Zatrute pióro - Agata Christie - ebook

Zatrute pióro ebook

Agata Christie

4,5

Opis

Połamany lotnik Jerry Burton przybywa do Lymestock, by "prowadzić życie roślinne". Cicha mieścina jest dotknięta plagą anonimowych listów, które rujnują życie jej mieszkańców.

Policja i Jerry nie dają rady, więc pastorowa wzywa na pomoc Jane Marple - specjalistkę od ludzkich charakterów.

A właściwie dlaczego jesteśmy złego zdania o autorach anonimów? Powstała przecież znakomita powieść przesycona wytrawnym angielskim humorem, który długo jeszcze musuje w głowie jak szampan.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 229

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Agata Christie 

Zatrute pióro

Przełożyła z angielskiego Izabella Kulczycka

Wydawnictwo Dolnośląskie

I

Kiedy nareszcie zdjęto mi gips, a doktorzy opukali na wszystkie strony, pielęgniarki zaś pouczyły, jak mam się posługiwać rękami i nogami – przy czym wszyscy oni doprowadzali mnie do pasji, przemawiając jak do małego dziecka – doktor Marcus Kent oświadczył, że powinienem wyjechać na wieś.

– Świeże powietrze, spokój, wypoczynek, oto moja recepta dla pana – powiedział. – Pańska siostra będzie się panem opiekowała. Proszę dużo jeść, wysypiać się porządnie i starać się żyć tak, jak żyją rośliny.

Nie zapytałem, czy będę mógł jeszcze kiedykolwiek latać. Są pewne pytania, których się nie zadaje z obawy przed odpowiedzią. Z tego samego powodu przez ostatnie trzy miesiące nie spytałem, czy będę musiał spędzić resztę życia jako inwalida. Bałem się, że usłyszę uspokajającą, pełną hipokryzji odpowiedź pielęgniarki:

– Cóż za pytanie...! Nie pozwalamy naszym chorym mówić podobnych rzeczy!

Dlatego też i teraz nie zapytałem doktora o nic. I dobrze zrobiłem. Nie był mi bowiem sądzony los niedołężnego kaleki. Mogłem już poruszać nogami, mogłem stanąć, a nawet... przejść parę kroków. A jeżeli przypominałem trochę małe dziecko, uczące się dopiero chodzić, niepewny w kolanach, o nogach jak z waty, to były to tylko przejściowe objawy, spowodowane osłabieniem i odwyknięciem od chodzenia.

Marcus Kent, który jest doktorem z prawdziwego zdarzenia, sam odpowiedział na moje pytanie:

– Będzie pan zupełnie zdrów – orzekł. – Jeszcze do wtorku, kiedy to dokonaliśmy gruntownego przeglądu, nie byliśmy tego pewni. Będzie to jednak dłuższa sprawa... i, że się tak wyrażę, mozolna... Przy leczeniu nerwów i mięśni mózg musi przyjść ciału z pomocą. Każde zniecierpliwienie, każde zdenerwowanie może spowodować nawrót choroby. A zatem: cokolwiek będzie pan robił, proszę pamiętać, żeby to nie było robione na siłę, bo tego rodzaju nastawienie może pana szybko sprowadzić do nas z powrotem. Tryb pańskiego życia musi być na razie powolny, łatwy, powiedzmy, w tempie legato. Niech pan pamięta, że tu nie tylko ciało musi powrócić do zdrowia, ale i nerwy nadszarpnięte długotrwałym stosowaniem środków znieczulających. I dlatego właśnie zalecam wyjazd na wieś. Proszę wynająć tam domek, zająć się miejscową polityką, miejscowymi skandalikami i ploteczkami. W ogóle niech pan się jak najbardziej interesuje sąsiadami. Radziłbym wybrać taką okolicę, w której nie mają państwo żadnych znajomych.

Skinąłem potakująco. Sam już o tym myślałem. Trudno sobie bowiem wyobrazić coś bardziej denerwującego niż stykanie się ze znajomymi czy przyjaciółmi, którzy by wpadali do mnie z wyrazami współczucia, a w głębi duszy byliby zajęci własnymi sprawami:

– O, Jerry! Doskonale wyglądasz! Można powiedzieć, że nawet świetnie! Ale, kochanie, muszę ci opowiedzieć coś ciekawego. Zgadnij, co za nowy kawał wymyślił ostatnio Buster!

