Zacznijmy od nowa w Sunflower Cliffs - Georgina Troy - ebook

Zacznijmy od nowa w Sunflower Cliffs ebook

Georgina Troy

0,0
32,90 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Mówi się, że mieszkając na słonecznej wyspie Jersey, trudno jest się nie zakochać…

Bea Philips – wciąż dochodząca do siebie po rozwodzie i stracie ukochanej matki chrzestnej – zupełnie nie ma czasu dla siebie. Jej przyszły były mąż próbuje odebrać jej dom, w którym dorastała, a jego remontem zajmuje się ponury, choć bardzo pociągający budowlaniec, Luke. Tymczasem jej dawna miłość, Tom, niespodziewanie pojawia się w jej pracy jako… nowy szef.

Czy los w końcu się do niej uśmiechnie, pozwoli jej zatrzymać wymarzony dom, a może nawet zakochać się jeszcze raz?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 313

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł ory­gi­nału: New Beg­gi­nings by the Sun­flo­wer Cliffs

Korekta: zespół

Copy­ri­ght © by Geo­r­gina Troy, 2023 All rights rese­rved Copy­ri­ght © for the Polish trans­la­tion by Karo­lina Nie­wia­dom­ska, 2026 Prawa do prze­kładu zostały pozy­skane za pośred­nic­twem Vicki Satlow Lite­rary Agency oraz Book/Lab Lite­rary Agency Copy­ri­ght © for this edi­tion by Dres­sler Dublin Sp. z o.o., 2026

Pro­du­cent Dres­sler Dublin Sp. z o.o. 05-850 Oża­rów Mazo­wiecki, ul. Poznań­ska 91 e-mail: sekre­ta­riat@dres­sler.com.pl, tel. + 48 22 733 50 00 www.dres­sler.com.pl

Dane do kon­taktu Wydaw­nic­two Świat Książki 02-103 War­szawa, ul. Han­kie­wi­cza 2 e-mail: biuro@swiatk­siazki.pl tel. + 48 22 45 70 402 www.wydaw­nic­two­swiatk­siazki.pl

War­szawa 2026

Księ­gar­nie inter­ne­towe: swiatk­siazki.pl, ksiazki.pl, czy­tam.pl

Dys­try­bu­cja Dres­sler Dublin Sp. z o.o. 05-850 Oża­rów Mazo­wiecki, ul. Poznań­ska 91 e-mail: dys­try­bu­cja@dres­sler.com.pl, tel. + 48 22 733 50 31/32 www.dres­sler.com.pl

ISBN 978-83-68872-04-0

Wer­sję elek­tro­niczną przy­go­to­wano w sys­te­mie Zecer

Robowi, Jame­sowi, Saskii i Maxowi.

Jeden. Dmuchawce na wietrze

Jeden

Dmu­chawce na wie­trze

Czer­wiec

– Już idę, już idę! – zawo­łała Bea zdy­sza­nym gło­sem, wycho­dząc spod prysz­nica i omal nie tra­cąc rów­no­wagi, gdy pośli­zgnęła się na macie. Zła­pała zasłonę prysz­ni­cową, zry­wa­jąc ją z kółek, po czym owi­nęła się naj­bliż­szym ręcz­ni­kiem i zbie­gła po scho­dach.

– Cho­lerni budow­lańcy – mruk­nęła, ude­rza­jąc pal­cem w dębową poręcz. Dla­czego musieli przyjść wła­śnie dziś, i to wcze­śniej niż zwy­kle, aku­rat wtedy, kiedy była spóź­niona? Szarp­nęła cięż­kie drzwi wej­ściowe.

– Prze­pra­szam, kocha­nie – powie­dział męż­czy­zna w popla­mio­nym farbą kom­bi­ne­zo­nie, sze­roko otwie­ra­jąc oczy na widok jej ską­pego stroju. – Chyba, eee… zła­pa­li­śmy cię w nie­do­god­nym momen­cie.

– Tak, no cóż, tro­chę się spie­szę. – Przy­trzy­mała drzwi, wpusz­cza­jąc budow­lańca i jego pomoc­nika do środka. Jedną ręką mocno ści­snęła ręcz­nik na piersi, drugą odgar­nęła zbłą­kany kosmyk blond wło­sów. – Zapro­wa­dzę was na górę, do mojej sypialni.

Chło­pak z trą­dzi­kiem stłu­mił chi­chot, uno­sząc prze­kłutą brew w stronę szefa, aż ten szturch­nął go ostro w żebra. Bea odchrząk­nęła i szybko dodała:

– Żeby poka­zać, co trzeba wyce­nić.

Zaru­mie­niła się z zaże­no­wa­nia.

– Jasne, jak sobie życzysz, kochana.

Sły­szała, jak budow­la­niec mru­czy coś do pomoc­nika, gdy pro­wa­dziła ich po rzeź­bio­nych dębo­wych scho­dach, sta­ra­jąc się nie myśleć o tym, jak nie­wiele zakrywa ręcz­nik, i pło­nąc w środku na myśl o tym, co wła­śnie powie­działa.

– Moja łazienka ma przy­le­gać do sypialni, a przy­naj­mniej na to liczę – wyja­śniła. – Dla­tego pomy­śla­łam, że naj­le­piej zacząć od mojego pokoju.

– Dobrze.

– Trzeba będzie wybu­rzyć tę ścianę i zro­bić drzwi tam, na końcu. – Wska­zała przez pokój, zauwa­ża­jąc na pod­ło­dze swoje majtki i biu­sto­nosz. Kop­nęła je pod łóżko i wzięła oddech, by mówić dalej.

– Nie da się – ode­zwał się chra­pliwy głos z kory­ta­rza.

Zasko­czona ruszyła w jego stronę.

– Dla­czego nie? – zapy­tała, lecz przy­go­to­wana tyrada uwię­zła jej w gar­dle, gdy sta­nęła twa­rzą w twarz z naj­bar­dziej prze­ni­kli­wymi nie­bie­skimi oczami, jakie kie­dy­kol­wiek widziała. Była pewna, że, kto­kol­wiek ukrywa się pod tym zaro­stem, musi być przy­stojny, i mimo iry­ta­cji nie mogła ode­rwać od niego wzroku.

– To bar­dzo stary dom, a to, młoda damo, jest ściana nośna – powie­dział, a jego ide­alne usta wygięły się w lek­kim uśmie­chu, który od razu uznała raczej za wyraz roz­ba­wie­nia niż zachwytu nad jej wyglą­dem. Odchrząk­nął i stuk­nął w ścianę. – Nie radził­bym jej burzyć.

Młoda damo? Nie mógł być od niej dużo star­szy, pomy­ślała. A może jed­nak – trudno było oce­nić przez ten zarost. Ale nawet jeśli jest star­szy, to dla­czego zwraca się do niej per „ty”?

– Ale ja to zapla­no­wa­łam – zapro­te­sto­wała, nie mogąc znieść jego pro­tek­cjo­nal­nego tonu i roz­ba­wio­nego spoj­rze­nia. Może był przy­zwy­cza­jony, że kobiety miękną pod wpły­wem jego domi­nu­ją­cej obec­no­ści, ale ona dopiero co pozbyła się apo­dyk­tycz­nego męża i nie zamie­rzała zastę­po­wać go rów­nie despo­tycz­nym budow­lań­cem.

– A wła­ści­wie… kim pan jest? – zapy­tała, żału­jąc, że zna­la­zła się w tak kom­pro­mi­tu­ją­cej sytu­acji. Spóź­nie­nie to jedno, ale sta­nie przed nim pół­nago to zupeł­nie co innego.

– Luke Thorn­ton – przed­sta­wił się, przy­glą­da­jąc się ścia­nie. – Tro­chę się spóź­ni­łem i popro­si­łem Billa, żeby przy­je­chał wcze­śniej. – Ski­nął, by poszła za nim, i prze­szedł do innej sypialni po dru­giej stro­nie kory­ta­rza. – Mam lep­szy pomysł.

Zmru­żył oczy, przy­glą­da­jąc się ścia­nie przed sobą.

– Ten mały pokój ide­al­nie nada się na pry­watną łazienkę. – Wyj­rzał przez okno. – Wyobraź sobie kąpiel z wido­kiem na latar­nię Corbière.

Odsu­nął się, żeby mogła spoj­rzeć. Bea pochy­liła się i ogar­nęła wzro­kiem roz­cią­ga­jący się przed nią widok: pola i białą wieżę nad brze­giem morza. Miał rację. Zawsze lubiła patrzeć na ten maje­sta­tyczny budy­nek na końcu zatoki St Ouen.

– Impo­nu­jące, prawda? – ode­zwał się, sto­jąc za nią.

Bea ści­snęła ręcz­nik, żału­jąc, że nie zdą­żyła cho­ciaż wło­żyć bie­li­zny, i ski­nęła głową.

– A tamtą – kon­ty­nu­ował, nie cze­ka­jąc na odpo­wiedź – możesz zosta­wić jako główną łazienkę. Jest więk­sza i bli­żej pozo­sta­łych sypialni.

Zasta­no­wiła się chwilę.

– Rozu­miem, co pan ma na myśli, ale wszystko już dokład­nie zapla­no­wa­łam. – Nie chciała zbyt łatwo ustę­po­wać, choć despe­racko chciała się ubrać. – Wygląda na to, że nie mam wiel­kiego wyboru, więc chyba sko­rzy­stam z pana pro­po­zy­cji.

Luke wzru­szył ramio­nami.

– Jak chcesz, to twój dom. – Spoj­rzał na notat­nik, który podał mu Bill. – Według mojej sekre­tarki, oprócz remontu łazienki i urzą­dze­nia dru­giej przy sypialni, chcesz też odno­wić toa­letę na dole, wyko­nać tro­chę prac tyn­kar­skich w holu i poma­lo­wać resztę domu.

Bea ski­nęła głową. Kiedy tak to wyli­czył, wszystko brzmiało jak ogromne przed­się­wzię­cie. Luke wyjął dłu­go­pis i zaczął robić notatki. Ski­nął na pozo­sta­łych.

– Może­cie jechać, zła­piemy się póź­niej.

Powoli zszedł po scho­dach, prze­su­wa­jąc dło­nią po ścia­nach.

– Nie przej­muj się nim, kochana – szep­nął Bill zza jej ple­ców. – Nie chce być nie­miły, to po pro­stu jego spo­sób bycia.

– Dużo ostat­nio prze­szedł – dodał pomoc­nik, po czym znów dostał kuk­sańca. – Au, za co to było?

– Idź do auta. – Budow­la­niec pokrę­cił głową. – Ten chło­pak za dużo kła­pie dzio­bem. – Kiw­nął w stronę Luke’a. – Ale to porządny gość.

Bea spoj­rzała na sze­ro­kie plecy Luke’a, gdy wszedł do toa­lety na dole.

– Świet­nie to ukrywa – mruk­nęła, po czym pobie­gła do sypialni się ubrać.

Gotowa, żeby zacząć nowy dzień, wsu­nęła buty i zeszła do kuchni. Co wła­ści­wie było z nim nie tak? Przy nim jej wcze­śniej­szy nastrój wyda­wał się wręcz pogodny.

Spoj­rzała na zega­rek. Musiała się pospie­szyć. Dojazd zaj­mie jej co naj­mniej pięt­na­ście minut, nawet jeśli poje­dzie wzdłuż zatoki St Ouen aż do St Bre­lade, mija­jąc wydmy i pole gol­fowe. Wyjęła lusterko i popra­wiła wiśniowy błysz­czyk. Żołą­dek ści­snął się jej z ner­wów – cze­kała ją nie­ła­twa roz­mowa. Współ­pra­cow­nicy to jedno, ale uże­ra­nie się z roz­piesz­czoną żoną jej naj­więk­szego klienta było jesz­cze gor­sze.

– Wow, ale świą­ty­nia poma­rań­czo­wego lami­natu – oznaj­mił Luke, sta­jąc w drzwiach.

Bea zmarsz­czyła brwi. Miał rację, ale nie musiał być aż tak bez­po­średni.

– Tro­chę tak, ale nie stać mnie na zro­bie­nie wszyst­kiego naraz. Spraw­dza się, nawet jeśli jest… no… tro­chę poma­rań­czowa, więc musi pocze­kać, aż uzbie­ram na nową kuch­nię.

Luke prze­cze­sał dło­nią swoją potar­ganą, brą­zową grzywkę.

– Nie jest aż tak źle.

Zauwa­żyła błysk roz­ba­wie­nia w jego oczach.

– To chyba kwe­stia gustu – odparła, uno­sząc brwi i mimo­wol­nie zer­ka­jąc znów na kuchenny zegar.

– Dobrze – powie­dział, uśmie­cha­jąc się do niej. – Widać, że się spie­szysz, a ja zro­bi­łem już wszyst­kie potrzebne notatki. Prze­każę je jutro mojej sekre­tarce, która przy­go­tuje dla cie­bie wycenę.

Bea nie mogła nie zauwa­żyć, jak jego uśmiech roz­ja­śnia całą twarz – a przy­naj­mniej tę jej część, którą widziała spod zaro­stu. Poczuła, jak jej żołą­dek wyko­nuje fikołka, gdy jego ciem­no­nie­bie­skie oczy zdra­dziły roz­ba­wie­nie. Odwró­ciła wzrok i zanu­rzyła rękę w torebce. Żało­wała, że jej ciotka już nie żyje – na pewno śmia­łyby się razem z jego miny, gdy po raz pierw­szy zoba­czył kuch­nię.

– Ni­gdy nie mogę w niej niczego zna­leźć – mruk­nęła, czu­jąc jego spoj­rze­nie, gdy gorącz­kowo szu­kała klu­czy­ków do samo­chodu.

– Nauczy­łem się nie komen­to­wać dam­skich tore­bek. – Wzru­szył ramio­nami. – Czy mam coś jesz­cze dopi­sać do listy, zanim pójdę?

Przy­po­mniała sobie, która jest godzina, i spró­bo­wała nie wpa­dać w panikę.

– Wła­śnie, jeśli cho­dzi o te prace… – Bea zasta­no­wiła się nad zakre­sem robót, o które go pro­siła. Pod­nio­sła mary­narkę z opar­cia krze­sła i zawa­hała się. – To tro­chę krę­pu­jące – powie­działa. – Nie jestem pewna, czy będzie mnie stać na wszystko naraz. – Przy­gry­zła dolną wargę. – Kiedy roz­ma­wia­łam z sio­strą o kon­tak­cie z tobą, liczy­łam, że uda mi się wziąć kre­dyt na ten remont.

Jego wyraz twa­rzy zła­god­niał.

– Przy­kro mi z powodu two­jej ciotki. Sły­sza­łem, że była nie­zwy­kłą kobietą.

Bea prze­łknęła ślinę. To było jesz­cze zbyt świeże, by mówić o ciotce Anna­bel bez emo­cji, ale musiała spró­bo­wać.

– Była. – Odchrząk­nęła, sta­ra­jąc się nie myśleć o bólu. Nie mogła teraz roz­ma­zać maki­jażu, nie miała czasu go popra­wiać. – Jeśli nie masz nic prze­ciwko, na razie popro­szę tylko o wycenę łazie­nek i tyn­ko­wa­nia. Resztę chyba będę musiała zro­bić sama.

Luke ski­nął głową i coś zano­to­wał.

– Żaden pro­blem. Zadzwoń, jeśli wycena będzie ci odpo­wia­dać. Chłopcy mogą zacząć już na początku przy­szłego tygo­dnia.

Bea była zasko­czona, że mogą zacząć tak szybko, ale nic nie powie­działa.

– Dobrze, dzię­kuję. – Odpro­wa­dziła go do drzwi wej­ścio­wych. Przez chwilę wyda­wał się taki łagodny. – Prze­pra­szam, że tak cię poga­niam, ale jestem już bar­dzo spóź­niona i muszę jechać.

Pocze­kała, aż wsią­dzie do swo­jego nie­bie­skiego pick-upa, i patrzyła w mil­cze­niu, jak znika w chmu­rze kurzu na dłu­gim, żwi­ro­wym pod­jeź­dzie. To jak z nasio­nami dmu­chawca, pomy­ślała. Ni­gdy nie wia­domo dokąd polecą. Wes­tchnęła ciężko. To nie był moment, by wpa­dać w panikę z powodu ogrom­nej odpo­wie­dzial­no­ści, jaką na sie­bie wzięła. Ilu ludzi zamie­ni­łoby się z nią miej­scami w jed­nej chwili, żeby mieć tak wspa­niały dom i ogród jak The Brae?

Rozej­rzała się po dużym, wyło­żo­nym boaze­rią holu. Ten dom powi­nien tęt­nić rodzin­nym życiem, a nie nale­żeć do samot­nej, i pogrą­żo­nej w żało­bie trzy­dzie­sto­let­niej roz­wódki. Czy to sza­leń­stwo tak bar­dzo wal­czyć o jego utrzy­ma­nie?

W dro­dze do drzwi Bea spoj­rzała na zbiór obra­zów wiszą­cych na ścia­nie.

– Czy mamy tu gdzieś Jer­sey Kiss? – zapy­tała z powąt­pie­wa­niem. Żaden na takiego nie wyglą­dał. Czym wła­ści­wie było Jer­sey Kiss i dla­czego ciotka nie zosta­wiła żad­nej wska­zówki w testa­men­cie?

Dwa. Śliski problem

Dwa

Śli­ski pro­blem

Lipiec

– Udało ci się już usta­lić, czym wła­ści­wie jest to całe „Jer­sey Kiss”? – zapy­tała Mel. – Myślisz, że to jakiś obraz czy coś w tym stylu?

