Zapiski o twoim zniknięciu - Alison Espach - ebook + książka
NOWOŚĆ

Zapiski o twoim zniknięciu ebook

Espach Alison

0,0

33 osoby interesują się tą książką

Opis

Lato poprzedzające ósmą klasę Sally Holt zaczyna się wspaniale. Przepełnione jest rodzinnymi wypadami na plażę i popołudniami spędzonymi nad miejskim basenem, gdzie wraz ze starszą siostrą Kathy ukradkiem podziwiają Billy’ego Barnesa, pracującego w barze. Chłopak – wschodząca gwiazda koszykówki – jest nieustającym źródłem westchnień obu dziewcząt, a ich fascynacja nim to jedna z niewielu rzeczy, które łączą, coraz bardziej różniące się, siostry. Pod koniec lata Billy i Kathy są parą – to szczęśliwy splot wydarzeń, który kończy się tragedią.
 
Akcja powieści rozgrywa się na przestrzeni piętnastu lat i prowadzona jest z perspektywy Sally, która zwraca się do Kathy przed, w trakcie i po jej śmierci
To zarówno zapierająca dech w piersiach historia miłosna, jak i ironiczna, przenikliwa opowieść o dojrzewaniu, pokazująca, jak ludzie, których kochamy najbardziej, kształtują nasze życie długo po ich odejściu.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 452

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł oryginału: Notes on Your Sudden Disappearance

Copyright © 2026 by Alison Espach All rights reserved.

Copyright © for the Polish translation by Agnieszka Matkowska, 2026 Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2026

Redaktorka inicjująca: Paulina Surniak

Redaktorka prowadząca: Oliwia Łuksza

Marketing i promocja: Agata Gać

Redakcja: Katarzyna Chmielecka

Korekta: Justyna Techmańska, Dominika Synowiec

Skład i łamanie: Stanisław Tuchołka | panbook.pl

Ilustracja na okładce: Fabian Lavater

Projekt okładki i strony tytułowe: Magda Bloch

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

ISBN 978-83-68692-60-0

Wydawnictwo Poznańskie Sp. z o.o. ul. Fredry 8, 61-701 Poznań tel. 61 853-99-10redakcja@wydawnictwopoznanskie.plwww.wydawnictwopoznanskie.pl

Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.

Mojemu bratu Michaelowi

Doroczneprzemówienieprezydenta1998

.

Zniknęłaś w dzień powszedni. Nikt nie był tym bardziej zaskoczony ode mnie. Jeśli w wieku trzynastu lat w cokolwiek wierzyłam, to była to wiara w zapowiedź szkolnych wieczorów. Wierzyłam w nienaruszalny rytuał odrabiania zadań domowych, potem jedzenia kolacji, a następnie przygotowywania ubrań na rano – coś, na co mama nalegała od samego początku.

Mama mówiła, że ważne jest, żeby budzić się po podjęciu decyzji o tym, co się założy. Dlatego każdego wieczoru podejmowałyśmy tę decyzję. Myłyśmy zęby. Patrzyłyśmy na siebie w lustrze, a piana w naszych buziach narastała, aż w końcu jedna przerywała.

– Cześć – mówiłaś i było to bardzo zabawne z jakiegoś powodu, którego teraz nie potrafię zrozumieć. Zaczynałaś się śmiać, a z twoich ust wydobywał się głośny wybuch konfetti, więc ja też zaczynałam się śmiać, wydając brzydki, stłumiony dźwięk ssania, z powodu którego mama zawsze wbiegała do pokoju i pytała: „Sally, wszystko w porządku?”, co sprawiało, że śmiałyśmy się jeszcze głośniej.

– Ona się tylko śmieje, mamo – mówiłaś.

Kładłyśmy się do swoich łóżek. Wpatrywałyśmy się w świecące w ciemności gwiazdy, które ułożono na suficie tak, aby tworzyły nasze imiona – pomysł, który początkowo mi się nie podobał, ponieważ chciałam, by sufit był wiernym odzwierciedleniem nieba. Ale powiedziałaś, że to niemożliwe. Powiedziałaś, że „sufit nigdy nie będzie niebem, Sally”, a ja nie protestowałam, ponieważ bez względu na to, ile miałam lat, zawsze byłaś ode mnie trzy lata starsza. Zawsze znałaś się na rzeczach, o których ja nie miałam pojęcia, na przykład, że na niebie jest osiemdziesiąt osiem konstelacji, a w paczce są tylko dwadzieścia dwie gwiazdy. Wystarczająco dużo, aby ułożyć z nich nasze imiona. Przykleiłyśmy więc gwiazdy do sufitu, a ja spędziłam resztę dzieciństwa, patrząc w górę i słuchając, jak KATHY opowiada SALLY o wszystkich innych rzeczach, o których wiedziała: niebo tak naprawdę nie jest niebieskie. Deszcz wyparowuje i trafia z powrotem do nieba.

– A czy wiesz, że drzewa odczuwają ból? – zapytałaś.

– Nie – odpowiedziałam.

Ale nie byłam zaskoczona. Podejrzewałam to od momentu, gdy tata powiedział nam, że klon przed oknem naszej sypialni jest prawie martwy. Był tak stary, powiedział tata, że mógł zostać posadzony przez prawdziwego angielskiego protestanta z XVI lub XVII wieku, co nie tyle zrobiło na mnie wrażenie, ile mnie przestraszyło. Drzewo stało na naszym trawniku, zgarbione i powykręcane, i nie lubiłam na nie patrzeć, tak samo jak nie lubiłam patrzeć na spiczaste narośle kostne na stopach taty, kiedy zdejmował skarpetki na plaży. Albo na dolny rząd żółtych zębów, które były widoczne jedynie wtedy, gdy mama śmiała się naprawdę głośno. Wiedziałam, że śmierć czaiła się w najbardziej nieoczekiwanych miejscach: w śmiechu mamy, na koniuszkach palców u stóp taty, w jasnozielonych liściach za oknem naszej sypialni, które nie mogły wyglądać na bardziej żywe. Dlatego każdej nocy, zanim wślizgnęłam się do twojego łóżka, opuszczałam roletę. Nigdy mnie wtedy nie odpychałaś. Lubiłaś czuć delikatne opuszki moich palców splatające kosmyk twoich włosów w warkoczyk.

– No więc mogą. Tak mi powiedział Billy Barnes – odpowiedziałaś. – On zna się na tego typu rzeczach. Jego tata ma kwiaciarnię.

Byłam wtedy bardzo „dobrą słuchaczką, bardzo uważną”, nauczyciele często pisali to na moim świadectwie szkolnym. Zawsze zadawałam dodatkowe pytania.

– Kim jest Billy Barnes? – zapytałam.

– Kim jest Billy Barnes? – odparłaś, jakbym miała to wiedzieć. Ale nie znałam nikogo poza dziećmi z mojej pierwszej klasy. Byliśmy trzymani w ukryciu, z dala od starszych dzieci, w naszym własnym bezpiecznym skrzydle szkoły. – Jutro jedynie tańczę z nim futbolowe tango.

– Co to jest futbolowe tango?

– To tylko taniec wymyślony przez nauczycieli, żeby uczcić Święto Dziękczynienia – powiedziałaś. – Nie bardzo to rozumiem. Ale co z tego? Nie o to chodzi.

Chodziło o to, że byłaś w czwartej klasie, a on w piątej i nie powinniście być parą, ale i tak ustawiono was razem. Byliście dokładnie tego samego wzrostu. Powiedziałaś, że to przeznaczenie. I tak właśnie było – następnego ranka się spełniło. Ty przebrałaś się za cheerleaderkę, a on za zawodnika grającego w futbol, tańczyliście tango na sali gimnastycznej, a on szepnął coś miłego o twoich włosach i tak się zaczęło. Zakochałaś się.

– Co powiedział o twoich włosach? – zapytałam.

Zaczynałam zdawać sobie sprawę, że nie mam odpowiedniego typu włosów. Nie przypominały w ogóle twoich, które po kąpieli wysychały i stawały się proste. Moje były kręcone, trudne do ułożenia, jak jedno z tych złowrogich drzew z kreskówek, które wciągają ludzi swoimi gałęziami, gdy ci tylko się zbliżą. Tak przynajmniej powiedział Rick Stevenson w autobusie, tuż przed tym, jak opowiedział mi o swojej szynszyli w domu, tej, która ostatnio zaczęła zjadać własne młode.