Nie! Za nic w świecie! O, psy to są prawdziwie mądre stworzenia! Chore, zaszywają się w kąt, liżąc swe rany i nie pokazując się nikomu, dopóki zupełnie nie wydobrzeją.

Tak więc, gorączkowo przerzuciwszy razem z Joanną niezliczone ogłoszenia i prospekty pośredników zachwalających gorąco najrozmaitsze miejscowości na Wyspach Brytyjskich, zatrzymaliśmy się na Jałowcowym Dworku w Lymstock jako nadającym się do bliższego obejrzenia, a to głównie dlatego, że nigdy nie byliśmy w Lymstock i nie mieliśmy w pobliżu żadnych znajomych.

Joanna pojechała na miejsce, obejrzała dom i od razu zdecydowała, że to właśnie jest to, czego nam potrzeba.

Położony o jakieś pół mili od miasteczka, przy drodze wiodącej na wrzosowiska, niski, prosty biały dom z pochyłą werandą pomalowaną na wyblakły zielony kolor, z widokiem na pobliskie wzgórze porośnięte wrzosem, a w dole, na lewo, na wieżę kościółka w Lymstock, stanowił kiedyś własność kilku sióstr, starych panien Barton; pozostała z nich przy życiu już tylko jedna, najmłodsza, panna Emilia.

Panna Emilia Barton była czarującą, drobną starszą damą, przedziwnie dopasowaną do domu i całego otoczenia. Delikatnym, jakby usprawiedliwiającym się tonem objaśniła Joannie, że nigdy domu dotychczas nie wynajmowała i, oczywiście, nigdy by jej to nie przyszło do głowy. „Ale teraz, pani rozumie, dziś warunki tak się radykalnie zmieniły! No naturalnie, podatki, a przy tym moje akcje i papiery, które zawsze uważałam za stuprocentowo pewne (niektóre z nich polecał mi sam dyrektor banku), nie przynoszą dzisiaj żadnego, ale to żadnego dochodu. Zagraniczne papiery, oczywiście! I to w dodatku obcym osobom; myślę, że mnie pani dobrze zrozumie, kochanie, i nie weźmie mi za złe szczerości... pani jest taka miła! Coś jednak trzeba było postanowić. I naprawdę, od kiedy panią poznałam, jestem przekonana, że będzie mi bardzo miło wyobrażać sobie panią na tle mego domu. Wie pani, dobrze to zrobi domowi, kiedy tu zamieszka ktoś młody... Przyznam się, trochę przerażała mnie myśl, że mogą się tu wprowadzić jacyś mężczyźni...”.

W tym miejscu Joanna zmuszona była wtrącić słówko o mojej osobie. Panna Emilia przyjęła to jednak nadspodziewanie pogodnie.

– Ależ, droga pani, rozumiem, doskonale rozumiem! Jakie to smutne... Katastrofa lotnicza, mówi pani? Jacyż to dzielni ci młodzieńcy...! Pani brat to właściwie inwalida, prawda?

Ta myśl zdawała się działać kojąco na miłą, drobną damę. Inwalida nie będzie się przypuszczalnie oddawał tym wulgarnym męskim rozrywkom, których panna Emilia tak się obawiała. Po chwili milczenia spytała, czy palę.

– O, jak komin! – odpowiedziała Joanna. – A zresztą, ja także.

– Oczywiście, oczywiście! Niemądre z mojej strony pytanie! Wie pani, mam wrażenie, że ja chyba nie idę z duchem czasu. Wszystkie moje siostry były ode mnie starsze, a nasza droga mama dożyła dziewięćdziesięciu siedmiu lat... Niech pani tylko sobie wyobrazi...! Zresztą była bardzo wymagająca. Tak... tak... dzisiaj wszyscy palą... Ale... ale widzę tu jeden kłopot! W całym domu nie ma ani jednej popielniczki!

Joanna uspokoiła ją, że przywieziemy z sobą mnóstwo popielniczek, po czym dodała z uśmiechem:

– Przyrzekam pani, że nie będziemy sypali popiołu na meble i na podłogę ani wypalali dziur w dywanach, bo ja sama tego nie cierpię.

Tak więc sprawa została ostatecznie załatwiona, to znaczy wynajęliśmy Jałowcowy Dworek na sześć miesięcy, z prawem przedłużenia umowy na dalsze trzy miesiące. Panna Emilia uspokoiła Joannę, że urządzi się bardzo wygodnie w mieszkaniu swojej dawnej pokojówki („mojej wiernej Florentyny”), która po piętnastoletniej służbie w Jałowcowym Dworku wyszła za mąż i mieszka w Lymstock.

– To taka porządna dziewczyna – mówiła panna Emilia – jej mąż pracuje w budownictwie. Mają milutki domek przy ulicy Głównej, z dwoma pięknymi pokojami na piętrze, gdzie się urządzę bardzo wygodnie, a Florentyna będzie uszczęśliwiona, mając mnie u siebie.

Wszystko więc układało się jak najpomyślniej, umowa została podpisana i niebawem oboje z Joanną zjechaliśmy do Jałowcowego Dworku i objęliśmy nowe mieszkanie. A ponieważ udało się pannie Emilii nakłonić swą dawną gosposię, panią Partridge, do pozostania u nas, nie mieliśmy kłopotów z pomocą domową, tym bardziej że zdobyliśmy do cięższych robót domowych „dochodzącą”, Beatę, dziewczynę może niezbyt rozgarniętą, ale pogodną i uprzejmą.

Pani Partridge, niewiasta w średnim wieku, była znakomitą kucharką i chociaż nie zachwycał jej nasz system późnego jadania obiadu (panna Emilia spożywała tylko lekki posiłek składający się z jednego jajka), to z czasem nawet uznała, że obfitsze jedzenie jest konieczne dla mego zdrowia.

Gdy już zadomowiliśmy się na dobre i mieszkaliśmy tydzień w Jałowcowym Dworku, panna Emilia Barton złożyła nam ceremonialnie kartę wizytową. Za jej przykładem poszli pani Symmington, żona miejscowego adwokata, następnie siostra doktora, panna Griffith, żona pastora, pani Dane-Calthrop, oraz pan Pye z Przeorówki.

Joanna była tym wszystkim niesłychanie przejęta.

– Wiesz, nie wyobrażałam sobie nigdy – mówiła z ożywieniem – że ludzie jeszcze składają sobie wizyty i zostawiają tak ceremonialnie karty wizytowe!

– To dlatego, kochanie, że nie masz najmniejszego pojęcia o życiu na prowincji.

– Bujda, mój drogi! Tysiące weekendów spędziłam na wsi!

– To zupełnie co innego – odpowiedziałem.

Jestem starszy od Joanny o pięć lat. Pamiętam jeszcze z dziecinnych lat nasz duży, biały, odrapany i trochę zaniedbany dom, a za nim pola zbiegające w dół, ku rzeczce. Przypominam sobie, jak pełzałem na brzuchu pod siatką chroniącą truskawki, w strachu, że może mnie zdybać ogrodnik; czuję jeszcze woń białego pyłu na podwórzu za domem i widzę rudego kota kroczącego dostojnie środkiem podwórza, a ze stajni słyszę stuk końskich kopyt... Gdy miałem lat siedem, a Joanna dwa, przenieśliśmy się na stałe do Londynu, do ciotki, i odtąd już wszystkie święta spędzaliśmy w mieście. Oglądaliśmy wtedy przeróżne pantomimy, przedstawienia teatralne i filmy, robiliśmy wycieczki do Ogrodów Kensingtońskich, żeby powiosłować po stawie, albo w zimie na ślizgawkę. Sierpień spędzaliśmy przeważnie w jakimś nadmorskim hotelu. Rozmyślając teraz o tym wszystkim, zdałem sobie równocześnie sprawę, że stałem się w czasie swej choroby samolubem i egocentrycznym inwalidą.

– Boję się, siostrzyczko, że będzie ci tutaj okropnie... Na pewno odczujesz wiele braków – powiedziałem do Joanny.

Joanna bowiem jest bardzo ładna i wesoła. Lubi dansingi i koktajle, flirty i szybką jazdę dobrym samochodem. Ona jednak roześmiała się tylko i oświadczyła, że nic podobnego, ta perspektywa zupełnie jej nie przeraża.

– Jeżeli mam być szczera – dodała – przyznam ci się, że nawet jestem zadowolona, że całe to miejskie życie pozostawiam za sobą. Miałam już dość tego ustawicznego gwaru i tłumu i chociaż jestem przekonana, że nie potrafisz zdobyć się na współczucie, to przyznam ci się, że sprawa z Pawłem kosztowała mnie bardzo dużo. Trzeba będzie wiele, wiele czasu, abym mogła przejść nad nią do porządku dziennego...

Muszę powiedzieć, że do sprawy Pawła odnosiłem się raczej sceptycznie. Sercowe sprawy Joanny szły niezmiennie tym samym trybem. Zakochiwała się po uszy w jakimś kompletnie pozbawionym woli i charakteru młodzieńcu, którego uważała za geniusza, wysłuchiwała jego niekończących się skarg i narzekań i za wszelką cenę starała się zdobyć dla niego rozgłos i uznanie. Potem, gdy okazywał się niewdzięcznikiem, Joanna była głęboko dotknięta i twierdziła, że ma złamane serce. Trwało to tak długo, dopóki nie zjawił się na arenie jakiś nowy ponury młodzian, co zdarzało się zwykle mniej więcej po jakichś trzech tygodniach, i cała historia powtarzała się od początku. Nie brałem więc zbyt poważnie złamanego serca Joanny; spostrzegłem zresztą, że moja ładna siostra traktuje przeprowadzkę na wieś jako nową, dobrą rozrywkę.

– W każdym razie – rzekła – musisz przyznać, że wyglądam odpowiednio.

Przyglądałem się jej krytycznie przez dłuższą chwilę i doszedłem do wniosku, że nie mogę się zgodzić z jej opinią.

Joanna była ubrana przez firmę Mirotin „sportowo”, to znaczy miała spódnicę w ogromną wyzywającą kratę; górną połowę ciała obciskał śmieszny sweterek z krótkimi rękawkami, jakby trochę w tyrolskim stylu. Do tego cieniutkie jedwabne pończoszki i nieskazitelnie nowe mokasyny.

– Niestety, Joanno, jesteś ubrana zupełnie, ale to zupełnie niestosownie. Powinnaś włożyć jakąś bardzo starą samodziałową spódnicę, najlepiej brudnozieloną albo spłowiałobrązową, spokojny, miękki sweter w tym samym kolorze i ewentualnie gruby wełniany płaszcz. I do tego, na przykład, filcowy kapelusik, a także grube pończochy do starych, zniszczonych półbucików. Wtedy dopiero wsiąkniesz w tło ulicy Głównej Lymstock, a nie będziesz się odbijała jak w tej chwili. Ale i twoja twarz jest zupełnie nie na miejscu – dodałem.

– Cooo? A to znowu dlaczego? Co masz jej do zarzucenia? Przecież zastosowałam podkład numer dwa w odcieniu „wiejska opalenizna”!

– No, właśnie... Jeżeli masz mieszkać w Lymstock, powinnaś używać tylko tyle pudru, żeby ci się nos za bardzo nie świecił. Poza tym możesz leciutko i niezbyt starannie musnąć kredką wargi. A jeśli chodzi o brwi, to musisz je mieć szerokie, a nie wyskubane jak niteczki...

Joanna roześmiała się rozbawiona.

– Więc przypuszczasz, że będą mnie uważali za straszydło?

– No, nieee... po prostu za dziwaczkę.

Joanna znowu zaczęła przeglądać karty wizytowe pozostawione przez odwiedzających. Jedna tylko żona pastora miała szczęście, a może raczej nieszczęście, zastać Joannę w domu. Po chwili Joanna podniosła na mnie oczy znad biletów i rzekła:

– Wiesz, to zupełnie jak w tej zabawie w „Szczęśliwą rodzinę”. Żona adwokata nazywa się pani Prawnicka, córka doktora panna Dozowiczówna i tak dalej. Ach, Jerry, tu jest uroczo! Tak jakoś miło, zabawnie i staroświecko... Po prostu trudno sobie wyobrazić, że mogłoby się tutaj stać coś złego, prawda?

Chociaż w głębi duszy wiedziałem, że uwaga Joanny nie jest oparta na niczym realnym, zgodziłem się z nią. W takiej miejscowości jak Lymstock nie może się zdarzyć nic złego.

I pomyśleć, że właśnie w tydzień później otrzymaliśmy pierwszy anonim!

Widzę, że od początku źle zacząłem. Zupełnie nie opisałem, jak wygląda Lymstock, a bez tego niepodobna zrozumieć całego opowiadania.

A więc muszę zacząć od tego, że Lymstock sięga tradycją daleko w przeszłość, gdzieś aż do okresu najazdu normandzkiego. Miało ono wówczas doniosłe znaczenie, głównie natury kościelnej. Było tu bowiem opactwo szczycące się długą listą potężnych przeorów. Okoliczni lordowie i baronowie, chcąc być w dobrych stosunkach z Bogiem, oddawali część swoich włości na rzecz opactwa. Tak więc Lymstock rosło w dobra i znaczenie, stanowiąc potęgę w ciągu długich stuleci. Jednakże za panowania Henryka VIII i Lymstock musiało podzielić los innych klasztorów i opactw. Odtąd bowiem zamek zapanował nad miastem. Miasto było jeszcze stosunkowo potężne, miało swoje własne prawa i przywileje, bogaty skarbiec, ale potem, gdzieś w roku tysiąc siedemset którymś, fala postępu, omijając Lymstock, zepchnęła je do roli prowincjonalnego miasteczka. Zamek legł w gruzach. Żadna linia kolejowa, żadna ważniejsza arteria komunikacyjna nie otarła się nawet o Lymstock. Dzisiaj było to małe, prowincjonalne miasteczko bez większego znaczenia, raczej zapomniane, wśród porośniętych wrzosem pagórków, otoczone pierścieniem spokojnych pól i folwarków.

Raz w tygodniu odbywał się tutaj targ i wtedy ze wszystkich stron drogami i ścieżkami pędzono różnego rodzaju bydło. Dwa razy do roku organizowano wyścigi zakrojone na niewielką skalę, w których brały udział jakieś zupełnie nieznane konie. Poza tym miasteczko posiadało uroczą ulicę Główną; po obu jej stronach stały nieco w głębi od ulicy pełne dostojeństwa domy, trochę tu jakby nie na miejscu ze swymi oknami na parterze, w których rozłożone były fasolka, warzywa i owoce. Był tu długi, ciemny magazyn tekstylny, spory i okazały sklep żelazny, pretensjonalny urząd pocztowy i cały szereg bliżej nieokreślonych sklepów, dwa konkurujące z sobą sklepy rzeźnicze i Magazyn Międzynarodowy. W miasteczku mieszkał lekarz, poza tym działało biuro prawne pod nazwą Galbraith, Galbraith i Symmington. Obrazu dopełniał piękny i nieoczekiwanie duży zabytkowy kościół z roku 1420. Wreszcie była tu nowa, obrzydliwa szkoła i stały dwie gospody.

Takie oto było Lymstock i, za przykładem panny Emilii Barton, każdy, kto był tutaj „kimś”, składał nam wizytę. Niebawem też Joanna, kupiwszy nowe rękawiczki i ustroiwszy głowę w aksamitny berecik, rozpoczęła rewizyty.

Wszystko było dla nas nowe i zajmujące. Znajdowaliśmy się tutaj tylko przelotem – było to jak gdyby intermezzo w naszym życiu. Postanowiłem więc pójść za radą doktora i zacząć się interesować sąsiadami oraz miejscowymi skandalikami. Nie miałem, oczywiście, wówczas pojęcia, w jakiej formie owe skandaliki dotrą do mej świadomości.

Dziwna rzecz: kiedy przyszedł pierwszy anonim, rozbawił nas raczej, niż oburzył. Pamiętam, że otrzymaliśmy go w czasie śniadania. Obracałem go leniwie w palcach, jak ktoś, komu czas płynie powoli, a każde wydarzenie rozciąga się w nieskończoność. Stwierdziłem najpierw, że list jest miejscowy, a adres wystukany na maszynie. Odpieczętowałem go przed dwoma innymi; jednym z nich był rachunek, a drugi pochodził od jakiegoś kuzyna nudziarza. Koperta zawierała kartkę, a na niej ponaklejane drukowane litery tworzyły słowa i zdania. Wpatrywałem się przez chwilę w list, nie rozumiejąc, o co chodzi. Dopiero po chwili aż podskoczyłem z wrażenia.

Joanna, siedząca ze zmarszczonymi brwiami nad jakimś rachunkiem, podniosła na mnie oczy.

– Co się stało? Wyglądasz, jakbyś był czymś mocno poruszony.

Autor anonimu, używając najbardziej drastycznych zwrotów, wyrażał wątpliwość, czy ja i Joanna jesteśmy rodzeństwem.

– To jakiś wyjątkowo ohydny anonim – odpowiedziałem niechętnie.

Nie zdołałem jeszcze opanować w pełni wrażenia, jakie na mnie wywarł list. Bądź co bądź trudno się było spodziewać czegoś podobnego w tej spokojnej, prowincjonalnej dziurze.

Joanna od razu się ożywiła.

– A o co tam chodzi?

Pamiętam, że w powieściach nie pokazuje się kobietom żadnych plugawych anonimów, aby nie urazić ich delikatnych uczuć. Muszę jednak z przykrością wyznać, że nie przyszło mi nawet do głowy ukrywać przed Joanną treści anonimu. Bez słowa podałem jej więc kartkę.

Joanna usprawiedliwiła moją wiarę w jej zrównoważenie i nie okazała na razie większego zdenerwowania, traktując wszystko na wesoło.

– Co za ohyda! Słyszałam dużo o anonimach, ale nigdy się jakoś z nimi nie zetknęłam bezpośrednio... Czy to zawsze tak samo wygląda?

– Nie mam pojęcia – odpowiedziałem – bo i dla mnie jest to pierwsze doświadczenie na tym polu.

Joanna znowu się roześmiała.

– Miałeś rację, mówiąc o moim makijażu, Jerry! Przypuszczam, że w oczach tutejszych mieszkańców muszę wyglądać na kobietę upadłą!

– Dodaj jeszcze do tego, że nasz ojciec był wysokim brunetem o szerokich szczękach, a matka drobną blondynką z niebieskimi oczami i że ja jestem podobny do ojca, a ty do matki...

Joanna w zamyśleniu skinęła głową.

– Rzeczywiście, nie jesteśmy ani trochę do siebie podobni. Trudno nas wziąć za rodzeństwo.

– W każdym razie znalazł się tu ktoś, kto nas za brata i siostrę nie uważa – rzekłem nieco poruszony.

Joanna powtórzyła, że to wszystko razem wydaje się jej bardzo zabawne. Chwilę trzymała list w palcach, kołysząc nim lekko tam i z powrotem, po czym zapytała, co moim zdaniem powinniśmy z tym dalej zrobić.

– Najstosowniej byłoby wrzucić ten świstek czym prędzej w ogień, wydając okrzyk niesmaku – odpowiedziałem. Słowa poparłem czynem, czemu Joanna żwawo przyklasnęła.

– Prześlicznie to zrobiłeś, Jerry, zupełnie jakbyś całe lata spędził na scenie... Jak to się szczęśliwie złożyło, że w kominku mamy jeszcze ogień, prawda?

– Oczywiście, przy użyciu kosza do śmieci wypadłoby to znacznie mniej efektownie – zgodziłem się. – Mógłbym, co prawda, jeszcze przyłożyć zapałkę do kartki i powoli przyglądać się, jak płonie... albo może lepiej powiedzieć: przyglądać się, jak powoli płonie... – rzekłem z patosem.

– Tylko że jak potrzeba, to nic się nie chce palić – zauważyła Joanna. – Po prostu od razu gaśnie. Musiałbyś prawdopodobnie zużyć ze sto zapałek, jedną po drugiej...

Po chwili wstała od stołu i podeszła do okna. Potem, odwracając się w moją stronę, spytała:

– Bardzo jestem ciekawa, kto to mógł napisać.

– Tego się pewno nigdy nie dowiemy – odrzekłem.

– Tak... i mnie się tak zdaje...

Po chwili milczenia dodała:

– Gdy się tak dłużej nad tym zastanawiam, to już mi się to wydaje mniej zabawne... Wiesz, myślałam, że oni... że oni tutaj nas raczej polubili...

– I tak też jest z pewnością – odparłem gorąco. – To po prostu jakiś niespełna rozumu...

– Chyba że tak... Uff...! Jakież to brudy...!

Po wyjściu Joanny z pokoju do ogródka, na słońce, zapaliłem mego pierwszego po śniadaniu papierosa i pomyślałem, że Joanna trafnie to określiła. To istotnie było coś bardzo brudnego. Ktoś najwidoczniej był niezadowolony z naszego przyjazdu, komuś nie podobała się młoda, nowoczesna uroda Joanny, ktoś chciał ją dotknąć, nas dotknąć. Może najwłaściwiej byłoby przejść nad całą sprawą do porządku dziennego ze śmiechem. Choć w gruncie rzeczy to zupełnie nie było zabawne.

Tego samego przedpołudnia odwiedził nas doktor Griffith. Umówiłem się z nim przedtem, że będzie wpadał raz na tydzień, by dokonać przeglądu stanu mego zdrowia. Doktor Owen Griffith bardzo mi się podobał. Niezgrabny, o niezręcznych ruchach i zwinnych, bardzo delikatnych rękach, mówił jakby urywkami i w ogóle robił wrażenie człowieka nieśmiałego. Orzekł, że ogólnie poprawiłem się wyraźnie, ale na koniec dodał:

– Czuje się pan chyba dzisiaj trochę gorzej? Czy może zaszło coś, co pana zdenerwowało? Wygląda pan na zgaszonego.

– Nie, właściwie nic mi nie jest – odrzekłem. – Po prostu otrzymałem podczas śniadania ordynarny anonim i to zapewne pozostawiło na mnie nieprzyjemny ślad.

Torba lekarska wysunęła się z rąk doktora i upadła na ziemię, a na jego szczupłej twarzy pojawił się wyraz podniecenia.

– Więc i pan otrzymał jeden z tych anonimów?

Słowa doktora bardzo mnie zaskoczyły.

– Czyżby w większej liczbie krążyły po okolicy?

– Owszem, i to już od dłuższego czasu.

– Ach, więc to tak... Bo ja odniosłem wrażenie, że to właśnie nasza obecność jest tutaj niepożądana...

– Ależ nic podobnego! To nie ma nic do rzeczy! To po prostu... – przerwał i spytał po krótkiej chwili milczenia: – A o czym była mowa w tym liście?

Potem mocno się zaczerwienił i dokończył zakłopotany:

– Właściwie może to niedelikatnie z mojej strony, że pytam...

– Ależ bardzo chętnie panu powiem, doktorze – rzekłem. – Po prostu autor listu twierdzi, że ta „wysztafirowana dziewka”, którą tutaj z sobą przywiozłem, wcale nie jest moją siostrą, nawet nie przyrodnią... To byłaby mniej więcej treść listu, i to w wydaniu dla młodych panienek!

Na ciemną twarz doktora wystąpił rumieniec oburzenia.

– Co za bezczelność! Mam nadzieję, że pańska siostra nie była... to jest chciałem powiedzieć, że nie jest tym zbytnio przygnębiona?

– Joanna – odpowiedziałem – pozornie wygląda na aniołka umieszczonego na czubku choinki, ale w gruncie rzeczy jest na wskroś nowoczesną i trzeźwą dziewczyną. Wszystko to uznała raczej za zabawne. Nie zetknęła się dotychczas z niczym podobnym.

– No, jestem tego najzupełniej pewien – przytaknął doktor.

– W każdym razie sądzę, że to najlepsze podejście do tego rodzaju rzeczy. Traktować je po prostu jako coś zabawnego...

– Tak – zgodził się doktor Griffith – tylko... – tu przerwał, ja zaś wpadłem mu szybko w słowa:

– Otóż właśnie... „tylko”...

– Cała bieda w tym – kończył doktor – że skoro raz taka historia się zacznie, to potem rośnie, rośnie, rośnie...

– Zupełnie się z panem zgadzam, doktorze.

– Oczywiście, podłoże całej sprawy jest czysto patologiczne...

– A czy pan się nie domyśla, doktorze, kto może tkwić za tym listem? – spytałem.

– Niestety nie, chociaż bardzo bym chciał. Widzi pan, mania pisania listów anonimowych ma zwykle dwa podłoża: albo jest to przypadek szczególny, skierowany przeciwko jednej określonej osobie, względnie grupie osób, czyli, inaczej mówiąc, jest niejako objawem wytłumaczalnym: ktoś żywi urazę do jakiejś osoby bądź wmawia sobie, że taką urazę żywi, i wybiera ten właśnie brudny, nikczemny sposób jej ujawnienia. To niesmaczne i niskie, ale niekoniecznie chorobliwe. I w takich wypadkach autora na ogół łatwo można wykryć: wydalony służący, zazdrosna kobieta czy coś podobnego. Ale gdy to zatacza szersze kręgi, kiedy nie jest skierowane w stronę kogoś określonego, wówczas sprawa wygląda poważniej. Anonimy wysyłane są na chybił trafił i mają na celu spowodowanie jakiegoś odprężenia, wyładowania w umyśle piszącego. Jak już powiedziałem, jest to bezwzględnie objaw patologiczny. I z biegiem czasu ta choroba rozwija się. Oczywista, że dany osobnik wreszcie zostaje wykryty i najczęściej okazuje się, że jest to osoba najmniej podejrzana. Oto, na przykład, w zeszłym roku podobna rzecz zdarzyła się w moich rodzinnych stronach. Autorką anonimów okazała się kierowniczka działu kapeluszy w wielkim magazynie towarowym. Spokojna, kulturalna kobieta, długoletnia pracowniczka firmy. Pamiętam także jeszcze inny przypadek z mojej praktyki na północy kraju, ale okazało się, że to już były czysto osobiste porachunki. Podkreślam, że na tego rodzaju rzeczy natknąłem się kilkakrotnie w mojej praktyce, i muszę otwarcie powiedzieć: po prostu lękam się ich...

– Czy to się już ciągnie od dawna?

– Chyba nie. Trudno zresztą powiedzieć coś pewnego, ponieważ ci, którzy otrzymują anonimy, przeważnie się do tego nie przyznają; wrzucają po prostu listy do kosza. – Doktor milczał dłuższą chwilę. – Ja sam także otrzymałem anonim – powiedział – a oprócz mnie adwokat Symmington i kilku z moich pacjentów.

– I treść była mniej więcej jednakowa?

– Tak. Podłoże zawsze seksualne, to jest cechą zasadniczą. – Uśmiechnął się, po czym ciągnął dalej: – Na przykład Symmingtona oskarżono o utrzymywanie nielegalnego stosunku z sekretarką, biedną starą panną Ginch, która ma co najmniej czterdzieści lat, nosi binokle i ma zęby jak królik. Symmington po otrzymaniu anonimu poszedł natychmiast na policję. Mnie zaś oskarżono o nieprzestrzeganie etyki lekarskiej w stosunku do pacjentek, i to z podkreśleniem szczegółów... Ogólnie biorąc, wszystkie te listy są absurdalne i trochę śmieszne, a zarazem niesłychanie jadowite... Ale mimo wszystko zaczynam się bać... Te rzeczy mogą się stać niebezpieczne...

– Przyznaję panu zupełną słuszność, doktorze!

– Bo, widzi pan... chociaż to taka dziecinna, grubymi nićmi szyta robota, wcześniej czy później któryś z tych listów trafi w sedno. A wtedy... jeden Bóg wie, co się może stać. Poza tym boję się wpływu, jaki te listy wywrą na słabsze, mało krytyczne umysły. Są ludzie, którzy widząc coś na piśmie, święcie wierzą, że to musi być prawda. A stąd może wyniknąć wiele komplikacji.

– List, który ja otrzymałem, był pisany przez kogoś mało inteligentnego – rzekłem zamyślony – powiedziałbym, że przez kogoś niewykształconego...

– Czyżby? – zdziwił się doktor Griffith.

Kiedy myślałem później o tej rozmowie, doszedłem do przekonania, że owo „czyżby” było raczej niepokojące.

II

Niedostępne w wersji demonstracyjnej

III

Niedostępne w wersji demonstracyjnej

IV

Niedostępne w wersji demonstracyjnej

V

Niedostępne w wersji demonstracyjnej

VI

Niedostępne w wersji demonstracyjnej

VII

Niedostępne w wersji demonstracyjnej

VIII

Niedostępne w wersji demonstracyjnej

IX

Niedostępne w wersji demonstracyjnej

X

Niedostępne w wersji demonstracyjnej

XI

Niedostępne w wersji demonstracyjnej

XII

Niedostępne w wersji demonstracyjnej

XIII

Niedostępne w wersji demonstracyjnej

XIV

Niedostępne w wersji demonstracyjnej

XV

Niedostępne w wersji demonstracyjnej

Tytuł oryginału: The Moving Finger

Projekt znaku serii: Ludwik Żelaźniewcz

Projekt okładki:  Mariusz Banachowicz

Redakcja: Małgorzata Wróblewska

Redakcja techniczna: Ryszard Puchała 

AGATHA CHRISTIE®MARPLE® „The Moving Finger”

Copyright © 1943 Agatha Christie Limited.

(a Charion Limited company) All rights reserved.

Polish edition © Publicat S.A. MCMXCIII, MMXI (wydanie elektroniczne)

Wykorzystywanie e-booka niezgodne z regulaminem dystrybutora, w tym nielegalne jego kopiowanie i rozpowszechnianie, jest zabronione.

Wrocław

Wydawnictwo Dolnośląskie 50-010 Wrocław, ul. Podwale 62 oddział Publicat S.A. w Poznaniu tel. 71 785 90 40, fax 71 785 90 66 e-mail: [email protected] www.wydawnictwodolnoslaskie.pl

ISBN 978-832-459-176-3

Plik ePub został przygotowany na platformie wydawniczej Inpingo

Warszawa 2011