Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Tu każdy zna każdego. A przynajmniej tak się wszystkim wydaje…
Emerytka, młoda matka oraz świeżo upieczona maturzystka przypadkiem łączą siły i rozpoczynają własne śledztwo w sprawie zaginięcia młodej dziewczyny. Im głębiej zaglądają w życie Sary, tym więcej odkrywają sekretów, kłamstw i niedopowiedzeń. Podejrzany nauczyciel, dawny chłopak, tajemniczy przyjaciel i plotki rozprzestrzeniające się po osiedlu sprawiają, że prawda wydaje się coraz bardziej nieuchwytna…
Czy Sara uciekła z własnej woli? Dlaczego zdecydowała się na taki desperacki krok? A może ktoś zadbał o to, by już nigdy nie wróciła do domu?
Pełna napięcia i emocji opowieść o sile kobiecej solidarności, rodzinnych konfliktach i sekretach, które potrafią zmienić ludzkie życie.
Bo czasem największe tajemnice kryją się tuż za ścianą…
---
Małgorzata Kołakowska - autorka powieści obyczajowych. Absolwentka zarządzania finansami, na co dzień pracuje jako księgowa. Introwertyczka, która nie za wiele mówi, ale za to uważnie obserwuje otaczający ją świat. Swoje spostrzeżenia i przemyślenia ubiera w historie, które przenosi na papier. Kocha książki, odkąd tylko nauczyła się czytać. W wolnym czasie najchętniej podróżuje, gra w planszówki i rozwiązuje zagadki logiczne.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 315
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Copyright © 2026 by IWR WE sp. z o.o. Copyright © 2026 by Małgorzata Kołakowska
Redaktor prowadzący: Magdalena Kędzierska-Zaporowska Korekta: Anna Strakowska Redakcja techniczna: Paweł Kremer Projekt okładki: Lena Wójcik Zdjęcie na okładce: Adobe Firefly
Wydanie I | Kraków 2026
ISBN 978-83-8404-219-9
Emocje Plus Minus, ul. Meissnera 20, 31-457 Kraków Dział sprzedaży: [email protected]
Na zlecenie Woblink
woblink.com
plik przygotowała Katarzyna Ossowska
Mieszkańcy Osiedla Słoneczna Osada:
Wiesława Rostocka – sześćdziesięciopięcioletnia wdowa, która po śmierci ukochanego męża zamieszkała wraz ze swoją córką i jej mężem na Osiedlu Słoneczna Osada
Kamila Jędraszko – matka dwóch małych córeczek. Zrezygnowała z etatowej pracy, by poświęcić się opiece nad dziećmi. Z wykształcenia dietetyczka, obecnie piecze ciasta i torty, prowadząc niewielką działalność nierejestrowaną
Robert Jędraszko – mąż Kamili
Nela i Pola – córki Kamili i Roberta
Wiktoria Górska – tegoroczna maturzystka. Nigdy nie poznała swojego biologicznego ojca, była wychowywana wyłącznie przez matkę. Niedawno jej mama wyszła za maż i przeprowadziła się do podkarpackiej wioski, a dziewczyna zamieszkała u wujostwa
Marta i Aleksander Górscy – wujostwo Wiktorii, mają rocznego synka
Joanna Zduńska – osiemdziesięciopięcioletnia schorowana wdowa, której ulubionym zajęciem jest obserwowanie poczynań sąsiadów
Ewa Michalska – ambitna bizneswoman, pracuje jako księgowa w dużej spółce
Maciek Michalski – mąż Ewy, właściciel firmy marketingowej
Sara Michalska – córka Ewy i Maćka, uczennica pierwszej klasy liceum o profilu sportowym
Uczniowie i nauczyciele Liceum im. Królowej Jadwigi w Katowicach:
Nina i Beata – przyjaciółki Sary
Mikołaj Kumorek – przyjaciel Sary, członek męskiej drużyny siatkarskiej
Ida – dziewczyna Mikołaja
Krzywy – uczeń trzeciej klasy, obiekt westchnień Sary, kolega Mikołaja z drużyny
Jacek Kostrzewa – trener żeńskiej drużyny siatkarskiej
Inni:
Gienia – matka Ewy Michalskiej
Stanisław – ojciec Ewy Michalskiej
Osoby pojawiające się w retrospekcjach:
Pan Tomasz – pierwszy pracodawca Ewy Michalskiej
Dorota Kalicka – właścicielka biura rachunkowego, w którym pracowała Ewa
Julka – koleżanka Sary z podstawówki, córka zamożnych przedsiębiorców
W spisie postaci pominięto osoby nie mające istotnego wpływu na fabułę, a także te, których ujawnienie mogłoby stanowić spoiler.
Plan Osiedla Słoneczna Osada
6 czerwca 2025 roku
Mała kaczka zataczała szerokie kręgi na przejrzystej tafli jeziora. Siedząca na brzegu wysokiej skarpy Sara spojrzała na nią z nutką zazdrości. Ile by dała, by choć na chwilę przemienić się w jednego z tych beztroskich ptaków, dla których jedynym zmartwieniem było znalezienie pożywienia. Marzyła, by ukryć się przed światem, zapomnieć o wszelkich troskach, bólu, o swoim złamanym sercu, o babci i o rozmowie, którą przed chwilą usłyszała. Jęknęła bezgłośnie i przyłożyła obie dłonie do uszu, jakby chciała się odgrodzić od rzeczywistości. Mimo to wciąż miała wrażenie, że te słowa nadal dudnią w jej głowie, niosąc ze sobą okrutny ból. Z jej oczu mimowolnie popłynęły łzy.
Nagle za sobą usłyszała cichy szelest. Czy to był on? Jeżeli tak, dlaczego zamiast głośno krzyknąć jej imię, cichutko się skradał. Drgnęła nerwowo, czując, jak ogarnia ją strach. Ktoś się do niej zbliżał. Nerwowo przełknęła ślinę i powoli, ostrożnie odwróciła głowę.
