Wydawca: Zysk i S-ka Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 429 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka W rytmie passady - Anna Dąbrowska

„Zapomnij o całym świecie, zapomnij, że stoję za twoimi plecami. Daj się ponieść muzyce. Otwórz się na ten rytm…”

Julita, uczennica warszawskiego liceum, w niczym nie przypomina typowej nastolatki. Nie chodzi na imprezy ani na randki, nie spotyka się z przyjaciółmi. Żyje w cieniu wydarzenia z przeszłości, które nie pozwala jej zachowywać się tak jak klasowe koleżanki. Pewnego dnia otrzymuje propozycję, która może jej pomóc przełamać strach. Jedyne, co musi zrobić, to zatańczyć w konkursie kizomby.

Marcel jest tancerzem i instruktorem, który zaraża swoją pasją innych w szkole tańców latynoamerykańskich. Jego życie ulega całkowitej przemianie, kiedy dowiaduje się o chorobie matki. Światełkiem w tunelu okazuje się konkurs tańca, w którym mężczyzna postanawia wystartować. Wygraną chciałby przeznaczyć na pomoc matce.

Dwoje obcych sobie ludzi zaczyna łączyć jedno pragnienie, chociaż każde z nich postrzega zwycięstwo w zupełnie innym wymiarze. Wydaje się, że Julitę i Marcela dzieli przepaść, której nie można pokonać, a jednak…

W tańcu i miłości wszystko może się zdarzyć.

Opinie o ebooku W rytmie passady - Anna Dąbrowska

Fragment ebooka W rytmie passady - Anna Dąbrowska

Anna Dąbrowska W rytmie passady ISBN Copyright © by Anna Dąbrowska, 2017All rights reserved Redaktor Monika Ślusarska Projekt okładki i stron tytułowych Tobiasz Zysk Wydanie 1 Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67 faks 61 852 63 26 dział handlowy, tel./faks 61 855 06 90sklep@zysk.com.plwww.zysk.com.pl Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w Zysk i S-ka Wydawnictwo.
Kochanemu mężowi Andrzejowi, za to, że byłeś, jesteś i będziesz…Jest taki taniec, któremu musisz pozwolić się uwieść…

Prolog

Wszystko w życiu ma własny cykliczny rytm: lato następuje po wiośnie, zima po jesieni. Po każdym dniu nastaje noc. Śmierć przynosi kres życiu. Tak samo jest w przypadku muzyki i tańca, do każdej melodii należy wykonać inny krok. Raz do przodu, raz do tyłu. Niekiedy trzeba upaść na kolana, by za chwilę móc wstać i tańczyć dalej.

A czy wiesz, jaki rytm wyznacza twoje życie?

Pomyśl, że każdy dzień to inny dźwięk, który tworzy przez całe twoje życie skomplikowany szereg nut zwany melodią.

Usiądź wygodnie w miękkim fotelu, zamknij oczy i spróbuj wsłuchać się w odgłos bicia własnego serca.

Słyszysz, jak łomocze?

Jesteś gotowy na taniec zwany passadą?

Julita

— Czy naprawdę musimy tak pędzić?! — zawołałam niepocieszonym głosem do przyjaciółki, która biegła co sił, aby uciec przed padającym deszczem. Wrześniowa pogoda nas nie rozpieszczała.

— Chcesz wyglądać za chwilę jak zmokła kura? — odpowiedziała pytaniem, szarpiąc moją dłoń i próbując przy tym w jakże niewdzięczny sposób zmusić mnie, bym biegła szybciej.

— I tak już zapewne właśnie wyglądamy — skwitowałam krótko, żałując, że nie uparłam się, byśmy razem z Olką udały się na autobus. — Jak dwie zziajane i zmokłe kwoki!

Widziałam szare chmury kłębiące się groźnie nad Warszawą, ale kierując się przeczuciem przyjaciółki, że deszcz spadnie dopiero za godzinę, zbagatelizowałam niepokojące oznaki pogody. Teraz musiałam biec co sił w nogach, by uchronić ubranie przed doszczętnym przemoczeniem.

