Zaczyn. O Zofii i Oskarze Hansenach - Filip Springer - ebook

Zaczyn. O Zofii i Oskarze Hansenach ebook

Filip Springer

4,6

Opis

Błyskotliwy reportaż biograficzny poświęcony parze polskich architektów-wizjonerów, którym przyszło tworzyć w epoce PRL-u. Losy Oskara Hansena i jego rodziny mogłyby posłużyć za scenariusz niejednego filmu. Syn Norwega i Rosjanki wojnę spędza w Wilnie, gdzie przyłącza się do polskiej partyzantki. Po wojnie studiuje architekturę i wyjeżdża na stypendium do Paryża. Tam trafia do pracowni Jeannereta i odwiedza wielkich malarzy, m.in. Picassa, któremu udziela kilku cennych rad. Pomimo propozycji pozostania na Zachodzie, wraca do kraju, gdzie wraz z żoną, Zofią, pracuje jako architekt i tworzy koncepcję Formy Otwartej. Projekty Hansenów są śmiałe, niestandardowe i dostosowane do potrzeb zwykłych ludzi — kto nie chciałby mieć mieszkania skrojonego na własną miarę? Niestety, w szarej rzeczywistości PRL-u pomysły te ulegają pewnym modyfikacjom, na co architekci nie mają już wpływu. Rezultat to m.in. owiane złą sławą warszawskie osiedle Przyczółek Grochowski, miejsce, którego się nie wybiera, lecz na które jest się skazanym… Tam właśnie decyduje się zamieszkać autor książki, Filip Springer. Chce on na własnej skórze poczuć, jak żyje się w miejscu urzeczywistnienia teorii Hansenów i zrozumieć, dlaczego ich nowatorskie pomysły nie najlepiej sprawdziły się w rzeczywistości.

Książka Filipa Springera to opowieść o niebanalnych osobowościach, niezwykłych ludzkich losach, odważnej architekturze, ale także – a może przede wszystkim – o naszej mentalności. I o tym, jak bardzo brakuje nam dziś wizji naprawy świata, która – jak u Hansenów – opierałaby się na wierze w człowieka i poczuciu powinności wobec innych. Rzecz wciągająca, dająca do myślenia i po prostu mądra.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 310

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Pa­ryż

Na Tro­ca­déro za­ku­ta­ni w sza­li­ki ko­le­sie wy­pusz­cza­ją w noc ko­lo­ro­we bącz­ki, li­cząc, że sprze­da­dzą je tym, któ­rym spad­ną one na gło­wę. Nikt tego nie ku­pu­je, wszy­scy pa­trzą tyl­ko, jak nie­bie­skie świe­tli­ki lecą z bu­cze­niem pro­sto w nie­bo. Po­tem każ­dy od­cho­dzi w swo­ją stro­nę, mimo że tam­ci na­wo­łu­ją i prze­ko­nu­ją. Jest zim­no i wie­je wiatr, prze­łom paź­dzier­ni­ka i li­sto­pa­da.

Dzień póź­niej na Con­cor­de ha­łas i słoń­ce, ja­cyś lu­dzie, ład­ne dziew­czy­ny pa­trzą tyl­ko przed sie­bie. Przy­po­mi­nam so­bie, jak pi­sał:

„Kie­dyś do­tar­li­śmy z Lesz­kiem na śro­dek pla­cu de la Con­cor­de. Było póź­ne po­po­łu­dnie. Sta­li­śmy ty­łem do Tu­ile­ries, oto­cze­ni mro­wiem sa­mo­cho­dów okrą­ża­ją­cych plac, za­fa­scy­no­wa­ni eks­po­zy­cją wiel­kiej licz­by ru­chów jed­no­cze­snych na tle wzno­szą­cej się płasz­czy­zny Champs-Ély­sées. Za­cho­dzą­ce słoń­ce uję­te w ramy L’Arc de Triom­phe, oświe­tla­ją­ce każ­dy po­jazd, czy­ni­ło z tego sza­le­nie moc­ne, spój­ne wi­do­wi­sko, jak po­to­ki pły­ną­cej lawy. Wy­da­wa­ło się nam, pro­win­cju­szom, że sto­imy w cen­trum współ­cze­sne­go świa­ta”51.

Też tak tu mam. Mu­szę za­my­kać oczy, bo wszyst­ko jest zbyt ja­sne i zbyt duże. I to po­czu­cie, że nie je­stem stąd i że to wi­dać. A ra­czej, że je­stem stam­tąd. Prze­cież róż­ni­ca nie jest dziś tak wiel­ka jak wte­dy. Jemu, gdy pro­sił o coś do pi­cia, sta­wia­li na sto­le bu­tel­kę wód­ki, bo my­śle­li, że dzi­cy Po­la­cy piją tyl­ko to. W chiń­skiej re­stau­ra­cji nie roz­po­znał przy­praw i gdy prze­sa­dził z czymś pi­kant­nym, my­ślał, że na trwa­łe uszko­dził so­bie ję­zyk. To po­czu­cie nie­przy­sta­wal­no­ści mu­sia­ło być więk­sze niż te­raz. Ale na­wet dziś jest doj­mu­ją­ce.

Do Pa­ry­ża przy­jeż­dża po to, by utwier­dzić się w prze­ko­na­niu, że ma ra­cję. Ogło­sze­nie o sty­pen­dium rzą­du fran­cu­skie­go dla mło­dych ar­chi­tek­tów zo­ba­czył na ta­bli­cy in­for­ma­cyj­nej, tej sa­mej, przy któ­rej po raz pierw­szy roz­ma­wiał z Zo­sią. Zło­żył pa­pie­ry, choć nie li­czył na suk­ces – nie był w żad­nej mło­dzie­żo­wej or­ga­ni­za­cji, a do tego nie wie­dział, ile z par­ty­zanc­kiej prze­szło­ści przy­je­cha­ło za nim do War­sza­wy. Ku wła­sne­mu zdu­mie­niu do­stał się. Po­mo­gła mu Kry­sty­na Bie­rut, do­bra zna­jo­ma Zosi z cza­sów oku­pa­cji. Gdy się do­wie­dział, od razu wy­słał do niej de­pe­szę z in­for­ma­cją, kie­dy przy­jeż­dża. Aku­rat była na wa­ka­cjach w Pa­ry­żu. Dla oszczęd­no­ści pod­pi­sał się tyl­ko imie­niem. W am­ba­sa­dzie my­śle­li, że to sam Oskar Lan­ge in­for­mu­je mło­dą Bie­ru­tów­nę o swo­jej wi­zy­cie. Na dwo­rzec pod­sta­wi­li sa­mo­chód i de­le­ga­cję z kwia­ta­mi. 1 paź­dzier­ni­ka 1948 roku wy­siadł na Gare de l’Est i oto jest.

Te­raz jed­nak tra­ci re­zon. Sie­dzi przy sto­le, na któ­rym leżą dwa nie­wiel­kie pro­sto­pa­dło­ścia­ny. Oskar ma je usta­wić w taki spo­sób, żeby sta­ły jak naj­bli­żej sie­bie, ale by każ­dy z nich był ciąg­le od­bie­ra­ny jako od­dziel­na for­ma. Tro­chę eg­za­min, ale tro­chę też do­świad­cze­nie. Usta­wia kloc­ki i cze­ka. Do sto­łu pod­cho­dzi Pier­re Je­an­ne­ret, wie­lo­let­ni współ­pra­cow­nik i ku­zyn sa­me­go Le Cor­bu­sie­ra. Nie wy­glą­da na ni­ko­go wiel­kie­go, jest drob­ny i ni­ski, ra­czej mil­czą­cy, dość su­ro­wy w oby­ciu. Nie­wiel­ką li­nij­ką coś tam mie­rzy, oglą­da kom­po­zy­cję z kil­ku stron i kiwa po­ta­ku­ją­co gło­wą. Oskar zo­sta­je przy­ję­ty.

Tego Je­an­ne­re­ta pod­po­wia­da mu Je­rzy Soł­tan, któ­ry od 1945 roku pra­cu­je u Le Cor­bu­sie­ra.

– Do nas le­piej nie przy­chodź, bo bę­dziesz oglą­dał tyl­ko jego ple­cy. Idź do Je­an­ne­re­ta – mówi Oska­ro­wi, gdy ten pyta, któ­rą pra­cow­nię wy­brać na prak­ty­kę.

Miesz­ka w ho­te­lu L’Epo­que na rue Sa­int-Char­les w dziel­ni­cy Gre­nel­le. Nie spę­dza w nim jed­nak zbyt wie­le cza­su, chce po­znać mia­sto. Za­chwy­ca go pa­ry­skie me­tro, szcze­gól­nie jego „ko­śla­wa, po­zor­nie przy­pad­ko­wa, nie­po­rad­na miej­sca­mi for­ma”52. Wy­da­je mu się praw­dzi­wa, wręcz or­ga­nicz­na. Mia­sto z po­cząt­ku zda­je się go jed­nak przy­tła­czać swym ogro­mem. Przez pierw­szych kil­ka ty­go­dni nie może się w nim od­na­leźć. W jed­nym z li­stów do Zo­fii pi­sze:

„Chcę ci prze­ka­zać Pa­ryż taki, jaki jest, a nie taki, o ja­kim śni­łem. Po­tęż­ny i ka­me­ral­ny, prze­sad­nie wraż­li­wy, uprzej­my i bru­tal­ny, prze­ła­do­wa­ny i sa­mot­ny, ra­do­sny i smut­ny. Do­pin­gu­ją­ce się prze­ci­wień­stwa. Obok wspa­nia­łych dzieł sztu­ki – naj­ohyd­niej­sze, lep­kie, nie­smacz­ne ki­cze”53.

W sto­łów­ce przy bul­wa­rze Sa­int-Ger­ma­in po­zna­je rzeź­biar­kę Ali­nę Sza­pocz­ni­kow i przy­szłe­go hi­sto­ry­ka sztu­ki Ry­szar­da Sta­ni­sław­skie­go, ma­la­rzy Lu­dwi­kę Pin­ku­sie­wicz (Lut­kę Pink), Ka­zi­mie­rza Zie­len­kie­wi­cza, Je­rze­go Ku­jaw­skie­go i przede wszyst­kim Le­cha Kun­kę, któ­ry, jak się oka­zu­je, miesz­ka w tym sa­mym ho­te­lu co Oskar. Wkrót­ce wspól­nie wy­pra­wiać się będą na ca­ło­dnio­we eska­pa­dy do pa­ry­skich mu­ze­ów. Zwie­dza­ją zwy­kle osob­no i nie­za­leż­nie, dużo szki­cu­ją i no­tu­ją. Od cza­su do cza­su spo­ty­ka­ją się tyl­ko, by wy­mie­nić uwa­gi, po­tem znów roz­cho­dzą się w swo­je kąty. Naj­wię­cej cza­su spę­dza­ją w Mu­sée de l’Hom­me w Pa­ry­żu. Wy­cho­dzą do­pie­ro wy­pra­sza­ni przez straż­ni­ków. Po­tem go­dzi­na­mi dys­ku­tu­ją. Kun­ka prze­ra­sta Han­se­na wie­dzą z za­kre­su hi­sto­rii sztu­ki, cza­sa­mi robi mu wręcz wie­lo­go­dzin­ne wy­kła­dy. Wę­dru­jąc ra­zem po uli­cach Pa­ry­ża, nie mogą się na­dzi­wić uśmiech­nię­tym twa­rzom prze­chod­niów. Oskar wspo­mni to po ja­kimś cza­sie tak: „Z cza­sem uświa­do­mi­li­śmy so­bie, jak je­ste­śmy smut­ni, jak smut­na jest pol­ska uli­ca”54.

Cza­su na wszyst­kie wiel­ko­miej­skie przy­jem­no­ści nie mają jed­nak zbyt wie­le, bo dni wy­peł­nia­ją im obo­wiąz­ki sty­pen­dy­stów. Oskar szli­fu­je swój fran­cu­ski na kur­sach dla Po­la­ków w Al­lian­ce Fra­nça­ise, spo­ro cza­su zaj­mu­je mu też pra­ca u Je­an­ne­re­ta. Mistrz jest wy­ma­ga­ją­cy, ale ser­decz­ny. Jako pierw­sze zle­ca Oska­ro­wi wy­ko­na­nie ry­sun­ków per­spek­ty­wicz­nych do pro­jek­tu domu o ste­la­żu alu­mi­nio­wym. Ten po­sta­na­wia umie­ścić w nich na pierw­szym pla­nie blond dziew­czy­nę z war­ko­czem. Jej zna­cze­nie jest czy­sto kom­po­zy­cyj­ne, syl­wet­ka ma wpro­wa­dzać wi­dza w ob­raz. Je­an­ne­re­to­wi ry­sun­ki się po­do­ba­ją, mówi Oska­ro­wi, że wi­dać po nich, że zro­bił je Po­lak. Inne zda­nie ma klient­ka. Gdy Je­an­ne­ret po­ka­zu­je jej szki­ce, ko­bie­ta wpa­da w szał i wy­cho­dzi, trza­ska­jąc drzwia­mi. Pra­cow­nia tra­ci zle­ce­nie.

Wi­zy­ty w mu­ze­ach spra­wia­ją, że Oskar co­raz po­waż­niej za­czy­na my­śleć o ma­lar­stwie. Roz­ma­wia o tym z Le­chem Kun­ką, wspól­nie wpa­da­ją na po­mysł, by od­wie­dzić pra­cow­nię Fer­nan­da Lége­ra. Mistrz nie tyl­ko ich przyj­mu­je, ale tak­że zga­dza się, by od­by­li u nie­go dłuż­szą prak­ty­kę. Oskar z du­szą na ra­mie­niu idzie z tym po­my­słem do Pier­re’a Je­an­ne­re­ta. Ten, gdy do­wia­du­je się, że cho­dzi o Lége­ra, kiwa tyl­ko przy­zwa­la­ją­co gło­wą. Od­tąd trzy dni w ty­go­dniu Oskar bę­dzie spę­dzał nad de­ską kre­ślar­ską w pra­cow­ni przy rue Ja­cob, a dwa po­zo­sta­łe przed szta­lu­gą w ate­lier przy pla­cu Pi­gal­le.

„Od Lége­ra do­wie­dzia­łem się, że ma­lar­stwo nie musi być męką, że może być przy­jem­no­ścią, pięk­ną przy­go­dą, a nie ka­tow­nią jak dla Van Go­gha”55 – wy­zna po la­tach.

Nie­sie­ni en­tu­zja­zmem Kun­ka i Han­sen po­sta­na­wia­ją iść za cio­sem i od­wie­dzić in­nych wiel­kich mi­strzów. Jest ich prze­cież w Pa­ry­żu nie­ma­ło. Uda­je im się zaj­rzeć do pra­cow­ni Vic­to­ra Brau­ne­ra, Au­gu­ste’a Her­bi­na czy Al­ber­ta Ma­gnel­lie­go. Gdy temu ostat­nie­mu zwie­rza­ją się, że w jego ob­ra­zach do­strze­ga­ją ele­men­ty cza­so­prze­strze­ni, ma­larz robi wiel­kie oczy ze zdzi­wie­nia. Wszyst­kie te wi­zy­ty, choć nie­zwy­kle po­ucza­ją­ce, wy­da­ją się ni­czym wo­bec nie­speł­nio­ne­go ma­rze­nia o od­wie­dze­niu naj­waż­niej­szej w tam­tym cza­sie pra­cow­ni w Pa­ry­żu. Znaj­du­je się ona w im­po­nu­ją­cej ka­mie­ni­cy przy rue Sa­int-Au­gu­stin. Na pierw­szym pię­trze re­zy­du­je tam ten, któ­re­go ob­ra­zy zna­ją już na pa­mięć – Pa­blo Pi­cas­so. Dwu­krot­nie zo­sta­ją sprzed jego drzwi od­pra­wie­ni z kwit­kiem. W koń­cu po­sta­na­wia­ją sko­rzy­stać z pol­skich kon­tak­tów Pi­cas­sa, któ­re na­wią­zał pod­czas wi­zy­ty na Świa­to­wym Kon­gre­sie In­te­lek­tu­ali­stów we Wro­cła­wiu. Je­den z tro­pów pro­wa­dzi do ar­chi­tek­to­nicz­ne­go mał­żeń­stwa Syr­ku­sów, oka­zu­je się jed­nak nie­sku­tecz­ny. Z po­mo­cą przy­cho­dzi nie­za­stą­pio­na Zo­fia. Po­przez da­le­ką zna­jo­mą do­wia­du­je się, że Pi­cas­so w cza­sie po­by­tu w Pol­sce za­ja­dał się tor­ci­ka­mi we­dlow­ski­mi. Naj­wy­raź­niej bar­dzo przy­pa­dły mu do gu­stu, bo wspo­mi­nał o nich w li­stach do pol­skich zna­jo­mych. Wkrót­ce do Pa­ry­ża do­cie­ra prze­sył­ka z War­sza­wy za­wie­ra­ją­ca sto­sow­ny li­ścik po­le­ca­ją­cy i cze­ko­la­do­wy sma­ko­łyk od We­dla. Kun­ka i Han­sen po­dej­mu­ją ostat­nią pró­bę. Znów pu­ka­ją do tak do­brze już im zna­nych drzwi. In­for­mu­ją, że mają prze­sył­kę, któ­ra ma być do­rę­czo­na mi­strzo­wi do rąk wła­snych. Zo­sta­ją wpusz­cze­ni i po­pro­sze­ni o od­da­nie pa­kun­ku. Roz­sta­ją się z nim nie bez obaw, któ­re jed­nak szyb­ko roz­wie­wa po­ja­wie­nie się w koń­cu ko­ry­ta­rza sa­me­go Pi­cas­sa. Ma­larz czy­ta list, a po­tem obej­mu­je obu stu­den­tów przy­ja­ciel­skim ge­stem. Pro­wa­dzi ich, nie­przy­tom­nych ze szczę­ścia, w głąb pra­cow­ni. Dłu­go roz­ma­wia­ją. Oskar mówi, że chciał­by zo­ba­czyć por­tret syna Pi­cas­sa w wóz­ku, tłu­ma­czy, że wi­dział go tyl­ko jako czar­no-bia­łą re­pro­duk­cję. Pi­cas­so się zga­dza, spo­śród dzie­sią­tek płó­cien sto­ją­cych pod ścia­na­mi wy­bie­ra do­kład­nie to, o któ­re cho­dzi. Oskar pa­trzy za­chwy­co­ny, a za­raz po­tem pyta:

„Czy to, co pan ma­lu­je, nie po­win­no być re­ali­zo­wa­ne w inny spo­sób? Wi­dzę u pana to, co się na­zy­wa czwar­tym wy­mia­rem – czas. A pan cią­gle robi dwu­wy­mia­ro­we ob­ra­zy. Pan się mę­czy, mio­ta­jąc się bez prze­rwy mię­dzy czte­re­ma bo­ka­mi tra­dy­cyj­ne­go ob­ra­zu”.

Pi­cas­so spo­glą­da na Oska­ra za­dzi­wio­ny i pyta:

– „A czy pan ma­lu­je?

– Pró­bu­ję.

– Pro­szę mi przy­nieść je­den z pana ob­ra­zów”56.

Po kil­ku go­dzi­nach wi­zy­ta do­bie­ga koń­ca. Już tu nie wró­cą. Oskar nie przy­nie­sie swo­je­go ob­ra­zu.

„Z za­pro­sze­nia Pi­cas­sa na dru­gie spo­tka­nie nie sko­rzy­sta­łem z po­wo­du mo­jej głu­po­ty […]. Zda­wa­łem so­bie spra­wę, że wię­cej wiem, niż umiem jako ma­larz”57.

12 kwiet­nia 1949 roku Oskar Han­sen ob­cho­dzi dwu­dzie­ste siód­me uro­dzi­ny. Pier­re Je­an­ne­ret ma dla nie­go pre­zent. Za­bie­ra go na ko­la­cję do ku­zy­na – Le Cor­bu­sie­ra. Oskar jest za­sko­czo­ny i zde­ner­wo­wa­ny, przed każ­dym z wcze­śniej­szych spo­tkań z mi­strza­mi stu­dio­wał ich dzie­ła. W cią­gu kil­ku ostat­nich mie­się­cy uda­ło mu się wpraw­dzie zgro­ma­dzić wszyst­ko, co na­pi­sał wiel­ki Cor­bu, książ­ki te sto­ją jed­nak na ra­zie, cze­ka­jąc na prze­czy­ta­nie. Dziś bę­dzie mu­siał im­pro­wi­zo­wać.

Mistrz cze­ka na nich w swo­im miesz­ka­niu, to­wa­rzy­szą mu żona i gosz­czą­cy u nich przy­ja­ciel ze Szwaj­ca­rii. Pod no­ga­mi plą­cze się szorst­ko­wło­sy jam­nik. Sia­da­ją przy sto­le, piją kawę. Roz­mo­wa to­czy się o po­li­ty­ce. Oskar chło­nie każ­dy de­tal z za­pro­jek­to­wa­ne­go przez Le Cor­bu­sie­ra wnę­trza.

„Uświa­do­mi­łem so­bie, że oto wi­dzę nowy świat, stwo­rzo­ny przez inne re­la­cje prze­strzen­ne. Za­chwy­ca­łem się syn­te­tycz­no­ścią, jed­no­znacz­no­ścią form i kom­po­zy­cyj­ną kla­row­no­ścią ich ze­sta­wień: źró­dło świa­tła to nie okno, a prze­szklo­na płasz­czy­zna, bia­łe becz­ko­we skle­pie­nia da­ją­ce świa­tło od­bi­te, gra­ni­ce «domu» to żywe ścia­ny z ka­mie­nia i ekra­ny eks­po­nu­ją­ce ob­ra­zy, ob­szar miesz­kal­ny to cią­gła po­sadz­ka z mo­du­lar­nych kwa­dra­tów. Ogól­ne wra­że­nia cią­gło­ści, jak­by jed­no­prze­strzen­ność «domu»”58.

Po ko­la­cji Le Cor­bu­sier po­sta­na­wia opro­wa­dzić Oska­ra po domu, po­ka­zu­je mu swo­je pra­ce. Za­trzy­mu­je się zwłasz­cza przy pew­nym płót­nie wi­szą­cym przy scho­dach. Każe Oska­ro­wi przyj­rzeć się ca­łe­mu wnę­trzu, a po­tem zdej­mu­je ob­raz ze ścia­ny. Ten pro­sty za­bieg zmie­nia at­mos­fe­rę w ca­łym po­miesz­cze­niu.

„Ob­raz wisi tu­taj po to, by uprze­strzen­nić wnę­trze” – tłu­ma­czy Le Cor­bu­sier.

„Nie uprze­strzen­nić, tyl­ko oży­wić”59 – po­pra­wia go mi­mo­wol­nie Oskar.

Po­tem idą do pra­cow­ni, Le Cor­bu­sier po­ka­zu­je mu nie­do­koń­czo­ny go­be­lin. Oskar jest za­sko­czo­ny i roz­cza­ro­wa­ny. Na­pi­sze:

„Szcze­rze mó­wiąc, zro­bi­ło mi się przy­kro, że i On dał się opę­tać ko­mer­cyj­nej hi­ste­rii, On, twór­ca «bia­łych do­mów» z mego dzie­cię­ce­go snu, współ­twór­ca ar­chi­tek­to­nicz­ne­go «pu­ry­zmu». Nie zga­dza­ła mi się re­la­cja po­mię­dzy hu­ma­ni­stycz­ny­mi ha­sła­mi Le Cor­bu­sie­ra a przed­mio­to­wą rolą pla­sty­ki we wnę­trzu jego miesz­ka­nia”60.

Tuż przed koń­cem wi­zy­ty Le Cor­bu­sier wy­cią­ga plik od­bi­tek fo­to­gra­ficz­nych, na któ­rych wi­dać róż­ne sta­dia re­ali­za­cji nie­ukoń­czo­nej jesz­cze Jed­nost­ki Miesz­kal­nej w Mar­sy­lii. Oskar prze­rzu­ca zdję­cia za­chłan­nie, do­py­tu­je o szcze­gó­ły. Mu­szą już jed­nak wy­cho­dzić. Obie­cu­je więc so­bie, że jesz­cze tego lata wy­bie­rze się do Mar­sy­lii, by zo­ba­czyć Uni­té d’Ha­bi­ta­tion na włas­ne oczy. Z domu Le Cor­bu­sie­ra wy­cho­dzi z mie­sza­ny­mi uczu­cia­mi.

Do­pie­ro po wie­lu la­tach bę­dzie umiał opi­sać ten kon­glo­me­rat wra­żeń. Opo­wie o tym w wy­wia­dzie Han­so­wi Ulri­cho­wi Ob­ri­sto­wi:

„Prze­czy­ta­łem i usły­sza­łem wie­le rze­czy na te­mat Par­te­no­nu, Akro­po­lu i tak da­lej, ale kie­dy po­je­cha­łem tam pierw­szy raz, aby je zo­ba­czyć, prze­kro­czy­ło to wszel­kie moje wy­obra­że­nia. Zda­łem so­bie spra­wę, że nie ist­nie­ją sło­wa, któ­ry­mi moż­na by to opi­sać. […] Nie mo­głem odejść. Było to nie­wia­ry­god­ne do­świad­cze­nie cza­so­prze­strze­ni: przy wscho­dzie słoń­ca, w po­łu­dnie, wie­czo­rem, kie­dy lu­dzie nad­cho­dzą, krę­cą się wo­kół. […] Punkt od­nie­sie­nia, któ­rym mie­rzę Pi­cas­sa, to Par­te­non, po­nie­waż jest on czymś, cze­go nie moż­na po­jąć bez zo­ba­cze­nia tego na wła­sne oczy. […]

Na­to­miast Le Cor­bu­sier jest jak Ha­gia So­phia. Cze­mu? Po­nie­waż wie­le się spo­dzie­wa­łem po Ha­gia So­phia […] i tak samo wie­le ocze­ki­wa­łem od Le Cor­bu­sie­ra. Ale kie­dy pierw­szy raz tam po­je­cha­łem, nie zna­la­złem tego, cze­go się spo­dzie­wa­łem. Do­pie­ro kie­dy wró­ci­łem póź­niej, roz­po­zna­łem praw­dzi­wą war­tość tego wszyst­kie­go […].

Pi­cas­so na­uczył mnie rze­czy, któ­re wią­żą się z ży­ciem, pod­czas gdy Le Cor­bu­sier był wiel­kim spe­cja­li­stą, czło­wie­kiem o wy­jąt­ko­wych zdol­no­ściach, może na­wet ge­niu­szem, ale nie dał mi tego co Pi­cas­so”61.

Pa­ryż w li­sto­pa­dzie, tak do­sko­na­ły, że w nie­go nie wie­rzę. Zno­wu zim­no, zno­wu ostre słoń­ce. Gbu­ro­wa­ty kel­ner w Dziel­ni­cy Ła­ciń­skiej, księ­gar­nie na bul­wa­rze Sa­int-Ger­ma­in, ka­wiar­nia­ne krze­sła sto­ją­ce wprost na chod­ni­ku, nie ma jak przejść. Sprze­daw­cy chiń­skiej tan­de­ty, uży­wa­nych płyt z cza­so­pism, sznu­ro­wa­deł i mi­nia­tu­ro­wych pa­ry­skich bu­dy­necz­ków od­la­nych z prze­zro­czy­ste­go pla­sti­ku. Wy­pa­tru­ją po­li­cjan­tów, gdy tyl­ko ich zo­ba­czą, zwi­ja­ją swo­je roz­ło­żo­ne na kar­to­nach kra­my i zni­ka­ją. Rue Mo­uf­fe­tard, gdzieś tu miesz­kał. Wspo­mi­nał ta­kich sa­mych han­dla­rzy, pew­nie nie czar­nych, może Al­gier­czy­ków albo Ara­bów, zresz­tą nie wiem. Roz­kła­da­li to­war na uli­cy, trze­ba było ich ostroż­nie ob­cho­dzić, by cze­goś nie po­de­ptać. „Praw­dzi­wa, spon­ta­nicz­na For­ma Otwar­ta, ist­ny klej­not, ist­na cza­so­prze­strzeń”62 – mó­wił.

A po­tem już me­tro, jed­no, dru­gie, trze­cie. Fa­cet śpią­cy na sto­ją­co, ko­bie­ta z bia­łym pie­skiem, ro­bię zdję­cie, wy­cho­dzi nie­ostro. Lot­ni­sko w Be­au­va­is, sto­imy w ko­lej­ce do od­pra­wy. Z bram­ki obok od­la­tu­ją do Klu­żu w Ru­mu­nii. Za­sta­na­wiam się, jak to jest wra­cać stąd do Klu­żu.

Za­sta­na­wiam się, jak to było wte­dy wra­cać stąd do War­sza­wy.

51 Oskar Han­sen, „Moje: Pa­ryż – Ber­ga­mo – Lon­dyn (1948–1950)”, 1999, ma­szy­no­pis udo­stęp­nio­ny przez ro­dzi­nę.

52 Ibi­dem.

53 Ibi­dem.

54 Ibi­dem.

55Roz­mo­wa z Oska­rem Han­se­nem, prze­pro­wa­dził Woj­ciech Wło­dar­czyk[w:] W krę­gu For­my Otwar­tej, 25 kwiet­nia–23 maja 1986, ka­ta­log wy­sta­wy, Mu­zeum ASP w War­sza­wie, s. 19.

56 Ibi­dem, s. 20; roz­mo­wa z Pi­cas­sem przy­to­czo­na zo­sta­ła przez Han­se­na po fran­cu­sku.

57 Oskar Han­sen, „Moje: Pa­ryż – Ber­ga­mo – Lon­dyn (1948–1950)”, op. cit.

58 Ibi­dem.

59 Ibi­dem.

60 Ibi­dem.

61 Oskar Han­sen, wy­wiad Han­sa Ulri­cha Ob­ri­sta [w:] idem, Ku For­mie Otwar­tej / To­wards Open Form, op. cit., s. 175.

62 Por. ibi­dem.

Re­dak­cja: Ka­ta­rzy­na Szot­kow­ska-Bey­lin

Kon­sul­ta­cja me­ry­to­rycz­na: dr Jola Gola

Ko­rek­ta: Ewa Ślu­sar­czyk, Pau­li­na Le­nar

Pro­jekt książ­ki: Prze­mek Dę­bow­ski, prze­mek­de­bow­ski.com

Kon­wer­sja do for­ma­tów EPUB i MOBI: Mał­go­rza­ta Wi­dła

Co­py­ri­ght for the text © by Fi­lip Sprin­ger, 2013

Co­py­ri­ght for this edi­tion © Mu­zeum Sztu­ki No­wo­cze­snej w War­sza­wie & Wy­daw­nic­two Ka­rak­ter, 2013

Zdję­cie na okład­ce: Zo­fia i Oskar Han­se­no­wie, lata 50., ar­chi­wum ro­dzin­ne

Zdję­cia ar­chi­wal­ne po­cho­dzą z ar­chi­wum ro­dzin­ne­go Han­se­nów oraz z ar­chi­wum Oska­ra Han­se­na, wła­sność ro­dzi­ny, de­po­zyt w Mu­zeum ASP w War­sza­wie.

Po­zo­sta­łe zdję­cia – Co­py­ri­ght © Fi­lip Sprin­ger

ISBN 978-83-62376-31-5

ISBN 978-83-64177-51-4

Wy­daw­nic­two Ka­rak­ter

ul. Grabowskiego 13/1, 31-126 Kra­ków

ka­rak­ter.pl

Mu­zeum Sztu­ki No­wo­cze­snej

ul. Pań­ska 3, 00-124 War­sza­wa

art­mu­seum.pl