Z życia cyganerii - Murger Henri - ebook + książka

Z życia cyganerii ebook

Murger Henri

3,0

Opis

Osobliwe warunki życia wytworzyły typ cygana, tego króla bez ziemi, owijającego się dumnie dziurawą peleryną niby płaszczem monarszym. Świadomość, że o wartości jego decyduje talent, i tylko talent, stwarza w artyście lekceważenie kodeksu etyki społecznej w stosunku do mieszczucha, filistra, którego uważa jakby za reprezentanta wrogiego plemienia. Niesta­łość dochodów, niestosunek pomiędzy stanem materialnym a wysokim napięciem duchowym, częste wreszcie ocieranie się o świat zbytku — wytwarzają ową specyficzną gospo­darkę, w której owoc kilkumiesięcznej pracy spożywa się w kilka godzin, aby nazajutrz rozpocząć życie czarnej nę­dzy, bardziej w tych kontrastach odpowiadające wyobraź­ni artysty niż ciągła uregulowana mierność.

A wreszcie, te okresy wytężonej pracy, łamania się z samym sobą, to rozbujanie nerwów między upojeniem twórczym a zwąt­pieniem niemocy lub zawodu pociąga za sobą nieodzow­ną potrzebę równie silnych odczynów odurzenia i szalonych wybryków. Ta dekoracyjna strona życia cyganerii, te hulanki i ekscentryczności najbardziej podpadają oczom publiczności, jako iż tamte dnie i noce mozolnej, wytrwa­łej pracy pozostają w cieniu; stąd tyle ciem, wabionych owym łatwym na pozór, barwnym i niefrasobliwym ży­ciem, leci ku temu światu — ażeby w nim spłonąć. Tę też cyganerię, bawiącą się, biesiadującą, całującą ładne buziaki, płatającą tysiączne psoty, wziął Murger za przed­miot swoich Scen.

…Cyganeria! To pojęcie skrystalizowało się pod piórem Murgera po raz pierwszy i definitywny zarazem…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 413

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,0 (2 oceny)
0
0
2
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.

Popularność




JAK PO­WSTAŁO KÓŁKO CY­GA­NE­RII

Oto jak przy­pa­dek, na­zy­wany to­tum­fac­kim pana Boga, ze­tknął pew­nego dnia lu­dzi, któ­rych bra­ter­stwo miało póź­niej stwo­rzyć odłam cy­ga­ne­rii, z ja­kim au­tor ni­niej­szej książki pra­gnie za­po­znać pu­blicz­ność.

Jed­nego ranka – a było to 8 kwiet­nia – Alek­san­der Schau­nard, który upra­wiał dwie sztuki wy­zwo­lone, ma­lar­stwo i mu­zykę, obu­dził się od ku­ranta, ja­kiego wy­ci­nał ko­gut z są­siedz­twa, peł­niący dlań funk­cję ze­gara.

– Do kroć­set! – wy­krzyk­nął Schau­nard – mój upie­rzony ze­gar coś śpie­szy; nie­po­dobna, aby to już było dziś.

Mó­wiąc to, wy­sko­czył żywo z me­bla wła­snego wy­na­lazku, który to me­bel, od­gry­wa­jący rolę łóżka w nocy – nie chcemy go ob­ma­wiać, ale od­gry­wał ją bar­dzo li­cho – speł­niał w dzień funk­cję wszyst­kich in­nych me­bli, nie­obec­nych wsku­tek sil­nego mrozu, ja­kim od­zna­czała się ta zima: jak wi­dzimy, me­bel do wszyst­kiego.

Aby się za­bez­pie­czyć od ran­nego przy­mrozku, Schau­nard wło­żył spiesz­nie ró­żową atła­sową spód­niczkę usianą srebr­nymi blasz­kami, która słu­żyła mu za szla­frok. Bły­sko­tliwy ten strój zo­sta­wiła u ar­ty­sty, po ja­kiejś re­du­cie, ma­seczka, która po­peł­niła to sza­leń­stwo, że dała się zła­pać na obiet­nice Schau­narda: ar­ty­sta, prze­brany za mar­gra­biego de Mon­dor, po­dzwa­niał ku­sząco tu­zi­nem du­ka­tów, fan­ta­styczną mo­netą, wy­ciętą z bla­chy i po­ży­czoną z te­atru.

Wdziaw­szy ten do­mowy strój, ar­ty­sta pod­szedł do okna, aby otwo­rzyć okien­nice. Pro­mień słońca, po­dobny świetl­nej strzale, wdarł się do po­koju i zmu­sił ma­la­rza do wy­trzesz­cze­nia oczu jesz­cze prze­sło­nię­tych mgłami snu; rów­no­cze­śnie piąta wy­biła na po­bli­skiej wieży.

– To ju­trzenka we wła­snej oso­bie – mruk­nął Schau­nard – zdu­mie­wa­jące! Ale – do­dał, spo­glą­da­jąc na ka­len­darz ścienny – to musi być ja­kaś po­myłka. Na­uka twier­dzi, iż w tej epoce słońce po­winno wsta­wać o wpół do szó­stej; jest do­piero piąta, a ono już na no­gach. Gor­li­wość zu­peł­nie nie na miej­scu, wniosę skargę na to ciało nie­bie­skie do biura astro­no­micz­nego. Jed­nakże – do­dał – trzeba by za­cząć nie­po­koić się tro­chę; wszak to dziś przy­pada wczo­raj­sze ju­tro; że zaś wczo­raj był siódmy, za­tem, o ile Sa­turn nie po­suwa się racz­kiem, musi być dzi­siaj ósmy kwiet­nia. Je­śli mam wie­rzyć za­pew­nie­niom tego pa­pieru – cią­gnął Schau­nard, go­tu­jąc się od­czy­tać są­downe wy­po­wie­dze­nie przy­bite do ściany – dziś, punkt o po­łu­dniu, mam opróż­nić to lo­cum, i wy­li­czyć do rąk imć pana Ber­narda, mego go­spo­da­rza, za trzy za­pa­dłe ter­miny sumę sie­dem­dzie­się­ciu pię­ciu fran­ków, któ­rych do­maga się bar­dzo nie­po­prawną ka­li­gra­fią. Spo­dzie­wa­łem się, jak za­wsze, iż traf ze­chce ure­gu­lo­wać tę sprawę, ale zdaje się nie miał czasu. Osta­tecz­nie, mam jesz­cze sześć go­dzin, do­brze ich używ­szy, może... Da­lej... da­lej, w drogę... – do­dał Schau­nard.

Go­to­wał się wdziać pal­to­cik, któ­rego ma­te­ria, nie­gdyś wło­chata, do­tknięta była grun­tow­nym wy­ły­sie­niem, kiedy na­gle, jakby go uką­siła ta­ran­tula, za­czął wy­ko­ny­wać po po­koju eg­zo­tyczny ta­niec wła­snego układu, który na ba­lach pu­blicz­nych ścią­gnął nań nie­jed­no­krot­nie za­szczytną uwagę po­li­cji.

– No, no! – wy­krzyk­nął – to oso­bliwe, jak ranne po­wie­trze bu­dzi po­my­sły: zdaje się, że je­stem na tro­pie me­lo­dii! Spró­bujmy.

