Zamień mnie w krzyk - Anna Dąbrowska - ebook + audiobook

Zamień mnie w krzyk ebook i audiobook

Anna Dąbrowska

4,4

12 osób interesuje się tą książką

Opis

Przeczytałaś już „Kochaj mnie szeptem”?

Po dramatycznym wydarzeniu, które rozegrało się w dzień powrotu Eryka z misji w Afganistanie, Gabriela stara się żyć jak dawniej. Wkrótce jednak okaże się, że w jej życiu zmieniło się wszystko. Tajemnica, którą skrywa młoda kobieta, oddala ją od ukochanego Jeremiego. Tymczasem jej mąż próbuje naprawić błędy przeszłości…

Uwikłana w relacje z dwoma mężczyznami, Gabriela zaczyna gubić się w swoich uczuciach. Mimo że nauczyła się czerpać radość z seksu, a pełne namiętności noce dały jej rozkosz, jakiej wcześniej nie znała, wciąż nie potrafi podjąć ostatecznej decyzji o tym, z kim naprawdę chce być. Czy ta burzliwa historia może skończyć się happy endem? Którą miłość wybierze Gabriela - tę, która rani, czy tę, która leczy?

Przyjechał. Pokonał dwieście pięćdziesiąt kilometrów, by mnie zobaczyć. Niespiesznie przekręciłam klucz w zamku, po czym otworzyłam drzwi i od razu ujrzałam jego piękne, błyszczące oczy. Zamrugałam kilka razy, próbując zatrzymać łzy, ale niestety, na jego widok rozpłakałam się niczym małe dziecko. Moje serce podskoczyło wysoko, aż do ust, i zapewne on poczuł jego bicie, gdy zatopił swoje wargi w moich. Całował mnie żarliwie, aż obojgu nam zaczęło brakować tchu. Gdy nasze usta się rozdzieliły, przez chwilę dyszeliśmy, uspokajając łomot naszych serc. Kiedy moje powróciło na właściwe miejsce, gestem zaprosiłam Jeremiego do środka.
Ja chyba śnię… On jest tutaj… Jest przy mnie…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 286

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 8 godz. 31 min

Lektor: Mirella Rogoza-Biel

Popularność




Kochaj mnie szybko, Już nie chcę szeptać. Chcę wykrzyczeć to, co noszę w sobie. Zamień mnie w krzyk…

Dla wszystkich szepczących, by nie bali się głośno wykrzyczeć tego, co mają w swoich myślach, duszy i sercu. W krzyku zawsze znajdują się prawdziwe pierwiastki samotności, cierpienia i nadziei.

Część pierwsza

„Jesteśmy z tego samego materiału co nasze sny”.

William Shakespeare

Rozdział 1

Ból jest korytarzem, który prowadzi nas w otchłań mroku.

♥♥♥

Czerwiec, 2014

Głośny huk, który rozległ się w mieszkaniu, bardzo mnie przestraszył. Nie byłam przygotowana na oddanie strzału. Działałam instynktownie. Próbowałam ochronić siebie i Jeremiego. W ogóle nie pamiętałam, by po oddanym strzale wstrzymać oddech i zachować odpowiednie napięcie mięśni. Przypomniałam sobie o tym wszystkim teraz, gdy zjawiła się policja i ratownicy medyczni.

Nie wiem, jak wyszłam z mieszkania i znalazłam się na zewnątrz budynku. Pamiętam tylko, że kropelki deszczu spływały po szybie radiowozu. Wpatrywałam się w nie, nie chcąc patrzeć na skute kajdankami ręce. Bolały mnie nadgarstki. Bolało mnie wszystko… Nawet myśli, choć one nie mogły tego czynić. Czułam się tak, jakby teraźniejszość stanęła obok mnie, a ja znajdowałam się w innym ciele, w innym życiu. Obserwowałam z daleka wszystko, co działo się z Gabrielą Milewicz – kobietą, która została oszukana przez kochanka. Kobietą, która miała stać się więźniem męża. Czułam się tak, jakbym straciła własną tożsamość.

Kim się stałam? Co kryło się w moim wnętrzu, skoro nie bacząc na konsekwencje, poszłam po broń i bez wahania oddałam strzał? Wycelowałam we właściwego mężczyznę. Chciałam w to wierzyć.

Z tego dnia i wieczora nie pamiętam zbyt wielu szczegółów. Kojarzę tylko pewne elementy. W mojej głowie wciąż dźwięczą słowa:

– Zgodnie z artykułem czterysta dwudziestym trzecim Kodeksu cywilnego, który brzmi: „Kto działa w obronie koniecznej, odpierając bezpośredni i bezprawny zamach na jakiekolwiek dobro własne lub innej osoby, ten nie jest odpowiedzialny za szkodę wyrządzoną napastnikowi”. Zatem jest pani wolna.

Wolna. Jestem wolna.

– Według artykułu dwudziestego piątego, paragraf pierwszy Kodeksu karnego, który brzmi: „Nie popełnia przestępstwa, kto w obronie koniecznej odpiera bezpośredni, bezprawny zamach na jakiekolwiek dobro chronione prawem”.

Naprawdę jestem wolna.

Pozwolono mi opuścić komisariat policji, po czym odwieziono do szpitala. Według funkcjonariuszy policji wciąż pozostawałam w szoku i nie podlegałam karze na każdym etapie, gdyż był to zamach, poprzedzony naruszeniem miru domowego. Na mocy tej regulacji mój eksces zwolnił mnie z odpowiedzialności karnej. Zostałam nazwana ofiarą, która działała pod presją strachu i silnego wzburzenia. Uprzedzono mnie jednak, że będę kluczowym świadkiem w sprawie przeciwko Erykowi za posiadanie najprawdopodobniej nielegalnej broni oraz pobicie. Policjant dodał także, że wszystkie argumenty świadczą na moją korzyść, ale i tak będę musiała się obronić przed prokuratorem i sądem.

Kiedy znalazłam się w szpitalu w asyście dwóch policjantów, skupiałam się tylko na tym, że przy każdym ruchu moje nogi się trzęsły i uginały pod ciężarem ciała. Czułam tępy ból podczas oddychania. Słyszałam szum w uszach, gdy próbowałam odwrócić głowę w przeciwną stronę. Chciało mi się pić i wymiotować.

Pamiętam, że spojrzałam na rękaw bluzki i się przeraziłam. Moje serce na chwilę się zatrzymało. Zobaczyłam krew i nie wiedziałam, czy to moje ciało krwawiło, czy być może była to krew mężczyzn, których kiedyś kochałam.

