Mord nocy letniej - Agata Christie - ebook + książka

Mord nocy letniej ebook

Agata Christie

3,9

Opis

Królowa kryminału w wakacyjnej odsłonie!

Sięgnijcie po wyśmienitą kolekcję gorących opowiadań, które rozpalają emocje do czerwoności.

Latem bowiem wraz ze wzrostem temperatury rośnie też potencjał zła. Od Kornwalii po Riwierę Francuską, od delfickich świątyń po angielskie wiejskie domy słynne postacie stworzone przez Christie niestrudzenie rozwiązują najbardziej skomplikowane zagadki kryminalne.

Gdy praży letnie słońce, warto rozłożyć leżak, otworzyć książkę i śledzić nieprawdopodobne zwroty akcji, które serwuje niedościgniona Agatha Christie.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 285

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,9 (46 ocen)
14
19
9
4
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Ainai1

Z braku laku…

już te historie gdzieś czytałam a może są tak klasyczne dla Christie że domyślałam się zakończeń. Do czytania w lato może być.
10
MariMai

Dobrze spędzony czas

Przyjemny zbiór opowiadań, jeśli lubi się Christie. Szkoda, że część tekstów odstaje - są po prostu słabe.
00
Gusiolec

Nie oderwiesz się od lektury

🥰
00
KorienOlven

Nie oderwiesz się od lektury

zbiór opowiadań z różnych wcześniej wydanych tomów, pozwala nam poznać wielu bohaterów Agathy Christie, co może ułatwić dobór kolejnych lektur
00
PaulinaJ29

Dobrze spędzony czas

Bardzo dobry zbiór opowiadań, niektóre z nich faktycznie zostały utrzymane w letnim klimacie.
00

Popularność




Za­pra­szamy na www.pu­bli­cat.pl
Ty­tuł ory­gi­nałuMid­sum­mer My­ste­ries
Pro­jekt okładki i kart ty­tu­ło­wychNA­TA­LIA TWARDY
Ko­or­dy­na­cja pro­jektuPA­TRYK MŁY­NEK
Ko­rekta re­dak­cyjnaIWONA HU­CHLA
Re­dak­cja tech­nicznaKRZYSZ­TOF CHO­DO­ROW­SKI
Mid­sum­mer My­ste­ries Co­py­ri­ght © 2021 Aga­tha Chri­stie Li­mi­ted. All ri­ghts re­se­rved.
AGA­THA CHRI­STIE, PO­IROT, MAR­PLE, TOMMY AND TUP­PENCE and the Aga­tha Chri­stie Si­gna­ture are re­gi­ste­red tra­de­marks of Aga­tha Chri­stie Li­mi­ted in the UK and el­se­where. All ri­ghts re­se­rved.
www.aga­tha­chri­stie.com
Trans­la­tion © co­py­ri­ght by Pró­szyń­ski Me­dia sp. z o.o. (do­ty­czy opo­wia­dań za­czerp­nię­tych ze zbioru Po­irot pro­wa­dzi śledz­two)
Po­lish edi­tion © Pu­bli­cat S.A. MMXXIII (wy­da­nie elek­tro­niczne)
Wy­ko­rzy­sty­wa­nie e-bo­oka nie­zgodne z re­gu­la­mi­nem dys­try­bu­tora, w tym nie­le­galne jego ko­pio­wa­nie i roz­po­wszech­nia­nie, jest za­bro­nione.
All ri­ghts re­se­rved.
ISBN 978-83-271-6462-9
Kon­wer­sja: eLi­tera s.c.
jest zna­kiem to­wa­ro­wym Pu­bli­cat S.A.
PU­BLI­CAT S.A.
61-003 Po­znań, ul. Chle­bowa 24 tel. 61 652 92 52, fax 61 652 92 00 e-mail: of­fice@pu­bli­cat.pl, www.pu­bli­cat.pl
Od­dział we Wro­cła­wiu 50-010 Wro­cław, ul. Pod­wale 62 tel. 71 785 90 40, fax 71 785 90 66 e-mail: wy­daw­nic­two­dol­no­sla­skie@pu­bli­cat.pl

W KO­LEK­CJI JU­BI­LE­USZO­WEJuka­zały się:

• A.B.C.

• Czarna kawa

• Dom zbrodni

• Dwa­na­ście prac Her­ku­lesa

• En­tli­czek, pen­tli­czek

• I nie było już ni­kogo

• Karty na stół

• Kie­szeń pełna żyta

• Kur­tyna

• Mord nocy let­niej

• Mor­der­stwo na ple­ba­nii

• Mor­der­stwo na polu gol­fo­wym

• Mor­der­stwo od­bę­dzie się...

• Mor­der­stwo w Boże Na­ro­dze­nie

• Mor­der­stwo w Me­zo­po­ta­mii

• Mor­der­stwo w Orient Expres­sie

• Noc w bi­blio­tece

• Pani McGinty nie żyje

• Pięć ma­łych świ­nek

• Ren­dez-vous ze śmier­cią

• Sa­motny Dom

• Strzały w Sto­ny­ga­tes

• Śmierć lorda Ed­gware’a

• Śmierć na Nilu

• Śmierć nad­cho­dzi je­sie­nią

• Ta­jem­nica gwiazd­ko­wego pud­dingu

• Ta­jem­ni­cza hi­sto­ria w Sty­les

• Wielka Czwórka

• Wi­gi­lia Wszyst­kich Świę­tych

• Za­bój­stwo Ro­gera Ac­kroyda

• Za­gadka Błę­kit­nego Eks­presu

• Za­trute pióro

• Zbrod­nie zi­mową porą

• Ze­rwane za­rę­czyny

• Zło czai się wszę­dzie

Frag­ment po­cho­dzi z

Au­to­bio­gra­fii

.

