Wydawca: Książkowe Klimaty Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 493

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Opis ebooka Zdarzyło się pierwszego września - Pavol Rankov

Pierwszy września 1938 roku. Basen w Levicach gdzieś w centrum Europy. Trzech nastolatków – Węgier, Czech i Żyd – organizuje prywatne zawody pływackie. Nagrodą dla zwycięzcy będzie prawo do ubiegania się o względy pięknej rówieśniczki Márii. Peter, Jan i Gabriel nie wiedzą jednak, że ich wyścig będzie trwał przez kolejne 30 lat. Młodzieńcza miłość zmieni życie całej czwórki.

Fascynacji jedną kobietą nie przerwą ani wojna, ani pierwsze dwie dekady komunistycznych rządów w Czechosłowacji, choć historia i polityka wystawią ich przyjaźń na ciężką próbę. Losy głównych bohaterów przeplatają humorystyczne epizody, w których gościnnie pojawiają się autentyczne postaci historyczne takie jak Miklós Horthy, Jozef Tiso, Klement Gottwald czy Iwan Koniew.

Najlepsza słowacka książka ostatnich lat, uhonorowana Europejską Nagrodą Literacką 2009 r. oraz Nagrodą Czytelników dziennika „SME”. Tłumaczona na język czeski, węgierski i chorwacki, w 2010 r. trafiła na deski Słowackiego Teatru Narodowego.

W 2014 roku książka została potrójnym zwycięzcą Literackiej Nagrody Europy Środkowej "Angelus" - dla autora, tłumacza oraz nagrodę publiczności im. Natalii Gorbaniewskiej.

Opinie o ebooku Zdarzyło się pierwszego września - Pavol Rankov

Fragment ebooka Zdarzyło się pierwszego września - Pavol Rankov

Pavol Rankov

Zdarzyło się pierwszego września (albo kiedy indziej)

Przełożył: Tomasz Grabiński

WYDANIE II POPRAWIONE

2014, WROCŁAW (albo gdzie indziej)

Wszystkie postaci w powieści Zdarzyło się pierwszego września (albo kiedy indziej) zostały wymyślone. Najpierw żyły w czasach i miejscach, które zostały opisane w powieści, a następnie autor je sobie wymyślił.

Wszystko jest wymyślone. Niczego nigdy nie było, nikt nigdy nie żył. Pierwszego września też nigdy nie było.

Dedykuję ojcu, jego przyjaciołom oraz tej całej straconej generacji, która – któż to wie dlaczego – musiała wszystko przeżyć na własnej skórze.

1938

Pod koniec lat trzydziestych XX wieku zaledwie kilka małych miast w Republice Czechosłowackiej mogło pochwalić się własnym kąpieliskiem. Jednym z nich były Levice.

Pierwszy września 1938 roku był słonecznym dniem, zatem niemal wszyscy przebywali na kąpielisku. Dorośli z dziećmi i bez dzieci, młodzież i starcy, mieszkańcy Levic i ludzie z okolicznych wsi, Węgrzy, Słowacy, Czesi, Żydzi, Cyganie, rodzina Niemca Barthla i Bułgara Rankova. Byli tu demokraci, liberałowie, konserwatyści, monarchiści, socjaliści, nacjonaliści, komuniści i faszyści. Tylko anarchista Varga przebywał w Hiszpanii.

Na kąpielisku nie brakowało też Petra, Honzy i Gabriela. Siedzieli na betonowym murku, mrużąc oczy przed promieniami popołudniowego słońca, i machali nogami. Od czasu do czasu wypluwali gęstą ślinę, jaka powstaje zazwyczaj w wysuszonych ustach. Rozkoszowali się wolnym popołudniem pierwszego dnia roku szkolnego, kiedy to jeszcze nie mieli do odrobienia zadań domowych, i podziwiali koleżankę z klasy, Márię Belajovą. Drobna piękność siedziała z rodzicami i młodszym bratem Jurajem niedaleko nich.

Dziewczyna zwykle nosiła włosy związane w potężny warkocz przypominający koński ogon, ale teraz suszyła rozpuszczone gęste pasma.

– Włosy koloru łąkowego miodu – stwierdził Honza.

Honza czasami czytał romansidła, które kupowała jego siostra. Ostatnio była to historia pod tytułem Porywy serca. Peter z Gabrielem pogodzili się już z tym, że ich kolega pożycza sobie od pisarzy porównania, którymi później opisuje piękno Márii. Oni sami nie potrafiliby tego tak trafnie wyrazić.

Mária długimi palcami wyciągnęła śliwkę z torebki i włożyła ją sobie do ust.

– Ma wspaniałe usta – westchnął Gabriel.

– Ciemnoczerwone… krwistoczerwone – Honza szukał właściwych słów.

– Nem piros, vörös* – wymamrotał Peter.

Kiedy dziewczyna przeżuwała, skóra na jej policzkach napinała się i rozluźniała. Po chwili Mária nabrała powietrza, przymknęła oczy i energicznie wypluła pestkę. Ta przeleciała mniej więcej na odległość metra i wylądowała na ciemieniu jej brata.

– Marycha, wstrętna marha**! – krzyknął Juraj i rzucił pestkę w stronę Márii.

Mama Belajová nawet nie podniosła głowy znad szydełka, tylko spokojnie powiedziała:

– Dzieci, bądźcie grzeczne.

– Albo was zleję po tyłku – dodał ojciec.

Peter, Honza i Gabriel byli zakochani. Było dla nich jasne, że ostatecznie Márię może zdobyć tylko jeden z nich.

– Nie możemy o nią walczyć jednocześnie – tłumaczył Honza. – Wie, że jesteśmy przyjaciółmi, i pomyśli, że robimy sobie z niej żarty.

– Butaság!*** Skąd ty możesz wiedzieć, co ona sobie pomyśli – nie zgadzał się z nim Peter.

– Honzík ma rację. Jak w trójkę będziemy kręcić się wokół niej, to nie zakocha się w żadnym z nas. Gdzie dwóch się bije, tam trzeci korzysta. Ale gdzie trzech się bije, tam każdy przegrywa – mądrzył się Gabriel.

– To zrobimy jak w szkole, według alfabetu – zaproponował Honza. – Bízek Jan, Rónai Peter, Rosenberg Gabriel. Będę miał rok na to, by zdobyć Márię. Jeśli mi się nie uda, przyjdzie kolej na Petra…

– Nem, nem**** – zaprotestował Peter. – Według alfabetu na pewno nie. Musimy wybrać bardziej sprawiedliwy sposób, nie, Gábor?

– Nie jestem Gábor! Mówiłem ci to już ze sto razy – rozzłościł się Gabriel.

– Bocsánat – przeprosił po węgiersku Peter.

– Spróbujcie przez chwilę nie myśleć o sobie, ale o niej – zaczął spokojnie Gabriel. – Młoda dziewczyna potrzebuje dojrzałego mężczyzny…

– I to niby ty?! – spytał ze złością Peter.

– Jestem najstarszy – Gabriel obstawał przy swoim.

– Proszę cię, o parę miesięcy – zaprotestował Honza.

– Za kilka dni skończę trzynaście lat, a potem bar micwa – argumentował Gabriel. – Od tego czasu będę już niemal dorosły.

– Twoja bar micwa nie jest niczym więcej niż moje bierzmowanie. Z tym że ja miałem już je na wiosnę, a ciebie to dopiero czeka. A zatem kto jest starszy? – powiedział rozgniewany Peter.

– No, panowie – uśmiechnął się do kolegów Honza – starszy jest ten, kto może spółkować! Jak prawdziwy facet. Zapomniałem wam się pochwalić, że kiedy byłem na wakacjach u babci w Brnie, to już to miałem. Dwa razy jednej nocy.

Gabriel i Peter spoglądali na Honzę wybałuszonymi oczami.

– I jak to jest? – spytał Gabriel i głośno przełknął ślinę.

Honza przez chwilę szukał słów z tanich powieści siostry:

– Anielskie i diabelskie. Przygotujcie się, że przejdziecie przez niebo i piekło jednocześnie. Zakręci wam się w głowie… Przed oczami zobaczycie kolorową tęczę.

Gabriel i Peter pokiwali z uznaniem.

Honza zamilkł. Wspominał z błogością to, co przeżył we śnie.

– Organizm to coś fantastycznego – zakończył.

– Organizm? – roześmiał się Peter. – Mówi się orgazm, typaraszt*****.

– Nawet nie wiesz, jak to się nazywa – dołączył Gabriel. – Zaraz na pewno my też będziemy to mieć.

– Może nie, może jesteście impotentami? – Honza nie dał się zbić z tropu.

– Ja nie jestem impotentem, mam włosy – krzyknął Gabriel.

– Ja też nie jestem impotentem – rozzłościł się Peter.

– Na razie jesteście impotentnymi dziećmi – wycedził Honza. – Z Márią zacznę ja. A jeśli mi się nie uda, to otrzyma szansę ten z was, który będzie miał już plemniki.

– Gówno – zaprotestował Peter. – Nie chodzi przecież o plemniki, ale o…

– O miłość – dodał Gabriel. – Spójrz na Márię, może ona też jeszcze nie ma kobiecego krwawienia. Cycki dopiero zaczynają jej rosnąć.

– Ale ma bardzo piękne brodawki – westchnął Honza.

– Przecież ich nie widziałeś – zaprotestował Peter.

– Śniły mi się. I właśnie wtedy to mi się stało – tłumaczył Honza. – Dlatego ja, w odróżnieniu od was, wiem, jakie to uczucie spółkować z Márią.

– Gówno tam wiesz, tylko ci to śniło – odgryzł się Peter.

– Się! Tylko ci się to śniło – poprawił go Honza.

– Ja też mógłbym teraz sobie wymyślić, że mi się śniło, jak całuję Márię. I jak ją rozbieram. A nawet mógłbym teraz twierdzić, że mam już w jajkach plemniki. To jest orgazm anielski, diabelski… Niebo, piekło… – Gabriel naśladował gestykulację Honzy.

– Zazdrościcie – podsumował Honza.

