Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
„Krok po kroku pod moją skórą rozkwitała złość. Nie była to płytka, impulsywna furia, lecz gęsta, zimna jak rdza, która powoli zjada metal”.
Pokerzysta
Zrobiłby dla niej wszystko. Mógłby nawet umrzeć, jeżeli to oznaczałoby, że ona przeżyje.
Duch
Jest niewiele rzeczy zdolnych go złamać. Gdyby ktoś zapytał, czego się boi, nie potrafiłby odpowiedzieć. Dopiero jedno wydarzenie sprawi, że pierwszy raz w życiu poczuje, czym jest strach.
Ella
Czy może istnieć większy dowód miłości, niż zasłonięcie ukochanej osoby własnym ciałem? Ella wie, że nie. Teraz ona musi go ocalić. Zamierza kłamać, oszukiwać i manipulować. Wszystko, aby tylko wyszedł z tego bagna cały.
Książka zawiera treści nieodpowiednie dla osób poniżej osiemnastego roku życia. Opis pochodzi od Wydawcy.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 839
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Copyright © for the text by Julia Kubicka
Copyright © for this edition by Wydawnictwo NieZwykłe, Oświęcim 2026
All rights reserved • Wszystkie prawa zastrzeżone
Redakcja: Anna Suchańska
Korekta: Aleksandra Krasińska, Martyna Janc, Monika Baran
Oprawa graficzna książki: Paulina Klimek
ISBN 978-83-8418-643-5 • Wydawnictwo NieZwykłe • Oświęcim 2026
Grupa Wydawnicza Dariusz Marszałek
OSTRZEŻENIE
PLAYLISTA
Prolog
Rozdział Pierwszy
I. Prolog końca
Rozdział Drugi
Rozdział Trzeci
Rozdział Czwarty
Rozdział Piąty
Rozdział Szósty
Rozdział Siódmy
Rozdział Ósmy
II. W moich żyłach płynie rtęć
Rozdział Dziewiąty
Rozdział Dziesiąty
Rozdział Jedenasty
Rozdział Dwunasty
Rozdział Trzynasty
Rozdział Czternasty
Rozdział Piętnasty
Rozdział Szesnasty
Rozdział Siedemnasty
Rozdział Osiemnasty
Rozdział Dziewiętnasty
Rozdział Dwudziesty
Rozdział Dwudziesty Pierwszy
III. Jak iskry na wietrze
Rozdział Dwudziesty Drugi
Rozdział Dwudziesty Trzeci
Rozdział Dwudziesty Czwarty
Rozdział Dwudziesty Piąty
Rozdział Dwudziesty Szósty
Rozdział Dwudziesty Siódmy
Rozdział Dwudziesty Ósmy
Rozdział Dwudziesty Dziewiąty
Rozdział Trzydziesty
Rozdział Trzydziesty Pierwszy
Rozdział Trzydziesty Drugi
Rozdział Trzydziesty Trzeci
Rozdział Trzydziesty Czwarty
Rozdział Trzydziesty Piąty
IV. Miód na ostrzu szkła
Rozdział Trzydziesty Szósty
Rozdział Trzydziesty Siódmy
Rozdział Trzydziesty Ósmy
Rozdział Trzydziesty Dziewiąty
Rozdział Czterdziesty
Rozdział Czterdziesty Pierwszy
Rozdział Czterdziesty Drugi
Rozdział Czterdziesty Trzeci
V. Jad pod językiem
Rozdział Czterdziesty Czwarty
Rozdział Czterdziesty Piąty
Rozdział Czterdziesty Szósty
Rozdział Czterdziesty Siódmy
Rozdział Czterdziesty Ósmy
Rozdział Czterdziesty Dziewiąty
Rozdział Pięćdziesiąty
Rozdział Pięćdziesiąty Pierwszy
Rozdział Pięćdziesiąty Drugi
Rozdział Pięćdziesiąty Trzeci
VI. Z miodu i cukru
Rozdział Pięćdziesiąty Czwarty
Rozdział Pięćdziesiąty Piąty
Rozdział Pięćdziesiąty Szósty
Rozdział Pięćdziesiąty Siódmy
VII. Gdy opada mgła
Rozdział Pięćdziesiąty Ósmy
Rozdział Pięćdziesiąty Dziewiąty
Rozdział Sześćdziesiąty
Rozdział Sześćdziesiąty Pierwszy
Rozdział Sześćdziesiąty Drugi
Rozdział Sześćdziesiąty Trzeci
Rozdział Sześćdziesiąty Czwarty
Rozdział Sześćdziesiąty Piąty
Rozdział Sześćdziesiąty Szósty
Rozdział Sześćdziesiąty Siódmy
Rozdział Sześćdziesiąty Ósmy
VIII. Słodki smak trucizny
Rozdział Sześćdziesiąty Dziewiąty
Rozdział Siedemdziesiąty
Rozdział Siedemdziesiąty Pierwszy
Rozdział Siedemdziesiąty Drugi
Rozdział Siedemdziesiąty Trzeci
Epilog
Epilog początku
Pomiędzy ciszą a hałasem
Podziękowania
Przypisy
Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.
Dla tych, którzy błądzili we mgle, myśląc, iż zgubili drogę, i nie wiedzieli, że to wiatr prowadził ich dokładnie tam, gdzie mieli odnaleźć siebie.
Chciałabym odpowiedzialnie podzielić się z Wami treścią Z wiatru i mgły, dlatego ostrzegam, że w książce występują narkotyki, alkohol, przemoc fizyczna i psychiczna, brutalne morderstwa, handel żywym towarem, problemy z agresją, myśli autodestrukcyjne, toksyczne wzorce związków, a także poważne naruszenia prawa oraz zasad moralnych.
Narracja może sugerować romantyczny charakter zachowań przemocowych, wynikających z nierównych szans w relacji ze względu na różnicę wieku bohaterów, ich pozycję życiową, a także wystąpienie syndromu sztokholmskiego.
W książce pojawiają się nawiązania do religii i wiary, które mogą zostać uznane za obraźliwe.
Narracja pierwszoosobowa pozwoliła mi na opowiedzenie tej historii ustami bohaterów, którzy postępują irracjonalnie oraz nieodpowiednio, ponieważ posiadają określony zestaw cech i doświadczeń. Nie pochwalam ani nie gloryfikuję ich przemyśleń i zachowań. Opisywane w książce związki nie są zdrowe i opierają się przede wszystkim na desperackich próbach przetrwania oraz zapewnienia sobie choćby chwilowego poczucia bezpieczeństwa.
Proszę, pamiętajcie, że jedną z najistotniejszych cech książki stanowi to, iż często wpuszcza nas do głowy bohatera. W ten sposób o wiele łatwiej mu zaufać. Umysły niektórych ludzi są jednak mrocznymi i trudno dostępnymi miejscami, dlatego do każdego zdania, które znajduje się w Z wiatru i mgły, podejdźcie z tą koncepcją:
Zawsze myślcie za siebie.
Książka została napisana w celach rozrywkowych, nie edukacyjnych. Sposób funkcjonowania poszczególnych instytucji może różnić się od tego, jak działają one w rzeczywistości. Powieść oparto na podstawowym researchu. Decydując się na przeczytanie jej, akceptujesz świat przedstawiony dzieła w taki sposób, w jaki został opisany.
W treści mogą znajdować się spoilery do trylogii „Tak powstają złoczyńcy”.
Ostrzeżenie nie jest zachętą do sięgnięcia po książkę przez osoby niepełnoletnie lub wrażliwe na wyżej wymienione kwestie.
The 1975 – About You
Evanescence – Bring Me to Life
Gin Wigmore – Kill of The Night
Billie Eilish – Happier Than Ever
Lady Gaga – Judas
X Ambassadors – Unsteady
Coldplay – The Scientists
Tommee Profitt, Fleurie – Hurts Like Hell
Taylor Swift – Opalite
KILLBOY– SHADOWS
Taylor Swift – Father Figure
ADONA– Dark Things
Hurts – Evelyn
K.Flay – Giver
Jades Goudreault – purple circles
One Direction – Half a Heart
5 Seconds of Summer – Ghost
Skott – Lack of Emotion
Tom Odell, Zaho de Sagazan – Old Friend
We Came As Romans – Learning to Survive
Red Sun Rising – The Otherside
Andy Black – Put The Gun Down
STARSET– Let It Die
Chandler Leighton – When You Say My Name
Lana Del Rey – Living Legend
Gwen Stefani – Luxurious
My Chemical Romance – Summertime
Taylor Swift – The Alchemy
5 Seconds of Summer – Telephone Busy
Die Happy – Survivor
Isla June – Strange Times, Dark Days
Pomme – des excuses
Winona Oak – Another Story
SYML – Where’s My Love
Cold – Back Home
Shadow Beloved – Burn Me Beautiful
The Fray – Look After You
Ice Nine Kills – A Grave Mistake
Skylar Grey – Fucking Crazy
Skylar Grey – Coming Home – Part II
Badflower – Family
Palaye Royale – Feel Something, Great.
Sixx:A.M. – Lies of The Beautiful People
James Arthur – Train Wreck
Garbage – Control
Michael Clifford – carry you away (demo)
Sky Li – Before the End
Lana Del Rey – Yosemite
Des Rocs – Maybe, I
5 Seconds of Summer – istillfeelthesame
XYLO– yes & no
Charlotte Lawrence – Joke’s on You
She Wants Revenge – Out of Control
Sixx:A.M. – Maybe It’s Time
Mae Hill – The Devil I Know
MISSIO– Twisted
Taylor Swift – mirrorball
Vancouver Sleep Clinic – Someone to Stay
Melanie Martinez – Pity Party
Erin LeCount – Silver Spoon
Droopy – Enchanted – Orchestral Version
grandson – Blood // Water
Odelly – Mon Démon
Taylor Swift – Cruel Summer
5 Seconds of Summer – Wrapped Around Your Finger
Taylor Swift – All You Had To Do Was Stay (Taylor’s Version)
5 Seconds of Summer – I’m Scared I’ll Never Sleep Again
Marino – Devil in Disguise
Lorde – Team
Gigi Perez – Sailor Song
Tate McRae – tear myself apart
Michael Clifford – remember when
Taylor Swift, Ed Sheeran, Future – End Game
Panic! At The Disco – The Ballad of Mona Lisa
Taylor Swift – The Fate of Ophelia
czy myślisz, że zapomniałem?
Nowy Jork, kiedyś
Luc
Marcus Breland zawsze wiedział, co powiedzieć. Stwierdzenie, że miał niewyparzoną gębę, wcale nie było wyolbrzymieniem. Chłopak potrafił wpakować nas w tarapaty jednym słowem, ale równie łatwo nas z nich wyciągał.
Lubiłem słuchać jego słowotoków. Tego, jak ekscytował się sprawami całkowicie nieważnymi i niezrozumiałymi dla mnie. Miałem słabość do jego pretensjonalnego, punkowego stylu ubierania. Rozczulał mnie fakt, że gdyby poszedł na koncert k-popowy, wydzierałby się głośniej niż nastoletnie fanki muzyki koreańskiej. Ale najbardziej imponował mi tym, że wydawał się praktycznie niezniszczalny.