Po kilkunastu minutach intensywnego galopu nareszcie odetchnęłam z ulgą, wchodząc do starego magazynu, w którym dwa razy w tygodniu odbywały się treningi. Olka wciąg­nęła mnie w uwielbienie do tańca i fitnessu połączonych razem w zumbie. Radosna muzyka, taniec, ekscytacja sprawiały, że ćwiczenia nie wydawały się nudne, choć niekiedy okazywały się bardzo wyczerpujące. Musiałam coś z sobą robić, by nie poddać się tylko i wyłącznie nauce, choć przyszłej maturzystce stan permanentnej nauki zapewne by nie zaszkodził.

Przetarłam dłonią mokrą od deszczu twarz, po czym spojrzałam na równie przemoczoną przyjaciółkę.

— Co się tak patrzysz? — rzuciła wściekle, ścierając chusteczką rozmazany wokół oczu makijaż. — Dalej, bierz strój i marsz do szatni!

— OK — odparłam, widząc buzującą w źrenicach jej niebieskich oczu ewidentną złość.

„Trzeba było mnie posłuchać i udać się na przystanek autobusowy” — pomyślałam, pospiesznie ściągając z siebie przemoczony płaszcz, lekko wilgotne dżinsy i bawełnianą bluzkę w paski. Nałożyłam na stanik luźny top odsłaniający delikatnie dwa żebra i szerokie spodnie. Jasne włosy, z których kapały kropelki deszczówki, zaczesałam do tyłu. Mokre kosmyki przybierały barwę orzecha włoskiego.

— Ale mnie urządziła! — skwitowałam pod nosem, postanawiając związać włosy w kucyk. W duchu przyrzekałam sobie nigdy więcej nie kierować się intuicją Aleksandry Zawadzkiej. Jej przeczucie zawsze okazywało się złudne i zgubne. Mimo to kochałam moją przyjaciółkę jak siostrę, której nigdy nie miałam. Właściwie miałam tylko ją i mamę, bo tato biegł przez życie samotnie. Ale mizantropi tak właśnie mieli i kochali taki stan rzeczy.

— Gotowa?! — dobiegł mnie zniecierpliwiony głos przyjaciółki.

Skinęłam potakująco głową, odwróciłam się i posłałam jej pełne podziwu spojrzenie. Ola Zawadzka była chodzącym ideałem kobiety. Smukłe ciało, niewielki biust, duże, niebieskie oczy i piękne, długie włosy w odcieniu szampana od zawsze przyciągały uwagę wielu par męskich oczu. A jej figura w sportowym stroju budziła zazdrość wielu kobiet. Nawet moją, gdyż stanowiłam kompletne zaprzeczenie jej małego profilu ciała. Byłam wyższa od Aleksandry o równe dwa cale, a zamiast świetlistego koloru na głowie miałam ciemny blond, który uwydatniał moje wiecznie podkrążone oczy — efekt braku snu.

Od pamiętnego, urodzinowego wieczoru w snach nawiedzał mnie wciąż ten sam koszmar, którego nie zwalczyły roczne wizyty u terapeutki. Dlatego starałam się nie spać, a jeśli zmęczenie wygrywało z lękiem, to sen był niesamowicie płytki. Słyszałam przez niego, jak moja matka uchylała drzwi do pokoju, nasłuchując mojego oddechu, albo w środku nocy rozmawiała z ojcem, opowiadając mu o mnie i prozie naszych codziennych dni. Słyszałam, jak obiecywała mu wielokrotnie, że przyjedziemy do niego na weekend do Sopotu, ale zawsze na naszej drodze stawało „coś” w postaci mojego lęku przed miastem, w którym spędziłam całe siedemnaście lat życia.

Co jeszcze różniło mnie i Olkę? Moje krągłe biodra, wydatne pośladki, które starałam się tuszować, nosząc za długie, workowate swetry bądź porozciągane bluzki. Nie znosiłam własnych „dobrodziejstw” ofiarowanych w nadmiarze przez matkę naturę. Żartowałam, że zbyt hojnie mnie obdarzyła, choć wiele razy płakałam z powodu swych krągłości, marząc o wieszakowatym typie sylwetki, na której wszystko prezentowało się idealnie.