I Schau­nard, wpół nagi, usiadł do for­te­pianu. Obu­dziw­szy in­stru­ment burz­liwą se­rią akor­dów, za­czął, wciąż mo­no­lo­gu­jąc, ści­gać na kla­wia­tu­rze me­lo­dię, któ­rej szu­kał od tak dawna.

– Do, sol, mi, do, la, si, do, re – bum, bum, fa, re, mi, re. – Au, au, to re fał­szywe jak Ju­dasz – rzekł Schau­nard, sil­nie ude­rza­jąc w kla­wisz o wąt­pli­wym dźwięku. – Spró­bujmy w moll... To po­winno zręcz­nie ma­lo­wać zmar­twie­nie mło­dej osoby, która ob­rywa białą mar­ge­rytkę nad błę­kit­nym je­zio­rem. Po­mysł, który nie grze­szy zbyt­nio mło­do­ścią. Osta­tecz­nie, taka moda; nie zna­la­złoby się wy­dawcy, który ośmie­liłby się wy­dać ro­mancę bez błę­kit­nego je­ziora, trzeba się tedy do­stroić... Do, sol, mi, do, la, si, do, re, ależ to nie naj­go­rzej, to daje wra­że­nie mar­ge­rytki, zwłasz­cza dla lu­dzi moc­nych w bo­ta­nice. – La, si, do, re – ty hyclu re, po­cze­kaj! A te­raz, aby do­brze od­ma­lo­wać błę­kitne je­zioro, trzeba by cze­goś mo­krego, la­zu­ro­wego, księ­ży­co­wego – bo i księ­życ musi być – o, już mam, nie za­po­mnijmy ła­bę­dzia – fa, mi, la, sol – cią­gnął Schau­nard, wy­pu­ku­jąc kry­sta­liczne nutki. – Zo­staje po­że­gna­nie mło­dej dzie­wicy, która my­śli rzu­cić się w błę­kitne je­zioro, aby się po­łą­czyć ze swym ko­chan­kiem za­grze­ba­nym w śniegu; roz­wią­za­nie nie­ko­niecz­nie ja­sne – mruk­nął Schau­nard – ale in­te­re­su­jące. Trzeba by coś czu­łego, me­lan­cho­licz­nego, już, już, mam – dwa­na­ście tak­tów, które pła­czą jak Mag­da­lenki – serce pęka! – Brr, brr – wstrzą­snął się Schau­nard, dy­go­cąc w swo­jej usia­nej gwiaz­dami spód­niczce – gdy­byż mo­gło za­miast serca po­pę­kać drzewo, jest tam w al­ko­wie belka, która mi bar­dzo za­wa­dza, kiedy mam go­ści na... obie­dzie; za­pa­lił­bym nią nieco na ko­minku... la, la, re, mi – czuję, że moje na­tchnie­nie spo­wite jest w siar­czy­sty ka­tar. A ba! pal li­cho!... topmy da­lej pan­nicę.

I gdy palce mor­do­wały kla­wi­kord, Schau­nard, z pło­ną­cym okiem, z na­pię­tym uchem, ści­gał me­lo­dię, która po­dobna syl­fowi, bu­jała w dźwięcz­nej mgle, jaką drga­nia in­stru­mentu zda­wały się na­peł­niać po­kój.

– Spró­bujmy te­raz, jak mu­zyka kryje się ze sło­wami po­ety. I chry­pli­wym gło­sem za­nu­cił ten ury­wek, z ga­tunku spe­cjal­nie umi­ło­wa­nego ope­rom ko­micz­nym:

Dziew­czyna zło­to­włosa,

Z za­dumą w licu bla­dem,

Pod­nosi wzrok w nie­biosa

W gwiazd strojne świetny dia­dem,

I w nur­cie la­zu­ro­wym

Je­ziora srebr­nej fali...

– Jak, jak? – wy­krzyk­nął Schau­nard zdjęty słusz­nym obu­rze­niem – la­zu­rowy nurt srebr­nej fali, przy­znam się, że nie za­uwa­ży­łem do­tąd tego kwiatka, to już tro­chę nadto ro­man­tyczne. Ten po­eta to idiota... nie wi­dział ni­gdy sre­bra ani je­ziora. Cała bal­lada głu­pia jak sto­łowe nogi; rytm za­wa­dza mi przy mu­zyce; na przy­szłość będę sam so­bie ukła­dał tekst. Tak, tak, nie od­wle­ka­jąc, wo­bec tego iż je­stem w we­nie, kropnę so­bie mo­del ku­ple­tów, aby do­stroić doń me­lo­dię.

I Schau­nard, uj­mu­jąc głowę w obie ręce, przy­brał po­stawę śmier­tel­nika ob­cu­ją­cego z Mu­zami. Po kilku mi­nu­tach tego uświę­co­nego kon­ku­bi­natu wy­dał na świat jedną z owych po­czwar­no­ści, które li­bre­ci­ści słusz­nie na­zy­wają mon­strum i które im­pro­wi­zują na po­cze­ka­niu, iżby słu­żyły za pro­wi­zo­ryczną kanwę dla kom­po­zy­tora.

Tylko że mon­strum Schau­narda miało sens i wy­ra­żało dość ja­sno nie­po­kój zbu­dzony w jego du­szy bru­tal­nym na­dej­ściem tej daty – ósmy kwiet­nia.

Oto ów ku­plet:

Osiem a osiem, to szes­na­ście,

A bo­daj cię cho­lera,

Czy znaj­dzie się w tym mie­ście

Ja­ko­waś du­sza szczera,

Co by mi po­ży­czyła

Osiem­set nędz­nych fra­niów

Bym za­tkał chciwe gar­dła

Mych wie­rzy­cieli dra-a-a-niów?

A kiedy, kiedy, na nie­bie­skim kom­pa­sie,

Dwa­na­ście ude­rzeń wal­nie.

Mą żą­dzę uczci­wo­ści pa­lącą uga­szę,

Czynsz pła­cąc punk­tu­al­nie.

– Tam do li­cha – rzekł Schau­nard, od­czy­tu­jąc – kom­pa­sie i uga­szę, to rymy nie­zbyt bo­gate, ale nie mam czasu sta­rać się o ich do­bro­byt. Spró­bujmy te­raz, jak tekst pada na mu­zykę.

I, okrop­nym no­so­wym or­ga­nem, który był mu wła­ściwy, za­czął na nowo wy­śpie­wy­wać. Za­do­wo­lony z wy­niku, Schau­nard wy­ra­ził so­bie uzna­nie trium­fal­nym skrzy­wie­niem, które ko­micz­nym fał­dem sa­do­wiło się na oklep na jego no­sie, ile­kroć rad był z sie­bie. Ale ten bło­go­stan py­chy nie miał trwać długo.

Je­de­na­sta wy­biła na po­bli­skiej wieży; każde ude­rze­nie wni­kało do po­koju i roz­pły­wało się w iro­nicz­nych dźwię­kach, które zda­wały się mó­wić do nie­szczę­śli­wego: „Czyś go­tów?”.

Ar­ty­sta sko­czył na krze­śle. 

– Czas pę­dzi jak je­leń – rzekł – zo­stało mi za­le­d­wie trzy kwa­dranse na zna­le­zie­nie sie­dem­dzie­się­ciu pię­ciu fran­ków i no­wego miesz­ka­nia. Nie do­każę tego cudu – to wkra­cza w dzie­dzinę ma­gii. No, daję so­bie pięć mi­nut na roz­wią­za­nie tego pro­blemu. – I wspie­ra­jąc głowę o ko­lana, zstą­pił w ot­chłań za­dumy.

Pięć mi­nut upły­nęło; Schau­nard pod­niósł głowę, nie zna­la­zł­szy nic, co by było po­dobne do sie­dem­dzie­się­ciu pię­ciu fran­ków.

– Sta­now­czo, je­den mam tylko spo­sób, aby się stąd wy­do­stać: po pro­stu iść so­bie. Czas jest ładny, mój przy­ja­ciel Traf prze­cha­dza się może w słońcu. Trzeba bę­dzie pro­sić go o go­ścin­ność, póki nie znajdę spo­sobu uło­że­nia sto­sun­ków z pa­nem Ber­nar­dem.

Schau­nard, wy­peł­niw­szy kie­sze­nie pal­tota, głę­bo­kie jak piw­nice, wszyst­kimi przed­mio­tami, ja­kie się w nich mo­gły zmie­ścić, zwią­zał w fu­lar nieco bie­li­zny i opu­ścił po­kój, nie bez krót­kiego a wzru­sza­ją­cego po­że­gna­nia pod ad­re­sem swego do­mi­ci­lium.

Kiedy mi­jał dzie­dzi­niec, odźwierny, który wi­docz­nie nań cza­to­wał, za­trzy­mał go na­gle.

– Pa­nie, pa­nie Schau­nard – wy­krzyk­nął, za­gra­dza­jąc mu drogę – pan nie pa­mięta? To dziś ósmy.

– Osiem a osiem to szes­na­ście,

A bo­daj cię cho­lera...

za­nu­cił Schau­nard – pa­mię­tam, za­nadto pa­mię­tam.

– Bo to bę­dzie tro­chę późno na prze­pro­wadzkę – rzekł odźwierny. – Jest wpół do dwu­na­stej; nowy lo­ka­tor, który wy­na­jął pań­ski po­kój, może zja­wić się lada chwila. Trzeba by się po­śpie­szyć!

– Za­tem – od­parł Schau­nard – prze­puść­cie mnie, do­bry czło­wieku, idę po wóz me­blowy.

– To ślicz­nie, ale, nim się pan prze­pro­wa­dzi, jest tu mała for­mal­ność. Mam roz­kaz nie dać panu za­brać ani wło­ska, póki pan nie za­płaci trzech za­le­głych ter­mi­nów. Jest pan pew­nie na to przy­go­to­wany?...

– My­ślę! – od­parł Schau­nard, ude­rza­jąc się dum­nie po kie­szeni.

– Za­tem – rzekł odźwierny – może pan ze­chce wstą­pić, dam panu kwit.

– Za­ła­twię to, wra­ca­jąc.

– Czemu nie za­raz? – rzekł odźwierny z upo­rem.

– Idę do kan­toru wy­miany. Nie mam drob­nych.

– A! A! – od­parł tam­ten z nie­po­ko­jem – idzie pan zmie­nić pie­nią­dze? Za­tem, aby panu usłu­żyć, prze­cho­wam tę paczkę, która by mo­gła panu za­wa­dzać.

– Pa­nie odźwierny – rzekł Schau­nard z god­no­ścią – czyżby to zna­czyło, że mi pan nie ufa? Pan są­dzi, że ja za­bie­ram me­ble w chu­stce do nosa?

– Niech mi pan ra­czy da­ro­wać – od­parł odźwierny nieco ła­god­niej – taki mam roz­kaz. Pan Ber­nard na­ka­zał mi wy­raź­nie nie dać panu za­brać ani wło­ska, póki się pan nie wy­płaci.

– Ależ, pa­trz­cie, przy­ja­cielu – rzekł Schau­nard, roz­chy­la­jąc paczkę – to nie żadne wło­ski, to ko­szule, które niosę do praczki tuż obok kan­toru wy­miany, o dwa­dzie­ścia kro­ków stąd.

– To co in­sze – rzekł odźwierny, zba­daw­szy za­war­tość. – Z prze­pro­sze­niem pań­skim, pa­nie Schau­nard, czy mógł­bym spy­tać o pań­ski nowy ad­res?

– Ulica Ri­voli – od­parł z zimną krwią ar­ty­sta, który, zna­la­zł­szy się na ulicy, po­mknął żywo przed sie­bie.

– Ulica Ri­voli – mruk­nął odźwierny, za­ta­pia­jąc pa­lec we wnę­trzu nosa – to bar­dzo oso­bliwe, że wy­na­jęto mu lo­kal przy ulicy Ri­voli i nie za­się­gnięto na­wet tu­taj wia­do­mo­ści, to bar­dzo oso­bliwe. Osta­tecz­nie nie za­bie­rze me­bli, póki nie za­płaci. Byle nowy lo­ka­tor nie ze­chciał się wpro­wa­dzać wła­śnie wtedy, kiedy pan Schau­nard bę­dzie się wy­no­sił! Ładny by się zro­bił bi­gos na scho­dach. Do­bryś! – krzyk­nął na­gle, wy­chy­la­jąc głowę przez okienko – wła­śnie li­cho przy­nio­sło no­wego.

W isto­cie, młody czło­wiek, ustro­jony w biały ka­pe­lusz w stylu Lu­dwika XIII, wkro­czył do sieni, pro­wa­dząc za sobą po­słańca, który nie zda­wał się zbyt­nio ugi­nać pod cię­ża­rem.

– Moi dro­dzy – spy­tał odźwier­nego, który wy­szedł na spo­tka­nie – czy miesz­ka­nie wolne?

– Jesz­cze nie, pro­szę pana, ale za chwilę. Lo­ka­tor udał się po wóz, aby za­brać rze­czy. Tym­cza­sem może pan zło­żyć me­ble na dzie­dzińcu.

– Boję się, czy deszcz nie za­cznie pa­dać – od­parł młody czło­wiek, gry­ząc spo­koj­nie bu­kie­cik fioł­ków, który trzy­mał w zę­bach – me­ble mo­głyby się znisz­czyć. Mój czło­wieku – do­dał, zwra­ca­jąc się do po­słańca, który zo­stał w tyle, dźwi­ga­jąc na ple­cach ja­kieś przed­mioty dość nie­zro­zu­mia­łej dla odźwier­nego przy­rody – złóż­cie to w sieni i wróć­cie na dawne miesz­ka­nie za­brać resztę an­ty­ków i dzieł sztuki.

Po­sła­niec usta­wił pod ścianą kilka pa­ra­wa­nów, któ­rych skrzy­dła, zło­żone w tej chwili, można było, jak się zdaje, do­wol­nie roz­kła­dać.

– Pa­trz­cie! – rzekł młody czło­wiek do po­słańca, od­chy­la­jąc jedno ze skrzy­deł i po­ka­zu­jąc wi­doczną na płót­nie skazę – stało się nie­szczę­ście: uszko­dzi­li­ście mi we­nec­kie lu­stro – sta­raj­cie się uwa­żać za dru­gim na­wro­tem, da­waj­cie zwłasz­cza ba­cze­nie na bi­blio­tekę.

