Morderstwo na plebanii - Agata Christie - ebook

Morderstwo na plebanii ebook

Agata Christie

4,4

Opis

Nikt nie lubi pułkownika Protheroe za jego bezwzględność, wąskie horyzonty i toporne maniery. Nawet pastor, narrator opowieści, stwierdza, że ten, kto pozbawi pułkownika życia, wyświadczy światu przysługę... Nie spodziewa się, jak szybko złe licho wysłucha jego słów.

Śledztwo napotyka wiele trudności i nie wiadomo, jaki byłby jego koniec, gdyby nie wścibska panna Marple, która dotrzymuje kroku nawet naczelnikowi policji.

Agata Christie z dogłębną przenikliwością portretuje małą społeczność, a jej mistrzowska intryga trzyma w napięciu i zaskakuje.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 310

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Tytuł oryginału
The Murder at the Vicarage
Projekt okładki
ANNA DAMASIEWICZ
Fotografia na okładce
© Andrewroland/stock.chroma.pl
Redakcja
MAŁGORZATA KLICH
Korekta
CELINA RYMSZA
Redakcja techniczna
LOREM IPSUM
The Murder at the Vicarage Copyright © 1930 Agatha Christie Limited.
All rights reserved. AGATHA CHRISTIE, MARPLE and the Agatha Christie
Signature are registered trade marks of Agatha Christie Limited
in the UK and/or elsewhere. All rights reserved.
The Agatha Christie Roundel Copyright © 2013 Agatha Christie Limited
Used by permission. All rights reserved.
Polish edition published by Publicat S.A. MMXIV, MMXV (wydanie elektroniczne)
Wykorzystywanie e-booka niezgodne z regulaminem dystrybutora,
w tym nielegalne jego kopiowanie i rozpowszechnianie, jest zabronione.
jest znakiem towarowym Publicat S.A.
Wydanie elektroniczne 2015
ISBN 978-83-271-5362-3
Publicat S.A.
61-003 Poznań, ul. Chlebowa 24
tel. 61 652 92 52, fax 61 652 92 00
e-mail: [email protected], www.publicat.pl
Oddział we Wrocławiu
Rozdział I

Trudno się zdecydować, od czego rozpocząć tę opowieść. Mój wybór padł na pewien środowy obiad na plebanii. Rozmowa przy stole, choć w przeważającej części niezwiązana ze sprawą, którą chciałbym przedstawić, dotyczyła jednakowoż kilku znaczących wydarzeń, mających wpływ na późniejszy rozwój wypadków.

Właśnie skończyłem kroić gotowaną wołowinę (wyjątkowo żylastą, nawiasem mówiąc). Powróciwszy na swoje miejsce, napomknąłem w sposób całkowicie nieprzystający duchownemu, że ten, kto zamordowałby pułkownika Protheroe, wyświadczyłby światu niemałą przysługę.

Mój młodociany siostrzeniec Dennis natychmiast zauważył:

– Wypomnieliby to wujowi, gdyby znaleźli starego w kałuży krwi. Mary poświadczy. Prawda, Mary? I opisze, jak wuj mściwie wymachiwał nożem do mięsa.

Mary, która jest na plebanii służącą u progu kariery, aspirującą do lepszej posady i wyższej pensji, oznajmiła jedynie donośnym, rzeczowym tonem: „Zielenina!” i buńczucznie podsunęła chłopcu pęknięty talerz.

Moja żona zapytała współczującym głosem:

– Mocno dał ci się we znaki?

Nie odpowiedziałem od razu, ponieważ Mary, odstawiwszy z trzaskiem półmisek warzyw, podetknęła mi pod nos porcję knedli, koszmarnie rozmiękłych i nieapetycznych. Odmówiłem słowami: „Nie, dziękuję”, ona zaś cisnęła talerzem o stół i wyszła z jadalni.

– Szkoda, że taka okropna ze mnie gospodyni – stwierdziła moja małżonka z nutą szczerego żalu w głosie.

Byłem skłonny się z nią zgodzić. Moja połowica ma na imię Gryzelda – to wielce stosowne imię dla żony pastora. Ale na tym stosowność się kończy. Skromna i łagodna nie jest bowiem ani trochę.

Zawsze wyznawałem pogląd, że duchowni nie powinni się żenić. Dlaczego nakłoniłem Gryzeldę do poślubienia mnie po zaledwie dwudziestoczterogodzinnej znajomości, do dziś pozostaje dla mnie tajemnicą. Małżeństwo, jak niezmiennie utrzymuję, to poważna sprawa, na którą należy decydować się przezornie, po długim namyśle, ze szczególnym wzięciem pod rozwagę upodobań i skłonności.

Gryzelda jest młodsza ode mnie o prawie dwadzieścia lat. Obdarzona urodą, która potrafi rozproszyć uwagę, jest całkowicie niezdolna do brania czegokolwiek na poważnie. Brak jej wszelkich umiejętności, a życie z nią stanowi nie lada wyzwanie. Parafię traktuje jak zabawkę służącą rozrywce. Porwałem się na próbę ukształtowania umysłu mojej małżonki i poniosłem fiasko. Żywię głębokie przekonanie, że celibat jest wskazany dla stanu duchownego. Wielekroć napomykałem o tym Gryzeldzie, lecz ona tylko zbywała mnie śmiechem.

– Moja droga – mawiałem – gdybyś tak wykazała odrobinę chęci...

– Czasem się staram – odpowiadała. – Ale, ogólnie rzecz biorąc, nikomu nie wychodzi to na dobre. Najwyraźniej nie jestem z natury gospodynią. Uważam, że lepiej przekazać prowadzenie domu Mary i pogodzić się z jedzeniem wstrętnych potraw oraz rozmaitymi niewygodami.

– A co z twoim mężem, moja droga? – spytałem z wyrzutem i idąc za przykładem szatana cytującego Biblię w niecnych zamiarach, dodałem: – „Bada bieg spraw domowych...”[1].

– Pomyśl, jakie masz szczęście, że nie rozszarpią cię lwy – wtrąciła prędko Gryzelda. – Ani nie spalą na stosie. Podła strawa, kłęby kurzu i zdechłe osy to naprawdę nie powód do grymaszenia i awantur. Opowiedz mi coś więcej o pułkowniku Protheroe. W każdym razie pierwszym chrześcijanom dopisywało szczęście, bo nie było wtedy kościelnych.

– To nadęty prostak – zawyrokował Dennis. – Nie dziwota, że pierwsza żona od niego uciekła.

– Nie miała innego wyjścia – zgodziła się moja małżonka.

– Gryzeldo – napomniałem surowo. – Nie pozwalam ci mówić w ten sposób.

– Najdroższy – odparła czule. – Opowiedz mi o nim. O co poszło? O to, że pan Hawes co chwilę kiwa głową i się żegna?

Hawes to nowy wikary. Jest u nas od trzech tygodni z małym okładem. Sympatyzuje z Kościołem Wysokim i pości w piątki. Pułkownik Protheroe jest wielkim przeciwnikiem wszelkich rytuałów.

– Nie tym razem. Choć napomknął o tym mimochodem. Nie, cały problem powstał z powodu nieszczęsnego funtowego banknotu pani Price Ridley.

Pani Price Ridley jest gorliwą parafianką. Uczestnicząc w porannej mszy w rocznicę śmierci syna, ofiarowała na tacę funtowy banknot. Odczytując później wywieszoną na tablicy ogłoszeń sumę kościelnej zbiórki, z bólem serca spostrzegła, że banknot dziesięcioszylingowy był najwyższym wymienionym nominałem.

Poskarżyła mi się z tego powodu, ja zaś rozsądnie zauważyłem, że zapewne się pomyliła.

– Lat nam przybywa – rzekłem, starając się taktownie zboczyć z tematu. – Kłopoty z pamięcią to przykre strony podeszłego wieku.

O dziwo, moje słowa jeszcze bardziej ją rozsierdziły. Oznajmiła, że to wszystko wygląda podejrzanie, była także zaskoczona, że i ja tak nie uważam. Odeszła wzburzona i, jak mniemam, zaniosła swoje troski pułkownikowi Protheroe. Pułkownik jest typem człowieka, który z upodobaniem czyni mnóstwo hałasu przy każdej możliwej okazji. Zrobił tak i tym razem. Szkoda, że akurat w środę. W środowe poranki uczę w szkole przykościelnej, a czynność ta wywołuje we mnie silną nerwowość i wytrąca z równowagi na resztę dnia.

– Cóż, przypuszczam, że przysporzyło mu to trochę uciechy – skomentowała moja żona, próbując bezstronnie podsumować sytuację. – Nikt mu nie nadskakuje i nie zwraca się do niego per drogi pastorze, nie haftuje mu ohydnych domowych pantofli ani nie wręcza na święta ciepłych skarpet. Zarówno żona, jak i córka mają go po dziurki w nosie. Pewnie jest szczęśliwy, mogąc poczuć się kimś ważnym.

– Nie musi przy tym nikogo obrażać – skwitowałem nieco zapalczywie. – Chyba nie do końca zdaje sobie sprawę z konsekwencji tego, co mówi. Zamierza przejrzeć wszystkie kościelne księgi rachunkowe – na wypadek malwersacji. Takiego słowa użył. Malwersacje! Czyżby podejrzewał mnie o sprzeniewierzanie kościelnych funduszy?

– Nikt by cię o nic nie podejrzewał, najdroższy – rzekła Gryzelda. – Jesteś w oczywisty sposób ponad wszelkimi podejrzeniami, tak że doprawdy mógłbyś skorzystać z cudownej okazji. Chciałabym, żebyś zdefraudował pieniądze na misje. Nie znoszę misjonarzy, zawsze ich nienawidziłam.

Zbeształbym ją za takie stanowisko, gdyby w tym momencie nie wkroczyła Mary z niedogotowanym puddingiem ryżowym. Łagodnie zaprotestowałem, tymczasem Gryzelda poinformowała, że Japończycy od zawsze jadają niedogotowany ryż i dzięki temu cieszą się znakomitym intelektem.

– Śmiem powiedzieć, że gdybyś dostawał taki pudding ryżowy codziennie aż do niedzieli, wygłosiłbyś fenomenalne kazanie.

– Boże broń – rzekłem i aż wzdrygnąłem się na tę myśl. – Protheroe przyjdzie jutro wieczorem i wspólnie przejrzymy rachunki – kontynuowałem. – Muszę dziś dokończyć przygotowywanie mowy dla S.M.C.K. A[2]. Sprawdzając źródła, tak bardzo dałem się wciągnąć w lekturę Rzeczywistości Canon Shirley, że praca nie posunęła się naprzód tak jak powinna. Co robisz dzisiaj po południu, Gryzeldo?

– Wypełniam swoje obowiązki – odparła. – Obowiązki żony pastora. Herbatka i skandal o wpół do piątej.

– Kto przychodzi?

Gryzelda zaczęła odliczać na palcach z cnotliwym rumieńcem na twarzy.

– Pani Price Ridley, panna Wetherby, panna Hartnell i ta okropna panna Marple.

– Ja dosyć lubię pannę Marple – oznajmiłem. – Przynajmniej ma poczucie humoru.

– To największa zołza w całej wsi – stwierdziła Gryzelda. – W dodatku zawsze jest zorientowana we wszystkim, co się dzieje, i wyciąga z tego najgorsze wnioski.

Gryzelda, jak już wspominałem, jest dużo młodsza ode mnie. W moim wieku człowiek już wie, że te najgorsze okazują się zazwyczaj prawdą.

– Cóż, mnie na tym podwieczorku się nie spodziewaj – zaznaczył Dennis.

– Bestia! – obruszyła się moja małżonka.

– Owszem, ale zważ, że państwo Protheroe naprawdę zaprosili mnie dziś na partię tenisa.

– Bestia! – powtórzyła Gryzelda.

Dennis przezornie czmychnął, ja zaś udałem się z żoną do gabinetu.

– Ciekawe, kogo zaserwują dziś na podwieczorek. – Zastanawiała się, sadowiąc na biurku. – Doktora Stone’a i pannę Cram, jak sądzę, no i może panią Lestrange. À propos, telefonowałam do niej wczoraj, ale jej nie zastałam. Tak, jestem przekonana, że pani Lestrange będzie którąś z przekąsek. To takie tajemnicze, prawda? Że przybyła tu ot tak i zamieszkała w domu, którego prawie nigdy nie opuszcza. Od razu przychodzą na myśl powieści detektywistyczne. No wiesz: „Kimże była tajemnicza kobieta o pięknym, bladym licu? Co skrywała jej przeszłość? Tego nie wiedział nikt. Otaczała ją jakaś aura złowieszczości”. Sądzę, że doktor Haydock coś o niej wie.

– Czytujesz zbyt wiele kryminałów, Gryzeldo – delikatnie wytknąłem.

– A co powiesz o sobie? – odcięła się. – Któregoś razu, gdy siedziałeś tutaj i pisałeś kazanie, szukałam wszędzie Krwi na schodach. W końcu weszłam zapytać, czy widziałeś gdzieś tę książkę, no i na co się natknęłam?

Miałem dość przyzwoitości, by spłonąć rumieńcem.

– Sięgnąłem po pierwszą z brzegu. Przypadkowe zdanie przykuło moją uwagę i...

– Znam te przypadkowe zdania – przerwała mi Gryzelda. Zacytowała z mocą: – „A wtedy wydarzyło się coś bardzo dziwnego – Gryzelda wstała, przeszła przez pokój i czule pocałowała swego starszego męża”.

Słowa zamieniła w czyn.

– Czy to aż tak dziwne? – droczyłem się.

– Oczywiście. Zdajesz sobie sprawę, Len, że mogłam poślubić ministra, baroneta, bogatego założyciela spółki, trzech niższych rangą oficerów, nicponia o uroczych manierach, a zamiast nich wybrałam ciebie? Czy cię to nie zdumiewa?

– Wtedy istotnie mnie zdumiało – przyznałem. – Często zachodziłem w głowę, dlaczego to zrobiłaś.

Roześmiała się.

– Ponieważ poczułam dzięki temu wielką moc – odparła półszeptem. – Inni uważali, że jestem cudowna i oczywiście byliby zachwyceni, mając mnie u swego boku. Uosabiam wszystko, czego najbardziej nie lubisz i nie aprobujesz, a jednak nie potrafiłeś mi się oprzeć! Moja próżność nie mogła pozostać na to obojętna. O ileż przyjemniej być czyimś sekretnym i rozkosznym grzechem niż tylko ozdobnym piórkiem w cudzym kapeluszu. Straszliwie uprzykrzam ci życie i nieustannie cię podburzam, a mimo to wielbisz mnie do szaleństwa. Bo uwielbiasz mnie do szaleństwa, prawda?

– Oczywiście, darzę cię uczuciem, moja droga.

– Och, Len! Ty mnie wprost ubóstwiasz. Pamiętasz tamten dzień, kiedy zabawiłam dłużej w mieście i wysłałam do ciebie depeszę, której nigdy nie otrzymałeś, ponieważ siostra kierowniczki poczty wydała na świat bliźniaki, a na poczcie zapomnieli o telegramie? Pamiętasz stan, do jakiego się doprowadziłeś? Telefonowałeś do Scotland Yardu i podniosłeś straszliwe larum.

Są rzeczy, których wolelibyśmy sobie nie przypominać. Rzeczywiście, we wspomnianej sytuacji postąpiłem wyjątkowo niemądrze. Odparłem:

– Jeśli nie masz nic przeciwko, kochanie, chciałbym usiąść do mowy dla S.M.C.K.A.

Gryzelda westchnęła z głęboką irytacją, potargała mi włosy na czubku głowy, na powrót je przygładziła i oznajmiła:

– Nie zasługujesz na mnie. Naprawdę nie zasługujesz. Wdam się w romans z artystą. Serio, daję słowo. Pomyśl, jaki skandal wybuchnie w parafii.

– Już wybuchł – delikatnie zauważyłem.

Gryzelda się roześmiała, posłała mi całusa i wyszła przez oszklone drzwi.

Rozdział II

Gryzelda jest szalenie irytującą kobietą. Kiedy po obiedzie odszedłem od stołu, czułem, że jestem w odpowiednim nastroju, by przygotować naprawdę przekonującą, płomienną mowę dla Stowarzyszenia Męskich Członków Kościoła Anglikańskiego. Teraz byłem niespokojny i wytrącony z równowagi.

Gdy już na poważnie zabierałem się do pracy, do pokoju wpłynęła Letycja Protheroe.

Rozmyślnie użyłem słowa „wpłynęła”. Czytywałem powieści, w których przedstawiano młodych ludzi jako osoby tryskające energią – joie de vivre[3] – cudowną witalnością młodzieńczego wieku... Natomiast wszyscy młodzi spotykani przeze mnie osobiście mieli werwę zwierzęcego truchła.

Tego popołudnia Letycja szczególnie mocno przypominała zjawę. To urodziwa dziewczyna, bardzo wysoka, o jasnej cerze, jednak kompletnie pozbawiona wyrazistości. Weszła przez przeszklone drzwi, z roztargnieniem zdjęła z głowy żółty beret i bąknęła niewyraźnie, jakby gdzieś z daleka: „Och, to pan!”.

Od strony Old Hall biegnie przez las ścieżka, która prowadzi do naszej furtki do ogrodu, toteż większość nadchodzących stamtąd osób wchodzi właśnie tędy i zjawia się pod oknami gabinetu, zamiast wybrać okrężną drogę i podejść pod drzwi frontowe od ulicy. Pojawienie się Letycji mnie nie zaskoczyło, choć niezbyt spodobała mi się jej postawa.

Jeśli ktoś przychodzi na plebanię, powinien być przygotowany na spotkanie z plebanem.

Weszła i runęła jak kłoda na obszerny fotel. Skubała bezmyślnie włosy, gapiąc się w sufit.

– Jest tu Dennis?

– Nie widziałem go od obiadu. O ile mi wiadomo, miał grać u was w tenisa.

– Och! – zawołała Letycja. – Mam nadzieję, że tam nie poszedł. Nie zastanie nikogo.

– Twierdził, że go zaprosiłaś.

– Pewnie tak. Tylko że w piątek. A dzisiaj mamy wtorek.

– Środę – poprawiłem.

– Och! Straszne! – rzekła na to Letycja. – To znaczy, że po raz trzeci zapomniałam o obiedzie z pewnymi osobami.

Na szczęście zbyt mocno jej to nie trapiło.

– A czy jest tu gdzieś Gryzelda?

– Przypuszczam, że znajdziesz ją w pracowni w ogrodzie, pozującą Lawrence’owi Reddingowi.

– Zrobiła się z jego powodu straszna kołomyja – oznajmiła Letycja. – Wie pan, przez ojca. On jest okropny.

– A czego dotyczyła ta cała koło... O co poszło? – dociekałem.

– O to, że mnie malował. Ojciec się dowiedział. Dlaczego nie można mnie namalować w sukience kąpielowej? Skoro chodzę w niej po plaży, dlaczego nie mogę w niej pozować?

Letycja zrobiła pauzę.

– To doprawdy nonsens – kontynuowała – żeby ojciec zabraniał młodemu mężczyźnie wstępu do domu. Oczywiście narobiliśmy z Lawrence’em wrzasku. Namaluje mnie tutaj, u pana w pracowni.

– Nie, moja droga – sprzeciwiłem się. – Skoro twój ojciec zabrania.

[...]

Przypisy
[1] Prz 31, 27 (przyp. red.).
[2] Stowarzyszenie Męskich Członków Kościoła Anglikańskiego (przyp. red.).
[3]Joie de vivre (franc.) – radość życia (przyp. tłum.).