Dwunaste: Nie myśl, że uciekniesz - Filip Springer - ebook

72 osoby właśnie czytają

Opis

Jante to miasteczko, w którym życie reguluje jedenaście opresyjnych zasad określających miejsce jednostki w społeczności. Prawo Jante jest w Skandynawii powszechnie znane, chociaż mało kto pamięta, że po raz pierwszy pojawiło się w 1933 roku w powieści Aksela Sandemosego „Uciekinier przecina swój ślad”.

Filip Springer wyrusza na Północ, żeby znaleźć miejsce, które odcisnęło piętno na kolejnych pokoleniach Skandynawów. Ale gdzie jest Jante? Czy w duńskim Nykøbing Mors, pierwowzorze miasteczka z powieści? A może w zagubionej pośród norweskich fiordów samotni pisarza?

A gdyby okazało się, że Jante nie ma nic wspólnego z geografią i tkwi w każdym z nas?

Książka Springera to opowieść o niemożliwej ucieczce od systemu, który nam narzucono, i o ponurym obliczu najszczęśliwszych krajów świata. Ale to także opowieść o świecie rozpiętym między prawdą a fikcją. By go poznać, Springer przekracza nie tylko granice krajów, ale i gatunków literackich.

„Nie sądź, że jesteś kimś – Nie sądź, że nam dorównujesz – Nie sądź, że jesteś mądrzejszy od nas – Nie wyobrażaj sobie, że jesteś lepszy od nas – Nie sądź, że wiesz więcej niż my – Nie sądź, że jesteś kimś więcej niż my – Nie sądź, że się do czegoś nadajesz – Nie wolno ci się z nas śmiać – Nie sądź, że komuś na tobie zależy – Nie sądź, że możesz nas czegoś nauczyć – Myślisz, że nic o tobie nie wiemy? – Nie myśl, że uciekniesz.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 205

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


FILIP SPRINGER

Dwunaste:Nie myśl, że uciekniesz

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Projekt okładki, projekt typograficzny i skład

ŁUKASZ ZBIERANOWSKI / FAJNE CHŁOPAKI

Fotografie wewnątrz tomu © by FILIP SPRINGER

Copyright © by FILIP SPRINGER, 2019

Opieka redakcyjna MAGDALENA MOSKAL

Redakcja KAROLINA IWASZKIEWICZ

Konsultacja merytoryczna DR AGATA LUBOWICKA

Korekta D2D.PL

Skład wersji elektronicznej D2D.PL

Dokumentacja w językach duńskim i norweskim PIOTR SZATKOWSKI

Książka powstała przy wsparciu mecenasów: PURO HOTELS, AMBASADY KRÓLESTWA NORWEGII, THE NEST WARSZAWA.

Książka jest efektem projektu  stypendialnego „Szukając Jante” zrealizowanego w ramach Stypendium Artystycznego Miasta Stołecznego Warszawy (2018).

ISBN 978-83-8049-906-5

Prawie niczego nie wymyślam, ale nie wszystko, co znajduje się w cudzysłowie, jest rzeczywiście cytatem. […] Im bardziej prawdopodobne coś się wydaje, tym podejrzliwiej należy to traktować. Zawsze zachowuję się realistycznie, jednak jako że uważam realność czy rzeczywistość za największą oszustkę, nasze pomyłki bywają dla mnie dokładniejszymi świadectwami niż tak zwane facts.[1]

Alexander Kluge

Tak naprawdę odwieczny cel każdego kronikarza czy świadka – opisać to, co się wydarzyło, zdać sprawę z przebiegu wypadków, pozostawić świadectwo faktów, przestępstw i czynów – to czcza iluzja i złuda, czy też, mówiąc ściśle, już sam ten cel, ta fraza są metaforyczne i stanowią część fikcji. „Opisać to, co się wydarzyło”, to rzecz nie do zrealizowania i próżna, a raczej możliwa tylko przez zmyślenie.[2]

Javier Marías

Mieszkamy w mniej i bardziej rozbudowanych opowieściach, nie zaś w obiektywnych i fizycznie opisywalnych przestrzeniach.[3]

Przemysław Czapliński

Ludzie po prostu nie odkryli, że prawda zazwyczaj jest najlepszym blefem.[4]

Aksel Sandemose

_ Podróż

Dzieliła mnie od niego jeszcze tylko jedna cieśnina, ostatnia woda. Nie spieszyłem się, nic mnie nie gnało. Wiedziałem, że kiedyś to zrobię. Na razie wystarczał mi widok z Końca Świata. Dziś wiem, że się łudziłem, ale wtedy, na Fur, patrzyłem na lśniące w oddali miasto i wierzyłem, że wkrótce dotrę do Jante.

Tamtego dnia profesor Povlsen uparł się, by pokazać mi wyspę. Padało od tygodnia, drogi rozmiękły od deszczu. Na pastwiskach pasły się krowy. Było ich więcej niż ludzi w obejściach. Pojechaliśmy zobaczyć najstarszą kopalnię diatomitu. Wąwóz o stromych ścianach zarastał zielskiem. W tym miejscu od dawna niczego już nie wydobywano, ale kawałek dalej były czynne odkrywki. Gdy przejeżdżaliśmy obok, widziałem we wstecznym lusterku unoszące się spod kół obłoczki siwego pyłu.

Povlsenowie kupili dom na Fur pod koniec lat osiemdziesiątych. Od tamtego czasu wyspy wciąż ubywa. Wszystko przez moler – występujący tylko w kilku miejscach w Europie rodzaj ziemi okrzemkowej. Licencję na jego wydobycie ma francuska korporacja. Wielu wzgórz i klifów, którymi niegdyś zachwycali się profesor i jego żona, już nie ma.

Fur znika, być może za kilkadziesiąt lat cała pogrąży się w wodach cieśniny Limfjorden.

Wraz z nią zniknie kolejny raj i kolejny koniec świata.

Żółty domek Povlsenów stoi na skraju osady Nederby, kilkaset metrów od przeprawy promowej. Kiedyś, gdy po Fur kursowały jeszcze autobusy, był dworcem. Teraz najbliższy przystanek jest za wodą, na Jutlandii.

Spędzają tu kilka miesięcy w roku. Karen Klitgård Povlsen chodzi czasem na plażę i wyobraża sobie, że wzdłuż brzegu suną sjægty. W każdym siedzi kilku zarośniętych i ogorzałych mężczyzn w znoszonych kapotach. Wiosłują, czujnie wpatrując się w ląd, jakby czegoś szukali. Są z epoki, gdy wstęp na wyspę mieli tylko nieliczni. Według jednej z legend na Fur znajdowało się kiedyś coś w rodzaju świeckiego klasztoru, azyl dla kobiet z dobrych domów – pięknych, mądrych, oczywiście rudych. Miały się tu uczyć, haftować, uprawiać ogrody i pielęg-nować swoją niewinność. Sława wysepki zaludnionej przez urodziwe niewiasty sięgała daleko i przyciągała mężczyzn z całej Danii, którzy wpływali na zdradzieckie wody cieśniny, by zobaczyć choć jedną z nich.

Być może to wraz z tą legendą narodził się mit Fur jako utopii. Spośród ponad czterystu duńskich wysp (w tym niespełna osiemdziesięciu zamieszkanych) ta kruszyna wciśnięta w kąt Limfjorden należy do najbardziej znanych w kraju. A na północy Jutlandii z pewnością zna ją każdy.

Wielu ludzi zna Fur.

Ją i jej większą siostrę – Mors. Tę gorszą.

Bo Fur to dobro, szczęście, radość, słońce i niebieskie niebo oraz mikroklimat umożliwiający uprawę roślin tropikalnych. A także wspólnota, o czym przypomniał mi profesor Povlsen. Po drodze, za każdym razem, gdy kogoś mijaliśmy, podnosił z kierownicy palec wskazujący. Kierowca jadący z naprzeciwka robił to samo.

– Dzięki temu drobnemu gestowi wiemy, że jesteśmy z jednego plemienia – wyjaśnił profesor. – Że ten mały raj należy do nas.

Z wyspą Mors jest inaczej. Jeśli Fur to schronienie przed złem, Mors jest źródłem tego zła. Tam jest zimniej, ciemniej, brudniej. Stamtąd przywiewa smród przemysłowych świńskich ferm i ten tłusty brunatny pył, który mieszkańcy Fur ścierają później z białych ram swoich okien.

Poza tym gdy wieje od Mors, to wiadomo, że wkrótce popsuje się pogoda.

– O tych różnicach między wyspami pisz swobodnie, co tylko zechcesz, niech ograniczeniem będzie tylko twoja wyobraźnia. Legendy z dawnych czasów, tradycja literacka: one zawładnęły naszymi umysłami. Trzeba się z tym pogodzić – rzucił profesor Povlsen i skręcił w boczną drogę.

Po kilkuset metrach zatrzymał się przy jakimś niewielkim gospodarstwie.

– Jesteśmy na miejscu.

Spojrzałem na niego zdziwiony. Nie było tam nic wartego uwagi. Stroma droga z koleinami wypełnionymi wodą, łąka, kilka drzew, zabudowania i biała deska z wymalowaną nazwą posiadłości.

– Verdens Ende? – zapytałem, kalecząc język.

– Koniec Świata.

Wysiadłem i poszedłem na szczyt wzgórza. Ujrzałem zachodnią część wyspy Fur, cieśninę i wyspę Mors w oddali. Właśnie wtedy po raz pierwszy pomyślałem, że widzę Jante. W tamtej chwili zaraz po deszczu, na Końcu Świata.

– Nie łudź się – powiedział profesor. – Na Jante patrzy się zawsze przez ramię, w trwodze, podczas ucieczki.

_ Mosty

Fursundbroen – most, który miał zastąpić łączącą Fur ze stałym lądem przeprawę promową między miejscowościami Branden (Jutlandia) i Stenøre (Fur). Szerokość cieśniny w tym miejscu wynosi 440 metrów.

Plany budowy mostu spotkały się z ostrym sprzeciwem części mieszkańców wyspy. Lokalne władze rozpisały więc referendum. Wzięło w nim udział prawie tysiąc osób. Zdecydowana większość zagłosowała przeciwko mostowi. Uszanowano jej wolę. Fursundbroen nigdy nie powstał.

Wyspę z resztą świata nadal łączy tylko prom. W sezonie jest darmowy; jesienią, zimą i wiosną za przeprawę trzeba zapłacić sto koron. Opłaty obowiązują wszystkich, także mieszkańców Fur.

(Steen Klitgård Povlsen: Prom zmusza do zatrzymania się. To wyraźna granica. Czasem trzeba poczekać w kolejce na nabrzeżu, potem wjeżdża się na pokład i powoli przepływa na drugą stronę. Na promie wszystko zwalnia i na Fur zostaje już takie spowolnione. To jest dobre. Most by to zniszczył. Prom chroni rytm wyspy. A do tego zależy od pogody – kiedy jest silny wiatr albo duża fala, może nie popłynąć. To bardziej naturalne. No i pamiętaj, że kosztuje, w dodatku niemało – jeżeli liczysz pieniądze, trzy razy zastanowisz się, czy na pewno musisz opuścić Fur albo na nią przypłynąć. Jednocześnie każdy bilet uprawnia do dwukrotnej przeprawy: tam i z powrotem. Jeśli jesteś z wyspy, pozwala ci na nią wrócić. Jeśli jesteś z zewnątrz, wiesz, że powinieneś stąd wyjechać).

_ Podróż

„W Kopenhadze powstanie zaprojektowany przez Polaka całujący się most” – na taką wiadomość trafiłem gdzieś w sieci wiosną 2014 roku. Przeprawa wkrótce miała zostać kolejną architektoniczną ikoną miasta. „Lekko falującej w planie kładce nadano powściągliwą formę, która nie kłóci się z otoczeniem –pisano w artykule. – Innowacyjny mechanizm pozwala pieszym stać na platformach widokowych na krańcach kanału podczas operacji otwierania i zamykania mostu. Obiekt z pewnością stanie się popularnym miejscem spotkań. To również istotny ciąg komunikacyjny, który pozwala skrócić czas podróży między dwiema częściami duńskiej stolicy dla tysięcy cyklistów i pieszych”.

Projekt zwyciężył w międzynarodowym konkursie, w którym udział wzięli tak uznani projektanci jak Zaha Hadid czy Henning Larsen. Wygrał jednak polski architekt pracujący od 1981 roku w Londynie – Cezary M. Bednarski.

„Celowo unikaliśmy wysokich elementów konstrukcyjnych, które mogłyby zasłaniać widok” – wyjaśniał dziennikarzowi.

Przy okazji w artykule nadmieniono, że budowa ikonicznej przeprawy jest częścią większego programu, w ramach którego w Kopenhadze w ciągu trzynastu lat powstanie siedemnaście nowych mostów. I żaden z nich nie będzie samochodowy.

Dwa lata później w Warszawie wybuchła dyskusja o budowie pierwszej w stolicy pieszo-rowerowej kładki nad Wisłą. Władze miasta postanowiły rozpisać konkurs architektoniczny. Wiele osób podważało jednak celowość tej inwestycji.

„Nie oszukujmy się, to nie ma najmniejszego sensu – pisał jeden z publicystów. – W Warszawie jest zbyt wiele dni z deszczem i śniegiem, jeżdżenie rowerem w takich warunkach nie jest ani przyjemne, ani bezpieczne. Nie jesteśmy Kopenhagą i nigdy nie będziemy. Czas się pogodzić z tym, że część mieszkańców stolicy chce korzystać z samochodów. I to dla nich trzeba rozwijać infrastrukturę”.

Kopenhaga – średnie roczne opady: 621 mm.

Warszawa – średnie roczne opady: 501 mm.

_ Mosty

Inderhavnsbroen (2016) – pieszo-rowerowy most zwodzony łączący turystyczną część kopenhaskiej starówki, Nyhavn, z dzielnicą Christianshavn; najkrótsza droga do Wolnego Miasta Christiania.

Jego budowa od samego początku sprawiała problemy. Zbyt wysokie filary, wadliwe przęsła, mikropęknięcia. A do tego sztorm, woda, która zalała maszynownie, i bankructwo głównego wykonawcy. Wszystko to spowodowało, że budżet inwestycji wzrósł z dwustu do trzystu milionów koron.

Otwarciu mostu nie towarzyszyły żadne uroczystości, władze miasta ogłosiły tylko na Facebooku, że przeprawa została oddana do użytku. Jeszcze tego samego dnia doszło do pierwszych wypadków. Okazało się, że ścieżki rowerowe i piesze mają śliskie nawierzchnie i poprowadzono je na tyle niein-tuicyjnie, że ludzie wpadają na siebie nawzajem. W późniejszych dniach nie było lepiej. Rowerzyści uderzali w przezroczyste barierki i spadali do zatoki.

Projektant mostu, Cezary M. Bednarski, w 2011 roku w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej” mówił: „Architektura od czasu, gdy była matką wszystkich sztuk, niestety zeszła do poziomu projektowania mody. Trzeba świat zadziwiać nową kolekcją dwa razy do roku, tak aby dostrzegały architekta media i klienci. Ponadczasowe wartości niewiele już znaczą, a sprzedaje się »image«, im dziwniejszy i bardziej fotogeniczny, tym lepiej. Ja na przykład mam problem z etykietkami już tak prostymi jak »nowoczesny« czy jeszcze gorsza – »modernistyczny«. A już najgorsza to »iconic«. […]

Moim zdaniem tak jak osoba może wykazywać się wysoką kulturą osobistą w stosunku do świata wokół niej, tak architektura może być kulturalna w stosunku do jej otoczenia. […] Jeden z moich wykładów mostowych ma tytuł Break Dance czy Flamenco. Jestem zdecydowanie zwolennikiem podejścia »Flamenco«, gdzie potęga emocji i energii jest kontrolowana, prawie się spod tej kontroli wymyka i w ten sposób jest ujawniana widzowi, ale jednak pozostaje pod elegancką i wyrafinowaną kontrolą, w przeciwieństwie do gimnastycznego i ekstrawaganckiego »Break Dance«”.[5]

(– Oni spierdolili ten Inderhavnsbroen – mówi Mikael Colville-Andersen z Copenhagenize Design Company. – Oni, czyli miasto i jury.

– Napisałeś, że to głupi most. Jak most może być głupi?

– Głupi, głupi most! Chcieli zrobić landmark, ikonę, przy Nyhavn, pocztówce z Kopenhagi. Budowę współfinansował Maersk, ale winę za tę katastrofę ponoszą jury i władze miasta. Napisałem o tym artykuł, przedrukował go portal ArchDaily i następnego dnia miałem to w nagłówkach wszystkich najważniejszych duńskich gazet. „Znany portal architektoniczny nazywa nasz most głupim, głupim mostem”. I nagle wszyscy moi znajomi, także ci z jury, mówią mi: „Nigdy nie lubiłem tego mostu”. Mam przyjaciela ze Stanów, przyjechał do Kopenhagi, stanął na tym moście. Robił zdjęcie. Były tam dwie babki, rozmawiały po angielsku. „Hej, czy to ten stupid, stupid bridge?” A więc to już weszło do języka! Fajnie, co? Chcemy zrobić tu w biurze znak i postawić go tam, żeby każdy wiedział: Welcome to the stupid, stupid bridge!

– Co z nim jest nie tak?

– Wszystko. O wtopionych w budowę pieniądzach nawet nie wspomnę. Ale te śliskie nawierzchnie, kolorowe szybki, zakręty. Jeden wielki chaos. Żeby się ludzie nie zabijali, trzeba było dodać oznakowanie i ostrzeżenia. Ostateczna klęska projektanta. Żal mi go. Wiesz, to jest bardzo nieduński most.

– Proszę?

– Jest niefunkcjonalny, niepraktyczny i nieelegancki. Nie-duński).

_ Ole

Muszę go sobie domyślić. Nie pozostaje mi nic innego. Klecę go z tych strzępów, których nie zdołał przede mną ukryć albo nawet nie wpadł na to, że powinien. Być może zresztą go przeceniam; jego albo siebie. Może wcale nie próbował niczego ukrywać, może pisząc to, już zmyślam. Możliwe, że jestem mu obojętny.

Ale tylko to mam, to i to jego milczenie. Z tego go lepię. Będę go sobie wyobrażał i wymyślał ciągle na nowo, za każdym razem, gdy zobaczę kogoś, kto wyda mi się do niego podobny. Nie wiem, jak on wygląda. Ale kiedy słyszymy czyjeś imię, kiedy dowiadujemy się z grubsza, kim ten ktoś jest, i poznajemy jego historię, zaczynamy go sobie wyobrażać. Nosimy ten obraz w głowie i zdarza się, że jesteśmy zaskoczeni, gdy skonfrontujemy go z prawdziwą osobą.

W tym przypadku do konfrontacji nie dojdzie. Szanuję jego decyzję, nie zamierzam go do niczego zmuszać. Zresztą jak miałbym to zrobić?

Dlatego mój Ole nie jest tym prawdziwym – tym, który nie chce ze mną rozmawiać, nie oddzwania, nie odpisuje, odwraca się do mnie plecami.

Mój Ole to ten, który wybrał życie w Jante, postanowił więc być postacią fikcyjną.

Żeby zanurzyć stopy w Limfjorden, wystarczy wyjść z domu. Kilka kroków i palce zapadną się w piasek, a potem pod nogami zazgrzytają podłużne muszle. Trzeba być ostrożnym, są ostre, nawet pokruszone mogą zranić. Czasem fale wyrzucają też meduzy. Ich galaretowate zwłoki gniją później na plaży. Wyglądają jak zastygłe morze. Nie sprząta ich, choć śmierdzą. Pozwala im spokojnie wsiąkać w piasek.

Meduzy, kamienie, połamane muszle. Ale i tak najlepiej iść boso. Kilka kroków, z każdym piasek staje się chłodniejszy i bardziej miękki, pięty się zapadają – a potem przychodzi zimna fala i wtedy można się obudzić.

Każdego ranka tak samo.

Żeby wyłowić ostrygę, musi zanurzyć dłoń w wodzie i sięgnąć aż do dna. Otwiera muszlę nożem i wlewa sobie jej zawartość do ust. Odchyla głowę, spogląda w niebo i mruży oczy. Słony smak morza, oślepiające światło, drobinki piasku na powiekach. Zawsze ma problem z pustą skorupą. Nie umie tak po prostu wyrzucić jej do wody. Wydaje mu się, że byłaby w tym jakaś niezręczność. Odkłada więc muszlę na kamienie przy brzegu. Niech morze samo ją sobie weźmie.

Czasem zbiera drewno z plaży. Jego kawałek brzegu jest najlepiej wysprzątany. Nie ma obowiązku tego robić, ale robi. Lubi to. Drewno wyrzucone przez morze ma w sobie szlachetność, która budzi jego szacunek. Każdą gałąź, każdą połamaną deskę traktuje jak wiadomość z innych epok. Zebrane kawałki suszy, a potem tnie ręczną piłą tak, by zmieściły się do piecyka. Piła wisi na kołku na zachodniej ścianie domu. Morskie drewno leży w równych stertach pod tarasem. Łatwo je rozpoznać, nawet z daleka. Jest gładkie, wypolerowane przez wodę i piasek, kolorem przypomina kamienie. Ole pali nim tylko w szczególne dni, to jego rytuał. Do drewna, którego używa na co dzień, nie podchodzi już z takim namaszczeniem. Układa je pod okapem, od południa, tam gdzie słońce świeci najdłużej. Jeździ po nie do Vils w samym sercu wyspy.

Okno, przy którym zwykle je i czyta, wychodzi na zachód. Linia horyzontu przecina ramę niemal idealnie w połowie i tylko tam, gdzie morze styka się z lądem, delikatnie się wybrzusza.

Ostatnio widział, musiał widzieć, helikopter ratowniczy, który przez dobrą godzinę krążył nad wodą. Latał nisko, reflektor oświetlał fale. Na pokładzie było dwóch ludzi w pomarańczowych kombinezonach, wpatrywali się w toń. Potem zniknęli w gęstniejącym zmierzchu, został tylko ten błąkający się w mroku ostrosłup światła. Huk silników sprawiał, że to wszystko wydawało się prawdziwsze. Maszyna nie opuszczała okiennej ramy. Ole nie zapalił światła, choć w kuchni zrobiło się już całkiem ciemno. Za domem rozlegał się śpiew policyjnych syren. Może były to tylko ćwiczenia, ale równie dobrze mogło znów chodzić o jakiegoś niedoświadczonego turystę, który wypłynął na Limfjorden. W końcu helikopter wyłączył szperacz, uniósł się i odleciał.

Są i takie dni, kiedy ziemia, morze i niebo za oknem zlewają się w jedno. Ole ma wtedy wrażenie, że jego dom wcale nie stoi na wyspie uwięzionej w ciasnym fiordzie. W takie dni czekający w porcie sjægt kusi go bardziej niż zwykle.

Bo uciec można tylko łodzią. Promy się do tego nie nadają. Wykluczają samotność i zmuszają do patrzenia za siebie – na kilwater prowadzący w stronę brzegu, który się opuściło. Żeby ucieczka się udała, potrzebna jest łódź, najlepiej właśnie solidny sjægt, z dziobnicą dość twardą, by wbić się w horyzont. Żeglując, musisz patrzeć przed siebie. Pewnie trzymać rumpel i za dużo nie myśleć. Skupić się na wietrze, zwrotach i kursie.

Ole wie jednak, że gdyby uległ pokusie, czekałoby go rozczarowanie. W najlepszym wypadku dopłynąłby po prostu w okolice Sæbygårds Hage, przy odrobinie szczęścia może zawinąłby do portu w Stenøre. W najgorszym – złudna pustka pochłonęłaby go i wypluła tam, skąd wyruszył.

Poza tym odkąd istnieją mosty łączące wyspę ze stałym lądem, nie ma już sensu uciekać. Mosty niweczą każdą próbę. Sprawiły, że każda ucieczka jest tylko złudzeniem, niczym więcej.

Po zakupy może iść na piechotę, ale pewnie częściej jedzie. Parkuje za sklepem. Wieczorami market Fakta przy Algade jest pusty i cichy. To dobra pora. Można wtedy swobodnie krążyć między półkami i spokojnie wybierać produkty. Nie trzeba się też martwić, że utknie się w kolejce do kasy. Ole ma tu swój utarty szlak, od warzyw przez pieczywo do nabiału, z powrotem do piwa i dalej do środków czystości. Sekcję ze słodyczami stara się omijać, czasem zdarza mu się jedynie złamać przy kasie, gdzie wystawione są na ostatnie kuszenie sterty czekoladowych batonów.

Market jest ogromny, ale wieczorami i tak obsługuje go tylko jedna osoba. W czwartki i piątki jest to pryszczaty chłopak z gęstą czarną czupryną.

Ole (jeśli to on był tym mężczyzną między kostkami do sedesów a proszkami do prania) obserwował go kiedyś z oddali. W sklepie było kilku klientów, wszyscy lawirowali wśród półek tak, żeby się przypadkiem nie spotkać. Gdy w pobliżu nikogo nie było, młody wyjmował spod kasy telefon i stukał palcem w ekran, co kilka sekund odgarniając grzywkę z czoła. Potem wyciągnął komórkę przed siebie i przez chwilę nią manewrował, kręcąc się na obrotowym krześle. Sprawdzał, które tło będzie najlepsze – sekcja owocowo-warzywna, chemia gospodarcza, stojak z gazetami czy gablota z papierosami. Długo nie mógł się zdecydować.

Dla Olego, jeśli to był on, musiał to być widok niezwykły. Kasjer w końcu spostrzegł jego zaciekawienie, nic sobie jednak nie robił z kolejnego zagubionego staruszka. Po sklepie poniósł się dźwięk elektronicznej imitacji migawki.

Ole pozostał dla chłopaka niewidzialny nawet wtedy, gdy wyładował już produkty przy kasie i wyjął portfel. Młody podsuwał kolejne kody pod czytnik, nie odrywając wzroku od trzymanego w drugiej ręce telefonu. Nagle skrzywił się i westchnął.

Ole chciał chyba coś powiedzieć, ale kasjer go uprzedził. Uniósł palec wskazujący i zbliżył usta do komórki.

– Piątek w pracy hasztag fuckjante.

Potem zwrócił się do Olego:

– Karta czy gotówka?

Reszta tekstu dostępna w regularnej sprzedaży.

Źródła cytatów

[1] Arkadiusz Żychliński, Strasznie blisko, niesamowicie głośno [w:] Aleksander Kluge, Nalot na Halberstadt 8 kwietnia 1945, przeł. Arkadiusz Żychliński, Wrocław: Ossolineum, 2016.

[2] Javier Marías, Czarne plecy czasu, przeł. Tomasz Pindel, Katowice: Sonia Draga, 2014.

[3] Przemysław Czapliński, Poruszona mapa. Wyobraźnia geograficzno-kulturowa polskiej literatury przełomu XX i XXI wieku, Kraków: Wydawnictwo Literackie, 2016.

[4] Ole Storm, Janteloven: Aksel Sandemose: en biografi, København: Gyldendal, 1989.

[5]Dom na placu zabaw, wyborcza.pl, bit.ly/2v65MpT, dostęp: 14.04.2019.

WYDAWNICTWO CZARNE SP. Z O.O.

czarne.com.pl

 Wydawnictwo Czarne

 @wydawnictwoczarne

Sekretariat i dział sprzedaży: ul. Węgierska 25A, 38-300 Gorlice

tel. +48 18 353 58 93

Redakcja: Wołowiec 11, 38-307 Sękowa

Dział promocji: ul. Marszałkowska 43/1, 00-648 Warszawa

tel. +48 22 621 10 48

Skład: Fajne Chłopaki

www.fajnechlopaki.com,  @fch_radicals

Wołowiec 2019

Wydanie I