W sumie to dobrze, że nie mamy pieniędzy. Gdyby Breland dostał bilet na Enhypen, zapewne pobiłby się z jakimiś dziewczynami o miejsce przy barierkach.
Niekontrolowany uśmiech wpłynął na moje usta. Przygryzłem wargę i próbowałem skupić się na szkicu, który tworzyłem, by zaliczyć zajęcia. Rysowałem rzeźbę Dawida. Po paru tygodniach studiów w swoim zeszycie miałem ich już tyle, że nie potrzebowałem zdjęcia poglądowego.
Z łatwością zapamiętywałem estetyczne rzeczy i ładnych ludzi. Jeśli ktoś mi się podobał, zostawał w mojej głowie na zawsze.
Nawiedzał mnie, prześladował, uzależniał…
Znudzony bazgraniem tego samego po raz piętnasty, przerzuciłem kartki notatnika. Sięgnąłem po kredkę w kolorze mchu, którą Marc nazywał po prostu zieloną. Polizałem rysik, by wzmocnić wydajność badziewnego, taniego przyboru, i zmrużyłem oczy. Dopiero po chwili pokolorowałem drobny element portretu.
– Kurwa mać, jest maj, więc dlaczego mamy pierdolony październik!
Prawie podskoczyłem na krześle, gdy drzwi mieszkania otwarły się z hukiem. Przemoczony od deszczu Marcus stanął w nich jak posąg, albo nawalony ojciec, gdy okazało się, że matka nie dokupiła browarów po wczorajszej popijawie ze szwagrem.
Chłopak wystraszył mnie do tego stopnia, że zapomniałem zmienić kartkę z powrotem na szkic zaliczeniowy. Zamiast tego na stole leżał nieskończony portret mojego przyjaciela.
– Sam powiedziałeś, że jest maj, nie październik, to tylko trochę deszczu, nie jesteśmy z cukru – mruknąłem i uraczyłem chłopaka udawanie znudzonym spojrzeniem.
To był błąd, bo nieświadomie zacząłem wgapiać się w Brelanda z taką intensywnością, że aż czułem, jakby moje źrenice same próbowały chłonąć światło odbijające się od jego ciała. Mokra koszulka przylegała do chłopaka jak druga skóra, podkreślała każdy zarys mięśni. Jego palce lekko, bez pośpiechu zahaczyły o materiał u dołu ubrania. Potem nagłym gestem uniósł je przez głowę. Kropelki wody rozpryskały się w powietrzu.
Marcus był szczupły, ale przez lata życia w nieustannym pierdolniku miał bardzo napięte ciało. Mięśnie jego barków i brzucha rysowały się wyraźnie, jak gdyby ktoś naszkicował je miękkim ołówkiem i celowo nie rozmazał konturów. Skóra chłopaka była jasna, miejscami zarumieniona od zimna. Za każdym razem, gdy ściągał koszulkę, a robił to bardzo często, moją uwagę przykuwały jego tatuaże. Sam narysowałem większość z nich. Lecz nie wybijały się one na ciele tak, jak jego blizny, których nie ukrywał żaden tusz.
Nie miałem pojęcia, czy Marc wygląda lepiej niż zwykle, czy może fakt, że ma w dupie to, że patrzę, sprawił, iż wszystko w nim wydawało mi się prawdziwsze. Bardziej surowe, niefiltrowane. Gdyby Marcus był obrazem, nie potrafiłbym go dokończyć. Każdy jego szczegół wołał o to, by go zatrzymać, uwiecznić, ale ręka zawahałaby mi się w połowie ruchu.
– Mam coś na mordzie? – zapytał znienacka, przecierając twarz dłonią.
Otrząsnąłem się z zamyślenia.
– Yyy… Tak, miałeś tam… – Wskazałem na własną buzię, by wymyślić cokolwiek, ale nie miałem obecnie weny twórczej, żeby się tłumaczyć. – No ten… Takie coś.
– Aha? – Breland uniósł brew.
Podszedł do szafki, by wyciągnąć z niej spodnie dresowe, a ja wbiłem wzrok w rysunek, aby skupić się na pracy zaliczeniowej. Z wyjątkową ostrożnością, jakbym przeprowadzał akcję napadu na bank, wróciłem z powrotem do Dawida, który przy Marcusie wyglądał po prostu nijako.
Chłopak przebrał się w suche ubrania i zaczął chodzić po kawalerce. Nie patrzyłem już na niego, aczkolwiek słuchałem, jak miękko snuje się po starej wykładzinie. Wstawił wodę w czajniku elektrycznym. Wyciągnął patelnię, a następnie coś z lodówki. Gdy usłyszałem, jak gaz uchodzi z otwieranej przez niego butelki piwa, powstrzymałem przewrócenie oczami, ale ugryzłem się w język, zanim zwróciłem przyjacielowi uwagę. Breland potrafił wychlać pół litra, a potem wsiąść za kółko. Zaczynał imprezę pierwszy i kończył ją jako ostatni. Miał niezdrową relację z alkoholem, fajkami, pieniędzmi, marihuaną i… Ciarą.
Podnosząc na niego wzrok, przegrałem sam ze sobą. Znowu się uśmiechnąłem, ponieważ teraz wyglądał znacznie mniej ostro i groźnie niż wtedy, gdy wychodził z domu. Nie miał już ciężkich glanów na stopach, tylko skarpetki w koty, które mi zabrał. Założył też zwykły T-shirt z jakimś głupim napisem oraz wymięte, za duże dresy. Gdyby narzucił koc na ramiona, kojarzyłby mi się z czymś bardzo komfortowym. A może w mojej głowie zagościła ta myśl, bo bez względu na to, co Marc nosił, po prostu był moją bezpieczną osobą?
Czasem zastanawiałem się, jakie Breland ma przemyślenia na mój temat. Pewnie sądził, że jestem upierdliwy, ale w jakimś sensie do niego należę. Przyjął mnie pod swój dach, opiekował się mną i sprawił, że moje gówniane życie wydawało się nieco lepsze i prostsze.
Wróciłem do rysowania. Marcus włączył muzykę. Rzadko robił cokolwiek bez niej w tle, ale i tak słyszałem, jak coś skwierczy na patelni. Po chwili poczułem zapach chleba i masła, a później chłopak podszedł do mnie z talerzem.
– Chowaj kredki – polecił.
Zmarszczyłem brwi i zamiast wykonać prośbę, odsunąłem na bok szkicownik oraz pozostałe przybory. Marcus położył przede mną tosty francuskie zrobione z tygodniowej bułki, twardego sera i prawdopodobnie przeterminowanej wędliny. Wrócił do kuchni po swoje piwo, po czym przestawił krzesło tak, by znajdowało się naprzeciwko mojego. Usiadł na nim, podciągnął kolana pod brodę i szeroko się uśmiechnął.
– Liczę na wyrazy uznania dla szefa kuchni – oznajmił.
Sięgnąłem po bułkę. Przez fakt, że wcześniej pływała w maśle i mleku, wcale nie była taka twarda. Dopiero po przełknięciu pierwszego kęsa uświadomiłem sobie, jak bardzo zgłodniałem.
Nie mieliśmy kasy na jedzenie. Co ciekawe, Marc zawsze znajdował budżet na alkohol i papierosy, ale jako że na razie studiowałem, a nie pracowałem, nie mogłem go oceniać.
Próbowałem znaleźć robotę, lecz nigdzie mnie chcieli. Od paru miesięcy chłopak utrzymywał nas sam. Nie pytałem, co dokładnie robił, prócz dziarania ludzi w spelunach podobnych do naszej kawalerki. Byłem mu niesamowicie wdzięczny, chociaż wolałbym móc dorzucać się do rachunków.
– Weź pół. – Przysunąłem do Marcusa talerz, ale on pokręcił głową.
– Jadłem na mieście – skłamał.
Przedwczoraj właściciele każdej knajpy i sklepu spożywczego w okolicy wywiesili nasze zdjęcia na słupach informacyjnych, dlatego gdy wchodziliśmy do środka, ochroniarze poruszali się za nami niczym cienie. Marc był przed wypłatą. Hajs wygrany w Hunts Point się skończył i został po nim jedynie dług. W żadnej znanej nam miejscówce na Bronksie nikt nie chciał grać z Brelandem w pokera, bo każdy wiedział, że oszukuje.
W naszej lodówce było tylko piwo, masło, mleko i światło.
– Co jadłeś? – zapytałem i napiłem się ciepłego mleka.
Moje serce stopniało, bo Marc dodał do niego resztkę miodu.
– Maca.
– Ktoś ci go kupił? – Uniosłem brew.
– Ciara.
Wiedziałem, że to nieprawda. Breland nigdy nie przyznał przed dziewczyną, że nie ma kasy na żarcie. Co więcej, zawsze za nią płacił, żeby się popisać.
– Weź tę bułkę, najadłem się – mruknąłem.
– Luc, twój mózg musi pracować, mój pociągnie na piwie. – Wskazał butelkę, którą zaraz potem opróżnił.
Zacisnąłem pięść. Miałem ochotę go walnąć.
– To ją wyrzuć, bo ja więcej nie wcisnę – uparłem się.
Oczywiście, że miałem ochotę zjeść tę przeklętą bułkę! A później talerz, stół i Marcusa, gdyż pieczenie w żołądku spowodowane głodem od paru tygodni działało mi na nerwy. Czułem się tak, jak wyglądałem – jak żywy trup.
Siedzieliśmy przez chwilę w zupełnej ciszy, aż w końcu Marcus niepewnie sięgnął do talerza. Chwycił pieczywo, a kiedy się w nie wgryzł, dostrzegłem, jak na jego twarzy pojawia się cień maleńkiej ulgi. Miał mętne, nieobecne spojrzenie. Zjadł tak szybko, że ledwie zdążyłem to zarejestrować, a potem zabrał naczynie i oblizał je z masła. Pokręciłem głową z dezaprobatą.
– Biorę robotę kolportera – wypaliłem.
– Kogo? – Breland uniósł brew.
– Gościa od ulotek – wytłumaczyłem. – To jedyna, z której się odezwali, a my potrzebujemy pieniędzy.
– Daj spokój, ty masz się uczyć, ja zajmę się całą resztą.
– Mhm, widzę, jak się zajmujesz – mruknąłem.
Marc chyba poczuł się urażony, ponieważ zmroził mnie wzrokiem, a później mocno zacisnął szczęki. Przez chwilę toczyliśmy walkę na spojrzenia. Kompletnie go nie rozumiałem.
– Nie ogarniam, co złego w tym, że chcę pomóc – burknąłem.
– To, że nie musisz mi pomagać, bo sobie radzę.
– Marcus, nie jadłeś od przedwczoraj! – krzyknąłem, ponieważ straciłem cierpliwość. – Nie przekręciłeś się jeszcze jedynie przez to jebane piwsko! Obaj jesteśmy dorośli, sami wpakowaliśmy się w to bagno, dlatego nie widzę powodu, dla którego tylko ty miałbyś ponosić konsekwencje naszych wyborów!
– Wyborów? – Złapał mnie za słówko.
