Wydawca: Albatros Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2017

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 338 Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 7 godz. 55 min Lektor: Ewa Abart

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz na:

tablecie MP3
smartfonie MP3
komputerze MP3
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 7 godz. 55 min Lektor: Ewa Abart

Opis ebooka Za zamkniętymi drzwiami - B.A. Paris

Perfekcyjna para? Doskonałe małżeństwo? Czy idealne kłamstwo?
Wszyscy znamy takie pary jak Jack i Grace: on jest przystojny i bogaty, ona czarująca i elegancka. Chciałoby się poznać Grace nieco lepiej, ale to niełatwe, bo Jack i Grace są nierozłączni. Niektórzy nazwaliby to prawdziwą miłością.
Wyobraź sobie uroczystą kolację w ich idealnym domu, miłą konwersację, kolejne kieliszki dobrego wina. Oboje wydają się w swoim żywiole. Przyjaciele Grace chcieliby zrewanżować się lunchem w przyszłym tygodniu. Ona chętnie przyjęłaby zaproszenie, ale wie, że nigdy z nimi nie wyjdzie. Ktoś mógłby spytać, dlaczego Grace nigdy nie odbiera telefonów, nie wychodzi z domu, a nawet nie pracuje. I jak to możliwe, że gotując tak wymyślne potrawy, w ogóle nie tyje? I dlaczego w oknach sypialni są kraty? Doskonałe małżeństwo czy perfekcyjne kłamstwo?
„Najlepszy i najbardziej przejmujący thriller, jaki kiedykolwiek czytałem” San Francisco Book Review

„Porywający debiut! Przerażenie, które czuje Grace, jest zaraźliwe, klaustrofobiczna atmosfera zagęszcza się, a niepokojąca gra w kotka i myszkę zmierza do przerażającego i niespodziewanego finału” Publishers Weekly

„Wciągające i powodujące szybsze bicie serca momenty gwarantują, że po tej lekturze inaczej zaczniecie patrzeć na swoich przyjaciół i sąsiadów” Margaret Madden, Bleach House Library

„Psychologiczny thriller w stylu Hitchcocka” Woman

„Mrożący krew w żyłach thriller, który nie pozwoli ci zasnąć” Mary Kubica, autorka „Grzecznej dziewczynki

Opinie o ebooku Za zamkniętymi drzwiami - B.A. Paris

Fragment ebooka Za zamkniętymi drzwiami - B.A. Paris

Okładka

O książce

Strona tytułowa

O autorce

W serii ukazały się

Strona redakcyjna

Dedykacja

TERAZ

KIEDYŚ

TERAZ

KIEDYŚ

TERAZ

KIEDYŚ

TERAZ

KIEDYŚ

TERAZ

KIEDYŚ

TERAZ

KIEDYŚ

TERAZ

KIEDYŚ

TERAZ

KIEDYŚ

TERAZ

KIEDYŚ

TERAZ

KIEDYŚ

TERAZ

KIEDYŚ

TERAZ

KIEDYŚ

TERAZ

Podziękowania

O książce

ŚWIATOWY BESTSELLER, KTÓRY WYWOŁAŁ SENSACJĘNA MIĘDZYNARODOWYM RYNKU WYDAWNICZYM

Ponad 750 000 sprzedanych egzemplarzy w Stanach!Prawa do książki sprzedane do 33 krajów, w planach ekranizacja powieści!Finalistka Goodreads Choice Awards 2016 aż w dwóch kategoriach:DEBIUT LITERACKI i NAJLEPSZY THRILLER 2016!

DOSKONAŁE MAŁŻEŃSTWO CZY PERFEKCYJNE KŁAMSTWO?

Wszyscy znamy takie pary jak Jack i Grace: on jest przystojny i bogaty, ona czarująca i elegancka. Chciałoby się poznać Grace nieco lepiej, ale to niełatwe, bo Jack i Grace są nierozłączni. Niektórzy nazwaliby to prawdziwą miłością. Inni spytaliby, dlaczego Grace nigdy nie wychodzi bez męża z domu i dlaczego w oknach ich sypialni są kraty…

B.A. PARIS

Angielska autorka od wielu lat mieszkająca we Francji. Pracowała w finansach; obecnie zajmuje się pisaniem, prowadzeniem szkoły językowej i wychowywaniem pięciu córek. Za zamkniętymi drzwiami to jej debiut literacki, który przez wiele tygodni utrzymywał się na liście bestsellerów „New York Timesa”.

W serii ukazały się

TANA FRENCH

Ściana sekretów. Wiem, kto go zabiłZdążyć przed zmrokiemLustrzane odbicie

ALEX MARWOOD

Dziewczyny, które zabiły ChloeZabójca z sąsiedztwa

B.A. PARIS

Za zamkniętymi drzwiami

Tytuł oryginału:BEHIND CLOSED DOORS

Copyright © Bernadette MacDougall 2016All rights reserved

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros Sp. z o.o. 2017

Polish translation copyright © Janusz Ochab 2017

Redakcja: Beata Kołodziejska

Zdjęcie na okładce: Everything/Shutterstock

Projekt graficzny okładki: Katarzyna Meszka

ISBN 978-83-7985-401-1

WydawcaWYDAWNICTWO ALBATROS SP. Z O.O.(dawniej Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz s.c.)Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawawww.wydawnictwoalbatros.comFacebook.com/WydawnictwoAlbatros | Instagram.com/wydawnictwoalbatros

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Przygotowanie wydania elektronicznego: Magdalena Wojtas, 88em.eu

Dla moich córekSophie, Chloë, Céline, Eloïse, Margaux

TERAZ

Butelka szampana uderza o marmurowy blat w kuchni, wystraszona lekko się podrywam. Zerkam na Jacka w nadziei, że nie zauważył, jak bardzo jestem zdenerwowana. Dostrzega moje spojrzenie i uśmiecha się do mnie.

– Idealnie – mówi.

Bierze mnie za rękę i prowadzi tam, gdzie czekają na nas goście. Gdy przechodzimy przez hol, widzę rozkwitającą lilię, którą przynieśli nam Diane i Adam. Jest cudownie różowa, mam nadzieję, że Jack posadzi ją w tej części ogrodu, którą widać z okna mojej sypialni. Na samą myśl o ogrodzie zbiera mi się na płacz, przełykam szybko łzy, które napływają gdzieś z głębi mojej duszy. Stawka, o którą zagram dzisiejszego wieczoru, jest tak wysoka, że muszę się skupić wyłącznie na tym, co tu i teraz.

W salonie, w zabytkowym kominku, płonie spokojnie ogień. Jest już druga połowa marca, ale wieczory nadal bywają zimne, a Jack chce, by nasi goście czuli się komfortowo.

– Masz naprawdę piękny dom, Jack – mówi Rufus z podziwem. – Prawda, Esther?

