Kurtyna - Agata Christie - ebook + książka

Kurtyna ebook

Agata Christie

4,5

Opis

Stary i zniedołężniały Herkules Poirot wzywa na pomoc swojego Watsona, kapitana Hastingsa. Kiedyś właśnie tutaj, w Styles, zaczynali swoją karierę, teraz znakomity detektyw chce rozwiązać swoją ostatnią zagadkę morderstwa… które dopiero ma zostać popełnione.

Książka, którą można czytać jako wciągający kryminał oraz jako przypowieść wykraczającą daleko poza zobowiązania powieści detektywistycznej.

Najlepiej spuścić kurtynę na codzienność i przy filiżance dobrej kawy lub herbaty zagłębić się w lekturze. Prawdziwa uczta dla miłośników dobrej lektury!

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 255

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,5 (100 ocen)
62
26
10
1
1
Sortuj według:
MariaWojtkowiak

Dobrze spędzony czas

Agata jak zawsze wciąga. Polecam na spokojny wieczór. Czytałam przed laty i z przyjemnością do powieści wróciłam.
00
kajazip

Nie oderwiesz się od lektury

Mistrzyni!!!
00

Popularność




WROCŁAW 2014

Tytuł oryginału

Curtain

Projekt serii

MARIUSZ BANACHOWICZ

Projekt okładki

ANNA DAMASIEWICZ

Fotografie na okładce

© Victor Zastolskiy/Depositphotos.com

© Sandra Cunningham/Depositphotos.com

© Patrick Bombaert/Depositphotos.com

Korekta

ANNA BROCZKOWSKA-NGUYEN

Curtain Copyright © 1975 Agatha Christie Limited.

All rights reserved. AGATHA CHRISTIE, POIROT and the Agatha Christie

Signature are registered trade marks of Agatha Christie Limited in the UK and/or elsewhere. All rights reserved.

Polish edition © Publicat S.A. MCMLXXVIII, MMXIV (wydanie elektroniczne)

Translation by Prószyński Media.

Wykorzystywanie e-booka niezgodne z regulaminem dystrybutora, w tym nielegalne jego kopiowanie i rozpowszechnianie, jest zabronione.

All rights reserved

ISBN 978-83-271-5228-2

jest znakiem towarowym Publicat S.A.

Publicat S.A.

61-003 Poznań, ul. Chlebowa 24

tel. 61 652 92 52, fax 61 652 92 00

e-mail: [email protected], www.publicat.pl

Oddział we Wrocławiu

50-010 Wrocław, ul. Podwale 62

tel. 71 785 90 40, fax 71 785 90 66

e-mail: [email protected]

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

ROZDZIAŁ I

Czy istnieje na świecie człowiek, który nigdy nie doznał nagłego ostrego wrażenia, że przeżywa coś powtórnie, że raz jeszcze ogarnia go znajome uczucie?

Już kiedyś tak było...

Dlaczego te słowa zawsze tak głęboko nas wzruszają?

Zadawałem sobie to pytanie, siedząc w pociągu i spoglądając przez okno na płaski krajobraz hrabstwa Essex.

Ile to lat temu odbywałem identyczną podróż? Sądziłem wówczas – jakie to śmieszne – że mam już za sobą najlepszą część życia! Ranny na wojnie, która dla mnie pozostanie zawsze tą wojną – choć teraz zatarła ją inna, o wiele bardziej zaciekła.

W 1916 roku młodemu Arturowi Hastingsowi wydawało się, że jest starym i doświadczonym człowiekiem. Absolutnie nie uświadamiałem sobie, że dopiero zaczynam żyć.

Jechałem wówczas, nic jeszcze o tym nie wiedząc, aby u celu podróży zetknąć się z człowiekiem, którego wpływ miał ukształtować całą moją przyszłość. Zamierzałem po prostu zamieszkać u dawnego przyjaciela, Johna Cavendisha, w Styles, wiejskiej posiadłości jego matki, która niedawno wyszła po raz drugi za mąż. Spodziewałem się, że w miły sposób odnowię dawne znajomości i nic poza tym, nie przeczuwając, że wkrótce pochłonie mnie ponura zagadka tajemniczego morderstwa.

W Styles właśnie spotkałem zabawnego małego Belga, z którym już raz w jego ojczyźnie skrzyżowały się moje drogi.

Świetnie pamiętam swoje zdumienie na widok utykającego mężczyzny z ogromnymi wąsiskami, który nadchodził ulicą wioski.

Herkules Poirot! Od tamtych dni nie przestał być moim najdroższym przyjacielem, zawsze wywierał na mnie przemożny wpływ. To właśnie w jego towarzystwie, podczas pogoni za innym mordercą, poznałem moją żonę, najwierniejszą i najsłodszą towarzyszkę, z jaką może spędzić życie mężczyzna.

Spoczywała teraz w ziemi argentyńskiej. Umarła tak, jak chciała, uniknąwszy długich, wyniszczających cierpień i starczego zniedołężnienia. Ale pozostawiła tu mnie, bardzo samotnego i bardzo nieszczęśliwego. Ach, gdybym mógł to cofnąć i przeżyć ponownie... Gdyby znowu był ów dzień w 1916 roku, kiedy pierwszy raz jechałem do Styles... Ile się od tego czasu zmieniło! Ile wyrw pośród znajomych twarzy! Styles też zostało sprzedane. John Cavendish umarł, a jego żona Mary (wtedy tak fascynująca i zagadkowa) żyje jeszcze i mieszka w Devonshire. Laurence z żoną i dziećmi przebywa w Afryce Południowej. Zmiany, wszędzie zmiany...

Pod jednym względem nic się nie zmieniło. Dziś też jechałem do Styles na spotkanie z Herkulesem Poirotem.

Osłupiałem wręcz, otrzymawszy od niego list wysłany ze Styles w Styles St Mary, Essex...

Nie widziałem mego przyjaciela prawie rok. Ostatnia wizyta u niego wstrząsnęła mną i głęboko mnie zasmuciła. Był teraz bardzo stary i prawie unieruchomiony artretyzmem. Odbył podróż do Egiptu w nadziei, że będzie się potem miał lepiej, ale sądząc z listu – wrócił w stanie jeszcze gorszym. Niemniej pisał wesoło:

... i czy nie zaintrygował Cię, przyjacielu, adres w nagłówku mojego listu? Przywołuje zamierzchłe wspomnienia, prawda? Tak, jestem tutaj, w Styles. Wyobraź sobie, że jest tu teraz tak zwany pensjonat. Prowadzi go jeden z tych waszych nadzwyczaj brytyjskich emerytowanych pułkowników – co to „my ze starej szkoły” i „dżentelmen w każdym calu”. To jego żona bien entendu[1]zarabia na życie. Dobra z niej gospodyni, ale język ma, jakby napiła się octu, i biedny pułkownik cierpi z tego powodu, a jakże. Ja na jego miejscu dawno bym się zbuntował!

Zobaczyłem w gazecie ogłoszenie i wzięła mnie chętka, żeby jeszcze raz znaleźć się w miejscu, które było moim pierwszym domem w tym kraju. W moim wieku człowiek lubi ożywiać przyszłość.

I wyobraź sobie tylko, po przyjeździe poznaję tu pewnego pana, baroneta, który jest przyjacielem pracodawcy Twojej córki (to zdanie brzmi trochę jak francuskie ćwiczenie z gramatyki, n’est-ce pas[2]?). Natychmiast układam plan. Mój znajomy zamierza skłonić Franklinów, żeby przyjechali tutaj na lato. Ja ze swej strony namówię Ciebie i będziemy wszyscy razem en famille[3]. Przyjemna perspektywa, prawda? A więc, mój drogi, dépêchez-vous[4], przybywaj jak najspieszniej. Zamówiłem dla Ciebie pokój z łazienką (unowocześnili, rozumiesz, drogie stare Styles) i targowałem się z panią pułkownikową Luttrell, aż ustaliliśmy cenę très bon marché[5].

Franklinowie i Twoja urocza Judith są tu już od paru dni. Wszystko załatwione, nie zrób mi więc zawodu.

À bientôt[6]

zawsze Twój Herkules Poirot

Perspektywa istotnie była nęcąca i bez wahania uległem życzeniu starego przyjaciela. Nie miałem żadnych obowiązków ani stałego miejsca zamieszkania. Jeden z moich synów służył w marynarce, drugi, żonaty, miał ranczo w Argentynie. Córka Grace wyszła za oficera i mieszkała obecnie w Indiach. Najmłodszą, Judith, zawsze w głębi serca kochałem najbardziej ze wszystkich dzieci, choć nigdy, ani przez jedną chwilę, jej nie rozumiałem. Dziwne, ciemnowłose, małomówne dziecko, zawzięcie skrywające swe myśli, co czasem obrażało mnie i doprowadzało do rozpaczy. Moja żona była bardzo wyrozumiała. Zapewniała mnie, że nie jest to u Judith świadectwem braku zaufania czy niechęci, ale nieodpartą koniecznością. Lecz tak samo jak ja, często martwiła się o naszą córkę. Uważała, że Judith jest zbyt napięta, zbyt skupiona, a odruchowa rezerwa pozbawia ją klapy bezpieczeństwa. Miewała dziwne napady milczącej zadumy i potrafiła trwać przy swoim z gwałtownym zacietrzewieniem. Z całej rodziny ona była najzdolniejsza i zgodziliśmy się chętnie, kiedy wyraziła chęć pójścia na uniwersytet. Przed rokiem zrobiła magisterium z nauk przyrodniczych i przyjęła posadę sekretarki u lekarza prowadzącego badania naukowe w związku z jakąś chorobą tropikalną. Żona doktora Franklina jest bardzo wątła i stale niedomaga.

Od czasu do czasu ogarniał mnie niepokój, czy przejęcie się pracą i przywiązanie do szefa nie świadczy, że Judith jest zakochana, ale uspokajał mnie czysto urzędowy charakter ich stosunków.

Wierzyłem, że Judith darzy mnie uczuciem, ale przy jej wrodzonej powściągliwości często drażniły ją i odstręczały moje – jak to nazywała – sentymentalne i staroświeckie poglądy. Prawdę mówiąc, moja córka trochę mnie onieśmielała!

Na tym urwałem rozważania, gdyż pociąg wjechał na stację w Styles St Mary. Czas zdawał się omijać to miejsce. Budynek stacyjny wznosił się jak dawniej samotnie wśród pól bez widocznej racji istnienia.

Przejeżdżając taksówką przez wioskę uświadomiłem sobie jednak, jak wiele lat upłynęło. Styles St Mary zmieniło się nie do poznania. Stacje benzynowe, dwie nowe gospody i rzędy niedawno postawionych domków jednorodzinnych.

Wreszcie skręciliśmy w bramę Styles. Tu znów odniosłem wrażenie, że cofam się w przeszłość. Park pozostał mniej więcej taki, jak go zapamiętałem, tylko aleja wjazdowa była źle utrzymana i zarośnięta zielskiem, przebijającym się przez żwir. Minęliśmy zakręt i oczom naszym ukazał się dwór. Z zewnątrz wyglądał tak samo jak dawniej i bardzo potrzebował świeżej farby.

Teraz też, jak wtedy, przed wielu laty, nad jednym z klombów pochylała się kobieca postać. Poczułem skurcz w sercu. Kobieta wyprostowała się, podeszła bliżej i roześmiałem się z siebie samego. Trudno byłoby o jaskrawszy kontrast z krzepką Evelyn Howard.

Stała przede mną drobna starsza pani z gęstwą wijących się siwych włosów, o różowych policzkach i zimnych, bladoniebieskich oczach, których wyraz kontrastował z jej swobodnym, jowialnym sposobem bycia, prawdę mówiąc, nieco zbyt wylewnym jak na mój gust.

– Pan kapitan Hastings, prawda? No proszę! A ja tu stoję z usmolonymi łapami i nawet nie mogę przywitać się jak należy. Tak się cieszymy, że pan do nas przyjechał – czegośmy się o panu nie nasłuchali! Muszę się przedstawić. Nazywam się Luttrell. Kupiliśmy z mężem tę posiadłość w przystępie szaleństwa i próbujemy na niej się dorobić. Nigdy nie myślałam, że pewnego dnia zostanę właścicielką hotelu! Lecz ostrzegam pana, kapitanie, jestem bardzo praktyczną kobietą, biorę dopłaty za wszystko, co się da.

Roześmieliśmy się oboje jak ze znakomitego dowcipu, ale przyszło mi do głowy, że najprawdopodobniej zapowiedź pani Luttrell należy potraktować dosłownie. Pod cienką warstwą manier czarującej starszej pani dostrzegałem twardą bezwzględność.

Pani Luttrell wpadała czasem w irlandzki akcent, choć nie pochodziła z Irlandii. Taką przybierała pozę.

Zapytałem o swego przyjaciela.

– Ach, biedny mały pan Poirot! Jak on na pana czekał. Kamień by się wzruszył. Okropnie mi żal, że tak cierpi, biedaczek!

Szliśmy w stronę domu i pani Luttrell powoli ściągała ogrodowe rękawice.

– I pańska śliczna córka też. Cóż to za urocza dziewczyna! Wszyscy tu szalenie ją podziwiamy! Ale ja jestem staroświecka, rozumie pan, i dla mnie to skandal wołający o pomstę do nieba, że taka panienka, która powinna biegać na zabawy i tańczyć z młodymi ludźmi, spędza czas na krajaniu królików i ślęczy cały boży dzień nad mikroskopem. Ja bym zostawiła takie zajęcie brzydulom.

– Gdzie jest Judith? – spytałem. – Czy gdzieś w pobliżu?

Pani Luttrell zmarszczyła wymownie brwi.

– Ach, to biedne dziecko. Jest zamknięta w tej niby pracowni na tyłach ogrodu. Doktor Franklin wynajął ją ode mnie i odpowiednio wyposażył. Trzyma w niej klatki z morskimi świnkami i myszy, i króliki, nieszczęsne stworzenia. Ja tam chyba wcale nie lubię tej całej nauki, panie kapitanie. O proszę, oto mój mąż.

Pułkownik Luttrell akurat wyszedł zza narożnika domu. Był to bardzo wysoki, kościsty mężczyzna z mizerną twarzą, łagodnymi błękitnymi oczami, skubiący niepewnie krótki siwy wąsik. Miał niezdecydowany, nerwowy sposób bycia.

– George, to jest kapitan Hastings.

Pułkownik Luttrell wymienił ze mną uścisk dłoni.

– Przyjechał pan, hm... pociągiem o piątej, hm... czterdzieści?

– Jak inaczej mógł przyjechać? – przerwała ostro pani Luttrell. – I zresztą, co za różnica? Zaprowadź pana i pokaż mu jego pokój, George. A potem chyba zechce udać się wprost do pana Poirota... Czy wolałby pan może wpierw napić się herbaty?

Zapewniłem ją, że nie chcę herbaty i wolę przywitać się z przyjacielem.

– W porządku. Chodźmy. Mam, hm... nadzieję, że wniesiono już pana rzeczy... tak, Daisy?

Pani Luttrell mruknęła cierpko:

– To twoja sprawa, George. Ja pracowałam w ogrodzie. Nie mogę zajmować się wszystkim.

– Nie, nie, oczywiście. Ja... ja już tego przypilnuję, moja droga.

Wszedłem w ślad za nim na schodki wiodące do wejścia. W drzwiach natknęliśmy się na siwowłosego szczupłego mężczyznę, biegnącego gdzieś z lornetką polową w ręku. Powłóczył nogą i miał żarliwą chłopięcą twarz. Powiedział, zacinając się lekko:

– Tam na jaworze parka krzewek czarnołbistych buduje sobie gniazdo.

Weszliśmy do hallu i Luttrell wyjaśnił:

– To Norton. Sympatyczny facet. Ma bzika na punkcie ptaków.

W hallu przy stole stał rosły, silnie zbudowany mężczyzna. Widać było, że przed chwilą odłożył słuchawkę telefoniczną.

Zwrócił się w naszą stronę:

– Miałbym ochotę powiesić, włóczyć końmi i poćwiartować wszystkich przedsiębiorców budowlanych i architektów. Niech ich diabli wezmą, nigdy nie zrobią nic jak należy.

Był tak komiczny i mówił to tak posępnie, że obaj parsknęliśmy śmiechem. Z miejsca poczułem do niego sympatię. Z ciemną opalenizną na twarzy był nadzwyczaj przystojny, choć dawno przekroczył pięćdziesiątkę. Wyglądał jak człowiek, który przebywa dużo na świeżym powietrzu, i prezentował coraz rzadziej spotykany typ Anglika starej szkoły, prawego, lubiącego przyrodę i umiejącego wydawać rozkazy.

Nie zdziwiło mnie wcale, kiedy pułkownik Luttrell, przedstawiając nas sobie, wymienił jego nazwisko. Wiedziałem, że sir William Boyd Carrington był w Indiach gubernatorem jednej z prowincji, gdzie znakomicie się spisywał. Miał też reputację świetnego strzelca i polował na grubego zwierza. Pomyślałem z żalem, że w naszych zdegenerowanych czasach nie rodzą się już tacy ludzie.

– Witam – powiedział. – Miło mi zobaczyć na własne oczy tak słynną osobistość jak mon ami[7] Hastings. – Zaśmiał się. – Ten przemiły staruszek ciągle o panu opowiada. A poza tym, rzecz jasna, mamy tu pana córkę. Wspaniała dziewczyna.

– Nie sądzę, żeby Judith też o mnie dużo mówiła – wtrąciłem z uśmiechem.

– Nie, skądże, jest na to o wiele za nowoczesna. Te dzisiejsze dziewczęta zawsze wyglądają tak, jakby się wstydziły, że w ogóle mają matkę czy ojca.

– Rodzice – powiedziałem – to na dobrą sprawę dopust boży.

Znowu się roześmiał.

– Mnie te kłopoty nie dotyczą. Nie mam, niestety, dzieci. Pańska Judith to piękna panna, ale strasznie uczona. Trochę się jej boję. – Znowu podniósł słuchawkę telefoniczną. – Mam nadzieję, Luttrell, że nie zgorszy się pan, jeśli zwymyślam wasze telefonistki w centrali. Nie jestem specjalnie cierpliwy.

– Dobrze im to zrobi.

Na pierwszym piętrze Luttrell poprowadził mnie lewym skrzydłem domu do drzwi na samym końcu korytarza, i uświadomiłem sobie, że Poirot wybrał dla mnie pokój, który ongiś zajmowałem.

Zmieniło się tutaj. Kiedy szedłem korytarzem, niektóre drzwi stały otworem, i zauważyłem, że staromodne duże sypialnie podzielono przepierzeniami na mniejsze.

Mój pokój, nie tak obszerny jak inne, pozostał niezmieniony, zainstalowano w nim tylko termę do ciepłej wody, a za przepierzeniem urządzono niewielką łazienkę. Tanie, nowoczesne umeblowanie raczej mnie rozczarowało. Wolałbym styl bardziej zbliżony do architektury domu. Moje bagaże już się tu znajdowały i pułkownik wyjaśnił, że pokój Poirota jest dokładnie naprzeciwko. Chciał właśnie iść tam razem ze mną, kiedy w hallu na dole rozległ się ostry krzyk:

– George!

Pułkownik Luttrell poderwał się jak nerwowy koń. Odruchowo sięgnął palcami do wąsów.

– Czy... czy... pan naprawdę niczego już nie potrzebuje? Proszę dzwonić, gdyby trzeba było...

– George...

– Idę, kochanie, już idę...

Wybiegł na korytarz. Przez chwilę spoglądałem za nim. Potem, czując, że trochę mocniej bije mi serce, zapukałem do drzwi pokoju Poirota.

PRZYPISY
[1]fr. Naturalnie, oczywiście.
[2]fr. Nieprawdaż?
[3]fr. Całą rodziną; w rodzinie.
[4]fr. Pospiesz się.
[5]fr. W dobrej cenie; tanio.
[6]fr. Do zobaczenia wkrótce.
[7]fr. Mój przyjaciel.