Ugryzłem się w język, zanim znowu na niego wyjechałem, ponieważ dotarło do mnie, że ja miałem wybór. Mogłem zostać z matką. Tyle że Breland nie wiedział do końca, co ona i Jaxon zrobili z moim starym. Teoretycznie chłopak mógł zostać w domu dziecka. Może gdybym dowiedział się, z jakiego dokładnie powodu uciekł, byłbym w stanie lepiej go zrozumieć. Przyjaźniliśmy się, lecz mieliśmy przed sobą pewne sekrety. Potrafiłem to uszanować. Wychowałem się w otoczeniu kłamstw i nieustannej ucieczki.
– Mniejsza o to, Lu. Niczym się nie martw, zdaj tę szkołę i zrób karierę. – Machnął ręką, bagatelizując nadchodzącą kłótnię.
– Nie wiem, czy wiesz, ale jestem na takich studiach, po których raczej nie ma się wielkiej kariery – zażartowałem.
– Stary, nawet jeśli dostaniesz robotę w McDonaldzie, będziemy do przodu o parę darmowych burgerów. To mi wystarczy – mruknął i zaczął bawić się pustą butelką. – Chociaż szczerze mówiąc, ja wiem, że będziesz kiedyś milionerem. – Puścił do mnie oczko.
Zieleń jego tęczówek wydała mi się bardziej nasycona przez lampkę, którą włączyłem do szkicowania. Powinienem się wściekać, chcieć drążyć temat albo realnie się z nim pokłócić, ale jak miałem to zrobić, skoro w spojrzeniu Marcusa kryło się tak wiele blasku? Czy on w ogóle wiedział o tym, jak ładne są jego oczy?
– Jeśli zostanę milionerem, kupię ci całą sieciówkę McDonald’s – obiecałem.
– Kup mi dom w Queens, wtedy będę szczęśliwy.
Zaśmiałem się cicho.
– Okej. – Pokiwałem głową, a potem wróciłem do szkicowania Dawida.
– Stary, musisz po mnie przyjechać. – Te słowa wypowiedziane robotycznym głosem Brelanda, dochodzącym ze słuchawki telefonu, zmroziły krew w moich żyłach.
Był środek nocy. Za oknem szalała ulewa, a w mieszkaniu zrobiło się piekielnie zimno, ponieważ nie zapłaciliśmy za prąd i odłączyli nam gaz. Okryłem się mocno kołdrą, lecz to nie sprawiło, że przestałem drżeć.
– Gdzie jesteś? – wyburczałem ochrypłym głosem.
– Umm… – Marc się zawahał. – W areszcie.
Osłupiałem. Gdzie on, kurwa, był?! Zamknąłem oczy z nadzieją, że gdy je otworzę, okaże się, iż to tylko koszmar. Tak się jednak nie stało.
– W którym? – zapytałem z rezygnacją.
W mojej głowie namnożyły się czarne scenariusze.
Zabił kogoś. Chryste, mój najlepszy kumpel zamordował człowieka, nie mamy hajsu na kaucję, samolot i ucieczkę do Tunezji. Marcus trafi do więzienia, a ja zostanę sam. Będę chodził na widzenia z razem żonami kryminalistów.
Kiedy usłyszałem adres, podniosłem się z wersalki.
– Już jadę – powiedziałem spokojnie, choć byłem roztrzęsiony oraz wściekły.
Na komisariacie śmierdziało kawą z termosu i starą wykładziną. Ciche brzęczenie jarzeniówki nad głową mieszało się z gwarem rozmów dochodzących zza grubych drzwi. Moja błękitna, podarta kurtka i Conversy były przemoczone, a włosy kręciły mi się od wilgoci.
Policjant siedzący za biurkiem spojrzał na mnie bez większego zainteresowania, może nawet z lekkim znużeniem.
Kolejny dzieciak z ulicy. Kolejna historia, która już raz słyszana brzmi jedynie jak echo.
– Nazwisko? – zapytał.
– Moreau – wypaliłem. – To znaczy… – Przygryzłem wargę. – Breland. Przyjechałem po Marcusa Brelanda.
Pamiętałem, jak zrobiła to moja mama. Gdy zatrzymali Jaxona, też musiała powiedzieć, że chce zabrać go z posterunku do domu. Wpłaciła kaucję i choć nie miałem pojęcia, skąd wytrzasnęła pieniądze, pozwolili jej go zabrać.
Policjant westchnął i stuknął w klawiaturę.
– Sklep w Williamsbridge. Włamanie. Kradzież artykułów spożywczych.
Drgnąłem, gdy to usłyszałem.
Tak, Luc, nie idź do żadnej roboty, ja sobie ze wszystkim poradzę. Gówno, kurwa, a nie poradzę!
– To nie włamanie. – Pod wpływem stresu wymyśliłem kłamstwo na szybko, zanim odwaga uciekła mi z gardła. – Drzwi były otwarte. Ktoś ich nie domknął.
– Aha? – zainteresował się policjant.
– On…
No dalej, Lu, wymyśl coś…
Zamknąłem oczy. Też miałem powoli dosyć. Kiedy opuszczałem powieki, widziałem jajecznicę, kebaba i rosół. Zaburczało mi w brzuchu.
– Marc był głodny – powiedziałem prawdę. – Pewnie zabrał też jakiś alkohol, bo on nieco uśmierza głód, ból… odkaża rany… – westchnąłem, plącząc się przy tym w słowach. Nie musiałem udawać zmarnowanego. Ja taki po prostu byłem. – Panie władzo, mamy tylko siebie. Mój tata nie żyje, mama jest przemocowa, brat siedzi, a Marc ma jeszcze bardziej przesrane. Proszę mu odpuścić…
Przeniosłem wzrok na ugryzionego pączka, który leżał na biurku. Moje ślinianki zaczęły pracować. Przetarłem usta. Poczułem wstyd, żal, gorycz, niesprawiedliwość wszechświata i wszystko, co powodowało, że zwyczajnie nie chciało mi się żyć.
Uciekając, uczyłem się trzymać wyprostowany, nawet gdy wszystko się waliło. Tym razem to było o wiele trudniejsze. Próbowałem zachować twarz, chociaż brzmiałem, jakbym miał się zaraz rozkleić.
– Chcesz, żebyśmy go wypuścili? – zapytał policjant. – Rozumiem, że bez kaucji i wpisu…
– Tak – odpowiedziałem bez wahania. – Proszę.
Zapadł moment ciężki jak grzmot. W tle dało się słyszeć jedynie szuranie papierów i stukanie długopisu o biurko. Mężczyzna spojrzał na mnie uważniej i coś w jego spojrzeniu się złamało – może to był mój wiek albo to, że nie prosiłem o litość, tylko mówiłem jak człowiek, który naprawdę nie ma nic do stracenia.
– Pieprzyć to – mruknął cicho. – Niech będzie, że nie było zgłoszenia. Właściciel sklepu i tak się nie zorientował. Ale jeśli jeszcze raz…
– Nie będzie kolejnego razu! – przerwałem mu z takim przekonaniem, że aż sam się przestraszyłem, jak bardzo chcę w to wierzyć. – Przysięgam, że to jest ostatni raz Marcusa Brelanda w areszcie. Nigdy nas już pan nie zobaczy. Co mi tam, nigdy więcej żaden z nas nie trafi na dołek!
Facet powstrzymał uśmiech pełen politowania. Wstał z krzesła, ale zanim odszedł, przysunął w moją stronę pączka.
Nigdy nie było mi tak wstyd jak wtedy, gdy rzuciłem się na cudzą, nadgryzioną słodycz, pod ostrzałem współczujących spojrzeń ludzi obecnych na posterunku.
Wiatr po deszczu był rześki, ale nie przeszkadzał. Miał w sobie coś z wolności. Pachniał smogiem, nocą i tym, co jeszcze nie zdążyło się wydarzyć. Siedzieliśmy na dachu kamienicy, a miasto pod nami rozciągało się w pierwszym świetle dnia.
Rozłożyliśmy wszystko, co Marcus ukradł: bagietki, słoik masła orzechowego, winogrona w plastikowym pudełku, chipsy, jakieś pasztety w puszkach, ciasto z piekarni i tanie czerwone wino. Uczta, jakiej dawno nie widzieliśmy.
Powinniśmy płakać nad swoim losem. Miałem się na niego wkurzyć, ale zamiast tego śmialiśmy się, jedząc palcami i popijając alkohol, który palił nas po gardłach. Byliśmy jak królowie na własnym podwórku.
Marc wydawał się wykończony. Z jedną nogą podciągniętą do brody, z tym swoim uśmiechem… Rzucał winogronami w niebo i próbując łapać je ustami, śmiał się z samego siebie.
Pod oczami chłopaka widniały cienie, a na jego szczęce tworzył się siniak niewiadomego pochodzenia. Co jakiś czas zerkał na Manhattan w oddali, chyba wierząc, że tam jest jego przyszłość.
– Widzisz to? – powiedział. – Tam będziemy. Za kilka lat, albo mniej… Z kasą, w nowych ubraniach, w jebanych willach!
Przytaknąłem ze śmiechem, nie odrywając od niego wzroku. Bo ja już byłem t a m . Tam, gdzie on. Z nim. Zawsze. I nie obchodziło mnie, gdzie skończymy, byleby obok siebie.
– Kupiłbym ci studio – dodał po chwili. – Takie prawdziwe. Z oknami na południe. Malowałbyś wszystko, co byś chciał.
Przygryzłem wargę, czując, że od uśmiechu bolą mnie policzki. Słońce wschodziło powoli, rozlewając ciepło na dachy. Upper East Side wyglądało jak zamglony, nieosiągalny sen.
– Loft – mruknąłem.
– Hm?
– Chcę mieć loft, czarnego Jaguara XJ i psa. – Wypowiadając te słowa, położyłem się na mokrym dachu.
– Dobrze, zapamiętam – zapewnił i położył się obok.
– A ty? Pomijając ten dom i bar.
– Hmm…
Marcus wpatrywał się w niebo, a ja w jego profil. Mocno nad czymś myślał, po czym wzruszył ramionami.
– Wiesz, Lu… chyba dom mi wystarczy – przyznał. – Jedyne, o czym teraz marzę, to ogrzewanie, ciepła woda i prąd.
– Nie odcięli nam jeszcze…
– Niespodzianka, pewnie nie włączymy światła, jak wrócimy do środka, dlatego napawaj się dniem. – Poklepał mnie po ramieniu.
To dostatecznie mnie ocuciło. Podniosłem się i zacząłem zbierać po nas śmieci.
– Idę się umyć i wziąć tę robotę ulotkarza.
– Daj spokój! – jęknął Marcus. – Nie idź.
– A może załatwisz mi pracę u tego całego Siwego? – zasugerowałem, stając nad nim.
– Mówiłem ci już, że nie ma takiej opcji.
– Więc zostają ulotki. – Wzruszyłem ramionami. – Albo zacznę się kurwić – zażartowałem.
– O, mógłbyś, myślę, że na tym zbiłbyś fortunę – palnął.
– A ty co? Byłbyś moim alfonsem?