Nie znam Rufusa ani Esther. Sprowadzili się tutaj niedawno, a poznałam ich dopiero dziś wieczorem, przez co jestem jeszcze bardziej zdenerwowana niż przedtem. Ale nie mogę zawieść Jacka, przywołuję więc uśmiech na twarz i modlę się w duchu, żebym przypadła im do gustu. Esther nie odpowiada uśmiechem – pewnie wstrzymuje się jeszcze z oceną. Nie dziwię się jej. Odkąd przed miesiącem dołączyła do kręgu naszych znajomych, słyszy zapewne przy każdej okazji, że Grace Angel, żona błyskotliwego prawnika Jacka Angela, jest doskonałym przykładem kobiety, która ma wszystko – idealny dom, idealnego męża, idealne życie. Na miejscu Esther też traktowałabym siebie z rezerwą.

Mój wzrok pada na pudełko drogich czekoladek, które właśnie wyjęła z torby, i czuję dreszczyk podniecenia. Nie chcę, żeby dała je Jackowi, więc przysuwam się bliżej, a Esther odruchowo wręcza je właśnie mnie.

– Dziękuję, wyglądają cudownie – mówię uprzejmie i odkładam pudełko na stolik, by otworzyć je później, gdy podamy kawę.

Esther mnie intryguje. Jest przeciwieństwem Diane – wysoka, szczupła, jasnowłosa, skryta – a zarazem pierwszą osobą, która po wejściu do naszego domu nie zachwyca się nim głośno, za co mimowolnie ją podziwiam. Jack upierał się, że sam wybierze dom, mówił, że będzie to prezent ślubny dla mnie, więc zobaczyłam go po raz pierwszy po powrocie z naszego miesiąca miodowego. Choć wcześniej wspominał, że dom będzie idealny, nie rozumiałam tego entuzjazmu, dopóki go nie zobaczyłam.

Wybudowany na rozległych gruntach, na samym skraju miejscowości, zapewnia Jackowi poczucie odosobnienia, którego tak pragnie, a także zaszczyt posiadania najpiękniejszego domu w Spring Eaton. I najbezpieczniejszego. Budynek jest wyposażony w skomplikowany system alarmowy ze stalowymi żaluzjami zewnętrznymi, które chronią okna na parterze. Komuś może się wydawać dziwne, że żaluzje są często zasunięte w ciągu dnia, ale Jack wyjaśnia wszystkim zainteresowanym, że w jego pracy bezpieczeństwo to jeden z priorytetów.

Na ścianach salonu wisi wiele obrazów, ale największe zainteresowanie budzi zwykle ogromne płótno umieszczone nad kominkiem. Diane i Adam, którzy już je widzieli, nie mogą się oprzeć i podchodzą bliżej, by przyjrzeć mu się raz jeszcze. Rufus do nich dołącza, podczas gdy Esther siedzi na kanapie obitej kremową skórą.

– Niesamowite – mówi Rufus, wpatrując się z fascynacją w setki maleńkich kropek tworzących większość obrazu.

– Nosi tytuł Świetliki – wyjaśnia Jack, odkręcając drut z korka butelki szampana.

– Nigdy nie widziałem czegoś podobnego.

– Grace to namalowała – mówi Diane. – Uwierzyłbyś?

– Powinieneś zobaczyć inne obrazy Grace. – Jack niemal bezgłośnie wyjmuje korek z butelki. – Są naprawdę niezwykłe.

Rufus rozgląda się po pokoju z zainteresowaniem.

– Wiszą tu?

– Nie, są w innych częściach domu.

– Tylko dla oczu Jacka – żartuje Adam.

– I Grace, prawda, kochanie? – dorzuca Jack, uśmiechając się do mnie. – Tylko dla twoich oczu.

– Tak, to prawda – odpowiadam, odwracając wzrok.

Siadamy obok Esther na kanapie, a Diane wykrzykuje radośnie, gdy Jack rozlewa szampana do wysokich kieliszków. Zerka na mnie.

– Czujesz się już lepiej? – pyta Diane. – Grace nie mogła wczoraj pójść ze mną na lunch, bo była chora – wyjaśnia, zwracając się do Esther.

– To była tylko migrena – protestuję.

– Niestety, Grace ma do nich skłonność. – Jack patrzy na mnie ze współczuciem. – Ale na szczęście nigdy nie trwa to zbyt długo.

– Już drugi raz wystawiłaś mnie do wiatru – zauważa Diane.

– Przepraszam – odpowiadam z pokorą.

– Cóż, tym razem przynajmniej nie zapomniałaś – droczy się ze mną. – Może nadrobimy to w następny piątek? Będziesz wtedy wolna, Grace? Nie masz kolejnej wizyty u dentysty?

– Nie. I mam nadzieję, że nie dostanę też migreny.

Diane odwraca się do Esther.

– Chciałabyś do nas dołączyć? Spotkałybyśmy się w jakiejś restauracji w mieście, bo ja normalnie pracuję.

– Dziękuję, bardzo chętnie. – Esther zerka na mnie, jakby chciała sprawdzić, czy nie mam nic przeciwko.

Uśmiecham się do niej krzepiąco, choć jednocześnie mam okropne wyrzuty sumienia, bo wiem, że i tak nie przyjdę.

Jack prosi wszystkich o uwagę, a potem wznosi toast na cześć Esther i Rufusa, witając ich w naszej dzielnicy. Podnoszę kieliszek i upijam łyk szampana. Bąbelki tańczą w moich ustach, przez chwilę czuję radosne uniesienie, próbuję je zatrzymać. Znika jednak równie szybko, jak się pojawiło.

Spoglądam na Jacka, który rozmawia właśnie z Rufusem. Jack i Adam poznali go na polu golfowym kilka tygodni temu i zaproponowali wspólną grę. Przekonawszy się, że Rufus jest świetnym golfistą – ale nie na tyle świetnym, by pokonać mojego męża – Jack zaprosił go i Esther na kolację. Chce zaimponować Rufusowi, co oznacza, że ja powinnam podbić Esther. Ale to nie będzie łatwe: podczas gdy Diane jest po prostu zachwycająca, Esther wydaje się bardziej skomplikowana.

Przepraszam na chwilę towarzystwo i wychodzę do kuchni, by przynieść przygotowane wcześniej tartinki i dopilnować kolacji. Etykieta – Jack surowo jej przestrzega – wymaga, bym nie zabawiła tam zbyt długo, więc szybko ubijam białka czekające w misce i dodaję do bazy sufletu, którą zrobiłam wcześniej.

Rozkładam masę do mniejszych miseczek, spoglądam nerwowo na zegar, stawiam naczynia na blasze i wsuwam do piekarnika, zapamiętując godzinę. Na moment ogarnia mnie panika, boję się, że nie zdążę ze wszystkim, potem jednak upominam się w myślach, że strach jest moim wrogiem. Starając się zachować spokój, wracam do salonu z tacą tartinek. Rozdaję je, przyjmując z wdzięcznością wszystkie komplementy, bo Jack na pewno też je słyszy. Rzeczywiście, po chwili całuje w mnie w głowę i zgadza się z Diane, że jestem wyśmienitą kucharką, a ja oddycham cicho z ulgą.

Przypominam sobie, że powinnam zająć się Esther, siadam więc obok niej. Jack to dostrzega i bierze ode mnie tartinki.

– Zasłużyłaś na odpoczynek, kochanie, ogromnie się dziś napracowałaś – mówi, balansując tacą na długich eleganckich palcach.

– Nie było wcale tak źle – protestuję, co jest oczywistym kłamstwem, a Jack dobrze o tym wie, bo sam układał menu.