6 czerwca 2025 roku
Wiesława Rostocka przeczesała szczotką siwe włosy i związała je niedbale w węzeł na karku. Jeszcze kilka lat temu pociągnęłaby rzęsy tuszem, a na usta nałożyła szminkę, jednak teraz zupełnie nie dbała o swój wygląd. W końcu od śmierci ukochanego męża nikt nie zwracał uwagi na to, jak się prezentowała. Zresztą zamierzała tylko podjechać autobusem do pobliskiego sklepu po zakupy.
Wyszła z łazienki i sprawdziła zawartość torebki: telefon komórkowy, klucze, pieniądze. Wszystko było na swoim miejscu. Spojrzała na zegarek i oceniwszy, że ma jeszcze trochę czasu, udała się do kuchni, gdzie nalała sobie szklankę wody. Dzień był tak upalny, że ledwie trzymała się na nogach. Z żalem pomyślała o wczorajszych zakupach. Gdyby wtedy wrzuciła do koszyka produkty potrzebne do dzisiejszego obiadu, nie musiałaby teraz nigdzie wychodzić. Przez moment rozważała, czy nie napisać do córki, że nie zdoła niczego ugotować, ale szybko zrezygnowała z tego pomysłu. Codzienne przygotowywanie posiłków dla córki i zięcia było jedną z niewielu rzeczy, które trzymały ją jeszcze przy życiu.
Nagle do jej uszu dobiegł dźwięk dzwonka. Spiesznie podeszła do drzwi wejściowych i przekręciła klucz w zamku. W progu stał młody, uśmiechnięty chłopak.
– Dzień dobry, mam przesyłeczkę dla pani Wiesławy Rostockiej.
– Dzień dobry, to ja. – Wiesia spojrzała na trzymaną przez niego kartonową paczkę. Szybko przeanalizowała dokonane przez siebie ostatnio zakupy i wykrzyknęła uradowana:
– O, to na pewno moja książka!
Tak, to musiał być drugi tom kryminału napisanego przez Olgę Lubicz. Nic innego ostatnio nie zamawiała. Od razu poprawił jej się humor. Wzięła, a właściwie wyszarpnęła z rąk kuriera przesyłkę.
– To drugi tom sagi W sidłach nieznajomych – wyjaśniła. – Nie mogłam się doczekać! Pierwszy tom skończył się w najciekawszym momencie. Główna bohaterka spotyka człowieka, który… Przepraszam – zreflektowała się – ja tu panu opowiadam, a pan może będzie tę książkę kiedyś czytał.
Chłopak niedbale machnął ręką.
– Nie czytuję książek.
– Skoro tak, to panu opowiem – zapaliła się Rostocka. – Na początku pierwszej części główna bohaterka budzi się w szpitalu psychiatrycznym. Niczego nie pamięta. Dowiaduje się, że ma męża, który regularnie ją odwiedza. Z czasem odzyskuje pamięć i co się okazuje? Że nigdy nie wyszła za mąż! Przy pomocy jednej z pielęgniarek ucieka ze szpitala. Bada sprawę i dochodzi do wniosku, że doszło do pomyłki. To nie ona miała zostać porwana, ale bliźniaczo podobna do niej córka miliardera. Obie dziewczyny zaprzyjaźniają się i wspólnie rozwiązują zagadkę kryminalną. Jak już człowiek myśli, że wszystko się wyjaśniło, to nagle zaskoczenie! Na końcu książki bohaterka wchodzi do swojego mieszkania i kogo tam widzi?! Mężczyznę, który udawał jej męża! Rozmawiają ze sobą, a on ją przekonuje, że ta córka miliardera jest oszustką! Rozumie pan?
– Taaaak… chyba tak… – Jej rozmówca pokiwał niepewnie głową i nieśmiało zerknął w stronę zaparkowanego przy ulicy samochodu.
– Przepraszam… – Wiesia się zmieszała. Uświadomiła sobie, że zajmuje kuriera niepotrzebną paplaniną. Chłopak był na tyle miły i kulturalny, że nie przerwał jej wywodu, ale też nie wykazywał chęci do dalszej rozmowy. – Ja tu panu opowiadam, a pan ma pewnie pełne ręce roboty – zaczęła się tłumaczyć.
– Nic się nie stało – uspokoił ją. – Czasami dobrze zrobić sobie krótką przerwę w pracy i posłuchać ciekawej historii. Jak już pani przeczyta tę drugą część, opowie mi pani, kim był ten tajemniczy mężczyzna. Do widzenia!
– Do widzenia – odparła i zawstydzona zamknęła drzwi.
Ten sympatyczny młodzieniec starał się być miły, ale doskonale wiedziała, że nie interesowała go najnowsza powieść Olgi Lubicz.
Oto kim była Wiesława Rostocka – smutną, żałosną staruszką, która tak bardzo pragnęła z kimkolwiek porozmawiać, że nagabywała nieznajomego. Chociaż obracała się wśród ludzi, czuła się przeraźliwie samotna i nikomu niepotrzebna. W głębi serca marzyła, aby pewnego dnia położyć się do łóżka i już z niego nie wstać. Polecieć tam, hen wysoko, do nieba, spotkać ukochanego męża. Czytała nieraz widomości o śmierci młodych osób, tymczasem ona nadal żyła. Gdyby tylko mogły wrócić te szczęśliwe dni, kiedy miała czterdzieści, pięćdziesiąt lat…
Myślami przeniosła się do trzypokojowego mieszkanka na Załężu. Dzielili jej przez ponad dwie dekady z mężem Mietkiem i dwójką dzieci. Najpierw z rodzinnego gniazdka wyfrunął starszy syn. Niedługo po nim mieszkanie opuściła Monika, młodsza córka. Zamieszkała razem ze swoim mężem w pobliskim Chorzowie.
Wiesia nie rozpaczała z powodu wyprowadzki dzieci. Miała wtedy pięćdziesiąt pięć lat, wcale nienajgorsze zdrowie, perspektywę wcześniejszej emerytury i co najważniejsze – ukochanego męża przy boku. Och, ile mieli wtedy planów na przyszłość! Chcieli zwiedzić całą Polskę, Europę, a może i nawet odległe zakątki świata. Zdążyli zobaczyć zaledwie Trójmiasto, Wałbrzych, Kraków i kawałek Czech, zanim ich marzenia zostały brutalnie przerwane. W dwa tysiące dwudziestym drugim roku Mietek zmarł na zawał, a życie Wiesławy w jednej chwili straciło sens. Przestała dbać o siebie i, co gorsza, o swoje zdrowie. Nie chciało jej się gotować, chodzić na zakupy ani odwiedzać lekarzy. Za to całymi dniami snuła się po domu, leżała w łóżku i czytała książki. To zajęcie jako jedyne sprawiało jej odrobinę radości. Właśnie wtedy do akcji wkroczyła zaniepokojona Monika. Zaproponowała, by matka zamieszkała wraz z nią i jej mężem.
– Ciekawe, jak się zmieszczę w tym waszym dwupokojowym mieszkanku? – Wiesława nie była przekonana do pomysłu córki. – Mam spać na kanapie w salonie? A może wy chcecie się przeprowadzić do mnie?
– Prawdę mówić, zastanawialiśmy się nad czymś innym – zaczęła niepewnie Monika. – Od jakiegoś czasu myślimy o zmianie naszego mieszkania na większe. Przyda się, zwłaszcza jeżeli zgodzisz się z nami zamieszkać. Znalazłam taką ofertę – wyjaśniła nieśmiało, niepewna reakcji matki. – Nowe osiedle, domki szeregowe… Jeżeli my sprzedalibyśmy nasze mieszkanie, a ty swoje, to wspólnymi siłami uzbieralibyśmy większość potrzebnej kwoty. Na resztę wzięlibyśmy kredyt. Mielibyśmy kawałek ogródka przed domem i czteropokojowe lokum. Salon, jeden pokój dla nas, jeden dla ciebie, a ostatni zostałby dla dziecka. Może kiedyś uda mi się zajść w ciążę.
Ile w tej propozycji było zimnej kalkulacji, a ile troski o dobro matki, Wiesia nie wiedziała. Mimo to spodobał jej się ten pomysł. Musiała jakoś wziąć się w garść, ale nie potrafiła tego zrobić, przebywając w miejscu, gdzie wiedli szczęśliwe życie z Mietkiem. Tutaj każdy kąt, każdy mebel przypominał jej o ukochanym człowieku, który tak nagle odszedł. Zresztą, nawet gdyby chciała zachować stare mieszkanie, z czasem przygniotłaby ją szara rzeczywistość. Ceny wszystkiego stale rosły. Z każdym kolejnym rokiem podupadała na zdrowiu i wydawała coraz więcej na leki. Niewielka emerytura już teraz ledwie starczała na zaspokojenie podstawowych potrzeb, a Wiesia wiedziała, że będzie jeszcze gorzej.
W ten oto sposób, niecały rok później Wiesława wraz z córką i zięciem zamieszkali na nowo powstałym osiedlu o dumnej nazwie Słoneczna Osada. Na obszarze odgrodzonym od świata zewnętrznego wysokim płotem i mosiężną bramą mieściło się kilkadziesiąt domów w zabudowie szeregowej oraz kilkanaście bliźniaków. Te drugie były poza ich zasięgiem finansowym. W samym centrum osiedla znajdowały się niewielki skwer i plac zabaw.
Na pierwszy rzut oka można było stwierdzić, że przeprowadzka wpłynęła na Wiesię kojąco: przestała całymi dniami leżeć w łóżku, zaczęła chodzić na zakupy, a nawet zobowiązała się do gotowania obiadów. Niestety, były to tylko pozory. Ona sama nazwałaby swoje życie szarą egzystencją. Wszystkie czynności wykonywała mechanicznie i bez entuzjazmu. No, może oprócz czytania ukochanych książek. Żyła, bo musiała, zmuszała się do prostych aktywności, żeby nie stać się ciężarem dla młodego małżeństwa.
Zarówno Monika, jak i jej mąż do późna pracowali, przez co Wiesia całymi dniami przesiadywała sama w domu, nie mając z kim porozmawiać. Mieszkające na osiedlu sąsiadki, głównie kobiety w średnim wieku, ograniczały się do zdawkowego „Dzień dobry, pani Wiesiu”. Jedyną osobą chętną do ploteczek była osiemdziesięciopięcioletnia pani Zduńska. Pech chciał, że akurat z nią Rostocka niespecjalnie lubiła rozmawiać. Mimo swoich sześćdziesięciu pięciu lat czuła się młoda. Chętnie pogawędziłaby o książkach, podróżach, wychowaniu dzieci, a nawet o sporcie czy polityce. Tymczasem Zduńska opowiadała głównie o swoich problemach zdrowotnych i poczynaniach okolicznych mieszkańców. Nie było dla nikogo tajemnicą, że starsza kobieta całymi dniami przesiadywała przed oknem, obserwując sąsiadów.
Wiesia rzuciła okiem na zegarek. Do odjazdu autobusu pozostało niecałe pół godziny. Jeżeli chciała zdążyć, musiała wyjść najpóźniej za pięć minut. Łakomym wzrokiem spojrzała na dopiero co otrzymaną paczkę. Szybko podeszła do szafki kuchennej, wyciągnęła nóż i sprawnym ruchem rozcięła karton. We wnętrzu znajdowała się nowiutka, jeszcze pachnąca drukiem powieść, na którą tak czekała. Przebiegła wzrokiem po tytule. W sidłach nieznajomych. Oszustwo idealne. Z bijącym sercem wzięła do ręki ponadtrzystustronicowe dzieło i szybko otworzyła je na pierwszej stronie. Tak bardzo chciała zagłębić się w lekturze i zapomnieć o całym otaczającym ją świecie. Zdołała się jednak opanować. Musiała wyjść. Już, teraz, natychmiast. Inaczej autobus odjedzie bez niej.
Odruchowo wrzuciła książkę do torebki, włożyła buty i otworzyła drzwi. Uderzyła ją fala upalnego powietrza. Z trudem łapiąc oddech, ruszyła w stronę przystanku. Gdy minęła furtkę wyjściową z osiedla, zorientowała się, że przez zamieszanie związane z książką zapomniała założyć kapelusz. Skarciła się w duchu. Jeszcze tylko tego brakowało, aby nabawiła się udaru słonecznego. Słońce paliło niemiłosiernie, a na długiej ścieżce prowadzącej z osiedla do przystanku nie było ani odrobiny cienia.
Ciężko sapiąc, stawiała kolejne kroki. Gdy była już blisko celu, nagle zrobiło jej się słabo, a świat przed oczyma zaczął wirować. Instynktownie wyciągnęła rękę, by uchwycić się jakiegoś stabilnego przedmiotu, ale otaczała ją pustka. W pobliżu nie było ani jednego drzewa, ławki czy nawet latarni. Poczuła, jak nogi odmawiają jej posłuszeństwa. Jej torebka delikatnie zsunęła się z ramienia i upadła na ziemię. Wiesia kątem oka zauważyła, jak z wnętrza wypada portfel i chusteczki higieniczne. Czuła, że ona też za chwilę dołączy do rozrzuconych niedbale przedmiotów. Było jej tak słabo… Tak bardzo słabo…
– Pomocy – wykrztusiła z siebie ostatkiem sił.
Już miała upaść, gdy nagle poczuła na swoich ramionach uścisk czyichś silnych dłoni.
*
Wiktoria Górska mijała kolejne domki szeregowe, z ciekawością zerkając na przylegające do nich niewielkie ogródki. W jednym z nich zobaczyła szczęśliwe małżeństwo odpoczywające na leżakach i dwójkę wesołych brzdąców biegających dookoła rodziców. Poczuła w sercu ukłucie zazdrości. Jej samej nigdy nie dane było doświadczyć, jak to jest żyć przy boku szczęśliwych, kochających się rodziców.
Odkąd pamiętała mieszkali z mamą, babcią i wujkiem Olkiem w trzypokojowym mieszkaniu w bloku. Wychowała się bez ojca. Co więcej, nie znała nawet jego tożsamości. Wiedziała tylko tyle, że zostawił mamę, gdy ta była w ciąży i przez następne lata nie wykazywał żadnego zainteresowania córką. Będąc małą dziewczynką, Wika pragnęła go odnaleźć, jednak z czasem doszła do wniosku, że skoro ojciec przez tyle lat nie znalazł czasu, by choć raz ją odwiedzić, nie zasługuje na jej uwagę. Pogodziła się z jego nieobecnością i skupiała na swoim życiu. Uczęszczała do szkoły średniej, w planach miała studia i znalezienie dobrej pracy. Nie sądziła jednak, że zanim zdąży się usamodzielnić, jej uporządkowany świat diametralnie się zmieni.
Wszystko zaczęło się zupełnie niewinnie. Pewnego dnia podczas niedzielnego obiadu wujek, zatwardziały kawaler nałożył sobie na talerz schabowego, obfitą porcję ziemniaków z mizerią, a następnie rzucił od niechcenia:
– Żenię się.
– Z kim? – wykrzyknęły niemal równocześnie wszystkie trzy jego krewniaczki.
– Z Martą – odparł, a następnie najspokojniej w świecie rozpoczął konsumpcję obiadu.
Rok później wujek wyprowadził się z ich mieszkanka i uwili sobie przytulne gniazdko ze swoją uroczą, młodą małżonką. Kupili jeden z domków szeregowych na nowym osiedlu o nazwie Słoneczna Osada. Dopełnieniem tego idyllicznego obrazu było pojawienie się na świecie małego synka – Antosia.
Nie upłynęło wiele czasu, a życie przyszykowało dla Wiktorii kolejną nieprzyjemną niespodziankę. Tym razem jej źródłem okazała się matka, która niespodziewanie zaczęła spotykać się z pięćdziesięcioletnim wdowcem. Poznali się zupełnie przypadkowo i oboje zgodnie stwierdzili, że była to miłość od pierwszego wejrzenia. Otóż, mężczyzna pewnego dnia przyjechał do Katowic i trafił do sklepiku z pamiątkami, w którym pracowała właśnie mama Wiktorii.
Dziewczyna na początku z pobłażaniem patrzyła na poczynania swojej rodzicielki. Była pewna, że cała ta miłość zakończy się tak szybko, jak się zaczęła. Przecież ta dwójka pochodziła z dwóch zupełnie różnych światów. Matka mieszkała w dużym mieście, a jej ukochany pochodził z małej podkarpackiej wioski, gdzie zajmował się uprawą pomidorów na dużą skalę. Wika pojechała tam raz i od pierwszego momentu wszystko ją drażniło: spokojna, senna atmosfera i położona na odludziu posiadłość otoczona wielkimi połaciami pól i lasów. Do najbliższego sklepu było kilka kilometrów, a do większego miasta – dwadzieścia. Jednak tym, co najbardziej zraziło dziewczynę, był tętniący życiem, pełen ludzi dom, w którym mieszkał ukochany matki. Wika sądziła, że po tej wizycie rodzicielka szybciutko porzuci swojego adoratora. Jakież było jej zdumienie, gdy pewnego dnia z dumą oznajmiła, że bierze ślub.
Wika oniemiała z wrażenia.
– Jak to się pobieracie?
– Czemu się tak dziwisz? To chyba normalne, że dwójka kochających się ludzi pragnie zostać małżeństwem.
– Przecież on mieszka na tym swoim Podkarpaciu, a ty masz pracę tutaj, w Katowicach! Jak ty sobie wyobrażasz to małżeństwo?
Matka wzruszyła ramionami.
– Normalnie. Zostawię pracę, przeprowadzę się do niego i będę pomagać w gospodarstwie.
Dziewczyna zdębiała.
– Ty? Przecież ty nie masz pojęcia o uprawie roślin!
– Wszystkiego się nauczę.
– I będziesz mieszkać z jego rodzicami, dziećmi i wnukami?
– A czemu nie? – Kobieta zdawała się nie dostrzegać żadnych problemów.
– A co ze mną?
– Jak to co? Zamieszkasz z nami.
– Na wsi!? Mam się przeprowadzić na wieś?
– No tak… – potwierdziła rodzicielka takim tonem, jakby było to coś zupełnie naturalnego.
– Mamo, ty chyba żartujesz? – wybuchnęła Wiktoria. – Mam zostawić szkołę?
– Szkołę możesz skończyć. Ślub zaplanowaliśmy na koniec maja, gdy będziesz już po maturze.
– Czyli twoim zdaniem powinnam zrezygnować ze studiów i zamieszkać na jakimś zadupiu? Co ja tam będę robić?
– O, przepraszam. – Matka była wyraźnie urażona. – To nie jest żadne zadupie. Możesz studiować w Przemyślu. Wynajmiemy ci jakiś pokój, będziesz tam mieszkać od poniedziałku do piątku, a na weekendy możesz wracać do nas.
– Mamo! Ja już mam upatrzony kierunek tutaj, w Katowicach. Nie zamierzam z niego rezygnować! I jeszcze ta przeprowadzka – wzdrygnęła się. – Nie, nie i jeszcze raz nie! – Zostanę z babcią.
Mama wyraźnie się zasępiła.
– Kochanie… Tylko że babcia zamieszka z nami…
Wiktoria w pierwszym momencie myślała, że się przesłyszała. Niestety matka mówiła prawdę. Starsza kobieta potraktowała nieoczekiwaną przeprowadzkę na wieś jako największą przygodę. Z radością zabrała się do pakowania walizek i nawet ukochana wnuczka nie zdołała jej skłonić do zmiany zdania. Jedynym ratunkiem dla dziewczyny okazała się propozycja złożona przez wujka i ciocię. Zaoferowali, by zamieszkała z nimi. Mieli przestronny, czteropokojowy domek, w którym bez problemu znalazł się pokój dla siostrzenicy.
Kilka miesięcy później Wiktoria zdała maturę, a następnie pojechała na Podkarpacie, aby wziąć udział w ceremonii zaślubin swojej matki. Po uroczystości młoda para wyruszyła w podróż poślubną, a ona wróciła do Katowic, wprost do domku szeregowego na Osiedlu Słoneczna Osada. Była wdzięczna wujostwu, że ocalili ją od niechcianej przeprowadzki, ale z trudem oswajała się z nową sytuacją.
Czuła się w ich domu trochę jak gość, dlatego kiedy tylko mogła, wychodziła i spotykała się ze znajomymi. Dzisiaj też była umówiona ze swoją licealną przyjaciółką. By dotrzeć na miejsce spotkania, musiała dojechać autobusem do centrum Katowic. Najbliższy przystanek był oddalony od osiedla o niecały kilometr. Ta krótka przechadzka nigdy nie sprawiała jej problemów, jednak dzisiaj ze względu na niesprzyjającą pogodę stała się nie lada wyczynem. Rozpalone słońce grzało niemiłosiernie, a parne powietrze utrudniało normalne oddychanie. Wiktoria z zazdrością spoglądała na mijające ją samochody. Ich właściciele najprawdopodobniej korzystali z takiego wynalazku jak klimatyzacja, co sprawiało, że nie odczuwali panującej na zewnątrz wysokiej temperatury.
Nagle jej uwagę przykuła nieznajoma starsza pani. Wiktoria zauważyła ją zaraz po tym, jak minęła furtkę wyjściową z osiedla. Kobieta szła kilkadziesiąt metrów przed nią. Z każdym kolejnym krokiem odległość pomiędzy nimi stopniowo się zmniejszała. Było to zupełnie zrozumiałe, biorąc pod uwagę dużą różnicę wieku. Jednak teraz tamta całkiem się zatrzymała. Machnęła ręką tak, jakby usiłowała się czegoś złapać, a z ramienia zsunęła się jej torebka. Zamiast schylić się i pozbierać porozrzucane przedmioty, kobieta nadal stała, niebezpiecznie się chwiejąc. Wika błyskawicznie oceniła sytuację i pędem ruszyła w jej stronę. Udało jej się dobiec i w ostatniej chwili złapać mdlejącą kobietę za ramiona.
*
Kamila Jędraszko wolnym krokiem zmierzała w stronę Osiedla Słoneczna Osada, prowadząc, a właściwie ciągnąc za sobą dwie niezadowolone dziewczynki.
– Mamo, jest za gorąco! – krzyknęła starsza, sześcioletnia Nela.
– Wiem, kochanie… – Kamila westchnęła. Zawsze starała się być jak najlepszą matką. Jak tylko mogła dbała o swoje pociechy, ale zmiana panującej aury była akurat poza jej zasięgiem.
– Ja nie dam rady iść! – zawtórowała czteroletnia Pola. – Ja chcę na ręce! Mamo! Chcę na ręce!
– Ty zawsze jesteś na rękach! – zauważyła ze złością jej siostra. – Ja też chcę na ręce!
– Mam zakupy. – Kamila spojrzała wymownie na trzymane w rękach reklamówki. – Nie jestem w stanie wziąć na ręce żadnej z was, a zwłaszcza obu. Musicie jakoś dojść same. Nie mamy już daleko.
Dziewczynki chcąc nie chcąc ruszyły do przodu. Niestety, udało im się ujść zaledwie kilkadziesiąt metrów we względnie spokojnej atmosferze.
– Ała! – wrzasnęła nagle Pola. – Stanęłaś na moją stopę.
– Nie stanęłam! Kłamiesz! – Siostra rzuciła jej wściekłe spojrzenie.
– Właśnie, że stanęłaś! Mamo, ona mnie zadeptała! Mamo!
– Nie mówi się zadeptała – zaśmiała się Nela.
– Mamo, ona się ze mnie śmieje! – zawyła Pola.
– Bo gadasz jak maluch!
– Nie jestem maluchem. Jestem duża. A ty jesteś kłamcą!
– Sama jesteś kłamcą!
Kamila przewróciła oczami. Zaczynało się. Całe szczęście, że córeczki pokłóciły się dopiero wtedy, gdy wysiadły z autobusu, a nie na oczach zdegustowanych pasażerów, jak to się czasami zdarzało.
Gdy niecałe pięć lat temu Kamila poznała płeć swojego drugiego dziecka, usłyszała od koleżanki, że dwie dziewczynki to najlepsze, co mogło jej się przytrafić.
– Dziewczynki są takie grzeczne i spokojne – przekonywała koleżanka. – Będą najlepszymi przyjaciółkami do końca życia. Zobaczysz.
Kobieta nie wiedziała, skąd znajoma czerpała te teorie, ale zdecydowanie musiała zmienić źródło. Co prawda jej córeczki chętnie spędzały czas w swoim towarzystwie, ale równie chętnie kłóciły się, biły i o wszystko walczyły. A co gorsza wiecznie stawiały ją w roli mediatora. Nigdy nie wiedziała, której przyznać rację: lubiącej dominować Neli czy zadziornej Poli. Westchnęła przeciągle, a przez głowę przemknęła jej myśl, że przecież nie tak miało wyglądać jej życie.
Dziewięć lat temu Kamila Jędraszko, wtedy jeszcze Lipicka, skończyła studia i rozpoczęła pracę jako dietetyczka. Nie był to szczyt jej marzeń, ale cóż, od czegoś przecież trzeba było zacząć. W planach miała otwarcie własnej działalności gospodarczej. Wahała się pomiędzy poradnią dietetyczną a firmą cateringową, oferującą zyskujące na popularności diety pudełkowe. W marzeniach widziała siebie jako elegancką bizneswoman, zarządzającą całą rzeszą pracowników. Niestety, nie zdążyła nawet podjąć decyzji co do profilu działalności swojej firmy, kiedy w jej życiu pojawił się Robert. Od tego momentu wszystko potoczyło się dość szybko. Wielka miłość, zaręczyny i wesele na sto dwadzieścia osób.
Z czasem Kamila, już wtedy Jędraszko, zorientowała się, że założenie i rozkręcenie własnej działalności nie jest takie proste, jak jej się wydawało. Postanowiła odłożyć marzenia na bliżej nieokreśloną przyszłość i skupić się na czymś bardziej realnym. Na przykład na powiększeniu rodziny. Robert z radością przystał na jej propozycję, jednocześnie zapewniając, że w trakcie ewentualnego urlopu wychowawczego weźmie na siebie ciężar ich utrzymania. Kamila słuchała jego obietnic bez większego entuzjazmu. Owszem, marzyła, by zostać matką, ale nie zamierzała rezygnować z pracy. Urodziła Nelę, a po macierzyńskim zapisała córeczkę do żłobka i wróciła do biura. Pech chciał, że zdążyła popracować zaledwie trzy miesiące, kiedy okazało się, że ponownie jest w ciąży. Ta druga, w odróżnieniu od tej pierwszej, była nieplanowana. Jędraszko po początkowym szoku, nawet się ucieszyła. W sumie cudownie będzie mieć w domu dwójkę, a i Nelka na pewno ucieszy się z młodszej siostry.
Dziewięć miesięcy później na świecie pojawiła się Pola, a życie Kamili przekształciło się w istne tornado. O ile starsza córeczka należała raczej do bezproblemowych niemowlaków, to młodsza była niezwykle wymagająca. Mało spała, mało jadła, a jak nie spała ani nie jadła, bezustannie płakała. Jedynym, co ją uspokajało, były troskliwe ramiona mamusi. Na dodatek Nelka zaczęła pokazywać ciemną stronę swojego charakteru. Była idealnym dzieckiem do czasu, gdy wszystko kręciło się wokół niej, a zapatrzeni w nią rodzice i dziadkowie spełniali każdą zachciankę. Jednak bycie zepchniętą na drugi plan i to jeszcze przez krzyczącego malucha, to było ponad wątłe siły Neli. Kiedy tylko mogła, manifestowała swoje niezadowolenie, dokuczała siostrze i przy okazji matce.
Gdy urlop macierzyński dobiegł końca, Kamila nawet nie próbowała wracać do pracy. Zdecydowała się na wychowawczy, licząc, że z czasem uda jej się uporządkować życie. Szybko przekonała się, że są to płonne nadzieje. Nela zaczęła uczęszczać do przedszkola i nawet całkiem nieźle się zaaklimatyzowała. Gorzej było z Polą. Ta, zapisana do żłobka, darła się wniebogłosy przy każdym rozstaniu z mamą. Co gorsza płakała przez prawie cały pobyt w placówce, płakała po powrocie do domu i płakała również w nocy. Wymęczeni rodzice wytrzymali miesiąc i wypisali ją ze żłobka.
Mijały kolejne miesiące, a Kamila coraz bardziej traciła nadzieję na karierę zawodową. Zresztą i tak pewnego dnia została poinformowana, że nie ma po co wracać, ponieważ szef na jej miejsce zatrudnił inną pracownicę. Nie miała do niego pretensji. W końcu, ile można było czekać na powrót młodej matki? Za radą siostry podjęła się innej działalności. Zaczęła piec ciasta na zamówienie. Oczywiście w domu, by móc jednocześnie zajmować się pociechami. Co prawda zarabiała zdecydowanie mniej niż na etacie, ale i tak cieszyło ją, że ma jakiekolwiek dochody.
Zupełnie inaczej było z Robertem. Jej mąż piął się po kolejnych szczeblach kariery, uzyskując coraz wyższe wynagrodzenie. Dzięki temu Jędraszkowie mogli sobie pozwolić na zakup domu w szeregówce, co prawda częściowo na kredyt, ale to nie miało większego znaczenia.
– Mamo, chce mi się pić! – Kamila usłyszała donośny głos starszej córki.
– Masz w plecaku butelkę z wodą.
– Nie potrafię jej sama wyjąć!
– Zdejmij plecak i po prostu go otwórz – poleciła córce poirytowanym głosem.
– Na ręce! Na ręce! – zaczęła jęczeć Pola.
– Już prawie jesteśmy, jeszcze tylko kawałeczek.
Kamila łokciem otworzyła furtkę wejściową. Już miała wejść na teren osiedla, gdy nagle usłyszała za sobą czyjeś pospieszne kroki, a zaraz potem stłumiony krzyk. Odwróciła się i w odległości około stu metrów zobaczyła mdlejącą starszą kobietę i podtrzymującą ją nastolatkę. Bez chwili wahania porzuciła trzymane w rękach reklamówki, pociągnęła za sobą zdezorientowane dziewczynki i ruszyła w stronę kobiet.
*
Wiesia niewiele pamiętała z ostatnich kilku minut. Najpierw zrobiło jej się słabo, próbowała utrzymać równowagę, ale bezskutecznie. Potem poczuła, jak ktoś łapie ją za ramiona i delikatnie sadza na chodniku. Jakaś nieznajoma osoba przemawiała do niej spokojnym, kojącym głosem. Chwilę później usłyszała drugi głos, wyraźnie poddenerwowany i spanikowany, któremu towarzyszyły dziecięce krzyki. Ktoś wsunął jej do rąk butelkę wody i zmusił, aby wypiła kilka łyków. Ktoś inny położył na jej karku coś zimnego i wilgotnego.
Delikatnie otworzyła oczy. Cztery nieznajome twarze wpatrywały się w nią z napięciem. Pomagały jej młoda dziewczyna o jasnych, kręconych włosach oraz na oko trzydziestoletnia brunetka. Obok tej drugiej kręciły się dwie kilkuletnie dziewczynki.
– Halo, słyszy mnie pani! Halo! Nic się pani nie stało? – Brunetka delikatnie potrząsała jej ramionami.
– Czy wszystko w porządku? – zawtórowała jej towarzyszka. Wiesia szybko zorientowała się, że to właśnie ona była posiadaczką tego opanowanego głosu i ocaliła ją przed upadkiem.
– Mamo, czy ta pani umarła? – zapytała nagle jedna z dziewczynek.
Brunetka natychmiast obrzuciła dziecko zgorszonym spojrzeniem.
– Kochanie, tej pani zrobiło się słabo.
– Ona umrze?
– Oczywiście, że nie. Nelciu, nie przeszkadzaj – upomniała dziewczynkę i zwróciła się do poszkodowanej. – Czy pani nas słyszy?
Wiesława słabo pokiwała głową.
– Jak się pani czuje?
– Sła… słabo… Gorąco…
– Proszę się napić. – Młodsza z kobiet natychmiast podsunęła jej do ust butelkę z wodą, a następnie zwróciła się do swojej towarzyszki:
– Powinnyśmy wezwać pogotowie.
Słysząc te słowa, Rostocka nagle ożyła.
– Nie, tylko nie to! – zawołała przerażona. – Proszę nie dzwonić. Zabiorą mnie do szpitala i będą poddawać różnym badaniom, z których i tak nic nie wyniknie. A mnie przecież nic nie dolega.
– Na pewno?
– Na pewno – zapewniła gorliwie. – Za mało dzisiaj wypiłam, do tego zapomniałam kapelusza i zrobiło mi się słabo. Zresztą, w ogóle nie powinnam była wychodzić na zewnątrz w taki upał. Mam już swoje lata i zdrowie mi szwankuje. Odpocznę i od razu poczuję się lepiej.
– Więc zawiadomimy kogoś z rodziny.
– Nie, nic poważnego się nie stało. Córka i zięć są w pracy. Nie chcę ich niepokoić. Jakby tylko panie pomogły mi wrócić do domu…
– Oczywiście, że pomożemy. – Natychmiast zadeklarowała starsza z kobiet. Jej towarzyszka milczała. Wyraźnie było widać, że nad czymś się zastanawia. Brunetka musiała to zauważyć, ponieważ szybko dodała:
– Niech się pani nie przejmuje, poradzę sobie sama.
Blondynka obrzuciła wzrokiem jej wątłą posturę i szybko podjęła decyzję.
– Pomogę. Tylko muszę napisać SMS-a do koleżanki, że trochę się spóźnię. Jestem z nią umówiona. – Wyjęła z kieszeni spodni smartfon, kilkakrotnie stuknęła palcem w ekran, po czym oznajmiła:
– Gotowe. Możemy iść. Gdzie pani mieszka? – zwróciła się do Wiesi.
– Tutaj na osiedlu. Słoneczna Osada dwadzieścia sześć.
– Dobrze. Proszę się na mnie oprzeć i powoli wstać – poinstruowała. Uklękła obok poszkodowanej i delikatnie podtrzymując ją z prawej strony, pomogła jej podnieść się z chodnika. Druga z kobiet poszła za jej przykładem i złapała Wiesię za lewe ramię.
– Mamo, a my też mamy tę panią trzymać? – zainteresowała się jedna z dziewczynek, z zapartym tchem obserwując rozgrywającą się scenę.
– Nie, Nelciu, idźcie przed nami, tak żebym was widziała.
Cały korowód ruszył. Na przodzie dreptały dwie kilkuletnie dziewczynki, za nimi szła Wiesia podtrzymywana przez swoje ratowniczki. Niestety, zdążyły ujść zaledwie kilkadziesiąt metrów, gdy nagle rozdzwonił się telefon brunetki.
– Niech pani odbierze – odezwała się Rostocka. – Może to coś ważnego.
– Proszę odebrać – zawtórowała blondynka, zatrzymując się w miejscu.
Brunetka szybkim ruchem wyciągnęła z kieszeni telefon, ale zamiast go odebrać, odrzuciła połączenie.
– Ewa Michalska – wymamrotała do siebie, a potem wyjaśniła głośno:
– To moja sąsiadka. Miałyśmy się dzisiaj spotkać. Oddzwonię do niej za chwilę. Możemy ruszać. A! – Nagle przypomniała sobie o czymś. – Przy furtce są moje zakupy. Zostawiłam je wtedy, gdy pobiegłam, żeby panią ratować.
– Spokojnie, pomogę je pani zabrać – uspokoiła ją blondynka.
Dziesięć minut później pięcioosobowy pochód dotarł do domu Wiesi Rostockiej. Kobieta odetchnęła z ulgą, wchodząc do chłodnego, klimatyzowanego wnętrza. Od razu opadła na znajdującą się w salonie wygodną kanapę.
– Dziękuję. – Uśmiechnęła się z wdzięcznością do swoich wybawicielek. – Bardzo wam dziękuję za pomoc.
– Nie ma za co! – Młodsza odwzajemniła jej uśmiech, a następnie szybko się pożegnała. Za to starsza zamiast pójść w jej ślady, zapytała:
– O której godzinie wróci pani córka? Lub zięć?
– Najwcześniej o siedemnastej.
– Czy naprawdę poradzi sobie pani sama do tego czasu?
– Tak – zapewniła Wiesia. – Proszę się nie przejmować. Nic mi się nie stało.
– Dobrze… Mimo wszystko wolałabym upewnić się, że naprawdę wszystko jest w porządku. Jeżeli nie ma pani nic przeciwko temu, posiedzę tutaj jeszcze z pół godzinki.
Rostocka kiwnęła głową na znak, że się zgadza. Nie zamierzała spierać się z kobietą, która, bądź co bądź, pomogła jej wyjść z opresji. Wielokrotnie słyszała, że nie powinna ufać obcym, a co gorsza zapraszać ich do swojego domu, ale przecież młoda kobieta z dwójką dzieci nie mogła być wyrachowaną złodziejką.
– Może zrobię pani coś do picia? – zagadnęła brunetka, rozglądając się po salonie i aneksie kuchennym.
– Tak. Proszę zajrzeć do drugiej szafki od okna. Tam są szklanki i kubki. A w lodówce jest sok pomarańczowy.
– Ja też chcę sok pomarańczowy! – wykrzyknęła natychmiast młodsza z dziewczynek.
– Polciu, masz butelkę z wodą w plecaku.
– Niech im pani naleje. – Wiesława uśmiechnęła się do dziewczynek. – Wystarczy dla wszystkich.
– Dobrze, dziękuję – odparła lekko speszona matka, jednocześnie otwierając lodówkę i uważnie lustrując jej zawartość. Po krótkim wahaniu sięgnęła po pomarańczowy karton, a następnie wyjęła z szafki trzy kubki i nalała do nich sok. Dwa położyła na stoliku kawowym, przy którym rozsiadły się jej pociechy, a trzeci wręczyła leżącej na kanapie Wiesi.
– Mimo wszystko powinna pani poinformować córkę o całym zdarzeniu. Gdyby jednak coś się pani stało… – stwierdziła z troską w głosie, uważnie przypatrując się swojej towarzyszce.
– Nie chcę jej niepokoić – broniła się Wiesia. Monika zawsze była bardzo emocjonalna. Na wieść o omdleniu pewnie przyjechałaby natychmiast do domu, zrobiłaby wielką aferę i zmusiłaby ją do przeprowadzenia licznych badań oraz wizyt lekarskich. Rostocka miała ponad sześćdziesiąt lat, niejeden problem zdrowotny na koncie, ale nadal panicznie bała się białego kitla i omijała szerokim lukiem wszystkich przedstawicieli służby zdrowia.
– Proszę tylko napisać krótkiego SMS-a. – Nieznajoma była niezwykle uparta, więc Rostocka użyła ostatniego argumentu, jaki przyszedł jej do głowy.
– Moja córka zmaga się z problemami zdrowotnymi. Lekarz zalecił jej spokój, a taki SMS niepotrzebnie wytrąci ją z równowagi.
Trzeba przyznać, że była to szczera prawda. Monika starała się o dziecko, a jedno z zaleceń lekarskich brzmiało: „Mało stresów, dużo spokoju”.
– No dobrze. W razie czego zapiszę mój numer telefonu. Gdyby po moim wyjściu poczuła się pani gorzej, proszę śmiało dzwonić. Mieszkam tutaj na osiedlu. W każdej chwili mogę przyjść. – Wyjęła ze swojej torebki mały notes. Wyrwała z niego jedną kartkę, po czym zaczęła rozglądać się dookoła.
– Czy ma pani długopis?
– Tak. Jest w mojej torebce. – Rostocka wskazała ręką leżący zaraz przy drzwiach wejściowych niewielki, brązowy przedmiot.
– Nelciu, proszę podaj pani torebkę – poleciła brunetka.
Dziewczynka posłusznie wykonała polecenie. Rostocka podziękowała jej, a następnie zanurzyła rękę we wnętrzu torebki. Znalezienie małego długopisu wśród wielu innych przedmiotów wcale nie było takie proste, więc aby ułatwić sobie zadanie, wyjęła ze środka najpierw telefon komórkowy, potem książkę, a w końcu paczkę chusteczek.
– Saga W sidłach nieznajomych?! – wykrzyknęła nagle brunetka.
– Czytała pani?
– Pierwszą część! Uwielbiam książki Olgi Lubicz! To drugi tom, prawda?
– Drugi – potwierdziła Wiesia i odłożyła na bok torebkę, zapominając o długopisie.
– Muszę ją jak najszybciej zamówić! – emocjonowała się jej towarzyszka. – Przeczytała już pani?
– Nie, nawet nie zaczęłam. Kurier przyniósł mi ją dzisiaj zaraz przed tym, jak wyszłam z domu. Pierwsza część była po prostu genialna! A ta końcówka? Majstersztyk!
– Dokładnie! Co sądzisz o… Przepraszam – poprawiła się. – Co pani sądzi…
– Proszę mi mówić na ty – zaproponowała Wiesia i wyciągnęła rękę do swojej rozmówczyni. – Wiesława.
– Kamila. – Kobieta odwzajemniła uścisk, a potem szybko wróciła do nowej książki Olgi Lubicz.
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