Stałam i spoglądałam z ukosa na przyjaciółkę. Zazdrościłam jej tej filigranowości. Była krucha i delikatna, taka prawdziwa kobieta, którą każdy mężczyzna pragnął przytulić i chronić.

„Może gdybym była taka drobna jak Oleńka, nigdy nie spotkałaby mnie tamta tragedia” — pomyślałam z ukłuciem żalu w sercu, wchodząc na dużą salę treningową.

— Dalej, moje panie! — zawołał młody mężczyzna przez mikrofon zaczepiony do ucha. — Nie ociągać się! Zajmujemy stanowiska i zaczynamy ćwiczyć!

— Kto to? — zapytałam przyjaciółki.

— Nie wiem — odparła z entuzjastycznym błyskiem w oku. — Grunt, że niezły jest, prawda?

Spojrzałam na mężczyznę baczniej, próbując podzielić zachwyt koleżanki. Nieznajomy trener mógł liczyć około dwudziestu pięciu wiosen, był opalony, delikatnie umięś­niony i zwracał uwagę ćwiczących na sali kobiet. Słyszałam wyraźnie ich zachwycone i niezwykle zaintrygowane szepty o nowym instruktorze.

„Ciekawe, co się stało z naszą trenerką” — pomyślałam, naśladując ruchy kobiety stojącej dziesięć kroków przede mną.

— Pssst — wyszeptała Ola, obracając się twarzą do mnie w trakcie wykonywania ćwiczenia.

Otworzyłam szerzej oczy i zmarszczyłam brwi, próbując odczytać z ruchu warg przyjaciółki, jaki komunikat miała mi do przekazania.

— Brat? — wyszeptałam, spoglądając na Olę, która co chwila odwracała głowę, wykonując nakazane ćwiczenie.

— Tak! — odparła głośno, licząc, że muzyka zagłuszy jej głos. — Niestety.

Głos stapiał się z głosami innych kobiet zacięcie rozmawiających o nowym instruktorze zumby. Rozmowy stały się tak głośne, że zagłuszały muzykę. Dekoncentrowały.

— OK, moje panie! Widzę, że wprowadziłem swoją osobą wielki chaos wśród was — mówiąc to, nieznajomy wyłączył nagle muzykę. Jej ostatnie dźwięki odbiły się lekkim echem od ścian sali. — Naprawiam moje błędy, mając nadzieję, że tym sposobem zaspokoję waszą ciekawość i zmobilizuję was do ostrego treningu. Mam na imię Kuba. Jestem bratem Karoliny — oznajmił dźwięcznym głosem, uśmiechając się szeroko. — Trzy lata młodszym, ale bratem. Wasza instruktorka okazała się zwyczajną niezdarą, bo złamała sobie nogę podczas wieczornego joggingu. Tak, wiem, trzeba mieć talent, aby podczas biegania złamać sobie kończynę. — Przewrócił radośnie oczami. — Przez jakiś czas będę ją zastępować. Czy macie do mnie jakieś pytania?

— Kilka! — zawołała stojąca nieopodal mnie przyja­ciółka.

— O nie — wymruczałam cicho, czując, że brat naszej trenerki wpadł w oko Olce, która przeważnie gustowała w starszych mężczyznach.

— Zatem zamieniam się w słuch — odparł z ciekawością Kuba, omiatając wzrokiem nie tyle Olę Zawadzką, co mnie.

Poczułam, że zaczynam się rumienić.

— Panie Jakubie, czy podpowiedziałby nam pan, jakie kwiaty lubi pana siostra? Bo według mnie powinnyśmy odwiedzić panią Karolinę, podarować jej kwiatki, może nawet podpisać się na gipsie. Po drugie, nie znosimy ociekać potem, tak że prosimy o łaskawe traktowanie, prawda, kobietki?! — zawołała ochoczo, na co większość zawtórowała jej głośnym słowem „jasne” bądź „taak”.