Zadaję Esther wszystkie grzecznościowe pytania: czy się tu zadomowiła, czy przykro jej było opuszczać Kent, czy jej dwoje dzieci odnalazło się już w nowej szkole. Chyba irytuje ją fakt, że jestem tak dobrze poinformowana, pytam więc o imiona syna i córki, choć wiem, że nazywają się Sebastian i Aisling. Wiem nawet, ile mają lat – siedem i pięć – ale nie przyznaję się. Mam świadomość, że Jack uważnie mnie słucha i że może się zastanawiać, jaką grę prowadzę.

– Nie macie dzieci, prawda? – mówi Esther. Brzmi to raczej jak stwierdzenie niż pytanie.

– Nie, jeszcze nie. Pomyśleliśmy, że najpierw nacieszymy się sobą.

– Jak długo jesteście małżeństwem? – W jej głosie pojawia się nuta zaskoczenia.

– Rok – przyznaję.

– W zeszłym tygodniu obchodzili rocznicę – wtrąca Diane.

– A ja nie jestem jeszcze gotów dzielić się z nikim moją piękną żoną – dodaje Jack, dolewając Diane szampana.

Obserwuję nieobecnym wzrokiem, jak odrobina jasnego płynu nie trafia do kieliszka i ląduje na kolanie jego nieskazitelnie czystych spodni.

– Mam nadzieję, że nie uznacie tego za wścibstwo – kontynuuje Esther, wyraźnie zaciekawiona – ale czy to dla was obojga pierwsze małżeństwo?

Wydaje się, że chce, byśmy zaprzeczyli, jakby jakiś zawiedziony eksmałżonek ukryty w naszej mrocznej przeszłości mógł zedrzeć z nas pozory doskonałości.

– Tak, dla obojga – potwierdzam.

Zerka na Jacka, a ja wiem, że zastanawia się, jak ktoś tak przystojny uchował się samotnie przez tyle lat. Wyczuwając jej spojrzenie, mój mąż uśmiecha się dobrodusznie.

– Muszę przyznać, że w wieku czterdziestu lat zacząłem mieć obawy, czy znajdę odpowiednią kobietę. Ale gdy tylko zobaczyłem Grace, zrozumiałem, że czekałem właśnie na nią.

– Jakie to romantyczne – wzdycha Diane, która zna naszą historię. – Straciłam już rachubę kobiet, z którymi próbowałam wyswatać Jacka, ale przed Grace żadna mu się nie podobała.

– A co z tobą, Grace? – pyta Esther. – Dla ciebie to też była miłość od pierwszego wejrzenia?

– Tak – odpowiadam, sięgając myślami w przeszłość. – Tak właśnie było.

Poruszona wspomnieniami, wstaję nieco za szybko, a Jack natychmiast odwraca się do mnie.

– Suflety – tłumaczę spokojnie. – Powinny być już gotowe. Możecie wszyscy usiąść przy stole?

Ponaglani przez Diane, która przypomina, że suflety nie lubią czekać, goście dopijają szybko szampana i ruszają do stołu. Esther przystaje jednak po drodze, by obejrzeć uważniej Świetliki, a gdy Jack dołącza do niej, zamiast usiąść na swoim miejscu, oddycham z ulgą, że suflety nie są jeszcze gotowe. Inaczej denerwowałabym się okropnie, zwłaszcza że mój mąż zaczyna objaśniać, jakich technik używałam, tworząc ten obraz.

Kiedy pięć minut później siadają przy stole, suflety są idealnie wypieczone. A kiedy Diane dziwi się temu głośno, Jack uśmiecha się do mnie z drugiej strony stołu i mówi wszystkim, że jestem naprawdę bardzo zdolna.

Właśnie w takie wieczory przypominam sobie, dlaczego się w nim zakochałam. Czarujący, zabawny i inteligentny, zawsze wie, co i jak powiedzieć. Ponieważ Esther i Rufus są tutaj nowi, stara się, aby rozmowa przy stole dotyczyła tematów, które ich zainteresują. Zachęca Adama i Diane do podzielenia się informacjami na swój temat, przydatnymi naszym nowym przyjaciołom, na przykład, gdzie robią zakupy i jakie sporty uprawiają. Choć Esther słucha uprzejmie opowieści o tym, co Diane i Adam robią w wolnym czasie, kto opiekuje się ich dziećmi i kto pielęgnuje ogród, czy gdzie najlepiej kupować ryby, wiem, że w rzeczywistości interesuje się mną i wcześniej czy później wróci do faktu, że pobraliśmy się z Jackiem w dosyć późnym wieku. Wciąż chce znaleźć coś, co utwierdzi ją w przekonaniu, że nasze małżeństwo nie jest tak idealne, jak by się wydawało. Niestety, czeka ją rozczarowanie.

Przygląda się w milczeniu, jak Jack odkraja kawałek polędwicy wołowej pieczonej w cieście francuskim z grzybami, a potem nakłada zapiekankę z ziemniaków oraz glazurowanej w miodzie marchewki. Jest też groszek cukrowy, który wrzuciłam do wrzątku tuż przed wyjęciem pieczeni z piekarnika. Diane nie może się nadziwić, jak zdołałam przygotować to wszystko, i przyznaje, że sama jako główne danie podaje potrawy takie jak curry, które można przygotować wcześniej i podgrzać w ostatniej chwili. Chciałabym jej powiedzieć, że ja też wolałabym takie rozwiązanie i że żmudne obliczenia oraz bezsenne noce to cena, jaką płacę za te perfekcyjne przyjęcia. Jednak inne rozwiązanie – częstowanie gości czymś, co nie jest bliskie ideału – nie wchodzi w grę.

Esther spogląda na mnie nad stołem.

– Gdzie się poznaliście? – pyta.

– W Regent’s Park – odpowiadam. – W niedzielne popołudnie.

– Powiedz jej, co się wtedy stało – namawia mnie Diane, rozochocona szampanem.

Waham się przez moment, bo już wiele razy opowiadałam tę historię. Ale Jack uwielbia jej słuchać, więc dla własnego dobra powinnam to zrobić. Na szczęście Esther przychodzi mi na ratunek. Biorąc moje wahanie za powściągliwość, dołącza się do prośby Diane.

– Proszę, opowiedz nam o tym – mówi.

– Cóż, mam nadzieję, że nie zanudzę na śmierć tych, którzy już to słyszeli – odpowiadam z przepraszającym uśmiechem. – Byłam w parku z moją siostrą Millie. Często chodzimy tam w niedzielę po południu. Tego dnia akurat grał jakiś zespół. Millie uwielbia muzykę, a wtedy bawiła się tak doskonale, że wstała ze swojego miejsca i zaczęła tańczyć pod sceną. Niedawno nauczyła się walca, więc tańcząc, rozkładała szeroko ręce, jakby prowadził ją partner. – Uśmiecham się mimowolnie do tego wspomnienia, marzę, by życie wciąż było równie proste, równie niewinne jak wtedy. – Większości ludzi to nie przeszkadzało, cieszyli się chyba nawet, że Millie jest taka szczęśliwa, ale zauważyłam, że dwoje czy troje ma niewyraźne miny, i zrozumiałam, że powinnam coś z tym zrobić, może zawołać ją do siebie albo iść po nią. Ale nie chciałam jej przerywać, bo…

– Ile lat ma twoja siostra? – przerywa Esther.

– Siedemnaście. – Robię krótką pauzę, nie chcąc stawić czoła rzeczywistości. – Prawie osiemnaście.

Esther unosi brwi.

– Więc chyba lubi zwracać na siebie uwagę.

– Nie, wcale jej na tym nie zależy, chodzi o to…

– Cóż, chyba jednak lubi. Ludzie zwykle nie wstają na koncercie w parku i nie tańczą pod sceną, prawda?

Toczy dokoła triumfalnym spojrzeniem, a gdy inni goście unikają jej wzroku, nagle robi mi się jej żal.

– Millie ma zespół Downa. – Głos Jacka przerywa niezręczną ciszę, która zapadła nad stołem. – To znaczy, że często zachowuje się bardzo spontanicznie.

Esther czerwieni się, zmieszana, a mnie ogarnia złość, że ludzie, którzy powiedzieli jej o mnie wszystko, zapomnieli wspomnieć o Millie.

– Tak czy inaczej, zanim podjęłam jakąś decyzję – wracam do opowieści, ratując Esther z kłopotliwej sytuacji – ten wspaniały dżentelmen wstał ze swojego miejsca, podszedł do Millie, ukłonił się i podał jej rękę. Cóż, Millie oczywiście była zachwycona, a kiedy ruszyli do tańca, ludzie zaczęli bić brawo. Potem kolejne pary podchodziły pod scenę i dołączały do walca. To był niezwykły, naprawdę bardzo szczególny moment. Oczywiście natychmiast zakochałam się w Jacku.

– Grace nie wiedziała wtedy, że widziałem ją z Millie w tym samym parku tydzień wcześniej i z miejsca się w niej zakochałem. Wspaniale opiekowała się siostrą, była jej całkowicie oddana. Nigdy wcześniej nie widziałem równie wielkodusznej osoby i chciałem ją za wszelką cenę poznać.

– Jackowi tak się zdawało – zabieram ponownie głos – bo ja widziałam go tydzień wcześniej, ale nie przypuszczałam, że zainteresuje się kimś takim jak ja.

Bawi mnie, gdy wszyscy kiwają głowami ze zrozumieniem. Choć jestem atrakcyjna, Jack ma urodę gwiazdora filmowego, więc zdaniem większości ludzi mam szczęście, że się ze mną ożenił. Lecz ja miałam na myśli co innego.

– Ponieważ Grace nie ma więcej rodzeństwa, kiedyś będzie musiała przejąć pełną opiekę nad Millie. Myślała, że to mnie zniechęci – tłumaczy Jack.

– Jak zniechęciło już innych – dodaję.

Mój mąż kręci głową.

– Tymczasem było całkiem odwrotnie. Właśnie dlatego, że Grace była gotowa zrobić wszystko dla siostry, zrozumiałem, że jest kobietą, której szukałem przez całe życie. W mojej branży łatwo stracić wiarę w ludzi.

– Czytałem wczoraj w gazecie, że znów należą ci się gratulacje – mówi Rufus, podnosząc kieliszek w stronę Jacka.

– Tak, dobra robota – potwierdza Adam, który pracuje w tej samej firmie prawniczej co Jack. – Masz w dorobku kolejne skazanie.

– Cóż, to była całkiem prosta sprawa – odpowiada Jack skromnie. – Choć udowodnienie, że moja klientka nie poraniła się sama, mimo skłonności do samookaleczeń, nieco komplikowało sytuację.

– A czy sprawy o znęcanie się nie są ogólnie dość proste? – pyta Rufus, podczas gdy Diane mówi Esther, na wypadek gdyby ta jeszcze tego nie wiedziała, że Jack występuje w imieniu najsłabszych, konkretnie ofiar przemocy domowej. – Nie chciałbym w niczym umniejszać twoich dokonań, ale pewnie często można liczyć na zeznania świadków czy fizyczne dowody, ślady pobicia i tak dalej, prawda?

– Jack potrafi przekonać do siebie ofiary i wzbudzić ich zaufanie do tego stopnia, że mówią mu o wszystkim, co je spotkało – wyjaśnia Diane, która chyba trochę podkochuje się w moim mężu. – Wiele kobiet nie ma się do kogo zwrócić o pomoc, boją się też, że nikt im nie uwierzy.

– Poza tym Jack zawsze się stara, żeby winowajcy trafili do więzienia na długi czas – dorzuca Adam.

– Odczuwam jedynie głęboką pogardę dla mężczyzn, którzy maltretują żony – stwierdza z mocą Jack. – Zasługują na każdy wymiar kary.

– Wypiję za to – mówi Rufus, podnosząc ponownie kieliszek.

– Nie przegrałeś jeszcze żadnej sprawy, prawda, Jack? – pyta Diane.

– Nie, i nie zamierzam.

– Żadnej przegranej sprawy… To robi wrażenie. – Rufus kiwa głową z uznaniem.

Esther spogląda na mnie.

– Twoja siostra Millie jest od ciebie sporo młodsza – zauważa, sprowadzając rozmowę na właściwe tory.

– Tak, jest między nami siedemnaście lat różnicy. Mama urodziła ją, mając czterdzieści sześć lat. Początkowo nie przyszło jej do głowy, że może być w ciąży, więc przeżyła szok, kiedy okazało się, że znów zostanie matką.

– Czy Millie mieszka z twoimi rodzicami?

– Nie, na razie mieszka w internacie we wspaniałej szkole w północnym Londynie. Ale w kwietniu skończy osiemnaście lat, więc latem będzie musiała się stamtąd wyprowadzić. Szkoda, bo bardzo lubi to miejsce.

– I dokąd się przeniesie? Do twoich rodziców?

– Nie. – Robię krótką pauzę, świadoma, że to, co za chwilę powiem, mocno ją zadziwi. – Oni mieszkają w Nowej Zelandii.

Esther otwiera szeroko oczy.

– W Nowej Zelandii?

– Tak. Przeprowadzili się tam w zeszłym roku, po naszym ślubie.

– Rozumiem. – Kiwa głową. Lecz wiem, że wcale nie rozumie.

– Millie przeniesie się do nas – wyjaśnia Jack. Uśmiecha się do mnie. – Wiedziałem, że tylko pod takim warunkiem Grace zgodzi się za mnie wyjść, a spełniłem go z niekłamaną radością.

– To bardzo szlachetne z twojej strony – zauważa Esther.

– Wcale nie. Cieszę się, że Millie z nami zamieszka. To nada naszemu życiu nowy wymiar, prawda, kochanie?

Podnoszę kieliszek i upijam łyk wina, żebym nie musiała odpowiadać.

– Wygląda na to, że świetnie się z nią dogadujesz – komentuje Esther.

– Cóż, mam nadzieję, że lubi mnie tak samo, jak ja lubię ją. Choć potrzebowała trochę czasu, żeby ochłonąć, gdy pobraliśmy się z Grace.

– Dlaczego?

– Myślę, że to był dla niej szok – tłumaczę. – Od samego początku uwielbiała Jacka, ale kiedy wróciliśmy z miesiąca miodowego, a ona zrozumiała, że będziemy już ze sobą przez cały czas, zrobiła się zazdrosna. Teraz doszła do siebie. Jack znów jest jej ulubieńcem.

– Na szczęście George Clooney zajął moje miejsce jako obiekt jej niechęci. – Jack się śmieje.

– George Clooney? – dziwi się Esther.

– Tak. – Kiwam głową, zadowolona, że mąż przywołał ten temat. – Miałam do niego słabość…

– Jak wszystkie kobiety – dorzuca Diane.

– …a Millie była o niego tak zazdrosna, że gdy kiedyś na Gwiazdkę dostałam od przyjaciółek kalendarz z jego zdjęciami, nabazgrała na nim: „Nie lubię George’a Clooneya”. Tyle że nie bardzo wie, jak się to pisze, a na dodatek ma mały problem z „l”, więc napisała to fonetycznie: DŻORDŻA KUNY. To było rozczulające.

Goście się śmieją.

– Teraz ciągle opowiada wszystkim, że lubi mnie, ale nie lubi jego. To brzmi trochę jak mantra: „Lubię cię, Jack, ale nie lubię George’a Clooneya”. – Jack uśmiecha się lekko. – Nie przeczę, pochlebia mi, że wymienia nas w jednym zdaniu – dodaje skromnie.

Esther spogląda na niego.

– Wiesz, rzeczywiście trochę go przypominasz.

– Z jednym wyjątkiem. Jack jest o wiele przystojniejszy. – Adam uśmiecha się szeroko. – Nie macie pojęcia, jak nam ulżyło, kiedy ożenił się z Grace. W końcu wszystkie kobiety w firmie przestały fantazjować na jego temat… i paru facetów też – dodaje ze śmiechem.

Jack wzdycha dobrodusznie.

– Daj spokój, Adam…

– Ale ty nie pracujesz, prawda? – pyta Esther, odwracając się do mnie. Wyczuwam w jej głosie tę ledwie skrywaną wzgardę, z jaką pracujące kobiety traktują gospodynie domowe. Czuję się w obowiązku stanąć we własnej obronie.

– Kiedyś pracowałam, lecz zrezygnowałam tuż przed ślubem.

– Naprawdę? – Esther marszczy brwi. – Dlaczego?

– Nie chciała rezygnować – wtrąca Jack. – Ale miała odpowiedzialną, trudną pracę, a ja nie chciałem, żebyśmy co wieczór oboje byli ledwie żywi ze zmęczenia. Być może postąpiłem samolubnie, prosząc ją o odejście z pracy, jednak marzyłem o tym, żeby po powrocie do domu móc zrzucić z siebie cały stres, a nie przejmować się jeszcze problemami zawodowymi Grace. Poza tym dużo podróżowała, a ja nie chciałem wracać do pustego domu, co przecież robiłem przez tyle lat.

– Czym się zajmowałaś? – pyta Esther, mierząc mnie spojrzeniem jasnoniebieskich oczu.

– Byłam odpowiedzialna za zakup towaru w Harrodsie.

Źle skrywany błysk w jej oczach mówi mi, że jest pod wrażeniem. Nie pyta o szczegóły, co oznacza, że na razie nie chce mi tego pokazać.

– Podróżowała po całym świecie pierwszą klasą – dorzuca usłużnie Diane.

– Nie po całym świecie – poprawiam. – Tylko do Ameryki Południowej. Sprowadzałam owoce, głównie z Chile i Argentyny – tłumaczę Esther.

Rufus patrzy na mnie z podziwem.

– To musiało być interesujące.

– Było. – Kiwam głową. – Uwielbiałam tę pracę.

– Teraz pewnie ci jej brakuje – stwierdza Esther.

– Niezupełnie – kłamię. – Tutaj też jest dużo do zrobienia.

– A wkrótce będziesz się opiekować Millie.

– Millie jest bardzo samodzielna. Poza tym przez większość czasu będzie pracować w Meadow Gate.

– W tym centrum ogrodniczym?

– Tak. Uwielbia rośliny, szczególnie kwiaty, więc ma naprawdę szczęście, że dostała tę posadę.

– Zatem co ty będziesz robić całymi dniami?

– Mniej więcej to samo co teraz, no wiesz, gotować, sprzątać, uprawiać ogród, jeśli pogoda pozwoli.

– Następnym razem musicie wpaść na lunch i obejrzeć ogród – mówi Jack. – Grace ma dobrą rękę do roślin.

– Mój Boże – wzdycha Esther z rozbawieniem. – Tyle talentów. Cieszę się, że dostałam pracę w szkole Świętego Polikarpa. Zaczynałam się już nudzić, siedząc przez cały dzień w domu.

– Kiedy zaczynasz?

– W przyszłym miesiącu. Zastępuję nauczycielkę, która odchodzi na urlop macierzyński.

Odwracam się do Rufusa.

– Jack mówił, że macie ogromny ogród. – Próbuję skierować rozmowę na bezpieczniejszy temat. Kiedy podaję kolejne porcje pieczeni, która wraz z warzywami leży na podgrzewanej płycie, goście na szczęście dyskutują już o ogrodach i architekturze zieleni, a nie o mnie. Wszyscy przekrzykują się nawzajem i śmieją głośno, a ja spoglądam ze smutkiem na kobiety i zastanawiam się, jak to jest być kimś takim jak Esther czy Diane i nie mieć na głowie kogoś takiego jak Millie. Natychmiast ogarnia mnie wstyd, bo kocham siostrę ponad wszystko i mogłabym oddać za nią życie. Na samą myśl o niej czuję przypływ nowych sił i wstaję z kanapy.

– Czy wszyscy są już gotowi na deser? – pytam.

Jack pomaga mi posprzątać ze stołu, idziemy razem do kuchni, gdzie wkładam naczynia do zlewu, by potem je przepłukać, podczas gdy mój mąż myje noże. Deser, który przygotowałam na ten wieczór, to prawdziwe arcydzieło – idealnie gładkie gniazdko bezowe wysokości ośmiu centymetrów, wypełnione bitą śmietaną. Sięgam po pokrojone wcześniej owoce i ostrożnie kładę na śmietanie plasterki mango, ananasa, papai i kiwi, a następnie dodaję truskawki, maliny i jagody.

Kiedy biorę do ręki granat, jego dotyk przenosi mnie w inny czas i miejsce, gdzie gwar rozbawionych głosów i muśnięcie słońca na twarzy stanowiły nieodzowną, oczywistą część mojego świata. Zamykam na moment oczy, przypominając sobie życie, którym dawniej się cieszyłam.

Świadoma, że Jack czeka i wyciąga do mnie rękę, podaję mu owoc. Przekraja go na pół, wybiera łyżką ziarna i posypuje nimi inne owoce. Niosę gotowy deser do salonu, gdzie okrzyki zachwytu potwierdzają, że Jack miał rację, wybierając go zamiast czekoladowo-kasztanowego tortu, który chciałam przygotować.