– Co jemu się ma­rzy z ja­kimś we­nec­kim lu­strem? – za­uwa­żył odźwierny, krę­cąc się z nie­spo­kojną miną do­koła opar­tych o mur płó­cien – nie wi­dzę żad­nego lu­stra, to wi­docz­nie ja­kiś żart, wi­dzę tylko pa­ra­wany, zo­ba­czymy zresztą, co nam przy­nie­sie da­lej.

– Czy lo­ka­tor nie ma za­miaru ry­chło opróż­nić miesz­ka­nia? Jest wpół do pierw­szej i chciał­bym się już roz­go­ścić – rzekł młody czło­wiek.

– Nie przy­pusz­czam, aby się spóź­nił – od­parł odźwierny – zresztą nic się jesz­cze nie stało wo­bec tego, iż me­ble pań­skie nie na­de­szły – do­dał z na­ci­skiem.

Młody czło­wiek za­mie­rzał od­po­wie­dzieć, kiedy dra­gon, peł­niący służbę or­dy­nansa, wszedł w dzie­dzi­niec.

– Pan Ber­nard? – spy­tał, wy­do­by­wa­jąc list ze skó­rza­nej torby, która wi­siała mu u boku.

– Tu­taj – od­parł odźwierny.

– List dla niego – rzekł dra­gon – pro­szę po­twier­dzić od­biór. – I po­dał odźwier­nemu kwi­ta­riusz, który ten wziął do pod­pi­sa­nia.

– Prze­pra­szam, że pana zo­sta­wię sa­mego – rzekł odźwierny do mło­dego czło­wieka, który prze­cha­dzał się nie­cier­pli­wie po po­dwó­rzu, ale oto list z mi­ni­ster­stwa do pana Ber­narda, go­spo­da­rza domu, mu­szę od­nieść.

W chwili gdy odźwierny wcho­dził do miesz­ka­nia ka­mie­nicz­nika, pan Ber­nard za­bie­rał się do go­le­nia.

– Co tam, Du­rand?

– Pro­szę pana – od­parł ten, uchy­la­jąc cza­peczki – żoł­nierz ja­kiś przy­niósł to dla pana; mówi że z mi­ni­ste­rium. – I po­dał panu Ber­nar­dowi list, na któ­rego ko­per­cie wid­niała pie­częć De­par­ta­mentu Wojny.

– O mój Boże! – wy­krzyk­nął pan Ber­nard tak wzru­szony, że omal się nie za­ciął brzy­twą – to z Mi­ni­ste­rium Wojny. Pe­wien je­stem, że to Le­gia Ho­no­rowa, o którą za­bie­gam od dawna; wresz­cie od­dają spra­wie­dli­wość moim nie­na­gan­nym służ­bom. Masz, Du­rand – rzekł, grze­biąc w ka­mi­zelce – masz tu pięć fran­ków, na­pij się za moje zdro­wie. Za­raz, za­raz... nie mam przy so­bie, dam ci póź­niej, za­cze­kaj!

Odźwierny uczuł się tak wzru­szony tym na­pa­dem pio­ru­nu­ją­cej hoj­no­ści, do któ­rej ka­mie­nicz­nik go nie przy­zwy­czaił, że wsa­dził kasz­kiet z po­wro­tem na głowę.

Pan Ber­nard, który w in­nym mo­men­cie skar­ciłby su­rowo to na­ru­sze­nie hie­rar­chii, zda­wał się tego nie spo­strze­gać. Wło­żył oku­lary, roz­darł ko­pertę z peł­nym sza­cunku wzru­sze­niem niby we­zyr otrzy­mu­jący fir­man od suł­tana i po­czął od­czy­ty­wać. Przy pierw­szych zda­niach strasz­liwy gry­mas wy­ci­snął kar­ma­zy­nowe fałdy tłusz­czu jego po­licz­ków; z ma­łych oczek strze­liły iskry, które omal nie za­że­gły ognia w ko­smy­kach krza­cza­stej pe­ruki. W miarę czy­ta­nia rysy zmie­niły się gwał­tow­nie: rzekł­byś, fi­zjo­no­mia jego ule­gła trzę­sie­niu ziemi.

Oto za­war­tość li­stu wy­sty­li­zo­wa­nego na pa­pie­rze z na­głów­kiem Mi­ni­ste­rium Wojny, przy­nie­sio­nego przez służ­bo­wego dra­gona, na który to list pan Ber­nard wy­dał rzą­dowi po­kwi­to­wa­nie:

Sza­nowny pa­nie i go­spo­da­rzu!

Grzecz­ność, ta – je­śli wie­rzyć mi­to­lo­gii – pra­babka pięk­nych form, na­ka­zuje mi uświa­do­mić pana, że znaj­duję się w okrut­nej ko­niecz­no­ści nie­po­zwa­la­ją­cej mi za­dość uczy­nić przy­ję­temu zwy­cza­jowi, który na­ka­zuje pła­cić ko­morne – zwłasz­cza o ile się z nim za­lega. Do dziś rana ko­ły­sa­łem się na­dzieją, iż zdo­łam uświet­nić ten piękny dzień, uisz­cza­jąc trzech­krotną na­leż­ność za moje miesz­ka­nie. Chi­mera, złu­dze­nie, sen! Gdy ja drze­ma­łem na po­duszce uf­no­ści – pech – po grecku ananke – roz­pra­szał moje na­dzieje. Wpływy, na które li­czy­łem – mój Boże, co dziś za za­stój w han­dlu! – nie wpły­nęły – i, ze znacz­nych sum do zre­ali­zo­wa­nia, otrzy­ma­łem le­d­wie trzy franki... które mi po­ży­czono, nie śmiem ich panu ofia­ro­wać. Na­dejdą lep­sze dni dla na­szej pięk­nej Fran­cji i dla mnie – niech pan o tym nie wątpi. Z chwilą kiedy za­bły­sną, przy­pnę so­bie skrzy­dła, aby pana o tym za­wia­do­mić i wy­co­fać z pań­skich nie­ru­cho­mo­ści sza­cowne sprzęty, które tam zo­sta­wi­łem. Tym­cza­sem po­wie­rzam je pań­skiej opiece oraz opiece prawa: jako iż, przed upły­wem roku, broni ono panu roz­po­rzą­dzać ta­ko­wymi, w ra­zie gdy­byś pan chciał się po­ku­sić o to dla od­zy­ska­nia sum, na które je­steś za­pi­sany w re­je­strach mo­jej uczci­wo­ści. Po­le­cam panu szcze­gól­nie for­te­pian, oraz wielką ramę, za­wie­ra­jącą sześć­dzie­siąt pu­kli wło­sów, któ­rych roz­ma­ite ko­lory prze­bie­gają całą gamę od­cieni ka­pi­lar­nych, a które zo­stały uszczk­nięte na czole Gra­cji skal­pe­lem Amora.

Mo­żesz tedy, sza­nowny pa­nie i go­spo­da­rzu, roz­rzą­dzić stro­pem, pod któ­rym go­ści­łem. Uży­czam panu ze­zwo­le­nia, wzmoc­nio­nego moim pod­pi­sem i pie­czę­cią.

Alek­san­der Schau­nard

Skoń­czyw­szy czy­tać ten list, który ar­ty­sta na­kre­ślił w biu­rze jed­nego z przy­ja­ciół, urzęd­nika w mi­ni­ste­rium, pan Ber­nard zgniótł pa­pier z obu­rze­niem; że zaś wzrok jego padł na odźwier­nego, który cze­kał przy­rze­czo­nej gra­ty­fi­ka­cji, spy­tał go bru­tal­nie, co tu robi.

– Cze­kam, pro­szę pana!

– Na co?

– To, co ła­ska­wość pań­ska... wzglę­dem do­brej wia­do­mo­ści!... – wy­ją­kał odźwierny.

– Precz! Co ty, hul­taju, sto­isz tu przede mną w czapce?

– Ależ, pro­szę pana...

– Ani słowa! Żad­nych od­po­wia­dań! Wy­chodź, albo ra­czej nie, za­cze­kaj tu na mnie. Pój­dziemy do po­koju tego łaj­daka ar­ty­sty, który się wy­pro­wa­dził, nie za­pła­ciw­szy ko­mor­nego.

– Jak to – rzekł odźwierny – pan Schau­nard?...

– Tak – cią­gnął go­spo­darz, któ­rego wście­kłość ro­sła ze sło­wami. – I, je­żeli wy­niósł bo­daj naj­mniej­szy sprzę­cik, wy­pę­dzam cię, sły­szysz, wypę-ę-ędzam.

– Ależ to nie­moż­liwe – szep­nął biedny odźwierny. – Pan Schau­nard nie wy­pro­wa­dził się, po­szedł zmie­nić pie­nią­dze, aby panu za­pła­cić, oraz za­mó­wić wóz dla za­bra­nia rze­czy.

– Za­bra­nia rze­czy! – wy­krzyk­nął pan Ber­nard. – Pędźmy, je­stem pe­wien, że wła­śnie to czyni: za­sta­wił ci pu­łapkę, aby cię wy­wa­bić z bramy i do­ko­nać swego, ty stary głup­cze!

– Och! Boże! Boże! Ja stary głu­piec! – wy­krzyk­nął stary Du­rand, drżąc przed olim­pij­skim gnie­wem chle­bo­dawcy, który cią­gnął go po scho­dach.

Gdy mi­jali dzie­dzi­niec, młody czło­wiek w bia­łym ka­pe­lu­szu zwró­cił się do odźwier­nego.

– Mój do­bry wi­ce­go­spo­da­rzu – wy­krzyk­nął – czy nie ma na­dziei, abym mógł ry­chło wejść w uży­wal­ność mego miesz­ka­nia? Czy to nie dziś 8 kwiet­nia? Czy nie tu wy­na­ją­łem po­koju i czy nie da­łem za­datku, tak czy nie?

– Prze­pra­szam pana, prze­pra­szam – rzekł go­spo­darz – je­stem na pań­skie usługi. Du­rand – do­dał, zwra­ca­jąc się do odźwier­nego – ja sam roz­mó­wię się z pa­nem; bie­gnij na górę, ten opry­szek Schau­nard wró­cił z pew­no­ścią, aby spa­ko­wać graty; za­mkniesz go, je­żeli go zdy­biesz, i zej­dziesz po po­li­cję.

Stary Du­rand znikł na scho­dach.

– Prze­pra­szam pana – rzekł z ukło­nem ka­mie­nicz­nik do mło­dego czło­wieka, zo­staw­szy z nim sam na sam – z kim mam za­szczyt...

– Je­stem pań­ski nowy lo­ka­tor, wy­na­ją­łem po­kój w tym domu na szó­stym pię­trze, i za­czyna mnie nie­cier­pli­wić, że nie mogę go ob­jąć w po­sia­da­nie.

– Jest mi nie­zmier­nie przy­kro, pro­szę pana – od­parł pan Ber­nard – za­cho­dzą nie­ja­kie trud­no­ści mię­dzy mną a jed­nym z lo­ka­to­rów, któ­rego pan ma za­jąć miej­sce.

– Pa­nie, pa­nie – za­krzyk­nął z okna na naj­wyż­szym pię­trze stary Du­rand – pana Schau­narda nie ma, ale po­kój jego jest... głu­piec ze mnie, chcę po­wie­dzieć, że nic nie wy­niósł, ani wło­ska, pro­szę pana.

– To do­brze, mo­żesz zejść – od­parł pan Ber­nard. – Mój Boże – zwró­cił się do mło­dego czło­wieka – nieco cier­pli­wo­ści, pro­szę pana. Odźwierny znie­sie do piw­nicy sprzęty nie­wy­pła­cal­nego lo­ka­tora, za pół go­dziny bę­dzie się pan mógł wpro­wa­dzić. Zresztą me­ble pań­skie jesz­cze nie na­de­szły.

– Ow­szem, pro­szę pana – od­parł spo­koj­nie młody czło­wiek.

Pan Ber­nard spoj­rzał do­koła i uj­rzał je­dy­nie wiel­kie pa­ra­wany, które już za­nie­po­ko­iły odźwier­nego.

– Jak to, ow­szem... jak to... – szep­nął – ależ ja nic nie wi­dzę.

– Oto – od­parł młody czło­wiek, roz­kła­da­jąc skrzy­dła wiel­kiej ramy i uka­zu­jąc oczom zdu­mio­nego ka­mie­nicz­nika wnę­trze pa­łacu z ja­spi­so­wymi ko­lum­nami, pła­sko­rzeź­bami i ob­ra­zami mi­strzów.

– Ale... me­ble? – spy­tał pan Ber­nard.

– Oto są – od­parł młody czło­wiek, wska­zu­jąc wspa­niałe urzą­dze­nie, wy­ma­lo­wane w pa­łacu, za­ku­pio­nym świeżo w hali li­cy­ta­cyj­nej na wy­prze­daży ama­tor­skiego te­atru...

– Pa­nie – pod­jął go­spo­darz – chcę wie­rzyć, iż po­siada pan me­ble po­waż­niej­sze niż...

– Jak to, toć to Bo­ule naj­czyst­szej próby!

– Poj­muje pan, że trzeba mi rę­kojmi czyn­szu.

– Ba­ga­tela! Pa­łac nie wy­star­czy panu jako rę­koj­mia ko­mor­nego na pod­da­szu!

– Nie, pa­nie, chcę me­bli, praw­dzi­wych ma­ho­nio­wych me­bli.

– Ach, pa­nie, ani złoto, ani ma­hoń nie czy­nią czło­wieka szczę­śli­wym, po­wie­dział któ­ryś ze sta­ro­żyt­nych. A przy tym ja nie zno­szę ma­ho­niu; to drzewo za­nadto okle­pane, wszę­dzie go pełno.

– Ko­niec koń­ców, musi pan mieć ja­kieś me­ble, mniej­sza o to z czego i ja­kie!

– Nie, to zaj­muje za wiele miej­sca, kiedy się ma krze­sła, nie wia­domo do­prawdy, gdzie usiąść.

– Ale prze­cież musi pan mieć łóżko! W czymże pan sy­pia!

– W spo­koju czy­stego su­mie­nia, sza­nowny pa­nie.

– Prze­pra­szam, jesz­cze jedno – rzekł pan Ber­nard – pań­skie za­ję­cie, je­śli ła­ska!

W tejże chwili po­sła­niec mło­dego czło­wieka, przy­by­wa­jąc na drugi za­wrót, wszedł na dzie­dzi­niec. Mię­dzy przed­mio­tami, ja­kie dźwi­gał na ple­cach, można było za­uwa­żyć szta­lugi.

– Pro­szę pana! – wy­krzyk­nął odźwierny z prze­ra­że­niem – to ma­larz!

– Ar­ty­sta, by­łem tego pewny – jęk­nął z ko­lei pan Ber­nard, przy czym włosy pe­ruki sta­nęły mu dęba ze zgrozy – ma­larz!!! Za­tem tyś nie za­się­gnął in­for­ma­cji? – pod­jął, zwra­ca­jąc się do odźwier­nego. – Nie wie­dzia­łeś, czym ten pan się trudni?

– Tak... nie... – bą­kał nie­bo­rak. – Dał mi pięć fran­ków za­datku; czy mo­głem przy­pusz­czać...

– Kie­dyż bę­dzie temu ko­niec? – spy­tał wresz­cie młody czło­wiek.

– Pa­nie – pod­jął pan Ber­nard, wkła­da­jąc z po­wagą na nos oku­lary – skoro pan nie ma me­bli, nie może się pan wpro­wa­dzić. Prawo upo­waż­nia do uchy­le­nia najmu lo­ka­to­rowi, który nie daje rę­kojmi.

– A moje słowo? – rzekł ar­ty­sta z god­no­ścią.

– To nie to co me­ble... Może pan szu­kać miesz­ka­nia gdzie in­dziej. Du­rand odda panu za­da­tek.

– Hę? – rzekł odźwierny ze zdu­mie­niem. – Wło­ży­łem już do kasy.

– Ależ, pa­nie – od­parł młody czło­wiek – nie mogę zna­leźć in­nego miesz­ka­nia w ciągu mi­nuty. Niech mi pan uży­czy go­ścin­no­ści bo­daj na dzień.

– Niech pan idzie do ho­telu – od­parł pan Ber­nard. – Ale, ale – do­dał żywo pod wpły­wem na­głego za­sta­no­wie­nia. – Je­śli pan chce, wy­najmę panu już z me­blami po­kój, który mia­łeś zaj­mo­wać i gdzie znaj­dują się rze­czy nie­wy­pła­cal­nego lo­ka­tora. Ale wia­domo panu, że, przy tego ro­dzaju naj­mie, czynsz płaci się z góry.

– Cho­dzi o to, ile pan za­żąda za tę norę – rzekł ar­ty­sta, znie­wo­lony rad nie­rad do tego układu.

– Hm, miesz­ka­nie bar­dzo przy­zwo­ite, czynsz bę­dzie wy­no­sił dwa­dzie­ścia pięć fran­ków na mie­siąc, cena oka­zyjna. Płatne z góry.

– Już pan po­wie­dział, fra­zes ten nie wart bisu – od­parł młody czło­wiek, szpe­ra­jąc w kie­szeni. – Ma pan wy­dać z pię­ciu­set fran­ków?

– Hę! – spy­tał odźwierny zdu­miony – pan po­wiada?...

– No cóż, z pię­ciu­set, z pół ty­siąca, jakże mam mó­wić? Czy­ście ni­gdy tego nie wi­dzieli? – rzekł ar­ty­sta, prze­su­wa­jąc bank­not przed oczyma wła­ści­ciela i odźwier­nego, któ­rzy na ten wi­dok omal nie stra­cili rów­no­wagi.

– Każę panu wy­dać – od­parł pan Ber­nard z usza­no­wa­niem. – Bę­dzie się na­le­żało je­dy­nie dwa­dzie­ścia fran­ków, skoro Du­rand ma panu zwró­cić za­da­tek.

– Zo­sta­wiam mu go – rzekł ar­ty­sta – pod wa­run­kiem, że przyj­dzie mi co rano oznaj­mić dzień i datę mie­siąca, kwa­drę księ­życa, po­godę, jaką mamy i formę rządu, pod jaką bę­dziemy żyli.

– Och, pa­nie – wy­krzyk­nął stary Du­rand, opi­su­jąc w ukło­nie krzy­wi­znę 90 stopni.

– Do­brze już, za­cny czło­wieku, bę­dziesz mi słu­żył za ka­len­darz. Tym­cza­sem po­mo­żesz po­słań­cowi wnieść rze­czy.

– Pa­nie – rzekł ka­mie­nicz­nik – prze­ślę panu kwit.

Te­goż sa­mego wie­czoru nowy lo­ka­tor pana Ber­narda, ma­larz Mar­celi, roz­go­ścił się w miesz­ka­niu zbie­głego Schau­narda, prze­obra­żo­nym w pa­łac.

Przez ten czas rze­czony Schau­nard uga­niał po ca­łym Pa­ryżu za mo­netą.

Schau­nard wy­niósł po­ży­cza­nie do wy­so­ko­ści sztuki. Prze­wi­du­jąc wy­pa­dek, w któ­rym bę­dzie zmu­szony na­cią­gnąć cu­dzo­ziemca, na­uczył się spo­sobu po­ży­cze­nia pię­ciu fran­ków we wszyst­kich ję­zy­kach kuli ziem­skiej. Wy­stu­dio­wał re­per­tuar pod­stę­pów, ja­kich używa kru­szec, aby się wy­mknąć tym, któ­rzy go ści­gają: le­piej niż ma­ry­narz zna go­dziny przy­pływu i od­pływu, on znał epoki, w któ­rych woda stoi wy­soko lub ni­sko – to zna­czy dni, w któ­rych przy­ja­ciele i zna­jomi zwy­kli otrzy­my­wać pie­nią­dze. To­też były domy, w któ­rych wi­dząc go wcho­dzą­cego, nie mó­wiono: „Idzie pan Schau­nard”, ale: „a, to dzi­siaj pierw­szy lub pięt­na­sty”. Aby uła­twić i zrów­nać dzie­się­cinę, jaką okła­dał w ra­zie po­trzeby lu­dzi ma­ją­cych środki, Schau­nard spo­rzą­dził we­dle dziel­nic i okrę­gów al­fa­be­tyczny re­jestr, gdzie znaj­do­wały się na­zwi­ska przy­ja­ciół i zna­jo­mych. Przy na­zwi­sku wid­niało: ma­xi­mum sumy, jaką mógł ob­ło­żyć któ­rego, za­leż­nie od jego ma­jątku; epoka, w któ­rej po­dat­nik by­wał przy mo­ne­cie; oraz go­dzina po­sił­ków, wraz ze zwy­kłym menu tego domu. Prócz tego Schau­nard miał jesz­cze małą księgę han­dlową, pro­wa­dzoną w naj­więk­szym po­rządku, obej­mu­jącą wy­kaz po­ży­czo­nych sum do naj­drob­niej­szych ułam­ków; nie chciał bo­wiem za­dłu­żać się po­nad pewną cy­frę, wi­szącą jesz­cze na końcu pióra wu­jaszka z Nor­man­dii, po któ­rym miał dzie­dzi­czyć. Z chwilą gdy był wi­nien jed­nej oso­bie 20 fran­ków, Schau­nard za­my­kał konto i spła­cał je w ca­ło­ści, choćby na­wet mu­siał w tym celu po­ży­czyć od in­nych, któ­rym był wi­nien mniej. W ten spo­sób za­cho­wy­wał za­wsze na rynku pe­wien kre­dyt, który na­zy­wał swoim ru­cho­mym dłu­giem; że zaś wie­dziano, iż ma zwy­czaj od­da­wać, skoro tylko środki po­zwa­lają mu na to, wy­ga­dzano mu chęt­nie w miarę moż­no­ści.

Otóż od je­de­na­stej rano, kiedy wy­ru­szył z domu, aby zgro­ma­dzić nie­zbędne sie­dem­dzie­siąt pięć fran­ków, zdo­był za­le­d­wie mi­zer­nego ta­lara, owoc współ­dzia­ła­nia li­ter M, V i U słyn­nej li­sty: reszta al­fa­betu, ma­jąc jak on, ko­morne na karku, od­da­liła go z ni­czym.

O szó­stej gwał­towny ape­tyt wy­dzwo­nił mu w żo­łądku go­dzinę obiadu; ar­ty­sta znaj­do­wał się wów­czas koło ro­gatki Ma­ine, gdzie miesz­kała li­tera U. Schau­nard wstą­pił do tej li­tery, gdzie miał „swoje na­kry­cie” – o ile były na­kry­cia.

– Do kogo pan idzie? – za­trzy­mał go odźwierny.

– Do pana U... – od­parł ar­ty­sta.

– Nie ma w domu.

– A pani?

– Pani także; po­le­cili mi po­wie­dzieć jed­nemu panu, który ich miał od­wie­dzić, że po­szli do ko­goś na obiad, ot prawda, je­żeli to na pana cze­kali, oto ad­res, który zo­sta­wili: – I po­dał Schau­nar­dowi świ­stek, na któ­rym przy­ja­ciel U na­kre­ślił:

Po­szli­śmy na obiad do Schau­narda, ulica... nu­mer... przyjdź tam.

– Brawo – rzekł ar­ty­sta, od­cho­dząc – kiedy Traf weź­mie się do rze­czy, urzą­dza pa­radne farsy.

Schau­nard przy­po­mniał so­bie, że znaj­duje się o dwa kroki od knajpki, gdzie parę razy zda­rzyło mu się po­krze­pić za nie­dro­gie pie­nią­dze, skie­ro­wał się tedy ku za­kła­dowi, po­ło­żo­nemu przy ulicy du Ma­ine i zna­nemu wśród po­śled­niej­szej cy­ga­ne­rii pod mia­nem Mamy Ca­det. Jest to re­stau­ra­cyjka, któ­rej zwy­kła klien­tela składa się z woź­ni­ców or­le­ań­skiego go­ścińca, szan­so­ni­stek z Mont­par­nasse i aman­tów te­atrzyku Bom­bino. W let­nim se­zo­nie młódź ma­lar­ska z licz­nych pra­cowni w oko­licy Lu­xem­burga, po­kątni li­te­raci, re­dak­to­rzy za­gad­ko­wych dzien­nicz­ków za­cho­dzą gro­mad­nie do Mamy Ca­det słyn­nej ze swej po­trawki z kró­lika, ki­szo­nej ka­pu­sty oraz bia­łego cien­ku­sza.

Schau­nard usa­do­wił się w ogródku: tak na­zy­wają się u Mamy Ca­det listki ra­chi­tycz­nych drze­wek, któ­rych cho­ro­wita zie­lo­ność two­rzy ro­dzaj al­tany.

„Daję słowo, raz ko­zie śmierć – rzekł Schau­nard w du­chu – wy­pra­wię so­bie ucztę Bal­ta­zara”. I nie na­my­śla­jąc się długo, za­mó­wił zupę, pół por­cji ka­pu­sty i dwie pół­por­cje po­trawki z kró­lika; za­uwa­żył, iż dzie­ląc w ten spo­sób por­cje na ułamki, zy­skuje się co naj­mniej ćwiartkę na ca­ło­ści.

Za­mó­wie­nie to ścią­gnęło nań spoj­rze­nia mło­dej osoby w bia­łej sukni, biało obu­tej, z głową przy­braną kwia­tem po­ma­rań­czo­wym: we­lon z ma­te­rii bę­dą­cej imi­ta­cją imi­ta­cji bu­jał na ra­mio­nach, które miały przy­czyny, aby za­cho­wać in­co­gnito. Była to śpie­waczka z te­atrzyku Mont­par­nasse, któ­rego ku­lisy wy­cho­dzą, można rzec, na kuch­nię Mamy Ca­det. Przy­szła po­krze­pić się w an­trak­cie Łu­cji i koń­czyła w tej chwili pół­por­cję czar­nej, obiad zło­żony z kar­czo­cha, za­pra­wio­nego octem i oliwą.

– Dwie po­trawki, ba­ga­tela! – rze­kła pół­gło­sem do dziew­czyny peł­nią­cej funk­cje chłopca – ten młody czło­wiek do­brze się od­ży­wia. Ile ja płacę, Adelo?

– Cztery su kar­czoch, cztery kawa, je­den chleb. Dzie­więć su.

– Pro­szę – rze­kła śpie­waczka i wy­szła, nu­cąc: – Ta mi­łość, którą Bóg mi zsyła!...

– O! O! Bie­rze, la – rze­kła na­gle ta­jem­ni­cza oso­bi­stość, sie­dząca przy tym sa­mym stole co Schau­nard i na wpół za­sło­nięta szań­cem ksią­żek.

– Bie­rze? – rzekł Schau­nard. – Może, ale za­cho­wuje je dla sie­bie. Ale co za po­mysł – do­dał, wska­zu­jąc pal­cem ta­lerz, na któ­rym Łu­cja z La­mer­mo­oru spo­ży­wała kar­czo­chy – ma­ry­no­wać swój fal­set w oc­cie!

– Tak, to po­ważny kwas – do­rzu­ciła osoba, która ode­zwała się przed­tem. – To pro­dukt mia­sta Or­le­anu, cie­szący się za­słu­żoną sławą.

Schau­nard przyj­rzał się by­stro osob­ni­kowi, który za­rzu­cał w ten spo­sób wędkę w nurty kon­wer­sa­cji. Upo­rczywe spoj­rze­nie wiel­kich nie­bie­skich oczu, które jak gdyby wciąż szu­kały cze­goś, da­wały jego fi­zjo­no­mii wy­raz spo­koj­nej bło­go­ści, jaki wi­duje się u mło­dych kle­ry­ków. Twarz miała ton sta­rej ko­ści sło­nio­wej, z wy­jąt­kiem po­licz­ków, jak gdyby po­wle­czo­nych war­stwą tłu­czo­nej ce­gły. Usta zda­wały się wy­ry­so­wane przez po­cząt­ku­ją­cego ucznia, któ­rego ktoś trą­cił w ło­kieć. Wargi wy­wi­nięte z mu­rzyń­ska, od­sła­niały zęby godne my­śliw­skiego psa; pod­bró­dek usa­do­wił się dwoma fał­dami na bia­łej kra­watce, któ­rej je­den ko­niu­szek gro­ził gwiaz­dom, drugi zaś mie­rzył ku środ­kowi ziemi. Spod wy­ły­sia­łego fil­co­wego ka­pe­lu­sza, o zdu­mie­wa­jąco sze­ro­kim ron­dzie, włosy wy­my­kały się w ja­snych pu­klach. Nie­zna­jomy miał orze­chowy płaszcz z pe­le­ryną, któ­rego ma­te­ria, do­pro­wa­dzona do przej­rzy­sto­ści kanwy, była szorstka jak tarka. Z zie­ją­cych kie­szeni płasz­cza wy­chy­lały się pliki pa­pie­rów i bro­szur. Nie trosz­cząc się o ba­daw­czy wzrok są­siada, nie­zna­jomy na­pa­wał się gar­ni­ro­waną ka­pu­stą, wy­da­jąc gło­śne oznaki za­do­wo­le­nia. Je­dząc, czy­tał i, od czasu do czasu, ro­bił no­tatki ołów­kiem, który miał za uchem.

– No cóż – wy­krzyk­nął Schau­nard, ude­rza­jąc no­żem w szklankę – cóż z moją po­trawką?!

– Pro­szę pana – od­parła dziew­czyna, która zja­wiła się z ta­le­rzem – już nie ma, ostat­nią por­cję ten pan wła­śnie za­mó­wił – do­dała, sta­wia­jąc ta­lerz przed je­go­mo­ściem z bi­blio­teką.

– A niech to dia­bli! – wy­krzyk­nął Schau­nard. – Tyle było me­lan­cho­lij­nego roz­cza­ro­wa­nia w tym: A niech to dia­bli, że po­że­racz to­mów uczuł się w du­chu wzru­szony. Prze­su­nął sza­niec z ksią­żek, który wzno­sił się mię­dzy nim a Schau­nar­dem, i sta­wia­jąc pół­mi­sek po­środku, rzekł naj­słod­szym gło­sem:

– Wolno mi pana pro­sić, abyś ze­chciał po­dzie­lić ze mną to da­nie?

– Ależ... – od­parł Schau­nard – nie chciał­bym pana po­zba­wiać...

– Po­zbawi mnie pan tedy przy­jem­no­ści usłu­że­nia mu?

– Je­żeli tak, w ta­kim ra­zie...

I Schau­nard pod­su­nął ta­lerz.

– Po­zwoli pan, że nie ofia­ruję panu głowy – rzekł nie­zna­jomy.

– Och, pa­nie! – wy­krzyk­nął Schau­nard – nie zniosę, aby... – Ale, sta­wia­jąc przed sobą ta­lerz, spo­strzegł, iż nie­zna­jomy jemu wła­śnie na­ło­żył por­cję, którą rze­komo chciał za­cho­wać dla sie­bie.

– Cóż za ko­me­die? – burk­nął Schau­nard w głębi du­szy.

– O ile głowa jest naj­szla­chet­niej­szą czę­ścią czło­wieka – rzekł nie­zna­jomy – sta­nowi ona naj­mniej sym­pa­tyczną część kró­lika. To­też znam wiele osób, które jej nie zno­szą. Ja, prze­ciw­nie, prze­pa­dam za nią.

– W ta­kim ra­zie – rzekł Schau­nard – ża­łuję bar­dzo, że się pan jej wy­rzekł dla mnie.

– Jak to!... Prze­pra­szam – rzekł czło­wiek z bi­blio­teką – to ja wzią­łem głowę. Mia­łem na­wet za­szczyt zwró­cić pań­ską uwagę, że...

– Za po­zwo­le­niem – rzekł Schau­nard, pod­su­wa­jąc mu pod nos swój ta­lerz. – Cóż to jest, ten ka­wa­łek?

– Spra­wie­dliwe nieba! Co wi­dzę! O bo­go­wie! Jesz­cze jedna głowa. To kró­lik z ga­tunku bi­ce­pha­lów! – wy­krzyk­nął nie­zna­jomy.

– Bice... – rzekł Schau­nard.

– ...pha­los. To z grec­kiego. W isto­cie, pan de Buf­fon, na­tu­ra­li­sta, który no­sił ża­boty, cy­tuje przy­kłady tego nie­zwy­kłego zja­wi­ska. Na ho­nor, rad je­stem z przy­padku, który po­zwala mi spo­ży­wać ów fe­no­men przy­rody.

Dzięki temu wy­da­rze­niu roz­mowa za­wią­zała się osta­tecz­nie. Schau­nard, który nie chciał się dać za­wsty­dzić w grzecz­no­ści, ka­zał po­dać eks­tra litr wina; czło­wiek z bi­blio­teką za­mó­wił drugi. Schau­nard po­sta­wił sa­łatę, bi­blio­fil de­ser. O ósmej wie­czór sześć wy­próż­nio­nych fla­szek stało sze­re­giem na stole. W ciągu ga­wędy, szcze­rość, pod­lana nie­win­nymi li­ba­cjami, pchnęła ich do wza­jem­nej wy­miany bio­gra­fii; znali się już tak, jakby się ni­gdy nie roz­sta­wali. Czło­wiek z bi­blio­teką, wy­słu­chaw­szy zwie­rzeń Schau­narda, oznaj­mił, iż na­zywa się Gu­staw Col­line, z za­wodu jest fi­lo­zo­fem, żyje zaś, udzie­la­jąc lek­cji ma­te­ma­tyki, scho­la­styki, bo­ta­niki i in­nych nauk na ika lub yka.

Tro­chę pie­nię­dzy, które zdo­by­wał, go­niąc za lek­cjami, Col­line ob­ra­cał na kupno ksią­żek. Jego orze­chowy płaszcz znany był an­ty­kwa­riu­szom na wy­brzeżu, od mo­stu Zgody po most św. Mi­chała. Co ro­bił z tymi książ­kami, tak licz­nymi, iż ży­cia czło­wieka nie star­czy­łoby na ich prze­czy­ta­nie, tego nikt nie wie­dział, on zaś mniej niż kto­kol­wiek. Ale na­rów ten prze­szedł u niego w na­mięt­ność; skoro wra­cał wie­czór bez no­wego tomu, od­świe­żał na swój uży­tek rze­cze­nie Ty­tusa i po­wia­dał: „Stra­ci­łem dzień”. Jego uj­mu­jące obej­ście, wy­sło­wie­nie przed­sta­wia­jące mo­zaikę sty­lów, ry­zy­kowne ka­lam­bury, ja­kimi okra­szał roz­mowę, zy­skały mu sym­pa­tię Schau­narda, który nie­zwłocz­nie po­pro­sił Col­line’a o prawo do­łą­cze­nia jego na­zwi­ska do tych, które skła­dały wspo­mniany wy­żej słynny sko­ro­widz.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki
Ty­tuł ory­gi­nału: Scènes de la vie de bo­hème
Co­py­ri­ght © 2023, MG Wszel­kie prawa za­strze­żone. Re­pro­du­ko­wa­nie, ko­pio­wa­nie w urzą­dze­niach prze­twa­rza­nia da­nych, od­twa­rza­nie w ja­kiej­kol­wiek for­mie oraz wy­ko­rzy­sty­wa­nie w wy­stą­pie­niach pu­blicz­nych – rów­nież czę­ściowe – tylko za wy­łącz­nym ze­zwo­le­niem wła­ści­ciela praw.
ISBN 978-83-7779-895-9
Pro­jekt okładki: Elż­bieta Chojna
Ilu­stra­cje na okładce:Henri To­ulo­use-Lau­trecV Mo­ulin Ro­uge
Ko­rekta: Do­rota Ring
Skład: Ja­cek An­to­niak
Kon­wer­sja eLi­tera
www.wy­daw­nic­twomg.pl
kon­takt@wy­daw­nic­twomg.pl