Na twarzy Kuby malowało się pozytywne zaskoczenie. Uśmiechnął się szeroko i czym prędzej podszedł do nas, stanął obok. Objął w przyjacielski sposób Aleksandrę, która wręcz płonęła ze szczęścia, i głośno powiedział:

— Wbrew pozorom moja siostra jest wielką fanką słodyczy i nie przepada za kwiatami, na które ma alergię, a na ociekający pot mógłbym doradzić dobry antyperspirant. Może rexonę? — Puścił z objęć wkurzoną Olkę, po czym ukradkowo wyszeptał do mojego ucha:

— Świetnie się ruszasz.

Po chwili zajął stanowisko instruktora.

Zmarszczyłam brwi, wmawiając sobie, że to, co powiedział, nie było skierowane do mnie.

„To musiała być jakaś pomyłka” — podpowiadały myśli, a serce zabiło przyspieszonym rytmem.

— Czy posiadacie, panie, jeszcze jakieś pytania?

— Czy chodzi pan do solarium? — wyrwał się piskliwy głos.

— Tak, chodzę do solarium i łykam beta-karoten w tabletkach. Koniec tego przesłuchania, zabieramy się za trening.

Włączył muzykę, jakiś dziwny remiks przebojów latino.

Spojrzałam na twarz Kuby, który stał na swoim miejscu i demonstrował nowe ćwiczenie, a mimo to dostrzegłam jego wzrok skupiony na moim ciele.

„To są moje omamy!” — krzyczała podświadomość. Dlaczego miałby patrzeć właśnie na mnie?

— Ale mnie zgasił, frajer jeden — wyszeptała mi nagle do ucha przyjaciółka. — A taki przyzwoity się wydawał.

— Masz rację — odparłam, czując wciąż na sobie jego przenikliwe spojrzenie.

— Kurczę, Jula! On się wciąż na ciebie gapi!

Uniosłam lekko głowę, by sprawdzić, czy to prawda. Nadal kołysałam biodrami w pokazanym wcześniej ćwiczeniu, a oczy Kuby ślizgały się po moim rozkołysanym ciele, powodując narastającą we mnie złość i niechęć do dalszych ćwiczeń.

„Jeszcze pięć minut jego świdrującego wzroku i stąd wychodzę” — powiedziałam sobie w myślach.

Przeżyłam około trzydziestu minut, starając się nie patrzeć na mężczyznę. Naśladowałam ruchy ćwiczących przede mną kobiet. Kiedy postanowiłam na niego zerknąć, nasze oczy się spotkały, ale nie na długo, ponieważ Kuba obwieścił lekko zadyszanym głosem, że to już koniec. Nareszcie mogłam odetchnąć z ulgą. Siadłam na podłodze, ocierając wierzchem dłoni kropelki potu z czoła. Miałam dosyć tego morderczego treningu, który dał mi nieźle w kość.

— Zmęczona? — zapytała Ola, kładąc dłoń na moim ramieniu.

— Trochę.

— Wezmę taksówkę, bo wciąż pada. A właściwie już nie pada, tylko leje.

— OK — odparłam, po czym gwałtownie ruszyłam za grupką dziewczyn, aby wmieszać się w tłum i stać się niezauważalna. Najlepiej przezroczysta.

Nie bawiły mnie damsko-męskie gierki zwane flirtem. Mimo że miałam dopiero osiemnaście lat i cały świat stał przede mną otworem, czułam się wypalona życiem. Nie miałam ochoty poznawać chłopaków, nie chodziłam na dyskoteki, zawsze trzymałam się na uboczu. Zaczynałam upodabniać się do mojego ojca, Tomasza.

Ja, Julita Poll, każdego dnia stawałam się domowym pustelnikiem, oddychającym prawdziwie dopiero w swoim szczelnie zamkniętym pokoju, pełnym artystycznego bałaganu, wśród książek i kolorowanek, które z pasją pokrywałam kolorami. Uwielbiałam to — tchnąć życie w czarne kontury narysowanych białych postaci. Dawałam im serce i nowe, barwne życie.

We wspólnej szatni starałam się nie słuchać rozmów innych kobiet o niesamowitym seksapilu naszego nowego trenera.

Może i był przystojny. I co z tego? Miał zapewne dwadzieścia pięć lub sześć lat, a ja byłam dla niego gówniarą, która stroniła od męskiego towarzystwa. Wyznawałam zasadę: zero facetów, zero kłopotów. Musiałam unikać wszystkiego, co napawało mnie lękiem.

* * *

Deszcz dzwonił bezustannie o dach i ściany taksówki, w której siedziałyśmy razem z Olą. Przy niej byłam bezpieczna, tylko ona znała prawdziwą wersję tamtej nieszczęsnej historii. Nie mogłam jej oszukiwać, bo była mi najbliższa na świecie. Była moją kuzynką od strony mamy, rówieśnicą i wspaniałą przyjaciółką. Może niekiedy zbyt impulsywną, ale oddaną niczym wierny pies.

— Jula, ale ten Kubuś mnie dzisiaj załatwił — odezwała się strapionym głosem.

— Nie przejmuj się nim — odrzekłam, skupiając wzrok na spływających po szybie kroplach deszczu.

— Niby tak, ale tylko nie udawaj, że nie czułaś jego pożądliwego wzroku na sobie.

— Nie czułam — próbowałam kłamać.

— Nie wierzę ci. Zbyt dobrze cię znam, panno Poll — wymruczała przez niemal złączone usta, po czym ujęła moją dłoń w swoją i dodała głośniej: — Drżą ci dłonie, Jula. To ewidentny znak, że kłamiesz.

— Nie kłamię. I proszę cię o zmianę tematu.

— Kiedyś trzeba przeżyć ten pierwszy raz. A ten Kubuś nie wydawał się zły. Jego wargi były takie ponętne, stworzone wprost do…

— Ola! — krzyknęłam na przyjaciółkę, wyrywając swoją dłoń z uścisku. — Daj mi spokój z tym facetem! I nie zapominaj, że wciąż siedzimy w taksówce.

— Doskonale o tym wiem. Naprawdę sądzisz, że ten pan nie słyszał w tej oto taksówce takich zbereźnych rozmów?

— Cii! — Próbowałam uspokoić nadto swobodny język przyjaciółki, zakrywając jej usta dłonią.

— Co cii? Mam ci udowodnić, że ten pan słyszał dramatyczne i możliwe erotyczne rozmowy?

— A nawet komiczne! — zakrzyknął donośnym głosem taksówkarz, a ja płonęłam ze wstydu. I był to wstyd za moją serdeczną koleżankę, która musiała poczuć się urażona odrzuceniem faceta.

— Nie odzywaj się do mnie, Aleksandro!

Ola wybuchła gromkim śmiechem, wtulając głowę w moje ramię.

— Dobrze, ale przestań wciąż uciekać przed facetami. Nie każdy stojący na twojej drodze musi okazać się zawsze tym złym.

— Wiem — szepnęłam, chociaż w głębi czułam zupełnie co innego. Czułam, że każdy mężczyzna będzie miły tylko przez chwilę, a potem stanie się prawdziwą bestią, która prędzej czy później pokaże szpony.

— To dobrze, bo Kubuś nie był zły.

— Miałaś się nie odzywać do mnie — poprosiłam ponownie o milczenie, udając oburzenie.

— Dobrze. Zatem porozmawiamy o seksownym trenerze zumby jutro.

Westchnęłam ciężko, przeczuwając, że najbliższe dni nie będą należały do łatwych i przyjemnych.

Marcel

Usiadłem na wytartej kanapie, oddychając ciężko. Po raz pierwszy czułem się tak mocno zagubiony. Wiedziałem, że jestem osobą, do której należeć będzie ostateczne zdanie. Musiałem się spieszyć z podjęciem jakiejkolwiek decyzji; decyzji, która zaważy na samopoczuciu psychicznym mojej matki, przechodzącej przez prawdziwe piekło. Ból wykańczał jej wątłe, pomarszczone cierpieniem ciało tak mocno, że czasami wydawała się przestawać koncentrować na otoczeniu dookoła. Nowotwór złośliwy trzustki zjadał moją matkę każdego dnia, kawałek po kawałku.

Przymknąłem oczy, próbując wymazać z pamięci jej wykrzywioną bólem twarz i nieobecne spojrzenie, jakby chciała tym oznajmić, że zgasła w niej jakakolwiek wola walki z chorobą. Poddawała się walkowerem. A ja nie potrafiłem temu zapobiec. Mogłem tylko siedzieć i patrzeć, jak matka niknie w oczach, pogrążona w bólu. Nie potrafiłem tego zaakceptować, pogodzić się z brutalną rzeczywistością, której nie można było zmienić.