– A ty być może kłamiesz – Peter nie dawał za wygraną.

– Dobra, dajcie spokój. Zadecydujmy, kto zacznie z Márią – zwrócił im uwagę Gabriel. – Powinno to być coś takiego, że nie będziemy wiedzieć, kto wygra. Bieg na przykład nie jest dobry, to jasne, że Peter będzie najszybszy. Strzelanie na bramkę też odpada, bo w tym niemal zawsze wygrywa Honzík.

– Więc chcesz, żeby to było coś, w czym wygrasz ty, tak? – zaśmiał się Honza.

– Nie, chodzi mi o coś takiego, czego jeszcze nigdy nie robiliśmy, więc nie wiemy, kto wygra.

– W szkole był skok wzwyż i w dal – zaproponował Peter.

– I w obu byłeś od nas lepszy – dodał Honza.

– Zabierzmy się za to z pomyślunkiem. Musimy znaleźć coś prostego, żeby od razu było jasne, kto zwyciężył – zastanawiał się głośno Gabriel.

– Skok do wody? – zaproponował Honza.

– A jak zmierzysz odległość? – pokręcił głową Peter.

– No to pływanie? – spytał ostrożnie Gabriel.

– Pływanie nie jest złe – zaaprobował pomysł Honza. – Jeszcze nigdy się nie ścigaliśmy, a wydaje mi się, że jesteśmy niemal równie szybcy. Nawet nie potrzebujemy zegarka do pomiaru. Tylko poprosimy kogoś, by dał nam sygnał do startu. Skoczymy jak na olimpiadzie. Ten, kto da nam sygnał, będzie patrzył, który z nas jako pierwszy dotknie brzegu po drugiej stronie. Co ty na to, Peter?

– Jól van******.

– Tylko kto będzie tym sędzią? – zastanawiał się Honza.

– Mária! – krzyknął Gabriel.

Kiedy Mária zauważyła, że w stronę ich koca idą trzej koledzy z klasy, oblała się rumieńcem. Nie zamieniła z nimi ani słowa. Za to pan Belaj sam zaproponował, że będzie sędzią, dzięki czemu zawody od razu zyskały na znaczeniu. Nie miał jednak pojęcia, że na basenie, być może, ważą się losy jego córki.

– Fiúk*******, moglibyście na chwilę przestać skakać? Ci trzej chcą zrobić sobie zawody – zwrócił się ojciec Márii do gromady cygańskich dzieci, które opanowały jedną stronę basenu.

– Hej, Honza, będziecie się ścigać? Idę z wami – oświadczył najstarszy cygański chłopiec, Árpi Fizik, i już stał na skraju kąpieliska.

– Ty nie możesz! – krzyknął Honza. – Nawet nie byłeś dzisiaj w szkole! Nie przyszedłeś już od razu pierwszego dnia…

Przed dwoma laty w ruinach zamku w Levicach rozegrała się zaciekła bitwa. Gabrielowi i Petrowi udało się wtedy przekonać Árpiego Fizika oraz kilku innych cygańskich chłopców, by robili za Turczynów sułtana. W ten sposób dzięki Cyganom mogło dojść do rekonstrukcji ważnego starcia z 1664 roku, w którym Turcy zostali pokonani pod Levicami. Peter był legendarnym dowódcą, Kohárym Istvánem, nie zginął jednak bohaterską śmiercią jak w prawdziwej bitwie. Honza walczył u jego boku, choć nie miał historycznego nazwiska. W zapale walki Árpi trafił go kijem w prawą goleń. Choć nie uderzył specjalnie – obowiązywała przecież umowa, że walczą tak na niby – to noga bolała Honzíka jeszcze przez miesiąc. Od tego czasu nie lubił Árpiego.

– Ścigamy się między sobą, Árpi może płynąć obok nas – bronił cygańskiego chłopca Gabriel.

– A co, jeśli wygra? – krzyknął Honza.

– Semmi!******** Nas interesuje, kto będzie pierwszy z naszej trójki – wytłumaczył Peter.

– Jaki mam dać sygnał do startu? – spytał ojciec Márii.

– Powie pan: gotowi, do startu, start! – wytłumaczył Honza.

– Dobrze, to zaczynamy.

Cała trójka patrzyła w napięciu na pana Belaja.

– Gotowi, do startu, start!

Skoczyli do wody i zaczęli płynąć. Ich styl był trochę podobny do kraula, ale głowy wystawały ponad powierzchnię wody. Ruchy rąk były krótkie i płytkie, nogi ciągnęły się bezwładnie za falującym ciałem. Mieszkańcy Levic nazywali to pieskiem, po węgiersku kutyakölyök.

Gabriel dziwił się w duchu, że koledzy przystali na zawody w pływaniu. Uważał się za najlepszego pływaka w tym gronie i zaskoczyło go, że nie zdają sobie z tego sprawy. Kiedy jednak wskoczyli do wody, wszystko się nagle zmieniło. Woda stawiała mu opór jak nigdy wcześniej. U schyłku dnia była nagrzana od słońca. Jakby pływał w zupie, która robi się coraz gęstsza. W połowie dystansu był jednak pierwszy. Honza i Peter znajdowali się na lewo od niego i kiedy spoglądał w tamtą stronę, nie widział żadnego ruchu ani spienionej wody. Po prawej, trochę z przodu, kręciła się ciemna głowa Árpiego Fizíka, którego zapamiętale dopingowali nie tylko jego bracia i siostry, ale też kuzyni ze Slatiny.

Nagle, podczas jednego gwałtownego ruchu, spod ręki Gabriela wydostała się większa ilość wody. Spore krople prysły mu do oczu i otwartych ust. Rozkazał sobie nie kaszleć, ale po dwóch czy trzech ruchach zaczął się jednak krztusić. Zamiast pozbyć się wody, nabrał jej jeszcze więcej w płuca. Drugi brzeg nie był już daleko. Pozostało mu jakieś siedem metrów, jego kolegom o dwa więcej.

Gabriel czuł, że brakuje mu tlenu. Wściekle machał rękami. Nie płynął jednak szybciej, ale znów się napił. Klatka piersiowa była ciężka, woda wewnątrz ciągnęła go niemiłosiernie w dół. Bolało, jakby płuca miały mu wybuchnąć. Czuł ciśnienie w całym ciele. Wypychało mu oczy z oczodołów, uderzało od środka w uszy, które nagle jasno reagowały na zwycięski ryk bandy cygańskich dzieci. Árpi osiągnął metę. A Gabriel opadał w dół. Przestrzeń nie miała końca. Przyszło mu do głowy, że powinien się pomodlić, ale z całej modlitwy pozostały już tylko dwa słowa: Boże, pomóż!

Silnej ręki pana Belaja, która złapała go za włosy i pociągnęła w górę, już nie poczuł.

Pierwsze, co Gabriel zobaczył, to szary beton przy basenie, na którym bezwładnie leżały jego nogi. Ciało i głowę miał trochę wyżej. Jego brzuch uciskało kanciaste męskie kolano. Dyszał jak pies. Zaczął wymiotować.

– No, w końcu – usłyszał gdzieś nad sobą głos ojca Márii.

Pani Belajová owinęła go w koc, lecz i tak było mu zimno.

Usta mu zsiniały, po chwili zaczął szczękać zębami.

Wokół stało pełno ludzi. Dawali najróżniejsze rady, opowiadali sobie przebieg całego zdarzenia. Mária ze strachem przypatrywała się Gabrielowi. Peter i Honza zachowywali się tak, jakby wszystko było ich winą.

Gabriel tak się wstydził, że ledwie podziękował Belajom. Nie było wprawdzie jasne, kto wygrał, ale on z pewnością przegrał. Widzieli to absolutnie wszyscy, również Mária.

Chłopcy ubrali się w milczeniu i poszli do domu. Wydawało się, że wiadomość o wydarzeniu na kąpielisku rozeszła się już po całych Levicach. Gabriel czuł ciekawskie spojrzenia przechodniów. Jedna pani mówiła coś do dziecka, pokazując na niedoszłego topielca.

Gabriel odłączył się od Petra i Honzy i skręcił na plac Štefánika. Naprzeciw niego szedł rabin. Nim Gabriel zdążył się z nim przywitać, ten powiedział:

– Gabriel, podobno się topiłeś?! No, nie wyglądasz dobrze. Widać, że przed chwilą walczyłeś o życie. Kiedy przyjdziesz do domu, od razu się połóż. Niczego nie jedz, ale porządnie się napij.

– Tak – odpowiedział Gabriel grzecznie i chciał iść dalej.

– Poczekaj, jeszcze coś – zatrzymał go rabin. – Dziś dotknęła cię śmierć. Przypomniałeś sobie wtedy o Bogu?

– Tak.

– To nie zapomnij o nim także wtedy, kiedy nie będziesz już czuł dotyku śmierci. Dziś Bóg darował ci życie, ale pamiętaj, że On tu ciągle jest, a my wszyscy jesteśmy umierającymi, którzy Go potrzebują.

Gabriel z zakłopotaniem pokiwał głową i powoli powlókł się do domu. Kiedy złapał za klamkę, zauważył, że na ich drzwiach ktoś wyrył nożem słowa Mindent vissza********. Pewnie Gyula Harsányi z parteru. Ostatnio nabazgrał ten napis kredą na wszystkich drzwiach w Domu Kalwińskim, oprócz własnych. Teraz rył nożem. Gabrielowi przyszło do głowy, że już dawno nie pobił Gyuli. Tylko że o Harsányich i ludziach, którzy się u nich spotykali, mówiło się w ostatnim czasie różne rzeczy. Od takich trzeba się trzymać z daleka.

* Nie czerwone, krwiste (węg.)

(Wszystkie przypisy pochodzą od tłumacza).

** krowa (węg.)

*** Głupstwo! (węg.)

**** Nie, nie (węg.)

***** wieśniak (węg.)

****** Dobrze (węg.)

******* Chłopcy (węg.)

******** Nieważne! (węg.)

******** Wszystko z powrotem (węg.) – popularne hasło dotyczące ponownego przyłączenia do Węgier utraconych po I wojnie światowej ziem, w tym Słowacji.

1939

Zagrzmiało. Pod gzymsem małego sklepu na rynku w Levicach chowali się przed deszczem dwaj dorastający chłopcy. Byli to Peter i Gabriel, a ściślej mówiąc, wtedy już Péter i Gábor, ponieważ ubiegłej jesieni Levice stały się częścią Węgier. Zresztą samo miasto też zmieniło nazwę. Teraz to było Léva.

– Wyciągnij to wreszcie – ponaglał Gábor przyjaciela.

– A co niby robię? – odparł rozzłoszczony Péter.

Z tylnej kieszeni spodni wyłowił złożoną kilka razy, pogniecioną kopertę. Wyjął z niej list, ale zanim go otworzył, jeszcze raz się rozejrzał. Deptak tego dnia wyjątkowo był pusty.

– Czego się boisz? Dostaliśmy przecież list z Reichu – powiedział z przekąsem Gábor.

Drodzy koledzy z Levic,

pisałem już do Was dwa razy, ale nie dostałem odpowiedzi. Może mój list nie dotarł, a może nie dotarł ten Wasz. Wierzę jednak, że ten już dojdzie. Nie powinno być problemów z pocztą, przecież Węgry i Rzesza Niemiecka, do której należy nasz Reichprotektorat Böhmen und Mähren********, też się przyjaźnią.

My teraz żyjemy w Brnie, czyli po niemiecku Brünn. To duże miasto. Levice w porównaniu z nim to wieś. W Brnie są wysokie domy, jeżdżą tu autobusy i tramwaje. Nie mam jeszcze dobrych kolegów i teraz, podczas wakacji, się nudzę. Mama i ojciec nie chcą mnie nawet puszczać na dwór. Boją się. Kilku kolegów z klasy wydaje mi się całkiem fajnych i kiedy zacznie się rok szkolny, z pewnością niektórych lepiej poznam. Jeden z nich też przyjechał ze Słowacji. Czasem rozmawiam z nim po słowacku, a pozostali tylko się przyglądają. Po węgiersku nie mam z kim rozmawiać, tylko z siostrą Jitką. Pamiętacie ją, prawda?

Mam też złą wiadomość, moja babcia jest bardzo chora.

Zbliża się 1 września i wspominam nasze nieudane ubiegłoroczne zawody. Wiele rzeczy było potem nieudanych. Choć Gabriel niemal się nie utopił, myślę, że to on był prawdziwym zwycięzcą. Bardziej mu zależało na Márii niż na własnym życiu. Zasługuje na to, by mógł zalecać się do Márii jako pierwszy.

Piszę na adres Petra, bo on jest czystym Węgrem, ale to jest list do Was obu. Trzymajcie się razem, cokolwiek się zdarzy. A ja przyjadę Was odwiedzić. Może kiedyś wrócimy też do Levic. Przede wszystkim jednak nie pozwólcie nikomu, by kręcił się wokół Márii. Ona jest nasza. Albo jednego z was dwóch, albo może też moja. Nikt inny niech się do niej nie zbliża.

Załatwcie mi zdjęcie Márii. Napiszcie wiele o sobie i o niej.

Pozdrawia Was Wasz kolega, który już zaczął kouřit********!

Hans Bízek

Péter poczekał, aż Gábor uniesie głowę znad listu. Potem znów złożył kartkę i wsadził z powrotem do spodni. Chłopcy udali się w milczeniu na pusty deptak. Skręcili w jedną z wyludnionych z powodu deszczu ulic.

Zaczęły padać większe krople, ale oni nie zwracali na to uwagi.

Kiedy poprzedniej jesieni po arbitrażu wiedeńskim Węgry uzyskały południowe tereny Czechosłowacji, regent Horthy postanowił złożyć wizytę na ziemiach odzyskanych. Początkowo planował odwiedzić tylko największe miasto: Kassa********. Kiedy jednak rozeszła się o tym wieść, lud tak błagał, pragnąc ujrzeć swojego przywódcę, że admirał w końcu dał się przekonać i objechał w tych fantastycznych dniach wszystkie miejsca, gdzie chciano go zobaczyć.

Najbardziej pragnęli tego mieszkańcy miasteczka Léva, w związku z czym regent przybył tam już pierwszego dnia.

Dawny plac Štefánika, który na razie nie miał jeszcze swojej nowej węgierskiej nazwy, został udekorowany jak nigdy wcześniej. Pomnik Štefánika owinięto kilkoma węgierskimi flagami, by nie był widoczny. Witryny żydowskich sklepów, które zaledwie przed paroma godzinami roztrzaskali szabadcsapatok******** i inni patrioci, zabito deskami, a te z kolei zostały pokryte portretami Horthyego, herbami Węgier i wizerunkami świętego Stefana. Dziewięćsetną rocznicę jego śmierci w pamiętnym roku 1938 obchodziła wraz z Węgrami cała Europa. Dziury w murach po skoblach, którymi jeszcze wczoraj były przymocowane godła Czechosłowacji i tablice ze słowackimi napisami, zamaskowano kwiatami.

Wino i wódka lały się strumieniami, w dodatku za darmo. Dzieciom rozdawano cukierki i wafle. Nowe władze postanowiły, że do tego szlachetnego celu posłuży cały magazyn lokalu gastronomicznego Freunda oraz sklepu ze słodyczami Taubera, gdzie pracowała też pani Rosenbergová, matka Gábora.

W zachodniej części placu grała orkiestra wojskowa, która wskutek jakiegoś administracyjnego niedopatrzenia wkroczyła do miasta jako jedyna jednostka sił zbrojnych nowego państwa. Kiedy koło południa zaczęło mżyć, nowe władze zakazały naprędce deszczu i powołały dekretem słońce.

Przyjazd Horthyego został zaplanowany na godzinę trzecią po południu. I rzeczywiście, w chwili kiedy zegar na wieży zaczął wybijać pełną godzinę, słońce przysłonił na moment wielki cień. To legendarny ptak turul unosił w szponach śnieżnobiałego konia regenta. Załopotał z wdziękiem skrzydłami nad oszołomionym tłumem. Potem ptak złożył konia na środku placu, gdzie szybko powstał wąski szpaler. Najzagorzalsi patrioci zamiast swoich płaszczy rozłożyli kilka dywanów zarekwirowanych ze sklepu Linka. Nastała przerażająca cisza. A potem słońce przysłonił drugi cień. Kolejny turul niósł Horthyego Miklósa. Obniżył lot nad koniem i wypuścił admirała tak precyzyjnie, że ten rozkrokiem wpadł wprost na siodło. Twarz Horthyego wykrzywiła się na moment z bólu.

Orkiestra zaczęła grać uroczystego marsza, a koń z wdziękiem kroczył uliczką między tłumem. Kobiety rzucały mu kwiaty pod kopyta. Regent Horthy mocno trzymał szablę i mierzył ludzi swoim płomiennym spojrzeniem. Widział ich entuzjazm i obawy, ciekawość i smutek, miłość do prastarej ojczyzny i miłość do staro-nowej ojczyzny. Kiedy koń dotarł na środek szpaleru, admirał pociągnął za uzdę i zatrzymał go, by móc wygłosić krótkie przemówienie:

– Węgierscy mężczyźni, węgierskie kobiety, węgierska młodzieży i węgierskie dzieci! Witam was w państwie narodowym Węgrów. Węgierska ojczyzna was uratowała i umożliwiła wam powrót do narodu, z którego się wywodzicie.

– Éljen Magyarország! – krzyknął ktoś.

– Éljen Magyarország! – powtórzył Horthy.

– Éljen Magyarország! – zakrzyknął tłum.

– Éljen Horthy Miklós kormányzó! – krzyknął ktoś inny.

– Éljen Horthy Miklós kormányzó! – powtórzył Horthy.

– Éljen Horthy Miklós kormányzó! – zakrzyknął tłum.

– Éljen Szálasi Ferenc! – krzyknął ktoś trzeci.

– Éljen Horthy Miklós kormányzó! – powtórzył Horthy.

– Éljen Szálasi Ferenc kormányzó!******** – zakrzyknął tłum.

Horthy wyjechał równie majestatycznie, jak przybył. Nagle z jasnego nieba zanurkował pierwszy turullus pannonicus i złapał w szpony regenta, który po raz ostatni pomachał do swojego ludu. Potem drugi ptak schwycił konia.

– Szkoda, że pobył z nami tak krótko – westchnęła jedna z kobiet.

– Czeka go jeszcze długa podróż. Nim dostanie się aż do Nagysurány, będzie Boże Narodzenie – wymądrzał się stojący obok niej mężczyzna.

Po chwili zgromadzony naród mógł dostrzec już tylko dwa znikające punkty na niebie. Ludzie spoglądali na nie i stopniowo, być może też pod wpływem alkoholu i wesołej zabawy, które wkrótce zaciemniły ich umysły, wspomnienie o historycznej wizycie Horthyego zostało przesłonięte przez inne, o wiele bardziej niewiarygodne przeżycia. Później wielu twierdziło, że admirała nigdy w mieście nie było. Ten błąd jest do dziś powtarzany w oficjalnej historii.

Pan Bízek nie wziął udziału w uroczystości. Z okna swojego biura obserwował wydarzenia na placu. Temperował ołówki i wyrównywał stosy papierów. Wiedział, że również państwo węgierskie będzie potrzebować dyrektora urzędu pocztowego i miał nadzieję, że po ucieczce byłego dyrektora Pecháčka właśnie on może nim zostać. U dobrego urzędnika, który wykonuje polecenia przełożonych, narodowość przecież nie jest istotna. Wprawdzie jego samego władze czechosłowackie umieściły tutaj przed dwudziestoma laty tylko dzięki odpowiedniej narodowości i dobrej znajomości języka urzędowego, ale od tego czasu wykazał się umiejętnościami i władze węgierskie powinny pozwolić mu tu zostać.

Po ucieczce Pecháčka pan Bízek stał się osobą na najwyższym stanowisku. I wykonywał swoje obowiązki. Bez względu na uroczyste wydarzenia poczta musiała pozostać otwarta i Bízek oraz jego jedyny podwładny musieli siedzieć przy okienku, choć nie było żadnych klientów. Gdyby nawet przyszli, poczta nie miała jeszcze węgierskich znaczków, a łączność telefoniczna została przerwana.

Po południu sprawy przyjęły inny obrót, niż spodziewał się tego pan Bízek. Zabawa stała się prawdziwie ludową, a ludzie – zwierzętami. Już około wpół do czwartej po ulicach Levic włóczyły się bandy pijanych młokosów z południa. Szukali Czechów. Ktoś przypomniał sobie o dyrektorze poczty Pecháčku.

Grupka około dziesięciu mężczyzn chciała wyważyć drzwi poczty, te jednak były otwarte, jak w każdy dzień pracy.

– Hol az a Pehácsek? – ryknął przywódca bandy.

– Csehoszlovákiában – odpowiedział przerażony urzędnik zza okienka.

– Hol? – intruz podszedł bliżej.

– Ez is cseh! – pokazywał urzędnik. – Bízeknek hívják. Bízek! Bízek!********

Choć pan Bízek wcześniej nie oszacował precyzyjnie aktualnej sytuacji politycznej, teraz zrobił to zaskakująco szybko. Otworzył okno i zewnętrzną kratę, po czym wyskoczył na plac. Jeszcze podczas skoku, z którym wspaniale sobie poradził, zerwał emblematy urzędnika poczty, a potem zgubił się w świętującym tłumie. Jeden z młokosów chciał go ścigać, ale, skacząc, zwichnął sobie ramię. Później twierdził, że doznał tego obrażenia w walkach z armią czeską i został za to odznaczony. Urzędnik, który zwrócił uwagę bandy na ojca Jánosa, wkrótce został dyrektorem poczty, ponieważ podczas przejmowania urzędu z rąk czeskich przejawił nie tylko czujność i odwagę, ale też węgierski patriotyzm.

Péter, János i Gábor właśnie dopili butelkę barack pálinki, którą dał im starszy brat Pétera, Karcsi. Ten otrzymał ją od swoich nowych przyjaciół, którzy przybyli rano do Levic z południa.

– Patrzcie, Mária – krzyknął podpity János i pokazał w stronę kawiarni Denka.

– Razem z panem Belajem, moim tym… wybawicielem – dodał Gábor, któremu język zaczynał już odmawiać posłuszeństwa.

– Gyertek******** – rozkazał stanowczo Péter, na którego alkohol najmniej działał.

Chłopcy zataczali się wśród świętującego tłumu. Obijali się o ludzi, a ludzie obijali się o nich.

– A wy co tu robicie? – przeraził się pan Belaj, kiedy ich zobaczył przed sobą.

– Bawimy się – odpowiedział János.

– Świętujemy – dodał Gábor.

– To widać – zachichotała Mária.

– Honzo, ale ty jesteś Czechem, nie masz czego świętować. A ty, Gabrielu, jesteś Żydem. Zapomniałeś? – kręcił głową pan Belaj.

– Ale, panie Belaj – próbował dyskutować Péter – wszystko jest za darmo. To jest przecież komunizm. Panu to się musi podobać.

– To i komunizm? – zaczął krzyczeć Belaj. – Dziś jest pierwszy dzień faszyzmu w Levicach. Spytaj ojca, jest starym socjaldemokratą, on ci wszystko wytłumaczy. Gdyby stworzyli z nami front ludowy, wszystko mogłoby być inaczej. I w Hiszpanii, i tutaj.

Wzburzony Belaj rozglądał się po placu.

– Chodź, Mário, nie mamy tu czego szukać – zakończył i odwrócił się na pięcie.

– A Mária nie może zostać? – poprosił János.

– Z nami… Będą tańce – zamruczał Gábor. Pokusił się o prosty krok polki, lecz zderzył się z Péterem i ledwie nie upadł. Na szczęście złapali go koledzy.

– Z wami? Jesteście pijani jak bąki – zaśmiała się Mária i pobiegła za ojcem.

Chłopcy patrzyli za znikającą dziewczyną. Płowy warkocz przeskakiwał jej z ramienia na ramię. Spod spódnicy wystawały szczupłe łydki, a w spódnicy kręciła się urocza pupa.

– Kocham ją – westchnął János.

– Ja jeszcze bardziej – dołączył do niego Gábor.

– Ale ten jej stary działa mi na nerwy – warknął Péter.

– Buta tót – machnął ręką Gábor.

– Buta kommunista******** – powtórzył ten gest János.

Orkiestra wojskowa zaczęła znów grać dziarskiego marsza, który wkrótce przeszedł w csárdás.

Tylko przez przypadek pan Bízek zobaczył na zatłoczonym placu swojego syna. Przedzierał się w jego stronę pomiędzy tańczącymi parami i zataczającymi się pijakami. Kiedy dotarł bliżej syna, chwycił go za rękaw.

– Mindent vissza, apuka!******** – krzyknął János.

Pan Bízek uderzył syna mocno w twarz, dzięki czemu zmniejszył poziom alkoholu w jego krwi o około ćwierć promila.

– Musimy iść szybko po mamę i Jitkę, chcą nas zabić – rozkazał.

Ojciec Jánosa popędzał swoją rodzinę, niosąc dwie walizki najcenniejszych rzeczy na stację kolejową w Levicach. Nikt mu nie powiedział, by tam szedł, wręcz przeciwnie, rano usłyszał od ludzi, że rozkład jazdy już nie obowiązuje, a pociągi nie jeżdżą, ponieważ żadnych już tu nie ma.

Na peronie nerwowo przestępowało z nogi na nogę około dziesięciu czeskich i słowackich rodzin, które też były zmuszone przekroczyć szybko nową, lecz na razie jeszcze dziurawą granicę. Nie brakowało także nauczyciela Koutuna, którego chciał zlinczować tłum jego dawnych uczniów regularnie bitych rózgą. Na końcu peronu przytulali się do siebie czeladnik masarski Béla i jego ukochana Ildikó. Wierzyli, że w tym chaosie uda im się przekonać urzędników po drugiej stronie granicy, że oni też są Słowakami i powinni żyć w Czechosłowacji. To była jedyna szansa, by pozostać razem i pozbyć się pana Horvátha, zwalistego rzeźnika i prawomocnego męża Ildikó.

– Romantyczna miłość, chciałabym kiedyś przeżyć coś takiego – szepnęła Jitka Bízeková, głaszcząc w rozmarzeniu swoje rude włosy. Jej brat tylko pijacko zarechotał.

Nagle usłyszeli gwizd i na torach pojawiła się drezyna z przyczepką.

– Bagaże na przyczepkę, ludzie do drezyny – rozkazał zawiadowca stacji Masaryk.

Dyżurny ruchu Štefánik dmuchnął w gwizdek, po czym sam też wsiadł.

Od tego czasu Péter i Gábor nie otrzymali od Honzy żadnej wiadomości. Ludzie mówili, że rodzina na jakiś czas zatrzymała się w Bratysławie, skąd jednak w marcu 1939 roku przepędzili ich ludacy, słowaccy nacjonaliści. Potem ślad po Honzie zaginął. Dopiero tego deszczowego pierwszego września nadszedł list od niego.

– Prawdziwa przyjaźń przetrwa – powiedział Gábor stanowczo.

– Nawet gdybyśmy się nie widzieli jeszcze przez kolejny rok – dodał Péter. – Mária musi poczekać.

Chłopcy się roześmiali.

– Tak pada, że dziś możemy zrobić zawody pływackie na ulicy – krzyknął Péter i zaczął udawać, że pływa.

– Hej, poczekaj na mnie – śmiał się Gábor i wykonał ruch, jakby chciał skoczyć na główkę do wody.

Piszczeli i pływali podczas ulewy.

W pobliżu otworzyło się okno. Pojawiła się w nim siwa głowa starej kobiety.

– Fiúk – krzyknęła kobieta zachrypniętym głosem – idźcie natychmiast do domu, jest wojna. Hitler zaatakował Polaków.

******** Protektorat Czech i Moraw (niem.) – formalnie autonomiczna jednostka administracyjna utworzona przez III Rzeszę na terenie okupowanych ziem czeskich.

******** palić papierosy (czes.)

******** Koszyce (węg.)

******** Węgierskie jednostki paramilitarne stworzone na wzór niemieckiego Freikorpsu.

******** Niech żyją Węgry! […] – Niech żyje przywódca Miklós Horthy! […] – Niech żyje Ferenc Szálasi! […] – Niech żyje przywódca Ferenc Szálasi! (węg.)

******** Gdzie jest Pehácsek? […] – W Czechosłowacji […] – Gdzie? […] – To jest Czech! […] Nazywa się Bízek. Bízek! Bízek!

******** Idziemy (węg.)

******** Głupi Słowak […] – Głupi komunista (węg.)

******** Wszystko z powrotem, tato! (węg.)

1940

W czterdziestym roku miasto Léva uroczyście żegnało się z latem. W niedzielę pierwszego września odbywało się na rynku monumentalne przedstawienie Wojak Janosz według poematu Sándora Petöfiego. Przybyło je obejrzeć kilkaset osób z szerokiej okolicy. Organizatorzy ledwo nadążali przeganiać ciekawskich z miejsca, w którym rozgrywała się ta historyczna opowieść.

Pétera i Gábora nie było na rynku. Przedstawienie obserwowali z okna pokoju w Kálvin-háza, gdzie mieszkali Rosenbergowie. Mieli wspaniały widok na aktorów w kostiumach z epoki, przejeżdżających konno w dole, na starą broń oraz orkiestrę towarzyszącą spektaklowi.

Kiedy widowisko się skończyło, wybuchły entuzjastyczne brawa.

– A király ül a dombon és rágódik egy libacombon******** – wykrzyknął Gábor jedną z replik młodego aktora, która wbiła mu się w pamięć. Grupa ludzi na rynku odwróciła się ze śmiechem w stronę okna. Chłopcy pomachali im. Potem jednak Péter zauważył, że pod pobliskim kandelabrem stoi też jego brat z kolegami. Trzymali się za ramiona i krzyczeli coś, czego nie było słychać pośród ogólnej wrzawy i cichnących braw.

– Lepiej zamknij – powiedział Péter.

– Czemu? – spojrzał na niego zaskoczony Gábor.

– Jest tam Karcsi.

Gábor zamknął.

– Részeg, mint a csap******** – wycedził rozzłoszczony Péter, spoglądając na pijanego brata.

Odwrócił się do Gábora i mówił dalej:

– Znów przyszedł do domu dopiero rano, pijany jak świnia… Mama zaczęła się modlić już w południe. Pewnie za niego. Chodzi chować się przed nim do kościoła. Dziś też uciekła. To pokłócił się z ojcem.

– O co? – spytał Gábor.

Péter spojrzał na niego ze zniechęceniem.

– A niby o co?

– O politykę? – westchnął Gábor.

– No jasne. Podobno ojciec ma w końcu rozejrzeć się wokół siebie. Hitler zdobył Paryż i trzyma w garści całą Europę. Nasza miła ojczyzna też się rozrasta i jeszcze będzie się…

– Na Żydów nie klął?

– Dziś nie. Ale gdyby nawet, to przecież wiesz, co zawsze powie. Że to nie dotyczy…

– Rosenberg Gáborra és családjára******** – Gábor pokiwał głową.

– Dziś wściekał się na Słowaków, więc mu powiedziałem, by nie obrażał Márii Belajovej… I wiesz, co on na to?

– No?

– Że żadnych Belajów nie ma. Ojciec Márii podobno zmienił sobie nazwisko na Belai.

– Butaság!******** – krzyknął Gábor.

– I podobno zapisał się do Partii Strzałokrzyżowców-Ruchu Hungarystycznego.

Gábor zdecydowanie pokręcił głową:

– To niemożliwe, przecież nie może mi się podobać córka faszysty!

Péter gorzko się uśmiechnął:

– Serce nie sługa. Ja jestem bratem faszysty, a przyjaźnisz się ze mną.

Na chwilę zamilkli. Patrzyli przez okno na tłum, który powoli się rozchodził.

– Mária i tak nas nie chce. – Gábor w końcu machnął ręką.

– Skąd możesz to wiedzieć?

– W piątek, jak odprowadzaliśmy Dórikę na pociąg…

– Twoja siostra gdzieś wyjechała? – przerwał koledze Péter.

– Na Słowację, do ciotki do Bańskiej Szczawnicy. Pojechała się wyuczyć na krawcową.

– Tej to dobrze! Nie będzie już musiała chodzić do gimnazjum?

– Ja też już tam długo nie zostanę.

– Co? Czemu? – wykrzyknął Péter.

– Apu******** mówi, że dla Żyda wykształcenie nie ma żadnego znaczenia. I tak nie może pracować w urzędzie. Przecież wiesz, że jego też zwolnili.

– Aha – westchnął Péter – więc już nie będziemy kolegami z klasy.

– Teraz jeszcze tak, ale rodzice już szukają mi jakiegoś majstra, który wziąłby mnie na czeladnika. Ojciec mówi, że rzemiosło to żyła złota. Dórikę będzie uczyć nasza ciotka Anna. Ma aż dwa warsztaty krawieckie. Jeden został jej po stryjku Antonie.

Gábor ściszył głos:

– Stryjek wyjechał ze Słowacji i teraz jest w Palestynie, pod administracją brytyjską.

– No, no – Péter uniósł brwi. – To musiała być długa podróż.

– Pociągiem i statkiem.

– Ale mówiłeś – przypomniał sobie Péter – że spotkałeś Márię w drodze na stację.

– W drodze ze stacji – poprawił go Gábor.

– Aha, to to samo.

– Chyba wiesz, o co mnie najpierw spytała.

– Czy nie dostaliśmy listu od Honzy? – domyślił się Péter.

– Igen.******** – Gábor pokiwał ze smutkiem głową. – Wierz mi, ona jest w nim zakochana.

Na początku 1940 roku pan Bízek znalazł dobrze płatną pracę w zakładach zbrojeniowych w Brnie, a latem, kiedy rozwinęła się produkcja, zatrudniono w fabryce również jego żonę. Musieli wprawdzie pracować na zmiany, ale w końcu rodzina miała tyle pieniędzy, ile potrzebowała.

W niedzielę pierwszego września oboje rodzice mieli poranną zmianę.

– Dziś ja gotuję – powiedziała do Honzy Jitka – więc zbieraj się i znikaj. Chcę mieć spokój. Nie wracaj wcześniej niż o dwunastej.

– Jawohl, Herr Kommandant!******** – Honza spoglądał wrogo na siostrę.

– Masz, możesz pójść do kina – dała mu monetę i wypchnęła na korytarz.

Honza z rękami wsuniętymi głęboko w kieszenie chodził po ulicach Brna. Do rozpoczęcia pierwszego seansu w kinie brakowało jeszcze dwóch godzin.

Zaczęło siąpić. Honza ukrył się w kościele i przeczekał tam przez niemal całą niemiecką mszę.

Kiedy wyszedł na ulicę, było już po deszczu, ale na niebie wciąż kłębiły się ciężkie sinoniebieskie chmury. Poszedł w stronę kina. Nagle zaczęły padać duże i zimne krople. Koszula Honzy była wkrótce całkiem mokra. Strużki wody spływały mu z włosów na oczy. Było mu coraz zimniej, w związku z czym na jednym ze skrzyżowań postanowił, że nie pójdzie do kina, ale wróci do domu.

Kiedy wszedł do mieszkania, usłyszał coś zza zamkniętych drzwi sypialni. Jęki i westchnienia. Przestraszył się, że jedno z rodziców poczuło się źle w pracy i musiało wrócić do domu. Już miał rękę na klamce, kiedy zarejestrował obce głosy i niemieckie słowa.

– Nochmal! Nochmal! Mit der Zunge!

– Stärker!********

Gestapo – przyszło Honzie do głowy. Sekundę się zawahał, czy ma uciec, czy spróbować pomóc. Ostrożnie nachylił się ku dziurce od klucza i zajrzał do środka. Zobaczył rude włosy siostry i jej nagie plecy miarowo kołyszące się w górę i w dół na jakimś męskim ciele. Oprócz nich na łóżku rodziców była jeszcze inna współżyjąca para. Honza nie mógł oderwać od nich wzroku, a jego oddech przyspieszał.

Jitka z partnerem zsunęli się z łóżka. Ta druga kobieta coś powiedziała i mężczyzna przerwał stosunek. Honza zobaczył na moment jego nabrzmiały członek. Przestraszył się, jakby to była nabita broń. Wycofał się spod drzwi. Dobrze zrobił, bo w tej chwili się otworzyły. Honza szybko schował się za szafą.

Jakaś blondynka przeszła przez przedpokój do ubikacji. Nie zamknęła za sobą drzwi, było więc słychać, jak sika silnym strumieniem. Honzie trzęsły się kolana. Kiedy blondynka będzie wracać do pokoju, z pewnością go zobaczy. Teraz nadeszła ta chwila, kiedy mógł wyśliznąć się z mieszkania. On jednak postanowił zostać. Musiał zobaczyć tę kobietę z przodu.

Kiedy wyszła z ubikacji i zobaczyła Honzę, nie była nawet zaskoczona. Spoglądając na chłopca, który wbija wzrok w jej łono pokryte płowym owłosieniem oraz piersi ze spiczastymi brodawkami, uśmiechnęła się.

Była trochę wyższa od Honzy. Jej usta pomalowane czerwoną szminką dotknęły nosa chłopca. Potem przesunęła mu językiem po powiekach. Honza z podniecenia nie był nawet w stanie się ruszyć. Stał jak słup soli. Rozpięła mu spodnie i złapała naprężone przyrodzenie.

– Er ist wie ein Torpedo******** – szepnęła.

W tej chwili Honza zakwiczał jak zarzynane prosię i wylała się z niego lawa.

Na krzyk Honzy wybiegła z pokoju Jitka. Dała mu w twarz i wepchnęła go do kuchni. Blondynka się rozrechotała. Na szczęście. Właśnie przez ten wstrętny chrapliwy śmiech mógł ją znienawidzić. Jeszcze przed minutą ją kochał i dla niej zostałby nawet kolaborantem. Z pokoju wyjrzeli dwaj mężczyźni. Oni też rechotali.

– Zasrane szkopy – wycedził przez zęby Honza.

Jitka znów dała mu w twarz. Zamknęła go w kuchni. Orgie w sypialni rodziców trwały jeszcze jakąś godzinę. Honza cały ten czas przepłakał, czując poniżenie i nienawiść.

Kiedy Niemcy wyszli, Jitka go wypuściła. Powiedziała, że rodzicom nie może pisnąć ani słowa.

Ostrożnie uniosła palec wskazujący:

– W przeciwnym razie będą problemy.

Honza uśmiechnął się ironicznie.

– Z nimi – dokończyła i wskazała głową w stronę drzwi wejściowych, jakby ci ludzie jeszcze tam ciągle czekali.

Honza przemilczał to zdarzenie przed rodzicami, ale oni i tak wkrótce dowiedzieli się o wszystkim. Kiedy Bízkowie byli w pracy, Jitka regularnie przyprowadzała do domu gości. Przeważnie byli w mundurach. Miała siedemnaście lat i myślała, że nikt nie potrafi tego robić tak jak Niemcy.

Nie przejmowała się wyrzutami rodziców. Krzyczała, że w Levicach każdy się z niej śmiał z powodu jej rudych włosów i piegów, ale w Reichu to jej bilet wstępu do lepszego świata. Któryś z kochanków załatwił jej później nowe papiery. Z Jitki stała się Ritą.

******** Król siedzi na wzgórzu i męczy się nad gęsim udkiem (węg.)

******** Pijany jak bela (węg.)

******** Gábora Rosenberga i jego rodziny (węg.)

******** Głupstwo (węg.)

******** Tato (węg.)

******** Tak (węg.)

******** Tak jest, panie komendancie (niem.)

******** Jeszcze! Jeszcze! Językiem! […] – Mocniej! (niem.)

******** On jest jak torpeda (niem.)

1941

Új Telep była najbiedniejszą ulicą Levic. Właściwie nie była to nawet ulica, ale około dwudziestu małych domów porozrzucanych na skraju miasta. Dachówki na ich dachach popękały, tynk odpadł, wiele szyb było rozbitych. Remonty zostały przełożone na lepsze czasy.

W jednej z tych ruder z podłogą, którą tworzyły spróchniałe deski, mieszkała teraz rodzina Rosenbergów. Choć Kościół kalwiński podwyższał czynsz za mieszkania w Kálvin Udvar dość łagodnie, to dla Rosenbergów było za drogo. Ojca zwolniono z państwowej posady już półtora roku temu, matka sprzedawała w sklepie ze słodyczami Taubera, lecz z dnia na dzień obroty były tam mniejsze. Coraz więcej ludzi wybierało z najróżniejszych powodów sklepy, które mogły się pochwalić tabliczką Nem zsidó üzlet********.

Dórika wróciła z terminu w Bańskiej Szczawnicy jeszcze na początku jesieni czterdziestego roku, ponieważ ciotka Anna nieoczekiwanie sprzedała oba warsztaty krawieckie. Rosenbergowie wysłali córkę tym razem do fabryki tekstylnej w Budapeszcie. Sami z Gáborem przeprowadzili się do domku na Új Telep.

– Człowiek biedę klepie, z Pragą było lepiej! – mówiła pani Rosenbergová zawsze, kiedy wracała z zakupów.

Początek lata był jednak dla Gábora całkiem przyjemny. Mimo tego, że Węgry wypowiedziały wojnę Związkowi Radzieckiemu i pomimo ciężkiej sytuacji finansowej rodziny. On sam miał nagle własne pieniądze. Ojciec Gábora został spekulantem. Był wprawdzie zbyt ostrożny na to, by osiągać prawdziwe zyski, zawsze jednak skapnęło mu coś z towaru, który przechodził przez jego ręce. Báró******** Majthényi lubił kubańskie cygara, jego kochanka brazylijską kawę i czekoladę z orzechami, żona dentysty chciała chusty z chińskiego jedwabiu, podobnie jak córka dowódcy żandarmerii.

Pan Rosenberg nie był dobrym handlowcem. Czekał, jaki towar zaproponuje mu jego dostawca i co z tego wzbudzi zainteresowanie wśród jego klientów. Skoro wykorzystywał Gábora jako łącznika, który przynosił i roznosił towar, dzielił się z nim też skromnym zyskiem. To, co dla rodziny stanowiło niewiele, dla szesnastoletniego chłopca było fortuną. Nagle Gábor mógł zaprosić Pétera na lody i herbatę o piątej u Denka. Do Húbera nie chodzili, tam na drzwiach był napis: Zsidóknak belépni tilos!********

Do Denka Gábor zapraszał nie tylko Pétera, ale też Márię. Gdzieś na początku lipca spotkali ją na deptaku. Nie mówili o tym, że jej ojciec należy do strzałokrzyżowców. W tym czasie każdy szukał sposobu, by przeżyć. Póki nie wyrządza krzywdy innym, niech jest, kim chce.

Wstydliwe opuszczanie oczu i chichot za plecami nagle zniknęły. Gábor i Péter rozmawiali z Márią jak dorośli, a ściślej mówiąc, myśleli, że rozmawiają jak dorośli – o dawnych nauczycielach i kolegach ze szkoły, o ludziach z miasta, o książkach, które napisali Erdei, Féja czy Németh. A tak naprawdę mówiła o nich Mária, a chłopcy tylko słuchali. O to im jednak chodziło, by w niezakłócony sposób mogli się na nią napatrzeć. Wybałuszali oczy nie tylko na jej piękną twarzyczkę, ale też na kształty, które rysowały się pod bluzką.

Po pierwszym przypadkowym spotkaniu miało miejsce drugie, a potem trzecie, które już nie było przypadkowe. Spędzali razem niemal każde popołudnie.

Mária była zniewalająca. Gábor i Péter nie byli w stanie się oprzeć. Zaczęli się zapewniać, że nie ma już sensu czekać na Honzę. Wydawało im się bardzo prawdopodobne, że ich dawny kolega już nigdy nie wróci do Levic. Niemal od roku nie otrzymali od niego żadnej wiadomości. Po Honzie można się było spodziewać, że znalazł już sobie w Brnie dziewczynę, Czeszkę albo Niemkę. Może właśnie teraz się z nią całuje albo nawet… Albo nawet całkiem zapomniał o Márii, co jego dwóm przyjaciołom wydawało się najcięższym grzechem.

Gábor i Péter uzgodnili zatem, że nie będą już zwlekać. Zaczną działać sami. A ściślej mówiąc, zacznie działać jeden z nich. Naturalnie, będzie to ten, który wygra zawody pływackie. Ich termin już pod koniec lipca wyznaczyli na pierwszego września. Lato chcieli jeszcze przeżyć jako trójka przyjaciół.

W sierpniu jednak wprowadzono prawo, które zakazywało Żydom mieszanych małżeństw oraz kontaktów intymnych z Węgrami czy innymi narodowościami i uznawało to za hańbienie rasy. Jeśli Gábor przejawiłby swoje uczucia i jeśli nawet zostałyby one przez Márię odwzajemnione, to byłby zagrożony nie tylko on, ale też ona.

Gábor przestał chodzić na deptak. Właściwie wychodził z domu tylko wtedy, kiedy potrzebował przekazać klientom towar od ojca. Péter zaczął uczciwie trenować. Przeważnie na kanale Perec, bo nie miał pieniędzy na bilet na kąpielisko. Gábor nie trenował, nie miał na to czasu ani ochoty. Właściciel kąpieliska i tak prewencyjnie wywiesił na bramie tabliczkę zakazującą wstępu Żydom. Dla Pétera to było nieistotne, po prostu wytyczą sobie z Gáborem dystans do przepłynięcia na rzece.

Kiedy pierwszego września Péter zapukał do drzwi domku na Új Telep, Gábor od razu wiedział, że przyjaciel przyszedł się z nim zmierzyć.

– Czego chcesz? – spytał Gábor nieprzyjemnie.

– Chcę cię pokonać w pływaniu – odpowiedział wesoło Péter, który nie zrozumiał przyczyny nieprzyjaznego tonu kolegi.

– Już nas pokonaliście – wycedził nienawistnie Gábor. Jego nienawiść w jednej chwili zmieniła się jednak w tępą bezsilność. Rozpłakał się jak dziecko.

Péter położył mu rękę na ramieniu:

– Wiem, chodzi ci o tę przeklętą ustawę. Jestem przeciwko temu. Mój ojciec i moja mama też. To świństwo. Takie prawo z pewnością długo się nie utrzyma. Za pół roku je zmienią, a potem odwołają też te starsze zakazy.

– Nie – Gábor lamentował jeszcze głośniej. – Wiesz dobrze, że nigdy ich nie odwołają. Teraz mamy zakaz chodzenia na basen, niedługo zakażą nam oddychać. Dziś hańbią rasę mieszane małżeństwa, jutro ogłoszą, że hańbieniem rasy są też mieszane miasta. Wszystkich Żydów wywiozą na Madagaskar albo nas powystrzelają i powrzucają do Perecu, Hronu i Dunaju.

– Nie, Gábor, to nie tak. Ustawa zakazała mieszanych małżeństw, ale nie zakazała mieszanych przyjaźni. Będę zawsze przy tobie.

Gábor się uśmiechnął. Przez tęczę, którą w to słoneczne popołudnie wytworzyły łzy w jego oczach, zobaczył nadchodzącą znajomą postać.

– Boże mój, Anna – powiedział.

Już latem poprzedniego roku do cioci Gabriela, Anny, do Bańskiej Szczawnicy przyjechał nieznajomy mężczyzna. Przywiózł krótki list od jej brata Antona z Palestyny. Właściwie było w nim tylko to, by Anna w pełni ufała człowiekowi, który doręczył jej list.

Ten mężczyzna też nie tracił czasu na nieistotne szczegóły. Prawdopodobnie również dlatego, że nie znał słowackiego, a po niemiecku, jak porozumiewał się z Anną, też nie szło mu najlepiej. Powiedział, że Anton ma kontakty z ważną agencją żydowską. Według jej informacji sytuacja Żydów na Słowacji wkrótce znacznie się pogorszy. Jedyną możliwością jest przejście do podziemia.

– Do podziemia? – krzyknęła ciotka Anna.

Mężczyzna rozejrzał się zaniepokojony i zwrócił jej uwagę, by mówiła ciszej, po czym powiedział, że w jej przypadku przejście do podziemia oznacza całkowitą zmianę tożsamości.

– Zmianę tożsamości? – krzyknęła ciotka Anna.

Mężczyzna ponownie zwrócił jej uwagę, by nie krzyczała. Dla ciotki Anny najlepszą okazją do zmiany tożsamości będzie tajne przekroczenie granicy i rozpoczęcie życia na Węgrzech. Naturalnie, pod innym nazwiskiem i z nowymi papierami.

– Z nowymi papierami? – wyszeptała ciotka Anna.

Mężczyzna wytłumaczył, że ciotka potrzebuje fałszywych dokumentów węgierskich. Będzie mieszkać w Budapeszcie. Skoro jednak nie zna dobrze węgierskiego, ma podawać się za obywatelkę pochodzenia słowackiego z ziem odzyskanych.

– Ale ja teraz nie mogę wyjechać, w przyszłym tygodniu przyjedzie do mnie na naukę córka brata, Dórika – oponowała ciotka Anna.

Mężczyzna westchnął zniechęcony i powtórzył, że w Budapeszcie Anna będzie się podawać za Słowaczkę z północy, w związku z czym jest zrozumiałe, że nie będzie dobrze znała węgierskiego. Następnie mówił dalej, że ciotka musi natychmiast, choćby nawet poniżej wartości, sprzedać oba zakłady krawieckie. Uzyskane w ten sposób słowackie korony wymieni na węgierskie pengő. Podał jej karteczkę z nazwiskiem i adresem człowieka w Bratysławie, u którego wymieni pieniądze. Zaraz potem podał jej drugą karteczkę z nazwiskiem i adresem człowieka z Nitry, który za część pieniędzy przeprowadzi ją przez granicę. Wreszcie podał jej trzecią karteczkę z nazwiskiem i adresem człowieka w Budapeszcie, który za opłatą przygotuje jej fałszywe dokumenty. Kiedy już będzie w mieście, musi znaleźć pracę i mieszkanie. Nie może jednak nawiązywać żadnych kontaktów z Żydami ani chodzić do synagogi. Na koniec zabrał jej wszystkie trzy karteczki z nazwiskami.

– Nic nie pamiętam – załamała się ciotka Anna.

Mężczyzna oddał jej zatem karteczki i dla pewności przepytał, czy pamięta nazwiska i adresy. Następnie udał się w stronę drzwi.

– Jeśli tam wyjadę, kiedy będę mogła wrócić? – spytała jeszcze Anna.

Mężczyzna odpowiedział, że dopiero wtedy, kiedy Niemcy przegrają wojnę.

– Ale nie wydaje się, by Niemcy przegrały – zwróciła uwagę Anna.

Mężczyzna przyznał jej rację i zniknął.

Przez kilka tygodni Annę dręczyły chaotyczne myśli. Jej życie było wprawdzie coraz gorsze, lecz i tak nie była w stanie pogodzić się z tym, by miała je całkiem zmienić. W końcu powiedziała sobie, że na razie przystąpi tylko do realizacji połowy planu. Zaczęła od tego, że wysłała do domu swoją uczennicę Dórikę. Potem odwiedziła człowieka, o którym myślała, że mógłby kupić jej zakłady i maszyny. Zaproponował jej niespełna połowę ceny, jakiej się spodziewała, ale przystała na to. Potem zaczął się rozpływać nad tym, jak to nagle dobrze robi się interesy z mośkami. Wystarczyło parę rozporządzeń rządu i już odechciało im się zdzierać ze Słowaków. Tak ma wyglądać aryzacja – po ludzku i spokojnie. Będąc w dobrym nastroju, zaproponował nawet Annie, by u niego pracowała. Zgodziła się, ponieważ nie wiedziała, co będzie dalej robić.

W późniejszych miesiącach gazety, a zwłaszcza „Gardista”, którego Anna regularnie kupowała, publikowały artykuły, w których domagano się całkowitego i trwałego rozwiązania kwestii ludności obcej rasy na Słowacji. Anna w końcu uznała, że jej brat Anton i nieznany cudzoziemiec mieli rację. W tym kraju z Żydami może być już tylko coraz gorzej. Pewnego dnia wyciągnęła zatem kartkę, na której mimo zakazu gościa napisała sobie nazwisko i adres spekulanta, który mógł jej wymienić pieniądze, przewodnika, który przeszedłby z nią przez granicę, i fałszerza, który umiał podrabiać dokumenty.

A teraz ciotka Anna stała przed chłopcami. Zmęczona, w pogniecionej sukience, z walizką brudną od błota i krwawą szramą, która ciągnęła się od kolana aż do stopy.

– Potrzebuję się umyć, najeść i wyspać – powiedziała.

– Proszę dalej, ciociu Anno, witamy u nas – odpowiedział Gábor. Wreszcie zamknął usta, które aż do tej pory miał otwarte z zaskoczenia, i uchylił drzwi do małego domu.

Tuż za nimi znajdowała się skromna kuchnia. Ledwie mieściły się w niej kuchenka, kredens i stół z czterema krzesełkami.

Kiedy rodzice Gábora zobaczyli w drzwiach Annę, podbiegli do niej i objęli ją.

– Boże mój, Anna – powiedziała pani Rosenbergová głosem, w którym mieszały się radość i niepokój.

– Boże mój, Anna – powtórzył pan Rosenberg głosem, w którym niepokój przeważał nad radością.

Anna osunęła się na krzesło.

– Chce mi się tak pić, że jeśli nie dacie mi od razu jeść, to zasnę nawet brudna – uśmiechnęła się do krewnych.

– Ale jak nas tu znalazłaś? Kto ci powiedział, że już nie mieszkamy w Kalwińskim Dworze?

– No właśnie nikt – zaśmiała się ciotka Anna. – Poszłam najpierw tam. Kiedy pukałam do waszych drzwi, zobaczyła mnie na szczęście jedna pani z parteru. Ta dobra dusza powiedziała, że się przeprowadziliście. I pokazała mi też drogę… Powiem wam jednak, że ten Új Telep to straszna dziura.

– Dobra dusza z parteru? – odezwał się Gábor. – To pewnie była stara Harsányiová.

Wszyscy zamilkli.

– Co jest? – spytała ciotka Anna.

– Za chwilę będą tu żandarmi. Ta dobra dusza z pewnością na ciebie doniesie, jest meszuge******** – wytłumaczył łamiącym się głosem ojciec Gábora.

– Doniesie albo też już doniosła – zwrócił uwagę Péter. – Nie mamy za wiele czasu, ale jeszcze nie wszystko stracone. Ruszcie się.

– Péter, ty się nie wtrącaj, to nie twoje zmartwienie. Idź do domu, póki czas – westchnęła pani Rosenbergová.

– Jestem jedynym przyjacielem pani syna i być może jedynym przyjacielem waszej rodziny w całym mieście – podniósł głos Péter. – Musicie mi teraz zaufać.

– A jak nam możesz pomóc? Powiesz o nas bratu? – spytał pan Rosenberg.

– Teraz nie myślcie o moim bracie, on i tak już jest w wojsku. Musicie działać, i to szybko.

– Péter nam pomoże – dołączył Gábor – możecie mu wierzyć.

Rosenbergowie w końcu zrozumieli, że nie mają innego wyjścia.

Gábor wziął wiadro i pobiegł do studni po wodę, mama Gabriela poszła z Anną do pokoju, by dać jej czyste ubranie. Péter upierał się przy tym, że odprowadzi Annę na stację. Jeśli będą mieć szczęście, to zdążą jeszcze na pociąg o piątej. Następnie wytłumaczył ojcu Gábora, że oni i tak nie mogą zostać w domu, ponieważ żandarmi ich zabiorą, niezależnie od tego, czy znajdą Annę, czy nie.

– Oskarżenie Żyda jest jednocześnie dowodem – tłumaczył – dlatego ukryjecie się w katolickim kościele.

– W żadnym wypadku nie możemy tego zrobić – sprzeciwił się pan Rosenberg.

– Musicie. Ja odprowadzę ciotkę Annę na stację, a potem będę się kręcił wokół domu, by zobaczyć, czy przyjdą żandarmi. Kościół zamykają o siódmej. Przyjdę tam chwilę wcześniej i powiem wam, co się dzieje.

– Tylko że my… – zaczął pan Rosenberg.

– O siódmej będziemy wiedzieć co i jak – przerwał mu Péter.

– Nie o siódmej – przerwał z kolei Péterowi pan Rosenberg – ale teraz, zaraz. Mamy w piwnicy towar. To musi zniknąć.

– Tak myślałem – powiedział spokojnie Péter.

Pan Rosenberg odsunął stół i podniósł właz do piwnicy. Zszedł na dół po drabinie, Péter poszedł za nim. W szarości rozpoznał kilka tabliczek czekolady, parę opakowań kawy, kakao i daktyli.

– To wszystko? Gdzie jest hátizsák********? Gábor zaniesie to do nas.

– Do was?

– Przecież już mówiłem, że mój brat jest w wojsku.

Kiedy mama Gábora wybierała ubrania i pomagała Annie przy myciu, ta jej powiedziała, że niektórzy Żydzi na Słowacji dają się ochrzcić. Myślą, że to im pomoże. Podobno jednak miałoby to sens tylko wtedy, jeśli dysponowaliby świadectwem chrztu sprzed wojny. Mama Gábora była tak wystraszona, że nawet nie zareagowała na jej słowa.

Kiedy małżeństwo Rosenbergów szło pod ramię przez wieczorne miasto, po głowie chodziło im wiele pomysłów. Myśleli o wyczerpanej Annie, którą przyjaciel syna odprowadzał na stację, i bali się, że nie zdąży na pociąg o piątej. Myśleli o Gáborze, który w plecaku wynosił przemycany towar. Każdemu musiał wydawać się podejrzany. Myśleli o starej Harsányiowej. Wszystko zależało od tego, czy przyjdzie jej do głowy, że powinna zgłosić odwiedziny nieznanej osoby u żydowskiej rodziny. Przede wszystkim jednak myśleli o tym, że oni sami wydają się każdemu podejrzani. Szli po ulicy i mieli wrażenie, że przyglądają im się wszyscy przechodnie. Jakby nagle w mieście każdy był szpiclem i donosicielem.

Nogi same ich poniosły do kościoła Świętego Michała. Kiedy weszli do środka, ogarnął ich przyjemny chłód. Był poniedziałek i świątynia była niemal pusta. Wieczorna msza już się zaczęła, ale nikt z garstki wiernych w ławkach nie zauważył ich cichego wejścia. Usiedli w ławce za potężnym słupem, gdzie nie było ich widać.

Pani Rosenbergová była pierwszy raz w życiu w katolickim kościele. Jej skołatany umysł został nagle wyciszony przez spokojną muzykę organową, oczarowały ją wielkie rzeźby, a przede wszystkim piękne malowidła na ścianach. Takiej imponującej tempel******** nie zbudowaliby przecież barbarzyńcy.

Msza się skończyła i ludzie wyszli. Rosenbergowie siedzieli jednak na swoich miejscach w pustym kościele. Czekali na Pétera i Gábora. Nawet nie zauważyli, że nagle stanął przed nimi ksiądz. Wciąż miał na sobie ornat.

– Myślę, że jeszcze was tu nie widziałem. Przyjechaliście z którejś ze wsi w okolicy? – spytał.

– Nie – odpowiedział zmieszany pan Rosenberg – to znaczy… właściwie tak.

– Mógłby nas ksiądz ochrzcić? – wyrwało się nagle pani Rosenbergovej.

– Ach tak – westchnął ksiądz i usiadł przy nich w ławce. – Naprawdę tak wam się podobają chrześcijanie, że chcecie być jednymi z nich?

Kiedy Rosenbergowie wychodzili z kościoła, spotkali rabina. Zmieszali się i czekali, co powie. Przywitał się z nimi i powoli poszedł dalej. W ostatnich miesiącach przeżył tyle bezsensownych sytuacji, że ta już go wcale nie zaskoczyła. Dawno stracił swoją umiejętność mówienia mądrych rzeczy. Teraz tylko czekał. Jedno czekanie zastępowało drugie. Jeszcze przed tygodniem czekał na list od siostrzeńca Jakoba z Munkácsa. Dziś podejrzewał, że żaden list stamtąd już nie nadejdzie.

W ten ciepły wieczór pierwszego września 1941 roku żandarmi nie przyszli do Rosenbergów. W Dworze Kalwińskim nie pokazała Annie drogi stara Harsányiová, ale jej sąsiadka Patakyová.

******** Sklep nieżydowski (węg.)

******** baron (węg.)

******** Żydom wstęp wzbroniony! (węg.)

******** obłąkana (żyd.)

******** plecak (węg.)

******** świątyni (żyd.)

1942

Rónai Karcsi przyjechał na urlop dwudziestego czwartego sierpnia. Péter niemal go nie poznał. Po raz ostatni był na przepustce przed dziewięcioma miesiącami na Boże Narodzenie i wtedy wyglądał prawie tak samo jak wcześniej w cywilu. Teraz był to inny człowiek. Trzydziestolatek z pomarszczonym czołem i ostro wystającymi kośćmi policzkowymi. Zmężniał. Ramiona miał dwa razy większe niż Péter, a przedramiona szersze niż uda brata.

W największym stopniu jednak zmienił się charakter Karcsiego. Mówił cicho, a tak naprawdę prawie wcale się nie odzywał, od czasu do czasu słabym głosem wypowiadał słowo lub dwa. Nigdzie nie chodził i nie szukał kontaktu z żadnym z dawnych kolegów, choć oni kilka razy przyszli go wyciągnąć na kielicha. Wolał upijać się w domu. Ale nawet wtedy nie krzyczał jak przed rokiem. Wystawiał krzesło na ganek i z kieliszkiem wina czy wódki wbijał mętny wzrok w ziemię.

Péter czasem przysiadał się do niego. Zapalał z Karcsim papierosa albo wypijał parę kieliszków, widział jednak, że rodzicom to się nie podoba. Bali się, że mógłby zostać takim samym pijakiem jak starszy brat.

Wieczorem Karcsi przesiadywał przy stole i w milczeniu obserwował modlącą się matkę. Jej usta poruszały się bezgłośnie, kiedy odmawiała rózsafüzér********, a on próbował się zorientować, w której części modlitwy właśnie się znajduje.

O wojnie w Bacske i koszarach w Újvidék******** nie wspomniał ani razu.

Podobnie jak Gábor, również Péter nie chodził już w tym czasie do szkoły. Często pomagał ojcu w warsztacie i potrafił już sam wykonać wiele drobnych prac szewskich. Roboty było sporo. Im mniej pieniędzy ludzie mieli na nowe buty, tym więcej musieli znaleźć na naprawę starych.

Gábor stał się prawdziwym spekulantem, który przy ogólnej drożyźnie potrafił właściwie oszacować cenę swojego towaru. Właściwie to nie szacował ceny towaru, ale możliwości klienta. Ta sama rzecz miała u niego różne ceny zależnie od tego, czy stał na progu willi dyrektora banku, czy przy drzwiach domku robotnika rolnego. Pan Rosenberg nie robił już niemal nic, dbał tylko o to, by przemycane rzeczy nie zepsuły się w ich piwnicy lub nie straciły na wartości. I trząsł się ze strachu, kiedy przyjdą żandarmi.

Pierwszy września nie był ciepłym dniem. Było wprawdzie pogodnie, ale wiał zimny wiatr. Gdyby Péter i Gábor nie byli umówieni z Márią, z pewnością nie poszliby się kąpać. Skoro jednak już od roku nie spotykali się z nią w klasie, każda chwila, kiedy mogli ją widzieć, była cenna.

– Idziemy z Gáborem na Perec, kąpać się, nie idziesz z nami? – spytał Péter Karcsiego, choć było niemal pewne, że brat znów w milczeniu odmówi.

– Idę – odpowiedział Karcsi.

Ta odpowiedź wcale nie ucieszyła Pétera. Z Márią i Gáborem tworzyli zamkniętą trójkę. Ich rozmowy nie były powierzchownym flirtowaniem. Mieli wprawdzie swoje tematy, lecz sporo też było takich, których za milczącą zgodą nigdy nie poruszali. W obecności Karcsiego nagle nie mieli o czym rozmawiać, tym bardziej że on sam nie przejawiał nawet najmniejszego zainteresowania ich dyskusją. Odpowiadał swoimi jednosłownymi zdaniami, a jego nieobecne spojrzenie było utkwione gdzieś na horyzoncie. Szczęśliwie przez większość czasu nie było go przy nich na kocu, skakał do wody z grubej gałęzi.

– Mam dla was niespodziankę – powiedziała Mária, wyciągając coś z torby. – Dostałam list od Honzy. Przysłał mi też zdjęcie. Zobaczcie.

– Honzík – ucieszył się Gábor.

– Jak wypiękniał, nie? – zauważyła Mária.

– Wypiękniał? Ma okulary – Péter był innego zdania.

Spoglądając na zdjęcie, Péter i Gábor zdali sobie sprawę, jak ich dawny kolega dojrzał. Zawsze był bardziej rozwinięty fizycznie od nich, ale ta różnica nigdy nie była aż tak wyraźna, jak teraz wskazywała na to fotografia. Mieli przed sobą portret młodego mężczyzny z zadbanym wąsikiem pod nosem, podczas gdy oni dwaj ciągle byli niemal gołowąsami.

– Te okulary mu pasują – uznał Gábor.

– A co pisze? – spytał Péter.

– Od września, czyli właściwie od dziś, idzie do terminu. Do jakiejś fabryki, gdzie robi się artykuły spożywcze. O szczegółach nie pisze. Przecież wiecie, wszystko jest tajemnicą wojskową. A Jitka już z nimi nie mieszka. Być może wyszła za mąż.

– Być może? – spytali Péter z Gáborem jednocześnie.

Zdjęcie Honzy było nieoczekiwaną ingerencją w świat, który stworzyli sobie Péter i Gábor. Zamknęli się w nim wraz z Márią i nikogo innego nie mieli zamiaru już tam wpuścić. Honzy jednak nie mogli uważać za intruza, miał do Márii takie samo prawo jak oni.

– Często pisze do ciebie? – spytał Péter.

– Ostatnio przysłał kartkę na Boże Narodzenie – odpowiedziała Mária. – Czemu pytasz?

– Bo do nas już przestał pisać – odpowiedział za kolegę Gábor.

Znad wody przyszedł Karcsi. Zwalił się na trawie obok nich i głośno sapał. Potem nagle odwrócił się w stronę Gábora i powiedział:

– Wy, Żydzi, jesteście naprawdę narodem wybranym. Kiedy idziecie do wojska, nie możecie dostać broni.

Gábor milczał. Péter się przestraszył, że teraz nastąpi antyżydowska pogadanka brata, jakich w przeszłości słyszał już wiele. Ale Karcsi tylko dodał:

– Też chciałbym mieć taki zakaz…

Nie wiedzieli, co na to odpowiedzieć, zatem tylko siedzieli i czekali, co Karcsi powie dalej. Ale on zamilkł.

Zrobiło się jeszcze chłodniej, więc spakowali się i poszli.

Kiedy przechodzili przez rynek, usłyszeli muzykę.

– Widać jeszcze ciągle bywają u Denka herbatki o piątej – powiedział Karcsi.

– W każdy wtorek, piątek i sobotę – uściślił Gábor.

– To chodźcie, zapraszam was – zaproponował Karcsi.

– Nie jesteśmy odpowiednio ubrani – zaprotestował Péter. – Od zeszłego lata nawet nie byliśmy zatańczyć.

– Muszę iść do domu – dodała Mária.

– A ja jutro jadę do koszar. Pułk już pojechał na front, a nasza kompania dołączy za parę dni. To mój ostatni wieczór – stwierdził Karcsi i nie było już co dodać.

Wolne stoły znajdowały się już tylko w tylnej części pomieszczenia, skąd nie było widać grającego zespołu. Za to tuż pod nosem mieli taneczny parkiet. Po chwili przyszedł do nich kelner i Karcsi zamówił cztery herbaty oraz butelkę białego wina.

Repertuar zespołu Fizika się nie zmienił. Dwa razy polka – walc wiedeński – walc – przerwa – trzy razy tango argentyńskie – przerwa. I od nowa: dwa razy polka – walc wiedeński – walc – przerwa – trzy razy tango argentyńskie. Dla takich, którzy podobnie jak Péter niemal nie byli w stanie odróżnić trąbki od bębna, było to bardzo wygodne, ponieważ wiedzieli, jakie kroki należy zastosować w danej chwili. Dobrze tańczyć oznaczało w przypadku Pétera: nie deptać partnerce po stopach. I nie zawsze mu się to udawało.

– Péter, poproś Márię do tańca – powiedział Karcsi. Wypił już niemal całą butelkę wina i oczy miał znów zasnute czarną mgłą.

Péter już kilkakrotnie tańczył z Márią, ale teraz, być może wskutek obecności Karcsiego, się wstydził. Czuł, że czerwieni się aż po uszy.

– Nie wiem, czy jej się chce – wycedził.

– To ją spytaj – ośmielał go brat.

– Czy poszłabyś ze mną zatańczyć? – spytał grzecznie Péter.

– Tylko jeśli ty naprawdę tego chcesz – odpowiedziała Mária.