majtki, ale nie wiem, skąd brały się majtki. Nocy, wysil wyobraźnię. Myśl, jakie tam byłyby luksusy. Na łóżku polędwica, prezent ślubny. Cygaro, rozognione papierem toaletowym. Marlboro, ale lot zagraniczny, nie z Krakowa, kończy wśród niedopalin zaraz po starcie. Bibułkę kręcimy w lewo. Futerko z lisów, przeszło odprawę, przejdzie do historii, już sezon na kożuchy z mlecznych owiec. Jak we śnie, wszystko jak przez mgłę. Jak nie spałbyś pysznie, hotelu robotniczy, gdybyś umiał podejść nad rzekę, nabrać w płuca powietrza znad biegu, zapowiedź od wody: tam, dokąd dopłynę, zrodziła się zaraza, silniejsza niż odra, już wraca, pilnie.

Oddech.

A to, pamiętasz? Zaczynając marsz przy schodkach na uliczkę Ostrówek, dalej ważąc się na wał, a nie skręcając w Barlickiego, lecz dążąc wytrwale wprost po trawie wzdłuż murku i nie skręcając w stronę amfiteatru, udającego, że tysiąclecia popamiętał, dalej, dalej, jak gdyby chcąc dojść do przedszkola na Strzelców, jeszcze, przez smukły skręcik Odrowążów, który zginie za Dzierżyńskiego i zmartwychwstanie przejściem pod wiaduktem kolejowym, i tam, raptem, zakończy się czas Jerzego K., szarego obywatela, wzrost: niski, średniej budowy ciała, oczy: ciemne, jakby smutne, włos: ni to ulizany, ni to nastroszony, znaki szczególne: brak, rodzice: nienotowani, wiek: bez pojęcia. Zaraz, on kogoś nam przypomina, pomyślały nieliczne plamy krwi, leniwe. Noc, która była najbliżej miejsca zbrodni, myślała opowiedzieć, co się właśnie stało, ale zanim przypomniała sobie, że wyjaśnianie tego nie leży w jej interesie, było już za późno.

Żegnaj, nocy. Większość nas przespała twoje starania, żeby coś znaczyć. Twoje ambicje, żeby nie wejść łagodnie na bezwartościową stronę kalendarza. Twoje oddechy.

Bez odbioru.

A więc jest już pierwsza ofiara. Amfiteatr krzywi się, że ten trup zbyt jawny. To już nie tak, jak kiedyś. Już nie to, co dawniej. W antyku nie pokazywaliśmy śmierci. O śmierci obwieszczano. Kiedyś dekorum coś znaczyło. A dzisiaj? Kawa na ławę. (Z kapką mleka oraz – o! – z cukrem, przyjdzie pani ze szmatą, ławki przetrze, święto idzie). Gdyby noc zdążyła opisać scenę zabójstwa, zrobiłaby to tak: Za światłami zawarczał napęd – to jakiś nocny junak – nie wiadomo, skąd ani dokąd, i nie wiadomo, jak mu się udało, a jednak mu się udało.

Zabić.

2. PROLOG

– Mam zbiór w troistym rozdrożu – ogłosił major odepowi. Czyli: oddziałowi dzielenia powiadomień. A może oddziałowi doniesień w potrojeniu? Oddalała się dobra pamięć. Major nie wiedział nawet, skąd ma w sobie te dziwne słowa, i jeszcze dziwniejsze myśli. Spróbował inaczej: – Mam trzy wiadomości.

Dorzucił jakby tytuł filmu: – Jedną dobrą, jedną złą, jedną taką sobie.

Zajrzał w uczciwie doświadczone oczy pani Helenki i w uczciwie nieporadną fizys kaprala, jak mu tam, major nie pamiętał, widocznie kapral zbyt krótko w wydziale. Pani Helenka czuła się wywołana, ale zdecydowała się pomilczeć. Kapral mógłby się nabzdyczyć, że kobieta, i to z cywila, odzywa się przed nim. Prócz tego chciała zwierzchnikowi dać nacieszyć się satysfakcją, że góra dopuściła go do tajemnicy, którą on może teraz cudownie dzielić na trzy, chleb wiernym. Dobre samopoczucie szefa mogło przydać się tego dnia, bo po odprawie pani Helenka chciała przedłożyć sprawę osobistą.

Major nawet pamiętał ten film. Dyskusje przy wydziale cenzury i jak aktyw wypowiadał się aprobująco, towarzysze, film ten przedstawia obywatelom obraz upadłego Zachodu. Gdzie osierocone ideologicznie społeczeństwo, które ma dostęp do broni palnej, strzela po sobie, że milicji na nich nie masz. Najczęściej zaś strzela z niepostępowych, niskich pobudek – dla złota.

– Ja to chyba słyszałem – powiedziałby kapral, gdyby coś zaskoczyło mu w głowie – o tych trzech. Raz mój szef jeszcze w Siołkowicach opowiadał, jak taki chłopak wyszedł z poprawczaka. Szef mówi, że to dobra wiadomość, no, że sprawdzają się poprawczaki. Taka sobie wiadomość była, że ten chłopak lubił zwierzęta. Nic szczególnego w sumie. Każdy z nas za szczeniaka urywał skrzydła muchom. Rzucał żuczki w mrowisko. Wkłuwał dżdżownice na patyk. Podpalał żaby, bawił się z robalami na haczyku, tłukł pisklęta… Ale tamten chłopak brał młotek, piłkę, taką do cięcia piłkę, rozcinał i ucinał. A co z części układał, ciężko powiedzieć. Łby, chyba kocie, podobne do tych na Spychalskiego. (Pff – prychnąłby Amfiteatr, gdyby umiał. – Spychalskiego, jeszcze jako Kreutz-Gasse, to wylotówka z miasta, więc nikt tam kocich łbów nie kładł). A jak zbiór głów odkryli, to lekarze długo o tym gadali. Paru się porzygało, pomimo dyplomów. No a zła nowina polega na tym, że mógł z chłopaka urosnąć jakiś naukowiec. W zoo mógł robić, skoro miał zapał. Jak ci, no, Gucwińscy mógł być, czy jak, no, jak mu tam, Halik. Sam w telewizji widziałem Halika jeździć do Indian i u nich główki oglądać. Ludzkie główki – i nikt na to nic złego nie mówił. Mógł przy Zwierzyńcu pomagać. Co poniedziałek by sobie leciał. No ale system nie wychwycił talentu. Piętnaście lat miał? Czy szesnaście? Sąd go jakoś tak obliczał, żeby zamknąć. Recydywa, skoro po poprawczaku, na długo.

Major, odciągany z rozstrzelanego Zachodu tą opowieścią, obdzieliłby kaprala wzrokiem mieszającym zdziwienie z czymś bliskoznacznym, choć grubszym.

– Kapralu, jak wam tam. Nie, nie mówcie, i tak zapomnę. W odepie od dawna?

– Trzy lata, obywatelu majorze! – wyprężył się młodzik na dwu belkach przed, teoretycznie, gwiazdą na dwu belkach (a praktycznie, major po cywilnemu chodził).

– Zastępstwo?

– Za kapitana Budnego, obywatelu majorze. Jak go wzięto do Wrocławia.

– Kapral za kapitana?

Równanie z dwiema niewiadomymi i brakiem dobrych rozwiązań. Drapnął się kapral po twarzy, chrząknął. Zaczął odpowiadać. Zdaniem po zdaniu. O, właśnie tak. Z nadzieją. Że któreś zdanie wreszcie. Wystarczy. Płonną. Bo nie przerywał major. Czekał major. Czekał na więcej. I więcej:

– Obywatelu majorze. Bo ja od dawna wnioskowałem. Żeby pracować w odepie. A w końcu się pofarciło. No. Jak kapitan Budny zawnioskował. Żeby go do wrocławskiej dwójki. Bliżej syna. Podobno. On się tam uczy. Jego syn. Znaczy, Budnego. Ze trzy lata będą. Jak były te ruchy. Obywatel major pamięta? W komendach ruchy. Z powiatowych robiły się rejonówki. Mówi się, że te zmiany na gorsze. W płacach głównie. I w ogóle. I mówią, że naczelny, znaczy, generał Janicki, to jeszcze się przejedzie. Obywatelu majorze. To nie moje słowa. To znaczy, chciałem powiedzieć, że ludzie tak gadają. Na korytarzach. Głupoty, znaczy. Ja osobiście myślę inaczej. Naczelny wie, co robi. I jestem wdzięczny. Znaczy, za reorganizacje. Bez nich nadal bym Zadupie patrolował. A co tam robić. Remiza jest. Kościół. Nuda. Fakt, do Siołkowic blisko. A tam więcej spraw. Bo sporo ludzi ma krewnych. Głównie w Ameryce. Można sprawdzać ich postawy państwowe. Ale nie tylko w Ameryce. Ja sam w Chile miałem kuzyna. Umarł. W Brazylii. W Brazylii mi jakiś szwagier siedzi. Chociaż co to za szwagier, obywatelu majorze. Paczki nigdy nie posłał. Zaprasza do siebie, fakt. Ale zapraszanie nic nie kosztuje. A skąd miałbym na bilet mieć? Lotniczy by trzeba. I wikt na miejscu jak rozliczać? Słoików ze wsi tam musiałbym przywieźć. Puszki jakieś. Żeby później szwagier rachunkami nie zasypał. Ogólnie nieużytek. Zadupie, znaczy. Bez bezetów. Kłusowniki w ukryciu. Tyle roboty milicja ma, co przez drzewa. Znaczy, wieś ścina topole bez zezwoleń. To przez powodzie. Ale to cała wieś ścina. Szef mówił, że też ścina. Więc żebym uważał z raportami. Żebym nie wlazł w złość sąsiedzką. Poważna powódź była nawet ostatnio. Mały byłem. Ale matka mówiła. I synek, mówiła jeszcze, jedź do stolicy. Tam ci co więcej skapnie. Premie jakie. Na bilet byś uzbierał. Gorzej na pewno nie będzie. Dobra, postaram się, matuś. Ja jej na to, znaczy. Chociaż na zagranicy to wyznaję się słabo. Mi kaprala w nagrodę dali. Święto akurat szło. Siódmy październik. Kogoś trzeba promować, mówią na posterunku. Głupio tak, żadnego awansu za cały rok. Mnie sobie upatrzyli. Wylosowali? Wszystko jedno. Dzwonią znad rejonu. Szeregowy, jak wam tam, gotujemy rekomendację. Oficjalnie będzie w następnym tygodniu. Informujemy, żebyście się nie dziwili. Wyście sabotażystę złapali, prawda? Prawda, ja na to. Właśnie, czyli się należy. Obywatelu majorze, ja na to. Złapałem jednego, fakt. Ale to temu, żeśmy przy wódce gadali. I on się chwali, że często wyskakuje z pociągu, jak zwalnia przed lasem. Kawał drogi oszczędza. To ja, a mało to z pociągu skacze. Nie gadaj tyle, polewaj. A on, poleję, ale słuchaj. Jak żem raz skakał, to żem zapomniał: granaty mam w marynarce. Ja na to, co ty. Skąd granaty. On polewa, znaczy, i mówi, jak skąd. Z marynarki. Nie, nie, tak w ogóle. Aha. Tak w ogóle? A bo to mało wszystkiego na polach? Po wojnie. A ja, i po co ci granaty? Topole chcesz wysadzać? Czy władzę ludową? Ha, ha. A ten nie śmieje się ze mną. A może władzę, mówi. Czemu nie. To jak coś wytrzeźwiałem, to mi się przypomniało. I cap za frak z podłogi. Dawaj przed paragrafy, miły. I do raportu spisałem. Że zamach planował. I podałem dalej. Dla mnie kum, brat, swat, z ojczyzną żartu nie ma. Za ziemie odzyskane tyle krwi przelewano. Zwłaszcza w stolicy trzeba uważać. Po tej aferze, jak te bracia, jak im, Kowalczyki. Wysadziły kawał uczelni. Obywatel major pamięta?

Major pamiętał. Każdy w Opolu pamiętał ten zamach bombowy. Też święto szło. Ile plotek było! Ile plotek nadal nie pogasło. Że bezpieka sama siebie wysadzała, żeby mieć powód, żeby robić wiadomo co. A bracia zamachowcy, jak są ukarani? Rok nie minął, a jedną czapę już zamieniono na więzienie. Drugi też kaesu uniknął. Żyli w więzieniu, że niektórzy na wolności tak dobrze nie mają. A trzeciego brata nawet nie aresztowali. A przecież prewencja by się przydała. Podejrzane? Podejrzane.

Ale, dodała jedna z plotek, gdyby Kowalczyki chciały naprawdę szum zrobić, toby wysadzały amfiteatr. Wyobrażamy sobie Opole bez fizyki? Wyobrażamy sobie. A bez festiwalu? Nigdy! No to wnioski same się nasuwają. Inna plotka, też ciekawa: Instytut Fizyki, tak? Wiadomo, nad czym tam pracują. A raczej: nie wiadomo. Ale kiedy nie wiadomo, nad czym pracują fizycy, to wiadomo, nad czym pracują. Partia przecież chce, żeby nasz kraj pozyskał technologię atomową. Tyle powiem, ucięła plotka. Mądrej głowie nie ma co rozszczepiać języka.

– Jak dostałem kaprala, to już było z górki. Do stolicy trafiłem. I do pana majora. Do odepu, znaczy.

– Kapralu. – Major uznałby, że włączy się w rozmowę, bo dalsza atomizacja nie sprzyjałaby ideałom zadawanym przez ojczyznę. Na neonach hotelu robotniczego, na ziemiach robotników i chłopów, cały naród z rządem, ogłoszenia radiowe, szsz, kanał lewy, szsz, kanał prawy, całe lato z radiem, róbmy swoje, obywatele i obywatelki, mięsna rzecz, brać daleka, przyszłość jest bliżej, niż się zdaje, i w kolejce wiernie czeka, już za chwilę, problemy przejściowe, już za momencik, przejścia uliczne, ziemie odzyskane, autobus po ulicach miasta mknie, cała naprzód, w ręce mas, szczep piastowski, na lewo och, na prawo och, niech się mury pną jak sprawy wagi najwyższej, a na Granicznej cmentarz, mam tak samo jak ty, miejsce pracy, burzliwe brawa, a w nich, moda polska cieszy się za granicą, spółdzielnie dla inwalidów, składnice dla harcerzy, przerwy na kawę, kanapkę z celofanu, studenci na studia, pisarze na budowy, pięciolatki na czas, kandydaci na członków, dzisiaj mam zpt, jutro w kosmos chcę, Gagarin, hurra, goździki i krepa, a czemu nie, szyfon i syfony, plastelina i kasztany, apele i behap, próby mikrofonu, broń niesiemy, broń, wyścigi pokoju, pani tu nie stała, węgla i stali, palmy polskie wyroby tytoniowe, pal archiwa, żółte kalendarze, zapocone koszulki lidera, skok w dal, w czerwone gramy, kormorany pod gruszą, tworzymy dorobek przyszłych pokoleń, ufnością i pracą, rodacy rodakom, a bogać tam się, bogać, nie tańczę, ku pamięci, ręce do braw, nożyce do wstęg, wielka mi gra, socjalizm celem historii, przez głowy w telewizji, iż oraz gdyż, cała partia z programem, jedynka i dwójka, cały kraj rad, rubiny rzucili, ile trzody, z rządem my naród, szczep, my lud, jedność siłą narodu, te, co stoją i co leżą, marsz, stolico, walczmy ze znieczulicą, te, co skaczą i fruwają, czyn społeczny, niebieskie ptaki, wróg nie śpi, czuj i czuwaj, prawo jazdy z loku, na ochotnika hufiec pracy, zloty młodzieży, proszę się rozejść, niech żyją robocze soboty, a potem niech żyją wolne, stonka, stonka, pamiętaj, wczoraj oszczędzisz sko, jutro pko, dziś towarzyszysz przyjaźni polsko-radzieckiej, a jutro, kto wie, całemu światu, zaśpiewajmy znowu piosenkę, może dwie. Wiedział major, syn chłopa bez ziemi i włókniarki bez zębów, czym jest atomizacja, bo swego czasu nie zmarnował punktów za pochodzenie, zebrał się, zawziął, słowniki wziął, które były w czytelni, wyuczył słów. – Powiedzcie. Co to właściwie jest odep?

Równanie z jedną wiadomą, ale z licznymi rozwiązaniami.

– Oddział dewizowo-paszportowy? – próbował kapral. Pamiętał tabliczkę na drzwiach majora.

– Czyżby? – Łagodność majora, jak whisky w filmach, mieszała się z lodem. – I nie podpadamy pod trójkę?

– Trójkę, obywatelu majorze?

– Pani Halinko, proszę wyjaśnić kapralowi, co to jest trójka.

– Wydział paszportowy – odpowiedziała raz pani Halinka, raz Helenka, która już przywykła do tych zmian.

Kapral rozumiał, że nic nie rozumie. Major pociągnął:

– Dublowaliby komórki?

Kapral milczał.

– A ilu widzieliście tutaj obcokrajowców, kapralu? Nie licząc towarzyszy z Korei, których ochranialiśmy niedawno. (Oni zresztą nie potrzebowali paszportów). Kapralu?

Kapral milczał.

– A ile widzieliście dewiz? Walut? Wiecie w ogóle, kapralu, czym różnią się dewizy od walut?

Kapral, który z raz, góra dwa, jeszcze w Siołkowicach zobaczył dolary na żywo, bonów peweksu nie licząc, zapadał się coraz głębiej w nicość nierozumienia. Zaczął nawet wyczuwać, że nie jest to dotąd nierozumienie absolutne. Gdyby pracował w instytucie fizyki, może miałby na tej obserwacji jakiś tekst na temat próżni. Ale tutaj?

– Znikąd pomocy, kapralu. Pójdziecie sprawdzić w spisie komórek przy wejściu, a tam będzie: ODP, Odzysk Doposażeń Państwowych. Szatniarka pewnie powie, że ODP to stara nazwa, ale nowej nie zna. Zresztą nie jest pewna. A może nie stara. Na portierni pan Henryk wpisałby wam w księgę wejść, że do Operatu Działów Płac. Ale kto mu tak podsunął? Zabij, nie pamięta. Z nocnego obchodu pan Franciszek myśli, że tu Odpór Dywersji Politycznej. Pan Franciszek nawet zapisał tak w zeszycie, tylko zeszyt mu przepadł. A przy tym nigdy nie ocalał zapis ani wejścia, ani wyjścia. A jeśli ktoś odnotował, to nie pamięta. Wykreślono to czy jak? Bufetowa powie, że nie wiedziała nawet, że jest jakiś odep. W pocztowym zaryzykują, odep? A, tak, to tam, gdzie nic nie robią, tyle że tajnie. Spytacie, kapralu, panią Helenkę, a nawet ona nie będzie pewna. W angażu ma wpisaną organizację dokumentacji poufnej. Przeszeregowania ma do odzysku dokumentacji palnej. Oznaczeń dozwolonej przestępczości. Określaniu demokracji planowej. Jeden skrót, sto światów. Obróbka dużych prędkości.