Chciałem zaryzykować, spróbować znaleźć jakąś inną formę pomocy. Może sprowadzić z Meksyku tabletki o cudownej, antyrakowej mocy? Chciałem wierzyć, że można przedłużyć ludzkie życie chociażby o kilka miesięcy, a przy tym złagodzić ból.

Niestety, nie było mnie na to stać. Moja pensja ledwo wystarczała na skromne życie w jednopokojowym mieszkaniu o podstawowym standardzie, utrzymanie samochodu i jedzenie.

— Co mam zrobić? — pytałem na głos samego siebie, ale odpowiedź wciąż nie przychodziła.

Spuściłem głowę, podparłem twarz dłońmi i ciężko westchnąłem, czując w sobie złość i obawę o jutrzejszy dzień, który skrywał w sobie wielką niewiadomą. Musiałem wypisać papiery do hospicjum, nie miałem innego wyjścia.

I nagle rozległo się pukanie do wejściowych drzwi.

„Czyżby listonosz przyszedł wręczyć mi rachunek za prąd?” — pomyślałem, wstając szybko z kanapy. Nie bawiłem się w zerkanie w wizjer, tylko od razu otworzyłem.

— Kuba?! — zawołałem zaskoczonym tonem. — Coś się stało? — zapytałem, widząc zmokłego od deszczu przyjaciela.

Gestem zaprosiłem go do środka, po czym popędziłem do kuchni nastawić czajnik. Przelotem zabrałem z łazienki ręcznik kąpielowy, który rzuciłem na kolana przemoczonemu kumplowi. Przyjął go skinieniem głowy, po czym zaczął wycierać twarz, po której wąskimi strużkami spływała woda z włosów.

— Stary, ale leje! — zawołał Kuba, wciąż próbując dosuszyć włosy.

— Mogę sobie wyobrazić — wymamrotałem, spoglądając na jego kompletnie przemoczone ubranie. — Pożyczę ci bluzę i spodnie — mówiąc to, wyciągnąłem ze starej dębowej szafy pierwsze z brzegu dżinsy i bluzę.

Kuba i ja mieliśmy ubrania o podobnym rozmiarze. No, może ja nosiłem spodnie z dłuższymi nogawkami z racji tego, że byłem sześć centymetrów wyższy niż mój kolega.

— Kawa czy herbata? — zapytałem i poszedłem do kuchni, dając tym samym przyjacielowi chwilę na przebranie się.

— Owocowa herbata z dwoma kostkami cukru! — odparł, zdzierając z siebie mokre rzeczy.

— A jeśli mam tylko zwykłą herbatę, rozpuszczalną kawę i brązowy cukier?!

— To poproszę o kawę z jednej płaskiej łyżeczki!

Nie piłem kawy, nie piłem herbaty. Pragnienie koiłem tylko niegazowaną wodą, a od czasu do czasu alkoholowymi procentami. Jadałem głównie drób i świeże warzywa. Jako instruktor tańców latynoamerykańskich nie mogłem sobie pozwolić na żywieniowe nieścisłości, które zamiast dodawać mojemu organizmowi energii, działałyby na odwrotnej zasadzie.

— Trzymaj — wyszeptałem, podając Kubie szklankę z parującym, czarnym napojem.

— Dzięki, Marcel.

— Dziwnie szybko skończyłeś dzisiaj zajęcia. Czyżby wszystkie panie nagle się rozchorowały?

— Skończyłem nieco wcześniej zajęcia z zumby. Panie nie przejawiały dzisiaj większego zainteresowania tańcem.

Zmarszczyłem lekko brwi, czując niepełność jego wytłumaczenia.

— Kobietki wolały raczej dyskutować ze mną niż ćwiczyć i już na wstępie zapowiedziały, że nie lubią się przeforsowywać, więc na pierwsze zajęcia podarowałem im bonus w postaci ulgi. Na kolejnych spotkaniach sobie odbijemy — oznajmił z nutką cynizmu. — A tak poza tym… Mam pomysł, jak zdobyć kasę. Marcel, musisz mnie wysłuchać, OK?

Uśmiechnąłem się, słysząc jego frenetyczny głos. Usiad­łem na sofie obok i oparłem głowę na zagłówku, czekając, aż usłyszę ten jego genialny pomysł.

— Zamieniam się w słuch, Kuba. Dajesz! — zawołałem ochoczo, wiedząc, że nie skuszę się na żadną spółkę. Nie czułem potrzeby stać się niczyim wspólnikiem, zwłaszcza najlepszego kumpla.

— Więc… Hm… Chodzi o konkurs tańca. Dotarły mnie słuchy, że na początku grudnia wystartują w podziemiach dwa konkursy.

— I ja mam w nich sędziować, tak? — dokończyłem, przeczuwając, co chce mi powiedzieć.

— Nie.

— Nie? — zapytałem.

— Nie — odparł pewnie, spoglądając w malujące się na mojej twarzy zaskoczenie. — Masz w jednym z nich wystartować jako zawodnik.

— Oszalałeś?! — Właśnie taki dziki okrzyk sam, w sposób zupełnie niekontrolowany, wydobył się z moich ust.

Kuba zaprzeczył ruchem głowy.

— Marcel, obydwaj dobrze wiemy, w jak trudnej sytuacji się znalazłeś. Wiemy także, że potrzebujesz hajsu… Dlatego zanim przedwcześnie cokolwiek zdołasz powiedzieć, zastanów się. Dobrze się zastanów — powtórzył z niezwykłą powagą, jakby mi coś sugerował.

Niebieskie oczy Kuby stały się niemalże chabrowe, a usta rozchyliły się delikatnie. Widziałem, że przyjaciel bardzo skrupulatnie ważył słowa.

— Znalazłem ci partnerkę. Nauczysz ją tańczyć. Masz na to niecałe trzy miesiące. Dwa tańce, dacie radę.

— A co ona tańczy?

— Ty masz ją nauczyć tańczyć. Właśnie taki wymóg postawiono w zasadach konkursu. Tancerz i amator.

— Przecież to jest fizycznie i czasowo niemożliwe! — Pomysł Kuby wydawał mi się szczerze niewykonalny.

— Dasz radę, stary. Nawet nie masz pojęcia, jak ona się porusza.

— I nie chcę wiedzieć. Nie wchodzę w to! — wyraziłem głośno i dobitnie swoje zdanie, nie poznawszy nawet stylu tańca.

— Prześpij się z tym do następnych zajęć z zumby, na które pójdziemy razem. Sam ocenisz jej aparycję ruchową dla kizomby.

— Jaja sobie ze mnie robisz, prawda? — zapytałem, spoglądając w powagę malującą się na twarzy kumpla. — Która osoba ściągnięta z ulicy będzie w stanie nauczyć się kizomby przez niecałe trzy miesiące?

W teorii jest to łatwy taniec chodzony, ale biorąc go od praktycznej części…

— To się nie uda! — odparłem hardo, zanurzając koniuszki palców w gęstej czuprynie czarnych włosów.

— Zadzwonię po taksówkę, bo muszę jechać do sklepu po jogurty dla Karoliny — odpowiedział, po czym wypił jednym dużym haustem kawę. — A ty prześpij się z tym, co ci powiedziałem. — Wyciągnął telefon z kieszeni przemoczonych spodni leżących na podłodze obok kanapy.

— Ile? — zapytałem, czując mętlik w głowie.

— Ile co?

— Ile można zgarnąć? — zapytałem.

— Dużo — odparł od razu Kuba. — Piętnaście tysięcy minimum.

— A co z Karolą? — zapytałem, próbując brzmieć całkiem naturalnie.

— Leży na kanapie z nogą w gipsie i całymi dniami ogląda nagrane odcinki Magdy M. Może ją odwiedzisz? — zapytał z nadzieją widoczną w źrenicach.

— To zły pomysł. Pozdrów ją ode mnie, ale nie licz na nic więcej — dodałem, nie zamierzając rozwijać tego tematu, który stał się dla mnie wspomnieniem. Przyjaciel skinął głową, po czym zaczął objaśniać do telefonu mój adres zamieszkania.

Karolina i ja byliśmy parą przez dwa lata, niestety obydwoje cierpieliśmy na syndrom zwany ambicją. Żadne z nas nie potrafiło zwolnić tempa swojego życia i skończyło się na tym, że ona zainteresowała się bogatym facetem z obrączką na palcu, a ja wpadłem w wir pracy. Wyjechałem nawet na kilka miesięcy do Portugalii. Za dnia pracowałem jako barman, nocą tańczyłem wśród ulicznych tancerzy. Można powiedzieć, że uczyłem się od najlepszych. Taneczni mistrzowie wywoływali aplauz przeciętnego człowieka, poruszającego się wąskimi uliczkami. Sprawiali, że biodra obcych ludzi zaczynały same kołysać się w rytm ulicznego tańca. I to był prawdziwy sukces, niemierzony liczbą zdobytych dyplomów. Sukces wyrażony liczbą uśmiechniętych twarzy, skupionych par oczu, sukces wyznaczony pasją. Taką prawdziwą. Tamten pobyt wciąż wspominałem z ciepłem w sercu. Marzyłem, aby jeszcze kiedyś tam powrócić, wtopić się w grupkę tancerzy, poddać się muzyce, która wydawała się rozbrzmiewać z każdej strony. Słyszalna była w powietrzu jako podmuch wiatru, w deszczu jako brzdęk kropel uderzających o metalowe rynny domów.

Niestety, nagła choroba mamy przekreśliła moje marzenia. Nie mogłem jej zostawić w Polsce — samej, schorowanej, potrzebującej mojego wsparcia. Miała tylko mnie…

— OK. Przemyśl to dokładnie, Marcel. Taka kasa piechotą codziennie nie chodzi — zaapelował Kuba, zabierając z podłogi swoje przemoczone ubrania.

— Wiem — odparłem bez przeświadczenia o chęci brania udziału w czarnych zawodach tańca z amatorką u swojego boku.

— Dzięki za suche ubranie i ciepłą kawę — dodał przyjaźnie Kuba, kierując się do wyjścia. — Poczekam na dole na taksówkę, a spodnie i bluzę oddam ci przy okazji. Trzymaj się prężnie — mówiąc to, poklepał mnie przyjacielsko po plecach, a ja zareagowałem na ten gest uśmiechem.

— Ty także — odparłem, zatrzaskując za nim drzwi.

W odmiennej sytuacji pewnie nigdy nie pokusiłbym się o nawet chwilowe rozpatrywanie możliwości wzięcia udziału w podziemnym konkursie, choć nie powiem, że nie kręciła mnie wysoka adrenalina, jaką można było poczuć na takich zawodach. Mówiąc „takich zawodach”, miałem na myśli zawody, w których wartość artystyczna brała górę nad poprawnością wytańczonych figur. Niestety, w obecnej sytuacji materialnej każda możliwość zdobycia pieniędzy grała pierwsze skrzypce. Nagroda pozwoliłaby mi zapewnić matce lepszą opiekę, może kupić jakiś lek nowszej generacji, coś, co może na kilka tygodni uśmierzyłoby jej ból lepiej niż podawane na oddziale onkologicznym kroplówki.

— Nie mam nic do stracenia — powiedziałem sam do siebie, kładąc się na sofie. — Może to nie jest aż taki zły pomysł?

Julita

Następnego dnia spodziewałam się najgorszego; byłam przygotowana na długie kazania Olki na temat nowego trenera oraz moich awersji odnośnie do mężczyzn, ale dzięki Bogu tylko raz wymieniła imię „Kuba”. Za to przybył mi poważny kłopot w postaci lekcji wuefu, na której mieliśmy uczyć się kilku tańców przygotowujących do studniówki, w tym także rozpoczynającego bal poloneza. Nie miałam partnera, który towarzyszyłby mi w planowanych zajęciach. Nie miałam nawet upatrzonego chłopaka, którego mogłabym zaprosić na bal studniówkowy. Za to Ola zaczynała preselekcję na wybór idealnego partnera do tańca.

 Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki