Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Jej sekret zatonął wraz z Titanikiem. A przynajmniej tak jej się wydawało.
Elinor miała zostać idealną żoną arystokraty. Miała być posłuszna i nie zadawać pytań. Titanic dał jej coś, na co nie miała już nadziei– szansę na ucieczkę.
Gdy świat uznaje ją za zaginioną, Elinor zaczyna nowe życie w Nowym Jorku. I nie może nigdy pozwolić, by przeszłość ją dogoniła.
Ani mąż, którego interesował tylko jej posag.
Ani jego rodzina, która odebrała jej syna.
Ani prawda, która może zburzyć wszystko, co zbudowała.
W pulsującym życiem mieście Elinor zaczyna walczyć o siebie, o wolność i o prawo do miłości.
Brytyjska pisarka Frances Quinn – nazywana przez „The Guardian” mistrzynią powieści historycznej i chwalona przez „The Times” za wyjątkowe połączenie emocji z realiami epoki – tworzy niezwykłą historię o odwadze i sile drugiej szansy. „Zaginiona z Titanica” to poruszająca, wciągająca i pełna napięcia powieść dla czytelniczek Lucindy Riley, Kate Morton, Kristin Hannah i Gill Paul.
Opinie o książce:
„Poruszająca, pełna emocji i nadziei historia o kobiecej sile”. – „Daily Mail”
„Urzekająca opowieść o przetrwaniu i odwadze, z bohaterką, której trudno nie podziwiać”. –„The Times”
„Znakomicie napisana, emocjonalna i nastrojowa – Frances Quinn po raz kolejny udowadnia, że jest mistrzynią historycznej opowieści” – „The Guardian”
„«Zaginiona z Titanica» umiejętnie pokazuje kontrast między klaustrofobicznym światem brytyjskich wyższych sfer a tętniącym życiem Nowym Jorkiem początku XX wieku. Miasto, mimo tłumów i zgiełku, okazuje się miejscem, w którym sekrety zbyt łatwo wypływają na powierzchnię”. – „The Washington Post”
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 349
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Zaprzyjaźnionym Mikaelowi i Lenie Westinom, Camilli i Magnusowi Lifom oraz Ann Dahlqvist w podziękowaniu za wspaniale spędzony czas (i praktykę szwedzkiego)
Skradłam życie innej kobiety w dniu, gdy po raz pierwszy ujrzałam Nowy Jork przez zasłonę deszczu na tle sinego nieba. Widok ten nie był porywający, lecz dla mnie to nie miało znaczenia, jak zapewne dla nikogo spośród przemokłych do suchej nitki ludzi na pokładzie. Wypatrywaliśmy jedynie lądu, choć w strugach gęstej ulewy na horyzoncie majaczyły ledwie niewyraźne kształty.
Mgłę przeniknęło nagle mnóstwo świateł, wokół zaroiło się od motorówek najeżonych wycelowanymi w nas obiektywami i znaleźliśmy się pod ostrzałem błyskających fleszy oraz pytań i okrzyków.
‒ Przeklęci dziennikarze – mruknął ktoś za mną. – Banda pasożytów.
Szybko usunęłam się w cień. Dotąd byłam tak pochłonięta rozmyślaniem o tym, co zamierzam zrobić, jak i czy w ogóle może mi się udać, oraz upewnianiem się w słuszności swojego wyboru, że nie wzięłam pod uwagę sensacji, jaką wzbudzimy w mediach. Trudno się dziwić: ponad tysiąc osób zginęło w katastrofie rzekomo niezatapialnego okrętu, więc na nas skupiła się uwaga całego świata. Z wyjątkiem mnie.
Gdy zamykam oczy, wciąż widzę zaproszenie, od którego wszystko się zaczęło. Sztywny kremowy kartonik zapisany finezyjną czarną kursywą.
Baron Burnham z małżonką mają zaszczyt zaprosić na noworoczny bal w Chilverton Hall 12 stycznia 1910 roku.
Przez całe popołudnie w Star Mill debatowaliśmy z ojcem nad kolorami wiosennych wzorów. Udało mi się przeforsować nadruki w odcieniu szafiru i szmaragdu – barwy kamieni szlachetnych robiły furorę na łamach kobiecych pism – a na koniec, czekając, aż on sporządzi zamówienia, zajęłam się przeglądaniem korespondencji. Spośród stosu faktur wyślizgnęła się połyskliwa kremowa koperta.
Brwi ojca podskoczyły, gdy przebiegł tekst wzrokiem. Mimo że nasz dom w Clerestonie mieścił się w sąsiedztwie ziem barona, nie obracaliśmy się w tych samych kręgach towarzyskich.
– Cóż im tam po nas? – Z błyskiem w oku uniósł list nad pojemnikiem na makulaturę. – Odmówimy, prawda?
Doskonale wiedział, że marzę o pójściu na bal, odkąd w dzieciństwie mama opowiedziała mi bajkę o Kopciuszku, a niedawno pochłonęłam wszystkie powieści Jane Austen – nawet mało popularną Lady Susan – których akcja rozwija się wyłącznie na bankietach. Nie było mowy, bym przegapiła taką okazję.
Gdy przestąpiliśmy próg, nieco zdenerwowani, choć żadne z nas nigdy by się do tego nie przyznało, stwierdził:
– Mama byłaby pod wrażeniem.
Obojgu nam jej brakowało. W ciągu ostatnich pięciu lat nie było dnia, abym o niej nie myślała i za nią nie tęskniła, tak samo jak on. To prawda, że zachwyciłyby ją kobiety spowite w satynę i jedwab, klejnoty lśniące w świetle żyrandoli, mężczyźni we frakach, śnieżnobiałych muchach i kamizelkach oraz muzyka kwartetu smyczkowego na tle ekscytującego gwaru rozmów i wybuchów śmiechu. Wszystko, jak oczekiwałam.
Przy powitaniu baronowa z wielką serdecznością obiecała przedstawić nas kilku „uroczym osobom”, gdy goście będą w komplecie. Przez chwilę przyglądaliśmy się tańczącym parom, wreszcie ojciec poszedł napełnić kieliszki, a wówczas gospodyni powiodła go w głąb sali, gdzie wkrótce wdał się w rozmowę. Mając świeżo w pamięci Dumę i uprzedzenie oraz upokorzenie Elizabeth Bennett na balu w Meryton, nie chciałam wyjść na pannę, która nie ma z kim tańczyć. Wycofałam się za kolumnę, którędy akurat przemykał szczupły dryblas, kilka lat starszy ode mnie. Ustąpił mi z drogi z uśmiechem.
– Próbuje pani się ukryć? Bardzo słusznie, okropne towarzystwo.
Zrobiło mi się miło, że mnie do niego nie zaliczył, i od razu poddałam się urokowi jego bezpretensjonalnego uśmiechu. Siląc się na ton kogoś, kto spędza na balach każdy wieczór, odparłam:
– Czekam, aż ojciec wróci z szampanem. – A pod jego życzliwym spojrzeniem dodałam: – Wolę nie rzucać się w oczy. Nikogo tu nie znam.
– Trzeba to zmienić. – Wyciągnął rękę. – Frederick Coombes.
– Elinor Hayward.
– Teraz się znamy. Poprosiłbym panią do tańca, lecz trochę niedomagam. – Klepnął się w nogę. – Zwichnąłem kostkę podczas przejażdżki.
– Przykro to słyszeć. Spadł pan z konia?
– I to dość spektakularnie. Ból minie, a tymczasem mam dobry pretekst, by z panią pogawędzić.
Gdy ojciec do nas dołączył, dokonałam zapoznania obu dżentelmenów.
– Rzecz jasna! Hayward! Gdzie ja mam głowę?! – wykrzyknął Frederick. – Król bawełny!
Ojciec przewrócił oczami.
– To tylko wymysł dziennikarzy.
W głębi duszy uwielbiał ten tytuł. Nikt nie nazywał go inaczej, a jego historię chętnie przytaczano w prasie. Jej początki sięgały sklepiku włókienniczego w Manchesterze. Gdy zorientował się, że ma lepsze pomysły niż właściciel, zdołał uciułać dość, by kupić interes, a na jego podstawie stworzyć imperium fabryk, tkalni i jeszcze dwóch salonów zatrudniających setki ludzi.
– Dziewiarstwo zawdzięcza panu rewolucję – rzekł Frederick. – Czytałem, że jeden zakład jest całkowicie zelektryzowany.
– Star Mill – potwierdził ojciec. – Ktoś o tym napisał?
– Owszem. To bardzo ciekawe.
Poszukałam na jego twarzy śladów sarkazmu, bo nie każdy podzielał nasze zamiłowanie do branży włókienniczej, lecz wydawał się szczerze zaintrygowany, a nawet zadał całkiem rozsądne pytanie, w jaki sposób zastąpiliśmy napęd parowy prądem. Ujął mnie tym jeszcze bardziej, bo byłam dumna z osiągnięć taty i naszej działalności.
Niemniej spodziewałam się, że na dźwięk gongu wzywającego na kolację skorzysta z okazji, by dyskretnie się ulotnić. Ojciec rozprawiał właśnie o nowych krosnach, a jak mawiała mama, w kwestii maszyn nie pominąłby nawet budowy świńskiego zadu w najdrobniejszych szczegółach. Tymczasem Frederick rzucił:
– Czy zechciałby pan poznać moją matkę? Zastępuję dzisiaj ojca u jej boku, ale wolałbym towarzyszyć przy stole pannie Hayward.
Ojciec wyglądał na tak zaskoczonego jak ja, lecz wyraził zgodę. (Dopiero dużo później zdałam sobie sprawę, że żaden z nich nie zapytał mnie o zdanie). Podążyliśmy za Frederickiem przez tłum.
– Panna Hayward, pan Hayward… Moja mama, hrabina Coombes.
Hrabina? Tego się nie spodziewałam, a gwałtowny świst oddechu ojca potwierdził, że on też nie.
Była przeraźliwie wyrafinowana, szczupła, niemal koścista. Miała na sobie wysokogatunkowy jedwab – ojciec szybko wycenił go oczami – i lśniący naszyjnik z brylantów. Ja również, ale mój został kupiony kilka dni wcześniej i bez przerwy sprawdzałam, czy leży na miejscu. Jej wyglądał na zabytkowe dzieło, o którym zdawała się nawet nie pamiętać.
Hrabina obdarzyła nas uśmiechem.
– Syn znalazł sobie ciekawsze towarzystwo niż moje. Czy zechce pan się mną zająć?
Ojciec podał jej ramię, naśladując gest Fredericka skierowany do mnie, i wkroczyliśmy do jadalni: król bawełny, córka króla bawełny oraz żona i syn jaśnie pana hrabiego.
Nietrudno było zakochać się we Fredericku. Już pierwszego wieczoru prawie mi się udało. Lecz zanim zostanę posądzona o brak piątej klepki, pragnę wspomnieć, że miałam lat dziewiętnaście, a on był pierwszym mężczyzną, który okazał mi zainteresowanie, do tego nad wyraz czarującym.
Gdy hrabina z ojcem się oddalili, usługiwał mi jak księżniczce, przynosił szampana, po czym zniknął i wrócił z talerzem kurczaka w sosie śmietanowo-ziołowym.
– Fricassée to specjalność kucharki baronowej. Musiałem przechytrzyć księżną Bolton, aby zdobyć tę porcję.
– Jak pan to zrobił?
– Oznajmiłem, że niespodziewanie na przyjęcie przybył książę Walii. Gdy biedaczka odkryje prawdę, nigdy więcej się do mnie nie odezwie, więc mam nadzieję, że nie liczyła pani na pieczeń.
Czytałam, że damie nie wypada zdradzać apetytu, lecz zawartość talerza prezentowała się nader skromnie.
– Muszę pana ostrzec, że umieram z głodu – powiedziałam. – Jestem gotowa narobić panu wstydu i zjeść wszystko.
Jego twarz promieniała.
– Śmiało. Dobraliśmy się jak w korcu maku.
Nikt wcześniej ze mną nie flirtował, lecz przeczytawszy tyle powieści co ja, człowiek ma pojęcie, na czym to polega. Nie wiedziałam jednak, jakie to uczucie, gdy ujmujący mężczyzna nie widzi nikogo w pomieszczeniu oprócz ciebie, zagląda ci w oczy niby zahipnotyzowany i co chwila muska twoją dłoń, na pozór przypadkowo, choć ewidentnie nie. A przez cały czas gawędziliśmy jak dawni znajomi, odkrywając, ile nas łączy. Żadne z nas nie było pod wrażeniem ostatniego filmu z Mary Pickford, za to oboje z ekscytacją śledziliśmy doniesienia o wyprawie na biegun południowy. On też słyszał o budowie w Belfaście największego na świecie okrętu, wyposażonego w restauracje, korty do gry w squasha oraz basen, i nie krył zazdrości na wiadomość, że wybieramy się z tatą w jego dziewiczy rejs.
– Wspaniale. Dałbym wszystko za taką przygodę.
Zamówiliśmy taksówkę o północy – czyli późno dla mojego ojca, który lubił zaczynać dzień, zanim większość ludzi choćby siadała do śniadania – więc ani się spostrzegłam, a należało się żegnać.
Składając pocałunek na mojej dłoni, co sprawiło, że się zarumieniłam, Frederick powiedział:
– Mam nadzieję, że to nie ostatnie nasze spotkanie. Zostanę w Chilvertonie przez pewien czas. Czy mogę złożyć państwu wizytę przed powrotem do Kentu?
Każdy wie, co to znaczy, gdy kawaler chce złożyć wizytę rodzinie z niezamężną córką. Nawet mój ojciec, którego nie interesowało nic oprócz tkanin.
– Kto by pomyślał – powiedział w samochodzie. Wyprężył pierś i przyjął dystyngowany ton: – Lady Elinor, miło panią poznać.
– Daj spokój.
– Trudno zaprzeczyć, że wpadłaś mu w oko. A on tobie? Jeżeli nie, zakończymy sprawę, hrabia czy nie.
– Podoba mi się.
– Świetnie, bo mnie też. Zakład, że zjawi się w Clerestonie jeszcze w tym tygodniu.
Jego słowa się sprawdziły. Frederick dwa razy wpadł na herbatę i rozbawił nas opowieściami z lat szkolnych w Eton. Podobno miał beznadziejne wyniki we wszystkim oprócz krykieta. Za drugim razem miałam przy sobie egzemplarz Villette, więc zapytał, czy lubię czytać. Ojciec zachichotał.
– Przeczytała chyba każdą książkę, jaką napisano. Mnie nie interesują cudze perypetie, ale ona łyka je pasjami.
Z jego słów wynikało, że czytam jedynie tanie romansidła, więc dodałam szybko:
– Właśnie skończyłam Pod zielonym drzewem Thomasa Hardy’ego.
– To jeden z moich ulubionych pisarzy.
– Moich też. Którą powieść lubi pan najbardziej?
Przechylił głowę w zamyśleniu.
– Chyba właśnie Pod zielonym drzewem.
– Czy zakończenie nie wydało się panu mało wiarygodne?
– Dawno ją przeczytałem, ale chyba tak. – Uniósł filiżankę. – Czy mogę prosić o jeszcze odrobinę herbaty?
Niestety, zanim spełniłam jego prośbę, proponując dokładkę placka z owocami, rozmowa zboczyła na pogodę i przewidywania dotyczące najbliższego lata. Po wyczerpaniu tego nudnego tematu już miałam zapytać, co sądzi o Burmistrzu Casterbridge, gdy zaczął się żegnać.
Dziękując za gościnę, zwrócił się do ojca:
– Czy mógłbym zwiedzić jedną z pańskich fabryk, póki tutaj jestem? Ciekawi mnie, jak to wszystko działa.
Po jego wyjściu tato rzekł:
– Jeżeli interesuje go włókiennictwo, to ja jestem Harry Houdini. Zaprosić go na kolację po wizycie w tkalni?
– Koniecznie – odparłam.
Wybrałam bladozieloną sukienkę w różowy rzucik i poprosiłam pokojówkę Rose, by ułożyła mi włosy na wzór fryzury z „Ladies’ Gazette”. Z wrodzoną sobie niechęcią do wszystkiego co nowe nie omieszkała ostrzec, że się na tym nie zna i nie wiadomo, czy w ogóle będzie mi do twarzy. Lecz ja byłam zadowolona z efektu, a jeszcze bardziej z pełnych aprobaty spojrzeń Fredericka.
Był późny, zimny wieczór i gdy usiedliśmy, Frederick wskazał nasze potężne żelazne grzejniki.
– Rewelacja. W Winterton Hall ciągnie chłodem bardziej niż na zewnątrz. Czy tu też jest instalacja elektryczna?
– Wszędzie – odrzekł ojciec. – U państwa nie?
– Tylko w głównych salonach. To nie lada sztuka okablować szesnastowieczne mury.
Tato gwizdnął cicho.
– Takie stare? Utrzymanie wymaga pewnie sporo wysiłku.
– Nieustająco.
– Czy nie lepiej zrobić tak jak my? – podsunął ojciec. – Zburzyć wszystko i postawić nowy dom, na dłuższą metę się opłaca.
Przez moment Frederick wyglądał, jakby tato kazał mu pożreć niemowlę na śniadanie. Zdawało się, że uważnie dobiera słowa w odpowiedzi:
– Dokonał pan tu cudów, bez wątpienia. Ale dwór należący do rodziny od wieków to odpowiedzialność wobec minionych i przyszłych pokoleń.
Powinnam była zwrócić większą uwagę na to stwierdzenie i wyraz jego oczu, jednak szybko pokrył go uśmiechem i dodał:
– Pewnie czuje pan coś podobnego w odniesieniu do swojego biznesu.
– Najchętniej przekazałbym go synowi w odpowiednim czasie, ale Bóg nie dał. Elinor ma dryg do interesów, to ona zmiarkowała, że lepiej zainwestować w druk tkanin, zamiast korzystać z podwykonawców. Szkoda, że nie urodziła się chłopcem.
Ojciec rzucił mi ostrzegawcze spojrzenie, lecz ja nie miałam zamiaru podejmować wątku. Potrafiłam kłócić się o to do upadłego, choć bardziej z poczucia frustracji niż w nadziei, że go przekonam. Bo w głębi duszy wiedziałam, że ma słuszność. Przemysł nigdy nie uznałby kobiety na czele Haywards, a znalezione przez niego rozwiązanie, czyli przekazanie firmy na rzecz pracowników pod nadzorem zarządu, którego w swoim czasie miałam zostać członkinią, było najlepszym, na jakie mogłam liczyć.
Fredericka najwyraźniej znużyło słuchanie o tkaninach, bo gładko zmienił temat, zachwycając się szarlotką, i zapytał, czy mamy własne sady.
Nieomal spadłam z krzesła, kiedy na pożegnanie poprosił ojca na słowo. Przecież chyba nie po to, by… Wiedziałam, że mógł mieć wobec mnie pewne zamiary, lecz oczekiwałam więcej dyskretnych spojrzeń za plecami taty, zanim sprawy nabiorą tempa.
Krążyłam po bawialni z łopotaniem w brzuchu, jakbym połknęła nietoperza. Gdy drzwi się otworzyły i tato puścił do mnie oko, wszystko było jasne.
Następnego ranka czułam się jak kotka na gorącym blaszanym dachu. Miał przyjść o jedenastej, lecz żeby nie zbiegać na dół w ostatniej chwili zdyszana i zarumieniona z podniecenia, zasiadłam w bawialni pół godziny wcześniej. Najpierw na jednej kanapie, potem na innej. Za każdym razem pieczołowicie układałam dół sukni, po czym zrywałam się, by sprawdzić fryzurę w lustrze, i znów długo wygładzałam fałdy materiału.
Tak błyskawiczny rozwój wypadków był dla nas zaskoczeniem.
– Pomyśl tylko, że miałbyś się tak szybko ożenić z mamą.
Ojciec parsknął śmiechem.
– Ty przynajmniej nie musisz odkładać pieniędzy na dom, jak my wtedy. Lecz decyzja należy do ciebie, nie masz obowiązku się zgadzać, jeżeli nie chcesz.
Sęk w tym, że ja chciałam. Jak każdej dziewiętnastolatce, marzyła mi się miłość. Frederick był czarujący, czułam się wręcz odurzona z podekscytowania, a pośpiech tylko przydawał sprawie romantyzmu. W końcu która dziewczyna wolałaby długie, rozważne zaloty od mężczyzny skorego poślubić ją jak najszybciej? I choć wiedziałam, że tato naprawdę pozostawił mi wybór, to chciałam dać mu powód do dumy.
Frederick przybył o czasie i powiedział z nieśmiałym uśmiechem:
– Pewnie wiadomo pani, w jakim celu tu jestem.
Skinęłam głową z falą gorąca na policzkach.
– Więc nie będę ględził o pogodzie i przejdę do rzeczy. Czy uczyni mi pani zaszczyt, zostając moją żoną?
Co takiego?
Nie powinien najpierw wyznać, że mnie kocha? Nawet oświadczając się Elizabeth za pierwszym razem, pan Darcy to powiedział. Moje zaskoczenie musiało dać o sobie znać.
– Pani ojciec zasygnalizował, że mogę liczyć na pani przychylność, lecz jeżeli był w błędzie…
Wyraz zawodu na twarzy dopełnił jego słów. Może w prawdziwym życiu nie wypadało wymawiać drugiej części na głos, przynajmniej jeszcze nie.
– Nie był.
– Czyli odpowiedź brzmi „tak”? – Ujął moją dłoń i zajrzał mi w oczy.
Skinęłam głową, nagle speszona na myśl, że mnie pocałuje. Czego oczywiście nie zrobił, bo nie był dzikusem.
– Wspaniale – rzekł. – Chodźmy oznajmić pani ojcu dobrą nowinę.
Ogłoszenie o zaręczynach ukazało się już nazajutrz w „The Times”. Mogliśmy je z łatwością przegapić, gdyż nie czytywaliśmy rubryk towarzyskich. Lecz tego dnia wydrukowano tekst o nowym okręcie, Titanicu, którego budowa miała potrwać jeszcze przynajmniej dwa lata.
– Pewnie będziesz już wówczas mężatką – rzekł ojciec. – Ciekawe, czy Frederick da się skusić na przeprawę przez Atlantyk.
– Na pewno. Powiedział, że to wspaniała przygoda.
– A stary ojciec w roli przyzwoitki nie będzie ci przeszkadzał?
– Oczywiście, że nie.
– Więc jedziemy.
Wydarłam artykuł, aby go zachować, i składając papier, ujrzałam swoje nazwisko.
Hrabia Edward Coombes z Winterton Hall wraz z małżonką mają przyjemność ogłosić zaręczyny ich syna Fredericka z Elinor Hayward, córką pana Roberta Haywarda i jego zmarłej żony z Clerestonu.
Musiał zadzwonić do redakcji natychmiast. Która dziewczyna nie dostrzegłaby romantyzmu w tym, że narzeczonemu tak śpieszno podzielić się nowiną z całym światem? To wynagrodziło same oświadczyny, które w moim odczuciu pozostawiały nieco do życzenia. Ojciec jednak zmarszczył brwi.
– Pochopni ludzie. Są kwestie do uzgodnienia, nie lubię być przypierany do muru w ten sposób.
– Pokaż mi takiego, któremu się to udało.
Posłał mi uśmiech.
– Ty się nie przejmuj niczym prócz sukni.
Tydzień później wyruszyliśmy w dwudniową podróż na południe do hrabstwa Kent, by poznać rodzinę Fredericka. Gdy samochód piął się krętą, wysadzaną lipami żwirową drogą pośród lasów i falujących łąk, na których z jednej strony pasły się jelenie, a z drugiej owce, spojrzeliśmy na siebie z niedowierzaniem. Nasze ziemie w Clerestonie wydawały się niczym wobec tego. Nagle zza zakrętu wyłoniła się olbrzymia rezydencja z kamienia w miodowym odcieniu, z wieżami na każdym rogu. Nie królewski pałac, lecz bardzo blisko.
Hol miał łukowate sklepienia, jak w katedrze, a pokryte ciemną boazerią ściany uginały się pod ciężarem portretów w grubych złoconych ramach. Szerokie marmurowe schody wiodły na galerię biegnącą dookoła, niby centralny punkt pajęczyny, łącząc oba skrzydła. Hrabina była tak samo nieznośnie wytworna jak na balu, w liliowej sukni z wełnianej krepy i długim naszyjniku z pereł. Przedstawiła nam starszą siostrę Fredericka, Kitty – ciemnowłosą jak matka, ładną w różowej sukni, choć mizerną na twarzy – oraz hrabiego, który wyglądał zupełnie jak Frederick: wysoki, smukły, z taką samą rzadką czupryną i rozbrajającym uśmiechem.
– Miło państwa poznać – rzekł. – Frederick opowiedział, w jak pomysłowy sposób zmodernizował pan swoje przedsiębiorstwo. Chętnie dowiem się więcej przy obiedzie.
Przy drugim daniu temat tkalni zastąpiły pogłoski o stanie zdrowia króla. Siedząca obok mnie Kitty spostrzegła mój wzrok utkwiony w jednym z portretów na przeciwległej ścianie.
– Praprababcia – szepnęła mi do ucha. – To dzięki niej w żyłach Coombesów płynie błękitna krew.
– Nie wiedziałam.
– Naprawdę? – Wciąż nie podniosła głosu. – Pani ojciec chyba sprawdził nasz rodowód? Nie chce się pochwalić znajomym, w jak wysokie progi wstępuje jego córka?
Słowa te okrasiła tak anielskim uśmiechem, że dopiero po chwili pojęłam ich sens. Urwała kawałek bułeczki, posmarowała go masłem i wrzuciła do różanych ust, jakbyśmy gawędziły o pogodzie.
Zanim zdołałam dojść do siebie, hrabina zabrała głos:
– Ślub powinien się odbyć drugiego marca.
– To bardzo szybko – zauważył tato. – Jest wiele spraw do omówienia.
– Wiadomo, jak kobiety są niecierpliwe, gdy chodzi o wesela – rzekł hrabia z uśmiechem. – Może usiądziemy we dwóch w bibliotece i porozmawiamy, a Frederick w tym czasie pokaże Elinor okolice.
– Z chęcią – odparł tato.
A niech to. Miał w oku ten błysk, z którym zawsze przystępował do rozmów handlowych. Był zawołanym negocjatorem wyznającym trzy złote zasady: patrz drugiej stronie w oczy i stawiaj warunki z uśmiechem, trzymaj nerwy na wodzy podczas próby sił i nie przegap chwili, gdy przeciwnik zaczyna się łamać. Modliłam się, by nie targował się o mnie zbyt zaciekle dla samej przyjemności.
Frederick uruchomił dwuosobowy ciemnozielony automobil z płóciennym zadaszeniem i ruszyliśmy w dół główną aleją. Wnętrze było ciasne, siedzenia blisko siebie, a mój żołądek raz po raz wykonywał woltę. Czy skorzysta z okazji, by mnie pocałować?
– Jak się pani spodobał dom? – zapytał podniesionym głosem ponad warkotem silnika.
– Jest ogromny. Ile ma pomieszczeń?
– Około dwustu, łącznie ze schowkami i kwaterami służby. W dzieciństwie Kitty powiedziała mi, że w jednym z tajemnych pokoi ukrywa się potwór, który pożera małych chłopców.
– To niezbyt miłe.
– Zrewanżowałem się, podkładając truchło myszy w jej łóżku.
Miałam nadzieję, że gryzoń był wielki, gruby i zdechły od dawna.
– Łączą państwa bliskie stosunki? – zapytałam, bo on zdawał się taki miły, a ona okropna.
– W miarę, zważywszy na okoliczności.
– Jakie?
– Kitty jest pierworodną i nie może się pogodzić, że to ja odziedziczę majątek.
– Nie można dokonać podziału?
– Niech pani nie przyjdzie do głowy sugerować tego w jej obecności. Takiej ojcowizny się nie rozdrabnia. Topniałaby coraz bardziej i kilka pokoleń później jakiemuś biedakowi z tytułem szlacheckim przypadłoby coś nie większego niż folwark. Spadkobranie w linii żeńskiej oznacza utratę dóbr na rzecz rodziny męża. Zatem prawo do dziedziczenia w całości ogranicza się do najstarszego syna. W ten sposób herb przynależy do ziemi.
Nie dziwiło mnie rozżalenie Kitty, lecz to nie powód, by okazywała mi tyle jadu.
– Co się stanie, jeżeli pan nie doczeka się syna?
– O tym lepiej nie mówić. Tytuł bezpowrotnie zanika. Prawo do dziedziczenia również, zatem teoretycznie majątek mógł-by przypaść mojej siostrze, lecz jak mówię, faktycznie stałby się własnością innego rodu, więc to ostateczność. Najlepiej, by znalazł się kuzyn lub inny krewny. Przy czym taka sytuacja nie wydarzyła się od trzynastu pokoleń. Proszę zamknąć oczy. Pokażę pani moje ulubione miejsce.
Gdy zatrzymał samochód, pozwolił mi spojrzeć. Przed nami rozpościerał się widok jak z obrazka: zielone zbocza pastwisk opadały ku rzece wijącej się w cieniu wierzb, a w oddali majaczyło skupisko krytych strzechą wiejskich chat.
– Nic się tu nie zmieniło od ponad dwustu lat. Przychodzę w to miejsce od małego i nigdy mi się nie znudziło. – Ujął moją dłoń i zajrzał mi w oczy. – Herb oraz wszystko, co się z nim wiąże, to odpowiedzialność. Jestem pewien, że pokocha pani to miejsce tak samo jak ja. To historia mojego rodu, ale i przyszłość naszych dzieci. Mam nadzieję, że nie każe mi pani zbyt długo czekać, aż zaczniemy tworzyć ją wspólnie.
I w ten sposób ryba połknęła haczyk.
Tego słonecznego poranka wiosną tysiąc dziewięćset dziesiątego roku uśmiechnęłam się, gdy Rose, wpiąwszy ostatni brylant w zwoje welonu, zapytała, czy nie boję się mieszkać u „szlachty”.
– To ludzie tacy jak my. Żyją nieco inaczej, ale się przyzwyczaję, i ty też. Na pewno mają bardzo miłą służbę.
Na jej twarzy odbił się wyraz powątpiewania, lecz taka już była Rose – na widok deszczowej chmury najchętniej od razu rzuciłaby się budować arkę. Prawdę mówiąc, czułam niepokój w związku z przeprowadzką do ludzi, których ledwie znałam, pochodzących z całkiem innego świata niż mój. Rozpraszałam jednak te obawy myślą, że będzie przy mnie Frederick, który odważył się posłuchać głosu serca mimo różnic klasowych. Te przecież dało się przezwyciężyć. W powieściach miłość była zdolna pokonać jeszcze większe przepaści: Elizabeth Bennett i pan Darcy, Gabriel i Bathsheba, Jane Eyre i pan Rochester. Nie wspominając o Kopciuszku – i choć to tylko bajka, opowieść, która przetrwała tak długo, musiała kryć w sobie ziarno prawdy.
Poczułam dreszcz, gdy rozbrzmiały pierwsze dźwięki marsza weselnego, lecz która panna młoda nie przeżywa tremy?
Ojciec uścisnął moją dłoń.
– Wyglądasz jak księżniczka.
Moja suknia była jedyna w swoim rodzaju, choć o tym nie wiedziałam: wykonana z ciężkiej jedwabnej krepy, z wysoką talią, gorsetem pokrytym flamandzką koronką oraz długim trenem wyszywanym perełkami. Polecona przez hrabinę projektantka zatchnęła się z oburzenia, gdy ojciec zapytał o cenę, lecz ku mojej uldze zaniechał pertraktacji. Jedynie puścił do mnie oko ze słowami:
– Dla mojej dziewczynki wszystko, co najlepsze. – Po czym zwrócił się do niej: – Proszę nie żałować tych pereł, niech je będzie widać.
Gdy wkroczyliśmy do kościoła, nie mogłam się powstrzymać, by nie zerknąć w kierunku gości ze strony Fredericka: morze kosztownych kapeluszy, doskonale skrojonych garniturów i oczu, oczu, oczu. Lustrujących moją suknię, biżuterię z pereł w uszach i na szyi, moją twarz.
Są ciekawi, to wszystko. Należało się tego spodziewać.
Skupiłam wzrok na Fredericku stojącym przy ołtarzu w szykownym brunatnym fraku i szarych spodniach, niecierpliwym, by pojąć mnie za żonę. W pewnej chwili się odwrócił i serce mi zamarło, kiedy spostrzegłam stres na jego twarzy. Posłał mi jednak ten zniewalający uśmiech, którym zauroczył mnie na balu. Odpowiedziałam tym samym i ruszyłam w stronę zakończenia, po którym „żyli długo i szczęśliwie”.
Pochodziliśmy z małej rodziny, bez wujków, ciotek, kuzynów, więc mój własny ślub był pierwszym, w jakim uczestniczyłam. Nie mogłam się nadziwić, jak szybko wszystko się dokonało, jak niewielu słów trzeba, by zawrzeć związek na całe życie. Mój głos wypadł cicho i piskliwie przy pierwszym „tak”, ale nadałam mu moc w następnej części i ani się obejrzałam, a na moim palcu wylądowała obrączka i ceremonia dobiegła końca. Złożyliśmy podpisy – ojciec pękał z dumy, kreśląc swoje nazwisko obok nazwiska hrabiego – i przy wtórze bicia dzwonów wyszliśmy jako mąż i żona pod kaskady ryżu.
Ciemnoszary Rolls-Royce czekał, by zabrać nas do Winterton Hall. Frederick pomógł mi wsiąść, zebrał z ziemi zwoje trenu i złożył na siedzeniu.
– Najważniejsze za nami – rzekł. – Przy okazji, cudownie wyglądasz.
– Dziękuję. Ty też.
Wybuchnął śmiechem.
– Teraz trzeba pozdrowić tłumy.
Wskazał ludzi stojących wzdłuż drogi przed nami.
– Kto to?
– Nasi najemnicy i mieszkańcy wsi.
Dziesiątki mężczyzn, kobiet, a nawet dzieci przylgnęły do nas wzrokiem, klaszcząc i wiwatując. Frederick uniósł dłoń, co wzbudziło falę entuzjazmu.
– Znasz ich?
– Skądże. Przyszli złożyć wyrazy szacunku. Wypada podziękować.
Pomachałam niezdarnie. Czułam się śmieszna, jakbym udawała królową, i westchnęłam z ulgą, gdy minęliśmy ostatni dom, a droga skręciła pod górę w stronę dworu.
– To jedno z dobrodziejstw inwentarza – wyjaśnił Frederick. – Przywykniesz.
Hol był pełen nieznanych mi twarzy. Goście krążyli wokół z kieliszkami szampana w dłoniach, a mnie zachciało się do ubikacji. Nigdy nie byłam na piętrze dworu, który odtąd stał się moim domem, i bałam się zabłądzić, więc szeptem poprosiłam pokojówkę o pomoc.
Podążyłam za nią na górę, gdzie ze ścian spoglądało jeszcze więcej przodków dynastii Coombesów: surowa starsza dama o rysach Fredericka, mężczyzna w wojskowym mundurze oraz chłopczyk z ospałym spanielem w objęciach. Sądząc po ubiorach, wszyscy żyli wiele pokoleń wcześniej.
– To pani pokój z prywatną łazienką. Zaczekać?
– Nie, dziękuję. Dam sobie radę.
Zamknęłam zasuwkę i przywarłam do drzwi wdzięczna za chwilę spokoju. Spojrzałam na złotą obrączkę na palcu z myślą o mamie. Lubiła opowiadać o dniu swojego ślubu. Miał miejsce na długo, zanim ojciec dorobił się fortuny, więc obyło się bez satyny i szampana. Poszli do ołtarza w niedzielnych ubraniach i świętowali w pubie przy piwie i kanapkach z szynką. „Twoje wesele będzie inne – mawiała, nie mając pojęcia, jak bardzo – lecz upewnij się, że go kochasz, a on kocha ciebie. To najważniejsze”.
Naraz dobiegła mnie rozmowa w sąsiednim pokoju.
– Ostatecznie dopięłaś swego – zabrzmiał znajomy kobiecy głos.
Drugi należał do matki Fredericka:
– Nareszcie! Choć, Bóg mi świadkiem, to niełatwy człowiek.
Ściany były cienkie jak papier, gdyż łazienkę wykrojono z części sypialni zbudowanej w czasach, kiedy Szekspir wciąż biegał w krótkich spodenkach.
Pierwsza kobieta parsknęła śmiechem.
– Miejmy nadzieję, że to niedziedziczne.
Wtedy jeszcze do mnie nie dotarło. Dopiero gdy moja teściowa dała upust szczerości:
– W domu ją rozpieszczano. Sądzi, że pozjadała wszystkie rozumy. Stąd ten nieznośny tupet. Nie wspominając o akcencie! Czeka nas wiele wysiłku. Ale dziewiętnastolatkę można ukształtować.
„Nieznośny tupet?”
– A ojciec! – ciągnęła. – Co za bezwstydnik. Nie mogliśmy się wycofać po publikacji ogłoszenia, lecz wykłócał się o każdy drobiazg. Za grosz manier.
Rozległ się śmiech słuchaczki.
– Na manierach jeszcze nikt się nie wzbogacił. Ale jesteś zadowolona z wyniku?
– To była konieczność, zważywszy na podatki, jakimi straszy nas ten okropny rząd – odparła hrabina. – Jestem ci dozgonnie wdzięczna. Nikt inny nie zgodziłby się zaprosić tego człowieka, a bez niego nie przyszłaby na bal.
Na moment straciłam oddech. Rozpoznałam drugą kobietę.
W drodze na dół, gdy ostrożnie stawiałam stopy, by nie zaplątać się w tren, towarzyszyła mi tylko jedna myśl. Musiałam się przesłyszeć. Bo rozmówczynią mojej teściowej była baronowa Burnham. Która ni stąd, ni zowąd zaprosiła nas na noworoczny bankiet. Gdzie przypadkiem natknęłam się na Fredericka. Który nie wiedział, kim jestem, a nazwisko skojarzył dopiero w rozmowie z ojcem.
„Nikt inny nie zgodziłby się zaprosić tego człowieka, a bez niego nie przyszłaby na bal”.
Zostaliśmy zaproszeni na życzenie hrabiny, aby Frederick miał okazję mnie poznać. Namierzyli nas jedynie z uwagi na pieniądze taty. Frederick od początku wiedział, z kim ma do czynienia. Udał, że to wszystko jest dziełem przypadku i że się we mnie zakochał, lecz pierwszy element rozmijał się z prawdą. Czyżby drugi też? Bo najwyraźniej polecono mu się ze mną ożenić o wiele wcześniej. I zrobiłby to za odpowiednią cenę bez względu na uczucia.
Podczas pierwszej wizyty hrabina zapewniała, jak chętnie powitają mnie w rodzinie. A jej mąż wychwalał osiągnięcia taty. Tymczasem od początku patrzyli na nas z góry.
„Sądzi, że pozjadała wszystkie rozumy… Nie wspominając o akcencie!”
Czy Frederick podzielał to zdanie?
Naczytałam się dość powieści Jane Austen, by wiedzieć, że w wyższych sferach małżeństwo idzie w parze z pieniędzmi, a nie zawsze z miłością. Nie byłam jedną z nich, wbrew temu, w co chciałam wierzyć. A on mi na to pozwolił.
Za stojącymi otworem francuskimi oknami od frontu zobaczyłam taras i drogę podjazdową w cieniu szpaleru drzew. Co by zrobili, gdybym dała nogę? Jak sparzona kotka? Ale nie mog-łam tego zrobić. Węzeł został zaciągnięty. Złożyłam przysięgę i on też. Więc sączyłam szampana i uśmiechałam się, aż twarz mi drętwiała z wysiłku. Wciąż z nadzieją, że jednak się mylę.
Tuż po czwartej, żegnani przez las machających rąk, wyruszyliśmy dwuosobowym wehikułem Fredericka do Broadstairs na kilka dni podróży poślubnej. Silnik tak ryczał, że musiałam podnieść głos, lecz nie mogłam zwlekać.
– Chcę cię o coś zapytać.
– Śmiało, pani Coombes.
Powinnam być zachwycona na dźwięk tych słów, a tymczasem ścierpła mi skóra.
– Dlaczego udawałeś, że nie wiesz, kim jestem, na balu u baronowej?
Posłał mi ten swój swobodny uśmiech, bez cienia niepokoju.
– Co masz na myśli?
– Wiedziałeś, kim jestem. Słyszałam, że dostaliśmy zaproszenie od baronowej za sprawą twojej matki.
– Źle słyszałaś.
Niefrasobliwy ton, jakby to nie miało znaczenia.
– Nie. Podziękowała za to baronowej.
Po sekundzie wahania odparł gładko ze wzrokiem utkwionym przed siebie:
– Zapewne chodziło o to, że baronowa przyczyniła się do naszego spotkania.
Czy on naprawdę uważał, że jestem aż tak głupia? Niewątpliwie. Jak oni wszyscy.
„Sądzi, że pozjadała wszystkie rozumy”.
– To bardzo szlachetne wyjaśnienie. Nazwała również mojego ojca bezwstydnikiem. Czy to też ze szlachetnych pobudek?
– Zabawne…
– To dlatego tak szybko zamieściłeś ogłoszenie w „The Times”, by wywrzeć na niego presję.
– Nie miał nic przeciwko zaręczynom.
– Nie wiedział, że nas oszukałeś, tak jak ja.
– Przesadzasz.
Na twarz wypłynął mu ciemny rumieniec. Nie podobało mu się, że został przyłapany. Nastąpiła chwila lodowatego milczenia, a gdy znów się odezwał, w jego głosie dźwięczała irytacja:
– Powinienem był powiedzieć: „Witam, miło panią spotkać, bo szukam żony, a rodzice uznali panią za dobrą kandydatkę”?
A więc tak.
– To byłoby uczciwe. W przeciwieństwie do udawania, że mnie kochasz.
Westchnął.
– Elinor, niczego nie udawałem. Jesteś bardzo młoda i może naczytałaś się zbyt wielu ckliwych historii. Ludzie tacy jak my nie biorą ślubu z miłości. Chyba o tym wiedziałaś?
– Ludzie tacy jak ja owszem. Moi rodzice również. Sądziłam, że tak było.
– Człowiek czasem widzi, co chce widzieć. Cenię cię, oczywiście. Jesteś moją żoną, a mam nadzieję, że wkrótce zostaniesz matką moich dzieci. Jeżeli tylko zapomnisz o tych dyrdymałach, możemy wypracować korzystny układ. Chyba jesteś rozdrażniona z powodu nadmiaru wrażeń. Utnij sobie drzemkę i pozwól mi skupić się na drodze.
Rozdrażniona? Miałam ochotę go zdzielić. I nie tylko jego. Nie mogłam przestać myśleć o ludziach obecnych na weselu. Z naszej strony nie było kogo zaprosić, więc większość stanowili członkowie rodziny Fredericka i ich znajomi. Lady taka, lord owaki, jak miło cię poznać, gratuluję, urocza suknia…
„Nikt inny nie zgodziłby się zaprosić tego człowieka, a bez niego nie przyszłaby na bal”.
Ilu z nich jej odmówiło? Którzy najpierw krzywili wysoko urodzone nosy na mojego ojca, a potem przybyli pić szampana na jego koszt? Nic dziwnego, że hrabina nie chciała wesela w Clerestonie. Skoro z takim trudem tolerowali u siebie obecność Haywarda, nie zniżyliby się do jego skromnych progów.
– Pogardzasz moim ojcem, lecz jego pieniądze ci nie śmierdzą. Poczekaj, aż dowie się prawdy.
Spojrzał na mnie jak na wariatkę.
– Zdajesz się zapominać o korzyściach po swojej stronie. Dołączyłaś do jednej z najbardziej prominentnych dynastii w tym kraju. Wnukowie twojego ojca będą lordami. Jeden z nich zostanie hrabią. Niejeden przemysłowiec dałby wszystko za taką nobilitację.
– Mojego ojca to nie obchodzi. Chce, abym była szczęśliwa.
– Ja również! – Uderzył dłońmi o kierownicę, po czym wziął głęboki oddech i przemówił spokojniej: – Dlaczego miałbym cię unieszczęśliwić? Powtarzam, jeżeli przestaniesz żyć w bajce, wszystko się ułoży.
– Gdybym wiedziała, nie wyszłabym za ciebie.
– Przykro to słyszeć, ale już za późno. Postaramy się więc stworzyć dobre małżeństwo, jak wszyscy.
Miałam ochotę krzyczeć. Płakać. Dać mu w pysk. Jakim cudem dałam się tak nabrać? I tato też. On, który nigdy nie tracił czujności, a jednak… Tego ranka w hotelu zauważyłam spisaną jego ręką listę pod nagłówkiem: „Tematy do rozmowy”. Znalazły się tam ostatnie zawirowania pogodowe oraz okręt budowany w Belfaście. Tę pozycję zaznaczył, lecz wykreślił kłopoty zdrowotne króla i rozruchy w Albanii. Dzisiejszy dzień zżerał mu nerwy, a to był dla mnie szok. Bo w moim świecie – naszym – tato nie znał lęku. Zarówno w odniesieniu do pracowników, jak i ważnych klientów mówił, co myśli, prosto i bez ogródek. Lecz mimo swoich osiągnięć w tym towarzystwie czuł się onieśmielony i pragnął wypaść jak najlepiej.
Resztę drogi przebyliśmy w ciszy. Poprzednim razem wnętrze pojazdu wydawało się intymne i ekscytujące. Teraz czułam się w nim jak w potrzasku.
Następnego ranka po ślubie obudziłam się obolała, z uczuciem lepkości między udami, a na wspomnienie tego, co zaszło między mną i Frederickiem minionej nocy, ogarnęła mnie gorąca fala zażenowania.
Zjedliśmy kolację w jadalni hotelu. Poza sezonem tylko kilka stolików było zajętych, a nasza nieporadna rozmowa nie umknęła uważnie nastawionym uszom. Frederick paplał o Broadstairs i tamtejszych atrakcjach, jakby to, co padło w samochodzie, rozwiało wszelkie nieporozumienia, a ja odpowiadałam półsłówkami, bo w tyle głowy coś ciągle krzyczało: „Co mam teraz zrobić?”. I za każdym razem znajdowałam tę samą okropną odpowiedź.
„Postaramy się więc stworzyć dobre małżeństwo, jak wszyscy”.
W drodze na górę powiedział:
– Chyba nie najlepiej zaczęliśmy. Ślub to wielkie wydarzenie, lecz emocje opadną i na pewno uda nam się żyć w zgodzie. – Gdy nie odpowiedziałam, odkaszlnął z zakłopotaniem i mówił dalej: – Poczekam, aż będziesz gotowa. – Musiałam wpatrywać się w niego z tępym wyrazem twarzy, bo dodał miękko: – Wiesz, co teraz nastąpi?
Przypomniałam sobie rozmowę z Rose poprzedniego wieczoru, gdy czesała mnie przed pójściem spać. Zapytała, czy ktokolwiek wyjaśnił mi sprawy, o których dziewczyna zwykle dowiaduje się przed ślubem od matki. Zaprzeczyłam, a wówczas z gwałtownym rumieńcem, powołując się na słowa zamężnej siostry, zdradziła, że mężczyźni mają potrzeby „tam poniżej”.
– Mary twierdzi, że to obrzydliwe, ale można przywyknąć. Najlepiej leżeć bez ruchu i myśleć o czymś innym, aż będzie po wszystkim.
Nie miałam pojęcia, o co jej chodzi, i uznałam, że jak zwykle kracze. Ale chyba coś było na rzeczy.
– Jestem zmęczona – odparłam. – Chcę tylko iść spać.
– Więc nie traćmy czasu.
– Nie chcę.
Westchnął.
– Nie jestem potworem i do niczego nie mam zamiaru cię zmuszać. Poczekam do jutra, jeżeli wolisz, choć wierz mi, lepiej tego nie odwlekać.
Leżałam na łóżku sztywna z przerażenia, a on podciągnął moją koszulę nocną, wcisnął się między moje uda i majstrował wokół moich najbardziej intymnych miejsc. Nagle przeszył mnie potworny ból, aż krzyknęłam w szoku i próbowałam się spod niego wyrwać, lecz przytłoczył mnie ciężarem swojego ciała.
– Przestań!
Położył mi dłoń na ustach.
– Ćśśś, wszystko w porządku. Będę delikatny, nie martw się.
Nacierał na mnie, a ból był tak okropny, że łzy spływały mi po policzkach na poduszkę. Nagle zacharczał i znieruchomiał, po czym odsunął się ze słowami:
– Następnym razem będzie lepiej, daję słowo. A niedługo pewnie spotka nas dobra nowina. – Otulił mnie kołdrą. – Niech ci będzie ciepło i wygodnie. Śpij dobrze.
Gdy drzwi się za nim zamknęły, leżałam tam jak poczwarka na mokrej od łez poduszce ze wzrokiem wbitym w ciemność. Jak to się mogło stać? Przed chwilą szłam do ołtarza pełna radości i nadziei, a zostałam żoną człowieka, któremu zależało jedynie na pieniądzach i w tym celu nie zawahał się użyć podstępu przy pomocy klanu takich jak on oszustów. A teraz to upokorzenie. Rose powiedziała, że wszystkie żony muszą to znosić, i ja też mogłabym, gdyby Frederick mnie kochał. Ale gdy mi to robił ze świadomością tego, co wiedziałam, nie mogłam wyprzeć z pamięci przeświadczenia, że dla tych ludzi jestem nikim. Tylko przepustką do fortuny ojca. Zdobyli ją, a ja po prostu przypadłam z nią w udziale, jak końcowe zrzynki na beli bawełny.
Brzęk srebra o porcelanę, który po raz pierwszy obudził mnie w Winterton Hall, gdy Rose mieszała dla mnie herbatę, na moment przywołał wspomnienie domu. Potem poczułam chłód. Akurat co do tego Frederick się nie pomylił: nawet przy buzującym ogniu powietrze kąsało skórę. Najchętniej zakopałabym się pod kołdrą i nigdy więcej nie wyściubiła spod niej nosa – nie tylko z powodu zimna – lecz słowa Rose kazały mi usiąść.
– Wczoraj przyszedł do panienki… do pani list.
Rozerwałam kopertę.
Najdroższa Córko,
nie do wiary, że już wyszłaś za mąż. Wydaje się, jakby ledwie wczoraj mama przynosiła obiady do Star Mill ze złotowłosym, szczerbatym berbeciem pod pachą. Chyba się starzeję, bo nie mam pojęcia, kiedy ten czas zleciał.
Pragnę wyjaśnić kwestię naszych odwiecznych sporów, czyli sukcesję firmy. Temat ten najczęściej przyprawiał nas o skoki ciśnienia, a zależy mi, byś zrozumiała moje stanowisko. Już teraz, choć taka młoda, masz lepszy zmysł do interesów niż niektórzy z moich zarządców. Lecz przedsiębiorstwo potrzebuje męskiej ręki, tak jak kobiecie potrzebny jest mąż i rodzina.
Dlatego musiałem wybrać inne rozwiązanie i cieszy mnie świadomość, że pomimo tego Twoja przyszłość jest zabezpieczona. Nie mogłem ofiarować Ci takich możliwości jak synowi, ale najlepsze, co ojciec może uczynić dla córki, to szczęśliwie wydać ją za mąż, a nie mógłbym sobie wymarzyć korzystniejszej partii. Kto by pomyślał, że ta mała dziewuszka bawiąca się szpulami pod moim biurkiem kiedyś zostanie hrabiną. Twoja mama byłaby z Ciebie równie dumna jak ja. Z uwagi na odległość zapewne trudno nam będzie teraz się widywać, lecz pomyśl o mnie czasem i pisz, co u Ciebie słychać.
Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
TYTUŁ ORYGINAŁU:
The Lost Passenger
Redaktorka prowadząca: Ewelina Czajkowska
Wydawczyni: Ewelina Czajkowska
Redakcja: Ewa Kosiba
Korekta: Małgorzata Denys
Projekt okładki: Wojciech Bryda
Ilustracje na okładce: © Аня Марюхно; © Simply Amazing;
© Design Spread; © hiten666 / Stock.Adobe.com
Wyklejka: Francis Godolphin Osbourne Stuart, RMS Titanic departing
Southampton on April 10, 1912, domena publiczna
Copyright © 2025 by Frances Quinn
Copyright © 2026 for the Polish edition by Wydawnictwo Kobiece Agnieszka Stankiewicz-Kierus sp.k.
Copyright © for the Polish translation by Anna Sauvignon, 2026
Wszelkie prawa do polskiego przekładu i publikacji zastrzeżone. Powielanie i rozpowszechnianie z wykorzystaniem jakiejkolwiek techniki całości bądź fragmentów niniejszego dzieła bez uprzedniego uzyskania pisemnej zgody posiadacza tych praw jest zabronione.
Wydanie elektroniczne
Białystok 2026
ISBN 978-83-8417-614-6
Grupa Wydawnictwo Kobiece | www.WydawnictwoKobiece.pl
Na zlecenie Woblink
woblink.com
plik przygotowała Weronika Panecka
Okładka
Karta tytułowa: Frances Quinn, Zaginiona z Titanica
Prolog
1
2
3
4
5
6
7
8
9
10
11
12
13
14
15
16
17
18
19
20
21
22
23
24
25
26
27
28
29
30
31
32
33
34
35
36
37
38
39
40
41
42
43
44
45
46
47
48
49
50
51
52
53
54
55
56
57
58
Podziękowania
Karta redakcyjna