Bea bar­dzo chcia­łaby poznać odpo­wiedź. Odkąd dowie­działa się od praw­nika ciotki, że odzie­dzi­czyła jakiś przed­miot o tej nazwie, bez prze­rwy zacho­dziła w głowę, co to takiego.

– Nie mam poję­cia. Nie widzia­łam niczego, do czego paso­wa­łaby ta nazwa, a spraw­dzi­łam wszyst­kie obrazy w domu.

– Mama mówi, że to może być biżu­te­ria. Prze­cież Anto­nio kupo­wał two­jej ciotce piękne rze­czy, prawda? Podobno wyjąt­kowe egzem­pla­rze cza­sem mają wła­sne nazwy.

– Może… – Bea znów spró­bo­wała odtwo­rzyć w myślach zawar­tość szka­tułki z biżu­te­rią ciotki i zasta­na­wiała się, dla­czego Joyce (jej maco­cha i matka Mel, która ni­gdy wcze­śniej nie inte­re­so­wała się ani nią, ani jej ciotką) nagle tak bar­dzo chce roz­wią­zać tę zagadkę. – Z dru­giej strony praw­nik mówił, że ciotka Anna­bel spi­sała testa­ment ponad dwa­dzie­ścia lat temu. Cią­gle potrze­bo­wała pie­nię­dzy na swoje ogro­dowe pro­jekty, więc może w mię­dzy­cza­sie to sprze­dała?

– Pew­nie tak – powie­działa Mel z roz­cza­ro­wa­niem w gło­sie. – No dobrze, skoro to nie ta zagi­niona rzecz spra­wia, że jesteś taka zamy­ślona, to co?

– Skoro już musisz wie­dzieć… myśla­łam o Luke’u Thorn­to­nie.

Bea nacią­gnęła na sie­bie czarną szy­fo­nową bluzkę, po raz kolejny żału­jąc, że jej biust nie jest o dwa roz­miary mniej­szy. Może jed­nak zbyt opty­mi­stycz­nie zało­żyła, że zmie­ści się w ubra­nia Mel.

– Ach, słynny Luke Thorn­ton. Ni­gdy go nie pozna­łam, ale Grant mówi, że to dość domi­nu­jący typ.

– No pro­szę, zupeł­nie mnie to nie dziwi – mruk­nęła Bea, uno­sząc brew. – A czy twój przy­szły narze­czony wspo­mniał może, dla­czego Luke jest taki ponury?

– Chyba ma jakieś pro­blemy w rela­cji. – Mel prze­chy­liła głowę i przyj­rzała się kry­tycz­nie jej syl­wetce.

– Chcesz powie­dzieć, że jego dziew­czyna miała dość roz­sądku, żeby go zosta­wić? – Bea nie mogła się powstrzy­mać od wbi­cia szpili.

Mel pokrę­ciła głową.

– Nie dziew­czyna. Facet. Wspól­nik w inte­re­sach. Podobno znik­nął, zabie­ra­jąc jego pie­nią­dze czy coś w tym stylu. Ktoś mówił, że Luke tro­chę się przez to posy­pał. – Zmru­żyła oczy. – Wyda­jesz się bar­dzo zain­te­re­so­wana kimś, kogo sama nazwa­łaś okrop­nym.

– Po pro­stu pytam – odparła Bea, wkła­da­jąc kolejną bluzkę i marsz­cząc brwi na widok swo­jego odbi­cia w lustrze. – Za cia­sna. Wie­dzia­łam, że to bez sensu. Nie ma szans, żebym zmie­ściła się w twoje ubra­nia, a swoje już dawno zaje­cha­łam.

Mel pocią­gnęła mate­riał z tyłu, pró­bu­jąc go jakoś dopa­so­wać.

– Pośpiesz się i wybierz cokol­wiek.

– Nie mogę tego zało­żyć. – Bea z tru­dem zdjęła bluzkę i rzu­ciła ją na zmiętą narzutę, gdzie leżało już z dzie­sięć innych rze­czy.

– Musimy coś wymy­ślić – wes­tchnęła Mel, skła­da­jąc ubra­nie.

– To mój pierw­szy raz, kiedy wycho­dzę z domu, odkąd ciotka Anna­bel… no wiesz.

– Bea, ona umarła. Tak, wiem i przy­kro mi, ale musisz się ogar­nąć i żyć dalej. – Mel zaczęła prze­szu­ki­wać jej szafę. – To było podłe ze strony Simona, że odszedł dosłow­nie chwilę póź­niej, ale dziś są moje zarę­czyny i nie pozwolę ci sie­dzieć w domu i się nad sobą uża­lać.

– Po pro­stu nie chcesz mieć do czy­nie­nia z Joyce, jeśli się nie poja­wię – zauwa­żyła Bea, się­ga­jąc po fio­le­tową jedwabną bluzkę, którą zakła­dała na każdą „lep­szą” oka­zję.

– Posłu­chaj, może nie mamy tej samej matki i wiem, że moja bywa trudna, ale chce dla mnie dobrze.

Bea ski­nęła głową. To nie była wina Mel, że jej matka tak bar­dzo sta­rała się wypchnąć ją na pierw­szy plan w oczach ich ojca. Biedny czło­wiek. Bea nie miała poję­cia, jak on to znosi.

– W każ­dym razie minęły już mie­siące, od kiedy Anna­bel powie­działa ci o Simo­nie i jego roman­sie z tą swoją pusz­czal­ską asy­stentką. Śli­ski typ.

Ciotka Anna­bel… – pomy­ślała Bea. Wie­dzia­łaby, co powie­dzieć, żeby ją pocie­szyć.

– Naj­gor­sze jest to, że Cla­ire już jest z nim w ciąży. – Wzięła głę­boki oddech i unio­sła ręce. – I jak? – zapy­tała, przy­kła­da­jąc bluzkę do sie­bie. – Nie jest ide­alna, ale może być.

– Świet­nie! Teraz wypró­buj tę szminkę. To inny odcień niż ten wiśniowy, który zawsze nosisz. Myślę, że będzie ci paso­wał.

Bea wydęła usta przed lustrem, sta­ran­nie malu­jąc bla­do­ró­żowe usta na inten­sywny odcień fuk­sji, kiedy nagle ktoś z całej siły zało­mo­tał do drzwi wej­ścio­wych.

Pod­sko­czyła, roz­ma­zu­jąc przy oka­zji szminkę aż po poli­czek.

– Cho­lera.

Odło­żyła ją na toa­letkę i zeszła na dół, a Mel ruszyła za nią.

– Co ty, do dia­bła, masz na sobie? – zapy­tał Simon, mie­rząc ją wzro­kiem od góry do dołu, gdy otwo­rzyła drzwi.

– Wejdź, Simon – rzu­ciła Mel z prze­ką­sem.

Zigno­ro­wał ją. Bea chwy­ciła starą kurtkę Bar­bour wiszącą za drzwiami i narzu­ciła ją na bie­li­znę. Naprawdę powinna prze­stać otwie­rać drzwi w takim sta­nie, pomy­ślała ziry­to­wana.

– Nie wie­rzę. – Obró­cił się, wpa­tru­jąc się w jej biust w nowym czar­nym saty­no­wym sta­niku push-up, na zakup któ­rego namó­wiła ją Mel. – Idzie­cie razem na imprezę. Ciotka Anna­bel byłaby zachwy­cona.

Bea skrzy­żo­wała ręce, przy­trzy­mu­jąc kurtkę.

– Zostaw ją w spo­koju.

– Ni­gdy mnie nie lubiła, prawda? – rzu­cił, patrząc na nią ze skry­waną iry­ta­cją.

– Pew­nie dla­tego, że za tą twoją urodą i uro­kiem kryje się cha­rak­ter ropu­chy – wtrą­ciła Mel.

– O czym ona mówi? – Uniósł brwi.

– Dosko­nale wiesz, że moja matka chrzestna cię lubiła… dopóki nie odkryła, że nie jestem jedyną kobietą, z którą sypiasz – odparła Bea ostro. – Wtedy zmie­niła zda­nie.

– Mię­dzy nami się nie ukła­dało. To nie tylko moja wina, że mał­żeń­stwo się roz­pa­dło. Do tanga potrzeba dwojga.

Bea usły­szała, jak Mel gwał­tow­nie wciąga za nią powie­trze.

– Mel, może nale­jesz nam coś do picia? – zapro­po­no­wała spo­koj­nie, patrząc na Simona, któ­rego twarz wykrzy­wiła się zło­śli­wie. – To nie potrwa długo.

Mel odwró­ciła się i cięż­kim kro­kiem poszła do kuchni.

Bea zmru­żyła oczy, patrząc na Simona.

– Domy­ślam się, że cho­dzi ci o twój list?

Wycią­gnęła z kie­szeni kurtki zgnie­cioną chu­s­teczkę, splu­nęła na nią i zaczęła ście­rać roz­ma­zaną szminkę z policzka.

– Nie mogę uwie­rzyć, że doma­gasz się połowy tego domu. Zawsze go nie­na­wi­dzi­łeś, a poza tym dobrze wiesz, że ciotka Anna­bel zosta­wiła go mnie.

– Tak, chciała mieć pew­ność, że niczym nie będziesz musiała się mar­twić – powie­dział, powta­rza­jąc jej słowa, które Bea sły­szała już setki razy. – To nie moja wina, że twój ojciec ma wyra­cho­waną żonę ani że twoja matka zmarła. Fak­tem jed­nak jest, że twoja ciotka umarła, kiedy wciąż byli­śmy mał­żeń­stwem. – Pochy­lił się bli­żej. Czuła jego mię­towy oddech. – Tech­nicz­nie rzecz bio­rąc, na­dal nim jeste­śmy. Dla­tego dom jest naszą wspólną wła­sno­ścią, a ja, jako twój mąż, mam prawo do połowy jego war­to­ści.

Żar gniewu palił ją od środka.

– Może pod wzglę­dem praw­nym, ale moral­nym? Na pewno nie. – Przy­po­mniała sobie jego list. – A co wła­ści­wie mia­łeś na myśli, pisząc o „Dniu na W”?

Simon uśmiech­nął się z zado­wo­le­niem.

– Pomy­śla­łem, że to cał­kiem sprytne, nie sądzisz?

Bea posłała mu lodo­wate spoj­rze­nie.

– Jak uwa­żasz. Dzień Wyzwo­le­nia, a dla mnie dzień wypłaty. Łapiesz?

Bea powoli zamknęła oczy, jakby chciała spra­wić, żeby znik­nął.

– Tak. Prze­za­bawne.

– Też tak sądzę. Nie chcę, żebyś prze­ga­piła datę.

– Raczej mi to nie grozi – ucięła. – Po co tu przy­je­cha­łeś?

– Urzą­dzi­li­śmy się już z Cla­ire w nowym miesz­ka­niu. Może gdy­by­śmy nie zamiesz­kali u two­jej ciotki, nasz zwią­zek nie roz­padłby się tak szybko… – zamy­ślił się, po czym wzru­szył ramio­nami. – W każ­dym razie pomy­śla­łem, że zabiorę parę rze­czy, któ­rych nie zdą­ży­łem wziąć, kiedy mnie wyrzu­ci­łaś.

Popra­wił obraz na ścia­nie, po czym przyj­rzał mu się uważ­nie.

– Ten jest chyba mój – dodał, zdej­mu­jąc z haczyka przed­sta­wie­nie krwa­wej sceny polo­wa­nia, któ­rej Bea zawsze nie zno­siła.

Wzięła głę­boki oddech.

– Zabierz go. I przy oka­zji zabie­raj się z mojego domu. I prze­stań dobi­jać się do drzwi, jak­byś miał do tego prawo.

Pode­szła, by je otwo­rzyć.

– No cóż, były zamknięte. – Simon wycią­gnął rękę, żeby ją zatrzy­mać. – A kiedy wła­ści­wie zmie­ni­łaś zamki?

Czy on osza­lał?

– Zaraz po tym, jak się wypro­wa­dzi­łeś. Kiedy niby mia­ła­bym to zro­bić? – zapy­tała, oszo­ło­miona jego bez­czel­no­ścią.

– Zmie­ni­łaś się, Beatrice – powie­dział ciszej. – Kie­dyś byłaś miła i porządna.

Bea wzięła głę­boki oddech, sta­ra­jąc się opa­no­wać głos.

– Naprawdę? Bo wydaje mi się, że na­dal jestem. To ty odsze­dłeś, nie ja. Nie rozu­miem więc, dla­czego cią­gle obra­żasz się o wszystko, co robię.

– Może gdy­byś też była w związku, zro­zu­mia­ła­byś, co czuję do Cla­ire. Poza tym dobrze wiesz, że odsze­dłem tylko dla­tego, że twoja wścib­ska ciotka zro­biła z tego taką aferę i nakrę­ciła cię do gra­nic moż­li­wo­ści – zawa­hał się na moment, po czym spoj­rzał na nią z góry znad swo­jego orlego nosa – tego samego, który jesz­cze nie­dawno wyda­wał jej się bar­dzo pocią­ga­jący, a teraz naj­chęt­niej ude­rzy­łaby go w niego z całej siły. – Gdyby nie ona, na­dal bym tu z tobą miesz­kał.

– To zna­czy, gdyby nie przy­ła­pała cię z Cla­ire. Naprawdę myślisz, że nie dowie­dzia­ła­bym się w końcu, że twoja dziew­czyna jest w ciąży?

Głos jej zadrżał i natych­miast tego poża­ło­wała.

– Ciotka Anna­bel przy­ła­pała was na sek­sie w samo­cho­dzie Cla­ire. Miała pełne prawo być wście­kła.

– Słu­chaj, przy­kro mi z powodu dziecka. Wiem, że to musi cię boleć.

Wycią­gnął rękę, żeby dotknąć jej ramie­nia, ale Bea cof­nęła się.

Simon wzru­szył ramio­nami i rozej­rzał się po zanie­dba­nym kory­ta­rzu.

– Dla­czego nie możesz prze­stać mnie karać za to, że jestem szczę­śliwy? Pro­blem polega na tym, że spę­dzi­łaś za dużo czasu z tą starą kobietą. Anna­bel była twoją matką chrzestną i rozu­miem, że zajęła się tobą po śmierci mamy, ale jej już nie ma. Musisz prze­stać trzy­mać się tej rudery. Wtedy oboje będziemy mogli iść dalej.

Bea nie chciała dać mu satys­fak­cji – ani wybu­chem gniewu, ani łzami.

– Ja już poszłam dalej, Simo­nie. Nie­za­leż­nie od tego, co sobie wma­wiasz.

– Jak uwa­żasz. – Zaśmiał się, zer­ka­jąc na swój nowy zega­rek Car­tiera. – Mnie to obo­jętne, ale chciał­bym wie­dzieć, kiedy zamie­rzasz spła­cić moją część tego mau­zo­leum?

Bea poczuła zna­jome, ner­wowe ści­ska­nie w żołądku.

– Nie rozu­miem, dla­czego tak się upie­rasz. Jesteś praw­ni­kiem, zara­biasz wię­cej niż ja kie­dy­kol­wiek będę. Nie potrze­bo­wa­łeś tych pie­nię­dzy na miesz­ka­nie. Dom został zapi­sany mnie, nie tobie. Może po pro­stu zakończmy tę sprawę, upo­rząd­kujmy wszystko i dopro­wadźmy roz­wód do końca.

Simon jęk­nął.

– Czyli co? Weź­miesz kre­dyt hipo­teczny, żeby mnie spła­cić, czy mam iść do sądu po nakaz zapłaty?

Bea zawa­hała się. Wie­działa, że nie stać jej na walkę w sądzie.

– Wiesz dobrze, jak trudno teraz o kre­dyt. Potrze­buję tro­chę wię­cej czasu.

– Czasu, żeby mnie nie spła­cić, tak?

– Nie. Czasu, żeby zna­leźć roz­wią­za­nie. A twoje naci­ski niczego nie przy­spie­szą.

– Mój praw­nik wszystko wyja­śnił w liście. Masz rok i jeden dzień od śmierci two­jej ciotki, czyli do zakoń­cze­nia postę­po­wa­nia spad­ko­wego. To będzie dzie­siąty maja przy­szłego roku. To aż nadto czasu, żeby zała­twić kre­dyt. To ty upar­łaś się, żeby trzy­mać tę roz­pa­da­jącą się ruinę z lat dwu­dzie­stych. Cla­ire zre­zy­gno­wała z pracy, jest w ciąży i nie chce wra­cać do niej po poro­dzie. Muszę upo­rząd­ko­wać finanse. Weź­miemy ślub, jak tylko nasz roz­wód będzie sfi­na­li­zo­wany, a to nie nastąpi, dopóki nie zała­twimy spraw mająt­ko­wych. Więc nie dam ci ani dnia wię­cej, niż muszę.

– Nie sprze­dam tego domu. – Bea zaci­snęła pię­ści.

Pochy­lił się w jej stronę, a jego oczy stały się zimne jak stal.

– Bądź realistką. To ruina. – Roz­ło­żył ręce, wska­zu­jąc na chłodny kory­tarz.

– To mój pro­blem – odparła, myśląc o ogro­dzie ciotki Anna­bel, o tej nie­zwy­kłej spu­ściź­nie peł­nej roślin przy­wie­zio­nych z całego świata.

Simon cof­nął się i jesz­cze raz zmie­rzył ją wzro­kiem. Pokrę­cił głową z szy­der­czym uśmie­chem, po czym odwró­cił się i wyszedł, kie­ru­jąc się do swo­jego lśnią­cego BMW.

Bea trza­snęła cięż­kimi dębo­wymi drzwiami z całej siły, dopiero po chwili uświa­da­mia­jąc sobie, że to nie był naj­lep­szy pomysł, bo z sufitu posy­pał się tynk, opa­da­jąc jak cukier puder na zużytą kamienną posadzkę.

Osu­nęła się ciężko na sta­ro­świecki fotel. Może i zupeł­nie nie paso­wał do reszty mebli, ale kupiła go na swo­jej pierw­szej aukcji razem z matką chrzestną, gdy miała szes­na­ście lat. Chłodna, zna­joma fak­tura drewna dzia­łała kojąco.

Łatwo było uda­wać odwagę, ale jak, do licha, miała zna­leźć pie­nią­dze na remont domu?

– Pij – zarzą­dziła Mel, poda­jąc jej podwójny gin z toni­kiem i usia­dła obok. – Ten facet to kom­pletny idiota. Mało, że cię zdra­dził, to jesz­cze zacho­wuje się, jakby wciąż miał kon­trolę nad każ­dym aspek­tem two­jego życia. I pew­nie zara­bia dużo wię­cej od cie­bie.

Bea ponuro wzru­szyła ramio­nami.

– Nie­stety tak. – Upiła łyk chłod­nego napoju i wes­tchnęła z ulgą. – Myślał, że wciąż może otwie­rać drzwi swoim klu­czem, wyobra­żasz sobie?

Sie­działy chwilę w mil­cze­niu, aż jej gniew powoli zaczął opa­dać. Spoj­rzała na swoje świeżo zro­bione paznok­cie w stylu french, obej­mu­jące szklankę, i po raz pierw­szy zauwa­żyła, że ślad po obrączce na palcu wresz­cie zaczyna zni­kać. Wkrótce nie zosta­nie po nim nic. Ani po daw­nej Beatrice Por­ter.

– Mel, nie jestem pewna, czy dam radę dziś wyjść – przy­znała cicho. – Wyglą­dam okrop­nie i…

– Bzdura! – prze­rwała jej Mel, sta­jąc przed nią. – To są moje zarę­czyny. – Wycią­gnęła ręce, poka­zu­jąc olśnie­wa­jący pier­ścio­nek z bry­lan­tem. – Kiedy ostat­nio byłaś zapro­szona do zamku Eli­za­beth? Nie opu­ścisz ani minuty. Rzadko mamy oka­zję tam gościć i chcę, żeby ten wie­czór był wyjąt­kowy. Jesteś moją sio­strą… no dobrze, przy­rod­nią sio­strą. I będziesz się świet­nie bawić, czy ci się to podoba, czy nie.

Bea par­sk­nęła śmie­chem.

– Biedny Grant. Nie ma poję­cia, na co się pisze, prawda?

– Nie ma. – Mel szturch­nęła ją lekko i uśmiech­nęła się poro­zu­mie­waw­czo. – A ty mu tego nie powiesz.

* * *

Bea zeszła z promu kur­su­ją­cego na małą wyspę w zatoce, żału­jąc, że nie zało­żyła wygod­niej­szych butów. Spoj­rzała w górę na wie­życzki zamku i uśmiech­nęła się pod nosem – Mel naprawdę wybrała wyjąt­kowo roman­tyczne miej­sce na przy­ję­cie zarę­czy­nowe.

Po dotar­ciu do sali dostrze­gła Shani i Paula przy barze. Zero zasko­czeń. Bea uśmiech­nęła się, widząc swo­ich naj­bliż­szych przy­ja­ciół pogrą­żo­nych w roz­mo­wie. Jak oni w ogóle znaj­dują czas na pracę, pro­wa­dząc zaję­cia w naj­więk­szym klu­bie fit­ness w mie­ście? Pozo­sta­wało to dla niej zagadką.

– Hej – powie­działa, przy­tu­la­jąc ich oboje.

Spoj­rzała na swoje buty.

– To nie był naj­lep­szy pomysł – dodała, uno­sząc stopę. – Nie wiem, dla­czego na niego wpa­dłam.

– Tylko Mel mogła wymy­ślić imprezę w miej­scu, do któ­rego trzeba dopły­nąć łodzią – stwier­dziła Shani. – Myśla­łam, że w zamku będzie chłod­niej, a tu dalej gorąco.

Bea przy­tak­nęła, wachlu­jąc się torebką.

– Twoje włosy wyglą­dają prze­pięk­nie, Shan.

– Jesz­cze tro­chę je skró­cisz i wszy­scy pomy­ślą, że ogo­li­łaś się na łyso. – Zaśmiał się Paul. – Z tą buzią jesz­cze ujdziesz w tłu­mie, ale bez wło­sów? Wysoka, bez biu­stu… można by cię wziąć za faceta.

Shani roze­śmiała się i szturch­nęła go w żebra.

– Nie prze­gi­naj! Może i miesz­kamy razem, ale dobrze wiesz, że jestem od cie­bie sil­niej­sza.

– Zacho­wu­je­cie się jak stare mał­żeń­stwo – zauwa­żyła Bea, krzy­wiąc się na widok prze­ra­żo­nej miny Paula.

– Co za kosz­marna wizja – jęk­nął. – Poza tym, nawet gdy­bym inte­re­so­wał się kobie­tami, ona nie byłaby w moim typie.

Bea pokrę­ciła głową, przy­zwy­cza­jona do ich prze­ko­ma­rzań.

– Gdyby ktoś was nie znał, mógłby się poważ­nie zanie­po­koić tym, jak ze sobą roz­ma­wia­cie.

– Wyglą­dasz świet­nie – powie­działa Shani. – Nie mogę uwie­rzyć, że jed­nak przy­szłaś.

Bea ski­nęła w stronę Mel roz­ma­wia­ją­cej z gośćmi.

– Nie bar­dzo mia­łam wybór. Po tym, co Simon odwa­lił dziś w domu, nie byłam pewna, czy będę w nastroju.

Paul zmru­żył oczy.

– Bea, kocha­nie, dziś obo­wią­zuje strefa wolna od Simona. – Objął ją ramie­niem. – To wie­czór Mel i choć potrafi być iry­tu­jąca, nie pozwo­limy, żeby ten palant zepsuł ci zabawę. – Rozej­rzał się. – Kur­czę, tu jest jak w pie­kar­niku.

– Zga­dzam się. – Uśmiech­nęła się Bea, czu­jąc, że wraca jej humor. – To będzie świetny wie­czór. – Rozej­rzała się po sali peł­nej gości. – Przy­je­chali już tata i Joyce?

– Jesz­cze nie, bo nie było wer­bli na jej wej­ście. – Skrzy­wił się Paul. – Nie wiem, jak twój ojciec z nimi wytrzy­muje. Święty czło­wiek.

– O, już są. O mój Boże, fry­zura Joyce wygląda jak skrzy­żo­wa­nie Mar­ga­ret That­cher z watą cukrową. – Zachi­cho­tała Shani.

– Per­fek­cyjna rola matki panny mło­dej, co? – dodał Paul.

Bea i Shani wybuch­nęły śmie­chem.

– No dobrze, dziew­czyny, spo­kój. Przejdźmy do waż­niej­szych spraw. Wszy­scy widzieli pier­ścio­nek? – Kla­snął w dło­nie. – To co sądzimy? Shani?

– Jest osza­ła­mia­jący. Musiał kosz­to­wać for­tunę.

Po dru­giej stro­nie sali Grant pod­niósł kie­li­szek i postu­kał w niego dłu­go­pi­sem, pro­sząc o uwagę.

– Mel i ja – zaczął, ner­wowo prze­stę­pu­jąc z nogi na nogę – chcie­li­by­śmy podzię­ko­wać wam wszyst­kim za przy­by­cie i wspólne świę­to­wa­nie w ten duszny lip­cowy wie­czór.

Mel zachi­cho­tała, a Bea zigno­ro­wała kuk­sa­niec Paula.

– Wybra­li­śmy już datę naszego wiel­kiego dnia – kon­ty­nu­ował Grant – i żeby nie było żad­nych wymó­wek, od razu wam ją podamy. – Mru­gnął do Mel. – Zare­zer­wuj­cie sobie Dzień Wyzwo­le­nia!

– Co on powie­dział? – syk­nęła Shani, marsz­cząc brwi.

Bea ledwo była w sta­nie wydo­być głos.

– Chyba… dzie­wiąty maja.

Serce waliło jej tak mocno, że miała wra­że­nie, iż wszy­scy to sły­szą.

– Wygląda na to, że tak – szep­nęła, prze­ły­ka­jąc gulę w gar­dle.

– Ale to rocz­nica śmierci two­jej ciotki Anna­bel – zauwa­żyła Shani, krzy­żu­jąc ręce. – A to zołza.

Bea wzięła głę­boki oddech i powoli wypu­ściła powie­trze. Po dru­giej stro­nie sali dostrze­gła trium­falny wyraz twa­rzy Joyce, ocie­ra­ją­cej łzy per­fek­cyj­nie wypra­so­waną koron­kową chu­s­teczką.

Nie pozwoli jej zoba­czyć, jak bar­dzo ją to zabo­lało.

– Joyce to jędza – stwier­dził Paul, tro­chę za gło­śno. – Założę się, że zro­biła to spe­cjal­nie.

Bea poczuła tylko, jak Shani obej­muje ją ramie­niem, nie sły­sząc już, co jesz­cze – jeśli w ogóle coś – mówił Grant. Wystar­czyło, że będzie musiała zmie­rzyć się z tym okrop­nym dniem, a do tego jesz­cze uda­wać radość na ślu­bie swo­jej przy­rod­niej sio­stry.

– Dobra, chodź­cie, bo zaraz mnie tu szlag trafi od samego sta­nia – powie­dział Paul, przy­kła­da­jąc dłoń do ucha. – Sły­szy­cie to?

Chwy­cił Shani za rękę, gdy tylko prze­mowa dobie­gła końca, a w sali roz­brzmiały pierw­sze takty You’re the One That I Want.

– No dalej, dziew­czyny, pokażmy, co potra­fimy!

Bea pozwo­liła im pobiec na par­kiet i pokrę­ciła głową, gdy machali do niej, żeby do nich dołą­czyła. W środku było zde­cy­do­wa­nie za gorąco. Potrze­bo­wała powie­trza.

Z ulgą, że może choć na chwilę zostać sama, pod­nio­sła torebkę i ostroż­nie prze­szła przez salę, sta­ra­jąc się nie zata­czać. Nie była pewna, czy to przez obcasy, czy przez nad­mier­nie wypo­le­ro­wany par­kiet.

Dotknęła chłod­nego gra­nitu zam­ko­wej ściany, a potem pode­szła do meta­lo­wej balu­strady i oparła się o nią, patrząc na zatokę, gdzie jachty koły­sały się łagod­nie na spo­koj­nej wodzie.

Wes­tchnęła.

– Nie zamie­rzasz chyba ska­kać? – ode­zwał się bary­ton zza palmy kana­ryj­skiej obok niej. – Tro­chę dra­styczny spo­sób na ucieczkę, nie sądzisz?

Ten szorstki ton roz­po­zna­łaby wszę­dzie.

Prze­chy­liła się nie­pew­nie przez bal­kon, pró­bu­jąc zaj­rzeć za drzewo.

– No pro­szę, znowu się spo­ty­kamy, pani Pot­ter.

Poczuła lekki dotyk na ramie­niu.

Odwró­ciła się gwał­tow­nie, zawsty­dzona, że patrzyła w złą stronę, odsu­nęła liść palmy… i pośli­zgnęła się, ciężko lądu­jąc na pod­ło­dze.

– Auć.

– Prze­pra­szam – powie­dział, tłu­miąc śmiech. – Nie chcia­łem cię wystra­szyć. – Wycią­gnął rękę. – Pomogę ci wstać.

Zamknęła na moment oczy, jakby to miało spra­wić, że znik­nie, po czym spoj­rzała w te błysz­czące nie­bie­skie oczy, gdy cier­pli­wie cze­kał, aż poda mu rękę.

– Dzię­kuję – mruk­nęła, ale jej obcasy śli­zgały się zbyt mocno, by sama mogła się pod­nieść.

Luke pochy­lił się.

– Obej­mij mnie za szyję – nale­gał, ledwo kry­jąc uśmiech.

Nie widząc innego wyj­ścia – poza pozby­ciem się tych prze­klę­tych butów – chwy­ciła go za rękę. Ich twa­rze zna­la­zły się zale­d­wie o mili­me­try od sie­bie. Wcią­gnęła w płuca inten­sywny zapach jego cytru­so­wej wody po gole­niu.

Przy­jemny dreszcz prze­szył miej­sca, o któ­rych wolała teraz nie myśleć.

Luke ostroż­nie posta­wił ją na nogi, wypro­sto­wał się i uśmiech­nął.

– Mam nadzieję, że nic ci się nie stało.

Z tru­dem łapała oddech, patrząc na niego. Wyglą­dał ina­czej niż wcze­śniej – włosy miał krót­sze, a brodę sta­ran­nie przy­strzy­żoną. Bea potarła pośladki, żeby choć tro­chę zła­go­dzić ból po upadku. Miał w sobie coś nie­bez­piecz­nie pocią­ga­ją­cego, mimo że wyraź­nie bawiła go jej drobna kom­pro­mi­ta­cja. I wie­działa bez naj­mniej­szych wąt­pli­wo­ści, że ten pewny sie­bie przy­stoj­niak sto­jący przed nią to ostatni męż­czy­zna, w któ­rym powinna się zako­chać.

Trzy. Nieznośny upał

Trzy

Nie­zno­śny upał

Luke musiał się naprawdę powstrzy­my­wać, żeby Bea nie zauwa­żyła, jak bar­dzo bawi go jej kon­ster­na­cja. Jej oczy miały naj­głęb­szy odcień jade­itu, jaki kie­dy­kol­wiek widział. Były piękne, nawet teraz, gdy mru­żyły się z iry­ta­cji, a ona naj­wy­raź­niej nie wie­działa, co powie­dzieć.

– Mam na imię Beatrice – powie­działa, robiąc krok do przodu i odgar­nia­jąc liść palmy.

– Beatrix Pot­ter1 – powtó­rzył prze­cią­gle, naj­wy­raź­niej świet­nie się bawiąc jej kosz­tem.

Zie­lone oczy zmru­żyły się jesz­cze bar­dziej.

– Nie. Beatrice przez „c” i Por­ter przez „r”. A nazwi­sko zmie­nię z powro­tem na Phi­lips już w przy­szłym tygo­dniu – odparła, popra­wia­jąc krótką spód­nicę i pro­stu­jąc ramiona, by wydać się wyż­szą. Bez tych obca­sów, oce­nił, miała nie­wiele ponad metr sześć­dzie­siąt.

– To nie jest takie złe nazwi­sko… Mogło być gorzej – odparł Luke, czu­jąc lek­kie wyrzuty sumie­nia, że tak się z nią drażni.

– Łatwo ci mówić. Naj­gor­sze jest to, że każdy myśli, że pierw­szy wpadł na ten żart.

Luke usi­ło­wał spo­waż­nieć.

– To musi być… iry­tu­jące, deli­kat­nie mówiąc.

Patrzył w mil­cze­niu, jak przy­gląda się jego twa­rzy, zasta­na­wia­jąc się, czy powi­nien wyja­śnić, że jego krzywy nos to pamiątka po wyjąt­kowo bru­tal­nym star­ciu na boisku rugby kilka lat wcze­śniej. Gdyby nie była tak spięta, trudno byłoby mu się powstrzy­mać przed poca­ło­wa­niem tych lekko nadą­sa­nych ust.

– Kiedy Mel dała mi namiary na twoją firmę – powie­działa, przy­wra­ca­jąc go do rze­czy­wi­sto­ści – wspo­mniała, że jesteś zna­jo­mym Granta, cho­ciaż ni­gdy wcze­śniej o tobie nie sły­sza­łam.

Luke wzru­szył ramio­nami.

– Jeste­śmy sta­rymi kum­plami ze szkoły. – Nie dodał, że to wła­śnie Grant zła­mał mu nos. – Dopiero nie­dawno się z nim spo­tka­łem i zapro­sił mnie dziś na imprezę.

Wolałby, żeby jej oczy nie były aż tak hip­no­ty­zu­jące. Budziła w nim coś, czego nie czuł od dawna… od czasu, gdy uznał, że zaufa­nie komu­kol­wiek to kom­pletna głu­pota i strata czasu.

– Wła­ści­wie mia­łem się wymi­gać – przy­znał. – To chyba nie do końca moja bajka.

Zauwa­żył na jej twa­rzy prze­błysk cze­goś nie­uchwyt­nego. Zasko­cze­nia? Roz­cza­ro­wa­nia?

Prze­stań, skar­cił się w myślach. Tylko się w niej nie zako­chaj.

– Ale cie­szę się, że przy­sze­dłem – dodał, zanim zdą­żył się powstrzy­mać.

Zaru­mie­niła się lekko, co tylko pod­kre­śliło jej urodę. Mógłby się zało­żyć, że nie ma poję­cia, jak atrak­cyj­nie wygląda.

– Biorą ślub w Dzień Wyzwo­le­nia. To chyba nie było łatwe do zor­ga­ni­zo­wa­nia, prawda?

– Pew­nie nie – odpo­wie­działa Bea po chwili.

Luke zmarsz­czył brwi. Czy znowu powie­dział coś nie tak?

– To będzie spore wyzwa­nie orga­ni­za­cyjne – dodała. – Cho­ciaż moja maco­cha na pewno jest zachwy­cona. Od dawna marzyła, żeby zor­ga­ni­zo­wać ślub.

– Myśla­łem, że jeste­ście sio­strami? Cho­ciaż… szcze­rze mówiąc, wyglą­da­cie zupeł­nie ina­czej. Ty masz bar­dzo jasną cerę, a Mel wprost prze­ciw­nie.

Miał ochotę prze­stać mówić, zanim uzna go za kom­plet­nego wariata.

– Moja mama zmarła, kiedy mia­łam cztery lata. Joyce była sekre­tarką mojego ojca. Pobrali się kilka mie­sięcy póź­niej.

Nie wie­dział, co powie­dzieć na taką szcze­rość. Po raz pierw­szy dostrzegł w jej oczach głę­boki smu­tek. Jego pro­blemy były inne, ale rozu­miał jedno – ona też wie­działa, czym jest ból i zdrada.

– To musiało być dla cie­bie… trudne do zaak­cep­to­wa­nia? – zapy­tał ostroż­nie.

Bea wzru­szyła ramio­nami.

– Nie­wiele pamię­tam, szcze­rze mówiąc. Po wyjeź­dzie w podróż poślubną wysłali mnie do mojej matki chrzest­nej, a nie­długo potem Joyce zaszła w ciążę z Mel. Uwiel­bia­łam miesz­kać w The Brae i wszyst­kim to odpo­wia­dało, więc wła­ści­wie tam dora­sta­łam.

– Twoja ciotka była sio­strą two­jej mamy?

Chciał wyko­rzy­stać jej otwar­tość. Miał wra­że­nie, że rzadko mówi o swo­jej prze­szło­ści.

Bea ski­nęła głową.

– Szcze­rze mówiąc, to jedyna matka, jaką naprawdę pamię­tam.

– Bar­dzo za nią tęsk­nisz?

To było oczy­wi­ste pyta­nie, ale gdy zoba­czył, jak jej oczy ciem­nieją od emo­cji, poczuł nagłą potrzebę, by ją objąć i pocie­szyć.

Już miał zmie­nić temat, kiedy ktoś zawo­łał ją od drzwi.

– Bea, tu jesteś!

Luke odwró­cił się i zoba­czył jasno­wło­sego męż­czy­znę mniej wię­cej jej wzro­stu, który wła­śnie wszedł do środka.

– Prze­pra­szam, kocha­nie, nie wie­dzia­łem, że masz towa­rzy­stwo – powie­dział, mie­rząc Luke’a spoj­rze­niem, zanim się uśmiech­nął.

Bea poma­chała do niego.

– Paul, chodź. Poznaj Luke’a. To zna­jomy Granta.

Luke czuł na sobie jej wzrok, ści­ska­jąc dłoń Paula. Gdy ten przez chwilę tylko patrzył na niego bez słowa, Luke pomy­ślał, że może chcą poroz­ma­wiać sami.

Odwró­cił się do Bei i uśmiech­nął.

– Może jesz­cze się zoba­czymy. Miło było cię poznać, Paul – dodał, ści­ska­jąc jego rękę jesz­cze raz, po czym odszedł.

Kiedy się obej­rzał, Bea roz­ma­wiała ze swoim przy­ja­cie­lem.

Była piękna, bez wąt­pie­nia.

Ale skąd brała się w nim potrzeba, żeby się nią opie­ko­wać?

Wyglą­dała prze­cież na osobę, która świet­nie radzi sobie sama.

Wes­tchnął.

Miał wystar­cza­jąco dużo wła­snych pro­ble­mów – widmo ban­kruc­twa i kło­poty z Chri­sem. Żało­wał, że w ogóle go poznał, a już na pewno, że zgo­dził się zało­żyć z nim firmę.

Ale to nie był wie­czór na roz­pa­mię­ty­wa­nie.

Przy­wo­łał na twarz uśmiech i wró­cił do sali, żeby pogra­tu­lo­wać Gran­towi zbli­ża­ją­cego się ślubu.

* * *

– No pro­szę, zupeł­nie cię nie doce­ni­łem – zażar­to­wał Paul, gdy wró­cili do Shani. – Trzy­mać taki atrak­cyjny okaz tylko dla sie­bie!

– Jest obłęd­nie przy­stojny… i jaki wysoki – wes­tchnęła Shani. – Jak to moż­liwe, że ni­gdy wcze­śniej nie natknę­łam się na Luke’a Thorn­tona?

– Znasz go? – zapy­tała Bea, nie potra­fiąc ukryć zain­te­re­so­wa­nia.

– Nie, ale kilka razy widzia­łam jego zdję­cie w „Jer­sey Gazette”. Chyba w związku z jakąś sprawą sądową. Jest bar­dzo ambitny… i podobno ma powo­dze­nie u kobiet. Zresztą, patrząc na niego, trudno się dzi­wić. – Mru­gnęła do Bei. – Dobra robota.

– Jaka znowu dobra robota? – Bea zmarsz­czyła brwi i znów potarła obo­lałe miej­sce. – Pośli­zgnę­łam się w tych prze­klę­tych butach i musiał mi pomóc wstać. To było strasz­nie żenu­jące. Gdyby Paul przy­szedł chwilę póź­niej, pew­nie usły­szałby, jak roz­ma­wiamy o remon­cie mojego domu. Mam tylko nadzieję, że Luke da mi uczciwą wycenę.

– Może mógł­bym mu pomóc? – zażar­to­wał Paul, robiąc minę.

– Jakoś nie widzę cię przy szli­fo­wa­niu ścian ani z pędz­lem w ręku. – Roze­śmiała się Bea.

– Skąd wiesz? Mogę się oka­zać genialny. Może kie­dyś wpadnę?

– Żeby mnie skom­pro­mi­to­wać? Nie, dzięki. To zna­jomy Granta i mam wra­że­nie, że robi to raczej dla niego niż dla mnie. – Spoj­rzała na ich zawie­dzione miny. – Zresztą i tak pew­nie nie on będzie u mnie pra­co­wał. Bar­dziej praw­do­po­dobne, że przyjdą dwaj inni faceci, któ­rzy byli z nim wcze­śniej.

– Prze­pra­szam bar­dzo – wtrą­ciła Mel, poja­wia­jąc się za Shani. – Grant mówił, że roz­ma­wia­łaś z Lukiem… Jesteś mi teraz wdzięczna za jego numer?

– To zupeł­nie nie­istotne. – Bea zmie­rzyła ją wzro­kiem, wresz­cie mając oka­zję poroz­ma­wiać na osob­no­ści. – Dla­czego bie­rzesz ślub w Dzień Wyzwo­le­nia? Wiesz prze­cież, że to będzie dla mnie kosz­mar.

– Nie wszystko kręci się wokół cie­bie – odparła Mel, popra­wia­jąc swoje lśniące czarne włosy.

– To jed­nak tro­chę nie­de­li­katne, Mel – zauwa­żyła Shani.

– „Tro­chę” to mało powie­dziane – dodał ostro Paul.

Mel sta­nęła z rękami na bio­drach i spoj­rzała na każ­dego po kolei.

– Cała wyspa ma wtedy wolne, wszę­dzie są flagi i deko­ra­cje. Nie widzę powodu, żeby z tego nie sko­rzy­stać i nie urzą­dzić sobie ślubu w takiej atmos­fe­rze.

– A Bea? – zapy­tała Shani, kła­dąc jej rękę na ramie­niu.

– Na litość boską, chyba dobrze zamie­nić ten smutny dzień w coś rado­snego?

Bea wes­tchnęła. Chcia­łaby tak myśleć… ale było na to za wcze­śnie.

– Może za rok czy dwa. Ale nie w pierw­szą rocz­nicę śmierci Anna­bel, Mel.

– Ale z cie­bie ego­istka. Wszystko musi się krę­cić wokół cie­bie, prawda? Mama mówiła, że tak zare­agu­jesz.

Paul zro­bił krok do przodu, ale Bea zła­pała go za ramię.

– Nie warto – powie­działa cicho. Nie potrze­bo­wała awan­tury w środku przy­ję­cia. Przez moment miała wra­że­nie, że Mel zaraz go ude­rzy. – To nie jest odpo­wiedni moment na tę roz­mowę.

– I bar­dzo dobrze – syk­nęła Mel. – Musi­cie mi wyba­czyć, ale wra­cam do mil­szych gości, takich, któ­rzy cie­szą się razem ze mną. – Pochy­liła się do Bei. – A jak już prze­sta­niesz się obra­żać o datę ślubu, przy­po­mnij mi, żebym poroz­ma­wiała z tobą o zaka­zie zbli­ża­nia się dla Simona. Nie można pozwo­lić, żeby dalej przy­cho­dził do two­jego domu i cię tak trak­to­wał.

Bea wzięła głę­boki oddech. Nie potra­fiła zde­cy­do­wać, czy Mel naprawdę jest tak bez­duszna, czy to tylko wpływ jej matki.

– Ona naprawdę tego nie rozu­mie, prawda? – ode­zwał się Paul, gdy tylko Mel ode­szła.

– Jest dziwna. Naj­pierw robi ci wyrzuty o datę ślubu, a za chwilę chce ci pomóc z Simo­nem. Ja już nic z tego nie rozu­miem – powie­działa Shani. – Ale za to uwiel­bia swoją pracę jako asy­stentka praw­nika, co?

Odwró­ciła się do Bei.

– No dobrze… co tym razem odwa­lił Simon?

Bea pokrę­ciła głową.

– Nie. Nie roz­ma­wiamy o nim. I nie wtrą­caj­cie się w moje kłót­nie z Mel. Zawsze tak mię­dzy nami było, więc przed ślu­bem będzie pew­nie jesz­cze gorzej. Takie rze­czy zazwy­czaj powo­dują napię­cia w rodzi­nach.

– Zwłasz­cza w two­jej – mruk­nął Paul, wciąż czer­wony ze zło­ści. – Gdyby jej matka nie pró­bo­wała tak despe­racko wybie­lić Mel w oczach two­jego ojca, nie byłoby mię­dzy wami pro­ble­mów. Doga­du­je­cie się świet­nie, dopóki Joyce nie zaczyna mani­pu­lo­wać.

Bea musiała przy­znać mu rację. Cza­sem zasta­na­wiała się, czy to przez nagłą śmierć jej mamy w wypadku samo­cho­do­wym stała się dla nich wszyst­kich kimś nie­mal legen­dar­nym. Pamię­tała, jak kie­dyś pytała o to ciotkę Anna­bel, a ta zawsze powta­rzała, że jej ojciec ni­gdy nie prze­stał kochać jej matki – i że szybki ślub z sekre­tarką wcale nie ozna­czał, że o niej zapo­mniał.

Może miała rację.

– Wra­ca­jąc do cie­kaw­szych tema­tów – powie­dział Paul, wska­zu­jąc na Luke’a roz­ma­wia­ją­cego z grupą kobiet, które nie­mal poże­rały go wzro­kiem.

Bea spoj­rzała w jego stronę.

Luke jakby wyczuł, że ktoś na niego patrzy, i odwró­cił głowę pro­sto w jej kie­runku.

Paul wes­tchnął.

A ona – zanim zdą­żyła odwró­cić wzrok – zoba­czyła, jak Luke wraca do roz­mowy.

– On naprawdę jest nie­sa­mo­wity – jęk­nęła Shani. – Taki… silny. To ważne, dla dziew­czyny tak wyso­kiej.

– Szkoda, że nie jest tobą zain­te­re­so­wany, co? – zakpił Paul, chwy­ta­jąc się za ramię tam, gdzie go pac­nęła. – Auć.

– Paul ma rację – dodała Shani. – Masz szczę­ście.

– Daj­cie spo­kój – syk­nęła Bea. – Nie jeste­śmy już nasto­lat­kami. On po pro­stu jest uprzejmy. Jestem jego poten­cjalną klientką, nic wię­cej. Zresztą i tak nie będę mogła sobie pozwo­lić na więk­szość prac. A tak w ogóle… – zawa­hała się – idę na randkę z Tomem. Pew­nie w przy­szłą sobotę. Cho­ciaż ma teraz sporo na gło­wie, więc może tro­chę póź­niej.

Zapa­dła cisza.

Bea cze­kała, aż któ­reś z nich wresz­cie się ode­zwie.

– Tom? Tom Bra­ke­spear? – Paul pod­szedł do kanapy i opadł na nią ciężko, kle­piąc miej­sce obok sie­bie. – Sia­daj i opo­wia­daj. Chcę wie­dzieć wszystko. Czy to ten piękny chło­pak z Jer­sey, któ­rego rzu­ci­łaś dla Simona? Ten z uczelni?

– Ten sam. – Bea ski­nęła głową, z ulgą zauwa­ża­jąc, że temat Luke’a zszedł na dal­szy plan. Przy­po­mniała sobie, jak bar­dzo jej ojca roz­ba­wił fakt, że chło­pak, z któ­rym spo­ty­kała się na stu­diach, też pocho­dził z Jer­sey.

– A gdzie on się podzie­wał przez te wszyst­kie lata? – zapy­tała Shani, sia­da­jąc obok nich.

– Głów­nie w Lon­dy­nie, o ile wiem. Kilka lat temu wró­cił na Jer­sey z żoną i dwójką dzieci, ale się roz­wo­dzą. Co zabawne, zarzą­dza spół­kami powier­ni­czymi, tak jak ja… i jest teraz moim nowym prze­ło­żo­nym.

Bea z satys­fak­cją patrzyła na ich zasko­czone miny.

– To ten nowy szef, o któ­rym mówi­łaś ostat­nio?

Bea ski­nęła głową.

– Nie mogłam w to uwie­rzyć, kiedy przed­sta­wiono go nam w ponie­dzia­łek.

– Czy to nie będzie tro­chę… nie­zręczne? – zapy­tał Paul w zamy­śle­niu. – W końcu nie roz­sta­li­ście się w naj­mil­szych oko­licz­no­ściach.

– Zacho­wuje się zupeł­nie nor­mal­nie. – Bea wzru­szyła ramio­nami. Spo­tka­nie z Tomem oka­zało się o wiele łatwiej­sze, niż się spo­dzie­wała.

– Jesteś pewna, że to dobry pomysł, żeby się z nim uma­wiać? – Shani pod­nio­sła drinka, przez chwilę wpa­try­wała się w niego, po czym odsta­wiła go, nie upiw­szy łyka.

– To on mnie zapro­sił i nie mia­łam powodu odmó­wić. Myśla­łam, że go lubi­cie. Poza tym spójrzmy praw­dzie w oczy: oboje naci­ska­li­ście, żebym w końcu zaczęła się z kimś spo­ty­kać. Powin­ni­ście być zado­wo­leni.

– No… jeste­śmy – powie­działa Shani mało prze­ko­nu­jąco. – Ale skoro masz szansę spo­ty­kać się z kimś nowym i eks­cy­tu­ją­cym, jak Luke, to po co zawra­cać sobie głowę Tomem?

– Tom mnie zapro­sił, a Luke nie. I może nie przy­szło wam to do głowy, ale wąt­pię, żeby był mną zain­te­re­so­wany w ten spo­sób.

– Dla­czego nie? – zapy­tali jed­no­cze­śnie.

– Mel twier­dzi, że ma teraz wystar­cza­jąco dużo pro­ble­mów na gło­wie. – Bea upew­niła się, że Luke nie stoi w pobliżu, i pochy­liła się, ści­sza­jąc głos. – A poza tym… wystar­czy na niego spoj­rzeć. Widać, że jest roz­chwy­ty­wany i zajęty swoim biz­ne­sem.

– Ja bym się na niego rzu­ciła, gdyby przy­szedł do mojego domu – oznaj­miła Shani.

Bea roze­śmiała się.

– Ty pew­nie tak. Ja raczej nie widzę sie­bie w takiej roli. Zresztą… z Tomem to nie jest żadna praw­dziwa randka – zmie­niła temat. – Po pro­stu idziemy coś zjeść i nad­ro­bić zale­gło­ści.

– Dobrze ci to zrobi. Ode­rwiesz się tro­chę od Simona i tego domu. Jesteś zde­cy­do­wa­nie za młoda, żeby mieć na gło­wie tyle pro­ble­mów – mruk­nął Paul, popi­ja­jąc drinka i rzu­ca­jąc tęskne spoj­rze­nia w stronę Luke’a.

– Cio­cia Anna­bel była prze­ko­nana, że jesz­cze długo pożyje – powie­działa cicho Bea. – Miała tylko sie­dem­dzie­siąt lat.

– No cóż… w każ­dym razie cie­szę się, że spo­tkasz się z Tomem. Na­dal jest taki przy­stojny? – zapy­tała Shani, sztur­cha­jąc ją lekko.

– Nie­wiele się zmie­nił. Wła­ści­wie wydaje mi się jesz­cze bar­dziej atrak­cyjny. Już nie chło­pak z boys­bandu… bar­dziej gwiazda rocka. – Bea zaśmiała się, wyobra­ża­jąc go sobie w skó­rza­nej kurtce i dżin­sach, z roz­wi­chrzo­nymi wło­sami.

– Rock­man w sza­rym gar­ni­tu­rze – zakpiła Shani. – Był zbyt ide­alny, żeby grać w jakim­kol­wiek zespole. No, chyba że jaz­zo­wym z lat sześć­dzie­sią­tych. Ale przy­naj­mniej go znasz. A ty pew­nie na począ­tek będziesz wolała kogoś, przy kim czu­jesz się swo­bod­nie.

1. Beatrix Pot­ter – angiel­ska autorka kla­sycz­nych ksią­żek dla dzieci (m.in. Pio­truś Kró­lik). [wróć]

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki