Zemsta i przebaczenie. Tom V. Bezkres nadziei - Joanna Jax - ebook

Zemsta i przebaczenie. Tom V. Bezkres nadziei ebook

Joanna Jax

4,7

Opis

Wojna dobiegła końca, Europa podnosi się ze zgliszcz, a bohaterowie próbują odnaleźć się w nowej rzeczywistości. Jednak nie wszyscy tak wyobrażali sobie pokój i nowy podział świata. Dla niektórych koszmar wciąż trwa. Inni szukają swojego miejsca na ziemi. Jednak odżyła nadzieja, że to, co najgorsze, już minęło. Czy stojąc w obliczu nowych możliwości i kolejnych zagrożeń, wybiorą to, co w życiu najważniejsze? A może po burzliwym i trudnym czasie zwycięży chęć odnalezienia spokoju, nawet kosztem utraty najbliższych? To opowieść o granicach człowieczeństwa i o tym, jak wiele można poświęcić, by uratować ukochaną osobę.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 480

Rok wydania: 2017

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,7 (80 ocen)
60
14
6
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
mormolyke

Nie oderwiesz się od lektury

dobrze spędzony czas
00
mormolyke

Nie oderwiesz się od lektury

Świetnie spędzony czas
00
MPochmurka

Nie oderwiesz się od lektury

Nie można się oderwać
00
EwaSos63

Nie oderwiesz się od lektury

czytam dalej 😘
00
FascynacjaKsiazkami

Nie oderwiesz się od lektury

Polecam
00

Popularność




 

 

Re­dak­cja

Anna Se­we­ryn

Pro­jekt okład­ki

Anna Slotorsz

Ilu­stra­cja na okład­ce

© cmmedia99 / Shutterstock | Lili.Q / shutterstock.com | Le Do / shutterstock.com

Re­dak­cja tech­nicz­na, skład i ła­ma­nie

Da­mian Wa­la­sek

Opra­co­wa­nie wer­sji elek­tro­nicz­nej

Grze­gorz Bo­ciek

Ko­rek­ta

Ur­szu­la Bań­ce­rek

Wydanie I w tej edycji, Siemianowice Śląskie 2025

Wy­daw­ca: Wy­daw­nic­twa Vi­de­ograf SA

41-100 Siemianowice Śląskie, ul. Olimpijska 12

tel. 600 472 609

of­fi­ce@vi­de­ograf.pl

www.vi­de­ograf.pl

© Wy­daw­nic­twa Vi­de­ograf SA, Cho­rzów 2016

Tekst © Jo­an­na Ja­kub­czak

ISBN 978-83-8293-336-9

I ja­śniej­sze niż po­łu­dnie wzej­dzie ci ży­cie, a choć­by ciem­ność za­pa­dła, bę­dzie ona jak po­ra­nek. Mo­żesz ufać, bo jesz­cze jest na­dzie­ja…

Księ­ga Hio­ba 11, 17

Uko­cha­ne­mu Ta­cie i Sio­strom Ewie i Do­ro­cie

1. Warszawa, 1945

Ali­cja Ro­siń­ska ni­g­dy nie po­my­śla­ła, że ist­nie­ją po­miesz­cze­nia po­dob­ne do tego, w któ­rym le­ża­ła sku­lo­na w kłę­bek. Wła­ści­wie to była be­to­no­wa trum­na, a dłuż­szy po­byt w niej gro­ził po­pad­nię­ciem w obłęd. Miej­sce przy­po­mi­na­ło psią budę i na­wet w ten spo­sób o nim mó­wio­no.

„Oto do­kąd za­pro­wa­dzi­ło mnie ser­ce” – po­my­śla­ła z go­ry­czą i wró­ci­ła do żmud­ne­go i bez­sen­sow­ne­go li­cze­nia. Je­den, dwa… ty­siąc trzy­dzie­ści dwa. Tak, je­dy­nie na tym mo­gła się sku­pić. Nie po­tra­fi­ła na­wet po­wie­dzieć, jak dłu­go le­ża­ła w tym kar­ce­rze, ale zda­wa­ło się jej, że całe wie­ki.

W pew­nej chwi­li za­skrzy­pia­ły me­ta­lo­we drzwicz­ki i usły­sza­ła ostry głos:

– Wy­łaź!

Wy­gra­mo­li­ła się z po­miesz­cze­nia i z tru­dem wsta­ła z wil­got­nej be­to­no­wej pod­ło­gi. Po­włó­cząc no­ga­mi, po­dą­ży­ła do swo­jej sa­mot­nej celi, któ­ra po psiej bu­dzie ja­wi­ła się jej jako nie­mal kró­lew­ska kom­na­ta.

Wbrew po­zo­rom nie była za­ła­ma­na, ale wście­kła. Po pro­stu zda­ła so­bie spra­wę, że „Kary” miał ra­cję od sa­me­go po­cząt­ku, a ich śle­pa wia­ra w za­war­te so­ju­sze spra­wi­ła, iż to, co wy­da­rzy­ło się w War­sza­wie, nie mia­ło żad­ne­go ra­cjo­nal­ne­go uza­sad­nie­nia. Przy­po­mi­na­ła so­bie mo­men­ty z ostat­nich dni i w koń­cu ten naj­strasz­niej­szy ze wszyst­kich, gdy do­tar­ła do nich wia­do­mość: „po­wsta­nie upa­dło”. Li­czy­ła się z tym, na­wet po ci­chu ży­czy­ła so­bie ta­kie­go ob­ro­tu spraw, ale gdy sta­ło się pew­ne, że to już ko­niec, coś w niej pę­kło i ta in­for­ma­cja wca­le nie przy­nio­sła jej spo­dzie­wa­nej ulgi.

***

Wy­szła wte­dy z jed­nej ze zruj­no­wa­nych ka­mie­nic, ścią­gnę­ła brud­ną i spo­nie­wie­ra­ną opa­skę z ra­mie­nia, po czym ro­zej­rza­ła się po oko­li­cy. Wszę­dzie uno­sił się kurz, a jej War­sza­wa była kupą gru­zu. Mia­sto spra­wia­ło wra­że­nie gro­bow­ca, nie mo­gła do­strzec żad­ne­go ży­we­go czło­wie­ka, je­dy­nie gdzie­nie­gdzie le­ża­ły zwło­ki i jak­by krzy­cza­ły do niej z za­świa­tów: „No i co że­ście na­ro­bi­li?!”.

Wciąż czu­ła ból w ra­mie­niu, ale mo­gła cho­ciaż po­ru­szać ręką. Tak, mia­ła moż­li­wość, by wyjść z bu­dyn­ku, po­pa­trzeć na ru­iny i po­czuć ból na wi­dok mia­sta. We­ro­ni­ka mia­ła mniej szczę­ścia. Co praw­da wy­ję­to jej kulę i zde­zyn­fe­ko­wa­no ranę, ale cią­gle się pa­pra­ła i naj­pew­niej Sar­now­ska ogrom­nie cier­pia­ła, bo każ­dy krok w jej wy­ko­na­niu przy­po­mi­nał pierw­sze nie­po­rad­ne stąp­nię­cia nie­mow­lę­cia. Ali­cja wciąż nie po­tra­fi­ła o niej my­śleć jak o We­ro­ni­ce Cheł­mic­kiej, tak jak­by ten cały ślub był czymś nie­praw­dzi­wym i złud­nym. Nie czu­ła już nic do Ju­lia­na, oprócz bra­ter­skiej sym­pa­tii, jed­nak tę­sk­ni­ła za tym, co kie­dyś ich łą­czy­ło. On tak­że prze­żył, cho­ciaż od­kąd zo­stał ran­ny, był ra­czej bier­nym uczest­ni­kiem walk.

Wró­ci­ła do swo­ich kom­pa­nów i do We­ro­ni­ki, któ­ra sie­dzia­ła na brud­nym, za­ku­rzo­nym ma­te­ra­cu i pła­ka­ła. Ali­cja nie wie­dzia­ła, czy to z po­wo­du ka­pi­tu­la­cji, czy z bólu, ale nie za­mie­rza­ła się tym zaj­mo­wać. Mu­sia­ła coś po­wie­dzieć swo­im lu­dziom.

– To na­praw­dę ko­niec? – jęk­nął je­den z chłop­ców i prze­tarł rę­ka­wem brud­nej ko­szu­li za­łza­wio­ne oczy.

– Tak… Pod­da­je­my się – od­po­wie­dzia­ła z wes­tchnie­niem i do­da­ła: – Od te­raz nie ma­cie już do­wód­cy, mu­si­cie sami pod­jąć de­cy­zję, co da­lej. Mo­że­cie ucie­kać, je­śli ma­cie do­kąd, zło­żyć broń jak żoł­nie­rze i iść do sta­la­gów albo przy­łą­czyć się do cy­wi­li.

– Ja żad­nej bro­ni nie za­mie­rzam od­dać. Spie­przam do lasu. Woj­na jesz­cze się nie skoń­czy­ła, a po dru­giej stro­nie są Ro­sja­nie – oznaj­mił sta­now­czo ko­lej­ny czło­nek od­dzia­łu.

– Ja mu­szę za­opie­ko­wać się We­ro­ni­ką, do­łą­czę z nią do cy­wi­li – zre­zy­gno­wa­nym gło­sem od­po­wie­dzia­ła Ali­cja.

– Zno­wu masz ze mną pro­blem – jęk­nę­ła We­ro­ni­ka.

– Na rany Boga! Niech Ju­lian w koń­cu wsta­nie z łóż­ka i cię za­bie­rze, bo już nie mogę słu­chać tego two­je­go cią­głe­go uty­ski­wa­nia – burk­nę­ła Ali­cja.

We­ro­ni­ka nie­mal na­tych­miast za­mil­kła i po­wró­ci­ła do pa­trze­nia w okien­ny otwór bu­dyn­ku.

Kil­ka go­dzin póź­niej do­łą­czy­ły do wy­nędz­nia­łych lu­dzi ma­sze­ru­ją­cych w kie­run­ku dwor­ca. Ali­cja mia­ła świa­do­mość, że bez wzglę­du na de­cy­zję, jaką pod­ję­ła, i tak idzie na śmierć.

Była o tym prze­ko­na­na do tego stop­nia, że na­wet nie za­mar­twia­ła się o Ser­giu­sza. Od nie­mal dwóch ty­go­dni nie mia­ła o nim żad­nych wie­ści i od tego cza­su w każ­dej go­dzi­nie my­śla­ła o nim i mo­dli­ła się o jego prze­ży­cie. Jed­nak te­raz, gdy mia­ła świa­do­mość nad­cho­dzą­cej śmier­ci, po pro­stu było jej wszyst­ko jed­no. I tak już ni­g­dy nie zo­ba­czy ani jego, ani swo­je­go syn­ka. Za kil­ka dni bę­dzie kup­ką po­pio­łu albo bez­u­ży­tecz­ną ster­tą ko­ści, rzu­co­ną gdzieś w zbio­ro­wej mo­gi­le. Nie mia­ła złu­dzeń, że Niem­cy ko­go­kol­wiek oszczę­dzą. To była je­dy­nie kwe­stia cza­su i mocy prze­ro­bo­wych.

Do­dat­ko­wy ba­last sta­no­wi­ła We­ro­ni­ka, któ­ra po­ru­sza­ła się z tru­dem i nie­mal wi­sia­ła na ra­mie­niu Ali­cji. Wy­cień­czo­ne do­tar­ły na dwo­rzec, wraz z po­dob­ny­mi do nich stra­ceń­ca­mi. A tam ko­lej­ne go­dzi­ny ocze­ki­wa­nia, bez­na­mięt­ne re­je­stro­wa­nie rze­czy­wi­sto­ści i roz­glą­da­nie się za mi­ską cien­kiej zupy, któ­rą roz­da­wa­no przy­by­łym. „Cóż za mi­ło­sier­dzie” – my­śla­ła z prze­ką­sem Ali­cja, ale nie po­gar­dzi­ła je­dze­niem, bo nie pa­mię­ta­ła, kie­dy ostat­ni raz mia­ła coś w ustach.

Jed­na z ko­biet bez­u­stan­nie zer­ka­ła w stro­nę We­ro­ni­ki i w koń­cu po­wie­dzia­ła:

– Pani to le­piej niech gdzie ucie­ka, bo z tą nogą na ro­bo­ty pani nie we­zmą, tyl­ko od razu do Au­schwitz, a tam, pani ko­cha­na, to po­dob­nież lu­dzi żyw­cem palą.

– Cie­ka­we, gdzie mia­ła­bym z tym ku­la­sem uciec? – mruk­nę­ła nie­co po­iry­to­wa­na. – Chy­ba tyl­ko przed plu­ton eg­ze­ku­cyj­ny.

– O, pani, ja tam wca­le nie wiem, czy to nie by­ło­by le­piej. – Mach­nę­ła ręką i po­pra­wi­ła na gło­wie sfa­ty­go­wa­ną chust­kę.

Ali­cja za­my­śli­ła się. Je­śli w isto­cie ta ko­bie­ta mia­ła ra­cję, to już le­piej by­ło­by im zgnić w tych śmier­dzą­cych ka­na­łach. O Au­schwitz mó­wio­no strasz­ne rze­czy, a przede wszyst­kim to, że stam­tąd wy­cho­dzi się je­dy­nie przez ko­min kre­ma­to­rium. Co praw­da Ro­sja­nie byli bli­sko, ale je­śli będą się tak za­bie­ra­li za wy­zwo­le­nie obo­zu, jak w War­sza­wie za po­moc po­wstań­com, to zdą­żą obie przejść przez pie­kło, bo nie­co jesz­cze ze­sztyw­nia­ła ręka Ali­cji tak­że dys­kwa­li­fi­ko­wa­ła ją jako dar­mo­wą siłę ro­bo­czą. Nie była jed­nak w sta­nie my­śleć ra­cjo­nal­nie, a szan­se na uciecz­kę uzna­ła za ze­ro­we. Ze­wsząd ota­cza­ły ich kor­do­ny żoł­nie­rzy, jak gdy­by byli groź­ny­mi prze­stęp­ca­mi, a nie wy­cień­czo­ny­mi cy­wi­la­mi.

Po kil­ku go­dzi­nach za­pa­ko­wa­no ich do by­dlę­cych wa­go­nów i po­ciąg ru­szył w kie­run­ku obo­zu przej­ścio­we­go w Prusz­ko­wie. Ali­cja sta­ła tuż przy nie­wiel­kim świe­tli­ku i że­gna­ła się ze swo­im mia­stem, Ma­te­usz­kiem, Ser­giu­szem i wszyst­ki­mi, któ­rzy byli jej bli­scy. Na­gle po­czu­ła szarp­nię­cie i po­ciąg ze zgrzy­tem za­trzy­mał się nie­mal w środ­ku lasu.

– Uda­ło się! – krzyk­nął ktoś, prze­su­wa­jąc drzwi wa­go­nu. – Cho­du, mili pań­stwo, kto żyw i ma siły.

Po chwi­li wy­sko­czył z wa­go­nu i po­biegł w stro­nę le­śnej gę­stwi­ny. Ali­cja nie usły­sza­ła ani nie­miec­kich na­wo­ły­wań, ani strza­łów czy od­gło­sów po­ści­gu. Tak, to była oka­zja. Kil­ka mi­nut nie­uwa­gi szwa­bów, za­pew­ne nie­spo­dzie­wa­ją­cych się, że ci wy­koń­cze­ni fi­zycz­nie lu­dzie by­li­by w sta­nie sfor­so­wać za­ry­glo­wa­ne od ze­wnątrz cięż­kie drzwi wa­go­nu, sta­no­wi­ło nie lada oka­zję. Ko­lej­ne oso­by za­czę­ły po­je­dyn­czo opusz­czać po­ciąg i zni­kać w gę­stych za­ro­ślach.

– Te­raz my, moja dro­ga – wes­tchnę­ła Ali­cja, po­ma­ga­jąc wstać We­ro­ni­ce.

– Osza­la­łaś? – za­py­ta­ła. – Ucie­kaj sama, ja nie dam rady.

– To ty osza­la­łaś, wsta­waj!

We­ro­ni­ka spoj­rza­ła na Ali­cję i po­wie­dzia­ła sta­now­czo:

– Jadę do Prusz­ko­wa, tam może jest Ju­lian… Na pew­no gdzieś tam jest. Pro­szę, zo­staw mnie w spo­ko­ju.

Ali­cja Ro­siń­ska na­le­ża­ła do osób, któ­re nie lu­bi­ły ni­ko­mu po­ma­gać na siłę, a po sło­wach We­ro­ni­ki po­czu­ła się wręcz jak in­truz, któ­ry pró­bu­je roz­dzie­lić za­ko­cha­ną parę. Nie po­wie­dzia­ła już ani sło­wa, tyl­ko wy­sko­czy­ła z po­cią­gu i po­bie­gła w po­bli­ski las, po­dob­nie jak inni. Nie chcia­ła już wię­cej się na­ra­żać, mia­ła syna i Ser­giu­sza. Mu­sia­ła ich od­na­leźć. A ta sy­tu­acja była zna­kiem z nie­bios, że jesz­cze nie wszyst­ko stra­co­ne.

Po kil­ku go­dzi­nach po­wol­ne­go mar­szu, gdy po­czu­ła się zzięb­nię­ta i kom­plet­nie wy­cień­czo­na, po­sta­no­wi­ła po­szu­kać po­mo­cy. Przez cały czas swo­jej wę­drów­ki sta­ra­ła się uni­kać sie­dzib ludz­kich. Wie­dzia­ła, że kie­dy Niem­cy zo­rien­tu­ją się w sy­tu­acji, wła­śnie tam za­czną szu­kać ucie­ki­nie­rów. Jed­nak te­raz uzna­ła, że musi za­ry­zy­ko­wać, bo ina­czej zdech­nie w le­śnej głu­szy i nikt nie wy­ko­pie jej gro­bu ani nie po­sta­wi krzy­ża. Na­wet gdy woj­na do­bie­gnie koń­ca.

O tej po­rze roku las był mało przy­ja­znym miej­scem. Nie chro­nił, nie da­wał po­ży­wie­nia i na­wet roz­pa­le­nie ogni­ska zda­wa­ło się wy­czy­nem wręcz kar­ko­łom­nym. Do­czła­pa­ła na skraj za­gaj­ni­ka i uj­rza­ła przed sobą nie­mal bez­kre­sne pola, a w od­da­li nie­wiel­kie za­bu­do­wa­nia go­spo­dar­skie. Gdy­by było lato, a przed nią roz­po­ście­ra­ły­by się łany zbóż, mo­gła­by spró­bo­wać prze­drzeć się do do­mo­stwa, ale te­raz by­ła­by wy­sta­wio­na jak na pa­tel­ni. Po pro­stu sta­ła­by się ła­twym ce­lem. Po­sta­no­wi­ła po­cze­kać, aż się ściem­ni. Chcia­ła okryć się li­sto­wiem, któ­re po­kry­wa­ło runo, ale oka­za­ło się tak wil­got­ne, że zre­zy­gno­wa­ła z po­my­słu. Na szczę­ście zmierzch na­stał dość szyb­ko i ru­szy­ła w stro­nę za­bu­do­wań. Sta­wia­jąc z tru­dem ko­lej­ne kro­ki, przy­po­mi­na­ła so­bie czas, gdy z Ju­lia­nem prze­dzie­ra­li się przez za­spy. Była wte­dy w zde­cy­do­wa­nie lep­szej kon­dy­cji, bo nie mia­ła za sobą dwu­mie­sięcz­nej wal­ki, gło­do­wa­nia i nie bo­ry­ka­ła się z bó­lem, jaki wy­wo­ły­wa­ło obec­nie po­strze­lo­ne ra­mię.

Cha­ta spra­wia­ła wra­że­nie ubo­giej. Po­łą­czo­na z nie­wiel­ką obór­ką i po­kry­ta strze­chą, mia­ła odra­pa­ne nie­bie­skie drzwi i małe okien­ka. Za­nim Ali­cja do­tar­ła do gan­ku, usły­sza­ła szcze­ka­nie psa i od­wró­ci­ła się ner­wo­wo. Po chwi­li się uspo­ko­iła, bo za­ja­dły stróż go­spo­dar­stwa był uwią­za­ny do drew­nia­nej budy i nic nie wska­zy­wa­ło na to, że ze­rwa­nie łań­cu­cha sta­no­wi­ło dla nie­go ła­twe za­da­nie. Ha­łas spo­wo­do­wał, że nie­bie­skie drzwi za­skrzy­pia­ły, a w pro­gu sta­nę­ła ko­bie­ta w nie­od­gad­nio­nym wie­ku, o fi­li­gra­no­wej fi­gu­rze i twa­rzy po­ora­nej zmarszcz­ka­mi. Po­pa­trzy­ła bez­na­mięt­nym wzro­kiem na po­tar­ga­ną, brud­ną Ali­cję i po­wie­dzia­ła grom­ko, nie za­da­jąc żad­nych py­tań:

– Wcho­dzi szyb­ko, bo jesz­cze kto zo­ba­czy.

Izba była mała, ale przy­tul­na, a naj­waż­niej­sze, że nie­mal od pro­gu Ali­cja po­czu­ła ko­ją­ce cie­pło. Sta­ła przez chwi­lę na środ­ku po­miesz­cze­nia, jak­by nie wie­dząc, co da­lej ro­bić. Ko­bie­ta po­pchnę­ła ją de­li­kat­nie w stro­nę drew­nia­nej ławy sto­ją­cej nie­opo­dal bie­lo­ne­go pie­ca.

– A sia­daj­że. Mam tro­chę kar­to­flan­ki, za­raz przy­grze­ję.

– O nic pani nie za­py­ta? – zdzi­wi­ła się Ali­cja.

– A o co to py­tać? – wes­tchnę­ła i mach­nę­ła ręką.

– Pani tak sama miesz­ka?

– Te­raz już tak. Mąż umarł mi jesz­cze przed woj­ną, a dwóch sy­nów do lasu po­nio­sło – od­po­wie­dzia­ła i kil­ka mi­nut póź­niej po­sta­wi­ła przed Ali­cją mi­skę pa­ru­ją­cej kar­to­flan­ki.

Dziew­czy­na nie pa­mię­ta­ła, kie­dy ostat­ni raz tak bar­dzo sma­ko­wa­ła jej zupa. Nie cze­ka­ła, aż nie­co prze­sty­gnie, tyl­ko sior­ba­ła małe łycz­ki, czu­jąc roz­pły­wa­ją­ce się po prze­ły­ku cie­pło. Zro­zu­mia­ła tak­że, dla­cze­go go­spo­dy­ni o nic nie wy­py­tu­je. Za­pew­ne, ma­jąc dwóch sy­nów w par­ty­zant­ce, na­uczy­ła się, że le­piej za dużo nie wie­dzieć, a po­móc na­le­ży, je­śli w pro­gu sta­je wy­mi­ze­ro­wa­ny Po­lak.

Kie­dy Ali­cja do­szła do rów­no­wa­gi po po­sił­ku i po­czu­ła, że tem­pe­ra­tu­ra jej cia­ła wra­ca do nor­mal­nej, po­my­śla­ła o We­ro­ni­ce. Mia­ła wy­rzu­ty su­mie­nia, że tak po pro­stu ją zo­sta­wi­ła, ale nie chcia­ła jesz­cze umie­rać. Wie­rzy­ła, iż cze­ka ją jesz­cze coś do­bre­go. Mi­łość, któ­rą nie zdą­ży­ła się na­cie­szyć, i ra­dość, gdy czło­wiek nie musi się mar­twić o każ­dy dzień swo­jej eg­zy­sten­cji. Je­śli We­ro­ni­ka się pod­da­ła, trud­no. Ona nie mo­gła. Nie chcia­ła tak po pro­stu od­pu­ścić, gdy ist­niał gdzieś świat pięk­na i spo­ko­ju. To była siła, któ­ra pcha­ła ją do przo­du.

Do­tar­cie do le­śni­czów­ki wuja Ma­ka­re­go za­ję­ło jej dwa dni. Co praw­da Niem­cy sku­pi­li się na wła­snych klę­skach i nie­spe­cjal­nie pa­li­li się, by szu­kać wy­wro­tow­ców, ale byli za­wie­dze­ni po­raż­ka­mi i bar­dzo za­ja­dli. Gdy­by za­trzy­ma­li ją bez do­ku­men­tów i zwró­ci­li uwa­gę na jej nie­spraw­ną rękę, za­strze­li­li­by ją bez mru­gnię­cia okiem. Dla­te­go od­pa­da­ła po­dróż ko­le­ją i nie wcho­dzi­ły w grę ja­kie­kol­wiek inne sku­pi­ska ludz­kie, gdzie mo­gli się jesz­cze krę­cić. Ro­sja­nom, któ­rzy tak bar­dzo od­wró­ci­li się od nich, też już nie wie­rzy­ła i mu­sia­ła przy­znać słusz­ność Ser­giu­szo­wi, że są ta­ki­mi sa­my­mi wro­ga­mi jak Niem­cy.

Przy­wi­ta­nie z ro­dzi­ną, a przede wszyst­kim z Ma­te­usz­kiem, spra­wi­ło, że na­gle na­pię­cie ostat­nie­go cza­su opu­ści­ło ją i je­dy­ne, co ro­bi­ła przez na­stęp­ne kil­ka dni, to łka­nie w po­dusz­kę. Po pro­stu wszyst­kie skry­wa­ne emo­cje nie­spo­dzie­wa­nie wy­do­by­ły się na ze­wnątrz. Te do­bre i te złe.

Ba­wiąc się z sy­nem, tu­ląc go nie­mal bez prze­rwy i spę­dza­jąc z nim pra­wie każ­dą chwi­lę, za­sta­na­wia­ła się, skąd u niej tyle po­kła­dów tkli­wo­ści i czu­ło­ści. Wcze­śniej nie po­dej­rze­wa­ła na­wet, że ma­cie­rzyń­stwo może ją tak zmięk­czyć. Być może spra­wi­ła to roz­łą­ka z sy­nem i cią­gła oba­wa, iż ni­g­dy wię­cej go nie zo­ba­czy. A może po pro­stu doj­rza­ła do ta­kie­go ży­cia, gdzie ro­dzi­na i moż­li­wość prze­by­wa­nia z bli­ski­mi znaj­do­wa­ła się na pierw­szym miej­scu. Le­ni­wie pły­ną­cy czło­wie­czy los, bez fa­jer­wer­ków i bez spe­cjal­nych wstrzą­sów. Ali­cja już nie chcia­ła ba­lan­so­wać na kra­wę­dzi ani czuć ad­re­na­li­ny, któ­rą da­wa­ło ry­zy­ko. Wo­la­ła spo­kój.

Ma­te­uszek na szczę­ście nie od­da­lił się od niej emo­cjo­nal­nie. Wciąż była dla nie­go naj­waż­niej­szą oso­bą na świe­cie i jego bo­ha­ter­ką, bo wal­czy­ła na woj­nie. Nie­mal każ­de­go dnia py­tał, czy te­raz, gdy ko­niec woj­ny jest bli­ski, zo­sta­nie z nim na za­wsze. Obie­cy­wa­ła i przy­się­ga­ła, iż tak wła­śnie bę­dzie i je­śli wy­je­dzie, to na bar­dzo krót­ko.

Cie­szy­ła się z obec­no­ści syna, ale jed­no­cze­śnie wy­pła­ki­wa­ła so­bie oczy, bo nie było przy niej Ser­giu­sza i nie mia­ła po­ję­cia, co się z nim dzie­je. Gdy­by go po­słu­cha­ła, mia­ła­by go te­raz obok sie­bie i cie­szy­ła­by się każ­dym dniem, bez ko­niecz­no­ści ukry­wa­nia się i cią­głe­go lęku. Nie po­słu­cha­ła, a i tak wszyst­ko szlag tra­fił. Nie wy­szło, nie uda­ło się. Tak bar­dzo nie wy­szło, że na­wet ona była zdzi­wio­na po­dob­nym ob­ro­tem spraw. W naj­śmiel­szych przy­pusz­cze­niach nie my­śla­ła, jak bar­dzo dłu­ga i wy­cień­cza­ją­ca bę­dzie to wal­ka i że za­koń­czy się w tak dra­ma­tycz­ny spo­sób.

Z ra­dia pły­nę­ły co­dzien­nie do­bre wie­ści. Głos spi­ke­ra in­for­mo­wał o ko­lej­nych zdo­by­tych te­re­nach, a w koń­cu Ali­cja usły­sza­ła to, na co tak dłu­go cze­ka­ła:War­sza­wa jest wol­na. W pierw­szej chwi­li po­my­śla­ła, że to bzdu­ra, bo jej uko­cha­ne mia­sto już nie ist­nia­ło i nie wia­do­mo, kie­dy i czy w ogó­le w miej­scu tych ruin po­wsta­nie nowe. Jed­nak do­tar­ło do niej, że je­śli Niem­cy wy­nie­śli się ze sto­li­cy, to zna­czy, że będą two­rzy­ły się ja­kieś urzę­dy, punk­ty po­szu­ki­wań za­gi­nio­nych, wej­dą or­ga­ni­za­cje po­mo­co­we i spo­łecz­ne, Czer­wo­ny Krzyż… A je­śli tak, moż­li­we, że ktoś bę­dzie wie­dział, gdzie wy­wie­zio­no po­wstań­ców. Przy­naj­mniej tych, któ­rzy do sa­me­go koń­ca nie zdję­li opa­sek i nie do­łą­czy­li do cy­wi­lów. Prze­cież, do dia­bła, były ja­kieś kon­wen­cje, prze­pi­sy, a po­wstań­ców uzna­no za jeń­ców wo­jen­nych. Za­tem ktoś po­wi­nien coś wie­dzieć. Tego wie­czo­ru prze­sta­ła łkać i się ma­zać, za­miast tego ze­szła do kuch­ni, do bab­ki Alut­ki, któ­ra z dnia na dzień sta­wa­ła się co­raz słab­sza, tak jak­by mia­ła nie­ba­wem po­że­gnać się ze świa­tem i je­dy­nie cze­ka­ła, aż woj­na się skoń­czy, żeby mo­gła wró­cić do swo­ich Cheł­mic.

– Bab­ciu… – po­wie­dzia­ła ci­cho Ali­cja. – Mu­szę od­na­leźć Ser­giu­sza.

– A gdzie chcesz go szu­kać? – bąk­nę­ła bab­ka. – W gru­zach?

– Gru­zy, gru­zy… Ale coś się tam dzie­je. Jest woj­sko, na­sze, pol­skie. Two­rzą się urzę­dy… Pew­nie cze­goś się do­wiem, tam na miej­scu – pe­ro­ro­wa­ła Ali­cja.

– No co mam ci po­wie­dzieć… Nie są­dzę, że w taki spo­sób go znaj­dziesz, ale w koń­cu mamy pra­wie ko­niec woj­ny. A w War­sza­wie już na pew­no nie ma szwa­bów. Więc jedź, naj­wy­żej wró­cisz z ni­czym za parę dni – po­wie­dzia­ła ci­cho i za­ka­sła­ła.

– Do­brze się czu­jesz, bab­ciu? – za­trwo­ży­ła się Ali­cja.

– Jak to sta­ra baba… Nie­dłu­go ósmy krzy­żyk mi stuk­nie i już gra­barz w Cheł­mi­cach się o mnie do­py­tu­je – bąk­nę­ła.

– Prze­stań, bab­ciu. Do­ży­jesz set­ki, więc przed nami jesz­cze mnó­stwo wspa­nia­łych chwil. – Po­gła­ska­ła bab­kę po po­marsz­czo­nej dło­ni.

– No cie­ka­we, jak cię wiecz­nie dupa swę­dzi i cią­gle cię gdzieś nosi. A ja tak so­bie obie­ca­łam, że nie pój­dę do sztyw­nia­ków, póki cała ro­dzi­na nie bę­dzie w kom­ple­cie.

– Ser­giusz to też na­sza ro­dzi­na – wes­tchnę­ła Ali­cja i do­da­ła ze śmie­chem: – W ta­kim ra­zie chy­ba mu­szę znik­nąć na kil­ka lat, że­byś jesz­cze tro­chę po­ży­ła.

– Nie ga­daj ta­kich rze­czy, bo jesz­cze w złą go­dzi­nę wy­po­wiesz… – Bab­ka Alut­ka spo­waż­nia­ła. – Tak, ten cały „Kary” to jak na­sza ro­dzi­na, chcia­ła­bym, że­byś za nie­go wy­szła. Bę­dzie do­bry dla cie­bie i ma­łe­go. I mam na­dzie­ję, że je­śli zno­wu Cheł­mic­ki zja­wi się obok, prze­go­ni go na czte­ry wia­try.

***

Ali­cja do­tar­ła do War­sza­wy oko­ło po­łu­dnia. Zima po­wo­li od­pusz­cza­ła, za­mie­nia­jąc sku­te lo­dem dro­gi w ba­gni­ste ba­jo­ra. Mia­sto, któ­re było jej tak bli­skie i za któ­re była go­to­wa od­dać ży­cie, wy­glą­da­ło prze­dziw­nie. Wciąż zruj­no­wa­ne, peł­ne gru­zów i po­zba­wio­ne mo­stów, ale jak­by żywe. Prze­pra­wia­ła się wła­śnie na dru­gi brzeg Wi­sły jed­ną ze zde­ze­lo­wa­nych ło­dzi przy­po­mi­na­ją­cych tra­twę i wsłu­chi­wa­ła się w opo­wieść prze­woź­ni­ka.

– Pani ko­cha­na, jak tyl­ko nada­li przez ra­dio, że War­sza­wa jest wol­na, to pani… od na­stęp­ne­go dnia całe chma­ry lu­dzi wra­ca­ły. Fur­man­ka­mi, pie­szo, po­cią­ga­mi, jak bądź. Po lo­dzie na Wi­śle też leź­li, bo to prze­cie ani je­den mo­ste­czek się nie ostał. Na dro­gach zro­bi­ła się gran­da, bo lu­dzie na­pie­ra­li tak, że woj­sko nie mo­gło prze­je­chać. A nie­któ­rzy, jak zo­ba­czy­li, że tu je­dy­nie gów­na i kap­cie zo­sta­ły, to się na­zad wra­ca­li. I tak, pani, krą­ży­li w tę i we w tę. Bo to prze­cie ani prą­du, ani wody, miny wszę­dzie i ja­kie nie­wy­bu­chy, nie­jed­ne­mu urwa­ło co nie­co, jak miał tro­chę szczę­ścia, bo jak nie, to tak pew­no leży do tej pory. A ile tu sza­brow­ni­ków ścią­gnę­ło, pani ko­cha­na, cała gang­ster­ka się zje­cha­ła…

Ali­cja w pew­nej chwi­li prze­sta­ła słu­chać. Przy­glą­da­ła się je­dy­nie mia­stu, któ­re jesz­cze kil­ka mie­się­cy wcze­śniej za­żar­cie wal­czy­ło o wol­ność, o god­ność, o Bóg ra­czy wie­dzieć co. Wy­sia­dła z ło­dzi i ru­szy­ła w kie­run­ku Śród­mie­ścia. Na uli­cach nie le­ża­ły już zwło­ki. Za­pew­ne te, któ­re znaj­do­wa­ły się na wi­do­ku, uprząt­nię­to. Dla­te­go te­raz mi­ja­ła je­dy­nie ży­wych lu­dzi i to było po­cie­sza­ją­ce. Py­ta­ła sama sie­bie w du­chu, gdzież oni miesz­ka­ją, co je­dzą, gdzie się myją. I gdzie ona prze­no­cu­je, je­śli przyj­dzie jej zo­stać w mie­ście kil­ka dni. Wszę­dzie ru­iny i tyl­ko od cza­su do cza­su mi­ja­ła domy, któ­re nada­wa­ły się do za­miesz­ka­nia. Na nie­któ­rych wid­nia­ły na­ma­lo­wa­ne far­bą na­pi­sy, że moż­na doń wcho­dzić, bo woj­sko spraw­dzi­ło, czy wnę­trza nie kry­ją żad­nych nie­spo­dzia­nek w po­sta­ci min czy nie­wy­bu­chów. Grup­ki lu­dzi prze­rzu­ca­ły gruz na jed­ną ster­tę, zaś całe ce­gły ukła­da­ły w sze­ścia­ny, by mo­gły być jesz­cze wy­ko­rzy­sta­ne. Ja­kiś prze­po­ło­wio­ny bu­dy­nek miał przy ścia­nie pod­sta­wio­ną dra­bi­nę i Ali­cja spo­strze­gła ze zdzi­wie­niem, że ktoś wcho­dził po niej z wia­drem wody, otwie­rał drzwi, a w środ­ku stał ktoś inny i po­ma­gał wcho­dzą­ce­mu. Brak klat­ki scho­do­wej naj­wi­docz­niej nie prze­szko­dził miesz­kań­com i po­sta­no­wi­li do­sta­wać się do domu ni­czym do chat­ki na ku­rzej łap­ce. Gdzie­nie­gdzie zo­sta­ły frag­men­ty miesz­kań, przy­kry­te plan­de­ką, albo kom­plet­nie po­zba­wio­ne ścian po­ko­je, gdzie moż­na było do­strzec nie­na­ru­szo­ne kre­dens czy ka­na­pę. Po za­gru­zo­wa­nych uli­cach pró­bo­wa­ły jeź­dzić fur­man­ki i cię­ża­rów­ki, a od cza­su do cza­su mi­ja­li ją ob­ła­do­wa­ni do­bra­mi ro­we­rzy­ści. Na skwe­rach nie­kie­dy do­strze­ga­ła krzy­że albo pro­wi­zo­rycz­ną mo­gi­łę przy­po­mi­na­ją­cą, że ma­so­wo gi­nę­li tu­taj lu­dzie. Na każ­dej uli­cy i nie­mal w każ­dym domu. Pew­nie jesz­cze mi­nie wie­le cza­su, za­nim po­grze­bią ich wszyst­kich, a być może nie­któ­rzy po­zo­sta­ną tu­taj na za­wsze, ni­g­dy nie­od­na­le­zie­ni, bo ich cia­ła za­mie­nią się w proch, a za­cho­wa­ją się je­dy­nie ko­ści, na któ­rych po­wsta­nie nowy bu­dy­nek czy uli­ca. A jed­nak tęt­ni­ło ży­cie, zwłasz­cza wo­kół do­mów, z któ­rych jesz­cze coś zo­sta­ło. Moż­na było na­wet do­strzec lu­dzi w in­tym­nych sy­tu­acjach, gdy po pro­stu ku­ca­li za po­kru­szo­ny­mi mu­ra­mi, by za­ła­twić swo­je po­trze­by fi­zjo­lo­gicz­ne, bo inny spo­sób nie ist­niał. A tuż obok, wzdłuż ulic, lu­dzie han­dlo­wa­li czym się dało. Do War­sza­wy do­tar­ły już nowe pie­nią­dze. Co praw­da wła­dze za­po­wia­da­ły wy­mia­nę tych przed­wo­jen­nych po kur­sie je­den do jed­ne­go, jed­nak gór­ną gra­ni­cą wy­mia­ny było pięć­set zło­tych, więc ra­dzo­no so­bie ina­czej. Wa­lu­tą były rze­czy. Fu­tra za­mie­nia­no na wo­rek mąki, me­ble na pier­na­ty, a na­czy­nia od­da­wa­no za mi­skę zupy. Po­wsta­ły na­wet pierw­sze skle­py umiej­sco­wio­ne w bra­mach na wpół zruj­no­wa­nych do­mów, w znisz­czo­nych wa­go­nach tram­wa­jo­wych czy też w spa­lo­nych sa­mo­cho­dach.

„Jak bar­dzo ci lu­dzie mu­sie­li ko­chać swo­ją War­sza­wę, je­śli zde­cy­do­wa­li się wró­cić do tych ruin, na to cmen­ta­rzy­sko, gdzie zgi­nę­ły dzie­siąt­ki, je­śli nie set­ki ty­się­cy lu­dzi?” – my­śla­ła, roz­glą­da­jąc się do­oko­ła.

Cza­sa­mi mi­ja­ły ją sa­mo­cho­dy z pol­ski­mi żoł­nie­rza­mi, od cza­su do cza­su sły­sza­ła ro­syj­ski, a wszyst­ko spra­wia­ło wra­że­nie jed­ne­go wiel­kie­go cha­osu.

Za­py­ta­ła ja­kie­goś żoł­nie­rza o Pol­ski Czer­wo­ny Krzyż, bo po­sta­no­wi­ła roz­po­cząć po­szu­ki­wa­nia od tego miej­sca.

– A pani na eks­hu­ma­cję? To za­le­ży na jaki re­wir, bo jak… – za­czął tłu­ma­czyć je­den z żoł­nie­rzy, ale Ali­cja mu prze­rwa­ła.

– Nie, nie na eks­hu­ma­cję. Szu­kam ko­goś… To pew­nie bę­dzie Biu­ro In­for­ma­cji i Po­szu­ki­wań.

– A to nie wiem, ale idzie pani na Piu­sa, do za­rzą­du, może tam… Ale wie pani, le­piej to za­cząć od eks­hu­ma­cji, bo wię­cej ta­kich, co nie żyją, niż tych, co ucie­kli… – Mach­nął ręką.

– Nie, nie… – Po­krę­ci­ła gło­wą, jak­by na­wet nie do­pusz­cza­ła do sie­bie my­śli, że Ser­giusz mógł­by gdzieś tu le­żeć, nie­ży­wy i przy­sy­pa­ny gru­za­mi. – On prze­żył, tyl­ko Niem­cy go wy­wieź­li do Rze­szy.

– No idzie pani tam… – bąk­nął żoł­nierz i ru­szył przed sie­bie.

Tuż przed bu­dyn­kiem kłę­bi­ły się tłu­my. Jed­ni chcie­li wie­dzieć, gdzie jesz­cze będą eks­hu­ma­cje, inni zgła­sza­li, że na­tknę­li się na ofia­ry, a po­zo­sta­li cze­ka­li, by prze­ka­zać dane osób za­gi­nio­nych. Ali­cja usta­wi­ła się wraz z in­ny­mi, cho­ciaż nie za­uwa­ży­ła, żeby tłum pró­bo­wał ufor­mo­wać coś w ro­dza­ju ko­lej­ki. Usły­sza­ła za sobą głos:

– Al­do­na… Boże, Al­do­na, ty ży­jesz.

Ali­cja od­wró­ci­ła się i sta­nę­ła twa­rzą w twarz ze swo­im daw­nym kom­pa­nem z SOE, któ­ry oka­zał się zdraj­cą ich idei i pró­bo­wał ogra­bić or­ga­ni­za­cję z pie­nię­dzy, by wes­przeć nimi ko­mu­ni­stycz­ne bo­jów­ki.

– Wik­tor… – jęk­nę­ła.

– Och, Ali­cjo, wiem, że je­steś tro­chę na mnie zła za te pie­nią­dze, ale te­raz… Wszy­scy je­ste­śmy Po­la­ka­mi, wal­czy­li­śmy w jed­nym po­wsta­niu i bę­dzie­my żyli w jed­nej oj­czyź­nie – po­wie­dział z en­tu­zja­zmem.

– Da­lej je­steś czer­wo­ny? – za­py­ta­ła po­dejrz­li­wie.

– Daj­że spo­kój. No je­stem i cóż z tego? – Mach­nął dło­nią.

– Słu­chaj, Wik­tor, na­dal uwa­żam cię za świ­nię, ale mo­żesz się zre­ha­bi­li­to­wać i mi po­móc, bo będę sta­ła tu­taj do Wiel­ka­no­cy, a nie mam na­wet gdzie spać. Czy mógł­byś się do­wie­dzieć, gdzie wy­wie­zio­no jeń­ców z po­wsta­nia? No wiesz, ja­kie sta­la­gi, ofla­gi, miej­sco­wo­ści i ta­kie rze­czy. Zgod­nie z kon­wen­cją ge­new­ską ta­kie in­for­ma­cje po­win­ny być do­stęp­ne.

– My­ślę, że mógł­bym po­móc. Po­dam ci ad­res. Urzę­du­ję na Pra­dze, na Strze­lec­kiej. Przyjdź za dwie, trzy go­dzi­ny, mu­szę jesz­cze coś za­ła­twić na mie­ście. Przez Wi­słę prze­pra­wisz się ło­dzią – po­wie­dział i szyb­ko się po­że­gnaw­szy, za­czął prze­ci­skać się przez zbi­ty tłum.

W Ali­cję wstą­pił nowy duch. Była tak pod­eks­cy­to­wa­na fak­tem, że zdo­bę­dzie ja­kieś kon­kret­ne in­for­ma­cje, że na­wet nie za­sta­no­wi­ła się nad uczyn­no­ścią Wik­to­ra. W tym mo­men­cie za­cho­wa­ła się jak kom­plet­na idiot­ka, bo za­miast do przy­ja­cie­la, tra­fi­ła wprost w pasz­czę lwa.

2. Lamsdorf / Łambinowice, Stalag VIII B, 1945

Szy­mek Wie­lo­pol­ski nie mógł uwie­rzyć w to, że był wol­ny. Tak samo, jak w to, że Niem­cy osa­dzi­li go tu­taj jako mło­do­cia­ne­go po­wstań­ca. Na­wet chłop­cy, z któ­ry­mi dzie­lił ba­rak, uwa­ża­li, że wszyst­ko, co mó­wił, jest zmy­ślo­ne i na­kie­ro­wa­ne na to, by do­stać się do Czę­sto­cho­wy, pod skrzy­dła Rady Głów­nej Opie­kuń­czej, bę­dą­cej ofi­cjal­ną ko­mór­ką spo­łecz­ną, nio­są­cą po­moc Po­la­kom z te­re­nu Głów­ne­go Gu­ber­na­tor­stwa. W pew­nym mo­men­cie na­wet prze­stał za­prze­czać, zwłasz­cza że ów wy­jazd do Czę­sto­cho­wy oka­zał się je­dy­nie czczą obiet­ni­cą władz nie­miec­kie­go obo­zu. Ale te­raz na­de­szła Ar­mia Czer­wo­na i Szy­mek był wol­ny. Je­chał z dwie­ma za­kon­ni­ca­mi i in­ny­mi dzie­cia­ka­mi do sie­ro­ciń­ca pod Ło­wi­czem. Nie miał jed­nak za­mia­ru dłu­go tam zo­sta­wać. Chciał od­na­leźć Zo­się, Ziut­ka i pana Emi­la.

Wie­rzył głę­bo­ko, że Zo­sia i Ziu­tek oca­le­li. Po tym, co prze­szli we trój­kę, by­ło­by to czy­stym drań­stwem, gdy­by się nie ura­to­wa­li. Wspo­mi­nał ich ge­hen­nę i uśmie­chał się na samo wspo­mnie­nie Zosi, któ­ra, cho­ciaż oszpe­co­na przez okrut­ne­go es­es­ma­na, ja­wi­ła mu się jako naj­ład­niej­sza dziew­czyn­ka pod słoń­cem. Za­raz po No­emi.

***

Kie­dy spło­sze­ni od­gło­sem po­ci­sków ar­ty­le­ryj­skich opu­ści­li miesz­ka­nie na Woli, a wła­ści­wie ciem­ną piw­ni­cę, Szy­mek po­czuł lęk, ja­kie­go ni­g­dy wcze­śniej nie do­znał. Była już noc, nad mia­stem uno­si­ła się łuna i sły­chać było od­gło­sy bomb. A wo­kół stra­szy­ły zło­wro­gie pu­ste bu­dyn­ki bez szyb w oknach, nie­kie­dy spa­lo­ne albo sta­no­wią­ce ru­mo­wi­sko.

– Boję się – po­wie­dzia­ła Zo­sia.

Szy­mek tak­że się bał, ale nie mógł tego po­ka­zać swo­jej no­wej ko­le­żan­ce. Nie chciał, żeby pa­ni­ko­wa­ła, bo to była naj­prost­sza dro­ga, by wpaść w ręce Niem­ców. Poza tym czuł, że jako męż­czy­zna, cho­ciaż nie cał­kiem do­ro­sły, mu­siał za­pa­no­wać nad sy­tu­acją.

– Nie bój się – mruk­nął pod no­sem, jak­by od nie­chce­nia.

– I co te­raz? Do­kąd pój­dzie­my? – do­py­ty­wa­ła Zo­sia.

– Na Sta­re Mia­sto – od­po­wie­dział bez wa­ha­nia Szy­mek. – Tam są nasi i na pew­no biją szwa­bów.

Nie miał wąt­pli­wo­ści, gdzie po­win­ni się udać, po­nie­waż przez ostat­nie dni nie my­ślał o ni­czym in­nym. Nie miał po­ję­cia, dla­cze­go wbił so­bie do gło­wy, że po­wstań­cy nie od­da­dzą pla­cu Zam­ko­we­go i Ryn­ku Sta­re­go Mia­sta, któ­re dla Szym­ka było ser­cem nie tyl­ko War­sza­wy, ale ca­łej Pol­ski. Na­wet nie do­pu­ścił do sie­bie my­śli, że ta część mia­sta, po­dob­nie jak wie­le in­nych, po­dzie­li­ła los Woli czy Żo­li­bo­rza.

Mie­li ze sobą ple­cak z je­dze­niem wy­ję­tym ze spi­żar­ni i to do­da­wa­ło im otu­chy. Wola była już wła­ści­wie wy­mar­łą dziel­ni­cą. Je­śli chcie­li­by na­tknąć się na siły po­wstań­cze, mu­sie­li iść na pół­noc, w kie­run­ku Sta­re­go Mia­sta. Szy­mek trwał w ja­kimś dzi­kim upo­rze, prze­ko­na­ny, że tego miej­sca po­wstań­cy będą bro­nić do ostat­niej kro­pli krwi.

Szli po­wo­li i bar­dzo ci­cho, cho­wa­jąc się w ru­mo­wi­skach i za­uł­kach znisz­czo­nych ulic. Pew­nie ry­chło wpa­dli­by na ja­kiś pa­trol, gdy­by nie Ziu­tek, któ­ry biegł przo­dem i je­śli tyl­ko za­uwa­żał coś nie­po­ko­ją­ce­go, wra­cał i sta­wał w miej­scu. Ro­bił to rów­nież wte­dy, gdy na swo­jej dro­dze na­ty­kał się na mar­twe cia­ła. Jed­nak nie wył jak wcze­śniej, jak­by zro­zu­miał, że mu­siał­by to ro­bić nie­mal cały czas. Ziu­tek oka­zał się świet­nym zwia­dow­cą i Szy­mek Wie­lo­pol­ski nie­raz dzię­ko­wał Bogu i pan­nie Al­do­nie, że ob­da­ro­wa­li go tym mą­drym zwie­rzę­ciem.

Po kil­ku go­dzi­nach mar­szu na­tknę­li się w koń­cu na cy­wi­la. Biegł z wia­drem w dło­ni, od cza­su do cza­su cho­wa­jąc się za za­ło­ma­mi bu­dyn­ków.

– Pro­szę pana… – Szy­mek pod­biegł zdy­sza­ny do ciem­nej po­sta­ci, zo­sta­wia­jąc Zo­się w jed­nej z bram. – Jak moż­na się stąd do­stać na Sta­rów­kę? Stra­ci­łem zu­peł­nie orien­ta­cję w tej ciem­ni­cy.

– Po co się tam pchasz, chłop­cze? – za­py­tał męż­czy­zna sła­bym gło­sem. – Prze­cież tam już są Niem­cy. Wszę­dzie są Niem­cy… My sie­dzi­my w piw­ni­cy i tyl­ko cze­ka­my, aż po nas przyj­dą.

– Jak to, Niem­cy? – Szy­mek pra­wie się roz­pła­kał.

– No a kto? Prze­cie nie Ru­skie… Tyl­ko Śród­mie­ście się bro­ni, a niech ich cho­le­ra. My tu z gło­du zdy­cha­my, po wodę mu­szę cho­dzić ki­lo­metr, a oni wciąż się biją. – Mach­nął ręką.

– Bo to prze­cie na­sza oj­czy­zna – po­wie­dział Szy­mek.

– Wi­dać, dziec­ko, żeś za mało w kość do­stał. Dzie­cia­ka mi, skur­wy­sy­ny, za­bi­li. Je­dy­ne­go syna. A żona le­d­wie żyje… I ja mam my­śleć o oj­czyź­nie, któ­rej i tak już nie mamy i mieć nie bę­dzie­my, bo nas szwa­by w pień wy­bi­ją i pies z ku­la­wą nogą nam nie po­mo­że? – Prych­nął i bez sło­wa od­da­lił się, zni­ka­jąc w ciem­nych za­uł­kach opu­sto­sza­łej uli­cy.

Szy­mek na­wet nie zdą­żył za­py­tać, gdzie mają iść i kogo pro­sić o po­moc. Po­czuł, że umar­ła ostat­nia na­dzie­ja. Jed­nak po chwi­li po­my­ślał o Śród­mie­ściu. Tam wciąż byli po­wstań­cy. Wró­cił do cze­ka­ją­cej Zosi i nie mó­wiąc ani sło­wa, ru­szył przed sie­bie. Dziew­czyn­ka pró­bo­wa­ła py­tać o cel wy­pra­wy, ale Szy­mek je­dy­nie coś od­burk­nął, sta­ra­jąc się roz­po­zna­wać uli­ce i kie­ru­nek ich mar­szu, któ­ry co kil­ka­na­ście mi­nut mu­sie­li zmie­niać, by omi­nąć pa­trol.

Gdy za­czę­ło świ­tać, schro­ni­li się w ja­kimś gru­zo­wi­sku i tam za­snę­li na zde­ze­lo­wa­nej ka­na­pie, któ­ra nie­gdyś sta­no­wi­ła część ba­ry­ka­dy usta­wio­nej przez miesz­kań­ców. Było chłod­no, więc tu­li­li się do sie­bie i do wiel­kie­go fu­trza­ne­go zwie­rza­ka, któ­ry nie tyl­ko da­wał im po­czu­cie bez­pie­czeń­stwa, ale tak­że cie­pło.

Obu­dzi­li się oko­ło po­łu­dnia, ale wciąż sie­dzie­li w ru­mo­wi­sku, by do­cze­kać nocy, któ­ra wy­da­wa­ła im się naj­bez­piecz­niej­szą porą, by móc prze­dzie­rać się da­lej. Chło­pak otwo­rzył ple­cak i wy­dzie­lił im po ka­wał­ku czer­stwe­go chle­ba. Zo­sia z tru­dem żuła kęsy, wciąż cier­piąc z po­wo­du rany na po­licz­ku. Szym­ko­wi zda­wa­ło się, że do­pie­ro co po­czuł smak je­dze­nia, a już mu­siał za­koń­czyć po­si­łek, żeby pro­wian­tu wy­star­czy­ło na ko­lej­ne dni.

Póź­nym po­po­łu­dniem, któ­re spę­dzi­li głów­nie na snu­ciu ma­rzeń o tym, co zje­dzą, gdy już woj­na się skoń­czy, Szy­mek wy­ru­szył z Ziut­kiem na zwia­dy, by roz­po­znać to­po­gra­fię te­re­nu. Była to nie­zna­na mu oko­li­ca, ni­g­dy wcze­śniej tu­taj nie był i wy­rzu­cał so­bie, że nie za­brał z domu pla­nu mia­sta. Gdy­by go miał, bez tru­du zna­la­zł­by uli­cę, któ­rej na­zwę uda­ło mu się od­czy­tać na ta­blicz­ce le­żą­cej przed ka­mie­ni­cą. Nie­ste­ty, te­raz było już za póź­no i nie wi­dział szans, by wró­cić do domu.

Pod­biegł do miej­sca, gdzie cze­ka­ła na nie­go Zo­sia i szep­nął:

– Je­ste­śmy na ja­kiejś Słu­pec­kiej… Bóg ra­czy wie­dzieć, gdzie to jest.

– No jak to gdzie? – Wzru­szy­ła ra­mio­na­mi. – Je­ste­śmy na Ocho­cie.

– A niby skąd ty taka obe­zna­na? – Prych­nął Szy­mek.

– Cza­sa­mi sio­stry za­bie­ra­ły nie­któ­re dziew­czyn­ki do ko­ścio­ła na Ocho­cie, po­wi­nien stać gdzieś tu, nie­da­le­ko – mruk­nę­ła.

Szy­mek przy­mknął po­wie­ki i za­czął in­ten­syw­nie my­śleć, pró­bu­jąc zlo­ka­li­zo­wać to miej­sce na pla­nie War­sza­wy i okre­ślić stro­ny świa­ta. By­wał na Ocho­cie z to­wa­rem, naj­czę­ściej na Gró­jec­kiej i Fil­tro­wej. Nie wie­dział jed­nak, w któ­rą stro­nę po­wi­nien pójść, by zna­leźć się w Śród­mie­ściu. Po­sta­no­wił, że gdy za­pa­da­nie zmierzch, wyj­dą z ukry­cia, tak jak wy­cho­dzi­li ci, któ­rzy sie­dzie­li w piw­ni­cach, by pod osło­ną nocy wy­do­stać się na ze­wnątrz. Jak ćmy albo du­chy wy­cho­dzą­ce z gro­bów, snu­li się, by zdo­być wodę lub coś do zje­dze­nia.

Gdy na­stał zmierzch, Szy­mek wy­szedł z ukry­cia i za­czął ob­ser­wo­wać oko­li­cę. Pies po­biegł w stro­nę jed­nej z ka­mie­nic i chłop­cu zda­wa­ło się, że nie ma go bar­dzo dłu­go. Za­raz po­tem usły­szał sko­wyt. Nie za­sta­na­wiał się w ogó­le nad za­gro­że­niem, zre­zy­gno­wał z ja­kiej­kol­wiek czuj­no­ści. Ile sił w no­gach po­biegł w kie­run­ku ka­mie­ni­cy, z po­dwór­ka któ­rej do­bie­gał ha­łas. Po dro­dze wy­jął swój pi­sto­let, któ­rym nie­gdyś zra­nił „Szma­tę” z get­ta, i od­bez­pie­czył go. Uj­rzał cień czło­wie­ka z ogrom­nym pa­łą­kiem w dło­ni, któ­ry usi­ło­wał ude­rzyć Ziut­ka, naj­pew­niej ko­lej­ny raz.

– Chodź tu, skur­ko­wań­cu, No, po­dejdź bli­żej… – Usły­szał, jak męż­czy­zna mówi po pol­sku do psa.

– Co pan robi? – jęk­nął z roz­pa­czą w gło­sie Szy­mek.

– Wy­noś się, gów­nia­rzu!

– Niech pan go zo­sta­wi, to do­bry pies.

– Mam to gdzieś, czy on do­bry, czy nie­do­bry. Od ty­go­dnia nie mie­li­śmy nic w py­sku, moja żona już na­wet po­karm w pier­siach stra­ci­ła, bo sama nic nie je, to niby skąd ma mieć, żeby dzie­cia­ka wy­kar­mić. A ten z pięć­dzie­siąt ki­lo­gra­mów waży.

Szy­mek mógł po­ża­ło­wać gło­du­ją­cych i ko­czu­ją­cych w piw­ni­cach lu­dzi, ale Ziu­tek był dla nie­go jak czło­wiek, ni­czym naj­lep­szy przy­ja­ciel.

– Ucie­kaj, Ziu­tek! – krzyk­nął Szy­mek i po­pchnął z ca­łej siły męż­czy­znę.

Ten stra­cił na chwi­lę rów­no­wa­gę, a pies, jak na ko­men­dę, pod­wi­nął ogon i znik­nął w cze­lu­ści bra­my.

– Ty szcze­nia­ku! – zde­ner­wo­wał się. – Moja ro­dzi­na ma zdech­nąć z gło­du, bo to­bie zwie­rzę­cia szko­da?

– To nie jest taki so­bie zwy­kły pies, pro­szę pana – pró­bo­wał tłu­ma­czyć Szy­mek.

– A co? Gada w Wi­gi­lię? – za­py­tał ze zło­ścią.

– Nie… Ale on jest mą­dry i ura­to­wał mi ży­cie… – Szy­mek wciąż się uspra­wie­dli­wiał. Nie tyl­ko przed tym nie­zna­jo­mym, ale tak­że przed sobą sa­mym, że wy­brał ży­cie psa, a nie dru­gie­go czło­wie­ka.

Męż­czy­zna naj­wy­raź­niej był jed­nak zbyt zroz­pa­czo­ny utra­tą ta­kiej góry je­dze­nia, bo za­mach­nął się, by ude­rzyć chłop­ca. Szy­mek był tak oszo­ło­mio­ny za­cho­wa­niem tego czło­wie­ka, w koń­cu tak­że Po­la­ka, że stał jak słup soli, jak­by cze­ka­jąc, aż ogrom­ny drąg roz­bi­je mu gło­wę. Jed­nak Ziu­tek po raz ko­lej­ny po­ja­wił się nie wia­do­mo skąd i rzu­cił się na męż­czy­znę, któ­ry wy­pu­ścił z dło­ni pa­łąk i upadł na zie­mię. Szy­mek nie chciał jed­nak, by pies zro­bił mu krzyw­dę, dla­te­go krzyk­nął na nie­go i obaj ucie­kli na pu­stą i zło­wro­gą uli­cę. Nie­opo­dal znaj­do­wa­ła się ich kry­jów­ka. Szy­mek po­sta­no­wił, że mu­szą ją opu­ścić, bo naj­pew­niej wy­głod­nia­li miesz­kań­cy tak ła­two nie zre­zy­gnu­ją z mię­sa, ja­kie mo­gli­by mieć z mar­twe­go psa.

Prze­mie­rza­li po­now­nie uli­ce, kry­jąc się w ciem­no­ściach nocy, i pró­bo­wa­li od­gad­nąć, gdzie się znaj­du­ją. W pew­nym mo­men­cie do­strze­gli sze­ro­ką ar­te­rię i Szy­mek roz­po­znał w niej uli­cę Gró­jec­ką. Ode­tchnął z ulgą, że idą we wła­ści­wym kie­run­ku. Za­uwa­żył jed­nak, że po­mi­mo noc­nej pory na uli­cy sta­ły sa­mo­cho­dy nie­miec­kie, a wo­kół nich żoł­nie­rze, któ­rzy po­pi­ja­li wód­kę i gło­śno się śmia­li. Uli­ca była sze­ro­ka, prze­mknię­cie przez nią w spo­sób nie­zau­wa­żo­ny było wręcz nie­moż­li­we. Mu­sie­li prze­cze­kać, li­cząc, że żoł­nie­rze za­sną, zmo­rze­ni wód­ką, albo od­ja­dą gdzieś da­lej. Wbrew ocze­ki­wa­niom Szym­ko­wi zda­wa­ło się, że z mi­nu­ty na mi­nu­tę wszę­dzie krę­ci­ło się ich co­raz wię­cej.A może to było je­dy­nie złu­dze­nie wy­stra­szo­ne­go dziec­ka?

Kom­bi­no­wał wła­śnie, jak by się prze­do­stać na dru­gą stro­nę uli­cy, kie­dy usły­szał strza­ły i krzyk na­wo­łu­ją­cy do za­trzy­ma­nia się. Wyj­rzał z bra­my i zo­ba­czył dzie­cia­ka bie­gną­ce­go w ich stro­nę. Po chwi­li zła­pał się za po­śla­dek, ale nie prze­sta­wał biec i wresz­cie uda­ło mu się skryć w ja­kiejś bra­mie. Na szczę­ście żad­ne­mu z pi­ja­nych żoł­nie­rzy nie chcia­ło się ru­szyć w ślad za nim; uzna­li pew­nie, że ten i tak wy­krwa­wi się na śmierć. Szy­mek na­ka­zał Zosi po­zo­stać w ukry­ciu, a sam, prze­my­ka­jąc przy ścia­nach bu­dyn­ków, udał się do miej­sca, gdzie po­biegł ran­ny ucie­ki­nier. Dzie­ciak le­żał opar­ty o mur i gło­śno pła­kał. Szy­mek po­świe­cił la­tar­ką i zo­ba­czył wo­kół chłop­ca ka­łu­żę krwi, a po­tem brud­ną bia­ło-czer­wo­ną opa­skę na przed­ra­mie­niu. Na­wet gdy­by chciał mu po­móc, nie miał jak. Nie wie­dział, gdzie szu­kać po­mo­cy ani jak opa­trzyć ranę. Je­dy­ne, co mógł, to być przy nim, póki ten nie stra­ci przy­tom­no­ści i nie odej­dzie z tego świa­ta.

– Mam mel­dun­ki dla do­wódz­twa w Śród­mie­ściu – wy­ję­czał chło­pak.

– A jak chcia­łeś się tam do­stać? – za­py­tał rze­czo­wo Szy­mek.

– Na Wa­wel­skiej jest właz do ka­na­łów. Moż­na nimi dojść do Pro­ku­ra­tor­skiej. To wą­ski i ni­ski ka­nał, dla­te­go tyl­ko naj­młod­si się nim prze­do­sta­wa­li – wy­char­czał.