– Uwierzyłabyś, że Grace nigdy nie chodziła na kurs gotowania? – mówi Diane do Esther, sięgając po łyżeczkę. – Podziwiam jej talent; wszystko jest po prostu doskonałe, prawda? Choć nigdy pewnie nie zmieszczę się w to bikini, które sobie niedawno kupiłam – dodaje, klepiąc się po brzuchu ukrytym pod sukienką z granatowego lnu. – Naprawdę nie powinnam tego jeść, zwłaszcza że zarezerwowaliśmy już wczasy za granicą, ale to jest takie pyszne, że nie mogę się powstrzymać!

– Dokąd jedziecie? – pyta Rufus.

– Do Tajlandii – odpowiada Adam. – Wcześniej myśleliśmy o Wietnamie, jednak gdy zobaczyliśmy zdjęcia Jacka i Grace z zeszłorocznych wakacji w Tajlandii, postanowiliśmy przełożyć Wietnam na następny urlop. – Spogląda na żonę i uśmiecha się szeroko. – Diane zobaczyła hotel, w którym się zatrzymali, i sprawa była przesądzona.

– Więc pojedziecie do tego samego hotelu, tak?

– Nie, wszystkie pokoje były już zarezerwowane. Niestety, nie możemy sobie pozwolić na luksus wyjazdu poza sezonem wakacyjnym.

– Wy powinniście korzystać z tej swobody, dopóki możecie – zwraca się do mnie Esther.

– Staramy się.

– W tym roku też wybierzecie się do Tajlandii? – pyta Adam.

– Tylko jeśli zdążymy przed czerwcem, co z powodu sprawy Tomasina jest mało prawdopodobne – odpowiada Jack. Spogląda na mnie znacząco. – Potem zamieszka z nami Millie.

Wstrzymuję oddech i modlę się w duchu, by nikt nie zasugerował, że możemy przecież zabrać Millie ze sobą.

– Tomasin? – Rufus unosi brwi. – Coś o tym słyszałem. Jego żona jest twoją klientką?

– Owszem.

– Dena Anderson. – Kiwa głową. – To musi być interesująca sprawa.

– Owszem – przyznaje Jack. Odwraca się do mnie. – Kochanie, skoro wszyscy już skończyli, to może pokażesz Esther nasze zdjęcia z Tajlandii?

Tylko nie to, myślę.

– Nie wiem, czy będzie zainteresowana naszymi wakacyjnymi fotkami – mówię żartobliwym tonem, lecz nawet ta niewinna uwaga, która może choć odrobinę zmącić obraz naszego idealnego związku, prowokuje Esther do działania.

– Och, bardzo chciałabym je zobaczyć! – woła z entuzjazmem.

Jack odsuwa krzesło i wstaje. Wyciąga z szuflady album ze zdjęciami i podaje go Esther.

– Pójdziemy z Grace zrobić kawę, a wy przejrzyjcie zdjęcia. Może wrócicie do salonu, będzie wam wygodniej.

Kiedy przynosimy z kuchni tacę z kawą, Diane zachwyca się głośno zdjęciami, ale Esther prawie się nie odzywa.

Muszę przyznać, że większość fotografii jest rzeczywiście olśniewająca, a ja prezentuję się na nich bardzo korzystnie: jestem wspaniale opalona, równie szczupła jak dziesięć lat temu, ubrana w różne komplety bikini. Na większości zdjęć stoję przed luksusowym hotelem, leżę na prywatnej plaży albo siedzę w barze lub restauracji, a przede mną stoi kolorowy koktajl i talerz z egzotyczną potrawą. Na każdym uśmiecham się promiennie do obiektywu niczym wcielenie zrelaksowanej, rozpieszczanej kobiety, która jest zakochana po uszy w mężu. Jack jest perfekcjonistą, jeśli chodzi o zdjęcia, i powtarza każde ujęcie dopóty, dopóki nie jest całkowicie zadowolony z rezultatu, nauczyłam się więc pozować tak, by nie miał żadnych zastrzeżeń już za pierwszym razem. W albumie są też zdjęcia nas obojga, wykonane przez uprzejmych nieznajomych. Diane pokazuje Esther, że na wielu z nich Jack i ja wpatrujemy się z zachwytem w siebie zamiast w obiektyw aparatu.

Jack rozlewa kawę do filiżanek.

– Może czekoladkę? – pytam, sięgając z wystudiowaną swobodą po pudełko, które przyniosła Esther.

– Na pewno wszyscy się już najedli – mówi Jack i rozgląda się dokoła, szukając potwierdzenia.

– O tak – potwierdza Rufus.

– Ja niczego już nie przełknę – przyłącza się Adam.

– Więc zachowamy je na inną okazję. – Jack wyciąga rękę po czekoladki, a ja powoli godzę się z myślą, że nigdy ich nie spróbuję, gdy nagle Diane przychodzi mi na ratunek.

– Nie ważcie się. Jestem pewna, że wcisnę jeszcze czekoladkę albo dwie.

– Chyba nie ma sensu wspominać o twoim bikini. – Adam wzdycha i kręci głową, udając zrezygnowanie.

– Najmniejszego – zgadza się z nim Diane, po czym wyjmuje czekoladkę i przekazuje mi pudełko. Biorę jedną, wkładam do ust i podaję resztę Esther. Ta odmawia, więc sięgam po jeszcze jeden smakołyk i oddaję pudełko Diane.

– Jak ty to robisz? – pyta Diane, spoglądając na mnie ze zdumieniem.

– Słucham?

– Jesz tak dużo i w ogóle nie tyjesz.

– Mam szczęście – odpowiadam, częstując się kolejną czekoladką. – I staram się kontrolować.

Dopiero gdy zegar wybija wpół do pierwszej, Esther zbiera się do wyjścia. W holu Jack podaje płaszcze, pomaga ubierać się Diane i Esther, a ja umawiam się z nimi na lunch w Chez Louis w następny piątek o dwunastej trzydzieści. Diane ściska mnie serdecznie. Podaję Esther dłoń i mówię, że cieszę się na nasze rychłe spotkanie. Mężczyźni całują mnie w policzek. Wychodząc, wszyscy dziękują nam za perfekcyjny wieczór. Słowa „idealny” i „perfekcyjny” dźwięczą w holu tak często, gdy Jack zamyka drzwi za gośćmi, że jestem pewna swojej wygranej. Muszę tylko dopilnować, by Jack również uznał mój triumf.

– Musimy wyjechać jutro o jedenastej – mówię, odwracając się do niego. – Inaczej nie zdążymy zabrać Millie na lunch.

KIEDYŚ

Moje życie stało się idealne półtora roku temu, w dniu, w którym Jack zatańczył z Millie w parku. To, co opowiedziałam Esther, po części było prawdą – rzeczywiście tydzień wcześniej widziałam go w parku i nie sądziłam, by mógł się zainteresować kimś takim jak ja. Po pierwsze, był wyjątkowo przystojny, po drugie, ja nie wyglądałam wtedy tak dobrze, jak teraz. No i była jeszcze Millie.

Czasami mówiłam o niej swoim chłopakom na samym początku, a czasami – jeśli wyjątkowo mi się podobali – wspominałam jedynie, że mam młodszą siostrę, która uczy się w szkole z internatem. Dopiero po kilku tygodniach znajomości dodawałam, że Millie ma zespół Downa. Niektórzy nie wiedzieli, jak zareagować, i znikali z mojego życia na tyle szybko, że nie musieli się nad tym zastanawiać. Inni byli zainteresowani, oferowali nawet wsparcie, dopóki nie poznali Millie osobiście – żaden z nich nie potrafił jednak zachwycić się jej spontanicznością, jak uczynił to Jack. Dwaj najlepsi byli ze mną jeszcze długo po tym, jak ją poznali, lecz oni także nie mogli zaakceptować jej dominującej roli w moim życiu.

Problem był zawsze ten sam: od początku mówiłam Millie, że gdy będzie musiała opuścić cudowną, lecz bardzo drogą szkołę, zamieszka ze mną. Nie mogłam jej więc zawieść i zmienić zdania. Oznaczało to, że pół roku wcześniej musiałam pożegnać się z Alexem – mężczyzną, z którym spędziłam dwa cudowne lata i który miał zostać ze mną do końca życia. Ale kiedy Millie skończyła szesnaście lat, świadomość jej rychłego powrotu ciążyła mu coraz bardziej. Właśnie dlatego w wieku trzydziestu dwóch lat znów zostałam sama i coraz bardziej wątpiłam, czy kiedykolwiek uda mi się znaleźć mężczyznę, który zaakceptuje zarówno mnie, jak i Millie.

Tamtego dnia, w parku, nie tylko ja zwróciłam uwagę na Jacka, choć byłam chyba najdyskretniejsza. Niektóre kobiety – szczególnie te młodsze – uśmiechały się do niego otwarcie i próbowały go sobą zainteresować. Nastolatki chichotały, zakrywając usta dłońmi, i szeptały podekscytowane, że to na pewno jakiś gwiazdor. Starsze kobiety spoglądały na niego z zachwytem, a potem zerkały na swoich towarzyszy, jakby uświadomiwszy sobie nagle, że czegoś im brakuje. Nawet mężczyźni zwracali uwagę na Jacka, gdy spacerował po parku, bo otaczała go aura dyskretnej, niewymuszonej elegancji, której nie dało się po prostu zignorować. Tylko Millie kompletnie go ignorowała. Pochłonięta grą w karty, której oddawałyśmy się od jakiegoś czasu, myślała o jednym – o wygranej.

Jak wiele innych osób przebywających w parku w ten ciepły dzień pod koniec sierpnia, odpoczywałyśmy na trawie niedaleko sceny. Kątem oka widziałam, jak Jack siada na pobliskiej ławce, a gdy wyjął z kieszeni książkę, skupiłam się ponownie na siostrze i grze. Nie chciałam, by zauważył, że na niego patrzę. Kiedy Millie tasowała karty, doszłam do wniosku, że jest cudzoziemcem, może Włochem, spędzającym w Londynie weekend z żoną i dziećmi, do których zamierzał później dołączyć.

Byłam przekonana, że tamtego popołudnia ani razu nie spojrzał w moją stronę, jakby zupełnie nie przeszkadzało mu zachowanie mojej siostry, co chwila krzyczącej „wojna!”. Wkrótce zresztą wyszłyśmy z parku, bo Millie musiała wrócić do szkoły na szóstą, by zdążyć na kolację o siódmej. Choć nie przypuszczałam, że jeszcze kiedykolwiek go zobaczę, wciąż wracałam myślami do mężczyzny z parku i udawałam sama przed sobą, że nie jest żonaty, że mnie zauważył, zakochał się we mnie i wróci w to samo miejsce za tydzień, by znów mnie zobaczyć. Nie snułam podobnych fantazji od czasów szkoły średniej, co jasno dowodziło, jak bardzo chciałam wyjść za mąż i założyć rodzinę. Choć byłam niezwykle oddana Millie, zawsze wyobrażałam sobie, że zanim ze mną zamieszka, będę już miała swoje dzieci, więc stanie się dodatkowym, a nie jedynym członkiem mojej rodziny. Kochałam ją całym sercem, ale na myśl, że będziemy się starzeć tylko we dwie, skazane wyłącznie na swoje towarzystwo, ogarniało mnie przerażenie.

Tydzień później, gdy w parku grał zespół, nie widziałam Jacka, dopóki nie podszedł do Millie, która tańczyła ze swoim wyimaginowanym partnerem. W takich sytuacjach moja siostra budziła we mnie emocje, z którymi nie umiałam sobie czasami radzić. Z jednej strony byłam z niej ogromnie dumna, że opanowała kroki tańca, z drugiej bałam się o nią i chciałam ją chronić. Słysząc za sobą czyjś śmiech, tłumaczyłam sobie, że prawdopodobnie to wyraz życzliwości, a jeśli nawet nie, to i tak w niczym Millie nie przeszkadza. Jednak pokusa, by wstać i zaprowadzić ją z powrotem na miejsce, była bardzo silna i nienawidziłam się za to. Chyba po raz pierwszy w życiu żałowałam, że nie jest normalna. Wyobrażałam sobie, jak mogłoby wyglądać nasze życie – moje życie – i właśnie wtedy, gdy gwałtownie mrugając, próbowałam przegonić łzy frustracji, zobaczyłam Jacka zmierzającego ku Millie.

Nie rozpoznałam go od razu. Przekonana, że chce poprosić Millie, by usiadła, zerwałam się z miejsca, gotowa do interwencji. Dopiero kiedy zobaczyłam, jak się jej kłania i wyciąga do niej rękę, zrozumiałam: to mężczyzna, o którym marzyłam przez cały tydzień. Zanim po dwóch kolejnych tańcach odprowadził ją na miejsce, już byłam w nim zakochana.

– Można? – spytał, wskazując na siedzenie obok mnie.

– Tak, oczywiście. – Uśmiechnęłam się do niego z wdzięcznością. – Dziękuję, że zatańczył pan z Millie, to był bardzo miły gest.

– Cała przyjemność po mojej stronie – odparł z powagą. – Millie świetnie tańczy.

– Miły pan! – Moja siostra się rozpromieniła.

– Jack.

– Miły Jack.

– Powinienem się chyba przedstawić. – Wyciągnął do mnie rękę. – Jack Angel.

– Grace Harrington – odparłam, ściskając jego dłoń. – Millie jest moją siostrą. Przyjechał pan tu na wakacje?

– Nie, mieszkam tutaj. – Czekałam, aż doda „z żoną i dziećmi”, ale nie zrobił tego, więc zerknęłam ukradkiem na jego dłoń, a gdy nie dostrzegłam obrączki, poczułam ogromną ulgę. Natychmiast upomniałam się w myślach, że to jeszcze nic nie znaczy.

– A pani? Zwiedza pani z Millie Londyn?

– Niezupełnie. Mieszkam w Wimbledonie, ale często przychodzę tu z siostrą w weekendy.

– Mieszka z panią?

– Nie, w ciągu tygodnia przebywa w szkole z internatem. Staram się ją odwiedzać w weekendy, ale często podróżuję służbowo, więc nie zawsze jest to możliwe. Na szczęście ma fantastyczną opiekunkę, która dba o nią pod moją nieobecność. No i naszych rodziców, oczywiście.

– Wygląda na to, że ma pani ciekawą pracę. Mogę spytać, czym się pani zajmuje?

– Kupuję owoce. Dla Harrodsa – dodałam, gdy spojrzał na mnie ze zdumieniem.

– A te podróże?

– Sprowadzam owoce z Argentyny i Chile.

– Och, to musi być interesujące.

– Jest – przyznałam. – A pan?

– Jestem prawnikiem.

Millie, znudzona naszą rozmową, pociągnęła mnie za rękaw.

– Pić, Grace. I lody. Gorąco.

Uśmiechnęłam się przepraszająco do Jacka.

– Chyba muszę już iść. Raz jeszcze dziękuję, że zatańczył pan z Millie.

– Może pozwoli pani, że zaproszę was obie na herbatę? – Pochylił się, by widzieć Millie, która siedziała po mojej drugiej stronie. – Co o tym myślisz, Millie? Napiłabyś się herbaty?

– Sok – odparła moja siostra, uśmiechając się promiennie. – Sok, nie herbata. Nie lubię herbaty.

– W takim razie napijemy się soku – powiedział, wstając. – Idziemy?

– Nie, naprawdę pięknie dziękujemy – protestowałam. – I tak był pan już dla nas zbyt miły.

– Proszę. Bardzo mi na tym zależy. – Odwrócił się do Millie. – Lubisz ciastka?

Pokiwała z entuzjazmem głową.

– Tak, uwielbiam.

– Więc postanowione.

Ruszyliśmy przez park w stronę restauracji, Millie i ja pod rękę, Jack obok nas. Zanim godzinę później powiedzieliśmy sobie „do widzenia”, zgodziłam się już zjeść z nim kolację w najbliższy czwartek. Wkrótce stał się stałym elementem mojego życia. Nietrudno było się w nim zakochać: miał w sobie jakiś staroświecki urok, który mnie pociągał – Jack otwierał przede mną drzwi, podawał mi płaszcz, przysyłał kwiaty. Sprawiał, że czułam się wyjątkowa i hołubiona, a co najważniejsze, uwielbiał Millie.

Mniej więcej po trzech miesiącach naszej znajomości spytał, czy zechciałabym przedstawić go swoim rodzicom. Byłam nieco zaskoczona, bo mówiłam mu, że nie utrzymuję z nimi bliskich kontaktów. Okłamałam Esther. Moi rodzice nie chcieli drugiego dziecka, a gdy pojawiła się Millie, nie byli zadowoleni. Jako mała dziewczynka często dręczyłam ich prośbami o brata lub siostrę, aż w końcu stracili cierpliwość i odbyli ze mną poważną rozmowę, mówiąc wprost, że właściwie nigdy nie chcieli mieć dzieci. Kiedy więc jakieś dziesięć lat później moja mama odkryła, że jest w ciąży, była przerażona. Słysząc przypadkiem, jak rozmawia z ojcem o zagrożeniach związanych z późną aborcją, uświadomiłam sobie, że spodziewa się dziecka, i byłam oburzona, że chcą pozbyć się braciszka lub siostrzyczki, o których zawsze marzyłam.

Toczyliśmy niekończące się spory. Oni tłumaczyli się wiekiem mamy – ponieważ mama ma czterdzieści sześć lat, ciąża niesie ze sobą poważne zagrożenia. Ja argumentowałam, że jest już w piątym miesiącu, a aborcja w tak zaawansowanej ciąży jest nielegalna… jest również grzechem śmiertelnym. Oboje byli katolikami. Wspierana poczuciem winy i prawem boskim, wygrałam, a mama, choć niechętnie, postanowiła urodzić.

Po przyjściu na świat Millie, gdy okazało się, że ma zespół Downa i inne problemy zdrowotne, nie mogłam zrozumieć, dlaczego rodzice ją odrzucają. Ja natychmiast się w niej zakochałam, nie widziałam też, by różniła się od innych niemowląt, więc kiedy mama wpadła w ciężką depresję, przejęłam codzienną opiekę nad siostrą. Karmiłam ją i przewijałam przed wyjściem do szkoły, a po powrocie zajmowałam się nią do wieczora. Kiedy miała trzy miesiące, rodzice postanowili oddać ją do adopcji i zrobić to, co planowali od dawna, czyli przeprowadzić się do Nowej Zelandii, gdzie mieszkali dziadkowie. Zrobiłam im straszliwą awanturę, krzyczałam, że nie mogą oddać jej do adopcji, że zamiast wyjechać na studia, zostanę w domu i będę się nią opiekować. Nie chcieli mnie jednak słuchać. Po tym, jak wszczęto procedurę adopcyjną, przedawkowałam leki. To było niemądre, ale na swój infantylny sposób chciałam im pokazać, jakie to dla mnie ważne, i z jakiegoś powodu ten prosty wybieg okazał się skuteczny. Miałam osiemnaście lat, więc dzięki pomocy pracowników opieki socjalnej zawarłam ugodę, na mocy której zostałam opiekunką Millie, a moi rodzice zapewniali nam wsparcie finansowe.

Realizowałam swój plan stopniowo. Udało mi się umieścić Millie w miejscowym żłobku i podjęłam pracę na część etatu. Najpierw dostałam posadę w sieci supermarketów, w dziale zaopatrzenia w owoce. Kiedy Millie miała jedenaście lat, zaproponowano jej miejsce w szkole, która moim zdaniem nie różniła się niczym od zakładu opieki. Przerażona, powiedziałam rodzicom, że znajdę jej lepsze miejsce. Spędzałam z nią mnóstwo czasu, ucząc ją samodzielności. Inaczej pewnie nigdy by jej nie zdobyła. Czułam, że w integracji ze społeczeństwem przeszkadza jej brak nie tyle inteligencji, ile odpowiednich umiejętności językowych.

Po długiej, ciężkiej walce znalazłam w końcu dobrą szkołę, do której zechciano przyjąć Millie. Udało mi się to tylko dlatego, że dyrektorka była kobietą o otwartym sercu i umyśle i miała młodszego brata z zespołem Downa. Prowadzona przez nią prywatna szkoła z internatem była idealnie dopasowana do potrzeb Millie, ale także kosztowna. Rodzice powiedzieli, że nie stać ich na czesne, więc przyjęłam je na siebie. Wysłałam do kilku firm życiorys i list, w którym wyjaśniałam dokładnie, dlaczego potrzebuję dobrze płatnej pracy, i w końcu zostałam zatrudniona przez Harrodsa.

Kiedy częścią mojej pracy stało się podróżowanie – coś, z czego byłam ogromnie zadowolona, bo dawało mi poczucie wolności – rodzice uznali, że nie są w stanie przyjmować Millie na weekendy beze mnie. Odwiedzali ją jednak w szkole, a Janice, opiekunka Millie, zajmowała się nią przez resztę czasu. Gdy na horyzoncie pojawił się kolejny problem – gdzie trafi Millie po opuszczeniu szkoły – obiecałam rodzicom, że zamieszka u mnie, a oni będą mogli wreszcie wyjechać do Nowej Zelandii. Od tego momentu odliczali dni. Nie miałam do nich żalu: na swój sposób kochali mnie i Millie, tak jak my kochałyśmy ich. Należeli jednak do ludzi, którzy zupełnie nie nadają się do wychowywania dzieci.