Zbieranie kości - Jesmyn Ward - ebook + książka

Zbieranie kości ebook

Jesmyn Ward

4,2

Opis

Najsłynniejsza powieść autorki bestsellerowego Śpiewajcie, z prochów, śpiewajcie i zarazem pierwszej kobiety, która dwukrotnie otrzymała prestiżową National Book Award.
Nad Zatoką Meksykańską formuje się huragan, który już wkrótce zagrozi życiu setek tysięcy ludzi. W przybrzeżnym miasteczku Bois Sauvage w stanie Missisipi czternastoletnia Esch i jej trzej bracia próbują zebrać zapasy jedzenia, na próżno szukając przy tym pomocy u ojca alkoholika, którego nigdy nie ma w pobliżu. W młodej dziewczynie narasta strach, zwłaszcza gdy dowiaduje się, że zaszła w ciążę.
Dwanaście dni, podczas których rozgrywa się akcja powieści, stanowi bolesną próbę spojrzenia na samotność oraz brutalną codzienność, która w obliczu Huraganu Katrina pokazuje nam swoje najbrudniejsze barwy.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 333

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




 

 

 

 

 

Tytuł oryginału: Salvage the Bones

 

Copyright © 2011 by Jesmyn Ward

All rights reserved, including the right of reproduction

in whole or in part in any form.

 

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2020

Copyright © for the Polish translation

by Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2019

 

 

Redaktor prowadzący • Adrian Tomczyk

Redakcja• Gabriela Niemiec

Korekta• Mirosław Ruszkiewicz, Mirosław Krzyszkowski

Projekt typograficzny wnętrza • Mateusz Czekała

Łamanie • MELES-DESIGN

Projekt okładki • Ula Pągowska

Konwersja pubikacji do wersji elektronicznej • Dariusz Nowacki

 

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

 

 

eISBN 978-83-66517-55-4

 

Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

[email protected]

www.wydawnictwopoznanskie.com

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Dla mojego brata Joshui Adama Dedeaux,

 

który mnie prowadzi, a ja podążam za nim.

 

 

 

 

 

 

Patrzcie teraz, że Ja jestem,

Ja jeden, i nie ma ze Mną żadnego boga.

Ja zabijam i Ja sam ożywiam,

Ja ranię i Ja sam uzdrawiam,

że nikt z mojej ręki nie uwalnia.

Biblia Tysiąclecia, Księga Powtórzonego Prawa 32,39

 

 

Choć jestem mała, wiem wiele,

A moje ciało jest nieskończonym okiem,

Przez które, niestety, widzę wszystko.

Gloria Fuertes,Teraz

 

 

Leżymy na plecach, gapiąc się w gwiazdy na niebie,

Gadając o tym, kim będziemy, jak dorośniemy.

Zapytałem, kim chcesz być. Odpowiedziała: „Żywa”.

Outkast, Da Art of Storytellin’ (cz. I), Aquemini

 

 

 

 

DZIEŃ PIERWSZY

Narodziny pod gołą żarówką

 

 

 

 

 

China zakręciła się wokół własnego ogona. Jakbym jej nie znała, pomyślałabym, że chce zjeść swoje przednie łapy. Pomyślałabym, że jej odbiło. Co w pewnym sensie jest prawdą. Nie pozwala się nikomu dotknąć, tylko Skeetowi. Jak była szczeniakiem, pitbullem o wielkim łbie, ukradła wszystkie buty z domu, wszystkie nasze czarne tenisówki kupione przez Mamę, bo nie widać na nich brudu i trzymają się, póki się nie rozpadną. Tylko zapomniane przez Mamę sandałki na niskim obcasie wyglądały inaczej: różowe, z czerwonym błotem, które do nich bez przerwy przywierało. China ukryła wszystkie buty pod meblami, za kiblem, ułożyła je w sterty i spała na nich. Kiedy dorosła i mogła sama uciekać, potykając się na schodach, wyniosła buty na dwór i zakopała je w płytkich dołkach pod domem. Sztywniała jak sosna, kiedy chcieliśmy je odebrać. Teraz China oddaje, jak kiedyś brała, obdarowuje nas, jak kiedyś kradła. Będzie się szczenić.

To, co robi China, to nic w porównaniu z tym, co robiła Mama, jak rodziła mojego najmłodszego brata, Juniora. Rodziła w domu, w którym wszyscy przyszliśmy na świat, tu, w tej przecince w lesie, którą wyrąbał jej ojciec i którą nazywamy Glinianką. Byłam jedyną, najmłodszą dziewczynką, miałam zaledwie osiem lat, więc nie mogłam jej pomóc, choć Tata powiedział, że ona i tak nie potrzebuje żadnej pomocy. Tata mówił, że Randall i Skeetah, i ja urodziliśmy się bardzo szybko, że Mama rodziła nas we własnym łóżku pod gołą świecącą się żarówką, więc jak nadeszła pora na Juniora, myślała, że też tak będzie. Ale było inaczej. Pod koniec Mama wyła, siedząc w kucki. Junior urodził się fioletowosiny jak hortensja – ostatni kwiatuszek Mamy. Kiedy Tata podał jej Juniora, dotknęła go samymi opuszkami palców, jakby bała się, że strąci z niego pyłek, a kwiatek zwiędnie. Powiedziała, że nie chce jechać do szpitala. Tata wyciągnął ją siłą z łóżka i zapakował do półciężarówki, zostawiała za sobą kałuże krwi; już nigdy jej nie zobaczyliśmy.

Teraz China walczy – po to przyszła na świat. Walczyła z naszymi butami, walczyła z innymi psami, a teraz walczy z tymi szczeniakami, które chcą się z niej wydostać, ślepe i mokre. Poci się, a chłopcy są rozpromienieni, widzę też Tatę przez okno szopy: twarz mu lśni jak rybie łuski, gdy padnie na nie słońce pod wodą. Jest cicho. Duszno. Chyba będzie padać, ale jeszcze nie zaczęło. Nie ma gwiazd, w naszej Gliniance palą się tylko gołe żarówki.

– Nie stój w progu. Denerwujesz ją.

Skeetah wygląda jak skóra zdarta z Taty: ciemny, niski i szczupły. Z węzłami i sznurami mięśni na całym ciele. Jest drugi z kolei, ma szesnaście lat, ale dla suki liczy się tylko on. Gapi się w niego jak w obrazek.

– Wcale się na nas nie patrzy – odpowiada Randall.

Jest najstarszy, ma siedemnaście lat. Jest wyższy od Taty, ale równie czarny. Ma wąskie ramiona i wyłupiaste oczy. Dzieciaki w szkole biorą go za ofermę, ale wystarczy, że pojawi się na boisku do koszykówki: skacze szybko i z wdziękiem jak zając na długich nogach. Jak Tata idzie na polowanie, zawsze kibicuję zającom.

– Potrzebuje przestrzeni, żeby oddychać. – Skeet głaszcze ją po sierści, pochyla głowę i wsłuchuje się w jej brzuch. – Musi się odprężyć.

– Nikt jej w tym nie przeszkadza.

Randall stoi przy framudze otwartych drzwi, trzymając prześcieradło, które Skeet przybił do nadproża. Skeet śpi w szopie od tygodnia, czekając na miot. Każdej nocy wyglądałam, aż zgasi światło i uśnie, po czym wymykałam się pod tylne drzwi szopy i stawałam tu, gdzie teraz stoję, żeby sprawdzić, co się z nim dzieje. Otulał Chinę całym sobą, owijał się wokół niej jak długi paznokieć wokół palca.

– Chcę zobaczyć! – Junior obejmuje nogi Randalla, pochyla się, żeby coś dojrzeć, ale wściubia do środka tylko koniec nosa.

China nie zwraca na nas zazwyczaj uwagi, a Junior nie zwraca uwagi na nią. Ale ma siedem lat i jest ciekawski. Kiedy przed trzema miesiącami jeden chłopak z Germaine przywiózł do Glinianki psa, pitbulla, żeby go skrzyżować z Chiną, Junior przykucnął na blaszanej beczce nad przygotowanym naprędce wybiegiem, na którym psy miały się parzyć: starą, zdjętą z półciężarówki skrzynią wkopaną w ziemię i zabezpieczoną z boku i od góry gęstą siatką ogrodzeniową; przykucnął i się gapił. Gdy psy zaczęły, zasłonił twarz dłońmi, ale nie chciał wrócić do domu, choć na niego wrzeszczałam. Ssał skórę na przedramieniu albo pstrykał palcem w płatek ucha, tak jak wtedy, kiedy ogląda telewizję albo zasypia. Kiedyś zapytałam go, po co to robi, na co mi odpowiedział, że słyszy wtedy szum wody.

Skeet nie zwraca uwagi na Juniora i zajmuje się tylko Chiną, jak mężczyzna zajmujący się kobietą, która do niego należy, co po części jest prawdą. Randall nic nie mówi, wyciąga rękę do framugi po przeciwnej stronie, nie pozwalając Juniorowi przejść.

– Nie, Junior!

Blokuję dodatkowo przejście nogą, oddzielając siedmiolatka od psa: od żółtego sznura wydzieliny wylewającej się z Chiny w kałużę pod jej zadem.

– Dajcie mu popatrzeć – mówi Tata. – Jest już na tyle duży, że może to oglądać.

Jest głosem w ciemności, orbitującym po szopie. W jednej ręce trzyma młotek, garść gwoździ w drugiej. China go nienawidzi. Cofam nogę, ale Randall blokuje przejście ręką, a Junior nie pcha się do środka. Tata odwraca się od nas i znika w ciemnościach jak kometa. Młotek uderza o metal.

– Drażni ją – mówi Skeet.

– Może powinieneś pomóc jej przeć – radzę.

Czasem mi się wydaje, że właśnie to zabiło mamę. Widzę ją od brody do piersi, jak prze, żeby wypchnąć Juniora, a Junior rozrywa jej trzewia, trzyma się kurczowo wszystkiego, żeby zostać w środku, ale wyciągnął jej wszystko na wierzch, kiedy się urodził.

– Nie potrzebuje pomocy przy parciu.

Faktycznie. Falują jej boki. Warczy, ma pysk jak czarna kreska, przekrwione ślepia. Kapiąca z niej wydzielina robi się różowa. Wszystko się w niej napina, jakby pod skórą miała miliony kamieni, a potem nicuje się na lewą stronę. W otworze pojawia się fioletowoczerwona bulwa. China rozkwita.

 

 

Gdyby któryś z kumpli taty od kieliszka zapytał go, co dzisiaj robi, odpowiedziałby, że przygotowuje Gliniankę na huragan. Jest lato, a latem zawsze nadciągają i odchodzą stąd huragany. Każdy pcha się przez płaską Zatokę na dwadzieścia sześć mil usypanej przez człowieka plaży w delcie Missisipi, gdzie uderza w stare letnie rezydencje z czworakami dla niewolników, przerobionymi teraz na domki dla gości, a potem wieje przez sosny nad bayou, traci na sile, skrapla się deszczem i zamiera na północy. Większość nie trafia w nas czołem, przeważnie skręcają w prawo ku Florydzie albo w lewo na Teksas, muskają nas tylko i ześlizgują się po nas jak niezapięty rękaw. Od lat nie mieliśmy huraganu, który szedłby prosto na Bois Sauvage – wystarczy, żeby zapomnieć, ile pojemników trzeba napełnić wodą, ile zgromadzić puszek sardynek i peklowanego mięsa, ile wanien wody się przyda. Ale słyszałam dzisiaj, jak mówili o huraganie w radiu, którego Tata nie wyłącza w zaparkowanej półciężarówce. Słyszałam, jak synoptyk mówił, że dziesiąty tropikalny niż tego lata zdążył już rozwiać się nad Zatoką, ale w okolicach Portoryko tworzy się następny.

Więc dzisiaj Tata obudził mnie, waląc w ścianę mojego i Juniora pokoju.

– Wstawajcie! Mamy robotę!

Junior zwinął się w kłębek na łóżku i odwrócił tyłem. Ja usiadłam na materacu i siedziałam tak długo, że Tata myślał, że wstanę, ale opadłam na poduszkę i usnęłam. Obudziłam się po dwóch godzinach; w półciężarówce Taty grało radio. Łóżko Juniora było puste, a jego kołdra leżała na podłodze.

– Junior, przynieś mi resztę tych butli po bimbrze.

– Tatku, ale pod domem nie ma już ani jednej.

Tata za oknem trącał kant domu puszką po piwie. Junior podciągał szorty. Tata pokazał mu gestem, że ma się schylić, więc znów wpełzł pod dom. Podbrzusze domu nie przeraża go tak, jak przerażało mnie, kiedy byłam mała. Junior znika między pustakami, na których stoi dom, na całe popołudnia i wychodzi stamtąd dopiero wtedy, kiedy Skeet grozi mu, że wyśle po niego Chinę. Kiedyś zapytałam go, co robi pod domem, odpowiedział mi, że się bawi. Wyobrażałam sobie, że wykopuje jamy do spania i leży w nich na plecach w piaszczystej, czerwonej ziemi, słuchając szurania i tupania naszych stóp po deskach podłogi.

Junior ma dobre oko i silne ramię, więc butle i puszki wytaczały się spod domu jak bilardowe kule. Zatrzymywały się, uderzając w pordzewiałe koryto dla krów, które tata przywiózł ze złomowiska, gdzie skupuje metal. Przywiózł to koryto do domu w zeszłym roku na urodziny Juniora i powiedział mu, żeby zrobił sobie w nim basen.

– Kurna – zaklął Randall.

Siedział na krześle pod zrobioną własnoręcznie tablicą z koszem, przykręconą do pnia uschniętej sosny – ramę ukradł z parku hrabstwa.

– Od lat nic nas nie trafiło. Nigdy nie wieją w tę stronę. Jak byłem mały, zawsze szły prosto na nas.

To Manny. Stałam przy framudze okna sypialni, nie chciałam, żeby mnie zobaczył. Przerzucał z ręki do ręki piłkę do koszykówki. Przebijał kokon mojej klatki piersiowej, z której ulatywało serce.

– Gadasz jak stary dziad, a jesteś tylko dwa lata starszy ode mnie. Myślisz, że nie pamiętam, jak tu wiało? – zapytał Randall, odbierając piłkę z kozła i odrzucając ją Manny’emu.

– Jak coś nas trafi tego lata, to pourywa suche gałęzie. Ci z radia nie wiedzą, o czym mówią.

Manny ma czarne kręcone włosy, czarne oczy, białe zęby i cerę barwy świeżo ściętego drzewa: samego środka sosny.

– Zawsze jak kogoś zapuszkują w Bois Sauvage, wszystko im się myli.

– Myli się reporterom. A ci od pogody to naukowcy! – polemizował z nim Randall.

– Jak z koziej dupy trąbka.

Stąd, gdzie stałam, Manny wyglądał tak, jakby się zaczerwienił, wiedziałam, że twarz go zdradza, bo oblewa się rumieńcem aż do blizn na policzku.

– Jeden do nas przyjdzie, mówcie, co chcecie. – Tata wycierał dłoń w burtę półciężarówki.

Manny przewrócił oczami i podniósł kciuk do Taty. Rzucił piłką do kosza. Randall złapał ją i przytrzymał.

– Ale jeszcze nic nie mówili o żadnym tropikalnym niżu – Randall zwrócił się do Taty. – A ty każesz Juniorowi grać w kręgle butelkami po bimbrze.

Randall miał rację. Tata zazwyczaj napełniał wodą kilka pojemników. Jedzenie w puszkach zawsze było w domu, bo Tata nic innego nie umiał przyrządzić, więc nigdy nie brakowało nam wiedeńskich parówek i peklowanej wołowiny. Zupy błyskawiczne Top Ramen jadaliśmy każdego dnia: gęste, z hot dogami, odlewaliśmy to, co rzadkie, więc smakowały jak ostry sos z makaronem. Na sucho smakowały jak krakersy. Mama jeszcze żyła, kiedy po raz ostatni uderzyło w nas czoło huraganu; po burzy zrobiła barbecue z całego mięsa z turystycznej lodówki, żeby się nie zepsuło, a Skeet obżarł się tyloma pętami kiełbasy z grilla, że aż się porzygał. Ja biłam się z Randallem o ostatni kotlet wieprzowy, Mama nas rozdzieliła, a Tata śmiał się z tego, mówiąc: „Ta dziewczyna da sobie radę w życiu. Mówiłem ci, że będzie waleczna, choć drobna, bo figurę ma po tobie”.

– W tym roku będzie inaczej – oznajmił Tata, siadając na tyle skrzyni. Przez chwilę wyglądał, jakby nie był pijany. – Wiadomości nie kłamią. Co tydzień nad Zatoką wieje jakiś huragan. Tak źle jeszcze nie było.

Manny znów rzucił do kosza, a Randall pognał za piłką.

– Czuję to w kościach – powiedział Tata. – Czuję, że nadciąga.

Ściągnęłam włosy w kucyk. Moją jedyną mocną stronę, dziwną mocną stronę, jak biały doberman: spiralne loczki, czarne, wiotkie, gdy mokre, ale po wyschnięciu gęste i bujne jak garście postrzępionej liny. Mama pozwalała mi biegać z rozpuszczonymi włosami, mówiła, że odziedziczyłam je po przodkach, a skoro je mam, mogę się nimi nacieszyć. Ale gdy przeglądałam się w lustrze, wiedziałam, że reszta mnie nie jest aż tak godna uwagi: szeroki nos, ciemna skóra, drobna i niska figura Mamy z pochowanymi krągłościami, przez co wyglądałam jak pudło. Zmieniłam koszulkę, słuchając, o czym rozmawiają na dworze. Ściany – cienkie i niczym nieobłożone, rozłażące się na krawędziach – sprawiały, że miałam wrażenie, iż Manny widzi mnie, przebijając je wzrokiem, zanim wyszłam na dwór. Nasza nauczycielka angielskiego, pani Dedeaux, zadaje nam każdego roku lektury na lato. Po dziewiątej klasie czytaliśmy Kiedy umieram, a po rozpoczęciu roku szkolnego dostałam ocenę celującą, bo odpowiedziałam właściwie na najtrudniejsze pytanie dotyczące powieści: „Dlaczego Jewel Bundren uważa, że jego zmarła matka jest rybą?”. Tego lata, po dziesiątej klasie, czytamy Mitologię Edith Hamilton. Przedwczoraj skończyłam rozdział zatytułowany „Osiem krótkich opowieści o kochankach”, prowadzący do mitu o Jazonie i Argonautach. Zastanawiałam się, czy Medea, wychodząc na spotkanie Jazona po raz pierwszy, czuła się tak jak ja, jakby owiał ją wicher i zmusił do drżenia. Cykady śpiewające na czerwonym ziemistym podwórku, kozłująca piłka, blues z radia Taty w półciężarówce – wszystko to przyzywało mnie na dwór.

 

 

China chowa pysk w przednich łapach i wystawia zad do góry przed wypchnięciem pierwszego szczeniaka. Wygląda, jakby miała stanąć na głowie, i chce mi się śmiać, ale nie robię tego. Wypływa z niej krew, a Skeetah przyklęka jeszcze bliżej, żeby jej pomóc. China podrywa łeb do góry, otwiera oczy i obnaża kły.

– Uważaj! – woła Randall.

Skeet ją przestraszył. Kładzie na niej dłonie, a China wstaje. Kiedyś poszliśmy z Mamą i Tatą do jego kościoła metodystów, choć Mama wychowywała nas na katolików. China zachowuje się teraz jak metodyści, jakby spłynął na nią Duch Święty, jakby słyszała jego głos zamiast głosu Skeeta. Zastanawiam się, czy czuje, że jej ciało ściska jakaś wielka dłoń, wyżymając je do sucha.

– Widzę go! – piszczy Junior.

Pierwszy szczeniak jest duży. Otwiera ją i wysuwa się w strumieniu różowego śluzu. Skeet chwyta go i kładzie na boku na stercie cienkich podartych ręczników, które ułożył tu specjalnie w tym celu. Wyciera szczeniaka do sucha.

– Pomarańczowy jak jego tata – mówi Skeet. – To będzie prawdziwy zabójca!

Szczeniak jest prawie pomarańczowy. W rzeczywistości jest umaszczony jak czerwona ziemia po orce albo po wykopywaniu kamieni, albo po wykopaniu dołu na ciało. To czerwień Missisipi. Ojciec tego szczeniaka był takiej maści: niski, wyglądał jak wielki czerwony mięsień. Zastrupiałe po walkach rany zabliźniały mu się kawałkami skóry i ciała . Kiedy parzył się z Chiną, oboje mieli krew na pyskach, na sierści, a to, co robili, wcale nie wyglądało na akt miłosny, ale na zwarcie w walce. Skóra Chiny marszczy się jak woda, nad którą wieje wiatr. Drugi szczeniak wysuwa się do połowy, tylnymi łapkami do przodu, i wisi.

– Skeet – piszczy Junior.

Przycisnął oko i nos do nogi Randalla, obejmuje ją mocno. W nocy wydaje się bardzo ciemny i bardzo mały, nie mogę dojrzeć koloru jego ubrania.

Skeet chwyta dłonią zad szczeniaka, obejmuje nią cały tors pieska. Ciągnie. China warczy, ale szczeniak wysuwa się cały. Jest różowy. Kiedy Skeet kładzie go na ręcznikach i wyciera do czysta, okazuje się, że jest biały z maleńkimi czarnymi łatkami wielkości nasion arbuza rozrzuconymi po całej sierści. Z wąskiej szczeliny, która jest jego pyszczkiem, wystaje język, a w całości przypomina płaskiego psiaka z komiksów. Nie przeżył. Skeet puszcza ręcznik, a szczeniak stacza się sztywny jak kręgiel i opiera się lekko na wyściółce o pierwszego, czerwonego szczeniaka, który macha spazmatycznie łapkami, jakby mrugał powieką.

– Kurwa, China – lamentuje Skeet.

Rodzi się trzeci szczeniak. Wysuwa się powoli głową naprzód. Samotny, pełen obaw nurek. Duży Henry, jeden z kumpli Randalla, właśnie w taki sposób nurkuje w rzece, gdy idziemy popływać: z trudem i ociąganiem, jakby się bał, że jego wielkie cielsko z węzłami mięśni i tłuszczu zrobi krzywdę wodzie. Inni chłopcy zawsze się z niego wyśmiewają, kiedy to robi. A Manny wyśmiewa się z niego najgłośniej, szczerząc białe, ostre zęby i wykrzywiając drwiąco złocistoczerwoną twarz. Szczeniak ląduje w dłoniach Skeeta. Jest dwukolorowy, biało-brązowy. To suczka, porusza się, kiwa głową jak jej matka. Skeet wyciera ją. Klęka obok Chiny, która warczy. Skomle. I ucieka.

 

 

Choć półciężarówka Taty stała na wprost drzwi wejściowych, Junior i tak trafił mnie butelką po bimbrze w goleń, ale najpierw spojrzałam na Manny’ego. Trzymał piłkę jak jajko samymi opuszkami palców – według Randalla właśnie tak chwytają najlepsi koszykarze. Manny umie kozłować na kamieniach. Widziałam go w parku na kamienistej łasze piasku w rogu boiska do koszykówki – jego i Randalla – kozłowali i przechodzili do obrony, kozłowali i znów przechodzili do obrony. Piłka odbijała się rykoszetem od kamieni między ich nogami jak na gumce przyczepionej do paletki, ale obaj są tak dobrzy, że wcale im to nie przeszkadzało i odbierali piłkę niemal za każdym razem, żeby znów kozłować. Musieli się przewrócić, żeby stracić wenę: potknąć o szare kamienie albo poślizgnąć na muszlach. Manny ściskał piłkę tak czule, jak rasowego szczeniaka pitbulla. Chciałabym, żeby tak mnie dotykał.

– Hej, Manny – pisnęłam astmatycznie.

Czułam, że parzy mnie szyja – parzy bardziej od słońca. Manny kiwnął głową i zakręcił piłkę na palcu wskazującym.

– Co się dzieje?

– Przyszłaś w samą porę – stwierdził Tata. – Pomóż bratu z tymi flaszkami.

– Nie wejdę pod dom – odpowiedziałam, przełykając słowa.

– Nie chcę, żebyś je wyjmowała. Chcę, żebyś je wypłukała.

Ze skrzyni półciężarówki zdjął pordzewiałą od nieużywania piłę.

– Wiem, że mamy gdzieś sklejkę.

Chwyciłam dwie najbliżej leżące butle i zaniosłam je pod kran. Odkręciłam kurek, a wylewająca się woda była gorąca jak wrzątek. W jednej z flaszek osiadło błoto, które jakoś dostało się do środka, więc nalałam do niej wody do pełna i potrząsnęłam nią mocno, żeby ją umyć. Manny i Randall gwizdali na siebie, grali w kosza. Przyszli inni: Duży Henry i Markiz. Byłam zdziwiona, że schodzą się z miasta, że nie siedzieli w szopie ze Skeetem albo w rozpadającej się chatce Mamci Lizbeth. Chatka była jedynym, oprócz naszego, wzniesionym na przecince domem i należała do mamy mojej Mamy. Chłopcy zawsze znajdowali jakieś miejsce do spania, kiedy byli zbyt pijani albo naćpani, żeby wracać do miasta, albo kiedy zwyczajnie nic im się nie chciało. Kładli się na tylnych kanapach złomowanych wozów, w starym kamperze kupionym tanio przez tatę od jakiegoś gościa na stacji benzynowej w Germaine – kamper dojechał tylko na nasz podjazd i stał przed werandą z przodu domu; werandą osłoniętą przez Tatę na polecenie Mamy siatką, kiedy byliśmy mali. Chłopcy nie przeszkadzali Tacie i po jakimś czasie w Gliniance robiło się dziwnie pusto, kiedy do nas nie zaglądali – tak pusto jak w akwarium bez wody i rybek, ale za to z kamieniami i sztucznymi koralami. Widziałam kiedyś takie akwarium w salonie Dużego Henry’ego.

– Co tam, kuzynie? – zapytał Markiz.

– Zastanawiałem się, co porabiacie. W Gliniance jakoś was nie ma – odpowiedział Randall.

Woda w butli, którą trzymałam pod kranem, zrobiła się różowa. Wylewając ją, zakołysałam się na piętach, próbując nie zerkać na Manny’ego, ale bez powodzenia. Manny na mnie nie patrzył, ściskał rękę Markiza, a jego szerokie, krótkie paluchy zamknęły szczupłą brązową dłoń ziomka, tak że całkiem zniknęła. Odstawiłam czystą butlę, podniosłam następną i zaczęłam wszystko od nowa. Włosy układały mi się na szyi jak kapy, które Mama kiedyś szydełkowała; przykrywamy się nimi zimą, żeby nam było ciepło, a rano budzimy się pod nimi spoceni. U moich stóp ląduje plastikowa butelka z płynem do mycia naczyń, spryskuje mi błotem łydki.

– Mają być naprawdę czyste – woła Tata i odchodzi z młotkiem w ręku.

Od płynu mam śliskie dłonie. Piana przykrywa błoto. Junior już skończył poszukiwania flaszek pod domem i usiadł obok mnie, bawiąc się bańkami.

– Manny przyszedł tu tak wcześnie tylko dlatego, że chciał uciec od Shaliyah.

Markiz odebrał im piłkę. Był mniejszy od Skeeta, ale niemal równie szybki, więc kozłował prawie pod sam wystrzępiony kosz. Duży Henry puścił oko do Manny’ego i roześmiał się. Manny ma gładką twarz i mówi całym ciałem: jego mięśnie trajkoczą jak kurczęta. Rozłożył nad Markizem ręce, nie pozwalając mu na oddanie rzutu, a Randall klasnął w dłonie na krawędzi służącego za boisko klepiska, czekając, aż Manny odbierze i poda mu piłkę. Duży Henry popychał go barkiem i blokował. Jest niemal wzrostu Randalla, ale znacznie szerszy w ramionach, porusza się i kręci z wdziękiem jak bączek. Teraz grali naprawdę.

Trzask butelki, którą potrząsałam, zabrzmiał jak odgłos drobnych monet przerzucanych w dłoni. Butelka rozbiła się na drobne kawałki, a jeden z nich przeciął mi dłoń. Upuściłam szkło na ziemię.

– Rusz się, Junior – rzuciłam.

Dłonie, wcześniej różowe od wewnątrz, pokryła czerwień. Zwłaszcza lewą.

– Krwawię! – szepnęłam.

Nie krzyczałam, chciałam, żeby Manny na mnie spojrzał, ale nie jak na żałosną histeryczkę. Nie chciałam, żeby się nade mną litował, bo nie umiem znieść bólu tak mężnie jak chłopcy. Randall przejął podanie z kozła od Manny’ego i podszedł do mnie; uklękłam i włożyłam lewą dłoń pod kran, szkarłatna wstążka zamieniała się w błoto u moich stóp. Rzucił piłkę przez głowę. Rana miała wielkość dwudziestopięciocentówki i krwawiła bez przerwy, choć niezbyt mocno.

– Pokaż.

Naciskał kciukiem wokół pulsującego krwią skaleczenia. Zrobiło mi się niedobrze.

– Musisz wyciskać, aż przestanie krwawić.

Przyłożył mój kciuk, który wciąż trzymałam w szyjce butelki, na ranę.

– Naciskaj – polecił. – Ja mam brudne ręce. Naciskaj, aż przestanie boleć.

To samo zawsze powtarzała nam Mama, kiedy przybiegaliśmy do niej ze skaleczeniem albo zadrapaniem. Naciskała i dmuchała na rany, z którymi przybiegaliśmy, polewała je najpierw spirytusem, a kiedy przestawała dmuchać, już nic nas nie bolało. „No proszę! Widzisz! Jakby nic się nie stało”.

Manny wymieniał z Markizem bardzo szybkie podania, a piłka bębniła jak oszalała o klepisko. Rzucił okiem na klęczącego nade mną Randalla, a policzki zarumieniły mu się mocniej niż zazwyczaj, ale nie przestawał syczeć, co robi zawsze, grając w kosza, więc domyśliłam się, że jest podniecony, ale nie mną. „Naciskaj… aż przestanie boleć”. Przewracały mi się flaki. Randall nacisnął jeszcze raz i wstał, a kształt jego ust nie przypominał już ust Mamy. Przypominał ją tylko wtedy, kiedy mnie pouczał. Manny odwrócił głowę.

 

 

Następny szczeniak Chiny jest czarno-biały. Na szyi ma biały kołnierz, opadający od głowy ku łopatkom. Reszta jest czarna. Szarpie się i skomle, a Skeet kładzie go, czystego, na kocyku. Skomle głośno, słychać go ponad cykadami – to najgłośniejszy tańczący na Mardi Gras Indianin w białym pióropuszu, wrzeszczy i hopsa przez głębokie leje na ulicach zatopionego miasta. Chcę go mieć, bo przyszedł na świat, śpiewając i intonując zaklęcia jak nowoorleańscy czerwonoskórzy – ci, po których odziedziczyłam włosy – ale nie przypuszczam, żeby Skeet mi go oddał. Jest wart dużo pieniędzy. Ma dobry rodowód. Wśród pitbulli z Bois Sauvage China słynie z przegryzania gardeł innym psom, czym zmusza je do wycia jak byle kundel. Wyrywa im ścięgna z szyi. Jej partner z Germaine – leżącego kilka miasteczek dalej – jest równie waleczny. Rico, jego właściciel, to kuzyn Manny’ego i zarabia tyle pieniędzy na walkach psów, że pracuje tylko na pół etatu jako mechanik w warsztacie samochodowym, a przez resztę czasu wozi psa na nielegalne, organizowane w lasach walki.

– Szkoda, że nie jest cały czarny – skarży się Skeet.

– Mnie to nie przeszkadza – odpowiadam mu i wszystkim innym, także psom mnożącym się w szopie, ale nikt mnie nie słucha przez Chinę. Bo China skowyczy. Jak ja, gdy puszczam rozkołysaną linę przywiązaną do konaru wysokiego drzewa nad Wolf River: przerażona, w uniesieniu. Stawia przycięte uszy. Wysuwa się z niej szczeniak. Jest chyba żółty z czarnymi pasami, ale gdy Skeet go wyciera, czarne pasy znikają.

– Krew w nocy ma czarny kolor – stwierdza Randall.

Szczeniak jest całkiem biały. Wygląda jak jego matka w miniaturze. Matka wyje, ale szczeniak – suczka – milczy. Skeetah pochyla się nad nią. Inne szczenięta otwierają pyszczki, prostują nogi. Wszyscy jesteśmy tak spoceni, jakbyśmy przybiegli do szopy prosto z letniej ulewy. Ale Skeet kręci głową, a ja nie wiem, czy spływa po niej pot, czy łzy. Mruga. Drapie palcem po śnieżnobiałym łebku, po piersi i brzuchu szczeniaka. Suczka otwiera nagle pyszczek i wydyma brzuch. Jest nieodrodną córką swojej matki. Waleczna. Oddycha.

 

 

Przewiązałam dłoń kawałkiem starej szmaty i myłam dalej butle, które ustawiałam później wzdłuż ściany w kuchni. Junior pobiegł do rosnącego wokół domu lasu, twierdząc, że będzie polował na pancerniki. Chłopcy skończyli grać w kosza. Duży Henry wjechał na podwórko obok domu starym chevroletem caprice, którego dostał od mamy na szesnaste urodziny, ale najpierw napił się wody z kranu, zmoczył sobie głowę i otrząsnął się jak mokry pies, aż się roześmiałam. Randall i Manny kłócili się o mecz. Markiz leżał na masce auta w cieniu dębów i palił cygaro. W samochodzie Dużego Henry’ego działają tylko dwa głośniki o wielkości sześć na dziewięć cali, bo przepalił wzmacniacz i bas, więc kłótnia Randalla i Manny’ego była głośniejsza od muzyki. Zebrałam szkło z potłuczonej butelki i położyłam je na połówce starej pokrywy od kubła na śmieci. Uklękłam i wypatrywałam kawałków szkła, zastanawiając się, czy znajdę ten, który mnie skaleczył. Gdy skończyłam, poszłam na tyły, do lasu. Moje oczy tak bardzo chciały wpatrywać się w Manny’ego, że od tego pragnienia aż ćmiły mnie skronie, ale szłam dalej.

Ta ziemia, w sumie jakieś piętnaście akrów, należała kiedyś do babci, mamy mojej Mamy, Mamci Lizbeth, oraz do taty Mamy, Tatki Josepha. To Tatko Joseph nazwał naszą ziemię Glinianką, Tatko Joseph pozwolił białym, z którymi pracował, kopać tutaj glinę używaną do wylewania fundamentów, pozwolił im przekopać stok wzgórza na przecince na tyłach naszej ziemi, gdzie kiedyś sadził kukurydzę na paszę. Pozwolił im zabrać tyle gliny, ile potrzebowali, aż wykopali urwisko nad suchą jamą za podwórkiem. Wąski strumyk spływający ze wzgórza i okalający je zmienił kierunek i wlał się do suchej jamy, zamieniając ją w gliniankę. Tatko Joseph dopiero wtedy zrozumiał, że woda wypłucze ziemię, że glinianka będzie wylewać się z jamy i zabierać po kawałku parcelę albo zamieni ją w bagno, więc przestał sprzedawać glinę za pieniądze. Niedługo potem umarł na raka jamy ustnej – tak przynajmniej opowiadała nam Mamcia Lizbeth, kiedy byliśmy mali. Zawsze rozmawiała z nami jak z dorosłymi i wyklinała nas jak dorosłych. Zmarła we śnie po zmówieniu różańca, miała ponad siedemdziesiąt lat, a dwa lata później zmarła nasza Mama – jedyne dziecko, które przeżyło z ósemki urodzonej przez Mamcię Lizbeth – zmarła po urodzeniu Juniora. Zostaliśmy sami z Tatą, Chiną, kurami i świnią, kiedy Tatę stać na świnię, a pola wokół glinianki, które obsadzał Tatko Joseph, zarosły krzakami, palmami sabałowymi i sosnami jeżącymi się jak witki miotły.

Wyrzucamy śmieci do płytkiego dołu obok glinianki i palimy. Kiedy spadają do ognia i płoną igły z okolicznych drzew, dym da się znieść, bo nie śmierdzi. W innym wypadku śmierdzi palonym plastikiem. Wyrzuciłam szkło do dołu, gdzie zamigotało na poczerniałych odpadkach jak gwiazdy. W gliniance nie było dużo wody: nie padało u nas od wielu tygodni. Ulewa, której potrzebowaliśmy, siekła Zatokę, powstrzymywana za rękę jak zmęczone i głodne dziecko przez formujący się tam niż. Latem, jeśli padają ulewne deszcze, glinianka wypełnia się po brzegi, a my w niej pływamy. Woda, która zwykle ma różowawy kolor, zrobiła się teraz gęsta i brunatnoczerwona. Barwy strupa. Odwróciłam się, żeby odejść, i ujrzałam przed sobą złoto: Manny’ego.

– Za sucho – oznajmił.

Stanął obok mnie na wyciągnięcie ręki. Mogłabym go podrapać.

– Nie da się teraz pływać – dodał.

Kiwnęłam głową. Mówił do mnie, a ja zapomniałam języka w gębie.

– Jeśli twój tata się nie myli, to niedługo będzie lało – ciągnął.

Uderzałam się po udzie pokrywą od kubła, zapominając, że w środku jest ziemia. Odrywała się od pokrywy i spadała jak proszek. Wolałabym milczeć, ale coś przyszło mi do głowy, więc zapytałam:

– Czemu nie siedzisz przed domem?

Wbił wzrok w stopy. Jego białe niegdyś jordany miały teraz kolor pomarańczowego sorbetu.

– Z nimi?

– No.

Zerknęłam na jego twarz szklącą się od potu. Miałam rozchylone usta. Gdybym była inna, zlizałabym z niego pot, który smakowałby solą. Ale dziewczyna, którą jestem, nie pochyliła się ku niemu, nie uśmiechnęła, nie dotknęła wargami jego szyi. Ta dziewczyna czekała, bo nie należała do takich kobiet jak te z czytanej przeze mnie Mitologii – kobiet, które sprawiały, że połykałam stronę za stroną: kokietujących nimf, bezwzględnych bogiń czy wyjaławiających całą ziemię na świecie matek. Nie była jak Io, która rozkochała w sobie boga; ani jak Artemida, która zamieniła myśliwego w jelenia i zmusiła jego psy, żeby rozszarpały go żywcem; ani tym bardziej jak Demeter, która przestała troszczyć się o urodzaj, gdy porwano jej córkę.

– Bo nie palę trawy – odrzekł Manny, a jego jordan ześlizgnął się bliżej mojej stopy. – Wiesz, że już tego nie robię. – Stopy Manny’ego stały teraz przede mną, był wysoki, więc przesłonił mi słońce. – Wiesz, co robię. – Naprawdę na mnie patrzył, śmiało, po raz pierwszy tego dnia.

Uśmiechnął się. Jego twarz: spalona słońcem na czerwono, z dołkami w policzkach, śladami po trądziku i lśniącymi bliznami po wypadku. Miał siedemnaście lat i prowadził po pijanemu, w dodatku naćpany. W samochodzie siedzieli jego kuzyni, jechali całą bandą o północy po wiejskiej drodze, wpadli w poślizg i uderzyli w jelenia. Manny wydostał się z auta przez okno i upadł na nierówny asfalt i szkło, podrapał się, a droga naznaczyła go własnymi nierównościami i połamała w wielu miejscach. Był słońcem.

Dotknął mnie najpierw tam, gdzie zawsze mnie dotykał: położył mi dłonie na pośladkach. Chwycił mnie mocno i przyciągnął, aż zsunęły mi się szorty. Szarpnął palcami figi, ocierał się przedramieniem o mój brzuch, a szczecina na jego skórze paliła jak język. Nigdy mnie nie całował w inny sposób, tylko tak – ciałem, nie ustami. Bielizna zsunęła mi się do kostek. Obierał mnie z ubrania jak pomarańczę, chciał tej drugiej mnie. O miękkim, dojrzałym jak owoc sercu, lepiącym się sercu; chłopcy wypatrzyli je mimo mojej mało dziewczęcej sylwetki, ciemnej skóry, niezbyt ładnej twarzy. Chciał tej o dziewczyńskim sercu, które oddawałam innym chłopcom przed Mannym tylko dlatego, że go zapragnęli, a nie dlatego, że sama chciałam. Oddawałam je, bo przez chwilę stawałam się Eurydyką, Psyche i Dafne. Byłam uwielbiana. Ale z Mannym było inaczej. Manny jest piękny, ale wybrał właśnie mnie i robił to raz za razem. Chciał posiąść moje dziewczyńskie serce – oddawałam mu oba. Sosny zawirowały, jakby bawiły się w kółko graniaste, upadłam. „Dziś będzie szybko – pomyślałam – ukryje twarz w moich włosach, warknie, kiedy się spuści”. Wbiłam mu pięty w uda. Choć poznałam wszystkich innych chłopców, Manny’ego i jego ciało znałam najlepiej – kochałam go najmocniej. Okazywałam to moimi biodrami. Włosami jak poduszka na czerwonej ziemi. Bolały mnie piersi. Chciałam, żeby do mnie przywarł, dotykał mnie wszędzie. Nie zrobił tego, przywierał tylko biodrami. China szczekała ostro. Byłam odważna jak Greczynka. Rozpalałam go miłością, a Manny mnie kochał.

 

 

China liże szczenięta. Nigdy nie widziałam jej tak łagodnej. Nie miałam pojęcia, co sobie wyobrażałam: co China zrobi, kiedy już je urodzi, usiądzie na nich, wytarmosi je? Zagryzie? Rozgryzie im łebki na miazgę, zmiażdży im kości i zostanie po nich kałuża krwi? Ale China niczego takiego nie robi. Staje nad nimi – Skeet z jednej strony, a ona z drugiej, jak dumni rodzice – i liże je.

– Jeszcze nie skończyła – woła Tata ze skrzyni półciężarówki. – Jeszcze popłód.

I znów znika w ciemności, a butelki, które umyłam, z brzękiem toczą się za nim po ziemi.

China jakby go usłyszała. Zaszywa się w kącie, chowa się za stertą pustaków i prawie kompletnym, moim zdaniem, silnikiem samochodowym. Nie wydaje żadnych odgłosów, tylko obnaża kły. To groźny grymas. Nawet Skeet do niej nie podchodzi. China nie chce, żeby ktokolwiek to widział. Nie zmusimy jej do tego. Widzimy tylko jej pysk lśniący różowo i żółto od tego, co zlizała ze szczeniąt. Za jej zadem słychać mokre plaśnięcie, obraca się szybko, z tyłu wciąż spływa jej strużka śluzu, zjada to, co urodziła. Przykucam i przyglądam się jej zza nóg Skeeta. To, co z niej wypadło, ma w ciemnym kącie ciemnofioletowy, niemal czarny kolor. China potrząsa łbem i połyka lśniącą tkankę przypominającą wnętrzności ostatniego z wieprzy, które hodował Tata: zarżnął go, a wnętrzności wrzucił do koryta i kazał nam je oczyścić na flaki do kiełbas; śmierdziały tak odrażająco, że Randall się porzygał.

– Słyszałem, że zawsze zjadają popłód – odzywa się teraz.

China przechodzi obok Skeeta, liże go po małym palcu. To pocałunek, cmoknięcie. Staje nad brudnym ręcznikiem, na którym leżą szczenięta.

– Patrzcie! – wołam.

Tam, gdzie urodziła i zjadła popłód, coś się porusza. Skeet podpełza w ciemny kąt na czworakach, podnosi to coś.

– Ostatnie w miocie – mówi.

Wynosi szczenię na światło.

Jest pręgowane. Cały tułów pokrywają brunatnoczarne pasy jak u zebry. Jest o połowę mniejsze od rodzeństwa. Skeet zamyka je w garści, a ono całkiem się w niej chowa.

– Żyje – mówi.

Jest rozpromieniony. Jest szczęśliwy z powodu jeszcze jednego szczeniaka. Jeśli ten przeżyje, dostanie za niego pewnie z dwieście dolarów, nawet za ostatniego z miotu. Otwiera dłoń, a szczeniak wygląda w niej jak korona kwiatka. Ale jest tak nieruchomy jak znamię na słupku. Usta Skeeta tężeją, opuszcza brwi. Kładzie szczenię.

– Pewnie i tak zdechnie.

China nie kładzie się przy szczeniętach, jak powinna świeżo upieczona matka. Nie karmi ich. Liże dużego czerwonego szczeniaka i zaraz o nim zapomina. Wpatruje się w nas między nogami Skeeta. Jeży sierść, widząc, że stoimy w drzwiach. Skeet chwyta ją za obrożę, uspokaja, ale China sztywnieje. Junior wdrapuje się na plecy Randalla. Chciałabym uściskać Skeeta przed odejściem, ale China wpatruje się we mnie spode łba. Więc tylko uśmiecham się do brata. Nie wiem, czy to widzi w półmroku. Spisał się nieziemsko. Tylko jedno szczenię zdechło, choć to pierwszy miot Chiny, która drapie klepisko w szopie, jakby chciała wykopać dziurę i ukryć w niej szczenięta, żeby nikt ich nie widział. Na zrujnowanym, pełnym złomu podwórku Tata wali młotkiem w jakiś metal. Wychodzimy z szopy. Skeet zasłania za nami wejście zasłonką do samej framugi, noc wciąż jest przejrzysta, ale w szopie zapadają kompletne ciemności.

Wchodzimy do domu i każę Juniorowi iść się wykąpać, ale nie zwraca na mnie uwagi i wchodzi do wanny, dopiero gdy Randall zanosi go do łazienki i odkręca wodę. Randall stoi w drzwiach i pilnuje Juniora, bo wszyscy wiedzą, że kiedy Junior zostaje w łazience sam, zamyka drzwi, siada na krawędzi wanny i tylko rozchlapuje stopami wodę. Nienawidzi się kąpać. Biorę prysznic jako ostatnia, a woda – choć odkręciłam tylko zimną – jest letnia. W sierpniu jest zawsze najgoręcej, a skwar pali ziemię tak głęboko, że gotuje wodę w studniach. Kładę się do łóżka, a Junior już śpi. Szumi kwadratowy wentylator w oknie. Leżę na wznak, mam zawroty głowy i mdłości. Zjadłam tylko jeden posiłek. Widzę nad sobą Manny’ego, liże mnie po twarzy, czuję jego gorący pot, gdy stykamy się biodrami. Widzi mnie całym ciałem. Kocha mnie jak Jazon. Junior chrapie po dziecięcemu. Zasypiam z Mannym, czując jego oddech we włosach.

 

 

 

 

DZIEŃ DRUGI

Ukryte jajka

 

 

 

 

 

Poranki po narodzinach powinny być ciche, powietrze powinno wygłuszać hałasy. Ale tutaj, w Gliniance, cisza pojawia się i znika jak sfora zdziczałych psów, które Tata odstraszał kiedyś dubeltówką, zanim Skeetah przyprowadził Chinę. Kiedy Tata hodował świnie, maciory o poranku kwiczały nad lepkimi prosiakami. Z ukrytych przez kury jajek wylęgały się kurczaki, budziły nas piskami i machaniem skrzydełkami. Pierwszy dzień szczeniaków Chiny na tym świecie jest taki sam jak inne. Budzi mnie walenie młotkiem.

Na podwórku stoi umyty i przebrany Skeet. W końcu zmienił koszulkę, a twarz mu jaśnieje, jakby ją właśnie wyszorował. Wbija gwóźdź w deskę, którą przybija do innej. Mam na sobie nocną koszulkę, jest tak wcześnie, że poranek można uznać za chłodny.

– Co robisz?

– Zbijam wybieg. – Skeet wali w gwóźdź. – Będzie im potrzebny za sześć tygodni.

– Nie za wcześnie? Wybieg? – Przecieram oczy.

Jestem głodna i wiem, że już nie usnę. Powinnam była wydrzeć się przez okno, żeby przestał walić tym młotkiem, naciągnąć kołdrę na głowę i iść dalej spać.

– Będą żyły i będą duże. Nie mogą przez cały czas biegać swobodnie po dworze. Jeszcze coś je przejedzie. – Pochyla się na odwróconym wiadrze, na którym siedzi, wsuwa młotek za pasek spodni. – Chcesz je zobaczyć?

Kiwam głową.

W szopie nie ma już lśniących od śluzu, wijących się na wszystkie strony kulek. Są za to nowe kulki, puszyste i kosmate. Przypominają trochę kurczaki. Są ślepe, a zamiast oczek mają cienkie czarne kreski, wyglądające jak zaciśnięte usta. Za to otwierają pyszczki. Dyszą, sapią i piszczą zgrzytliwie, co kiedyś zamieni się w szczekanie. Przetaczają się po sobie, koziołkują jeden przez drugiego, żeby wylądować przy boku matki. China wpatruje się we mnie. Skeet zaciąga zasłonę.

– Nawet nie marzyłem, Esch, że urodzi się aż pięć. To jej pierwszy miot, więc myślałem, że przeżyją ze dwa. Że je zadusi albo urodzą się martwe. Nawet mi do głowy nie przyszło, że da mi aż pięć młodych!

Skeet stoi tak blisko, że stykamy się ramionami. Nie patrzy na mnie, opowiadając mi o tym, wbija wzrok w ziemię. Nikomu nie mówi takich rzeczy, nawet Chinie. Rzadko się zwierza i tylko mnie, a ja zawsze słucham.

– Widziałem raz, wiesz, w telewizji takich ojców, co byli przy porodzie i mówili, że to cud. Widziałem szczeniące się kundle, świnie i króliki, ale nigdy nie czułem czegoś takiego. Te jej szczeniaki są jedyne – kończy.

– Chcesz coś zjeść? – Nie mogę gadać o pustym żołądku.

China warczy i szczeka, a Skeet patrzy na mnie tak, jakby nie usłyszał.

– Nie. – Wyciąga młotek zza paska. – Muszę zbić ramę, a potem sprawdzę, czy je karmi. – Drapie się po czole i wzrusza ramionami. – Życie hodowcy. – Jego spojrzenie jest jak przecinek i znów zaczyna walić młotkiem.

Idę rozejrzeć się za śniadaniem.

 

 

Mama nauczyła mnie szukania jajek. Chodziłam za nią po podwórku. Tu nigdy nie było czysto i schludnie. Nawet gdy żyła, na podwórku zawsze stało pełno wybebeszonych aut z otwartymi maskami, rozebranymi silnikami, nadwoziami przypominającymi obżarte przez sępy kości padliny. Miałyśmy wtedy jakieś dziesięć kur. Teraz mamy ze dwadzieścia pięć albo trzydzieści, bo nie zawsze da się znaleźć jajka, a kury dobrze je chowają. Nie pamiętam za bardzo, jak chodziłam za Mamą, bo miała skórę tak ciemną jak rozłożyste dęby i nigdy nie nosiła niczego jaskrawego, nigdy nie miała sukienek różowych jak lakier do paznokci, niebieskich jak hiacynty czy żółtych jak banany. Po domu chodziła w koszulkach i spodniach, które może kiedyś były jasne, ale wyblakły od noszenia, więc zawsze wydawały się oliwkowe albo czarne, albo brunatne jak orzech, więc kiedy się pochylała, żeby wydobyć jajko z ukrytego gniazda, prawie jej nie widziałam, a chodziła i zachowywała się tak cicho jak bezwietrzny las albo lekki wiatr owiewający drzewa. Chodziłam za nią, kierując się dotykiem, a nie wzrokiem, trzymałam się nogawki jej spodni albo rąbka spódnicy i tak zapuszczałyśmy się do dąbrowy, rozglądając się za jajkami. Lubię szukać jajek. Lubię chodzić sama, stawiać kroki we własnym tempie i na nic się nie gapić. Nie zważać na Tatę ani na Juniora. Czuć się jak bezszelestny wiatr. Wyobrażam sobie idącą przede mną Mamę, obracającą się do mnie z uśmiechem albo gwiżdżącą na mnie, żebym przyśpieszyła kroku; widzę jej bielejące w ciemności zęby. Ale praca to praca, muszę wziąć się w garść i skupić na tym, żeby znaleźć coś do zjedzenia.

Jedyne, co przychodziło mi łatwo – jak pływanie w gliniance – to kochanie się z chłopakami. Miałam dwanaście lat. Za pierwszym razem leżałam na przednim siedzeniu śmieciarki Taty. Kochałam się z Markizem, ledwie rok ode mnie starszym. Najlepszym przyjacielem Skeeta. Był tak zżyty z nami obojgiem, że latem w zasadzie u nas mieszkał. Biegaliśmy we trójkę po dworze i gubiliśmy się w lasach Taty albo przez całe dnie pływaliśmy na plecach w gliniance. Chodziliśmy pokryci pomarańczowym pyłem, a budząc się każdego ranka tej ciągnącej się miesiącami nocowanki, zgarnialiśmy z prześcieradeł okruchy suchej czerwonej gliny. Schowaliśmy się w śmieciarce przed Skeetem, czekaliśmy, aż nas znajdzie, a Markiz zapytał, czy może dotknąć mojego cycuszka. Dopiero mi rosły i wciąż były małe jak pagórki bitej śmietany na cytrynowej bezie, ale w środku miały twardy supełek. Pozwoliłam mu, a zaraz potem zapytał mnie, czy pokażę mu to, co mam w majtkach, bo boi się, że umrze i nigdy tego nie zobaczy. Też mu pokazałam. No i wtedy zaczął mnie dotykać, co najpierw było przyjemne, a potem nie, a w końcu znów przyjemne. Było mi łatwiej pozwolić mu się dotykać, niż kazać przestać, łatwiej wpuścić go do środka, niż odepchnąć, łatwiej wpuścić go tam, niż odpowiadać na pytanie „A czemu nie?”. Było mi łatwiej nic nie mówić i wziąć go w siebie, niż udzielić mu odpowiedzi. Skeet znalazł nas, jak skończyliśmy. Byłam tak spocona, że paliły mnie oczy, a część potu, który spływał mi po twarzy, należała do Markiza, który najpierw głupio się uśmiechał, a potem przestał i gapił się na mnie, robiąc wielkie oczy, jakby nie mógł uwierzyć w to, co się właśnie stało. „Co robiliśta?”, spytał Skeet, a ja odpowiedziałam: „Nic”. W kabinie pachniało zważonym mlekiem. Bałam się, że Skeet to poczuje – poczuje Markiza i mnie, i to, jak się w sobie zatopiliśmy, wystawiając na zewnątrz tylko łokcie i kolana, skórę i kości. Markiz był wstrząśnięty i głupio szczerzył zęby na brudnej gębie, więc wyskoczyłam pierwsza z kabiny i zostawiłam ich, żeby szukali grilla, którego da się zaciągnąć do lasu, by usmażyć na nim mielonkę rąbniętą przez Markiza z domu. Tamtej nocy mieliśmy obozować w lesie.

Poszłam do łazienki i przejrzałam się w lustrze. Rozebrałam się i obmyłam. Włożyłam to samo co wcześniej. Wszystko na mnie pasowało. Brzuch, biodra i ręce trzymały się tak samo prosto, nie było we mnie za grosz delikatności, żadnych atrakcji. Wciąż byłam chuda i niska, miałam gęste, kruczoczarne i kędzierzawe włosy, wąskie wargi. Wcale nie wyglądałam inaczej. Jak byliśmy mali, Tata uczył każde z nas pływać: podnosił nas z ziemi i wrzucał do glinianki. Każde z nas po kolei miało wtedy z sześć lat, nie więcej. Szybko nauczyłam się pływać, nie krztusiłam się błotnistą od gliny wodą, nie płakałam ani nie wymachiwałam rękami. Kołysałam się na brzuchu i płynęłam pieskiem – rozpryskując nogami wodę – na płyciznę, gdzie stał Tata. Brałam pod siebie wodę rękoma, kopałam ją nogami, pozwalając się nieść. Tak samo było z kochaniem.