Zapomniani bogowie - Jarosław Prusiński - ebook
Opis

W pobliżu nadnarwiańskiego grodu znaleziono ciężko rannego mężczyznę. Nie wiadomo kim jest, kto próbował go zabić i z jakiego powodu. Do swojej chaty przygarnęła go pewna wdowa, matka dwóch córek na wydaniu. Czy mężczyzna stanowi zagrożenie dla spokojnych mieszkańców grodu? A może to on jest w niebezpieczeństwie? Jaką tajemnicę nosi w sercu starsza z córek gospodyni?

Jarosław Prusiński, autor wysoko ocenianych przez Czytelników powieści fantasy Szary mag oraz zbioru opowiadań SF pod tytułem: Vortex, tym razem przenosi nas na początek X wieku, gdy Polska nazywała się Lechia, a ludzie wciąż czcili starożytnych bogów, choć chrześcijaństwo zbliżało się już wielkimi krokami do naszego kraju. Zabawna, romantyczna powieść o dawnych czasach, zwyczajach, obrządkach. Opowieść o naszych przodkach, naszym dziedzictwie, podana niezwykle lekko. Tę książkę czyta się jednym tchem.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 305

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Jarosław Prusiński

Zapomniani bogowie

Słowiańska opowieść

Copyright © by Jarosław Prusiński, 2016

 

All rights reserved

 

 

 

 

Fotografia na okładce: Pixabay

 

 

Wydawca: Wydawnictwo internetowe e-bookowo

www.e-bookowo.pl

Kontakt: [email protected]

 

ISBN: 978-83-7859-772-8

 

 

 

 

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Kopiowanie, rozpowszechnianie części lub całości

bez zgody wydawcy zabronione

Wydanie I 2017

Konwersja do epub A3M Agencja Internetowa

Od autora:

Oddaję w ręce Czytelników kolejną powieść. Tym razem nie jest to fantasy ani science fiction, ale powieść w realiach historycznych dawnej Polski. Choć całkiem możliwe, że nic nie jest tym czym się wydaje...

Rys Historyczny

Na pomysł napisania tej książki wpadłem dość dawno temu, kiedy przypadkowo natknąłem się na artykuł dotyczący śladów osadnictwa w Puszczy Kurpiowskiej z czasów wczesnego średniowiecza. Wykopaliska świadczą o tym, że istniało pięć grodów na przełomie IX i X wieku położonych wzdłuż Narwi oddalonych od siebie o około 25 km, to jest: Pułtusk, Różan, Ostrołęka, Nowogród, Łomża. Zgodnie z moją ówczesną wiedzą historyczną wyniesioną ze szkoły Polska jeszcze wtedy nie istniała. Kto więc zlecił tak wielką budowę i w jakim celu? Odrzuciłem hipotezy o tym, że plemiona słowiańskie same z siebie budowały grody obronne dokładnie na szlaku przemieszczania się obcych wojsk. W górze Narwi rezydowali wtedy Jaćwingowie, a jedyną dostępną drogą do Polski była droga wodna. Wspomnieć należy, że puszcza ciągnęła się setki kilometrów, była podmokła i bagienna. Plemiona budowałyby osady raczej w odnogach Narwi, z dala od potencjalnego wroga. Logiczny wniosek, który się sam nasuwał był taki, że to król zlecił budowę tych grodów warownych do obrony kraju przez Jaćwingami, Sasinami i Rusinami.

Zacząłem wertować wszystko to, co jest obecnie dostępne w księgarniach, bibliotekach i internecie: opracowania na temat kronik rzymskich, celtyckich, sag wikingów oraz naszych kronikarzy, zaczynając od Galla Anonima (o ile można go nazwać „naszym”) i Długosza. Odkrywałem zapiski na temat zwyczajów, wierzeń, rytuałów i życia dawnych Słowian. I byłem coraz bardziej zdziwiony! Po pierwsze tym, jak bardzo ogólnie znane “fakty” historyczne mijają się z prawdą, a po drugie tym, jak wiele powiedzonek, zwyczajów, obrządków przetrwało do naszych czasów.

Spędziłem wiele miesięcy na poszukiwaniach i wertowaniu zapisków dotyczących tamtej epoki. Wiele z nich było ze sobą sprzecznych, wiele trzeba było odrzucić. Choćby nazwa „wołchw” w odniesieniu do kapłanów słowiańskich. Moim zdaniem mamy tu ewidentny nalot chrześcijański. Nazwa „wołchw” pochodzi albo od słowa „bałwochwalca”, którym chrześcijanie pogardliwie nazywali Słowian (od: chwalący, oddający cześć bałwanom) lub też od masek obrzędowych przedstawiających tura albo kozła (do dziś kolędnicy używają tych symboli), czyli „oddający cześć wołu”, „chwalący woły”. Możliwe jest też zupełnie inne pochodzenie tej nazwy. Wołchami nazywano wówczas zromanizowanych Słowian. Całkiem prawdopodobne, że to przezwisko zostało nieświadomie (lub świadomie) przeniesione przez chrześcijan na pogańskich kapłanów. Wywodzenie tej nazwy od wilka nie wydaje się być trafione. Za to prawdopodobna jest druga funkcjonująca nazwa: „żerca”. Jeszcze dziś można spotkać się z powiedzonkiem: „wystawić na żer” (żer ‒ ofiara).

A więc od początku! Z kart historii wiedziałem, że Polska powstała za czasów Mieszka I w momencie chrztu w 966 roku. Nauczono mnie, że Słowianie przywędrowali do Europy w VI wieku. Czy aby na pewno?

Zacząłem od przekopania dostępnych publikacji na temat odkryć archeologicznych. Przecież musiały przetrwać jakieś ślady osad czy grodów obronnych. Okazało się, że jest ich wiele i to znacznie starszych niż X, a nawet niż VI wiek n.e. Najstarsze grody są datowane na 8‒10 tysięcy lat p.n.e. (Gniezno). Może jednak nie były to osady słowiańskie jak twierdzi oficjalny nurt historyków? Sięgnąłem po kroniki. Ptolemeusz w II wieku n.e. pisał o Souvenach (Słowianach), wspominał o narodzie Ligeow (Lachów) i grodzie Calischa (Kalisz). Jak to możliwe? Polska miałaby istnieć już w II wieku? Jeśli to prawda, zorganizowane państwo musiałoby posługiwać się pieniędzmi do wymiany handlowej ‒ w odróżnieniu od struktury plemiennej (jak u Indian w Ameryce Północnej), gdzie pieniędzmi się nie posługiwano. Otóż wykopaliska archeologiczne potwierdzają odnalezienie dużej ilości monet greckich z IV wieku p.n.e., celtyckich (II w.p.n.e.), rzymskich (I w.p.n.e) oraz bardzo duże ilości monet arabskich z wieków późniejszych. Dlaczego nie bito własnych monet? Ponieważ Polska nie miała kopalni srebra, nie warto było budować mennic. Nawet denary za czasów Bolesława Chrobrego bite były w mennicach niemieckich (później w czeskiej, gdy Chrobry podbił Pragę wraz z mennicą). Trzeba wspomnieć, że te denary są jedynie świadectwem ambicji Bolesława Chrobrego. Było ich wybitych zbyt mało, żeby mogły pełnić jakąkolwiek funkcję płatniczą. W czasie panowania Mieszka II i Kazimierza Odnowiciela monet nie bito w ogóle. Dopiero za czasów Bolesława Śmiałego zaczęto w Polsce produkować monety na dużą skalę.

A może jednak te tereny wcześniej zamieszkiwali Germanie, jak twierdzą niektórzy? Zygmunt Gloger rozprawia się z tym twierdzeniem w swojej Geografii Historycznej Ziem Dawnej Polski. Dla Rzymian wszystko, co znajdowało się na wschód od Renu było Germanią. W podobnym tonie wypowiadał się geograf grecki Strabon (I w.p.n.e).

Z całą pewnością Polska nie powstała nagle w roku 966 od sprowadzenia do Polski pierwszych biskupów rzymskich ani w 965 (kiedy Mieszko I przyjął chrzest). Dynastię Piastów mamy dość dobrze opisaną od czasów Ziemowita, sporo wiemy o Popielach (ojciec i syn) i kilku wcześniejszych władcach, choć pytań w dalszym ciągu jest więcej niż odpowiedzi. Na przykład pozostaje zagadką samo imię (przydomek) króla Popiela. U Słowian nie występowało takie imię. Czy prawidłowe imię brzmiało Pompilius jak pisał Kadłubek, czy też Popiel był tylko przydomkiem, wywodzonym od słowa popiół (Długosz). Gdyby przychylić się do imienia Pompilius, wskazywałoby to na jego rzymskie (może bizantyjskie) pochodzenie. Tego też nie można wykluczyć, bo jak wiemy z historii późniejszej, władcami Polski bywali obcokrajowcy. Sądzę, że bardziej prawdopodobne jest wywodzenie tej nazwy od palenia. Król Lech IV Popiel mógł uzyskać przydomek w czasie licznych potyczek z obcymi mocarstwami, gdy podbijał i palił wrogie grody. Następnie ten chwalebny przydomek przeszedł na jego potomka, Lecha V, który niestety nie zapisał się najlepiej w historii. Legenda o myszach, które miały zjeść niegodziwego Popiela II i jego żonę Ryxę (lub Hilderykę jak podają niektórzy) ma w sobie ziarno prawdy. Popiel faktycznie kazał otruć swoich stryjów i dla odstraszenia tych, którzy mogliby czyhać na jego koronę, wystawił ich ciała na widok publiczny, zakazując pochówku. Nie było to w owym czasie nic nadzwyczajnego. Pochówek (kremacja) był traktowany jako przeprawa do lepszego świata (Nawii), więc pozbawienie zmarłych tego obrządku stanowiło karę dużo większą niż sama śmierć. Tym razem jednak kara dosięgła również złego króla. Z rozkładających się ciał rozniosła się na zamek zaraza, która uśmierciła Popiela II razem z całą jego rodziną. Piastowie przenieśli później siedzibę z Kruszwicy do Gniezna, uważając dawną stolicę za przeklętą. Pominę w tym miejscu rozważania, czy faktycznie Gniezno stanowiło siedzibę Piastów od czasów Ziemowita zgodnie z zapisami w kronikach, czy jak sądzą niektórzy stało się nią dopiero za panowania Mieszka I. Wysuwane są inne kandydatury do bycia wcześniejszą stolicą, jak choćby Giecz. Badania archeologiczne zdają się wskazywać na rok budowy (odbudowy) Gniezna ok. 940. Jestem dość sceptyczny, czy metoda wyznaczania wieku pozostałości grodu pozwala na wskazanie tak konkretnej daty, poza tym drewniane grody były często palone w czasie wojen i odbudowywane od początku, nie można więc tylko na tej podstawie obalać twierdzeń kronikarzy. Gdyby stolicą po Kruszwicy została Giecz, Gall Anonim powinien był o tym wiedzieć, pisząc swoje kroniki na przełomie XI i XII wieku. A jednak Gall pisał o Gnieźnie. Zaniecham dalszych dociekań na ten temat, pozostawiając w tym miejscu znak zapytania.

Wcześniejsze dynastie lechickie (od roku 1800 p.n.e.) różnią się u poszczególnych kronikarzy, trudno dociec prawdy historycznej. Niektóre z nich należałoby potraktować jako celowo zafałszowane, choćby Krak (Grach) i jego panowanie w Krakowie, w czasie kiedy Małopolska nie należała do Lechii. Były to raczej zabiegi mające podnieść status miasta (które bardzo zyskało na znaczeniu w późnym średniowieczu) przez podbudowę historyczną. Należałoby to zaliczyć do legend miejskich.

Na zakończenie tego wątku warto zadać pytanie: czy Ziemowit, Popiel, Lech, Przemysław, i inni byli królami czy zaledwie książętami? Lechia dzieliła się wówczas na starostwa (rody), nad nimi były województwa (księstwa), którymi zarządzali książęta wojewodowie. Nad książętami stał władca. Taką osobę nazywa się królem. Długosz pisał o królach, wszyscy wcześni kronikarze używali tego tytułu. Można stwierdzić z całą pewnością, że Polska (Lechia, Sarmacja) na wiele stuleci przed rokiem 966 była zorganizowanym państwem, na którego czele stał król. Dopiero Mieszko I zrzekł się korony i dobrowolnie poddał władzy papieża i cesarza. Wtedy właśnie (w roku 965) Polska stała się księstwem lennym. Na monetach Bolesława Chrobrego widnieje napis “dux”, oficjalny tytuł książąt lennych zależnych od cesarza. Prawo do noszenia korony i tytułu króla odzyskał dopiero Bolesław Śmiały w 1076 roku (Bolesław Chrobry koronował się sam w roku swojej śmierci, ale zgody papieża nie miał. Wtedy też, na jego rozkaz, zostały wybite dukaty z napisem „rex” ‒ król).

Praca Zapomniani Bogowie nie jest książką historyczną, choć starałem się z najwyższą pieczołowitością oddać realia epoki. Próbowałem całkowicie obiektywnie opisać Polskę (Lechię) z przełomu wieków IX i X, dzieląc się wiedzą, którą sam posiadłem w czasie setek godzin wertowania źródeł. Największą trudność stanowił fakt, że nie zachowały się żadne słowiańskie przekazy piśmienne z tego okresu. Odrzucam teorię, że Słowianie nie znali wówczas pisma. Dlaczego? Już tysiąc lat wcześniej sąsiadujący ze Słowianami Celtowie spisywali swoje dzieje, robili to także Wikingowie. Kroniki spisywali Rzymianie i wszystkie ludy otaczające Słowian. Czy można przyjąć, że Słowianie jako jedyni nie znali pisma? W kronikach rzymskich są wzmianki, że Słowianie podpisywali posągi swoich bogów ich imionami. Są poszlaki świadczące o tym, że odnajdywano kamienie z wyrytymi runami, co oficjalny nurt historyków natychmiast klasyfikował jako fałszerstwo. Podobnie oceniono odnalezioną na terenach słowiańskich „Księgę Welesa”. Nie ma pewności, czy faktycznie mieliśmy do czynienia ze śladami piśmiennictwa, czy zręcznym fałszerstwem. Moim zdaniem Słowianie posługiwali się pismem. Dlaczego więc nie przetrwały kroniki z tamtych czasów? Trzeba w tym momencie zadać pytanie: komu byłoby na rękę, żeby ślady cywilizacji pogańskiej w Polsce zostały zatarte? Sądzę, że większości ludzi władzy na tym wtedy zależało: zaczynając od germańskich biskupów (w początkach chrześcijaństwa w Polsce biskupami byli wyłącznie Rzymianie, a Cesarstwo Rzymskie za czasów Mieszka I i B.Chrobrego było podbite przez Germanów) na najwyższych urzędnikach państwa, chcących się podlizać cesarzowi, kończąc. Wiemy przecież, że Chrobry liczył na diadem cesarski po śmierci Ottona III i z tego powodu wykazywał się niezwykłą gorliwością w tępieniu pogaństwa i upowszechnianiu wierzeń rzymskich (kazał np. wybijać zęby tym, którzy nie przestrzegali chrześcijańskich postów).

Jest i inna możliwa przyczyna tego, że nie zachowały się dawne kroniki słowiańskie. Jak już wspominałem wcześniej, budownictwo lechickie opierało się (w przeciwieństwie do rzymskiego czy bizantyjskiego) nie na kamieniu, ale na drewnie. Nie miało to nic wspólnego z zacofaniem dawnych Polaków tylko z dostępnością tego budulca. Skutkiem wyboru drewna do budowy grodów były liczne pożary, które nieodłącznie pojawiały się w czasie potyczek zbrojnych z wrogami i pochłaniały wiele perełek kultury lechickiej, jak wyroby rękodzielnicze z drewna czy księgi właśnie. Wiemy, że samo Gniezno palono i rabowano wielokrotnie. Trudno więc było w takich warunkach uchronić przed zniszczeniem przedmioty tak delikatne jak słowiańskie rękopisy.

Jakkolwiek wygląda prawda o słowiańskim piśmiennictwie, faktem jest, że brak zachowanych kronik z czasów przedchrześcijańskich bardzo utrudnia dojście do prawdy historycznej, zwłaszcza dotyczącej dawnych wierzeń. Na pewno dużo wiemy o Marzannie i Dziewannie (“szczególnie Marzannna i Dziewanna w wielkim były u nich poważaniu” Długosz) nie tylko ze względu na ślady w kronikach, ale też z obrządków, które co prawda w schrystianizowanej, ale prawie niezmienionej formie przetrwały do dzisiejszych czasów. Mniej wiemy o samym Jesse (najwyższym z bogów) i bogach pomniejszych. Można domniemywać, że np. Chors nie był bogiem słowiańskim, o czym może świadczyć sama nazwa, trudna do wyprowadzenia z języka słowiańskiego i jego trochę sprzeczna z rolą innych bogów funkcja (wchodząca w kompetencję zarówno Dażboga jak i Welesa). Problematyczna dla wielu badaczy jest zależność Pioruna (często używana nazwa Perun nie wydaje się być prawidłowa) i Swaroga. Ja osobiście przychylam się do poglądu prof. Gieysztora, że nadrzędnym bogiem był Piorun (“czcili boga Pioruna i jemu stawiali posągi i świątynie” Długosz). Potwierdzeniem może być porównanie z mitologią rzymską (Piorun - Zeus, Swaróg - Hefajstos). Odpowiednikiem Kronosa był Światłowid (ten, który wywiódł światło z ciemności, ojciec bogów). Za to Trzygłów był moim zdaniem jedynie symbolem trzech najwyższych bogów (Światłowida, Pioruna i Swaroga - ojciec i syn, i syn jego syna), nie był oddzielnym bogiem. Możliwe, że to jest wpływ chrześcijański i odniesienie do Trójcy Świętej albo też dokładnie odwrotnie. Przecież przez kilka stuleci chrześcijaństwo współistniało i przenikało się z dawnymi wierzeniami, żeby ostatecznie wyprzeć je całkowicie. Owocem tej koegzystencji mógł być właśnie Trzygłów.

Na szczęście nie jesteśmy skazani wyłącznie na domysły, trochę informacji przetrwało (głównie w obcych kronikach), sporo w tradycji i przekazach ustnych (jednak te zostały schrystianizowane i mało kto wie, że wiele powiedzonek, przesądów czy obrządków sięga swoimi korzeniami do czasów Polski pogańskiej).

W trakcie prac nad książką przeprowadziłem wiele zażartych dyskusji z historykami oraz entuzjastami historii średniowiecza. Wielu z nich próbowało mnie przekonać do swoich poglądów stwierdzeniami typu: „ogólnie wiadomo, że...” lub „wszyscy wiedzą, że...”. Nie przekonali mnie. Nie potrafili wytłumaczyć jakim cudem Polska otoczona przez świetnie zorganizowane imperia (Imperium Rzymskie, Bizancjum, w okresie późniejszym także Wielkie Morawy), kilka mniejszych, ale wojowniczych narodów (Wikingów, Rusinów, Prusów, Jaćwingów, Finów), nie posiadająca ich zdaniem państwowości, nie została przez żadne z nich zagarnięta. Jakiż łatwy łup dla tak ekspansywnych ludów! Oderwane od siebie ciemne plemiona słowiańskie bez wojska, króla, warowni obronnych. A czy sam Neron, który jak wiemy zapuścił się na tereny obecnej Polski tysiąc lat przed narodzeniem Mieszka I, w czasie słynnej wyprawy bursztynowej, nie zagarnąłby dla siebie tych ziem? Otóż Polska (Lechia, Sarmacja) istniała na wiele stuleci przed Mieszkiem I. Istniała i miała się świetnie! Sam Mieszko nie zjednoczył żadnych plemion słowiańskich, jak uczy nas historia (Długosz o tym nie wspomina). Wręcz przeciwnie. Po jego ślubie z Dąbrówką (Doubravka, żeby przeciąć nagminnie pokazujące się zmienione imiona czeskiej księżniczki, np. Dobrawa), przyjęciu chrztu, zrzeczeniu się korony i dobrowolnemu poddaniu władzy papieża i cesarza, księstwa pomorskie i połabskie zbuntowały się przeciw władzy Mieszka i siłą wprowadzonej nowej religii. To był okres raczej rozpadu Lechii (Polski) niż jej budowania. Tarcia wewnętrzne między księstwami a władcami Polski trwały jeszcze długo po śmierci Mieszka I i jego syna Bolesława. Apogeum tarć nowego porządku ze starym przypadło na czasy Kazimierza Odnowiciela, który najpierw uciekł z kraju (gdy rozpoczął się bunt, tzw. reakcja pogańska), a następnie za pomocą obcych mocarstw, tj.: Rusinów, Czechów i Niemców krwawo zdusił powstanie.

Po drugiej stronie barykady wśród moich adwersarzy byli nadmierni entuzjaści Imperium Lechickiego i jego wpływu na losy świata. Legendy i niesprawdzone teorie, jeśli tylko były zgodne z ich poglądami, natychmiast włączali do swojego arsenału argumentów, traktując je jak kamienne tablice z wyrytymi dziesięcioma przykazaniami.

Dziękuję wszystkim za chęć dzielenia się swoją wiedzą: zarówno historykom przywiązanym do oficjalnego nurtu jak i rozmaitym poszukiwaczom prawdy alternatywnej.

Czytelnikom życzę radości z odkrywania powiedzonek, zwyczajów i obrzędów, które przetrwały ponad tysiąc lat chrześcijaństwa. Dlaczego w wigilię pali się świeczki (teraz lampki)? Dlaczego przesąd mówi, że nie wolno tego dnia używać nożyczek? Czy kolędy to rzeczywiście wynalazek chrześcijan? Dla kogo jest dodatkowe nakrycie przy stole wigilijnym? Czy Marzanna to faktycznie zła bogini zimy, którą należy topić na wiosnę? Co znaczy powiedzenie: „Piękna jak Lelija”? Kogo dotyczy powiedzonko: „Matko i córko”, „Przenajświętsza panienko”? Czy aby na pewno wszystko jest tym czym się wydaje?

Zapraszam do lektury.

Puszcza była ogromna, potężna i mroczna. Wyglądała jak wielki organizm poprzecinany arteriami rzek, pulsujący, tętniący życiem. Porośnięta tysiącletnimi drzewami tak wielkimi, że ludzie wyglądali przy nich jak mrówki, splątana korzeniami, bagienna i groźna. O świcie przykrywała się białą kołdrą mgieł, w ciągu dnia zdawała się jeszcze drzemać, żeby nagle ożyć po zmierzchu. Budziła się, rozbrzmiewając głosami zwierząt, otwierała liczne oczy: żółte, bursztynowe albo niebieskie i wpatrywała się w małe śmieszne, dwunożne postacie krzątające się u jej stóp. Nie była na nich zła. Pozwalała im nawet czasem wyciąć kilka drzew na chaty lub palisady, żywiła ich i chroniła. Oni ją szanowali i czcili, dlatego była dla nich dobra. Dla ludzi puszczy zrośniętych z nią tak samo jak leśna zwierzyna, rośliny, grzyby czy mech. Jeśli jednak trafił się ktoś obcy, nie rozumiejący jej, butny i arogancki, wtedy potrafiła być okrutna. Ona potrafiła zabijać...

Dobrawa

Usłyszała pukanie, właściwie pojedyncze głuche walnięcie, lecz zanim zdążyła cokolwiek powiedzieć drzwi się otworzyły i Uniegost z jednym ze swoich synów, ciężko dysząc, wnieśli pakunek do środka.

‒ A coście mi za zdechlinę przywlekli? ‒ Dobrawa z dezaprobatą spojrzała na nagiego, nieprzytomnego mężczyznę z rozległą raną głowy, niedbale zawiniętego w szarą, lnianą tkaninę, którego sąsiad z synem właśnie układali na podłodze.

‒ Znaleźliśmy go w lesie ‒ odezwał się Uniegost. ‒ Ledwie dycha.

‒ I to jest powód, żeby go przynosić do mnie?

‒ Wiesz przecież, że u mnie tyle drobiazgu w chacie, że sami nie mamy gdzie leżeć. A u ciebie wolne miejsce się znajdzie. Męża pochowałaś...

‒ No i co? ‒ kobieta obrzuciła przybyłych wściekłym spojrzeniem. ‒ Mam z nim na jednym sienniku legnąć? A może do córek mam go położyć, żeby ludzie mieli o czym gadać?

‒ No tak ‒ Uniegost podrapał się po brodzie, a potem palcami przeczesał długie, opadające mu na ramiona blond włosy. ‒ To faktycznie się nie godzi. Może go na zewnątrz położymy? Noce jeszcze ciepłe...

Dobrawa czuła, że wściekłość ją opuszcza. Starała się ją zatrzymać jeszcze przez chwilę, na tyle długo, żeby sąsiad się wyniósł razem ze swoim pakunkiem, ale wiedziała, że jej się nie uda. Jej miejsce już zajęło współczucie dla tego człowieka i ona nic nie mogła na to poradzić.

‒ Połóżcie go na miejscu Dobrosławy ‒ powiedziała zrezygnowana. ‒ Ona taka chudzina, że zmieści się ze mną.

‒ Świetnie! ‒ ucieszył się Uniegost. ‒ Długo się toto życia nie utrzyma. Dzień lub dwa. A my sumienia będziemy mieć czyste przed bogami.

‒ Dlaczego on nie ma włosów? ‒ dopiero teraz dotarło do niej, co było takiego dziwnego w wyglądzie obcego.

‒ Ja myślę, że to niemowlę olbrzyma ‒ powiedział syn sąsiada, Radosław. Jego zwykle wytrzeszczone oczy teraz zdawały się wprost wypadać z oczodołów. ‒ Nie ma włosów na głowie i twarzy. To nie jest mąż!

‒ Przestań międlić ozorem, gamoniu! ‒ ofuknął go ojciec. ‒ Ogolili go i tyle. Słyszałem, że misjonarze nowowierców tak się golą. A może pustelnicy? Kto by spamiętał te ich zwyczaje?

‒ Pustelnicy zarośnięci chodzą ‒ odezwał się wyraźnie nadąsany syn Uniegosta. ‒ Po jaskiniach siedzą i się zamartwiają.

‒ To jeden z nich? ‒ Dobrawa starała się uchwycić cieniutką niteczkę złości, która nagle się pojawiła. ‒ Z tych wyznawców nowej wiary, którzy nazywają naszych bogów bałwanami?

‒ A co to za różnica w obliczu śmierci?

Niteczka złości zalśniła czerwono i znikła, gdy spojrzała na jego prawie rozłupaną głowę. Nie potrafiła się długo gniewać na nikogo. Ani na sąsiada, ani na wyznawców nowej wiary. Dobrawa była po prostu dobrą kobietą.

‒ Czym się zamartwiają? ‒ zainteresowała się młodsza córka Dobrawy, Dobromiła, która właśnie weszła do izby.

Kobieta zdążyła końcem tkaniny przykryć męskość obcego, zanim zaciekawione spojrzenie córki przecisnęło się pomiędzy stojącymi sąsiadami.

‒ Do martwienia zawsze się powód znajdzie ‒ powiedziała.

‒ Ten się już niczym martwił nie będzie ‒ skwitował Uniegost.

‒ Kawał chłopa ‒ stęknął Radosław, kiedy ponownie podnieśli obcego.

‒ Połóżcie go delikatnie ‒ syknęła, gdy syn Uniegosta się potknął i grzmotnął pakunkiem o drzwi sypialni. Obcy zajęczał.

‒ Jęczy, to dobry znak! ‒ sąsiad wyraźnie się rozpromienił, gdy po kilku krokach ponownie pozbyli się ciężaru.

‒ Dobry? ‒ zdziwiła się kobieta. ‒ To znaczy, że szybciej umrze?

‒ Czy ja wiem? ‒ Uniegost zawstydził się jak dziecko przyłapane na wyjadaniu skwarek z garnka. ‒ Może i niedobry. Pójdziemy już, sąsiadko.

‒ To nie pustelnik ‒ Radosław postanowił wygłosić jeszcze raz swoją opinię. ‒ Pustelnicy są zarośnięci jak niedźwiedzie.

‒ A widziałeś jakiego? ‒ ojciec popatrzył na niego z nieskrywaną irytacją.

‒ Żemek mówił, że mu jeden kupiec opowiadał...

‒ Jeden głupi, drugi jeszcze głupszy! Pożegnaj się ładnie i chodź do domu, bo ci rzemieniem przez dupę przyleję i tyle będzie twoich mądrości! Pustelnik czy nie, stworzenie cierpiące i skonać mu się należy po ludzku, a nie po zwierzęcemu w leśnych ostępach.

Uniegost po wygłoszeniu tej sentencji ukłonił się niepewnie, jakby się obawiał, że kobieta w każdej chwili może zmienić zdanie i siłą wypychając przed sobą syna, który jeszcze chciał coś dodać, pośpiesznie wyszedł.

‒ Piękny jest! ‒ Miłka przyglądała się obcemu z wypiekami na twarzy. ‒ Całkiem do rzeczy. Włosy mu odrosną, to nie problem.

‒ Ja wiem, że ty masz kobiecość w wilgotnym miejscu, ale uspokój się, bo ci matczyna ręka zaraz zapał odbierze! ‒ Dobrawa pogroziła jej pięścią. ‒ Lepiej za normalnymi kawalerami się zacznij rozglądać, bo zostaniesz starą panną jak Sławka.

‒ A co to za zdechlina? ‒ Dobrosława przywołana w jakiś metafizyczny sposób przez matkę pojawiła się w drzwiach chaty. ‒ I czemu toto na moim sienniku leży?

‒ Dlaczego mnie bogowie takimi córkami pokarali? ‒ powiedziała kobieta, ciężko wzdychając. ‒ Czego ja takiego złego narobiłam w życiu?

‒ Niczego złego nie zrobiłaś ‒ młodsza córka objęła matkę w pasie. ‒ Dlatego dostałaś nas w nagrodę!

‒ Też mi nagroda! ‒ odfuknęła, ale oczy jej się śmiały.

Dobrusia pozostała poważna, tak jak jej wilk, który bezszelestnie wsunął się za swoją panią do izby. Warknął cicho i wyszczerzył zęby na Dobrawę. Kobieta nie przepadała za wilkiem, a wilk za nią. Schodzili sobie nawzajem z drogi, ale oboje wiedzieli, że jedynie ze względu na Dobrosławę nie rzucą się sobie do gardeł. Dla matki to zwierze było ucieleśnieniem wszystkiego, co ją martwiło w córce: dzikości, samotności, wyobcowania. A wilk prawdopodobnie to instynktownie wyczuwał.

‒ Nie chcę go tutaj ‒ powiedziała twardo Dobrusia. ‒ Nie chcę w naszym domu żadnego mężczyzny, mamo.

‒ W naszym domu? ‒ radosne iskierki znikły z oczu matki. ‒ Córeczko kochana, ty już dawno powinnaś mieć własny dom. Masz dwadzieścia trzy lata! No wiem, że jesteś za stara na kawalera, ale może chociaż wdowca jakiego weźmiesz? Całe życie chcesz sobie zmarnować?

Wilk jeszcze bardziej się wyszczerzył i warknął przeciągle.

‒ Zabierz mi stąd to bydle! ‒ fuknęła Dobrawa. ‒ A człowieka umierającego z domu nie wyrzucę. I koniec dyskusji, córko!

W nocy jęczał. Dobrawa patrzyła spod przymrużonych powiek, jak Sławka wstaje i przemywa go mokrą ścierką, żeby zbić gorączkę. Wstawała do niego kilka razy. Obcy za każdym razem się uspokajał jak dziecko od matczynego dotyku. Głaskała go po łysej głowie, aż oddech mu się wyrównał. Wtedy kładła się na krótką drzemkę, by po jakimś czasie znowu wstać do rannego. Byłaby dobrą i troskliwą matką, gdyby bogowie pozwolili jej mieć dzieci. Dobrawa wiedziała, że Sławka udaje tylko oschłą i nieczułą, ale jeśli ktokolwiek dałby się zwieść pozorom, to z pewnością nie matka, która wykarmiła ją własną piersią. Możliwe, że cały przysiółek dał się zwieść oraz gród i podgrodzie, ale nie matka. Nie dawały się zwieść też zwierzęta i małe dzieci, które lgnęły do niej jak pszczoły do miodu. Istoty te oceniały sercem, a nie rozumem. Tak jak matka.

Mijały dni, a Obcy wciąż trzymał się życia. Nocami zajmowała się nim Dobrusia, choć za dnia udawała kompletny brak zainteresowania mężczyzną, a nawet złośliwie komentowała wysiłki matki, kiedy ta parzyła mu zioła, przemywała ranę, przepajała go czy próbowała karmić polewką. Z kolei Dobrawa nie dawała po sobie poznać, że wie o nocnych czuwaniach Sławki i całkiem przekonywająco udawała oburzenie nieczułością starszej córki. Czasem Obcym interesowała się także Miłka, ale głównie zachwycała się jego wyglądem i na tym się kończyło. Wszystkie kobiety czekały na coś, co miało nadejść. Dobrawa i jej młodsza córka oczekiwały śmierci Obcego, Sławka spodziewała się chyba czegoś innego. I doczekała się.

‒ Ocknął się! ‒ Miłka odnalazła siostrę siedzącą pod drzewem z tyłu domu. Źrenice miała rozszerzone mieszaniną strachu i zdziwienia. ‒ Obcy odzyskał przytomność!

Dobrosława odłożyła koszyk, który właśnie wyplatała i wyprostowała się, starając opanować drżenie rąk.

‒ Powiedział coś?

‒ Nie wiem, czy on w ogóle umie mówić. Zagadywałam go, ale tylko oczy wytrzeszczył.

‒ Może pochodzi z innego kraju i nie zna naszego języka? Z Peloponezu, Bizancjum albo Moraw? A może to Rzymianin? Rzymianie się golą na twarzy...

‒ Na twarzy tak, ale nie na głowie ‒ zaoponowała Miłka. ‒ Z postawy to on bardziej na Wikinga wygląda niż na Rzymianina. Może ci, którzy go usiekli, specjalnie go włosów i ubrania pozbawili, żeby nie dało się go rozpoznać, jeśliby kto trupa znalazł?

‒ Skąd ty wiesz jak Wikingowie wyglądają? ‒ zaciekawiła się Sławka. ‒ Mówisz, jakbyś którego widziała.

‒ Kupcy opowiadali, że to chłopy wielkie i silne jak niedźwiedzie.

‒ A nie mówili, że Wikingowie mieszkają daleko na północy, za morzem? Skąd by się w naszej puszczy Wiking znalazł? ‒ Dobrusia pokręciła głową. ‒ Już prędzej ktoś z ludzi, którzy mieszkają przy szlakach kupieckich: od Aleksandrii, Anatolii, Peloponezu aż po Czechy i Morawy. Ten człowiek mógł ze swoimi dotrzeć do źródeł Wisły, a stamtąd z naszymi kupcami na barkach do Narwi dopłynąć. Możliwe też, że nie z południa, ale z zachodu przybył. Rzymian kręci się po naszym kraju wielu. Nie tylko kupców, ale i rozmaitych dziwaków: misjonarzy, najemników, posłów albo zwykłych szpiegów.

‒ No to mamy problem! ‒ Dobrawa niespodziewanie pojawiła się obok córek, jakby wyrosła spod ziemi. ‒ Co mamy z nim robić przez zimę? Karmić go? Trzeba się rozmówić z Uniegostem.

‒ Na pewno go nie odprawimy, nie w takim stanie ‒ Sławka spojrzała na matkę. W jej oczach nie było zdziwienia, lęku ani niepewności. Zdawała się być przygotowana na taką chwilę jak ta i dokładnie wiedziała co robić, kiedy wreszcie nadeszła. ‒ Przetrzymamy Obcego przez zimę. Miejsca u nas dosyć, a z wyżywieniem też jakoś sobie poradzimy. Nabierze sił, a wiosną odpracuje co dostał i niech rusza w swoją stronę.

‒ A może zostanie z nami na zawsze? ‒ podekscytowała się Miłka. ‒ Taki ładny mężczyzna!

‒ Idź i dotknij jego dłoni ‒ Dobrosława odezwała się do dziewczyny tym jedynym w swoim rodzaju tonem starszej siostry. ‒ Zobacz jakie delikatne. On rękami na polewkę nie zarabiał. To ktoś ważny: urzędnik, misjonarz albo pan. Kiedy tylko odzyska siły, odejdzie od nas.

‒ Żeby nam tylko jakiej biedy nie napytał ‒ zatroskała się matka. ‒ Od panów lepiej się trzymać z daleka. Jeszcze nas oskarży, że to myśmy go ograbiły z pieniędzy i ubrania. Może go lepiej z powrotem do lasu odnieść?

‒ Na posiłek dla zwierzyny? ‒ spojrzenie Sławki zrobiło się twarde jak u jej wilka. ‒ Tego chcesz?

Dobrawa miała na końcu języka kilka złośliwych uwag na temat szybkiej zmiany poglądów przez córkę. Jeszcze niedawno Dobrosława nie chciała trzymać obcego pod swoim dachem, a teraz broni go jak wilczyca młodych. Jednak zamiast wypowiedzenia tych wszystkich, parzących jak pokrzywy myśli, które już zaczęły układać jej się w głowie, tylko przeciągle westchnęła.

‒ Wiesz, że nie. Martwię się, żeby wam się jakaś krzywda nie stała. Wy jesteście dla mnie najważniejsze na świecie. Nie jakieś wity z zaświatów, co nawet mowy ludzkiej nie znają.

‒ On ma dobre oczy, nie zrobi nam krzywdy ‒ poparła siostrę Dobromiła. ‒ Ani teraz, ani później.

‒ Oby tak było. Na wszelki wypadek zaniosę coś Marzannie na ofiarę. Niech nas chroni. A może i innym bogom po owocu chociaż...

‒ Może nie szastaj tak zapasami, skoro mamy jeszcze jedną gębę do wykarmienia przez zimę? ‒ zaśmiała się starsza córka.

‒ Bogów lepiej nie obrażaj, bo jeszcze nas pokarają, zapasy zgniją i tyle będzie. A mogą i chorobę jaką zesłać. Na ofiarę nigdy nie szkoda. Zapamiętaj to sobie, młoda damo!

Obcy

Pierwsze pojawiły się zapachy. Z początku żywicy i drewna, potem suszonych grzybów, czosnku, chrzanu i gotowanego mięsa. Wdychał je, zastanawiając się kim albo czym jest, gdzie jest. Nie miał świadomości swojego ciała: rąk, nóg, głowy. A jednak czuł zapachy, znał je. Uświadomił sobie najważniejszą rzecz ‒ że istnieje. Nie wiedział, czy to prawdziwe cielesne istnienie i w jakim ciele przebywa, ale wiedział, że istnieje. Zastanawiał się, czy żyje. To, że istnieje nie oznaczało przecież, że żyje. A może to tylko jego dusza błąka się gdzieś w krainach snu? Potem uświadomił sobie, że ma oczy i że może spróbować je otworzyć. Zrobił to. Do czaszki wdarło się światło przerażającym bólem. Przypomniał sobie o bólu, a ból przypomniał sobie o nim. Głowa, uświadomił sobie, że ma głowę, bolała go tak, jakby za chwilę miała pęknąć. Uniósł w górę ręce i przytrzymał ją, żeby mu się nie rozleciała. A więc miał również ręce! Dwie ręce. Przez otwarte oczy wciąż wlewało się palącym bólem światło. Walczył dzielnie z wszechogarniającą, rozpaczliwą, krzyczącą myślą, żeby je znowu zamknąć. Bał się, że wtedy straciłby ten świat na zawsze. W jaskrawym świetle majaczyła postać. Nie potrafiłby powiedzieć skąd wie, że to postać. Powiedzieć? W głowie rozpaliło się jakieś wspomnienie. Wspomnienie czegoś. Powiedzieć... Postać wydawała dźwięki, otwierając i zamykając usta. Powiedzieć? Światło, ból, zapachy, postać, powiedzieć. Podsumował w myślach wszystkie rzeczy, których zdołał się dowiedzieć. Światło, ból, zapachy, ból, ręce, ból, usta, ból, oczy, powiedzieć. Uznał, że dużo się nauczył. Zamknął oczy i ponownie pogrążył się w ciemnościach.