Oj­ciec i Madge wy­pra­wiali się czę­sto na konne prze­jażdżki. Pew­nego dnia na sku­tek mo­ich bła­gań oznaj­miono mi, że na­za­jutrz po­jadę ra­zem z nimi. By­łam nie­zwy­kle pod­nie­cona. Mama ży­wiła pewne wąt­pli­wo­ści, ale oj­ciec szybko je od­rzu­cił.

– Bie­rzemy ze sobą prze­wod­nika – po­wie­dział – a on przy­wykł do dzieci i przy­pil­nuje, żeby nie spa­dła.

Na­za­jutrz rano przy­pro­wa­dzono trzy ko­nie. Wy­ru­szy­li­śmy. Je­cha­li­śmy zyg­za­kami po stro­mych ścież­kach i ogrom­nie mi się po­do­bała jazda na grzbie­cie ol­brzy­miego, moim zda­niem, ko­nia. Prze­wod­nik za­trzy­my­wał go, zry­wał kwiaty i wrę­czał mi bu­kie­ciki, że­bym je so­bie za­ty­kała za wstążkę ka­pe­lu­sza. Wszystko szło świet­nie, ale gdy wje­cha­li­śmy na szczyt i przy­go­to­wy­wa­li­śmy się do lun­chu, prze­wod­nik prze­szedł sam sie­bie. Przy­biegł do nas ze zła­pa­nym oso­bi­ście prze­pięk­nym mo­ty­lem.

– Pour la pe­tite ma­de­mo­iselle![1] – za­wo­łał. Po czym wy­cią­gnął z klapy szpilkę, na­bił na nią mo­tyla i przy­piął go do mo­jego ka­pe­lu­sza.

Och, co za zgroza! Czu­łam, jak biedny mo­tyl trze­po­cze skrzy­dłami, wal­cząc ze szpilką. Od­czu­wa­łam wprost ka­tu­sze, gdy ude­rzał skrzy­deł­kami w ka­pe­lusz. I oczy­wi­ście nie mo­głam ni­czego po­wie­dzieć. W moim umy­śle ko­tło­wało się zbyt wiele sprzecz­nych na­ka­zów lo­jal­no­ści. Z jed­nej strony prze­wod­nik kie­ro­wał się uprzej­mo­ścią – przy­niósł dla mnie mo­tyla. Był to szcze­gólny dar. Jak więc bym mo­gła zra­nić jego uczu­cia, oświad­cza­jąc, że go nie chcę? Jakże go­rąco pra­gnę­łam, żeby go so­bie za­brał! A przez cały czas mo­tyl trze­po­tał skrzy­dłami i umie­rał. Co za okropny trze­pot na moim ka­pe­lu­szu. Dziecko może zro­bić jedną tylko rzecz w ta­kich oko­licz­no­ściach – roz­pła­ka­łam się.

Im bar­dziej wszy­scy za­nie­po­ko­jeni py­tali mnie, co się stało, tym bar­dziej nie mo­głam się zdo­być na wy­ja­śnie­nie.

– O co cho­dzi? – do­py­ty­wał się oj­ciec. – Coś cię boli?

– Może ona się boi jazdy na ko­niu – wtrą­ciła moja sio­stra.

A ja mó­wi­łam „nie” i „nie”. Nie boję się i nic mnie nie boli.

– Jest zmę­czona – orzekł oj­ciec.

– Nie – ode­zwa­łam się.

– No to wo­bec tego: co się stało?

Nie mo­głam po­wie­dzieć. Oczy­wi­ście, że nie mo­głam tego po­wie­dzieć. Stał tam prze­wod­nik i pa­trzył na mnie z uprzejmą i za­kło­po­taną miną.

– Jest za mała – rzekł oj­ciec dość zi­ry­to­wany. – Nie po­win­ni­śmy jej byli za­bie­rać na tę wy­cieczkę.

Pła­ka­łam jesz­cze bar­dziej. Ze­psu­łam chyba dzień ojcu i sio­strze, wie­dzia­łam, że tak jest, ale nie mo­głam prze­stać. Mia­łam tylko na­dzieję (i mo­dli­łam się o to), że on albo choć Madge do­my­ślą się, o co cho­dzi. Na pewno spoj­rzą na tego mo­tyla, zo­ba­czą, co się z nim dzieje, i po­wie­dzą: „Ona może nie chce mieć tego mo­tyla na ka­pe­lu­szu”. A je­śli po­wie­dzą to oni, wszystko bę­dzie w po­rządku. Lecz ja im tego po­wie­dzieć nie mogę. Co za straszny dzień! Od­mó­wi­łam je­dze­nia lun­chu. Sie­dzia­łam tylko i pła­ka­łam, a mo­tyl trze­po­tał skrzy­dłami. W końcu prze­stał. Po­win­nam się wów­czas po­czuć le­piej. Jed­nak by­łam wtedy już tak nie­szczę­śliwa, że nic nie mo­gło mi po­pra­wić sa­mo­po­czu­cia.

Zje­cha­li­śmy znowu na dół, oj­ciec zde­cy­do­wa­nie w złym na­stroju, sio­stra za­nie­po­ko­jona, prze­wod­nik na­dal słodki, grzeczny i za­kło­po­tany. Na szczę­ście nie wpadł na po­mysł, żeby po­da­ro­wać mi na­stęp­nego mo­tyla na roz­we­se­le­nie. Wró­ci­li­śmy do ho­telu z ża­ło­snymi mi­nami i po­szli­śmy do na­szego sa­lonu, gdzie sie­działa mama.