Kapral, znikąd pomocy, milczał.

– A teraz, kapralu, zapytajcie mnie.

– Obywatelu majorze. – W kapralskiej głowie furczało. Na cholerę mi ta cała stolica. Diabli mi tego kaprala nadali. Chcę się wrócić na wieś. – Zwracam się z prośbą o wyjaśnienie.

– Odpowiedź dopiero padnie.

Major przypomniał sobie o trzech wiadomościach. Sięgnął po paczkę, swoje golułazy. Lubił golułazy, pamiętał je z filmów z tym, jak mu tam, Gabinem. Umarł niedawno. Dobry byłby z niego towarzysz, człowiek pracy. Golułazy, brzmi swojsko, jak Głuchołazy. Smutek w oczach, proletariat po gębie. Był w ruchu oporu, i to tym słusznym. Trzeba zabić, to zabija. Ale tylko jeśli trzeba. Ewentualnie przez pomyłkę. Wyjął jednego, znalazł zapałki, wyciągnął, trzask, przyłożył się. Krzepki, skurczony, jak do ataku. Zapalił, pociągnął, i dmuch. Pierwsze kłęby przez zęby. Człowiek za mgłą. Inspektorem był Gabin, czyli kolega po fachu. W dochodzeniówce pracował. Życie w filmach miał trudne, czarne. Jakby bez cukru. Ciężkie życie wyrabia zasady. Dobry był. Zabić zabije, ale tylko jeśli trzeba. Umarł, szkoda, ucieszył się major. Że sobie przypomniał, trzy wiadomości:

– Zła wiadomość: idzie święto. Laurki możemy sobie w du… – w gablotę wsadzić. Góra chce czegoś ekstra.

Major spojrzał na kaprala.

– Wiadomość taka sobie jest dla was. Możecie się wykazać, kapralu. Jeżeli święto przejdzie gładko, to będę zadowolony. A jeśli czymś się wyróżnimy, może i trzecią belkę wam załatwię. Rośnie dla was marchewka, kapralu. Choć, oczywiście, z drugiej strony ma kijek.

– Obywatelu majorze… – wykrztusił kapral, myślami w fikołkach – …ale jak mam się wykazać?

– Wasza sprawa, kapralu. Ruszcie głową. I już w ogóle ruszcie się stąd.

Gdyby wzrok majora umiał mówić, może powiedziałby coś stalowo, coś jak: «Obecność wasza przykra, kapralu. Wasze odejście usunie tę plagę», a major zastanawiałby się, skąd u niego takie słowa. A kapral by stał.

Kapral stał.

– Odmaszerować – doprecyzował papieros.

Kiedy drzwi zamknęły się za podoficerem, w myślach berek, w rękach kijki, bałwan, na kwintę nos, marchewka, major dokończył odprawę:

– Ostatnia wiadomość jest dla pani, pani Halinko. Mamy coś do depozytu.

Pracownica westchnęła ciężko.

3. PARODOS

DEPO, sygn. 071

Dziecko urodzi się jako dziewczynka. Masz co donieść. Szkoły ją wytresują, żeby obcy mogli wsadzać w nią swoje obce języki. Nienawidzi. Przyszedłeś robić użytek z języka. Zrobić użytek z języka. Kolacje. Użytek z gęby. Każą jej stawiać się w hotelu. Same trupy. Szatobriand z lędźwiny, zraz po nelsońsku, sznycel szwajcarski, eskalopki, filety cielęce po kubańsku, polędwica po budapesztańsku. Melba, do melby ozorki, ozorki. Jak masz na imię? Galyna, galareta, nóżki. Wytrawni, leją jej krew. Chcesz z nami pity? Brud i brut. Wrze nie dziewczynka.

DEPO, sygn. 072

Dziecko urodzi się jako chłopiec. Bez srebrnej łyżeczki, za to z kluczem na szyi po szkole. W wieżowcu jest winda, ale chłopca uczono, po pierwsze, czytać, drugie, słuchać się. W dźwigu osobowym, wyczytał, podróżując pod nadzorem, maks sześć osób, producent, atest, bez nadzoru nie wolno poniżej dwunastego roku. Nie ma dwunastu, więc do mieszkania chodzi po schodach. Po trzecie, nie narzeka. Ale pewnego dnia, o którym nikomu nie opowie, widzi po wejściu do klatki, że winda jakby na niego czekała, a w windzie dorosły. Może to ciężki tornister skusza chłopca, wejdź. Dorosły jest brzydki, myśli, ale kątem. Nie wpatruje się, bo czwarte, nie gapić się. Dziwi się, że dorosły nie wybrał piętra. Czy on też na piąte? Strach go uspokaja: Dorosły włączy sobie wyżej, gdy ja już wyjdę na piątym. Wychodzi. Waha się, a może zbiec po schodach na czwarte, tam kolega Arek, zadzwonić, przeczekać? Boi się śmieszności. I co pomyślałby dorosły? Po piąte, ufać. Bez ufności byłoby nawet gorzej: dorosły ma długie nogi, długie ręce capną za tornister. Nie. Plan jest inny. Korytarz spod windy do mieszkania jest długi. Trzeba zdążyć: dojść, otworzyć, wejść, zamknąć się od wewnątrz. Gdzieś w połowie chłopiec upewnia się za siebie. Dorosły idzie za nim. Strach uspokaja: Może do sąsiadów? Dziecko zdąży dojść do drzwi, klucz z szyi, otworzyć, wejść. Przekręcić od środka nie zdąży. Tamten pchnie i zaraz bez słowa. Strach chłopca nie ma już pomysłów. Poza jednym, nie wiadomo skąd. Chłopiec, delikatne rysy, długie włosy, mylą go często, więc gdy tylko wyrwie usta, wyrzuci. Proszę pana, ale ja nie jestem dziewczynką.

DEPO, sygn. 073

Dziecko urodzi się jako dziewczynka. Daleko od matki. Odkąd dowiedziała się, że ta chciała ją wyskrobać, a żyje tylko, ponieważ zabieg się nie udał, oślepnie na jej próby porozumienia, wygania ją z pamięci. Ja nie mam matki. Mnie ta kobieta nie urodziła. Męczy ją tylko jedna rodzinna scena z przyszłości. (W okresie dojrzewania dziewczynie zrobiło się tak, że będzie w stanie dostrzegać przyszłość, ale nie umiejąc o niej opowiedzieć. Zauważy też, że zdarza jej się mówić o sobie w trzeciej osobie).

DEPO, sygn. 074

Dziecko urodzi się jako chłopiec. Wymarzy sobie pracę w milicji. Najlepiej przy truciznach, bo czyta i wie. O arszeniku, że bez zapachu, więc zalać wodą różaną, a nikt nie pomyśli. O cyjanku potasu, najlepiej do szklanki whisky. Z czym mylić koninę. Że psu dość czekolady. Ale też co konwalia, co bluszcz. Dadzą go do koszul i skarpet. Wąchaj, wąchaj.

DEPO, sygn. 075

To urodzi się jako ten, acz wolałoby ta. Żydzi, jak głosi plotka, trzymają się blisko i pomagają innym Żydom. Bliskim, członkom rodzin, małżonkom, współpracownikom, przyjaciołom dobrym oraz takim tam, zdolnym, choć ubogim kumplom, znajomym z różnych grup, szkół itd., itd. Strach ma pomysł: Do łaźni. Trzymają się blisko.

DEPO, sygn. 076

Dziecko urodzi się z sąsiadem, którego nazywają ruskiem, bo nikt go nie lubi. Tak naprawdę to tynkarz. Wyrzuca zbite stiuki, po ciemku zbite ciała, a może to bitki sarnine, kto pozna po czasie. W kamieniołomie nie takie rzeczy się nie znajdują. Sąsiadka z naprzeciw zeznaje, że widziała, jak oskarżony dźga ojca nożem. Groził ojcu, że chce tynkarnię przejąć. Odcisków palców brak. Kwas? Proces będzie poszlakowy.

DEPO, sygn. 077

Dziecko urodzi się jako chłopiec. Wymarzy sobie pracę fotografa. Dziadek Kremzer go poduczy. Powie, że najciekawsze zdjęcia są niepodobne do życia. Nie rozumie tego. Ani tego, że przychodzą, rekwirują cały sprzęt, no i dziadka. Zna niemiecki? A rosyjski? Dlaczego nie? Wśród migawek znajdą trzaski z noclegowni, tygrysy w Paryżu, czyje to dekolty poniżej krytyki. Szantażują, ma trzaskać na dwa fronty. Każą mu stawiać się w hotelu. Same szychy. Ostatnio prezydent Carter, akurat z profilu wychodził. Stamtąd do Phenianu, pokłonić się słońcu ludzkich losów.

DEPO, sygn. 078

Dziecko urodzi się jako bliźniaczki. Jedna miała być wchłonięta, ale nie wyszło. Takie rzeczy się zdarzają. Cielę zdeformowane. Jagnię z dwiema głowami. Mówi się klątwa. Mówi, że medycyna winna, bo ratuje to, co powinno urodzić się martwe. Dziewczynka dominująca ma dwie stopy. Dokucza im dna. Puchną, ale tutaj medycyna bezradna. I ostatni rentgen dziwny, jak prześwietlony, sama biel. Lekarz go nie wyrzucił. Jeszcze będzie taka zima. I klątwy nie odrzucił.

DEPO, sygn. 079

Dziecko urodzi się jako chłopiec. Śni, że wszystko jest szyfrowane. Obśmiewają jego wpadki. Anonimowi Alkoholicy jak Armia Andersa. Cichociemni z Cardinale. Brylska jak Bardotka. A wiecie, co jej mąż zrobił? Matka będzie mu wycinać z gazet. Mało z niego zostanie po pierwszym ataku. Wystarczy pół. Pod czaszką świeci mu pigułka, jak medal.

4. ISODOS

– Panie majorze… – odezwała się ona.

– Już pani wróciła? – zdziwił się on.

– Mam do pana pewną sprawę – dokończyła ona.

Golułaz z paczki, brwi w łuczek.

– Sprawę?

– Osobistą.

Pracownica położyła na biurku szefa kartki zjednane spinaczem, delikatnie. Major rzucił okiem na najwyższy nagłówek. Tam wielka pieczątka – nie żałowano tuszu – ośrodka diagnostyki pracy.

– To nieprzyjemna niespodzianka, pani Halinko? Zaraz przeczytam, ale… Może mnie pani wprowadzi?

Odpowiadała z trudnością – ale jeszcze odpowiadała:

– To wypis z dokumentacji medycznej. Jestem chora, panie majorze. Nie powinnam mówić nic więcej.

– Chora? – Major wstał z krzesła, podszedł do okna, odwrócony plecami do pracownicy, jakby wolał zmierzyć się z innymi chmurami, tymi nad stolicą. Próbował ustatkować myśli: Czy ona chce na rentę? Wcześniejszą emeryturę? Właściwie, ile jej brak? Dam radę bez niej? (Nie). Kim zastąpię? Ile trzeba czasu? Zaraz, zaraz. Może to nic poważnego? Może to jakieś babskie chimery? Może na tydzień do sanatorium? Przez tydzień dam radę. – Chora?

Pani Helenka już nie odpowiadała. Major zdziwił się poważnie. Takie milczenie, tak bez powodu? Sabotaż? Zmowa? Różni ostrzą sobie zęby na odep. Niby kto? Bo to mało wrogów. Skup się. Jakich znowu wrogów? Odep? No tak, tak. Ale w takim razie cóż to za przedstawienie? Czego ona chce? Major zgasił papierosa w donicy na parapecie, odwrócił się od miasta, wrócił do człowieka.

Wróć, do ludzi.

W pokoju zrobiło się ich więcej. Musiał major zapamiętać się przez okno, że zapomniał: przed momentem zastukano do drzwi. Widok młodej kobiety, która weszła bez zachęty i stała teraz przy pani Helence, wprawił majora w zdziwienie mieszane z niechęcią. Nie tyle na raz.

– Towarzyszu majorze – odezwała się przybyszka. – Podporucznik Jaszyn Teresa. Melduję się do inspekcji.

Majorze? Zna jego stopień, choć on tutaj w cywilu. Towarzyszu? Partyjna i wiedząca, że major w partii. Choć major nie chodzi na plena, czy jak im tam, ba, nie chodzi na zebrania, ba, ba, nie pamięta, kto przewodniczy podstawowej komórce, ba, ba, ba, nic go to nie obchodzi, ba, ba, ba, ba, nie pamięta dlaczego. Ba, ba, ba, ba, ba.

Dość. Wyrżnął owce, zamilkły. Młoda powiedziała, „melduję się”, nie „melduje się”? Indywidualistkę diabli nadali? Jedną z tych, co robią dym, gdzie nie trzeba? Major nie wierzył w istnienie diabłów, ale wierzył w istnienie ludzi gotowych wypełnić lukę. Głowa zabolała, więc golułaza wybrał z paczki. Potrzymał papierosa w dwa palce. Już podnosił do ust, ale zawrócił. Pani Halinka mówi, że chora. Może dym jej szkodzi?

Pani Halinka milczała. Tak szybko zastępstwo za mnie? Przeszło jej przez głowę, ale nie przystanęło.

Podporucznik też milczała.

Major milczał na trzeciego.

Amfiteatr, gdyby mógł, skomentowałby, że dobrze jest – na scenie przebywają trzy osoby, a to dopuszczalne maksimum w szanującym się teatrze. A jednocześnie niedobrze jest, bo żadna z osób nic nie mówi. Chociaż może to i lepiej? Socjaliści wypracowali nowomowę, która utrudnia zliczanie osób. Amfiteatr często oburzał się na dziwactwa w rodzaju: „Co tam widzicie, obywatelu?”. U znudzonego czynem społecznym ormowca z lizakiem kontroli solo: „Proszę do nas na pobocze”. Nie mówiąc o liczbach urojonych, które najchętniej stosowała służba zdrowia: „Pacjent oddycha. Pacjent nie oddycha”.

A może to suspens? Suspens byłby pożyteczny. Byle nie za długi. Amfiteatr wertował w pamięci, czy doświadczył kiedykolwiek sztuki, że trójca stoi w milczeniu. Nic mu się nie przypomniało. Jeśli nie liczyć biadań Teatru Kochanowskiego. Młodziaka, na którego zrzucają ciężkie, nowoczesne sztuki. Jakieś Portrety, jakieś Godoty, horror, horror. Aktorzy, niech sobie kolega wystawi, przez pół czasu gapią się w nieznane. Amfiteatr pocieszał Kochanowskiego. Przywyknie kolega. Zadowolony po cichu, że nie na niego trafiło. Lepiej on niż my, przytaknął otwarciej kolega Miejski. Jak nowe życie kolegi?, zapytał Amfiteatr przy okazji, pamiętając, jak mocno narzekał Miejski, że go przenoszono na ulicę Kośnego. A, dziękuję, nawet dość klasycznie. I czuł się bezpieczniej, bo co tu kryć, na ulicy 28 Marca groził mu pożar. Amfiteatr prychnął w myśli: Co ty możesz wiedzieć o pożarach. Ja pamiętam, jak w kolegę Hucha gruchnęły bomby. A w środku wesele, pełnia ludzi, wszędzie trupy, państwo młodzi, trupy płoną. W porównaniu z tym i opolski dopust piosenki wydaje się znośny. Wprawdzie ludzi jest za dużo, ale śpiewają. Amfiteatr lubił śpiew. Lubił nawet, kiedy jakaś przeforsowana gwiazdka, nie potrafiąc wcelować w nuty, beczy jak koza. Tragedia, tragedia jak żywa!

Schowawszy golułaza, major wydał osąd: Niedobrze. Młoda. Z kim się zna? Co umie? To baba, więc w wojsku nie była. Kałachana w ręku nie trzymała. Pazurki maluje? Nie widać. Po szkole średniej zabimbała dziewięć-dziesięć lat gdzieś w zaopatrzeniu. Oficerski zdała na minimalu, ale przymknięto oko, bo górze zachciało się modnie poszerzać reprezentację kobiet w strukturach. (Czy jak tam nazywa się ten obłęd). Nikogo nigdy nie aresztowała za przestępstwo. Ba, nikogo nie aresztowała za wykroczenie. Wie, tak ogólnie, gówno. Tylko przepisy, jak znam życie, wykuła na blachę.

Zaraz, co ona powiedziała? Chce jakiejś inspekcji?

– Skąd podporucznik się wzięła?

Prawdopodobnie nie zrozumiała pytania. Potwierdziła jednak, że przepisy zna na pamięć:

– Mój stosunek służbowy powstał przez mianowanie na podstawie dobrowolnego zgłoszenia się.

– Nie o to pytam. Zaoczniaki czy ze Szczytna?

Gdyby major miał lepszy wzrok, dojrzałby niespotykaną naszywkę na jej mundurze. A gdyby miał jeszcze lepszy wzrok, dostrzegłby, czy podporucznik ni to lekko się uśmiecha, ni krzywi.

– Z Legionowa, towarzyszu majorze.

Oficer dywersji prewencyjnych? Druga lokata na roku? Major nie wyobrażał sobie, że zobaczy kiedyś oficera dywersji, a jeśli już, to, że poza tajnym rautem ministra obrony, a co najmniej komendanta województwa, gdzie ikrą i koniakiem rozchmurza się posłów służb zaprzyjaźnionych. A jeśli sobie wyobrażał, wolał zapomnieć. A jeśli nie mógł zapomnieć, mało co mogło go zmartwić bardziej. Specjalność?

– Ofensywna diagnostyka przeszłości.

Udało się – zmartwiło go bardziej.

5. MELISPONDI

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

1. ENKYKLEMA

2. PROLOG

3. PARODOS

4. ISODOS

5. MELISPONDI

Punkty orientacyjne

Okładka

Strona tytułowa

Prawa autorskie

Spis treści

Meritum publikacji