Na chwilę zamknęłam oczy i usłyszałam huk. Wydawało mi się, że znowu padł strzał. Otworzyłam oczy i rozejrzałam się dookoła. Ludzie siedzący na niewygodnych plastikowych krzesłach w poczekalni patrzyli na mnie z odrazą. Gardzili mną, bo byłam brudna i zachowywałam się jak obłąkana.

– Pani Milewicz? – Głos jakiejś kobiety przywołał mnie do rzeczywistości. Sprawił, że wytężyłam wszystkie zmysły, by skupić się na wołającej mnie osobie. – Pani Milewicz, prawda? – zapytała kobieta, która lekko się do mnie uśmiechnęła.

Objęła mnie w pasie, szepnęła coś do policjantów i poprowadziła do niewielkiego gabinetu, w którym stały kozetka i biurko ze skrzypiącym krzesłem. Usłyszałam, jak to ostatnie wydało przerażający dźwięk pod naporem ciała kobiety, i znowu zaczęłam się trząść. Bałam się. Spojrzałam na drzwi i zastanawiałam się, czy zdołam je otworzyć.

– Pani Milewicz, czy pani mnie słyszy? – zapytała kobieta, po czym wstała z krzesła, które znowu wydało nieprzyjemny dźwięk. Tym razem spowodował on pisk w moich uszach. Złapałam się za głowę i wygięłam ciało w łuk. – Pani Milewicz, co się dzieje? Proszę mi odpowiedzieć, bo nie wiem, jak mam pani pomóc… Proszę…

Odchyliłam plecy do tyłu i pozwoliłam rękom opaść na kozetkę, na której siedziałam. Skierowałam oczy na kobietę i zobaczyłam, jak siwy kosmyk włosów opadł na jej czoło. Zsunęłam wzrok niżej i skupiłam się na jej ustach. Kobiece wargi otwierały się i zamykały. Otwierały i zamykały. Wydawały dźwięki, ale szum w uszach przeszkadzał mi w zrozumieniu słów, które do mnie kierowała. Znowu spojrzałam na drzwi…

– Jest pani w szoku, to normalne. Proponuję, by została pani kilka dni w szpitalu na obserwacji. Chciałabym panią zbadać, czy mogę? – zapytała i odchyliła moją bluzkę, na której znajdowały się brunatne plamy.

Przytaknęłam głową.

– To pani krew? – zapytała, a ja nie wiedziałam, co mam odpowiedzieć.

Pamiętałam, że Eryk mnie popchnął i uderzyłam się, ale czy mogłam przez to krwawić?

– Nie… Nie wiem… – zaczęłam się jąkać.

– Proszę przytrzymać bluzkę, zaraz obejrzę pani ciało. – Głos lekarki brzmiał łagodnie, więc zrobiłam to, o co mnie poprosiła. Uniosłam bluzkę i na chwilę zastygłam. Powoli oddychałam, nie patrząc, jak lekarka osłuchuje moje ciało. – Ma pani zadrapane biodro, a na nim kilka siniaków.

Skinęłam głową, bo być może tak właśnie było. Nie chciałam na siebie patrzeć. Czułam zapach krwi, którą byłam ubrudzona. Czułam jego krew na swoich dłoniach… Zamknęłam oczy i od razu zobaczyłam plecy, w które starałam się wymierzyć strzał. Gdybym pamiętała o prawidłowej technice strzelania, zabiłabym go. Zabiłabym własnego męża.

– Moja przyjaciółka jest psychologiem – powiedziała spokojnie kobieta. – Poproszę ją, by do pani zajrzała, dobrze? Jej mąż jest prokuratorem.

– Nie potrzebuję nikogo – wyrzuciłam z siebie. – Muszę zmyć z siebie krew…

– Słyszałam, co się wydarzało, pani Gabrielo. Jest mi przykro, że coś tak okropnego panią spotkało. Jeśli mam być szczera… – Kobieta ściszyła głos i wyciągnęła z uszu słuchawki stetoskopu. – Podziwiam panią za odwagę. Ja chyba nigdy bym się nie odważyła do kogoś strzelić.

– Strzeliłaby pani – powiedziałam odważnie. – Gdyby zaznała pani tyle krzywd od własnego męża, potrafiłaby pani nawet zabić.

– Możliwe… Przywieźli też drugiego mężczyznę. Ma złamany nos i jeszcze jakieś urazy, ale nie pamiętam dokładnie jakie.

Nie chciałam słyszeć o Jeremim. Oszukał mnie. Czułam w sercu ból, gdy o nim myślałam. Ten ból był inny niż każdy wcześniejszy. W życiu wielokrotnie bolało mnie serce – gdy matka uparcie nie pozwalała mi wyjść z domu do koleżanek, twierdząc, że najlepszą przyjaciółką każdej dziewczynki jest książka. Gdy po raz pierwszy w życiu kochałam się z Erykiem, a on nawet niczego nie poznał. Gdy straciłam dzieci, moje serce umarło, ale po jakimś czasie na nowo odżyło. Przy Jeremim. Jego kłamstwo mnie zniszczyło. Zrujnowało naszą miłość. My już nie istnieliśmy. Staliśmy się kałużą, która nagle wyparowała.

Opuściłam głowę i przygryzłam wargę, by moje oczy nie napotkały wzroku lekarki.

– Pani Gabrielo…

Niechętnie uniosłam podbródek, gdyż miałam dosyć tych niekończących się przesłuchiwań. Miałam dosyć tego dnia…

– Skieruję panią na oddział neurologiczny, dobrze?

– Czy to konieczne? – zapytałam, marząc, by zanurzyć ciało w wannie z gorącą wodą, nawet pod eskortą tych dwóch policjantów.

– Tak. To dla pani dobra. Jutro rano wykonam pani szereg badań i zlecę rozmowę z psychologiem. To, co dzisiaj wydarzyło się w pani życiu, może odcisnąć piętno na psychice w późniejszym czasie. Może miewać pani lęki, bóle głowy, duszności… Wolałabym zatrzymać panią na tę noc w szpitalu.

– Czy mogę kogoś powiadomić, że tutaj jestem?

– Oczywiście. Czy ma pani telefon?

Zaprzeczyłam ruchem głowy.

– Pożyczę pani swój – mówiąc to, kobieta podeszła do torebki, która leżała pod biurkiem, i wyciągnęła z niej komórkę. Położyła ją na mojej dłoni, a ja miałam wrażenie, że nie pamiętam numeru do matki. Próbowałam w myślach składać szereg cyfr, ale… Nie pamiętałam numeru. Zaczęłam naciskać przyciski, które ułożyły się w numer do Anity.

Odbierz, proszę – pragnęłam, by tak się stało. Nie pamiętałam już żadnych numerów. Nawet swojego.

Prócz jednego – tego, który należał do Jeremiego. Stanowczo próbowałam odrzucać wszystkie myśli o tym mężczyźnie, lecz serce tak łatwo nie przestaje kochać.

– Słucham?! – wrzasnęła do słuchawki Anita.

Moje serce odbiło się do góry, wiedząc, że jestem uratowana.

– Musisz mi pomóc – orzekłam poważnym głosem, zapominając, że nie wiedziała, kim jestem, gdyż nie znała numeru, z którego do niej dzwoniłam.

– Pomóc? To jakaś pomyłka!

– To ja – powiedziałam szybko. – Gabriela.

– Gab?! Moja Gab? Gdzie jesteś? Co słychać? Dawno nie rozmawiałyśmy…

– Przyjedź do szpitala i weź dla mnie świeże ciuchy na przebranie. Proszę…

– Jesteś w szpitalu?! Co się stało?! O Boże!

– Jestem w szpitalu… – Zerknęłam na lekarkę, prosząc ją oczami, by podała mi adres szpitala.

– To Wojewódzki Szpital Specjalistyczny przy ulicy Żołnierskiej – powiedziała głośno lekarka, by moja rozmówczyni usłyszała adres.

– Czaję, ale powiedz tylko, czy wszystko OK? Jesteś cała? Zdrowa?

– Jestem cała – wyznałam, po czym wyszeptałam, by się pospieszyła. Zakończyłam połączenie i oddałam lekarce telefon. – Dziękuję. – To słowo samo wydostało się z moich ust.

– To co? Idziemy na oddział?

Przytaknęłam głową.

– A policjanci? – zapytałam nerwowo.

– Za chwilę się ich pozbędziemy. Porozmawiam z koleżanką, a ona już opowie wszystko swojemu mężowi. Będzie dobrze, pani Gabrielo. Najważniejsze jest to, że uciekła pani od tyrana.

♥♥♥

– Dobrze, że wzięłam dwie bluzki! Jezu! Jak ty wyglądasz, Gab… – Obecność Anity wcale mnie nie radowała. Nie chciałam z nią rozmawiać o dzisiejszych wydarzeniach. Nie teraz. Może za jakiś czas, kiedy nieco uspokoję myśli i ciało. – Co się stało? – Nalegała, bym zdradziła jej cokolwiek. – Szkoda, że mi nie powiedziałaś, że twoi ochroniarze to takie przystojniaki – wyszeptała, spoglądając na policjantów przez szparę w drzwiach.

– Nic się nie stało – powiedziałam i zdjęłam zakrwawioną bluzkę. Byłam zła na koleżankę, że nawet w tak trudnym dla mnie czasie oglądała się za obcymi facetami!

– Jezu! – zawyła głośno i spojrzała na moje ramię, na którym widniało całkiem spore zasinienie. – Twój mężulek cię tak urządził, prawda?! Zaraz pójdę do niego i obetnę mu jaja! Policja wie, że cię pobił?! Byłaś z nim w ciąży…

Zacisnęłam obie wargi, próbując nie wrzasnąć, by dała mi spokój. Rozumiałam jej niepokój. Chciała wiedzieć i miała do tego prawo.

– Policja mnie tutaj przywiozła – odparłam i spojrzałam na znudzonych mężczyzn w mundurach, którzy z pewnością woleliby wrócić na posterunek, a nie oglądać szpitalne ściany. – Strzeliłam do niego.

– Z broni?! Takiej prawdziwej?! – dopytywała, jakby nie wierzyła w to, co słyszy. – Skąd miałaś broń?!

Spojrzałam na jej zaskoczoną twarz, piękne, długie rzęsy i wydatne usta. Ta kobieta wiedziała tak wiele o życiu, a teraz jej wiedza wydawała się do niczego nieprzydatna. Życie ją mocno rozpieszczało. Podawało na srebrnej tacy gotowe rozwiązania.

– Eryk trzymał na szafie broń. Nauczył mnie strzelać.

– I wycelowałaś w niego? To był przypadek?

– Nie. Musiałam go powstrzymać, bo inaczej zabiłby… – W tym miejscu zrobiłam pauzę, bojąc się na głos wymówić jego imię. Głośno westchnęłam.

– Chciał cię zabić?!

– Proszę, nie krzycz tak… Mam dosyć tego cholernego dnia i życia – wycedziłam, po czym zaczęłam pocierać dłońmi policzki. – Jestem zmęczona…

– Wierzę… Dlaczego mi nie powiedziałaś, że twój mąż jest jakimś psycholem? – zapytała z wyraźnymi pretensjami. – Boże! W co ty się wpakowałaś, Gab? – Anita usiadła na szpitalnym łóżku, a jej twarz pobladła. Czerwone usta stały się ledwie malinowe. – Czy mogę ci jakoś pomóc? – zapytała w końcu, wbijając we mnie swoje pełne żalu spojrzenie.

– Nie wiem… Muszę wyjechać. Zmienić środowisko i zacząć oddychać zdrowszym powietrzem. Zaraz się rozsypię… – stwierdziłam nagle i poczułam, jak dłoń koleżanki ujęła moją.

– Słuchaj, mój stary ma nad morzem domek, który wynajmuje. Może porozmawiałabym z nim…

– Nie chcę sprawiać kłopotu – oznajmiłam i poczułam, jak po moim policzku spływa łza. Coraz bardziej zdawałam sobie sprawę, że moje życie kompletnie się zawaliło. Jeszcze wczoraj miałam wszystko, a dzisiaj – dzisiaj nie miałam już nic. – Poza tym będę musiała zeznawać w sprawie Eryka. Mam na karku prokuratora… – Szybko przymknęłam powieki i otworzyłam usta, by głęboko oddychać, aby stłumić mdłości, które nagle poczułam.

– Co się dzieje, Gab?! – Otworzyłam oczy i zobaczyłam, że Anita zbladła, martwiąc się o mnie. – Co ci ten skurwysyn zrobił? Mam nadzieję, że szybko zdechnie!

– Niedobrze mi… Ale to zaraz minie – powiedziałam słabym głosem i wygodnie oparłam kark na zwiniętej poduszce. – Za dużo wrażeń jak na jeden dzień.

– Dlaczego go postrzeliłaś?

Wiedziałam, że jeśli nie opowiem Anicie całej tej historii, nie da mi żyć.

– Chciał mnie uwięzić w naszym mieszkaniu. Wrócił z misji w Afganistanie i zdenerwował się, kiedy powiedziałam mu, że wyprowadzam się do rodziców. Wpadł w szał, gdy wyznałam, że chcę rozwodu.

– I wtedy próbował cię uwięzić?

– Tak. Z pomocą przyszedł mi… – Opuściłam głowę, a wzrok wbiłam w ułamanym paznokciu, za którym widać było jeszcze resztki brunatnej krwi.

– Kto, Gab? – Ton Anity głosu stał się miękki, jakby zaczynała coś przeczuwać.

– Nieważne – oznajmiłam, próbując zatrzymać łzy w kącikach oczu.

– Czy on żyje?

– Kto? Eryk? – zapytałam.

– Nie. Ten drugi.

– Mam nadzieję, że tak – odparłam i zaczęłam nerwowo bawić się bluzką Anity, którą miałam na sobie.

– Czy ten drugi cię skrzywdził?

– Zniszczył mi życie.

– To dlaczego w niego nie wycelowałaś?

Miałam dosyć tych przesłuchań.

– Bo go kocham, a właściwie kochałam – odburknęłam, ścierając kropelki płynące po moich policzkach. – Kochałam go jak nigdy nikogo wcześniej, a on mnie oszukał. Mój mąż wynajął Jeremiego, by mnie przeleciał.

– Gab! Chwila! Albo jestem taka niekumata, albo ta historia jest tak mocno popieprzona! Czyli miałaś męża i kochanka, tak? Masz kochanka. Nieważne…

– Tak – powiedziałam, czując bolesny skurcz żołądka. – Kiedy Eryk pojechał na misję, poznałam Jeremiego. Myślałam, że przydarzyło się nam coś wyjątkowego. Spędzaliśmy ze sobą każdy dzień i noc…

– Każdy facet zabiega o kobietę, póki ta nie rozłoży przed nim nóg. Faceci to skończone świnie! – stwierdziła wściekle Anita. – Tylko nie rozumiem jednej rzeczy… Ten Jeremi zjawił się, by cię uratować, tak?

– Chyba tak. Mój mąż udawał, że o niczym nie wie.

– I Eryk rzucił się na twojego kochanka, tak? Ale po co? Skoro nie wiedział, że uprawialiście seks, byliście bezpieczni?

– Domyślił się. Kiedy Eryk mnie popchnął, Jeremi rzucił się na niego – wyznałam i zaczęłam płakać. Przed oczami stanął mi obraz zakrwawionej twarzy Jeremiego… Poczułam zimny dreszcz, który przeszywał falami różne partie mojego ciała.

– Czyli ten twój Jeremi jednak się w tobie zabujał…

– Okłamał mnie – wyszeptałam i zwinęłam ciało w kłębek. – Nic go nie usprawiedliwia. Nic.

– Ale ty go kochasz…

– Przestanę. Kiedyś przestanę go kochać – powiedziałam z nadzieją, że tak właśnie będzie.

Wtedy zobaczyłam, że policjanci odeszli i zostawili nas zupełnie same w szpitalnym pokoju.

Rozdział 2

Samotność pisze najprawdziwsze scenariusze życia.

♥♥♥

Lipiec, 2014

Maj, czerwiec i lipiec… Trzy miesiące – tyle właśnie miało dziecko, które nosiłam pod swoim sercem. O ciąży dowiedziałam się przypadkiem, mdlejąc w domku należącym do ojca Anity. Gdyby nie wścibska sąsiadka mieszkająca obok, która codziennie bezczelnie zaglądała w moje okna, moja historia zakończyłaby się zapewne dramatem. Zdążyłam przywyknąć, że ulice mojego życia przeważnie prowadziły do drzwi, za którymi kryły się smutne zakończenia. Dwa poronienia, nieudane małżeństwo i rozszarpane serce po związku z osobą, która mnie oszukała. Codziennie odganiałam burzowe chmury, mając nadzieję, że jeśli uwierzę w złocistą gwiazdę, to ona na stałe zamieszka na moim niebie. Pewnego dnia zobaczyłam słońce.

Na niewielkim monitorze urządzenia USG ujrzałam plamkę. Okazała się ona najjaśniejszym promieniem, który od razu rozjaśnił mój szary świat. To było wyjątkowe uczucie, móc ujrzeć obok własnego serca maleńkie słoneczko.

Na chwilę przymknęłam powieki i z czułością pogłaskałam brzuch.

– Moje dziecko – wyszeptałam i uśmiechnęłam się. Byłam wdzięczna losowi za szczęście, którym mnie obdarzył. Byłam wdzięczna lekarce, że skontaktowała mnie z psycholożką i jednocześnie żoną prokuratora, który podjął decyzję o moim uniewinnieniu.

Zerknęłam na zegarek i włożyłam do ust kolejny migdał, który miał za zadanie zatrzymać moje poranne mdłości. Z każdą minutą czułam się coraz bardziej spięta. Odwiedziny matki zawsze mnie lekko stresowały, chociaż musiałam przyznać, że relacja pomiędzy nami uległa zmianie. Na lepsze. Podczas każdego naszego spotkania matka odkrywała maleńki fragment swojego serca, które przestał pokrywać lód.

Czerwony nissan zaparkował tuż przed białym domem, w którym mieszkałam, i oderwał mnie od dymiących w mojej głowie myśli o matce. Próbowałam zetrzeć wspomnienia o Jeremim, ale to wcale nie było takie łatwe. Nosiłam pod sercem jego dziecko i wiedziałam, że wkrótce będę zmuszona powiedzieć mu o naszym synku. Miał prawo wiedzieć. Powinien wiedzieć o tym, że zostanie ojcem. Nie liczyłam, że się ucieszy z tej wiadomości, liczyłam tylko, że ją zaakceptuje i nie zniknie z życia syna.

– Gab! Otwieraj! – Głos Anity najprawdopodobniej usłyszeli już wszyscy sąsiedzi, ale i tak ją kochałam. Wspierała mnie w tym trudnym dla mnie czasie i naprawdę się o mnie troszczyła. Jej ojciec często przywoził mi torby z zakupami, za które nie chciał ode mnie złamanego grosza. Czułam, że Anita powiedziała mu prawdę o mojej trudnej sytuacji, i dlatego tak bardzo się o mnie troszczył. Szybko przekręciłam klucz w zamku. – Cześć, pulpeciku! – zawołała do mnie radośnie i mocno mnie uścisnęła. – Przywiozłam ci twoich staruszków, to tak dla równowagi psychicznej… – wyszeptała, szeroko się uśmiechając.

– Dzień dobry – powitałam gości, po czym obdarzyłam matkę i ojca siarczystym buziakiem w policzek. – Anito, czyżbyś sugerowała, że stałam się wielkim klopsem? – zapytałam, kładąc dłoń na brzuchu.

– Nie mówiłam do ciebie, tylko do pulpecika. – Anita również położyła prawą dłoń na moim brzuchu i z czułością go pogłaskała. – Cześć, pulpeciku! To twoja ulubiona ciocia Anita. Wpadłam się z tobą przywitać, jak już się stąd wydostaniesz, ciocia zabierze cię na duże lody.

Zaśmiałam się na głos i spojrzałam na twarz matki, której wargi również uniosły się do góry.

– Ja nie nazywam mojego synka pulpecikiem – skwitowałam, udając lekką urazę.

– Wymyśliłaś już imię dla naszego wnuka? – odezwał się tato, po czym usiadł na jednym z foteli, które znajdowały się w salonie.

– Jeszcze nie. Nie chciałabym sama podejmować takiej decyzji.

– Kiedy mu powiesz o dziecku? – zapytała mama, upychając do zamrażarki pudełka z jedzeniem.

– Nie wiem. Nie czuję się jeszcze gotowa, by spotkać się z Jeremim. – Na dźwięk jego imienia moje serce zabiło szybciej.

– A z Erykiem? – dopytywała Anita.

– Spotkam się w sądzie – oznajmiłam od razu.

Zobaczyłam, jak Anita spojrzała na mnie z litością i w tym momencie treść żołądka szybko podeszła mi do ust.

Pobiegłam do łazienki, by zwymiotować. Zapomniałam zamknąć za sobą drzwi i od razu usłyszałam za plecami kroki. Nie miałam jednak sił, by odwrócić się do tyłu i zobaczyć, kto za mną stał.

– Ty tak codziennie?

Przewróciłam oczami i pokiwałam głową nad sedesem. Kiedy upewniłam się, że mój żołądek jest pusty, wyprostowałam plecy, spuściłam wodę i stanęłam przy zlewie, by umyć twarz zimną wodą.

– Schudłaś – stwierdziła Anita. – Musisz przestać rzygać, bo za chwilę znikniesz. Będziesz chuda jak patyk. Właściwie nie jak patyk… Jak ość.

– Nie przesadzaj. Niedługo zacznę nabierać masy i gdy mnie zobaczysz, nie będę się mieścić w drzwiach – zażartowałam.

– Twoi rodzice chcą zostać na noc – powiedziała nagle Anita. – Martwią się o ciebie… Ja też się martwię. Jesteś blada i wymęczona.

– Ciąża to jednak nie wakacje – odparłam. – To ciężka harówka całego organizmu.

– Myślałam o tym wszystkim i uważam, że powinnaś jak najszybciej poinformować Jeremiego o dziecku. Daj mu szansę się wytłumaczyć. Nie odpisujesz na jego wiadomości. Nie odbierasz od niego telefonu. Kiedy w końcu zdecydujesz się poinformować go o fakcie, że spodziewasz się jego dziecka? Nie myśl za długo, bo może jak będziesz gotowa mu powiedzieć, to okaże się, że Jeremi ma już nową dziewczynę.

Zmarszczyłam brwi, nie dowierzając w to, co przed chwilą usłyszałam.

– Uważasz, że jestem winna rozpadowi naszego związku? Ja?! To on się mną zabawił, a los sprawił, że kochałam się z nim, przyjmując antybiotyk, który obniżył skuteczność tabletek antykoncepcyjnych. Dziecko jest tylko moje. Ja kochałam tego mężczyznę naprawdę… Być może Jeremi niczego do mnie nie czuł.

– Gdyby tak było, nie wydzwaniałby do ciebie jak wariat.

– Dzwoni już coraz rzadziej – stwierdziłam, próbując udawać radość i ulgę.

– Niedługo przestanie, odpuści…

– To dobrze – skwitowałam, chcąc pokazać przed koleżanką swoją obojętność wobec faceta, który tak potwornie mnie zranił.

– Dla kogo dobrze? Dla ciebie? Czy dla niego?

– Anita, proszę… Dla nas.

Ale ona pokręciła tylko głową w akcie niezadowolenia.

– Hormony uciskają ci tę rozsądną stronę mózgu! – skwitowała wściekle, po czym wyszła z łazienki.

Stałam jeszcze chwilę przy zlewie i powoli oddychałam. W głębi serca wiedziałam, że przyjaciółka miała rację. Zachowywałam się dziecinnie. Uciekałam przed odpowiedzialnością. Próbowałam wmówić sobie, że nie tęsknię za Jeremim… Kłamałam. Cholernie za nim tęskniłam. Każdego dnia wypatrywałam go przez okno. Łudziłam się, że może zaraz go zobaczę. Pragnęłam, by mnie kochał. By mocno przytulił mnie do siebie i obiecał, że się nami zaopiekuje. Niestety, odtrącałam go. Zaprzeczałam swoim pragnieniom, próbując go ukarać za moje zbolałe serce. Karząc go, karałam tak naprawdę samą siebie. Potrzebowałam Jeremiego. Potrzebowałam jego obecności, gdyż samotność stawała się dla mnie więzieniem.

Miałam dużo czasu i starałam się spożytkować go jak najlepiej. Zaczęłam spełniać marzenie o napisaniu książki. Każdego dnia siedziałam pochylona nad komputerem i stukałam w klawiaturę kilkanaście tysięcy znaków. W powstałe zdania wkładałam całe swoje serce. Wlewałam ból, który kołysał mnie niczym fala. Pozwalałam też, by na klawisze spływały łzy…

– Dobrze się czujesz, Gabrysiu? – zapytała nagle mama. Podeszła bliżej i przez chwilę pilnie lustrowała moją bladą twarz.

– Nie narzekam, mamo – odparłam, po czym wyszłam z łazienki. Nie chciałam jej tłumaczyć, co się we mnie działo. Nie miałam zamiaru ulec własnym słabościom…

Wieczorem pożegnałam Anitę, kątem oka zerknęłam na rodziców. Właśnie wrócili zasapani, ale uśmiechnięci z ogrodu, który próbowali uporządkować. Moje serce poruszyło się szybciej w piersi. Przez chwilę poczułam, że wszystko między nami się ułoży. Mama temperowała swój trudny i władczy charakter, tato zaczął się więcej odzywać, a ja patrzyłam na nich i czułam się szczęśliwa.

♥♥♥

– Gabrysiu, na pewno sobie poradzisz? – pytała nerwowo matka, spoglądając co jakiś czas na zegar wiszący na ścianie.

– Oczywiście, że tak.

– Gdybyś chciała porozmawiać, dzwoń.

Po mojej matce spodziewałabym się wielu rzeczy, ale nie przesadnej troskliwości. Moi rodzice musieli już wracać do Olsztyna, niedługo powinni zjawić się na dworcu kolejowym, co napawało ich wyraźnym smutkiem. Nie chcieli zostawiać mnie samej, wiedząc, że borykam się z napadami lęku. Bałam się niespodziewanych głośnych dźwięków. Zamykałam wtedy oczy, siadałam na podłodze, podciągałam kolana do brody i trzęsłam się jak galareta. Przed oczami widziałam zakrwawionego Eryka. Z jękiem łapał się za biodro, które mocno krwawiło. Jego twarz wyrażała zaskoczenie, ból i pogardę. Pamiętam, że szybko odepchnęłam go od Jeremiego, by sprawdzić, czy mój ukochany żyje. Żył, więc wyszłam na klatkę schodową i zaczęłam krzyczeć, by ktoś mi pomógł. Nie chciałam przebywać z nimi sama. Gdy zjawili się sąsiedzi, krzyczałam, by wezwali pomoc, a sama ściskałam zakrwawioną dłoń Jeremiego. Nigdy wcześniej tak bardzo się nie bałam. Nie mogłam patrzeć na Eryka. Wcale mnie nie obchodziło, czy cierpiał. Gdy pojawiał się w moim życiu, wszystko pokrywało się brudem. Mój świat stawał się tak bardzo zakurzony.

– Jestem dorosła. Poradzę sobie – zapewniłam rodziców.

– Gabi – szepnął do mojego ucha ojciec. Odwróciłam się, by spojrzeć na jego twarz. – Będę akceptował każdą twoją decyzję. Dziecko nie musi mieć ojca, skoro uważasz, że nie jest godzien uczestniczyć w waszym życiu. Dziecko ma ciebie i ma nas. My ci pomożemy. Wiesz… Może nie będzie nas stać na luksusy, ale… – Nie pozwoliłam mu dokończyć.

– Wolę biedne, ale przyzwoite życie – dodałam, na co ojciec pokiwał dumnie głową.

– Mądra dziewczynka – rzucił i spojrzał na matkę, która nerwowo krzątała się po domu. – Nie pozwól, by ktokolwiek zniszczył twoją radość życia.

– Wiem, tato – odparłam.

Następnie uścisnęliśmy się i odprowadziłam wzrokiem rodziców do taksówki. Wsiedli i odjechali, a ja znowu zostałam sama. Powróciłam do pustych ścian, które odbijały jedynie odgłos stukania w klawiaturę. Po jakimś czasie poczułam silny głód. Otworzyłam drzwi lodówki i czując intensywny zapach pomidorów, szybko pobiegłam do łazienki, by zwymiotować. Takie były uroki ciąży.

♥♥♥

Był ciepły, słoneczny dzień, a lekki wiatr orzeźwiał ciało i rozwiewał włosy. Postanowiłam wybrać się na plażę. Włożyłam luźną sukienkę w kwiaty, a do torebki wzięłam telefon, zeszyt i długopis. Chciałam znaleźć natchnienie do napisania sceny, w której główna bohaterka bierze ślub. To miało być romantyczne wydarzenie pełne miłosnych spojrzeń, nieśmiałego dotyku palców i wszechobecnego szczęścia. Liczyłam na to, że na plaży zobaczę pary trzymające się za ręce, co pozwoli mi na stworzenie przy pomocy słów najprawdziwszych ujęć. Prostych i pięknych.

Usiadłam na klifie, pod dużym drzewem i wpatrywałam się w przypływające i odpływające fale. Uśmiechałam do krzykliwych mew, które przelatywały nad moją głową, i dumałam w zachwycie nad szumem wody. To miejsce było takie idealne. Pozwalało mi wypocząć, zebrać myśli i pisać. Chciałam być dumna z każdego powstałego zdania, rozdziału… Wyciągnęłam zeszyt i zaczęłam:

„Kiedy uniósł jej podbródek i skierował wzrok na swoje oczy, poczuła dreszcze, które przeszywały całe jej ciało. Nie musiał nic mówić, by ona wiedziała, że ją kochał. Nie musiał nic robić, a ona wiedziała, że jej pragnął. Miała nieidealne ciało, a mimo to czuła, że jej skóra była dla niego atłasem, po którym pragnął spacerować palcami”.

Przymknęłam oczy i wyobraziłam sobie błyszczące, zielone oczy Jeremiego. Automatycznie wypuściłam z dłoni długopis i złapałam się za brzuch. Przejechałam palcami po kwiecistym wzorze materiału, czując delikatną wypukłość skóry, i uśmiechnęłam się. Powróciłam wzrokiem do napisanych zdań i stwierdziłam, że są zbyt przesiąknięte romantyzmem, więc je skreśliłam. Czy bycie z kimś zawsze smakowało jak przesłodzona herbata? Chyba nie… Związek z Jeremim pokazał mi jasne strony życia, ale nie był oblany toną lukru. Życie z Erykiem tłumiło światło, pokazując mi tylko mroczne aspekty życia. Poszukałam długopisu i zaczęłam notować:

„Zadarł jej podbródek do góry, po czym spojrzał głęboko w zielone oczy. Wystarczyło, by na nią patrzył. By zdzierał, warstwa po warstwie, elementy stroju. Jeszcze jej nie dotknął, a ona poczuła, że właśnie rozpoczęła się między nimi gra wstępna. Gra pełna namiętności, która swój finał będzie miała w atłasowej pościeli”.

– Tak jest lepiej – wyszeptałam, pisząc kolejne zdania z wypiekami na twarzy. To nie była grzeczna historia, tylko opowieść dla kobiet, które powinny odkryć w sobie własną seksualność. Nie wstydzić się nagości ciała, a nauczyć się je kochać. Jak mężczyzna ma szanować ciało kobiety, które nie jest akceptowane przez jej posiadaczkę? Jak?

Dobrze wiesz, Gab, że miłości do własnego ciała nauczył cię on. Gdyby nie Jeremi, byłabyś zalęknioną szarą myszą, która wstydziłaby się myśleć o seksie, uważając, że to nie jest normalna czynność. Musisz mu za wszystko podziękować… – podpowiadały myśli. Wiedziałam, że powinnam tak zrobić. Stanąć z nim twarzą w twarz i zapytać, dlaczego mnie okłamał. Byłam ciekawa, co działoby się później. Czy kochalibyśmy się długo i namiętnie, a może szybko i dziko? A może jednak każde z nas odwróciłoby się i odeszło w swoją stronę?

Przejechałam dłonią po piasku, a gdy chciałam chwycić go w garść, zobaczyłam, jak maleńkie ziarenka zaczęły przelatywać między palcami. Traciłam czas, siedząc i zadając sobie pytania, które powinnam zadać jemu. Przysunęłam bliżej torebkę i wyciągnęłam z niej telefon. Od razu zauważyłam nieodebrane połączenie.

Moje serce zaczęło gwałtowniej bić. Jeremi także o mnie myślał… Zmieniłam dzwonek telefonu z wibracji na dzwonek. Obiecałam sobie odebrać, gdy następnym razem do mnie zadzwoni.

Jednak telefon uparcie milczał przez kilka następnych dni. Łapałam się na tym, że bezwiednie pisałam do niego wiadomość, po czym ją kasowałam. Pewnego parnego dnia otrzymałam dwa SMS-y – najpierw od mojego adwokata z ustaloną na wrzesień datą rozprawy rozwodowej, następny od Jeremiego.

Jeremi: Nie wiem, w jaki sposób mam się z Tobą skontaktować, Gab. Nie odebrałaś żadnego połączenia ode mnie. Mam dosyć tej ciszy. Jeśli przestałaś mnie kochać, proszę, napisz to otwarcie. Jutro wyjeżdżam do siostry i chcę wiedzieć, czy powinienem o Tobie zapomnieć… Próbować zapomnieć…

Nie wiedziałam, ile razy odczytywałam tę wiadomość na głos, płacząc i czując, jak moje serce galopuje. Trzęsły mi się dłonie, gdy po raz kolejny wpatrywałam się w jego słowa. Jeśli on jutro wyjedzie, nie dowie się o dziecku. Co robić?

Drżącymi palcami zaczęłam wystukiwać odpowiedź.

Ja: To wszystko jest takie skomplikowane… Z jednej strony marzę, byś zniknął z mojego życia, a z drugiej… Już sama nie wiem.

Nacisnęłam przycisk „wyślij” i z zapartym tchem oczekiwałam nadejścia wiadomości zwrotnej. Poprawiłam się na piasku i wygodniej oparłam plecami o pień drzewa. Mój żołądek się skurczył, gdy usłyszałam dźwięk nadejścia wiadomości.

Jeremi: Nie mogę zmusić Cię do kontaktu ze mną. Chcę tylko, byś była szczęśliwa. Ze mną bądź beze mnie. Kocham Cię i tęsknię.

Po tej wiadomości pragnęłam tylko jednej rzeczy. Chciałam zobaczyć, jak się zachowa, wpatrując się we mnie swoimi zielonymi oczami. Wysłałam mu swój aktualny adres i postanowiłam wracać do domu.

Włożyłam telefon i zeszyt do torebki, podniosłam się i zaczęłam iść przed siebie. Moje serce łomotało radośnie, wierząc, że jeszcze dzisiaj zjawi się u mnie Jeremi, chociaż myśli podpowiadały, bym za szybko nie rozbudzała w sobie nadziei.

– Gab! Nie wierzę! To ty?! – To pytanie sprowadziło mnie na ziemię nadto szybko i boleśnie. Nie zauważyłam kamienia i potknęłam się o niego. Na szczęście się nie przewróciłam. Szybko spojrzałam na kobietę stojącą naprzeciwko mnie i poczułam, jak moje mięśnie się spięły.

Przede mną stała Karolina, siostra Eryka, i wpatrywała się we mnie szeroko otwartymi oczami.

– Cześć – odparłam, czując podenerwowanie.

– Jesteś tu na wakacjach?

Serio?! Czy tak powinno brzmieć pytanie skierowane do osoby, która strzelała do jej brata?

– Tak. Postanowiłam wyjechać i zapomnieć o wszystkim, co było złe.

– Eryk powoli wraca do zdrowia. Zaczyna już chodzić, nieźle go urządziłaś, ale należało mu się. Niedługo czeka go pierwsza sprawa za pobicie. Nie wiem, jak on się z tego wygrzebie… Wydaje się być poważnie załamany. Nie wierzę, że chciał zabić twojego kochanka…

– Karolina, nie chcę o tym rozmawiać. Twój brat jest winny. Dopuścił się wielu przestępstw i chciał popełniać kolejne. Próbował mnie uwięzić…

– Wiem. Przyznał się do wszystkiego. Niby nie zależało mu na „prawdziwym” uwięzieniu ciebie, a raczej na rozmowie.

– Nie chcę tego słuchać. Twój brat ma kłopoty i rozumiem, że mnie nienawidzisz…

– Nie, Gab. Nie bardzo cię znam, ale wierzę, że nie masz skłonności do mitomanii. Powiedziałam ci szczerze, że moja rodzina jest zdrowo szurnięta. Dzięki temu, że postrzeliłaś mojego brata, coś się zaczęło zmieniać. W nim, w mojej matce i ojcu.

– Zmieniać? – Nie rozumiałam.

– Eryk zaczął się leczyć. Jego psychika jest maksymalnie sfiksowana i nareszcie to do niego dotarło. Dwa razy w tygodniu przychodzi do niego psycholog, dużo rozmawiają… Moja matka nakrzyczała na ojca, a ten spakował się i wyprowadził z domu. Myślę, że dociera do nich, ile krzywd wyrządzili niewinnym osobom. – Karolina spojrzała na mnie i się uśmiechnęła, po czym rozchyliła usta, jakby chciała powiedzieć coś jeszcze. Lustrowała mnie przez chwilę niebieskimi oczami. – Słuchaj, może wybrałybyśmy się razem na piwo? Skoro tu jesteś, może fajnie byłoby iść się gdzieś rozerwać?

Nie wiem, co we mnie wstąpiło, ale skinęłam przytakująco głową.

– Super! Masz jakieś plany na dzisiaj?

Mam – odpowiedziałam w myślach. – Będę stała w oknie i wypatrywała ojca mojego dziecka… Boże, jakie to żałosne!

– Jutro? – zaproponowałam, czując, że wyjście razem nie będzie złym pomysłem, zwłaszcza jeśli się okaże, że Jeremi nie przyjedzie. Nie mogłam mu ufać.

– Super! – ucieszyła się Karolina. – W jakim ośrodku mieszkasz?

Nie podawaj jej swojego adresu… Pamiętaj, że ona może zdradzić go Erykowi. Nie rób tego!

– Nie pamiętam nazwy… Kurczę! Zupełnie wyleciała mi z głowy! – Kłamiąc, czułam się jak kompletna idiotka.

– To może spotkamy się przy Music Pearl? Słyszałaś o tym klubie?

– Chyba nie… Ale odszukam go w necie.

– No jasne! – rzuciła uradowana Karolina. Odgarnęła kosmyk blond włosów z twarzy i wyszczerzyła zęby. – O dwudziestej?

– Dobrze – powiedziałam, na co szwagierka ucałowała mnie w policzek. – W takim razie do jutra, Gab! Muszę lecieć, bo umówiłam się z ciocią i jej koleżanką na plaży!

No tak! Karolina wspominała mi o przeprowadzce do swojej ciotki…

– Do jutra – odpowiedziałam bez entuzjazmu w głosie, odwróciłam się plecami i udałam do domu.

Przed drzwiami zatrzymałam się i głośno westchnęłam. Wróciłam do furtki, by sprawdzić, czy przypadkiem Karolina mnie nie śledziła, ale nikogo nie dostrzegłam na drodze. Odetchnęłam z ulgą i wyciągnęłam z torebki klucze od domu.

Otworzyłam drzwi i poczułam pustkę. Spojrzałam na zegar, który pokazywał czternaście minut po piątej.

– I tak nie przyjedzie – powiedziałam do siebie.

Wzięłam laptopa na kolana, usiadłam na kanapie i zaczęłam pisać. Z każdym zdaniem tworzona przeze mnie historia zmieniała swój kształt. Bohaterowie żyli własnym życiem, modyfikując scenariusz, który dla nich zaplanowałam.

Przed ósmą postanowiłam wziąć prysznic i umyć włosy. Odłożyłam laptopa na kanapę i poszłam do łazienki. Ściągnęłam sukienkę i postanowiłam się zrelaksować pozwalając ciepłym kropelkom oplatać moje ciało. Z czułością przejechałam namydloną dłonią po brzuchu, w którym rósł mój synek.

Otuliłam ręcznikiem mokre ciało i usiadłam na kanapie. Wzięłam w dłoń pilota z nadzieją, że znajdę interesujący program w telewizji, niestety nic nie zwróciło mojej uwagi. Zerknęłam na zegar, którego wskazówki pokazywały, że było już po ósmej. Moja nadzieja związana z przybyciem Jeremiego już się rozpływała. Musiałam przestać o nim myśleć.

Podeszłam do radia, które stało w kuchni, i włączyłam muzykę. Leciał akurat Phillip Phillips i jego Raging Fire. Zaczęłam lekko podrygiwać w rytm muzyki, gdy nagle usłyszałam Waiting for Superman zespołu Daughtry. Nie przestawałam tańczyć w ręczniku, aż usłyszałam samochód. Reflektory zaświeciły wprost w okna salonu. Wyłączyłam radio i poczułam, jak mocno zacisnął się mój żołądek. Oplotłam ręcznik mocniej na ciele i podeszłam do drzwi, nadsłuchując kroków. Kiedy się zbliżyły, wstrzymałam oddech. Gdy rozległo się pukanie do drzwi, zaczęło mi się kręcić w głowie.

– Kto tam? – zapytałam, próbując przekonać serce, że to nie Jeremi.

– Jaskółeczko, to ja – powiedział, a ja zamarłam.

Przyjechał. Pokonał dwieście pięćdziesiąt kilometrów, by mnie zobaczyć. Niespiesznie przekręciłam klucz w zamku, po czym otworzyłam drzwi i od razu ujrzałam jego piękne, błyszczące oczy. Zamrugałam kilka razy, próbując zatrzymać łzy, ale niestety, rozpłakałam się na jego widok niczym małe dziecko. Moje serce podskoczyło wysoko, aż do ust, i zapewne on poczuł jego bicie, gdy zatopił swoje wargi w moich. Całował mnie żarliwie, aż obojgu nam zaczęło brakować tchu. Gdy nasze usta się rozdzieliły, przez chwilę dyszeliśmy, uspokajając łomot naszych serc. Kiedy moje powróciło na właściwe miejsce, gestem zaprosiłam Jeremiego do środka.

Ja chyba śnię… On jest tutaj… Jest przy mnie…

– Na pewno mogę wejść do środka? – zapytał, idąc powoli niepewnym krokiem.

– Chyba tak – odparłam, czując, że mój język zaczyna się plątać.

– Chyba? – W uroczy sposób zmarszczył usta i brwi. Wyglądał słodko. Musiał zachować między nami dystans i pamiętać, że mnie oszukał.

Przytaknęłam głową.

– Gab… Ja… – zaczął, ale jego słowa również z trudem przechodziły przez gardło. – Zastanawiałem się, co ci powiem, kiedy cię zobaczę. A teraz patrzę na ciebie i nie wiem. Siedzisz w ręczniku, twoja skóra jest rozgrzana od gorącej wody… Dekoncentrujesz mnie cholernie – wyznał, a ja dopiero teraz przypomniałam sobie o moim stroju, który składał się tylko z kawałka materiału.

Odsunęłam się od Jeremiego.

– Pójdę się ubrać.

– A ja zrobię nam herbaty, dobrze? – zapytał i przypomniał mi swoją pierwszą wizytę w moim mieszkaniu. Wtedy biegałam przed nim w piżamie w różowe słonie.

– Zaraz wrócę – powiedziałam i poszłam do sypialni, żeby włożyć jak najluźniejsze ubranie.

Nie chciałam mówić mu, że jestem w ciąży. To nie był odpowiedni czas na rozmowę o tym, że zostaniemy rodzicami. Czułam podenerwowanie. Zrzuciłam z siebie ręcznik i włożyłam tę samą sukienkę, którą miałam dzisiaj na plaży. Cały czas czułam na ustach smak jego warg.

Nie powinnam była się z nim całować…

Opuszką palca dotknęłam dolnej wargi, wciąż obolałej po naszym pocałunku. Usta Jeremiego całowały boleśnie, prawdziwie. Ich smak pozostawał ze mną na dłużej. I za to je kochałam. Uwielbiałam się z nim całować. Nasze pocałunki raz były ciche, niemal bezszelestne, innym razem głośne i jękliwe. Były burzą i bezkresem nieba zarazem. Były wszystkim, czego potrzebowałam, by czuć się szczęśliwą. Nawet teraz czułam przypływ euforii, choć powinnam czuć żal. Jednak rzadko można się gniewać na kogoś, kogo się kocha.

Pukanie przypomniało mi o tym, że powinnam się pospieszyć. Odgarnęłam kosmyk mokrych włosów z twarzy i otworzyłam drzwi. Nie musiałam szukać go wzrokiem, po prostu wiedziałam, że nasze oczy zaraz się spotkają. Gdzieś w głębi przeczuwałam, że kiedy przyznam się mu do odmiennego stanu, on otoczy nas miłością.

– Zrobiłem herbatę – zakomunikował cicho, patrząc na mnie. Wodził oczami po moich odkrytych ramionach, lekko muśniętych przez słońce. Po piersiach, po brzuchu…