– Nie wiem – odpowiedziałaś. – Billy tego nie określił.

Po tańcach zaczęłaś wieczorami opowiadać mi o Billym. Ale nigdy nie rozmawiałaś z nim w szkole.

– Co miałabym mu powiedzieć? – zastanawiałaś się.

Byłam zaskoczona, że mnie o to zapytałaś – co ja wtedy wiedziałam o rozmowach z chłopcami? Ledwo potrafiłam rozmawiać z własną babcią i dziadkiem, kiedy siedzieli na naszej kanapie podczas świąt Bożego Narodzenia. Cicho skubałam rąbek sukienki, podczas gdy ty zadawałaś im pytania o ich stary piec węglowy i mleko, które kiedyś dostarczano na próg ich domu w butelkach. Przyjmowałaś prezenty od nich z entuzjazmem, którego ja nie potrafiłam udawać.

– Bardzo dziękuję za zestaw do robienia własnej gumy balonowej – powiedziałaś babci, jakbyś naprawdę tak uważała, a ja nie mogłam w to uwierzyć. Czy naprawdę ekscytowała nas możliwość zrobienia własnej gumy balonowej? Nie potrafiłam tego stwierdzić. Byłaś dobrą aktorką, miałaś wrodzony talent, powiedział kiedyś tata, po tym jak obejrzeliśmy cię w roli Piotrusia Pana w spektaklu Piotruś Pan.

Ale rozmowa z Billym nie przychodziła ci tak łatwo.

– Billy jest w piątej klasie – wyjaśniłaś. – I pewnego dnia będzie sławnym koszykarzem. Tak mówią wszyscy nauczyciele.

Więc po prostu obserwowałaś go z daleka i zwracałaś na niego szczególną uwagę podczas przerw. Zbierałaś informacje, które przekazywałaś mi każdego wieczoru. Wymieniłaś wszystkie rzeczy, które lubił Billy: pizzę z pepperoni. Chicago Bulls. Modliszki. I swojego tatę, który niedawno złamał kark.

– To prawdziwa tragedia – powiedziałaś. Potem opowiedziałaś mi całą historię, jakbyś była w kwiaciarni Bill’s Tree and Garden, kiedy tata Billy’ego spadł z drabiny. – Musiał spaść z wysokości dwudziestu stóp, Sally! To obłęd! Złamał kręgosłup w dwóch miejscach.

– Czy on umrze? – zapytałam.

Nie mieściło mi się w głowie, żeby ktoś złamał kark i nie umarł. Wyobraziłam sobie kark ojca Billy’ego, wygięty pod kątem prostym.

– Nie. Nic mu nie będzie. Ale mimo wszystko to naprawdę przerażające. Kto by pomyślał, że praca w kwiaciarni jest tak niebezpieczna?

Pamiętam, że z jakiegoś powodu brzmiałaś dumnie, jakbyś to ty złamała sobie kark.

Opowiadałaś mi tak wiele o Billym, że kiedy w końcu go zobaczyłam, wydawało mi się to nierealne. Wysiadłyśmy z samochodu taty na parkingu sklepu Bill’s Tree and Garden, a ty ścisnęłaś mnie za ramię, tak jak zawsze, gdy widziałyśmy lisa w lesie.

– To Billy Barnes – szepnęłaś.

Wiedziałyśmy, że żyją tu lisy, ale zawsze byłyśmy zaskoczone, widząc jakiegoś na naszym podwórku. To było Connecticut. Przedmieścia. Mieszkałyśmy jedną ulicę dalej od Dunkin’ Donuts. Nigdy nie spodziewałyśmy się, że będziemy miały na tyle szczęścia, że znajdziemy się we właściwym miejscu we właściwym czasie. Na tym samym parkingu, na którym Billy wyładowywał z furgonetki małe białe drzewka.

Tata poszedł do środka, żeby kupić nagietki do skrzynki pocztowej, ale my stałyśmy cicho przy wejściu. Zrywałyśmy płatki z pobliskiego krzewu różanego, udając, że nie obserwujemy Billy’ego, ale tak oczywiście było.

Przyglądałyśmy mu się bardzo uważnie, choć teraz z trudem przypominam sobie cokolwiek z tamtej chwili. Pamiętam tylko jego włosy, gęste i brązowe, jakby były z plastiku. Jakby był jedną z moich zabawek Fisher-Price.

– Co wy tu jeszcze robicie, dziewczynki? – zapytał tata, kiedy wrócił z dwiema doniczkami złotych kwiatów. Czar prysł.

– Nic – odpowiedziałaś, ale obie wiedziałyśmy, że na czymś nas przyłapano. Wepchnęłyśmy czerwone płatki do kieszeni, zanim tata zdążył zobaczyć, a ty zapewniłaś mnie, że to nie jest kradzież, ponieważ płatki odrosną większe i jaśniejsze, jak szkodniki, które czasami wycinamy w lesie. Kiedy tata ruszył samochodem, wyjęłaś płatek z kieszeni i zaczęłaś przesuwać nim po dolnej wardze.

– Jest taki miękki – powiedziałaś, podając mi go. – Sprawdź.

Przycisnęłam płatek róży do ust i poczułam jego miękkość, i tyle.

Rozmowy o Billym stały się częścią wieczornego rytuału. Jak modlitwa przed snem. Każdej nocy w tamtym roku gasiłyśmy światła, ja opuszczałam rolety, a ty opowiadałaś mi o tym, jak bez powodu podarował ci ołówek na korytarzu. Jak bez powodu zjadł trzmiela podczas przerwy. Jak przyniósł goździki dla całej szkoły. Na walentynki.

– Czy to nie miłe? – zapytałaś.

– Czy jego tata nie ma kwiaciarni? – odpowiedziałam pytaniem.

W niektóre noce zastanawiałyśmy się nad rzeczami, których nie wiedziałyśmy, rzeczami, których nigdy nie mogłyśmy wiedzieć o Billym. Jakie to uczucie go pocałować i czy myślisz, że byłby dobrym mężem?

Oczywiście, że tak, zdecydowałyśmy.

– Założę się, że zabierze swoje córki do Wielkiego Kanionu – powiedziałaś. – Da im po całym dolarze, kiedy wypadną im zęby – powiedziałam.

– Nie tak jak tata.

Rano po przebudzeniu zawsze byłyśmy rozczarowane ubraniami, które przygotowałyśmy poprzedniego wieczoru. Zmieniałyśmy zdanie na temat tego, co założyć – do czego, twoim zdaniem, miałyśmy prawo – ale przez całe śniadanie czułam się źle z powodu odrzuconych ubrań, czasami nawet przepraszałam je, zanim pobiegłyśmy do autobusu. Kiedy mnie usłyszałaś, roześmiałaś się.

– Sally, to tylko buty! – powiedziałaś. – To tylko koszula!

Ale nie mogłam przestać czuć, że to coś więcej, że wszystko potajemnie żyje, dlatego przed wyjazdem pożegnałam się również z grzejnikami.

Po tym, jak tata Billy’ego złamał sobie kark, Billy zasłynął również z robienia głupich rzeczy, jak wkładanie marchewki do temperówki przed lunchem i skakanie po szkole z dachu.

– Kto rzuci mi wyzwanie, żebym skoczył z tego dachu?! – krzyknął Billy do nas wszystkich na asfalcie.

Nikt nie rzucił. Nawet Rick Stevenson, który spędził całą przerwę obiadową na rozkruszaniu cukierków SweeTARTS na drobny proszek, a następnie wciąganiu go nosem. Rick wyglądał po prostu na zaniepokojonego.

– To za wysoko! – krzyknął Rick. Potem zwrócił się do nas: – Billy się zabije.

Spojrzałyśmy na Billy’ego, który stał wysoko na dachu jak flaga amerykańska. Po raz pierwszy w życiu Rick zdawał się mieć rację. Billy umrze. Ty i ja wymieniłyśmy między sobą tajemnicze spojrzenia.

– Billy jest taki głupi – powiedziałaś do mnie, ale uśmiechnęłaś się, mówiąc to, jakby to była najlepsza cecha, jaką może mieć chłopak.

Upadek był gwałtowny i mocny. Podbiegliśmy do Billy’ego, ale wszyscy za bardzo baliśmy się go dotknąć. Leżący na chodniku, nieprzytomny Billy w ogóle nie przypominał siebie. Leżał zbyt nieruchomo, a to nie miało sensu, ponieważ kiedy mówiło się o Billym, zawsze się ruszał, jak samochód, którego silnik nigdy nie gaśnie. Ale im dłużej nad nim stałam, tym bardziej stawał mi się obcy. Miałam takie samo uczucie jak wtedy, gdy widziałam dziadka podczas czuwania przy jego zwłokach. Wyglądał jak zupełnie obcy człowiek w trumnie, sztywny i pokryty zrobionym przez kogoś makijażem.

– Niech ktoś mu pomoże! – krzyknęłaś.

Pobiegłam po pomoc. Ale przez cały czas, gdy biegłam korytarzem, byłam zdezorientowana. Jeśli do tej pory nie wiemy nic o Billym, pomyślałam, to o kim w ogóle cokolwiek wiemy? Potem znalazłam pielęgniarkę, która, jak powiedziałaś, nie była tak naprawdę pielęgniarką.

– W takim razie kim ona jest? – zapytałam cię.

Patrzyłyśmy, jak wycierała ręce i nogi Billy’ego z krwi.

– To po prostu mama Priscilli Mountain – odpowiedziałaś.

Potem długo stałyśmy na chodniku, jak dwa koraliki nawleczone na łańcuch życia Billy’ego.

Billy złamał nogę w dwóch miejscach i został przez to gwiazdą w szkole. Kiedy wrócił ze szpitala, wszyscy ustawili się w kolejce, żeby podpisać się na jego gipsie, nawet nauczyciele. Niektóre dziewczyny narysowały różowe serca obok swoich imion, a inne, na przykład Priscilla, napisały na jego kolanie swoje numery telefonów.

– Dlaczego to zrobiłaś? – zapytałaś Priscillę, nie jakbyś była zła, ale jakbyś sama może powinna była zrobić coś podobnego.

– Lubię go – odpowiedziała Priscilla i wzruszyła ramionami, jakby to nie było nic wielkiego, a jednak poirytowało mnie to z tego samego powodu, z którego irytowało mnie, że u nas nocowała. Położyła swój śpiwór między naszymi łóżkami, a na naszym stoliku nocnym postawiła oprawione zdjęcie swoich rodziców i rozmawiała o Billym, jakby należał do niej.

– Lubiłyśmy Billy’ego na długo wcześniej, zanim złamał nogę – powiedziałam.

– Sally! – zareagowałaś.

Wydawało się ważne, że kochałaś Billy’ego, zanim skoczył z dachu. Tańczyłaś z nim kiedyś futbolowe tango. Ale Priscilla wydawała się sceptyczna.

– Lubisz Billy’ego? – zapytała. – Nigdy o nim nie rozmawiasz.

Teraz twoja kolej, żeby wzruszyć ramionami.

– Jest w porządku – odpowiedziałaś.

W czwartej klasie byłaś tak naprawdę dość nieśmiała, czego wtedy nie zauważyłam, ponieważ w mojej obecności nigdy taka nie byłaś. W naszym pokoju, wieczorem, zawsze zachowywałaś się najbardziej naturalnie.

– Czuję, że mogę ci wszystko powiedzieć – wyznałaś mi po wyjściu Priscilli.

Ale powiedziałaś, że Billy był zbyt popularny, żeby z nim rozmawiać. A kiedy zagoiła mu się noga, był zawsze otoczony chłopcami, podczas przerw zawsze grał na bocznym boisku. W futbol amerykański. W piłkę nożną. Potem w koszykówkę. Billy’emu nie zależało na rozmowach z dziewczynami. Nie interesował się niczym poza drużyną Chicago Bulls i tym, ile podciągnięć na drążku zrobili inni podczas zajęć WF-u. No i psami. Billy kochał psy. Raz przyprowadził psa przewodnika swojego ojca, żeby pokazać go podczas lekcji, na którą uczniowie przynoszą interesujące ich przedmioty i o nich opowiadają, a my chodziłyśmy za nim po korytarzach przez cały dzień. Billy nigdy nie oglądał się za nami, tylko schylał się, żeby pogłaskać po głowie swojego psa. Żółtego labradora.

Próbowałaś zwrócić jego uwagę w inny sposób. Pod koniec roku wzięłaś udział w castingu do Disney Spectacular. Przebrałaś się za Annie Oakley na szkolną konferencję „Sławne kobiety na przestrzeni wieków”. Kiedy wszystkie dziewczyny w naszej szkole przyszły przebrane za słynne księżniczki lub królowe, ty założyłaś kowbojski kapelusz i schowałaś plastikowy pistolet do kieszeni. Wtedy można było robić takie rzeczy. Poszłyśmy do stołówki, gdzie nauczyciele rozdawali przypinki z napisem „Push Me” (włącz mnie), a ty ożywiałaś się, gdy ludzie naciskali twoją przypinkę. Kręciłaś pistoletem i starałaś się mówić przez nos jak w westernach najlepiej, jak potrafiłaś. Wszyscy klaskali, z wyjątkiem Billy’ego. Billy sięgnął po twój plastikowy pistolet, obracał go w dłoni, jakby był handlarzem starociami, który oceniał wartość przedmiotu.

Ja tymczasem byłam ubrana na czarno i stałam po drugiej stronie stołówki. Ludzie patrzyli na moją przypinkę, na której z jakiegoś powodu widniał napis „Plush me” zamiast „Push Me”. Chłopcy z mojej klasy otoczyli mnie, a Rick Stevenson powiedział:

– Ha, ha. Sally chce, żeby zrobić z niej plusz.

Stałam wyprostowana, miałam zaciśnięte usta i jedną rękę opartą na biodrze. Ciągle o tym myślałam. Nie wiedziałam, co to znaczy zrobić z kogoś plusz, ale wiedziałam, że nie chcę, żeby mi się to przydarzyło. Wiedziałam, że Annie Oakley nigdy by to nie spotkało. Ona, pomyślałam, miała broń.

– A ty kim jesteś? – zapytał Billy.

Podczas wszystkich naszych nocnych rozmów nigdy nie przyszło mi do głowy, że pewnego dnia mogę naprawdę odezwać się do Billy’ego. Kochałam go tak, jak kochałam Hawaje lub Paryż, dwa miejsca, o których szeptałyśmy nocami, ale wiedziałyśmy, że nigdy ich nie zobaczymy, ponieważ tata twierdził, że jest zbyt wysoki, żeby wysiedzieć w samolocie tak długo. Więc powiesiłyśmy w naszym pokoju plakaty z Paryżem i marzyłyśmy o croissantach, które jadłybyśmy u stóp wieży Eiffla, i to nam wystarczało.

Ale oto Billy stał przede mną i czekał na odpowiedź.

– Jestem Florence Nightingale – powiedziałam w końcu.

To był pomysł mamy. Pomysł wydawał się dobry w chwili, gdy go zaproponowała, ale teraz, kiedy Billy zapytał, brzmiał głupio.

– Czy to jakiś rodzaj kwiatu?

– Nie. Była słynną pielęgniarką – odparłam. – W wojnie krymskiej.

Przygotowałam sobie długą mowę o tym, jak wielką była bohaterką i jak wspaniałą obserwatorką. Zamierzałam nawet odegrać pantomimę przedstawiającą zszywanie czyjejś rany. Ale Billy powiedział:

– Przykro mi, nigdy o niej nie słyszałem.

I odszedł ze swoimi przyjaciółmi do poidełka. Pochylił głowę na tyle nisko, żeby zmoczyć włosy, co musiało być przyjemne. Była połowa lipca. Zbyt gorąco, żeby nadal siedzieć w szkole, w sali gimnastycznej, pocąc się w fartuchu pielęgniarki, który tak naprawdę był tylko starym mundurkiem na występy chóru. Ulżyło mi, kiedy wychodząc, Billy otworzył podwójne drzwi i wpuścił powiew chłodnego powietrza.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki