Zazi w metrze - Raymond Queneau - ebook + książka
NOWOŚĆ

Zazi w metrze ebook

Raymond Queneau

4,0

27 osób interesuje się tą książką

Opis

Tę niewielką szaloną opowiastkę, o małej Zazi, która przyjeżdża do Paryża, gdzie staje się obiektem zainteresowania starszych mężczyzn, pisał Raymond Queneau przez ponad piętnaście lat. Przyniosła mu ona rozgłos, do czego przyczyniła się filmowa adaptacja Louisa Malle’a. Jak to u Queneau, bohaterem równoprawnym z Zazi i korowodem napotykanych przez nią osób jest język. Poddany dyscyplinie, ale i pełen gier, żonglerki wytartymi sloganami, kliszami, których pustkę obnaża. Zazi, będąc w nieustannym ruchu, ciągle z kimś dialogując, nieustannie znajduje się w metrze języka. I choć nie przejedzie się metrem paryskim, na pytanie matki: „To co robiłaś?” odpowie: „Zestarzałam się”.

 

„Queneau napisał […] wesołą powieść Zazi w metrze, która jest satyrą na następujące tematy:

● współczesne dzieci (Zazi ma ok. 11 lat)

● ich sposób wyrażania się, i w ogóle na „słownik francuszczyzny naszych czasów”

● współczesnych rodziców i w ogóle dorosłych

● nieznajomość Paryża przez paryżan

● paryski sposób mówienia […]

● turystów, tajniaków, domorosłych filozofów i inne „paryskie” postaci

Itp. itd.

Treścią książki są przygody Zazi, która na jeden dzień przyjechała do Paryża. Zazi, dziewczynka o niewyparzonym języku, ale faktycznie zaprzątnięta jedynie dziecinnym marzeniem jazdy metrem, bez przerwy wplątywana jest brudne i drastyczne sprawy. Sprawy dorosłych […]”

„Przekrój” 1960, nr 789

Dodajmy, że Raymond Queneau napisał Zazi w 1958 roku, i zastanówmy się nad znaczeniem sfomułowań „nasze czasy” i „współcześni”. I może nad cudzysłowem okalającym przymiotnik: paryskie. I może jeszcze nad „w ogóle” przed słowem „dorosłych”.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 190

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




TYTUŁ ORYGINAŁU:Zazie dans la métro
PROJEKT OKŁADKI I STRON TYTUŁOWYCH: Łukasz Piskorek / Fajne Chłopaki
REDAKTOR PROWADZĄCY: Kamil Piwowarski
REDAKTOR WYDANIA PIERWSZEGO: Maria Braunstein
KOREKTA: Renata Kuk, Małgorzata Denys, Katarzyna Bury-Słabicka
SKŁAD I ŁAMANIE: Anter-Poligrafia
Wydanie drugie, poprawione
Warszawa, 2020
© Éditions Gallimard, 1959 © the Polish edition by Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2020 © for the Polish translation by Maryna Ochab
ISBN 978-83-8196-044-1
KSIĘGARNIA INTERNETOWA
www.piw.pl
POLUB PIW NA FACEBOOKU!
www.fb.com/panstwowyinstytutwydawniczy
Państwowy Instytut Wydawniczy
ul. Foksal 17, 00-372 Warszawa
tel. 22 826 02 01
Konwersja:eLitera s.c.

ό πλάσας ήφάνισεν

ARYSTOTELES

I

Ktusztutakcapi, irytował się Gabriel. Nie do wytrzymania, nigdy się nie myją. W gazecie napisali, że niecałe jedenaście procent mieszkań w Paryżu ma łazienki, nie dziwi mnie to, ale przecież można być czystym bez. Ci tutaj najwyraźniej się nie wysilają. A przecież to wcale nie śmietanka najbrudniejszych ludzi w Paryżu. Zestaw jest przypadkowy. Nie można zakładać, że publika na dworcu Austerlitz cuchnie bardziej niż na Dworcu Liońskim. No nie, nie ma powodu. Ale cóż za fetor!

Gabriel wydobył z kieszeni jedwabną chusteczkę barwy bzu i przyłożył ją do nosa.

– Kto tu tak śmierdzi? – odezwała się głośno jakaś kobiecina.

To mówiąc, nie myślała o sobie, nie była egoistką, chodziło jej o zapach bijący od mężczyzny z chusteczką.

– Czar golenia, perfumy Fiora, dobra kobieto – odciął się Gabriel.

– To powinno być zakazane tak zatruwać powietrze – ciągnęła niewiasta pewna swojej racji.

– Jeśli dobrze rozumiem, dobra kobieto, myślisz, że twój własny zapach może konkurować z aromatem różanych krzewów. Otóż mylisz się, siostro, bardzo się mylisz.

– Ty słyszysz? – kobiecina zwróciła się do niepozornego jegomościa, który stał przy niej i prawdopodobnie miał prawo legalnie na nią włazić. – Słyszysz, jak mnie ta gruba świnia obraża?

Niepozorny jegomość zmierzył wzrokiem gabaryt Gabriela i ocenił, że to istne byczysko, a tacy zawsze są łagodni, nie wykorzystują swojej siły, bo to byłoby tchórzostwo z ich strony. Wobec tego śmiało ryknął:

– Sam śmierdzisz, gorylu!

Gabriel westchnął. Znów musi uciec się do przemocy. Brzydzi go taka konieczność. Od zarania ludzkości wciąż to samo. No ale jak mus, to mus. Nie jego, Gabriela, wina, że to zawsze mizeroty zatruwają ludziom życie. Postanowił jednak dać cherlakowi szansę.

– Powtórz no, coś powiedział.

Zdziwiony, że byczysko się odzywa, niepozorny jegomość po namyśle przygotował taką oto odpowiedź:

– Co niby mam powtórzyć?

Spodobało mu się to sformułowanie, tyle że człowiek-szafa okazał się nachalny: pochylił się ku niemu i jednym tchem wyrzucił z siebie pentasylabę:

– Cośtypowiedział...

Facet się zląkł. Wybiła jego godzina, musiał sobie wykuć jakąś słowną tarczę. Pierwsze, co przyszło mu do głowy, to aleksandryn:

– Po pierwsze nie pozwalam, byś mnie pan tykał.

– Gnojek – odparł Gabriel z prostotą.

I już się zamachnął, jakby chciał spuścić manto rozmówcy, gdy ten bez przymusu sam się rozłożył na ziemi między nogami oczekujących. Strasznie mu się chciało płakać.

Szczęściem pociąg wtacza się na peron i następuje zmiana pejzażu. Woniejący tłum kieruje spojrzenia ku wysiadającym, którzy defilują teraz w stronę wyjścia: na czele kroczą pospiesznie biznesmeni z teczką w ręku i miną mówiącą, że umieją podróżować lepiej od innych.

Gabriel wypatruje w dali: powinny wlec się w ogonie, kobiety zawsze się wleką w ogonie, ale nie, bo oto staje przed nim dziewuszka i zagaduje:

– To ja, Zazi. Założę się, że jesteś Gabriel, mój wuj.

– Zgadza się – odpowiada Gabriel tonem szlachetniejszym niż przed chwilą. – Jestem twoim wujkiem.

Mała chichocze. Gabriel grzecznie się uśmiecha, bierze ją na ręce, podnosi na wysokość ust, całuje ją, ona jego, opuszcza małą na ziemię.

– Pachniesz niczego sobie – mówi Zazi.

– Czar golenia Fiora – objaśnia kolos.

– Dasz mi trochę za uszy?

– To męskie perfumy.

– Widzisz, co to za ziółko – mówi Żanna Laloszera, która wreszcie do nich dobija. – Chciałeś się nią zaopiekować, no to proszę, masz.

– Jakoś to będzie – mówi Gabriel.

– Mogę mieć do ciebie zaufanie? No wiesz, nie chciałabym, żeby ją cała rodzina zgwałciła.

– Ależ mamo, przecież ostatnim razem zjawiłaś się w samą porę, nie pamiętasz?

– Tak czy owak, nie chcę, żeby to się powtórzyło – mówi Żanna Laloszera.

– Możesz spać spokojnie – zapewnia Gabriel.

– No dobrze. Spotykamy się tutaj na peronie pojutrze o szóstej sześćdziesiąt.

– Po stronie odjazdów – dopowiada Gabriel.

– Natürlich – mówi Żanna, która za czasów wojny była pod okupacją. – À propos, jak się ma twoja żona?

– Dziękuję. Odwiedzisz nas?

– Nie będę miała czasu.

– Zawsze tak z nią jest, jak ma chłopa – mówi Zazi. – Rodzina przestaje się liczyć.

– Pa, kochanie. Pa, Gabi.

Znika.

Zazi komentuje wydarzenia:

– Tym razem wpadła po uszy.

Gabriel wzrusza ramionami. Nic nie mówi. Bierze walizeczkę Zazi.

Teraz coś mówi:

– W drogę – mówi.

Pruje przed siebie, roztrącając na prawo i lewo wszystko, co się znajduje na jego drodze. Zazi cwałuje za nim.

– Wuju! – krzyczy – pojedziemy metrem?

– Nie.

– Jak to nie?

Stanęła. Gabriel też hamuje, odwraca się, stawia walizeczkę i zaczyna objaśniać:

– Właśnie tak: nie. Dziś nie da rady. Jest strajk.

– Strajk?

– No właśnie: strajk. Metro, ten wybitnie paryski środek transportu, usnęło pod ziemią, ponieważ pracownicy dziurkujący bilety przerwali pracę.

– O łobuzy! – krzyczy Zazi. – O dranie! Zrobić mi coś takiego!

– Nie tylko tobie – stwierdza Gabriel z doskonałym obiektywizmem.

– Mam to gdzieś. Że też mnie się to przydarza, a tak się cieszyłam, taka byłam szczęśliwa, że się przejadę metrem. Psiakrew, cholera jasna.

– Musisz pogodzić się z faktem – mówi Gabriel, którego wypowiedzi są czasem zabarwione z lekka kantowskim tomizmem.

Po czym, przechodząc na płaszczyznę subiektywizmu, dodaje:

– A teraz gazu! Karol czeka.

– Akurat! Znam ten numer, czytałam o tym w pamiętnikach generała Vermota – wścieka się Zazi.

– Ależ nie, skądże znowu – protestuje Gabriel. – Karol to kumpel, który ma taryfę. Zamówiłem nam go sobie z powodu strajku. Jasne? Idziemy.

Jedną ręką chwyta walizeczkę, a drugą ciągnie Zazi.

Karol faktycznie czekał, zaczytany w rubryce złamanych serc. Szukał tam, i to od lat szukał, apetycznej sieroty, której mógłby ofiarować czterdzieści pięć czereśni swojej wiosny. Ale każda z tych, które wypłakiwały się na łamach tygodnika, zawsze wydawała mu się albo za bardzo gęsią, albo za bardzo wydrą. Perfidne i podstępne. Węszył źdźbła w belkach żalów i w najbardziej sponiewieranej laleczce widział drzemiącą klępę.

– Dzień dobry, mała – powiedział, nie patrząc na Zazi, i starannie wsunął tygodnik pod pośladki.

– Niezły gruchot – mówi Zazi.

– Wsiadaj i nie bądź snobką – mówi Gabriel.

– Mam gdzieś snobki – mówi Zazi.

– Zabawna ta twoja siostrzeniczka – mówi Karol, naciska spust i puszcza młynek w ruch.

Lekką, lecz mocarną ręką Gabriel wpycha Zazi w głąb taksówki i sam siada obok.

Zazi protestuje.

– Zgnieciesz mnie! – wyje z wściekłością.

– Obiecujące dziecko – stwierdza lakonicznie i spokojnie Karol.

Rusza.

Jadą kawałek, po czym Gabriel pańskim gestem pokazuje pejzaż.

– Paryż! To jest miasto! No powiedz, czy nie piękne? – mówi zachęcającym tonem.

– Mam to gdzieś – mówi Zazi. – Ja się chciałam przejechać metrem.

– Metrem, metrem – gdera Gabriel. – Masz tu swoje metro! – I palcem pokazuje w górę.

Zazi marszczy czoło. Coś tu nie gra.

– Metro? – powtarza i dodaje z pogardą: – Też coś. Metro jest pod ziemią.

– To tutaj jest napowietrzne – mówi Gabriel.

– W takim razie to nie metro.

– Wytłumaczę ci – tłumaczy Gabriel. – Ono czasem wychodzi spod ziemi, a potem się chowa.

– Akurat!

Gabriel czuje się bezsilny (gest), żeby zmienić temat, znów coś pokazuje po drodze.

– Patrz! – ryczy. – Panteon!!!

– Czego to ludzie nie opowiadają – mówi Karol, nie odwracając głowy.

Prowadził powoli, żeby mała mogła obejrzeć zabytki i podkształcić się przy okazji.

– Bo może to nie jest Panteon, co? – pyta Gabriel szyderczo.

– Nie – odpowiada z mocą Karol. – Nie i nie. To nie jest Panteon.

– W takim razie co to jest twoim zdaniem?

Ironia jego tonu wydaje się niemal obraźliwa rozmówcy, który zresztą przyznaje się do porażki.

– Nie mam pojęcia – mówi Karol.

– No widzisz.

– Ale na pewno nie Panteon.

Uparciuch z tego Karola, mimo wszystko.

– Może spytamy jakiegoś przechodnia – proponuje Gabriel.

– Przechodnie to kretyni – mówi Karol.

– No pewnie – ochoczo przytakuje Zazi.

Gabriel daje spokój. Znajduje nowy obiekt zachwytu.

– A to – woła – to jest...

Lecz przerywa mu eurekowy okrzyk szwagra:

– Znalazłem! To, cośmy widzieli, to oczywiście nie był Panteon, tylko Dworzec Lioński.

– Być może – rzuca Gabriel lekceważąco – ale to przeszłość, co było, a nie jest, nie pisze się w rejestr. Teraz patrz, mała: fajna architektura, nie? To Inwalidzi.

– Upadłeś na głowę – mówi Karol. – Co to ma wspólnego z Inwalidami?

– No dobra, jeśli to nie są Inwalidzi, to co w takim razie? Może nam powiesz? – denerwuje się Gabriel.

– Dokładnie nie wiem – przyznaje Karol. – Ale po mojemu to co najwyżej koszary Reuilly.

– Zabawne z was chłopaki – mówi Zazi z pobłażaniem.

– Zazi – oświadcza Gabriel z namaszczeniem, które przychodzi mu bez trudu – jeżeli naprawdę chcesz zobaczyć Inwalidów i prawdziwy grób prawdziwego Napoleona, to cię tam zaprowadzę.

– Mam gdzieś Napoleona – mówi na to Zazi. – W ogóle mnie nie interesuje ten nadęty typ w tym swoim kretyńskim kapeluszu.

– A co cię interesuje?

Zazi nie odpowiada.

– Właśnie, co cię interesuje? – pyta Karol niezwykle uprzejmie.

– Metro.

Gabriel mówi „aha”. Karol nic nie mówi. Gabriel podejmuje swój monolog i znowu mówi „aha”.

– No a kiedy ten strajk się skończy? – pyta zjadliwym głosem Zazi.

– Nie wiem – odpowiada Gabriel. – Nie zajmuję się polityką.

– To nie polityka, tu chodzi o bułkę z masłem – mówi Karol.

– A pan, proszę pana – pyta Zazi Karola – pan też czasem strajkuje?

– No pewnie, trzeba się bić, żeby podwyższyć taryfę.

– Należałoby ją raczej obniżyć, tę taryfę, jak się jeździ taką nędzną bryką. Nie znalazł jej pan przypadkiem nad Marną?

– Zaraz dojeżdżamy – mówi Gabriel pojednawczym tonem. – Oto kafejka na rogu.

– Na jakim rogu? – pyta ironicznie Karol.

– Na rogu ulicy, przy której mieszkam – odpowiada prostodusznie Gabriel.

– To nie ta kafejka.

– Jak to nie ta?

– Znowu zaczynacie?! – złości się Zazi.

– Na pewno nie ta – zapewnia Karol Gabriela.

– Rzeczywiście – przyznaje Gabriel, kiedy taksówka mija kafejkę. – Nigdy w życiu tu nie byłem.

– Powiedz, wuju – pyta Zazi – ty tak specjalnie się wygłupiasz czy niechcący?

– Żeby cię rozśmieszyć, moje dziecko – odpowiada Gabriel.

– Nie przejmuj się – mówi Karol do Zazi. – On tego nie robi specjalnie.

– Tym gorzej – stwierdza Zazi.

– Po prawdzie – ciągnie Karol – czasem to robi specjalnie, a czasem niechcący.

– Prawda, prawda! – wykrzykuje Gabriel (gest). – Jakbyś wiedział, co to jest prawda! Jakby ktokolwiek na świecie wiedział, co to jest! Wszystko to (gest), to jeden pic: Panteon, Inwalidzi, koszary, kafejka na rogu. Pic i pic.

I dodaje zgnębiony:

– Cholerny świat!

– Chcesz wstąpić na jednego? – pyta Karol.

– Co za pytanie!

– Do Piwnicy?

– Na Saint-Germain-des-Prés? – Zazi aż dygocze z podniecenia.

– No nie, córuś – mówi Gabriel. – Saint-Germain-des-Prés już dawno wyszło z mody.

– Jeśli chcesz mi wmówić, że nie wiem, co się aktualnie nosi, to ci powiem, że stary cymbał z ciebie – odcina się Zazi.

– Ty słyszysz? – pyta Gabriel.

– Co chcesz? Dzisiejsza młodzież – mówi Karol.

– Dzisiejsza młodzież ma was... – zaczyna Zazi.

– Dobra, dobra, już wiemy – przerywa jej Gabriel. – A może byśmy wstąpili do kafejki na rogu?

– Na prawdziwym rogu – uściśla Karol.

– Tak. A potem zostaniesz u nas na kolację.

– Przecież to było ustalone, nie?

– Owszem, było.

– Więc?

– Więc potwierdzam.

– Po co potwierdzać, jak było ustalone?

– Powiedzmy, że ci przypominam, na wypadek gdybyś zapomniał.

– Nie zapomniałem.

– No więc zostajesz u nas na kolację.

– Co jest, do cholery, napijemy się czegoś czy nie? – mówi Zazi.

Gabriel zgrabnie wyłuskuje się z taksówki. Po chwili wszyscy troje siedzą przy stoliku na zewnątrz. Niedbałym krokiem podchodzi kelnerka. Zazi z miejsca wyraża życzenie:

– Kakokalo – żąda.

– Nie ma – słyszy w odpowiedzi.

– Jasny gwint! – woła Zazi. – Widzieliście coś podobnego!

Jest oburzona.

– Dla mnie beaujolais – mówi Karol.

– Dla mnie grenadyna z mlekiem – zamawia Gabriel. – A ty czego się napijesz? – pyta siostrzenicę.

– Już powiedziałam: kakokalo.

– Przecież powiedziała, że nie ma.

– Chcę kakokalo.

– Możesz sobie chcieć, przecież widzisz, że nie ma – mówi Gabriel ze skrajną cierpliwością.

– Dlaczego nie ma? – pyta Zazi kelnerki.

–  Bo ja wiem (gest)...

– Słuchaj, Zazi, piwo z lemoniadą by ci pasowało?

– Kakokalo i już.

Zapada milczenie. Wszyscy patrzą po sobie. Kelnerka drapie się w udo.

W końcu mówi:

– Jest u Włocha obok.

– To co z tym beaujolais? – niecierpliwi się Gabriel.

Kelnerka idzie po wino. Gabriel wstaje bez komentarzy. Pospiesznie znika, po czym wraca z buteleczką, z której sterczą dwie słomki, i stawia ją przed Zazi.

– Masz, mała – mówi hojnym głosem.

Zazi bez słowa bierze butelkę do ręki i zaczyna dmuchać w słomkę.

– No widzisz – mówi Gabriel do kumpla. – Można sobie z dzieckiem poradzić, trzeba je tylko rozumieć.

II

– To tu – mówi Gabriel.

Zazi przygląda się kamienicy, ale nie dzieli się wrażeniami.

– No jak? – pyta Gabriel. – Może być?

Zazi robi gest, który chyba ma znaczyć, że na razie się wstrzyma z opinią.

– Wpadnę zobaczyć się z Turandotem – mówi Karol. – Mam do niego dwa słowa.

– Rozumiem – mówi Gabriel.

– Co tu jest do rozumienia? – pyta Zazi.

Karol schodzi po pięciu schodkach prowadzących do baru Piwnica, pcha drzwi i podchodzi do cynkowego kontuaru, który od okupacji jest drewniany.

– Dzień dobry panu Karolowi – mówi Mado Mała Stópka, która obsługuje klienta na sali.

– Dzień dobry, Mado – odpowiada Karol, nie patrząc na nią.

– To ona? – pyta Turandot zza kontuaru.

– Dokładnie – odpowiada Karol.

– Starsza niż myślałem.

– No to co?

– To mi się nie podoba. Powiedziałem Gabrielowi, że nie życzę sobie żadnych historii w moim domu.

– Dobra, dobra, nalej mi beaujolais.

Turandot w milczeniu nalewa, głęboko czegoś zadumany. Karol wychyla kieliszek, ociera wąsy wierzchem dłoni i z roztargnieniem patrzy w okno. W tym celu trzeba podnieść głowę, a wtedy da się zobaczyć stopy, łydki, nogawki spodni, a jak się ma szczęście, to i całego psa jamnika. Obok okna wisi klatka ze smutną papugą. Turandot nalewa wino do kieliszka Karola i sobie też ździebko. Mado Mała Stópka wchodzi za kontuar, staje obok swego chlebodawcy i przerywa milczenie.

– Melancholik z pana, panie Karolu – mówi.

– Mam gdzieś melancholików – odpowiada Karol.

– O la la! Co pan dzisiaj taki niegrzeczny?

– Mnie to śmieszy – wyjaśnia Karol z grobową miną. – To ta smarkula tak gada.

– Nie rozumiem – mówi Turandot najwyraźniej nie w sosie.

– Proste – tłumaczy Karol. – Nie może powiedzieć słowa, żeby nie dodać mam gdzieś.

– Mówi czy też pokazuje?

– Jeszcze nie, ale z czasem się wyrobi – odpowiada z przekonaniem Karol.

– O nie, tylko nie to! – jęczy Turandot.

Łapie się rękami za głowę, udając, że chce ją sobie oderwać, po czym podejmuje przemowę tymi słowy:

– Psiajucha, nie chcę, aby w moim domu jakaś gówniara rzucała mięsem. Ona mi tu w ciągu tygodnia zdeprawuje całą dzielnicę...

– Zostaje tylko dwa, trzy dni – mówi Karol.

– Za długo! – krzyczy Turandot. – W ciągu dwóch, trzech dni zdąży położyć łapę na rozporku tych wszystkich zidiociałych dziadów, którzy mnie zaszczycają swoją klientelą. Nie życzę sobie żadnych historii, słyszysz? Żadnych historii!

Papuga nazwiskiem Zielenina, która dotąd obgryzała sobie pazur, zerka na nich, przerywa toaletę i wtrąca się do rozmowy.

– Gadasz i gadasz, to wszystko, co potrafisz.

– Racja – mówi Karol. – W końcu nie do mnie ta mowa.

– A ja go chromolę – mówi z uczuciem Gabriel. – Tylko nie rozumiem, po co mu powtarzasz te świństwa Zazi.

– Bo jestem szczery. A poza tym nie da się ukryć, że ta twoja siostrzenica jest wyjątkowo źle wychowana. Powiedz, czy ty się tak wyrażałeś, będąc dzieckiem?

– Nie, ale nie byłem dziewczynką.

– Do stołu – mówi łagodnie Marcelina, wnosząc wazę z zupą. – Zazi, do stołu! – woła łagodnie.

Łagodnie nalewa chochlą zupę do talerzy.

– O, rosół! – cieszy się Gabriel.

– Nie przesadzajmy – mówi łagodnie Marcelina.

Zazi wreszcie do nich dobija. Siada, ma pustkę w oczach i stwierdza z ubolewaniem, że bardzo jej się chce jeść.

Po rosole na stół wjechała kaszanka z kartoflami po sabaudzku, potem tłusta wątróbka (którą Gabriel przyniósł z knajpy, nie mógł się oprzeć, miał teraz tłustą wątrobę i po lewej, i po prawej stronie), potem słodziutki deser, wreszcie kawa w filiżankach, dużo kawy, bo i Karol, i Gabriel pracowali w nocy.

Karol zmył się zaraz po oczekiwanej niespodziance w postaci grenadyny z kirszem, Gabriel zaczynał pracę dopiero o jedenastej. Wyciągnął nogi pod stołem, a nawet dalej, i uśmiechnął się do Zazi, sztywno siedzącej na krześle.

– No co, mała, pójdziemy spać? – rzuca od niechcenia.

– Jacy my?

– Ty, oczywiście – odpowiada Gabriel, wpadłszy w pułapkę. – O której tam chodzisz spać?

– Tam i tu to nie to samo, mam nadzieję.

– Zgoda – mówi Gabriel z wyrozumieniem.

– Jeśli mnie tu zostawili, to nie po to, żeby było tak jak tam, nie?

– Tak.

– Mówisz tak, żeby coś powiedzieć, czy naprawdę tak uważasz?

Gabriel zwraca się do uśmiechniętej Marceliny:

– Widzisz, jak dobrze kombinuje smarkata w tym wieku? Człowiek się zastanawia, po co w ogóle je posyłać do szkoły.

– Ja będę chodzić do szkoły do sześćdziesiątki – oświadcza zdecydowanie Zazi.

– Jak to do sześćdziesiątki? – pyta Gabriel cokolwiek zdziwiony.

– A tak. Chcę być nauczycielką.

– To nie jest zły zawód – mówi łagodnie Marcelina. – I dostaje się emeryturę.

Dorzuciła to automatycznie, bo dobrze kojarzyła po francusku.

– Mam gdzieś emeryturę – mówi Zazi. – Nie po to chcę być nauczycielką, żeby dostać emeryturę.

– No oczywiście, że nie po to, domyślamy się – mówi Gabriel.

– A więc po co? – pyta Zazi.

– Powiesz nam to.

– Bo sam byś nie zgadł, co?

– Cwana ta dzisiejsza młodzież, trzeba przyznać – mówi Gabriel do Marceliny.

I do Zazi:

– No to dlaczego chcesz zostać nauczycielką?

– Żeby dopieprzyć gnojkom – odpowiada Zazi. – Tym, którzy będą w moim wieku za dziesięć lat, za dwadzieścia, za pięćdziesiąt, za sto i za tysiąc. A niech się zesrają!

– No, no – mówi Gabriel.

– Będę się nad nimi pastwić. Każę im lizać podłogę. Każę im zeżreć gąbkę do tablicy. Wpakuję im ekierkę w tyłek. Będę ich kopać w dupę. Bo będę nosić botki. W zimie. O, takie długie (gest). Z ostrogami, żeby ich dźgać w zadek.

– Wiesz co – mówi spokojnie Gabriel – sądząc po tym, co piszą w gazetach, dzisiejsza oświata zmierza w zupełnie innym kierunku. Wręcz w przeciwnym: łagodność, wyrozumiałość i życzliwość, ot co. Prawda, Marcelino, że tak piszą w gazetach?

– Prawda – odpowiada łagodnie Marcelina. – A czy nad tobą się znęcają w szkole, Zazi?

– Jeszcze czego.

– Zresztą – podejmuje Gabriel – za dwadzieścia lat nie będzie nauczycielek. Zastąpią je kino, telewizja, elektronika, te rzeczy. O tym też pisali w gazecie, prawda, Marcelino?

– Prawda – łagodnie przytakuje Marcelina.

Zazi przez chwilę wyobraża sobie tę przyszłość.

– W takim razie zostanę astronautą – oświadcza.

– No właśnie. – Gabriel kiwa głową z aprobatą. – Trzeba kroczyć z postępem.

– Tak, będę astronautą, żeby dopieprzyć Marsjanom – ciągnie Zazi.

Gabriel euforycznie klepie się po udzie.

– Ma pomysły smarkata.

Jest zachwycony.

– Powinna się jednak położyć – mówi łagodnie Marcelina. – Nie jesteś zmęczona?

– Nie – odpowiada Zazi, ziewając.

– Zmęczona mała – podejmuje łagodnie Macelina, zwracając się do Gabriela. – Powinna pójść do łóżka.

– Dobrze mówisz – potwierdza Gabriel i zaczyna układać w głowie rozkazujące zdanie, na które, o ile to możliwe, nie byłoby odpowiedzi.

Lecz zanim zdążył je sformułować, Zazi spytała, czy mają tiwi.

– Nie. Wolę kino – odpowiada Gabriel złośliwie.

– No to mógłbyś mi postawić kino.

– Za późno. Zresztą nie ma czasu, na jedenastą muszę być w robocie.

– Możemy się obejść bez ciebie – mówi Zazi. – Pójdziemy same z ciocią, we dwie.

– To mi nie leży – cedzi zjadliwie Gabriel.

Patrzy Zazi prosto w oczy i dorzuca z przekąsem:

– Marcelina nigdzie beze mnie nie chodzi.

I ciągnie dalej:

– A dlaczego, za długo by tłumaczyć, moja mała.

Zazi odwraca wzrok i ziewa.

– Zmęczona jestem, idę się położyć.

Wstała. Gabriel nadstawił policzek. Pocałowała go.

– Gładką masz skórę – zauważyła.

Marcelina odprowadza ją do pokoju, a Gabriel idzie po zgrabny neseserek ze świńskiej skóry oznaczony jego inicjałami. Siada przy stole, nalewa sobie szklaneczkę grenadyny, którą łagodzi odrobiną wody, i zabiera się do obcinania paznokci. Uwielbiał to i tak dobrze sobie radził, że wolał siebie od każdej manikiurzystki. Zaintonował sprośną piosenkę i odśpiewawszy refren o wyczynach trzech złotników, zaczął pogwizdywać – nie za głośno, żeby nie zbudzić małej – parę sygnałów z dawnych czasów, a to capstrzyk, w szeregu zbiórka, kapitan hujhujhuj itepe.

Wraca Marcelina.

– Od razu zasnęła – mówi łagodnie.

Siada i nalewa sobie kieliszeczek kirszu.

– Aniołek – komentuje Gabriel neutralnym tonem.

Podziwia paznokieć, który właśnie skończył obrabiać, ten u małego palca, i zabiera się do serdecznego.

– Co z nią będziemy robić przez cały dzień? – pyta łagodnie Marcelina.

– Żaden problem – mówi Gabriel. – Najpierw ją wezmę na wieżę Eiffla. Jutro po południu.

– A rano?

Gabriel blednie.

– Tylko niech mnie nie budzi!

– No widzisz – mówi łagodnie Marcelina. – Jest problem.

Gabriel robi się coraz bardziej niespokojny.

– Dzieciaki wcześnie się zrywają... Nie da mi spać... nie da odzyskać sił... Znasz mnie. Muszę się podreperować. Dziesięć godzin snu to podstawa mojego zdrowia.

Patrzy na Marcelinę.

– Nie pomyślałaś o tym?

Marcelina spuszcza oczy.

– Nie chciałam ci przeszkodzić w spełnieniu obowiązku – mówi łagodnie.

– Dziękuję bardzo – odpowiada surowym głosem Gabriel. – Co, u licha, możemy wymyślić, żebym jej nie słyszał rano?

Zastanawiają się oboje.

– Może dać jej środek nasenny, żeby spała chociaż do południa albo lepiej do czwartej – mówi Gabriel. – Podobno są jakieś czopki, które dają taki efekt.

– Puk, puk – puka dyskretnie Turandot z drugiej strony drzwi.

– Proszę – mówi Gabriel.

Wchodzi Turandot z Zieleniną. Siada nieproszony i stawia klatkę na stole. Zielenina patrzy na butelkę grenadyny z pamiętliwym pożądaniem. Marcelina nalewa jej ociupinę do pojniczka. Turandot odmawia poczęstunku (gest). Gabriel, który skończył ze środkowym palcem, atakuje teraz wskazujący. A przy tym wszystkim nikt nic nie mówi.

Zielenina jednym haustem wypija grenadynę. Wyciera sobie dziób o drążek, na którym siedzi, i odzywa się w te słowa:

– Gadasz i gadasz, to wszystko, co potrafisz.

– Mam gdzieś takie gadanie – rzuca ze złością Turandot.

Gabriel przerywa zajęcie i złośliwie patrzy na gościa.

– Powtórz no, coś powiedział.

– Powiedziałem: mam gdzieś takie gadanie – mówi Turandot.

– Co masz przez to na myśli? Że ośmielę się tak wyrazić.

– Mam na myśli, że nie podoba mi się, żeby ta smarkata tu była.

– A ja chromolę, czy ci się podoba, czy nie.

– O, przepraszam. Wynająłem ci bez dzieci, a teraz masz dzieciaka bez mego pozwolenia.

– Wiesz, gdzie mogę sobie wsadzić twoje pozwolenie?

– Wiem, wiem, jeszcze trochę, a będziesz mnie znieważał słownie jak twoja siostrzenica.

– Nie wolno być aż tak nieinteligentnym! Rozumiesz, co znaczy „nieinteligentny”, ty jełopie?

– No tak, zaczyna się.

– Gadasz i gadasz, to wszystko, co potrafisz – mówi Zielenina.

– Co się zaczyna? – pyta złowróżbnym tonem Gabriel.

– Zaczynasz się wyrażać odpychająco.

– Bo on mnie zaczyna wkurzać – mówi Gabriel do Marceliny.

– Nie denerwuj się – uspokaja go łagodnie Marcelina.

– Nie życzę sobie żadnych nieletnich dziwek w moim domu!

– Turandot patetycznie zawiesza głos.

– A ja chromolę! – ryczy Gabriel. – Chromolę, słyszysz?!

Wali pięścią w stół, który łamie się na dwoje w tym samym miejscu co zwykle. Klatka z Zieleniną ląduje na dywanie, za nią spadają butelka grenadyny, karafka kirszu, kieliszki i zestaw do manikiuru. Zielenina donośnie się skarży, syrop leje się na skórzany neseserek, Gabriel z krzykiem rozpaczy daje nura, żeby podnieść zbrukany przedmiot, i przewraca krzesło. Otwierają się drzwi.

– Co jest, cholera, to już nie można spać?