– Za­nio­sę te mel­dun­ki – har­do obie­cał Szy­mek.

– W kie­sze­ni mam plan ka­na­łów… Mam na imię Ro­mek… Pseu­do­nim „Szcze­niak” – ostat­kiem sił po­wie­dział chło­pak i stra­cił przy­tom­ność.

Szy­mek wy­grze­bał z kie­sze­ni Rom­ka do­ku­men­ty oraz pla­ny ka­na­łów, a po­tem ścią­gnął mu brud­ną opa­skę z przed­ra­mie­nia, uca­ło­wał ją i z dumą na­cią­gnął na rękę. Tak, w koń­cu miał oka­zję zro­bić coś, o czym od daw­na ma­rzył i tyl­ko upór pan­ny Al­do­ny i Ziu­tek od­wio­dły go od tego. Prze­że­gnał się i krót­ko po­mo­dlił za chłop­ca, któ­ry na oko wy­glą­dał na jego ró­wie­śni­ka.

– Wiem, gdzie jest zej­ście do ka­na­łów. Tam­tę­dy pój­dzie­my do Śród­mie­ścia – za­ko­mu­ni­ko­wał po chwi­li Zosi.

– A co ty tu masz? – za­py­ta­ła, do­ty­ka­jąc brud­nej prze­pa­ski.

– Te­raz je­stem praw­dzi­wym po­wstań­cem – po­wie­dział z dumą Szy­mek, bo czuł się na­masz­czo­ny przez umie­ra­ją­ce­go chło­pa­ka, któ­ry po­wie­rzył mu mi­sję prze­ka­za­nia mel­dun­ków.

Dro­ga do wła­zu przy Wa­wel­skiej oka­za­ła się nie­zwy­kle żmud­na. Prze­mie­rza­li metr po me­trze, prze­cze­ku­jąc krą­żą­ce pa­tro­le. Wkrót­ce oka­za­ło się jed­nak, że do­pie­ro brnię­cie przez wą­ski i ni­ski ka­nał było jak po­dróż po pie­kle. Ich la­tar­ka świe­ci­ła co­raz sła­biej, dla­te­go prze­mie­rza­li błot­ni­sty szlak prze­waż­nie w kom­plet­nych ciem­no­ściach. Przed nimi szedł Ziu­tek, bo jemu wy­star­czał nos, by po­dą­żać przed sie­bie. We­dług pla­nu po­win­ni prze­być za­le­d­wie ki­lo­metr, ale szli bar­dzo wol­no, by nie na­tknąć się na coś nie­prze­wi­dzia­ne­go. Na­gle Szy­mek po­czuł ogrom­ne ciel­sko Ziut­ka. Pies za­trzy­mał się i na­wet lek­kie szturch­nię­cie chłop­ca nie spra­wi­ło, żeby się prze­su­nął cho­ciaż o cen­ty­metr.

– No, co jest, pie­sku? – za­py­tał Szy­mek.

– My­ślisz, że ci od­po­wie? – prych­nę­ła Zo­sia. – Boże, jak tu jest strasz­nie. Szy­mek, ja się tak bar­dzo boję… Tu­taj jest jak w gro­bow­cu.

– Nie bój się, Zo­siu. Nie­ba­wem po­win­ni­śmy być w Śród­mie­ściu – szep­nął Szy­mek i za­czął po­pę­dzać psa.

– Jak nie chce iść, to zna­czy, że coś mu jest – mruk­nę­ła. – Le­piej po­świeć.

– Ba­te­ria już le­d­wie zi­pie, a mu­si­my mieć świa­tło, żeby zna­leźć wła­ści­wy właz na Pro­ku­ra­tor­ską – bąk­nął Szy­mek, ale wy­cią­gnął z kie­sze­ni la­tar­kę i po­świe­cił w prze­strzeń. Po chwi­li ją zga­sił i jęk­nął: – Boże…

– Co się sta­ło? – do­py­ty­wa­ła się dziew­czyn­ka.

– Po­słu­chaj, za­tkaj nos, za­mknij oczy i nie myśl o tym, po czym idziesz. Do­brze?

– Ale ty głu­pi je­steś! Prze­cież i tak nic nie wi­dzę, a śmier­dzi przez cały czas tak strasz­nie, że aż mnie w no­sie krę­ci. I co tam jest? Mów mi szyb­ko! – zi­ry­to­wa­ła się.

Szy­mek też się zde­ner­wo­wał, że na­zwa­ła go głu­pim, wy­pa­lił więc bez­li­to­śnie:

– Trup. Tam leży trup i bę­dzie­my mu­sie­li po nim przejść.

– Ni­g­dy w ży­ciu nie przej­dę po tru­pie. Ja wra­cam! – Roz­pła­ka­ła się.

Szy­mek od razu po­ża­ło­wał swo­je­go nie­co ob­ce­so­we­go za­cho­wa­nia. Dziew­czę­ce łzy za­wsze tak na nie­go dzia­ła­ły. Jak na każ­de­go nor­mal­ne­go chłop­ca. Od­wró­cił się w jej stro­nę i moc­no zła­pał za rękę.

– Prze­niósł­bym cię, ale z tobą na grzbie­cie nie prze­ci­śnie­my się. Jesz­cze łeb roz­bi­jesz. Będę cały czas trzy­mał cię za rękę i po­sta­ram się przejść tak, że­byś na nie­go nie na­dep­nę­ła, do­brze? – po­wie­dział ła­god­nie.

– A na co on tu umarł? – za­py­ta­ła na­iw­nie Zo­sia.

– Roz­ma­icie mo­gło być. Albo gaz szwa­by za­pu­ści­li i się za­du­sił, albo ran­ny był i bez sił, więc nie do­szedł, gdzie po­wi­nien.

– No do­brze, to chodź­my, tyl­ko cały czas trzy­maj mnie za rękę – har­do po­wie­dzia­ła Zo­sia i otar­ła łzy z po­licz­ków.

Jed­nak za­nim prze­szli da­lej, kil­ka­na­ście mi­nut mu­sie­li wal­czyć z Ziut­kiem, żeby po­szedł z nimi, bo stał jak wry­ty i za nic nie chciał się ru­szyć. Ani na­ka­zy Szym­ka i Zosi, ani pró­by prze­su­nię­cia siłą psa nic nie dały.

– Ziu­tek, za mną! – zde­ner­wo­wał się Szy­mek i omi­nął z tru­dem ogrom­ne ciel­sko psa.

Po chwi­li Zo­sia zro­bi­ła to samo i do­pie­ro wte­dy pies ru­szył za nimi.

Do­tar­cie do wła­ści­we­go wła­zu za­ję­ło im kil­ka go­dzin, ale gdy wresz­cie go zna­leź­li, po­czu­li ulgę, że w koń­cu wy­do­sta­ną się na po­wierzch­nię. Obo­je z Zo­sią stwier­dzi­li, że wolą ucie­kać przed ostrza­łem i pa­tro­la­mi, niż spę­dzić cho­ciaż mi­nu­tę dłu­żej w ka­na­le.

Na dwo­rze świ­ta­ło, a do ich uszu do­bie­ga­ły je­dy­nie po­je­dyn­cze strza­ły. Po chwi­li do­tar­li do po­ste­run­ku, gdzie sta­li par­ty­zan­ci.

– A wy co tu­taj ro­bi­cie? – su­ro­wo za­py­tał je­den z nich.

Szy­mek wska­zał na opa­skę i od­po­wie­dział dum­nie:

– Mam mel­dun­ki dla od­dzia­łu „Sie­kie­ry”.

– A oni? – zdzi­wił się żoł­nierz i Szym­ko­wi się zda­wa­ło, że ob­li­zał się, pa­trząc na Ziut­ka jak na sztu­kę mię­sa.

– To też po­wstań­cy – bąk­nął prze­ra­żo­ny chło­piec i szyb­kim kro­kiem ru­szył we wska­za­ne przez żoł­nie­rza miej­sce.

Tak oto Szy­mek Wie­lo­pol­ski w ostat­nich dniach walk zo­stał po­wstań­cem. Przy­pad­ko­wym, ale dum­nym, że cho­ciaż przez ja­kiś czas mógł no­sić na przed­ra­mie­niu opa­skę i prze­ka­zał mel­du­nek jed­ne­mu z do­wód­ców. Za­de­kla­ro­wał co praw­da, że może się jesz­cze przy­dać i prze­no­sić inne wia­do­mo­ści, ale do­wód­cy je­dy­nie ma­cha­li rę­ka­mi z re­zy­gna­cją. Szy­mek nie miał świa­do­mo­ści, że mia­sto do­go­ry­wa, a wal­ki po­wstań­cze za­raz się za­koń­czą, co wkrót­ce na­stą­pi­ło, a on zo­stał roz­dzie­lo­ny z Zo­sią i psem. Oni po­szli ra­zem z cy­wi­la­mi, a on – jak praw­dzi­wy żoł­nierz, z po­wstań­ca­mi. Kie­dy zo­rien­to­wał się, że z ra­cji wie­ku mógł wmie­szać się w tłum cy­wi­li i zrzu­cić nie­po­strze­że­nie opa­skę, już po­pę­dza­no go wraz z in­ny­mi mło­dy­mi chłop­ca­mi bio­rą­cy­mi udział w wal­kach. Tra­fi­li do sta­la­gu w Lams­dorf.