– Myślałem, że nie zapytasz. – Marcus prześmiewczo położył dłoń na sercu. – Sprzedamy twoje dziewictwo analne na eBayu.
– Nie ma opcji! – zaprotestowałem i ruszyłem w kierunku zejścia z dachu.
Breland usiadł, aczkolwiek nie wstał i nie poszedł za mną.
– A co?! – zawołał. – Nie masz go już, że się tak wzbraniasz?
– Może – zażartowałem.
– Halo, Luc, gdzie szczegóły?!
– W dupie!
Obaj się śmialiśmy. Stałem oparty o budkę techniczną, a Marc nadal siedział, wgapiając się we mnie z błyskiem w oku.
– Nie no, powiedz mi, jestem ciekawy! – nalegał.
– Jak cię tak bardzo obchodzi moje dziewictwo, to je sobie weź. – Pokazałem mu język.
– Nie no, stary, rozumiem, że śpimy w jednym łóżku i chodzimy w jednych gaciach, ale są jakieś granice. – Zerwał się, zgarnął pozostałe śmieci i dołączył do mnie. – Najpierw zaproś mnie na randkę.
– Nigdy w życiu. – Zrobiłem poważną minę. – Jesteś moim najlepszym przyjacielem, a jednocześnie wiem, że byłbyś kurewsko paskudnym partnerem.
– Niby czemu?! – obruszył się.
Westchnąłem. Nie chciałem dłużej prowadzić tej rozmowy. Marcus jednak zatrzymał mnie, ciągnąc za moje ramię.
– Ciara ci się z czegoś żaliła? – zapytał.
– Z tego, co zawsze – mruknąłem pod naciskiem spojrzenia przyjaciela. – Że ciągle cię nie ma, a jak już jesteś, to nawalony w trzy dupy.
Uśmiechnął się bez cienia radości.
– Wiem, że trzymasz pistolet w szufladzie… Pamiętam ludzi z Hunts Point… – Przełknąłem ślinę. – Ja się o ciebie martwię, więc co dopiero musi przeżywać ona? – Zadałem chłopakowi pytanie retoryczne.
Szczęki Marcusa mocno się zacisnęły, podczas gdy jego powieka drgnęła.
– Nic mi się nie stanie – zapewnił i wyminął mnie, by wrócić do środka.
– Skąd wiesz?! – zawołałem za nim.
– Bo jestem, kurwa, nieśmiertelny! – odwrzasnął.
Zaśmiałem się cicho. Bardzo chciałem w to wierzyć…
przywróć mnie do życia
Gdzieś w Tunezji, obecnie
Fałszerz
W łóżku panował jeszcze ciepły, ciężki bezruch snu, ale wyrwałem się z niego nagle, jakby ktoś chwycił mnie za ramię. Nie była to burza – choć za oknami rozszalały się żywioły, a wichura biła o okiennice, niosąc ze sobą pył i sól znad morza. Grom dudnił jak kula armatnia, fale roztrzaskiwały się o brzeg tak blisko, że willa zdawała się trzeszczeć w posadach. Nie, nie to mnie obudziło, tylko natarczywy, elektroniczny, zgrzytliwy dźwięk, którego od dawna nie słyszałem.
Telefon na kartę…
Otworzyłem oczy i dostrzegłem, że ciemność pokoju rozdzierały jedynie blade błyski piorunów. Brooke nadal wtulała się w kołdrę. Była niespokojna, lecz jeszcze nieświadoma. Nie chciałem jej budzić, jednak zawiesiłem na kobiecie wzrok. Zawsze marszczyła brwi, gdy miała koszmary. Robiła to teraz, tak samo jak mocno gniotła poduszkę w dłoniach. Jej ciemne włosy przykleiły się do czerwonego policzka. Co jakiś czas mruczała niezrozumiałe słowa.
Uśmiechnąłem się łagodnie i odgarnąłem jej kosmyki na bok. Pogładziłem policzek Bee kciukiem, po czym wyszeptałem:
– Nie musisz się niczego bać, ma cherie, potwory uciekają przede mną.
Dzwonek telefonu zamilkł, a po chwili wrócił. Przygryzłem wargę, kiedy usłyszałem hałas dobiegający z innej słuchawki. Potem z jeszcze jednej. I znowu… Echo sygnałów zdawało się przenikać ściany, potęgowane przez huk burzy.
Przekląłem półgłosem.
Miałem dziesiątki numerów, każdy przypisany do innego kłamstwa. I wszystkie zdawały się właśnie teraz mnie dopadać.
Posłałem żonie ostatnie spojrzenie i bezszelestnie zerwałem się z łóżka. Poczułem ostry chłód, kiedy postawiłem stopy na posadzce. Korytarz był pogrążony w ciemnościach, ściany drżały od wichru, a ja przemykałem przez posiadłość, mijając ciężkie drzwi, obrazy i rzeźby. Dźwięk prowadził mnie jak syrena. Zdawał się upiornie krzykliwy, uparty… coraz bliższy.
W końcu dotarłem do pracowni. Pchnąłem skrzypiące drzwi, a w środku powitał mnie zapach farby, terpentyny i starego drewna. Piorun rozświetlił wnętrze, odsłaniając porozrzucane płótna i porzucone szkice. Sygnał dobiegał zza sterty obrazów opartych o ścianę.
Kurwa.
Ręce drżały mi nerwowo, gdy odsuwałem przybory malarskie. Wiedziałem, co oznacza rozdzwonienie się tego telefonu, i nie było to nic dobrego. Wygrzebałem ze skrytki w podłodze małą, czarną, uszkodzoną komórkę z klapką.
Patrzyłem na migający ekran przez całą wieczność, a serce waliło mi w piersi, jakby przemieniło się w tykającą bombę. Wreszcie podniosłem klapkę i nacisnąłem zieloną słuchawkę.
– Jest źle – usłyszałem głos Alexis St. James. – Bardzo źle.
Przełknąłem ślinę ciężką niczym głaz. Sięgnąłem po przypadkowy pędzel do kubka, aby się czegoś złapać. Wpatrywałem się w szkic rzeźby Dawida, który zrobiłem tylko po to, żeby odtworzyć coś z pamięci, a nie na podstawie zdjęcia. Słowa prawniczki docierały do mnie jak z otwartych wrót piekielnych. Po co je zamykać, skoro wszystkie demony są tutaj?
Temple.
Sofia Petrová.
Kulka.
Leonore…
Chaos.
Tragedia.
Ostateczność…
Marc.
– Lexy – przerwałem kobiecie, zanim wypluła z siebie jeszcze więcej słów. – Starczy – wycedziłem.
– Luc…
Pokręciłem głową, choć wiedziałem, że kobieta tego nie zobaczy. Opuściłem na chwilę powieki. Powietrze w pracowni stało się cierpkie, jakby ołowiane. Oddychałem przez drżące usta. Zacisnąłem szczęki i znowu przełknąłem ślinę.
– Zjawię się tam – powiedziałem, po czym rozłączyłem się i zatrzasnąłem klapkę, a pędzel, który mocno ściskałem w dłoni, pękł na pół.
Zawsze wiedziałem, że życie, które wiodę, doprowadzi mnie kiedyś do szaleństwa. Podejmowałem decyzje niczym dziecko błądzące we mgle. A teraz jedyne, czego pragnąłem, to przeminąć razem z hulającym nad posiadłością wiatrem.
jesteś mój
Nowy Jork, tragedia
Vedova Nera
Snop światła padał zza ciężkich zasłon na dywan, rozjaśniając drobne pyłki kurzu, które tańczyły w powietrzu. Snułam się po domu hazardzisty niczym uwięzione zwierzę, zbyt dumne, by przyznać, że klatka jest dla niego za ciasna. Moje obcasy uderzały o podłogę z rytmiczną, ale nerwową regularnością. Zaciskałam dłonie w pięści, a potem je rozluźniałam, jakbym co chwila musiała przypominać samej sobie, że nie wolno mi dać upustu gniewowi. W środku gotowałam się z wściekłości, lecz starałam się zachować cienką maskę opanowania, tak kruchą, że mogła pęknąć od byle spojrzenia.
Aresztować Rafaela, a nie go zabijać… Absurd. Głupota. Brak najmniejszego instynktu samozachowawczego!
Przyleciałam z Brelandem do Nowego Jorku z nadzieją, że karciarz dotrzyma słowa i pozwoli mi zadźgać męża bardzo tępym nożem. Brooke Astley miała jednak inny plan, a Luc słuchał jej, jakby pozjadała wszystkie rozumy.
Powstrzymałam prychnięcie. Za niedomkniętymi drzwiami łazienki, pochylony nad lustrem fałszerz obmywał twarz z resztek charakteryzacji. Woda ściekała do umywalki różowawymi smugami farby, śladów lateksu i tuszu. Policjantka nachylała się blisko chłopaka, pomagając mu zmyć klej z policzka. Ich spojrzenia, krótkie uśmiechy oraz dotyk palców budziły we mnie instynkty pierwotne. Miałam ochotę krzyczeć, a zamiast tego jedynie wodziłam wzrokiem po ścianach, z udawaną obojętnością poprawiając pierścionek zaręczynowy na palcu.
Wiedziałam, że planują upozorowaną śmierć, zniknięcie, nowe, inne życie… Byli przecież poszukiwani. A zanim to nastąpi, mieli w planach jeszcze jedną scenę: bankiet. Tam zamierzali przekazać Rafaela w ręce Angusa Davisa.
Nie mogąc dłużej tego słuchać, podeszłam do drzwi tarasowych. Oparłam dłoń o chłodną ramę okna i zamknęłam oczy. W mojej głowie brzmiała wyłącznie jedna, gorzka myśl: Niech coś pójdzie nie tak i go zabiją. Niech zniknie, niech przestanie istnieć. Nie potrzebuję sprawiedliwości – chcę zemsty.
– Musisz dać pierścionek Lucowi…
Prawie podskoczyłam, gdy usłyszałam głos Marcusa. Chłopak znalazł się tuż za mną, a gdy uświadomiłam sobie, że straciłam czujność i pozwoliłam się zajść, jeszcze bardziej się wściekłam. Tym razem na samą siebie.
– To przyjęcie zaręczynowe – ciągnął Breland. – Jeśli Astley dostanie od Luca biżuterię, którą Rafael oświadczył się tobie, to powinno go sprowokować, przez co Davis będzie miał podstawę, by go aresztować.
– Nonsens. – Pokręciłam głową.
Spojrzałam na swoje palce z uwagą. Rubin. Symbol miłości, pasji, namiętności oraz odwagi. Był w rodzinie Franchettich od pokoleń, a teraz miał przepaść, bo mój mąż zaczął do nas strzelać. Zachciało mi się śmiać z niemocy.
– Marti… – Marcus skracał moje imię w taki sposób, który przyprawiał mnie o dreszcze żenady. – W Londynie zrobiłem dokładnie to, czego chciałaś. Obiecałaś pomóc, tak że musisz się wywiązać.
Zacisnęłam usta w cienką linię. Pomasowałam skroń, a potem obróciłam się, by stanąć do karciarza przodem. Zadarłam podbródek. Znajdowaliśmy się wyjątkowo blisko. Miałam do niego słabość, aczkolwiek nie tak silną jak do fałszerza. Niemniej jednak widziałam w Marcusie potencjał. Mógłby być kimś wielkim, gdyby wyzbył się resztek przywiązania do osób nieważnych, takich jak Carter Wint albo detektyw Astley.
Zasadniczo gdyby nie Brooke, nie byłoby nas tutaj. Może wtedy Luc pokochałby mnie tak mocno, jak ja jego.
– Miłość to słabość – powiedziałam, zupełnie zbijając tym Marcusa z tropu. – A ona świadomie zamierza zaprzepaścić wszystko, co zbudowała własnymi rękami, dla mężczyzny.
– Co ty pieprzysz? – syknął karciarz.
– Detektyw Astley posiada obecnie względy Sage, biuro w Cobble Hill, kontakty i kontrolę nad porucznikiem oraz kapitanem nowojorskiej policji – wyjaśniłam. – Mogłaby kiedyś zająć miejsce Carleen, ale zamiast tego postanowiła się pogrzebać, żeby nie stracić ukochanego. To piękne, ale też niepraktyczne i desperackie.
Marcus uśmiechnął się pod nosem. Zmrużył powieki, a następnie oblizał usta.
– Powiedz to, o czym myślisz – poleciłam.
Chłopak uniósł brwi i wzruszył ramionami, po czym je skrzyżował.
– Mówisz tak, bo sama chciałabyś z nim uciec – wyjawił w końcu.
– A ty byś nie chciał? – prychnęłam.
– Cóż… – Marc podrapał się po karku. – Na dobrą sprawę to świat Luca Moreau, a my tylko w nim żyjemy. – Spróbował zażartować, aczkolwiek mnie nie rozbawił. – Jestem tego samego zdania – dodał po chwili namysłu. – Że miłość to słabość, udręka, niepotrzebny dramat… Sprawia, że ludzie robią totalnie pojebane rzeczy. Rozumiem ideę zabijania z miłości, ale trudno mi przekonać się do myśli, że miałbym z jej powodu umrzeć.
– Hm… – mruknęłam, bo nie miałam na to odpowiedzi.
Zaczęliśmy patrzeć sobie w oczy z większą natarczywością. Dostrzegałam na twarzy Brelanda cień irytacji, wymieszanej z chęcią działania, które zostało przyblokowane. Chyba właśnie przeprowadzał w głowie walkę godną antycznych herosów.
– Luc będzie z Brooke bezpieczny – stwierdził. – A to jedyne, co się liczy.
– Może – burknęłam.
– Lubię ją – przyznał. – Jest zdeterminowana, nieustępliwa, nie podda się bez walki.
– A my tak? – Przekrzywiłam głowę. – Bo to, że zgodziliśmy się na przymknięcie Rafaela, zamiast na całkowite wymazanie go z egzystencji, wydaje mi się niczym innym, jak pokornym złożeniem broni w imię… czego?
– Przedłużenia jego cierpień – odparował od razu Marcus. – Jeśli go zabijemy, damy mu przepustkę do wieczności albo nieskończonej pustki, która będzie taryfą ulgową wobec tego, co czeka na niego w więzieniu.
– Bzdura – zaoponowałam. – Mój mąż jest wpływowy, bogaty i wkurwiony. – Zacisnęłam pięści. – Wyjdzie za kaucją lub ucieknie. Luca i Brooke to nie będzie już dotyczyło, podczas gdy my zostaniemy z problemem.
– Wtedy rozwiążemy go po swojemu. – Breland obstawał przy swoim.
– Po co czekać? – Nie przestałam naciskać. – Dla uciechy fałszerza, detektyw Astley i organów ścigania?! – fuknęłam.
– Marti… – Próbował mnie uspokoić.
– Dam mu ten pierścionek – oznajmiłam. – Zrobię to z niechęcią, ale będę udawała, że ta sytuacja mi nie przeszkadza, ponieważ nie zamierzam niszczyć planu zatwierdzonego przez Sage. Nie zmienia to jednak faktu, że jeżeli Rafael wykiwa NYPD i zabije kogoś jeszcze, a tak stanie się na pewno, to ty będziesz miał krew jego ofiar na rękach. I to ty będziesz robił kolejne salta logiczne, żeby się go pozbyć. Nie Luc ani Brooke.
Wyminęłam Marcusa, poszłam do kuchni i sięgnęłam po papierosy leżące na wyspie. Wyciągnęłam sobie jednego. On tymczasem zabrał lustrzankę, aby zaraz potem zniknąć w pokoju, gdzie miał zrobić „pośmiertne” zdjęcia ucharakteryzowanej Astley.
Wyszłam na ganek, oparłam ramiona o balustradę, odpaliłam papierosa i zaciągnęłam się nim. Patrzyłam na zasnuty cieniem ogród. Dym wił się między moimi palcami, trzymałam fajkę przy ustach, bo płomień stanowił w tej chwili jedyną ciepłą rzecz, którą mogłam przyjąć bez poczucia winy.
Po chwili dołączył do mnie Luc z ręcznikiem na ramieniu i spojrzał w moim kierunku niepewnie, jakby pytał, czy to dobry moment. Uśmiechnęłam się chłodno. Gdy dostrzegłam błękit jego oczu, przypomniałam sobie szum wody, Lazurowe Wybrzeże, nas nagich, wtulonych w siebie na nocnej plaży, a później pojawiła się gąbka, którą trzymała Astley, i zmyła to wspomnienie niczym charakteryzację z twarzy chłopaka. Zerknęłam na jego długie, zwinne palce, którymi dotykał najwybitniejszych dzieł sztuki, ale i tak robił to z mniejszą starannością, niż ściskał moje biodra albo głaskał policzek. Dotyk Luca był teraz obcy, a jednak pamięć o nim paliła od środka.
– Poczęstujesz mnie? – zapytał, wskazując na fajkę w mojej dłoni.
– Och, to Marcusa. – Spojrzałam w kierunku drzwi. – Są w kuchni, więc…
– W porządku. – Moreau mi przerwał i machnął ręką.
Zapadła cisza. Nie chciałam słyszeć szczegółów planu, bo nieustannie uważałam, że jest naiwny, żeby nie powiedzieć – kretyński.
Chciałam zemsty tak bardzo, że to pragnienie stało się niemal fizyczne. Zaczęłam żałować, że nie wyrzuciłam pierścionka do Morza Śródziemnego.
Wiatr przyniósł zapach lasu i wilgoci. Lubiłam takie przestrzenie. Kiedy lecieliśmy tu z Marcusem, wyjawił, że ten dom należy tylko do niego i nawet Sage nie wie, gdzie się znajduje. Gdy spacerowaliśmy po Camden, jedliśmy corn dogi i obserwowaliśmy wschód słońca nad London Bridge, Breland powiedział mi co nieco o swoim dzieciństwie. Zakładałam, że posesja, na której się znajdowaliśmy, należała do kogoś, kto kiedyś był mu bliski. Nie musiał tego mówić. Czułam aurę, jaka emanowała z murów, podłogi, a nawet kwiatowych rabat.
– Jego przeszłość jest tragiczna – mruknęłam, mając na myśli Marcusa.
– Jak nas wszystkich.
Znowu zaczęłam bawić się pierścionkiem. Może Breland ma rację? To świat Luca Moreau, a my wszyscy żyjemy w nim, bo nam na to pozwala.
– Jego jest równie tragiczna, co moja – stwierdziłam. – Powiedziałam, że będzie mógł zabić mojego męża, ale wciąż czuję, że to moja misja do spełnienia.
Oboje z Lukiem wpatrywaliśmy się w sielską przestrzeń. Może Marc dorastał tutaj, zanim trafił do domu dziecka? Albo odwiedzał babcię, ciotkę lub przyjaciół, którzy tragicznie odeszli. Chciałam wiedzieć, by uporządkować sobie obraz karciarza w głowie.
Zerknęłam ukradkiem na Luca, który opierał cały ciężar ciała na balustradzie. Mimowolnie się uśmiechnęłam. Zawsze patrzył na przyrodę inaczej niż wszyscy. Kochał ją. Tak samo jak stare budynki i bezkresne niebo, rysujące się przed nim, gdy samolot wzbijał się w przestworza. Patrzył w ten sposób wyłącznie na świat… i na Brooke Astley.
Nie chciałam kolejnego mężczyzny, którego musiałabym prosić o miłość.
Nie chciałam miłości.
Zasadniczo niczego już nie chciałam, prócz ziemi, po której nie stąpa Rafael.
– Aresztujemy go – powiedział w końcu Moreau, jakbym o tym nie wiedziała.
– Nie – odparłam lekko, nie przyjmując tego do wiadomości.
– Martino…
– Zasłużył na śmierć, a ja na to, by zaznać spokoju. – Opuściłam powieki, rozkoszując się zimnym wiatrem.
Odchyliłam lekko głowę. Może gdyby policjantka zasugerowała morderstwo, Luc by się na nie zgodził? A może… To nie był mój problem, ponieważ nie chciałam dłużej żyć w świecie kreowanym przez jakiegokolwiek mężczyznę. Nim się zorientowałam, pierścionka nie było już na moim palcu. Zdjęłam go w amoku. Pierwszy raz, odkąd Rafael wsunął go na mój palec, tuż nad ciałem Eleny, zaraz po tym, jak podano mi leki uspakajające. Otworzyłam oczy i przełknęłam ciężko ślinę. Ujęłam dłoń fałszerza i wsunęłam w nią biżuterię.
Teraz to twoje przekleństwo.
– Kup jej drugi – zasugerowałam, a on zmarszczył brwi, gdy te słowa padły. – Taki, który przyjmie naprawdę.
Nie dałam chłopakowi szansy na odpowiedź. Wróciłam do środka z nowym celem – gotowa zabić Rafaela, z błogosławieństwem Luca czy bez niego. Marcus mógł mi w tym pomóc.
Poczułam się lżejsza. Uznałam, że zasłużyłam na wino, więc podeszłam do barku. Zaczęłam obmyślać plan. Fałszerz jednak wpadł do domu zaraz po mnie.
– Marc! – zawołał.
– No?! – odkrzyknął Breland. Nadal przebywał z Brooke w pokoju.
– Gdzie masz kartę?!
Nieco rozbawiona przyglądałam się mu, nalewając sobie alkohol do kieliszka.
– A po co ci?! – wrzeszczał dalej Marc, zamiast przyjść do salonu. To było w jego stylu, jak na światowej klasy włamywacza robił wokół siebie mnóstwo hałasu.
Luc odchylił głowę i jęknął z frustracji.
– Pojadę po wódkę! – skłamał. Wyglądał, jakby zaraz miał obrabować jubilera.
– Jest na stole! – Karciarza jak zwykle przekonał argument libacji.
Luc pochylił się nad blatem, by zabrać portfel, lecz zanim wyszedł, spojrzał jeszcze na mnie znacząco.
– Jeśli nie miałbym już okazji, żeby ci o tym powiedzieć… – zaczął. – Opiekuj się nim. Dbaj o niego i zapisz go do AA.
Skinęłam głową, chichocząc, bo właśnie to zamierzałam. Zanim fałszerz szarpnął klamkę, widocznie znów napłynęła do niego pewna myśl.
– Dziękuję – dodał. – Za wszystko.
Nie dziękuj mi, kiedy knuję przeciw tobie…
– Idź, bo będą kolejki w monopolowym. – Puściłam do niego oczko, zamiast powiedzieć to, co miałam na myśli.
– O szóstej rano? – odbił.
– Nie masz mi za co dziękować, caro, to ja ci dziękuję… – Upiłam łyk wina. – Dzięki tobie tu jestem i prawdopodobnie też dzięki tobie dalej oddycham. – Nie skłamałam. Chciałam, by te słowa padły, zanim moje kolejne decyzje doprowadzą do tragedii.
Fałszerz się uśmiechnął.
– Ti amo – wyznał mi miłość po włosku, a ja wiedziałam, że Luc robi dokładnie to, w czym jest najlepszy. Kłamie.
– Ti amo, Luc – szepnęłam szczerze.
– Hej, Marti, czy to wygląda dostatecznie martwo? – Marcus wszedł do salonu, wyciągając w moim kierunku aparat.
Zerknęłam na zdjęcie przedstawiające Brooke w scenerii do złudzenia przypominającej laboratorium koronera.
– Myślę, że widujesz trupy dostatecznie często, aby to stwierdzić – odpowiedziałam.
Wymieniliśmy z Lukiem ostatnie spojrzenia, nim wyszedł z domu. To był ostatni raz, kiedy widziałam go przed tragedią.
– Marc… – wyszeptałam, zbliżając się bardziej do karciarza.
Chłopak zerknął sobie przez ramię, w kierunku pokoju, gdzie nadal przebywała Astley. Potem wbił we mnie poważny, znaczący wzrok. Po jego rozbawieniu nie było śladu, a ja poczułam ulgę zamiast przerażenia.
– Załatwimy to – mruknął. – Obiecuję.
– To znaczy? – dopytałam półgłosem.
Karciarz oblizał usta i założył mi kosmyk włosów za ucho. Odruchowo wtuliłam policzek w jego dłoń.
– Masz rację – przyznał. – Oddając Rafaela w ręce policji, jedynie odraczamy nieuniknione. – Gdy te słowa padły, moje serce stanęło. – Po ich wyjściu powiem ci, jak pozbędziemy się tego gnojka raz na zawsze.
Przeszedł mnie dreszcz ekscytacji. Położyłam ręce na karku Brelanda i wiedziona instynktem wpiłam się w jego usta.
– O Boże… – skomentowała rozbawiona Brooke, która zobaczyła nas całujących się, kiedy wyszła z pokoju.
– Hej, spierdalaj, patrzyłem, jak obmacujesz się z obcymi typami w klubach, gdy Luc był w więzieniu! – rzucił do niej Marc, kiedy się ode mnie odsuwał.
W jednej ręce nadal trzymał aparat, a drugą ułożył na mojej talii. Astley przewróciła oczami, aczkolwiek na jej ustach pojawił się cień uśmiechu. Nic więcej nie mówiąc, poszła do łazienki, żeby zmyć charakteryzację. Spojrzałam chłopakowi wymownie w oczy. Chciałam jak najszybciej poznać szczegóły planu.
– Cierpliwości – mruknął. – Pomóż jej z makijażem, ja mam jeszcze parę spraw do ogarnięcia.
Brooke stała przed wysokim, ozdobnym lustrem. Długa, czerwona, niemal prowokacyjna sukienka okalała jej przeraźliwie szczupłe ciało. Materiał połyskiwał, łapiąc światło przy każdym ruchu. Poprawiłam dziewczynie ramiączko, niby od niechcenia, a jednak z dziwną dbałością, jakbym w ten sposób chciała ukryć własne myśli.
Astley pochyliła się nad stolikiem, by sięgnąć po szminkę. Miała już ciemne cienie na powiekach, włosy lekko podniesione u nasady i ułożone w sprężyste fale, ale to usta stały się teraz centrum jej twarzy. Bez pośpiechu malowała wargi czerwonym kolorem, nakładając grubą warstwę, jakby to była zbroja.
Przyglądałam się jej z ukosa. Widziałam w odbijanym przez lustro spojrzeniu policjantki coś niepokojącego. Nie znałam jej jeszcze zbyt dobrze, nie zdążyłam nawet zbudować sobie o niej opinii, aczkolwiek musiałam przyznać, że potrafiła zrobić wrażenie.
Po ciele Brooke dało się zauważyć, że niesie bagaż wyjątkowo trudnych doświadczeń. Miała blizny na knykciach, ramionach i udzie, które widziałam przez rozcięcie sukienki. Sińców pod jej oczami nie ukrył nawet mój najlepszy korektor. Liche, ciemnobrązowe włosy do ramion z łatwością kręciły się na lokówce, zostawiając nieprzyjemną woń przypalenia w całym pokoju. Zanim nałożyła szminkę, dostrzegłam, że ma pęknięcia w kącikach warg. Jej skóra była sucha i nieco poszarzała, a paznokcie połamane. Najbardziej przerażała mnie bladość Astley i to, jak drobna wydawała się pod ciężarem galowego stroju. Przez głęboki dekolt widziałam nie tylko jej mocno wystające obojczyki, ale też linię żeber. Satynowy materiał osiadał na jej sterczących biodrach. Gdybym miała z nią walczyć, obawiałabym się, że ją połamię. A jednak upór, jaki emanował z policjantki, budził respekt. Nie miała postury kogoś, kogo łatwo pokonać, lecz kogoś, kto przeszedł przez hektary piekła, by zmierzyć się z samym szatanem.
Pora odpocząć, pani detektyw, ty swojego diabła oswoiłaś, ja muszę zabić tego, który ściga mnie.
Wiedziałam, że Luc nie jest panem sytuacji w tym związku.
– Jak to zrobiłaś? – zapytałam, czym zaskoczyłam nawet siebie, bo nie planowałam się odzywać.
– Słucham? – Dziewczyna odłożyła szminkę i obróciła się w moją stronę.
– Jak sprawiłaś, że mężczyzna, na punkcie którego masz obsesję, całkowicie postradał dla ciebie zmysły?
Brooke uśmiechnęła się pod nosem, a potem wzruszyła ramionami.
– Strzelałam do niego – zironizowała.
Pokręciłam głową i podałam jej perfumy, bo chciała wyjść z pokoju bez ich użycia. Dylan Blue od Versace… Dobry wybór. Astley skinęła mi z wdzięcznością i spryskała się przyjemnym, słodkawym zapachem.
– Jak sprawiłaś, że Breland poradził sobie ze stratą Ciary? – zapytała mnie. – Zanim poleciał cię szukać, musiałam przypiąć go kajdankami do kaloryfera, żeby nie wymordował całego miasta.
Zacisnęłam usta w cienką linię. Nie sądziłam, aby Marcus kiedykolwiek poradził sobie z tym, co przytrafiło się jego narzeczonej. Po prostu dobrze blefował, a mnie wykorzystywał jako pocieszenie. Nie winiłam go. Radziłam sobie z żałobą podobnie – piłam, brałam, uprawiałam całą masę seksu. Nie sądziłam, abym należała do kobiet, które mogą kogokolwiek pocieszyć. Nie było we mnie pokładów troski ani czułości. Miałam za to zmysłową naturę. Potrafiłam spowodować, że człowiek na chwilę zapomni o bólu. Luc też wchodził mi do łóżka, kiedy cierpiał. Uśmiechnęłam się bez cienia radości.
– Marc jest silniejszy i mądrzejszy, niż wygląda – stwierdziłam po chwili milczenia. – Myślę, że zawsze będzie nosił ją w sercu, ale to nie oznacza, że spędzi resztę życia na zabijaniu i płakaniu w poduszkę. Pragnie zemsty, a ja w pełni to rozumiem.
Astley omiotła mnie wzrokiem. Odstawiła perfumy, po czym narzuciła na ramiona kawałek ozdobnego tiulu. W przytłumionym świetle wyglądała jak zjawa, która urwała się z krwawego przyjęcia. Jej niepokojąca uroda przebijała się spod maski doskonałego makijażu.
– Przepraszam – powiedziała cicho. – Że zabraliśmy wam możliwość patrzenia, jak Rafael umiera.
Pokiwałam powoli głową.
– Ja też przepraszam – odparłam. – Za to, co się jeszcze nie stało.
Zanim Brooke zdążyła zapytać, o co mi chodzi, do domu wrócili Marcus z Lukiem. Było już późno, a fałszerz musiał jeszcze przygotować się do przyjęcia. Zostawiłam policjantkę z myślami. Jeżeli tej nocy wszystko miało się zmienić, potrzebowałam więcej alkoholu.
Drzwi dźwięcznie zatrzasnęły się za Lukiem i Brooke, a dom na sekundę zamilkł. Owinęłam ręce wokół kieliszka, z którego spływały jeszcze krople wina. Nie byłam pijana, lecz trunek poluzował mi hamulce i rozświetlił gniew prostym, lodowatym światłem.
Marcus wyjrzał jeszcze za przyjaciółmi przez okno, a kiedy czarny Jaguar XJ wyjechał z podjazdu, chłopak zerwał się i pobiegł na górę. Wrócił z teczką, którą położył na stole. Zaraz potem zobaczyłam papierowe plany, notatki, zaznaczone korytarze i pokoje. Nie trzeba było ich długo studiować, by wyczytać intencje Brelanda. Uśmiechnęłam się pod nosem.
– To dom pań Harrington – zauważyłam, uzupełniając swój kieliszek.
Marc nie wysilił się nawet, by poszukać szklanki. Otworzył butelkę brandy, po czym pociągnął z niej łyk.
– Dokładnie – potwierdził.
– Skąd to masz? – zapytałam.
– Kiedy usłyszałem szczegóły planu Luca i Brooke, wziąłem pod pachę swoich dwóch najbardziej zaufanych ludzi i stworzyłem nowy plan – przyznał, patrząc mi przy tym prosto w oczy.
– Zadzwoniłeś do Ducha? – Uniosłam brew.
Marcus prychnął.
– Chyba cię pojebało – stwierdził, a następnie postukał palcem w butelkę. – Znasz Brandy Torres?
– Chyba…? Nie jestem pewna. – Podrapałam się po karku.
– Bran pracuje dla Sage – wyjaśnił. – Ale prawie trafiłaś, to jedna z najbliższych osób Ducha.
– Jeśli chcemy sprzątnąć Rafaela, musimy trzymać Miami jak najdalej od tej sytuacji – syknęłam. – Ambler i mój mąż mają ze sobą zbyt wiele wspólnego.
– Ambler nie stanowi już zagrożenia – uspokoił mnie Breland.
– Co zrobiłeś? – wypaliłam.
Chłopak odetchnął i znowu się napił, a później przetarł usta rękawem dziwnej, różowej bluzy z napisem „Lover”. Może pochodziła z merchu Taylor Swift?To nie było teraz ważne. Musiałam się skupić.
– Dobra, tylko spokojnie. – Marc uniósł dłonie, aczkolwiek nie położył ich na moich ramionach. Przysiadł za to na krawędzi stołu. – Sama doskonale wiesz, że Ambler, Rafael, twój ojciec i Starlite otworzyli burdel.
Kiwnęłam głową.
– Wieści doszły do Sage, a ona nie była tym pocieszona. Przebywałaś w Nowym Jorku, kiedy twój mąż podpalił posiadłość w Allentown…
– Sama ci o tym powiedziałam – przypomniałam.
– Dokładnie… No więc… Gdy my zabawialiśmy się w Pradze i Londynie, tutaj doszło do wielkiego rozłamu władzy. Carly nie spodobał się nowy projekt jej wspólników, tak że próbowała napuścić na nich panią porucznik, Lenę Mohl.
– Tak, pamiętam ją…
– Mhm. – Breland wyglądał na wręcz podnieconego własnymi słowami.
Zachciało mi się śmiać. Miał ogień w oczach, kiedy snuł chore plany. Nadawał się do tego. Nie skłamałam, gdy powiedziałam Brooke, że Marc jest mądrzejszy, niż wygląda. Z odpowiednią edukacją ten facet mógłby zwojować świat.
– Sage poleciała do Miami, żeby negocjować z Amblerem. Nie zastała go, bo w tym czasie on próbował porwać Astley. A jako że Duch zajmuje się teraz inną robotą i chyba nie wiedział o tym, w co wjebał się jego szef, Sid zabrał kogoś innego. Za to Carly natknęła się na Starlite’a, który czekał na Amblera w jego domu na Florydzie.
– Aha? – Musiałam bardzo szybko myśleć, żeby nadążyć za tym, co mówił Marcus. Jego słowotok był nie tyle chaotyczny, co zwyczajnie męczący.
– Od jatki do jatki Luc ruszył na ratunek Bee. Nie zastał jednak Sida, tylko jakiegoś ciecia od niego, którego odstrzelił…
– Czekaj… Luc kogoś zabił?! – zdziwiłam się. – Chryste, świat się kończy…
– Taaa, nieważne. – Karciarz machnął ręką. – W tym czasie Ambler był zajęty czymś innym.
– Czym?
– Mordowaniem Leny Mohl.
– Oj. – Skrzywiłam się.
– Sage się wkurwiła. Pojechała ze Starlite’em na lotnisko, żeby „odebrać” Amblera, lecz wcześniej zadzwoniła na psy. Wyciągnęła wszystko, co miała na Sida, Siwego i twojego męża. Ci pierwsi trafili na dołek, a Rafaela obecnie poszukuje NYPD, MPD i FDLE… Zaraz pewnie też Interpol… Chuj wie, może go szukać nawet Rock Dwayne Johnson…
– Marcus, do sedna! – syknęłam.
– Chodzi o to, że rozumiem, dlaczego Sage sądzi, że zamknięcie Rafaela jest najlepszym rozwiązaniem. Zwłaszcza że Astley podsunęła jej Davisa i Winta jako nowych policjantów chętnych na łapówki. Z tego, co zwęszyłem, Ang i tak był faworytem do zajęcia stołka po porucznik Mohl, zatem wypadki doskonale się zbiegły.
– No? – Przekrzywiłam głowę, próbując sobie to wszystko poukładać.
– Chodzi o to, że na „szczycie” zapanował chaos, a ja postanowiłem to wykorzystać, ponieważ nie zgadzam się z Carleen w kwestii losu, jaki powinien spotkać twojego męża. – Zrobił przerwę na oddech. – Więc gdy ona zajmowała się lodzeniem władzom, by przyjęli Davisa na stanowisko, Francesca organizowała bankiet, a do Brandy Torres dotarły informacje o aresztowaniu Amblera, Sage Estate stało się łatwiejszym celem. Poprosiłem więc Caluma Torresa, to jest bliźniaka Bran, by wyświadczył mi przysługę. Zabrał kartę siostrze, włamał się do biura i wykradł plany posiadłości pań Harrington.
– Kurwa – zaklęłam, bo nie dość, że informacji było dużo, to jeszcze prowadziły one do tak prostego wniosku. – Okej… – mruknęłam. – Kim jest twój drugi najbardziej zaufany człowiek?
– Zaraz tu będzie. – Marcus się wyszczerzył. – Nie znacie się jeszcze, ale go pokochasz.
– Błagam, nie mów, że to Matt Henderson, nauczyciel historii.
– Coś ty… – zaśmiał się. – Matt ma swoje zadanie związane ze „śmiercią” Luca i Brooke – zapewnił. – Mój koleś nazywa się Paul Black. Jest ochroniarzem w firmie i ma dziś po północy zamienić się z jednym z gości obstawiających bankiet. Wpuści mnie do szybu wentylacyjnego, skąd poślę kulkę prosto w łeb twojego męża.
Zawahałam się. Rozchyliłam wargi, a następnie opróżniłam kieliszek.
– Co jest? – Zaniepokojenie wdarło się na twarz Brelanda.
– To powinnam być ja – powiedziałam nieco ciszej.
Chłopak odsunął teczkę, a w jego oczach od razu zapłonęła obawa.
– Chcesz wejść do szybu? – zapytał.
Pokręciłam głową.
– Chcę, żeby moja twarz była ostatnim, co zobaczy przed śmiercią.
– Marti… – Marc oblizał usta.
– Wiem, że obiecałam ci jego głowę…
– Nie w tym rzecz. – Westchnął. – Po prostu…
– Po prostu… co? – Uniosłam brew.
– Nie chodzi o to, żebyś zniszczyła siebie razem z nim – wyrzucił szybko. – Nie chcę, by stała ci się krzywda. – Jego głos był twardy, ale miękł, gdy patrzył na mnie jak na kogoś, kogo trzeba chronić.
Przypomniałam sobie naszą przepychankę na dachu w Pradze i to, w jaki sposób Marcus szarpał mnie za włosy, zanim nasze usta spotkały się po raz pierwszy.
– Poradzę sobie – zapewniłam. – I na pewno się nie rozmyślę.
Breland skrzyżował ramiona. Przygryzł wargę, ale nic nie powiedział. Zastanawiałam się, o czym myśli, jednocześnie próbując przekazać mu wzrokiem, że nie ma prawa się o mnie troszczyć, ponieważ między nami nie ma niczego więcej prócz wspólnego celu oraz dobrego seksu.
– Więc jak to sobie wyobrażasz? – zapytał w końcu. – Wparujesz tam, tak jak Brooke do pałacu w Temple, i zaczniesz strzelać? To idiotyczne, a ty masz za dużo do stracenia.
– Co takiego?! – krzyknęłam, bo z trudem trzymałam emocje na wodzy. – Co jeszcze nie zostało mi zabrane?
– Posiadłości w Wenecji, spadek po Cardwellu, magazyny pełne broni i wódki?!
– To tylko rzeczy! – fuknęłam. – Bardzo drogie i przeklęte, bo przez nie pozbawiono mnie prawa wyboru, godności i szacunku.
Breland pokręcił głową, aczkolwiek chyba rozumiał mój punkt widzenia. Rozluźnił ramiona, po czym ułożył dłoń na moim policzku, jakby próbował poskromić buchające ze mnie emocje.
– Jeśli umrzesz, stracę jedynego partnera biznesowego, który jest godny robienia z nim interesów – oznajmił. – Nie mogę pozwolić ci zginąć, ponieważ za dobrze mi się z tobą pracuje.
Powstrzymałam parsknięcie. W zielonych oczach karciarza tlił się płomień żartu. Był świadomy, że nie szukałam miłości ani związku. Nie przekonałby mnie, mówiąc, że lubi to, jak się przy mnie czuje, dlatego samolubnie pragnie utrzymać mnie przy życiu. A jednak właśnie to przekazywało jego spojrzenie.
– Skoro chcesz przenieść tę dyskusję na pole biznesowe, to proszę bardzo. – Zdjęłam jego dłoń ze swojego policzka. – Warunkiem naszej dalszej współpracy jest mój udział w tej tragedii – obwieściłam z przekonaniem. – Masz sprawić, że wejdę do środka i zobaczę, jak mój mąż umiera. A najlepiej będzie, jeśli pozwolisz mi też pociągnąć za spust.
Marc długo milczał, aż w końcu się zgodził. Nie mieliśmy zbyt wiele czasu, a i tak zaczęliśmy snuć różne warianty – wszystkie bardziej teatralne niż rozsądne. Nadal chciałam wejść głównymi drzwiami, jak gwiazda, która ogłasza wyrok własnym krokiem. Wyobrażałam sobie spojrzenia gości, szeptane komentarze, to, jak moja obecność stanie się wyrocznią i upokorzeniem w jednym. Pragnęłam, żeby efekt był spektakularny. Marzyłam, aby mój mąż zobaczył mnie stojącą w świetle i poczuł ciężar wszystkiego, co uczynił.
Marcus nieustannie kierował rozmowę z planów technicznych na kwestię ryzyka. Gdy wdaliśmy się w kłótnię, nasze słowa stały się krótsze, bardziej bezpośrednie. Nie miały najmniejszego sensu. Wreszcie, niczym dziecko, wypaliłam:
– Chcę, żeby to było… moje! Chcę pokazać mu, że krzywdząc mnie przez te wszystkie lata, zawiązywał sobie pętlę na szyi!
To wyznanie sprawiło, że dom znów utonął w ciszy. Breland przycisnął dłonie do stołu, jakby starał się zatrzymać własne impulsy. Nagle zrobił krok w tył.
– Dobrze – oznajmił krótko, po czym dodał: – Ale jeśli zdecydujesz się wejść tam i zrobić scenę, musimy sprawić, że wrócisz w jednym kawałku. – W jego głosie wyczułam błaganie oraz stanowczość.
Spojrzałam na Marcusa z mieszaniną pogardy i wdzięczności. Wino w moim krwiobiegu paliło, lecz nie tak mocno jak chęć zemsty.
– Niech będzie – zgodziłam się.
Oboje pochyliliśmy się nad teczką. W końcu ułożyliśmy jakąś koncepcję.
Sage nam to wybaczy… Będzie musiała, bo w innym wypadku nie tylko Luc i Brooke zostaną zmuszeni do rozpłynięcia się tej nocy we mgle.
W sali bocznej panował półmrok, pachniało ciężkim winem i dymem papierosów. Stałam w cieniu za zasłoną, zaledwie krok od korytarza prowadzącego na główną aulę bankietową. Łysy ochroniarz odprowadził mnie tam wcześniej i skinął głową, jakby dawał znak, że teraz jestem bezpieczna, ale ja czułam się daleka od bezpieczeństwa. Z każdym stukiem kieliszków i śmiechem dochodzącym zza ściany napięcie rosło.
W wentylacji cicho skrzypnął metal. Wiedziałam, że czai się tam Marcus.
Początkowo nie chciałam ustąpić. Czułam, że muszę rozprawić się z Rafaelem osobiście, lecz Breland rzucał mocne argumenty. Przystałam więc na układ podobny do tego, co w Londynie. Wystarczyło, że mogłam zobaczyć, jak mój mąż pada martwy, a wszystko dookoła trawi chaos.
Jednak potem weszłam do posiadłości Sage i usłyszałam rozmowy… Całe mnóstwo rozmów, w których padało moje imię. Najpierw półgłosem, w tonie pobłażliwego zdziwienia, a później już głośniej, jakby ktoś pragnął, by wszyscy wiedzieli, co powinni uważać na mój temat.
– Uciekła od niego, wyobrażacie sobie? – mówiła kobieta o perlistym śmiechu. – Tak się kończy, kiedy córka gangstera udaje damę.
Zacisnęłam pięści.
– Słyszałem, że porzuciła nie tylko męża, ale i przyzwoitość – dorzucił ktoś inny. – Orgie, narkotyki, przekręty… A przecież Rafael dał jej wszystko.
Kontrahenci pani Harrington nie pochodzili wyłącznie z kręgów przestępczych. Carleen doskonale balansowała pomiędzy bezprawiem a światem uczciwych.
Powstrzymałam przewrócenie oczami. To prawda, mój kręgosłup moralny został złamany, robiłam rzeczy, które przeciętny pożeracz chleba mógł zobaczyć jedynie w filmach, lecz wiązała się z tym przykra prawda. Gdybym nie musiała walczyć jak przestępca, nie odreagowywałabym jak jeden z nich.
Kolejne słowa kłuły coraz mocniej. Dotyczyły mojej niewierności, tego, że bez męża nic nie znaczę, że zawsze byłam wyłącznie piękną ozdobą, zbyt porywczą, by sprawdzić się w swojej roli.
Czułam, jak pod skórą zbiera się gorąco, a ręce zaczynają mi drżeć. Miałam siedzieć cicho, nie ruszać się – taki był plan. To karciarz wziął na siebie zadanie rozegrania wszystkiego chłodno i z zaskoczenia.
Wtem w sali nastała cisza. Luc coś mówił, potem głos zabrała Brooke, aż wreszcie tłum podzielił się na tych wiwatujących oraz buczących. Rozbrzmiały pierwsze dźwięki Young and Beautiful od Lany Del Rey. Uwielbiałam tę piosenkę. Postanowiłam wysłuchać jej do końca.
Czy nadal będziesz mnie kochał, kiedy nie będę już młoda i piękna?
Rafael nie kochał mnie nawet wtedy.
Czy nadal będziesz mnie kochał, kiedy nie będę miała nic poza zranioną duszą?
Napięcie buzowało we mnie, jakbym została podłączona do prądu. Od Florencji żyłam nadzieją, że dusza nie istnieje, ponieważ gdyby tak było, musiałabym kiedyś stanąć przed Bogiem i pogodzić się, że spłonę. A może lepiej, gdyby piekło istniało? Byłabym w stanie zgodzić się na wieczne potępienie, jeśli to by oznaczało, że Rafael cierpiałby na wieki wieków…
– Signore misericordioso, perdona i miei errori e le mie debolezze. Purifica il mio cuore e guidami sulla via della luce. Concedimi la Tua pace e la forza di ricominciare – wyszeptałam modlitwę i uniosłam głowę. Zacisnęłam szczęki. Odbezpieczyłam broń. – Amen.
Rozchyliłam ciężką kotarę i unosząc dłoń, w której błyszczał pistolet, weszłam na salę bankietową. Rozmowy ucichły na moment, muzyka w tle dobiegła końca. Goście odwrócili się w moim kierunku, jedni zaskoczeni, inni rozbawieni. Stałam wyprostowana, z wysoko podniesioną brodą, choć buzowały we mnie gniew oraz upokorzenie.
Nie patrzyłam na Luca, Brooke, Sage, Francescę ani tłum gapiów. Moje spojrzenie zderzyło się ze wzrokiem Rafaela. Wyobraziłam sobie Brelanda w szybie wentylacyjnym, który zapewne zamarł, świadomy, że nasz plan właśnie runął.
Ty również będziesz musiał mi wybaczyć, caro, pomyślałam z nadzieją, że siłą woli przekażę te słowa Marcusowi.
Wszyscy zamilkli. Goście, którzy wcześniej tłoczyli się wokół fałszerza i jego policjantki, rozchodzili się w popłochu. Moreau pociągnął Brooke na siebie, a ja przeszłam przez sam środek parkietu w kierunku męża. Odniosłam wrażenie, że to wszystko dzieje się w zwolnionym tempie. Moje serce biło jak oszalałe. Astley chyba chciała na mnie ruszyć, jednak Luc mocno chwycił ukochaną za ramię i przyciągnął ją jeszcze bliżej, by tego nie robiła. Rafael sięgnął do broni. Sage stanęła po mojej prawej stronie, lecz odruchowo odepchnęłam ją na nakryte stoły.
Moja dłoń drżała jedynie na początku – ten pierwszy moment, gdy zimny metal ułożył się wzdłuż moich palców, był jak szok dla ciała. Ale teraz… teraz broń stała się przedłużeniem mnie. Trzymałam ją pewnie, wymierzając lufę prosto w pierś mężczyzny, który przez lata odbierał mi powietrze, spokój i poczucie własnej wartości.
Patrzyłam mu w oczy i czułam coś, czego nie znałam nigdy wcześniej – mieszaninę triumfu oraz ulgi. Wreszcie to Rafael był zależny ode mnie. Mężczyzna, który zawsze decydował, narzucał, używał mnie jak pionka w grze z ludźmi, których nie potrafił przekupić ani zastraszyć. Ile razy modliłam się, by w końcu mnie zabił? Jak często, gdy zbliżał się do mnie i dotykał mojego ciała, próbowałam wydrzeć się poza granice świadomości, aby go nie czuć? Ilu ludzi zabiłam, żeby nie musieć na niego patrzeć?
Nie masz wyjścia, Martino – głos Cardwella rozbrzmiał mi w głowie. To powiedział, kiedy zapytałam, czy naprawdę muszę zająć miejsce Eleny na ślubnym kobiercu. Teraz wyjście znajdowało się dosłownie na wyciągnięcie palca.
W Rafaelu nie było już potęgi ani dumy. Tylko zdziwienie i strach, które próbował ukryć pod maską pogardy.
Czas zwolnił, a każdy kolejny oddech smakował wolnością, której dotąd nie znałam. Wspomnienia wracały falami: twarz ojca, gdy zmuszał mnie do ślubu; uśmiech męża, kiedy upokarzał mnie przy innych; ciężar dni, podczas których pozostawałam zamknięta w złotej klatce. Uderzenia skórzanym pasem, trupy w czarnych workach, szarpaniny, gwałty, opioidy, szampan, wino, brandy… Wszystko to skupiło się teraz w jednym punkcie – w linii między mną a jego oczami.
– Nie! – krzyknął męski głos.
Na setne sekundy obróciłam głowę. Z pomieszczenia gospodarczego wybiegł Angus Davis, którego Carter Wint nie zdołał powstrzymać, lecz wcześniej widocznie wydarł Glocka z ręki kapitana, gdyż ten okazał się nieuzbrojony. Funkcjonariusz wpadł prosto na mnie, a gdy przekrzywił mi rękę, żebym nie zastrzeliła Rafaela, tylko trafiła w wazę wypełnioną zupą, kulka zmieniła kierunek. Niestety nabój nie poszybował w stronę zastawy. Usłyszałam ciche zaprzeczenie z ust Luca.
– Figlio di puttana! – nazwałam Davisa skurwysynem po włosku.
Mężczyzna zabrał mi broń i mocno chwycił moje nadgarstki. Zaczęłam się szarpać, jednakże kiedy pocisk trafił w klatkę piersiową Sage, całkowicie opadłam z sił. Pani Harrington złapała się obrusu, a zaraz potem upadła i ściągnęła naczynia ze stołu. Jej pudrowy garnitur zaczął nasiąkać krwią. Francesca uklęknęła przy żonie. Omiotłam wzrokiem pozostałych gości. Brooke mocno trzymała się ramienia Luca, podczas gdy fałszerz wbił spanikowany wzrok w Rafaela, który teraz mógł bezpardonowo rozstrzelać nas wszystkich. To nie trwało długo. Na pewno nie pełną minutę. Astley wyrwała się z uścisku ukochanego, by sięgnąć do swojego uda. Sama pomagałam jej przyczepić berettę do podwiązki. Ręka Luca powędrowała do wnętrza marynarki, skąd również wyjął pistolet. Rafael jednak zareagował szybciej niż oni.
Mój świat się zawalił.
Znowu byłam we Florencji, a dźwięk dzwonów Santa Maria del Fiore całkowicie mnie ogłuszył.
– Zawsze uważałem, że jesteś głupsza, niż sama myślisz, że jesteś. – Mój mąż w końcu zabrał głos, rozdzierając mnie wpół.
Zaczęłam wierzgać, by Davis odpuścił, lecz uścisk dłoni funkcjonariusza ani na chwilę nie zelżał.
Poczułam, że łzy topią moje policzki, jakby spływała po nich trucizna. To był koniec…
Przynajmniej tak sądziłam, aż w połowie wypowiedzi Rafaela usłyszałam trzask z szybu wentylacyjnego.
– D’azzardo – powiedziałam tak cicho, że moje usta ledwie się poruszyły.
Kiedy Rafael skończył zdanie, krew spłynęła mu z czoła, przez nos, do górnej wargi. To była bardzo szybka śmierć z niesamowicie precyzyjnej i cichej broni.
– Ciao, amore – rzucił Marcus, który tuż po naciśnięciu spustu wyłamał kratkę szybu.
Kurz jeszcze unosił się w powietrzu, kiedy wyskoczył z ukrycia, jakby rodził się z samej ciemności. Zamarłam, wciąż trzymana w mocnym uścisku przez Angusa, ale nie mogłam oderwać oczu od karciarza.
Breland był cały brudny, osypany pyłem. Zmierzwione granatowe włosy opadały na jego czoło i niepokojąco połyskiwały w blasku lamp. Kolczyk w brwi błysnął jak znak, a tatuaże na dłoniach sprawiały wrażenie run wypalonych przez piekło. Czarna bluza, bojówki, ciężkie glany – wszedł tu nieproszony, by złamać wszelkie reguły, i tak właśnie wyglądał. Stał nad ciałem Rafaela jak triumfator, w jego oczach widziałam nie tylko satysfakcję, ale też coś więcej – ten sam diabelski błysk oraz obietnicę chaosu, co w Londynie.
Moje serce uderzało tak mocno, że odnosiłam wrażenie, iż słyszy je cały bankiet. Strach mieszał się z zachwytem, przerażenie z czymś, czego nigdy wcześniej nie czułam. Patrzyłam na Marcusa jak na kogoś, kto w jednej chwili stał się większy od życia. On tylko przez moment wpatrywał się w zwłoki. Byłam ciekawa, czy opróżni magazynek, tak jak zrobił to, gdy zabił Cardwella. Widocznie uznał, że mój mąż nie jest wart kolejnej kulki. Wreszcie spojrzał na mnie. Stanowił moje potępienie i wybawienie jednocześnie. A ja, choć czułam zaciskającą się na ramieniu dłoń policjanta, miałam ochotę rzucić się ku Brelandowi.
Marc mrugnął do mnie, a później kazał Lucowi i Brooke uciekać.