– O Boże! – wy­krzyk­nęła. – Co się stało? Czy Agata się po­tłu­kła?

– Nie mam po­ję­cia – od­parł oj­ciec z iry­ta­cją. – Nie wiem, co jest z tym dziec­kiem. Przy­pusz­czam, że coś ją boli albo coś w tym ro­dzaju. Nie prze­staje pła­kać od lun­chu i w ogóle nic nie ja­dła.

– O co cho­dzi, Agato? – spy­tała matka.

Nie mo­głam jej tego po­wie­dzieć. Tylko pa­trzy­łam na nią w mil­cze­niu, a łzy pły­nęły mi po po­licz­kach. Ob­ser­wo­wała mnie uważ­nie przez kilka mi­nut, po czym za­py­tała:

– Kto jej przy­cze­pił do ka­pe­lu­sza tego mo­tyla?

Madge wy­ja­śniła, że zro­bił to prze­wod­nik.

– Aha – po­wie­działa mama. Po czym zwró­ciła się do mnie: – Nie po­do­bało ci się to, prawda? Mo­tyl był żywy i my­śla­łaś, że to go boli?

Och, co za ulga, cu­downa ulga, że ktoś wie, co my­ślisz, i mówi to, uwal­nia­jąc cię w końcu od dłu­go­trwa­łego przy­musu mil­cze­nia. Rzu­ci­łam się ku niej jak sza­lona, ob­ję­łam ją za szyję i wy­ją­ka­łam:

– Tak, tak, tak. On się trze­po­tał. Trze­po­tał. A tam­ten pan był taki uprzejmy i chciał mi spra­wić przy­jem­ność. Ja nie mo­głam nic po­wie­dzieć.

Ro­zu­miała to wszystko i po­kle­pała mnie de­li­kat­nie po ple­cach. Na­gle cała ta sprawa jakby za­częła się od­su­wać w dal.

– Świet­nie ro­zu­miem, co czu­łaś – za­pew­niła mnie moja matka. – Wiem. Ale to już mi­nęło, a za­tem nie bę­dziemy wię­cej o tym mó­wić.

Opo­wia­da­nie po­cho­dzi ze zbioru

Trzy­na­ście za­ga­dek

.

– To dziwne – po­wie­działa Joyce Lem­pri­ère – ale mam pewne opory przed opo­wie­dze­niem wam tej hi­sto­rii. Wy­da­rzyła się dość dawno, do­kład­nie pięć lat temu, ale od tam­tego czasu w pew­nym sen­sie wciąż mnie prze­śla­duje. Ma jakby dwa ob­li­cza. Z wierz­chu jest po­godna, ra­do­sna, ale pod spodem kryje się ma­ka­bra. Dziwne jest też to, że ob­raz, który wtedy na­ma­lo­wa­łam, wy­daje się ska­żony tą samą at­mos­ferą. Na pierw­szy rzut oka to zwy­kły, pro­sty ob­ra­zek stromo pną­cej się pod górę, ską­pa­nej w słońcu korn­wa­lij­skiej uliczki. Je­śli jed­nak przyj­rzeć się uważ­niej, można do­strzec w nim coś zło­wro­giego. Ni­gdy go nie sprze­da­łam i ni­gdy na niego nie pa­trzę. Stoi w rogu stu­dia od­wró­cony do ściany. Miej­sco­wość na­zywa się Ra­thole. To mała ry­backa osada w Korn­wa­lii, bar­dzo ma­low­ni­cza, być może aż za bar­dzo. Ma w so­bie zbyt wiele pocz­tów­ko­wego kli­matu. Są tam skle­piki, w któ­rych przy­strzy­żone na pa­zia dziew­częta w far­tu­chach ka­li­gra­fują na per­ga­mi­nie po­ucza­jące sen­ten­cje. Wszystko jest tam ładne i uro­cze, ale zbyt prze­sło­dzone.

– Wy­obra­żam so­bie – mruk­nął Ray­mond West. – To wszystko przez tu­ry­stów... i dla nich, jak są­dzę.

Joyce przy­tak­nęła ski­nie­niem głową.

– W Ra­thole wła­śnie tak jest. W każ­dym ra­zie wra­ca­jąc do mo­jej hi­sto­rii... Po­je­cha­łam do Korn­wa­lii na dwa ty­go­dnie, żeby tro­chę po­ma­lo­wać w ple­ne­rze. W Ra­thole stoi stara go­spoda Po­lhar­with Arms. Rze­komo to je­dyny bu­dy­nek, który ostał się po tym, jak w ty­siąc pięć­set któ­rymś tam roku wio­skę zrów­nali z zie­mią Hisz­pa­nie.

– Zrów­nali z zie­mią? – wtrą­cił Ray­mond West, marsz­cząc czoło. – Nie fan­ta­zjuj, Joyce.

– W każ­dym ra­zie wy­to­czyli na brzeg działa i ostrze­lali wio­skę, bu­rząc domy. Nie ma to zresztą żad­nego zna­cze­nia. Go­spoda była wie­kowa i cu­downa. Przed wej­ściem znaj­do­wał się ga­nek wsparty na czte­rech fi­la­rach. Zna­la­złam so­bie do­godne miej­sce i wła­śnie za­bie­ra­łam się do pracy, kiedy krętą drogą w dół zbo­cza z wolna nad­je­chał sa­mo­chód. Oczy­wi­ście mu­siał się za­trzy­mać przed go­spodą, aku­rat tam, gdzie mi naj­bar­dziej prze­szka­dzał. Wy­sie­dli z niego ko­bieta i męż­czy­zna. Nie przy­glą­da­łam się im zbyt uważ­nie. Ona miała na so­bie li­liową lnianą su­kienkę i od­po­wied­nio do­brany ka­pe­lusz.

Po chwili męż­czy­zna wró­cił do auta i prze­sta­wił go bli­żej na­brzeża, za co mu by­łam bar­dzo wdzięczna. Wra­ca­jąc do go­spody, prze­szedł koło mnie. W tej sa­mej chwili, jak na złość, za­je­chał ko­lejny sa­mo­chód. Wy­sia­dła z niego ko­bieta ubrana w naj­bar­dziej ja­skrawą per­ka­lową suk­nię, jaką w ży­ciu wi­dzia­łam, dru­ko­waną w szkar­łatne po­in­se­cje, o ile do­brze pa­mię­tam. W do­datku miała na gło­wie je­den z tych wiel­kich et­nicz­nych sło­mia­nych ka­pe­lu­szy, po­cho­dzą­cych chyba z Kuby, ko­loru pło­mien­nej pur­pury.

Męż­czy­zna na jej wi­dok za­wo­łał zdzi­wiony: „Ca­rol, co za nie­spo­dzianka! Że też spo­ty­kamy się aku­rat tu­taj, na tym od­lu­dziu. Nie wi­dzia­łem cię całe lata. Jest ze mną Mar­gery... to zna­czy moja żona. Ko­niecz­nie mu­sisz ją po­znać”.

Roz­ma­wia­jąc, po­ma­sze­ro­wali uliczką ra­mię w ra­mię w kie­runku go­spody. Żona męż­czy­zny wy­szła ze środka i zmie­rzała ku nim z na­prze­ciwka. Kiedy owa Ca­rol mnie mi­jała, zer­k­nę­łam na nią prze­lot­nie. Doj­rza­łam ja­sno upu­dro­wany pod­bró­dek i ogni­ście czer­wone usta. Prze­mknęło mi przez myśl, że Mar­gery nie bę­dzie za­chwy­cona jej wi­do­kiem. Nie wi­dzia­łam jej z bli­ska, ale wy­dała mi się mało atrak­cyjna, z wy­glądu pru­de­ryjna i prze­sad­nie układna.

Oczy­wi­ście nic mi było do tego, cza­sem jed­nak, kiedy wi­dzi się ta­kie oso­bliwe mi­gawki z cu­dzego ży­cia, re­flek­sje na­su­wają się same. Z miej­sca, w któ­rym sta­łam, sły­sza­łam urywki ich roz­mowy. Uma­wiali się na wspólną ką­piel w mo­rzu. Mąż, który naj­wy­raź­niej miał na imię De­nis, za­mie­rzał wy­po­ży­czyć łódkę i po­wio­sło­wać wzdłuż wy­brzeża. Za­pro­po­no­wał zwie­dza­nie słyn­nej groty, od­le­głej o nieco po­nad pół­tora ki­lo­me­tra. Ca­rol też chciała ją zo­ba­czyć, ale za­su­ge­ro­wała, żeby tam dojść ścieżką wzdłuż klifu, od strony lądu. Wy­znała, że nie cierpi łó­dek. Osta­tecz­nie usta­lili, że Ca­rol pój­dzie wzdłuż klifu, a De­nis i Mar­gery do­płyną tam łódką i wszy­scy spo­tkają się przy gro­cie.

Słu­cha­jąc ich, na­bra­łam ochoty na pla­żo­wa­nie. Po­ra­nek był upalny, a mnie ma­lo­wa­nie ja­koś nie szło. Poza tym uzna­łam, że po po­łu­dniu bę­dzie lep­sze świa­tło. Spa­ko­wa­łam się więc i po­ma­sze­ro­wa­łam na małą plażę, którą sama od­kry­łam. Szło się tam w stronę prze­ciwną do tej, gdzie znaj­do­wała się grota. Po ką­pieli czu­łam się fan­ta­stycz­nie. Zja­dłam lunch zło­żony z kon­ser­wo­wych ozor­ków i dwóch po­mi­do­rów, a po po­łu­dniu wró­ci­łam pełna za­pału do pracy twór­czej.

Wy­da­wało się, że całe Ra­thole śpi. Mia­łam ra­cję: po po­łu­dniu świa­tło­cień był znacz­nie bar­dziej wy­ra­zi­sty. Uczy­ni­łam Po­lhar­with Arms mo­ty­wem prze­wod­nim mo­jego ob­razu. Pro­mień słońca pa­dał uko­śnie na bruk, w nie­zwy­kły spo­sób roz­świe­tla­jąc punkt przed wej­ściem do go­spody. Tuż nad nim doj­rza­łam dwa stroje ką­pie­lowe, je­den szkar­łatny, drugi gra­na­towy, wi­szące na bal­ko­nie i su­szące się na słońcu, za­ło­ży­łam więc, że wy­cieczka do groty się udała.

Po­nie­waż ko­niecz­nych było kilka po­pra­wek w rogu ob­razu, na parę chwil schy­li­łam się, by je na­nieść. Kiedy znowu unio­słam głowę, zo­ba­czy­łam męż­czy­znę opie­ra­ją­cego się o je­den z fi­la­rów ganku Po­lhar­with Arms. Do­słow­nie jakby wy­rósł spod ziemi. Jego strój wska­zy­wał, że jest ry­ba­kiem. Miał długą ciemną brodę i gdy­bym szu­kała mo­dela sro­giego ka­pi­tana hisz­pań­skiego ga­le­onu, on nada­wałby się ide­al­nie. Za­czę­łam go­rącz­kowo ry­so­wać. Chcia­łam go uchwy­cić, za­nim odej­dzie, cho­ciaż z przy­bra­nej przez niego pozy można było wnio­sko­wać, że jest go­tów pod­pie­rać ten fi­lar całą wiecz­ność.

W końcu ru­szył się z miej­sca, ale na szczę­ście zdą­ży­łam go na­szki­co­wać. Pod­szedł do mnie i za­gad­nął. Ten fa­cet to miał ga­dane!

„Ra­thole – oświad­czył − było kie­dyś bar­dzo cie­ka­wym miej­scem”.

Od­par­łam, że wiem, ale by­naj­mniej go to nie znie­chę­ciło. Opo­wie­dział mi całą hi­sto­rię o tym, jak Hisz­pa­nie zrów­nali z zie­mią, prze­pra­szam, ostrze­lali wio­skę i że wła­ści­ciel Po­lhar­with Arms zgi­nął tu jako ostatni. Stał na progu go­spody, kiedy zo­stał pchnięty szpadą przez hisz­pań­skiego ka­pi­tana. Bry­znęła krew i przez na­stęp­nych sto lat ni­komu nie udało się jej zmyć z bruku.

Wszystko to do­sko­nale pa­so­wało do na­stroju sen­nego, le­ni­wego po­po­łu­dnia. Męż­czy­zna mó­wił bar­dzo ła­god­nym to­nem, a mimo to w jego gło­sie po­brzmie­wało coś zło­wro­giego. Niby sta­rał mi się przy­po­do­bać, ale czu­łam, że pod tą lu­kro­waną war­stewką kryje się nad wy­raz gwał­towna na­tura. Słu­cha­jąc go, z całą mocą po­ję­łam, ja­kim złem były in­kwi­zy­cja i wszyst­kie te okru­cień­stwa, któ­rych w tam­tych cza­sach do­pusz­czali się Hisz­pa­nie.

Kiedy on mó­wił, ja ma­lo­wa­łam. Na­gle uświa­do­mi­łam so­bie, że pod wpły­wem jego hi­sto­rii do­da­łam do ob­razu coś z wła­snej wy­obraźni. W miej­scu, gdzie przed wej­ściem do Po­lhar­with Arms pro­mień słońca pa­dał na bruk, do­ma­lo­wa­łam czer­wone plamki. Wy­dało mi się zdu­mie­wa­jące, że mój umysł po­trafi ze mną po­gry­wać w taki spo­sób. Kiedy jed­nak spoj­rza­łam w stronę go­spody, prze­ży­łam ko­lejny szok. Moja ręka ma­chi­nal­nie na­ma­lo­wała to, co zo­ba­czyły oczy: kro­ple krwi na ską­pa­nym w słońcu bruku!

Wpa­try­wa­łam się w to miej­sce przez dłuż­szą chwilę. Na­stęp­nie za­ci­snę­łam po­wieki i po­wie­dzia­łam so­bie: „Nie bądź głu­pia, prze­cież tam nie ma żad­nej krwi”. Otwo­rzy­łam oczy, ale plamy wciąż tam były.

Na­gle po­czu­łam, że dłu­żej tego nie zniosę. Prze­rwa­łam ry­ba­kowi jego dy­wa­ga­cje.

„Wzrok mnie chyba za­wo­dzi – ode­zwa­łam się. – Czy te plamy na bruku to krew?”

Po­pa­trzył na mnie z uprzejmą po­błaż­li­wo­ścią.

„Już ich tam dawno nie ma, pro­szę pani. To, o czym opo­wia­dam, wy­da­rzyło się pra­wie pięć­set lat temu”.

„Tak, ro­zu­miem – od­par­łam − ale te­raz, tam na bruku...”

Słowa uwię­zły mi w gar­dle. Wie­dzia­łam, po pro­stu wie­dzia­łam, że nie zo­ba­czy tego, co ja. Wsta­łam i trzę­są­cymi się rę­kami za­czę­łam zbie­rać swoje rze­czy. Wtedy z go­spody wy­szedł ów młody męż­czy­zna, który rano wy­sia­dał z sa­mo­chodu. Ro­zej­rzał się po ulicy z wy­ra­zem kon­ster­na­cji na twa­rzy. Na bal­ko­nie po­ka­zała się jego żona i za­brała stroje ką­pie­lowe. Męż­czy­zna ru­szył w kie­runku sa­mo­chodu, ale na­gle skrę­cił, prze­szedł na drugą stronę uliczki i za­gad­nął ry­baka.

„Po­wiedz­cie, do­bry czło­wieku... Nie wie­cie może, czy ko­bieta, która przy­je­chała tam­tym dru­gim sa­mo­cho­dem, już wró­ciła?”

„Ta w su­kience w kwiaty? Nie, pro­szę pana, nie wi­dzia­łem jej. Po­szła rano wzdłuż klifu w kie­runku groty”.

„Tak, to wiem. Ką­pa­li­śmy się wszy­scy ra­zem w mo­rzu, a po­tem ona udała się na pie­chotę w drogę po­wrotną i od tej pory jej nie wi­dzie­li­śmy. Prze­cież nie mo­gło jej to za­jąć tyle czasu. Tu­tej­sze klify nie są szcze­gól­nie nie­bez­pieczne, prawda?”

„To za­leży, pro­szę, pana, gdzie się pój­dzie. Naj­le­piej za­brać ze sobą ko­goś, kto do­brze zna tę oko­licę”.

Naj­wy­raź­niej miał na my­śli sie­bie i wła­śnie za­czął roz­wi­jać ten te­mat, ale młody męż­czy­zna nie słu­chał go dłu­żej. Po­biegł z po­wro­tem w kie­runku go­spody i za­wo­łał do swo­jej żony na bal­ko­nie:

„Mar­gery, Ca­rol jesz­cze nie wró­ciła! Dziwne, prawda?”

Nie do­sły­sza­łam od­po­wie­dzi żony, ale jej mąż kon­ty­nu­ował:

„Nie mo­żemy dłu­żej cze­kać. Mu­simy je­chać da­lej do Pen­ri­thar. Je­steś go­towa? Pod­sta­wię sa­mo­chód”.

Jak po­wie­dział, tak zro­bił, po czym oboje od­je­chali. Tym­cza­sem ja usi­ło­wa­łam prze­ko­nać samą sie­bie, jak nie­do­rzeczne są wy­twory mo­jej wy­obraźni. Kiedy sa­mo­chód od­je­chał, po­de­szłam do bu­dynku go­spody i obej­rza­łam z bli­ska bruk przed wej­ściem. Oczy­wi­ście nie było tam żad­nych plam krwi. A więc po pro­stu je so­bie uro­iłam. Nie­mniej jed­nak ta świa­do­mość spra­wiła, że po­czu­łam się jesz­cze bar­dziej nie­swojo. Tkwiąc na­dal przed go­spodą, usły­sza­łam głos ry­baka:

„Wy­da­wało się pani, że wi­dzi krew, co?”

Kiw­nę­łam głową.

„To dziwne, bar­dzo dziwne. Mamy tu taki prze­sąd, pro­szę pani. Je­śli ktoś zo­ba­czy te plamy krwi...” – Za­wie­sił głos.

„To... co wtedy?” – za­py­ta­łam.

Mó­wił ła­god­nie, z wy­raź­nym korn­wa­lij­skim ak­cen­tem, ale gładko i bez gwa­ro­wych na­le­cia­ło­ści, co ka­zało w nim wi­dzieć czło­wieka wy­kształ­co­nego.

„Mówi się, sza­nowna pani, że je­śli te krwawe plamy ko­muś się ukażą, w ciągu doby za­wita tu śmierć”.

Aż mnie zmro­ziło! Ry­bak znowu się roz­ga­dał:

„W tu­tej­szym ko­ściele jest bar­dzo in­te­re­su­jąca ta­blica na te­mat śmierci...”

„Nie, dzię­kuję” – po­wie­dzia­łam sta­now­czo, od­wró­ci­łam się na pię­cie i po­ma­sze­ro­wa­łam uliczką w kie­runku domu, w któ­rym się za­trzy­ma­łam. Wła­śnie do­tar­łam na miej­sce, kiedy w od­dali do­strze­głam ko­bietę, ową Ca­rol, po­dą­ża­jącą ścieżką wzdłuż klifu. Śpie­szyła się. Na tle sza­rych skał wy­glą­dała jak szkar­łatny kwiat ja­kiejś tru­ją­cej ro­śliny. Jej ka­pe­lusz miał ko­lor krwi...

Znowu mu­sia­łam się otrzą­snąć. Tego dnia wszystko ko­ja­rzyło mi się z krwią.

Póź­niej usły­sza­łam jej sa­mo­chód. By­łam cie­kawa, czy też wy­bie­rała się do Pen­ri­thar, ale skrę­ciła w lewo, w prze­ciw­nym kie­runku. Ob­ser­wo­wa­łam, jak jej sa­mo­chód wspina się krętą drogą po zbo­czu i znika z pola wi­dze­nia. Nie wie­dzieć czemu, ode­tchnę­łam z ulgą. Ra­thole od­zy­skało swój senny kli­mat.

– Je­śli to już wszystko – oświad­czył Ray­mond West, gdy tylko Joyce za­mil­kła – od razu mogę po­dać roz­wią­za­nie tej za­gadki. Nie­straw­ność, plamy przed oczami po po­siłku.

– Nie, to jesz­cze nie wszystko – za­prze­czyła Joyce. – Po­słu­chaj­cie, jaki był dal­szy ciąg tej hi­sto­rii. Dwa dni póź­niej prze­czy­ta­łam w ga­ze­cie no­tatkę pod ty­tu­łem Śmier­telny wy­pa­dek pod­czas ką­pieli. Na­pi­sano, że pani Da­cre, żona ka­pi­tana De­nisa Da­cre’a, uto­nęła w po­ło­żo­nej nieco da­lej za­toczce Lan­deer. Ona i jej mąż miesz­kali w po­bli­skim ho­telu. Tam­tego dnia po­sta­no­wili po­pły­wać w mo­rzu. Kiedy jed­nak ze­rwał się zimny wiatr, ka­pi­tan Da­cre uznał, że na ką­piel jest zbyt chłodno, dla­tego on i parę in­nych osób z ho­telu zde­cy­do­wało się po­grać w golfa. Pani Da­cre uparła się jed­nak, że chce po­pły­wać, i po­szła sama. Gdy nie wró­ciła, za­nie­po­ko­jony mąż w to­wa­rzy­stwie zna­jo­mych udał się na plażę. Tam zna­leźli jej ubra­nia le­żące przy ska­łach, ale ona sama prze­pa­dła bez śladu. Do­piero pra­wie ty­dzień póź­niej mo­rze wy­rzu­ciło jej ciało na brzeg, w pew­nej od­le­gło­ści od miej­sca za­gi­nię­cia. Na gło­wie miała ślad po sil­nym ude­rze­niu, które na­stą­piło przed śmier­cią. Za­ło­żono, że ska­cząc do mo­rza, ude­rzyła głową o skałę. O ile mo­głam się zo­rien­to­wać, jej śmierć na­stą­piła nie­mal do­kład­nie dwa­dzie­ścia cztery go­dziny po tym, jak zo­ba­czy­łam plamy krwi na bruku.

– Pro­te­stuję – po­wie­dział sir Henry. – To nie jest za­gadka, tylko hi­sto­ria o du­chach. A panna Lem­pri­ère musi być me­dium.

Pan Pe­the­rick od­kaszl­nął na znak, że chciałby za­brać głos.

– Jedna rzecz nie daje mi spo­koju – wy­znał. – Ten ślad po cio­sie w głowę. Oba­wiam się, że nie mo­żemy wy­klu­czyć prze­stęp­stwa. Nie mamy jed­nak dość in­for­ma­cji, żeby roz­wi­nąć tę teo­rię. Ha­lu­cy­na­cja albo wi­zja panny Lem­pri­ère jest nie­wąt­pli­wie in­try­gu­jąca, ale nie bar­dzo ro­zu­miem, na czym mie­li­by­śmy się oprzeć w na­szych roz­wa­ża­niach.

– Nie­straw­ność i zbieg oko­licz­no­ści – za­wy­ro­ko­wał Ray­mond. – Prze­cież nie mo­żesz być pewna, czy to byli ci sami lu­dzie. Poza tym ta klą­twa, czy co­kol­wiek to było, do­ty­czy­łaby je­dy­nie sta­łych miesz­kań­ców Ra­thole.

– Coś mi mówi – stwier­dził sir Henry – że ten ta­jem­ni­czy ry­bak jest w ja­kiś spo­sób uwi­kłany w tę hi­sto­rię. Zga­dzam się jed­nak z pa­nem Pe­the­ric­kiem, że panna Lem­pri­ère po­dała nam za mało in­for­ma­cji.

Joyce po­pa­trzyła na dok­tora Pen­dera, ale on z uśmie­chem po­krę­cił głową.

– To bar­dzo in­te­re­su­jąca hi­sto­ria – przy­znał – ale oba­wiam się, że sir Henry i pan Pe­the­rick mają ra­cję. Zbyt mało wiemy, żeby po­ku­sić się o ja­ką­kol­wiek kon­klu­zję.

Joyce spoj­rzała ba­daw­czo na pannę Mar­ple, która uśmiech­nęła się do niej.

– Ja też uwa­żam, moja droga, że to tro­chę nie fair z two­jej strony – stwier­dziła. – Jed­nak aku­rat mnie to nie prze­szka­dza. Chcę przez to po­wie­dzieć, że jako ko­bieta od razu zwró­ci­łam uwagę na wą­tek ubrań. W związku z tym są­dzę, że to nie jest za­gadka dla męż­czyzn. Swoją drogą mu­siała na­prawdę szybko się prze­bie­rać. Cóż za podła ko­bieta! A ten męż­czy­zna... jesz­cze więk­szy nik­czem­nik!

Joyce nie mo­gła ode­rwać wzroku od star­szej pani.

– Cio­ciu Jane – po­wie­działa. – To zna­czy, panno Mar­ple... My­ślę, że pani już zna prawdę.

– No cóż, moja droga – od­rze­kła panna Mar­ple – to dużo ła­twiej­sze dla mnie, sie­dzą­cej tu so­bie spo­koj­nie, niż to było dla cie­bie. Poza tym je­steś ar­tystką, więc ła­two udziela ci się at­mos­fera, prawda? Kiedy jed­nak sie­dzi się we wła­snym fo­telu i robi na dru­tach, wi­dzi się same fakty. Plamy krwi ka­pią­cej na bruk ze stroju ką­pie­lo­wego, który wi­siał na bal­ko­nie. Strój był czer­wony, więc ci zbrod­nia­rze nie za­uwa­żyli, że na­siąkł krwią. Biedna dziew­czyna!

– Pani wy­ba­czy, panno Mar­ple – wtrą­cił sir Henry – ale nie na­dą­żam. Pani i panna Lem­pri­ère naj­wy­raź­niej roz­pra­wia­cie o czymś, co nam, męż­czy­znom, zu­peł­nie umyka.

– Opo­wiem wam te­raz, jak skoń­czyła się ta hi­sto­ria – oznaj­miła Joyce. – Było to rok póź­niej. Prze­by­wa­łam w ma­łym nad­mor­skim ku­ror­cie na wschod­nim wy­brzeżu. Wła­śnie ma­lo­wa­łam, kiedy na­gle do­zna­łam tego dziw­nego uczu­cia, że do­świad­czam cze­goś, co zda­rzyło się już wcze­śniej. Zo­ba­czy­łam dwoje lu­dzi, męż­czy­znę i ko­bietę, wi­ta­ją­cych się z trze­cią osobą: ko­bietą ubraną w per­ka­lową suk­nię w szkar­łatne po­in­se­cje.

„Ca­rol, co za nie­spo­dzianka! Mi­nęło tyle lat! Nie znasz mo­jej żony, prawda? Joan, po­zwól, że ci przed­sta­wię... Panna Har­ding, moja zna­joma z daw­nych lat”.

Od razu roz­po­zna­łam tego męż­czy­znę. To był ten sam De­nis, któ­rego wi­dzia­łam w Ra­thole. Miał inną żonę, Joan za­miast Mar­gery, ale w tym sa­mym ty­pie: młodą, mało atrak­cyjną i bar­dzo nie­po­zorną. Przez chwilę my­śla­łam, że po­stra­da­łam zmy­sły. Za­częli uma­wiać się na wspólną ką­piel w mo­rzu. A te­raz po­wiem wam, co zro­bi­łam. Od razu po­szłam pro­sto na po­ste­ru­nek po­li­cji. Spo­dzie­wa­łam się, że we­zmą mnie za wa­riatkę, ale wcale się tym nie przej­mo­wa­łam. Oka­zało się, że mia­łam nosa. Na po­ste­runku za­sta­łam czło­wieka ze Sco­tland Yardu, który przy­je­chał wła­śnie w tej spra­wie. Oka­zało się, aż trudno mi o tym mó­wić, że po­li­cja po­dej­rzewa De­nisa Da­cre’a o kilka zbrodni! Zresztą to nie było jego praw­dziwe na­zwi­sko, uży­wał róż­nych, za każ­dym ra­zem in­nego. Po­zna­wał dziew­częta, zwy­kle wła­śnie ta­kie ci­che i nie­po­zorne, które nie miały wielu krew­nych ani przy­ja­ciół, na­stęp­nie że­nił się z nimi, ubez­pie­czał je na duże kwoty i wtedy... och, to po­tworne!

De­nis miał już jedną żonę i była nią wła­śnie Ca­rol. Dzia­łali ra­zem, za­wsze we­dług tego sa­mego planu. To dla­tego w końcu wpa­dli. To­wa­rzy­stwa ubez­pie­cze­niowe na­brały po­dej­rzeń. Za każ­dym ra­zem De­nis za­bie­rał swoją nowo po­ślu­bioną żonę w ja­kieś za­ciszne miej­sce na wy­brzeżu. Wkrótce zja­wiała się tam ta druga ko­bieta i wszy­scy ra­zem szli po­pły­wać w mo­rzu. Nowa żona De­nisa pa­dała ofiarą tych dwojga, po czym Ca­rol prze­bie­rała się w jej rze­czy i wra­cała z De­ni­sem łódką. Roz­py­taw­szy się wśród miesz­kań­ców o ich rze­komo za­gi­nioną przy­ja­ciółkę, opusz­czali miej­sco­wość. Wów­czas praw­dziwa Ca­rol po­śpiesz­nie prze­bie­rała się w swój krzy­kliwy strój, ro­biła so­bie wy­ra­zi­sty ma­ki­jaż i wra­cała po drugi sa­mo­chód. Zbrod­nia­rze uprzed­nio do­wia­dy­wali się, jaki kie­ru­nek ma w da­nym miej­scu prąd mor­ski, i aran­żo­wali śmierć ko­biety tam, do­kąd w przy­bli­że­niu mo­gło zdry­fo­wać jej ciało. Rolę mło­dej żony od­gry­wała Ca­rol. Wy­bie­rała od­ludną plażę przy ska­łach i zo­sta­wiała tam ubra­nie ofiary, na­stęp­nie od­da­lała się w swej kwie­ci­stej per­ka­lo­wej sukni i spo­koj­nie cze­kała, aż do­łą­czy do niej De­nis.

Po­dej­rze­wam, że gdy mor­do­wali biedną Mar­gery, jej krew mu­siała bry­znąć na strój ką­pie­lowy Ca­rol, a że był on czer­wony, nikt tego nie za­uwa­żył. Kiedy jed­nak strój zo­stał wy­wie­szony na bal­ko­nie, krew z niego za­częła ska­py­wać na ulicę. Co za kosz­mar! – Joyce się wzdry­gnęła. – Wciąż mam to przed oczami.

– Oczy­wi­ście – przy­znał sir Henry – te­raz już pa­mię­tam. Ten męż­czy­zna na­prawdę na­zy­wał się Da­vis. Umknęło mi z pa­mięci, że po­słu­gi­wał się też na­zwi­skiem Da­cre. To była nie­zwy­kle prze­bie­gła para. Za­wsze zdu­mie­wało mnie, że nikt nie za­uwa­żył za­miany toż­sa­mo­ści. Za­pewne jest tak, jak mówi panna Mar­ple: ubra­nia ła­twiej za­pa­mię­tać niż twa­rze. Tak czy ina­czej, to był bar­dzo chy­try plan. Cho­ciaż po­dej­rze­wa­li­śmy Da­visa, nie mo­gli­śmy mu ni­czego udo­wod­nić, bo za­wsze miał nie­pod­wa­żalne alibi.

– Cio­ciu Jane – ode­zwał się Ray­mond, spo­glą­da­jąc na nią z pewną kon­ster­na­cją – jak ty to ro­bisz? Wie­dziesz ta­kie spo­kojne ży­cie, a mimo to od­no­szę wra­że­nie, że nic nie jest w sta­nie cię za­sko­czyć.

– Wy­daje mi się, że każda rzecz na tym świe­cie jest do cze­goś po­dobna – od­po­wie­działa panna Mar­ple. – Swego czasu gło­śno było o nie­ja­kiej pani Green. Po­cho­wała pię­cioro dzieci, przy czym każde z nich było ubez­pie­czone na ży­cie. No cóż, oczy­wi­ście wzbu­dziło to po­dej­rze­nia. – Po­krę­ciła głową. – Na pro­win­cji dzieje się wiele zła. Mam na­dzieję, że wy, mło­dzi, ni­gdy nie bę­dzie­cie mu­sieli się prze­ko­nać, jak bar­dzo podły jest ten świat.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki

Przy­pisy

[1]Pour la pe­tite ma­de­mo­iselle! (fr.) – Dla ma­łej pa­nienki!