Wyższe sfery - Xiaole Wu - ebook + książka
NOWOŚĆ

Wyższe sfery ebook

Xiaole Wu

0,0

15 osób interesuje się tą książką

Opis

„Mean Girls” w świecie matek. Gdy ambicje rodziców stają się dla dzieci największym zagrożeniem.

Chen Yunxian całe życie uciekała od swojego pochodzenia. Jako córka sprzedawcy makaronu zdobyła wykształcenie, wyszła za mąż za ambitnego mężczyznę i wszystkie nadzieje związała z inteligentnym synem. Kiedy los daje jej nieoczekiwaną szansę – wejście do świata tajwańskich elit i dostęp do jednej z najbardziej prestiżowych prywatnych szkół –Yunxian bez wahania po nią sięga.

Nowe znajomości, wystawne przyjęcia i obietnica społecznego awansu szybko okazują się jednak pułapką. Za uprzejmymi uśmiechami kryją się układy, zależności i bezwzględne gry o status, w których zarówno matki, jak i dzieci stają się pionkami. Jak daleko można się posunąć, by zapewnić dziecku „lepszą przyszłość”?

Wyższe sfery to przenikliwa, wciągająca powieść o ambicji, macierzyństwie i presji klasy średniej. Obnaża mechanizmy społecznego awansu i stawia niewygodne pytanie: czy posiadanie „wszystkiego” naprawdę oznacza szczęście — i jaką cenę trzeba za nie zapłacić.

Autorka, Wu Xiaole, zadebiutowała głośną powieścią On Children, zaadaptowaną na serial nagrodzony pięcioma Golden Bell Awards.

Prawa do Wyższe sfery sprzedano m.in. do Korei, Francji i Wietnamu; adaptacja serialowa książki jest w przygotowaniu.

Tajwańskie Mean Girls w świecie matek – opowieść o ambicji, klasie i władzy.– „Publishers Weekly”

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 305

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Nota od tłumaczki

W tłumaczeniu zastosowano pinyin, czyli najbardziej obecnie rozpowszechnioną transkrypcję języka chińskiego, która od 2009 roku obowiązuje również w Tajwanie (choć pewne tajwańskie nazwy miejscowe lub własne utrwaliły się już w innych zapisach – np. miasto Kaohsiung, które w pinyin zapisalibyśmy Gaoxiong. Również obywatele Tajwanu, wybierając alfabetyczny zapis swoich imion, często posługują się innymi systemami transkrypcji albo nawet łączą różne wersje!).

Poniżej podano wymowę głosek nastręczających zwykle największych trudności:

ch, sh, zh czytamy odpowiednio jako cz, sz, dż

j czytamy jako dź

x czytamy jako ś

q czytamy jako ć

y czytamy jako j

r czytamy jako ż

z czytamy jako dz

końcówkę -ui czytamy jako -łej

końcówkę -ong czytamy jako -ung

Tak więc, przykładowo, imię Chen Yunxian wymawiać należy Czen Junśien, Liang Jiaqi – Liang Dźaći, natomiast Su Ruolan – Su Żłolan.

Część I

Gdyby człowiekowi zależało wyłącznie na szczęściu, łatwo osiągnąłby cel.

On jednak chciałby być szczęśliwszy niż inni,

a to coś znacznie trudniejszego,

zwykle bowiem przypisujemy innym większą

szczęśliwość, niż jej istotnie zaznają.

MONTESKIUSZ

Dawniej Chen Yunxian nie miała zbyt wiele współczucia dla ofiar oszustw.

Znaczy, wiadomo, nie powiedziałaby, że „hej, sami się prosili”. Ale kiedy patrzyła na te wszystkie twarze w wiadomościach czy prasie, takie przeciętne i nieciekawe… No jak daleko może sięgać ludzka naiwność? Ale przecież: niespotykana szansa – nie czekaj, skorzystaj od razu! Łap okazję i zaklep sobie miejsce w naszym wspaniałym kolumbarium! Ośrodek turystyczny – zainwestuj w niego, zanim dowiedzą się inni! Zwerbuj pięć osób na miesiąc i możesz leżeć brzuchem do góry, pieniądze same się będą zarabiać – bierny przychód do końca życia! No więc patrzyła na tych zrozpaczonych, zalanych łzami ludzi o twarzach czerwonych od wyrzekania i nie mogła powstrzymać zdziwienia: wam naprawdę się wydawało, że Pana Boga złapiecie za nogi?

Bardziej nawet niż brak rozsądku – bo przecież wystarczyłoby sięgnąć po długopis i zrobić na kartce kilka prostych wyliczeń, żeby się zorientować, że to ściema – fascynowało ją podejście takich osób: to na świecie naprawdę jest tylu naiwnych, którzy myślą, że zasługują na więcej niż inni? Chętnie by ich zapytała, jak się nabiera takiej pewności siebie, by autentycznie uwierzyć, że los przeznaczył dla nas niezmierzone bogactwa. Że pisane nam takie szczęście, aż inni normalnie skręcą się z zazdrości.

Dopiero po całej sprawie dotarło do niej, że tak już zwyczajnie musi być. Że takie rzeczy będą się działy. Raz po raz.

A ci wszyscy biedacy po prostu płacą za to smutną cenę.

Co nie znaczy, że nie zdołali zaznać ani odrobiny radości; tuż przed tym, jak mydlana bańka prysła, mogli wyciągnąć ku niej rękę, musnąć jej powierzchnię. I wtedy po ich twarzach rozlewał się uśmiech. I wierzyli, że to właśnie jest szczęście.

Potem jeszcze wielokrotnie odtwarzała w głowie tamtą scenę.

Salon, w którym unosił się delikatny zapach, miękkie światło, tort truskawkowy z kremem śmietanowym, gładkim jak świeżo opadły śnieg (zrobił go pewien japoński mistrz cukiernictwa, choć sama cukiernia nosiła francuską nazwę), dzieci szalejące z radości, wreszcie to, co najważniejsze, czyli tamta kobieta, której chyba nic nie było w stanie wytrącić z równowagi. Konkretne szczegóły z czasem rozmyły jej się w pamięci, ale wystarczyło, że Yunxian zamknęła oczy, a natychmiast mogła się przenieść myślami do tamtego dnia. Weszła do środka, prowadząc syna za rękę. Dłonie miała lodowate.

Rano, ledwie pięć godzin przed przyjęciem, posprzeczała się z mężem, Yangiem Dingguo.

Obydwoje obudzili się nagle o szóstej pięćdziesiąt, bo zadzwonił Cai Wande. Yunxian, na wpół jeszcze śpiąc, słuchała, jak mąż sięga po komórkę i odpowiada po cichu szefowi:

– Dobrze, niedługo będę. Nie, nie, skąd, już nie spałem.

Gdy się rozłączył, natychmiast wyskoczył z łóżka i pobiegł do łazienki. Yunxian pod wpływem jego krzątaniny rozbudziła się do tego stopnia, że i tak nie zdołałaby już zasnąć, więc obejmując się ramionami, podeszła do łazienki. Drzwi były uchylone; widziała lustro i męża, który kręcił się przed nim jak narwany.

– Przecież miałeś dzisiaj iść razem z nami?

– Przepraszam cię, ale wicedyrektora Wu nagle rozbolały plecy, więc rozegrał pół partii i dalej nie może. Muszę tam lecieć, inaczej szef będzie miał zepsutą całą zabawę. Prześlę ci zaraz ich adres i pojedźcie taksówką, ja stawiam!

Yunxian miała wrażenie, że mąż bardzo się cieszy z takiego obrotu spraw, że rwie się do działania jak strzała założona na cięciwę łuku. Ewidentnie uważał to za jakąś szansę, którą należy chwycić obiema rękami. Sama rozumiała, że powinna ustąpić, ale nagle poczuła w całym ciele napięcie, oblazło ją jak mrówki. Zawahała się, lecz ostatecznie postanowiła się odezwać:

– No ale przecież się umówiliśmy, że pojedziemy tam razem. Mam wpraszać się ludziom do domu tak w pojedynkę? Dziwnie to będzie wyglądało.

– Spokojnie, tam będzie dużo innych kobiet, nie tylko ty jedna. A poza tym żona mojego szefa jest super, nie pozwoli, żebyś czuła się odizolowana. – Dingguo popatrzył w lustro, by po raz ostatni się upewnić, że wszystko gra; uśmiechnął się do siebie, wyciągnął rękę i pogładził się po brodzie. – Dobra, nie gadaj. Im szybciej skończę, tym szybciej dotrę na przyjęcie i wtedy już nie będziesz sama.

Widząc jednak, że Yunxian wciąż ma naburmuszoną minę, westchnął.

– Odpuść mi. Myślisz, że mnie się to podoba?

– Po prostu boję się, że sama nie poradzę sobie z sytuacją.

– Spokojnie. – Dingguo wyszedł z łazienki. – Znakomicie dasz sobie radę.

Zadzwonił budzik, a Yunxian zrozumiała, że teraz już naprawdę powinna dać sobie spokój.

Uśmiechnęła się słabo, skinęła głową i odwróciła się w stronę łóżka. Tym razem to Dingguo poczuł się niezręcznie; potarł się po policzku i już łagodniejszym tonem przeprosił żonę, na której twarzy wciąż malował się nieszczęśliwy wyraz.

– Pozwól mi jechać bez wyrzutów sumienia. Ted będzie zadowolony, a sama wiesz, że mój potencjalny awans zależy właśnie od takich codziennych interakcji.

Yunxian stanęła w miejscu. Ogarnął ją jakiś niszczycielski impuls, zalał ją jak fala. Miała ochotę rzucić: „Skarbie, przecież już od tak dawna włazisz Tedowi w tyłek. I co z tego masz?”, ale się powstrzymała. Zagryzła zęby i przełknęła te słowa. Wyszła z sypialni, a Dingguo przebrał się w ubranie do golfa, po czym usiadł na stołku w przedpokoju i zaczął naciągać skarpetki. Był w doskonałym nastroju, nucił coś pod nosem i nawet spryskał się odrobiną wody kolońskiej.

– Widzimy się niedługo. I pamiętaj: to przecież tylko przyjęcie urodzinowe dla dzieci, postaraj się tak nie stresować. – Uśmiechnął się do niej, odsłaniając białe zęby.

Yunxian odprowadziła go wzrokiem, gdy wychodził z mieszkania.

– Gdyby naprawdę chodziło tylko o przyjęcie urodzinowe dla dzieci, nie musiałbyś tego tyle razy podkreślać – mruknęła do siebie pod nosem.

Usiadła na kanapie i dopiero po jakimś czasie, kiedy gwałtownie otworzyła oczy, zorientowała się, że przysnęła. Pośpiesznie spojrzała na zegar na ścianie – dziewiąta dwadzieścia pięć. Potarła oczy i poszła do pokoju synka. Yang Peichen leżał jeszcze w łóżku, dłonie miał zaciśnięte w piąstki. Na ten widok coś ją ścisnęło w sercu. We śnie jej syn wyglądał jak aniołek, istny aniołek. Usiadła na brzegu łóżka i potrząsnęła go delikatnie za ramię.

– Kochanie, pora wstawać. Idziemy dzisiaj w odwiedziny do szefa taty.

Dingguo wspominał, że wśród gości mają być przede wszystkim znajome żony szefa, Liang Jiaqi, i jego syna, Haoqiana – Yunxian i Peichen będą tam wyjątkiem. Cai Wande – Ted – z jakiegoś powodu wolał chyba rozgraniczać życie zawodowe i osobiste. Lecz bynajmniej nie była to nienaruszalna zasada i czasami on także zapraszał na rodzinne uroczystości jakichś podwładnych, na których spoglądał łaskawszym okiem. W firmie zaczęto mówić, że ten, kogo spotka takie wyróżnienie, może się wkrótce spodziewać pomyślnej odmiany losu.

Tak więc, choć małżonkowie nie mówili o tym wprost, Yunxian domyślała się po różnych szczegółach, jak wielkie nadzieje wiąże jej mąż z dzisiejszym dniem, i sama też mimowolnie poczuła presję. Wybrała się do centrum handlowego po nowe buty, wyjęła perłowe kolczyki, które dostała od teściowej z okazji ślubu. Teraz, gdy już ściągnęła syna z łóżka, stanęła przed lustrem na szafie i zaczęła przymierzać różne stroje. Co prawda dawno zdecydowała, w co się ubierze, ale w miarę upływu czasu ogarnęło ją wahanie – co takie pańcie z wyższych sfer wkładają na podobne okazje? Czy na pewno powinna się zdecydować na sukienkę z wykładanym kołnierzykiem i krótkim rękawkiem? Zawsze zbierała w niej komplementy, jak młodzieńczo wygląda. Tylko czy na tym akurat przyjęciu „młodzieńczość” będzie cechą pożądaną? A może Yunxian przekombinowała i zrobi z siebie idiotkę, wyjdzie na niepoważną? Po krótkiej chwili zmieniła zdanie i wróciła do pierwotnej opcji, czyli długiej sukienki w kratkę, a żeby nie pozwolić sobie na dalsze roztrząsania, szybko wyszła z sypialni i zajęła się szykowaniem ubrań dla syna.

O jedenastej pięćdziesiąt stanęła w holu na parterze wieżowca, trzymając Peichena za rękę.

Na widok pozostałych kobiet natychmiast zaczęła żałować swojego stroju – przy nich prezentowała się tak drobnomieszczańsko.

Tamte – oraz ich dzieci – przyszły doskonale przygotowane: prążkowane wełniane żakiety, gładkie białe bluzki, krótkie spodenki khaki, wzorzyste sukienki, koronkowe obszycia; była w tym wszystkim swego rodzaju niedbałość. Nawet wielkie kwiaty kamelii na czyichś klapkach przyciągały wzrok. Wszystko sprawiało wrażenie starannie wypraktykowanej nonszalancji. Jak u wzorowej uczennicy, która z szeroko otwartymi oczami i niewinną minką zapewnia, że skąd, wcale tak dużo nie ślęczy nad książkami!

W wielkich, sięgających podłogi oknach Yunxian widziała odbicia swoje i pozostałych kobiet. Nie dało się nie zauważyć różnicy. Tamte wszystkie wyglądały, jakby zaraz miały lecieć na wakacje na jakieś wyspy na Pacyfiku, gdzie paradowałyby z drinkami ozdobionymi małymi parasoleczkami. Albo jakby przechadzały się po jakiejś zagranicznej galerii. Były takie swobodne i stylowe. Nic tylko dać je przed obiektyw – wypadłyby znakomicie, a przy tym całkowicie naturalnie.

Yunxian zrobiło się smutno. Krępowała się stać razem z nimi. Skuliła ramiona i przywitała się krótko, a potem już tylko z dystansu obserwowała te perfekcyjne kobiety. Spuściła niespokojnie głowę i spojrzała na syna, żeby sprawdzić, jak on się czuje w tej sytuacji, ale Peichen rozglądał się na wszystkie strony roziskrzonym wzrokiem, jakby jeszcze nie dostrzegał, jak bardzo odstaje od reszty.

Dla niego liczyła się tylko ojcowska obietnica, że solenizant ma w swoim pokoju szklaną gablotę pełną figurek superbohaterów.

Yunxian odetchnęła z ulgą: całe szczęście, że dzieci nie wnikają w takie szczegóły. Chyba nie dałaby rady podtrzymywać na duchu i siebie, i synka. Poczuła mimowolną urazę – wszystko to wina Dingguo, przecież mógł jej doradzić, jak powinna się ubrać. Mogłaby wypaść znacznie lepiej.

Ktoś się spóźniał, a gospodyni chciała poczekać, aż zbiorą się wszyscy goście, nim zaprowadzi ich na górę do mieszkania.

Z pewnej odległości łatwo byłoby pomyśleć, że wśród zgromadzonych kobiet panuje atmosfera luzu – poza Yunxian wydawały się rozluźnione, kręciły się swobodnie, przysiadały, gdy miały na to ochotę. Uważniejsze spojrzenie zdradzało jednak, że wszystkie nieustannie myślą o Liang Jiaqi. Jak karpiki koi, które niby to pływają sobie, gdzie dusza zapragnie, ale natychmiast reagują na każde poruszenie dokoła stawu.

A Liang Jiaqi była właśnie takim cieniem przesuwającym się nad brzegiem wody – wystarczył niedbały ruch jej ręki, by wszystkie rybki od razu zbiegały się w pośpiechu.

I ona ewidentnie zdawała sobie z tego sprawę, bo ciągle a to zagadywała jedną mamę, a to komplementowała wygląd innej. Tak jakby kroiła tort: starała się jak najsprawiedliwiej obdarzyć uwagą wszystkie gościnie. Yunxian uznała, że jej to nie będzie dotyczyło – przecież Liang Jiaqi jeszcze nigdy jej nie widziała, na pewno się do niej nie odezwie. Lecz gospodyni zadała kłam jej domysłom, bo gdy wreszcie skrzyżowały ze sobą spojrzenia, skinęła jej głową i uśmiechnęła się z sympatią i uwagą. Yunxian w myślach przyznała mężowi rację: małżonka jego szefa faktycznie doskonale umiała odgrywać swoją rolę. Jej minę można by dać do podręcznika jako poglądowy przykład: „Jak powinna się uśmiechać pani domu, gdy zorganizuje przyjęcie urodzinowe i nagle pojawi się na nim zupełnie obca osoba”. Jeszcze nie skończyła tych refleksji, gdy Liang Jiaqi ruszyła do działania i skierowała się w stronę jej i Peichena. Rybki natychmiast zareagowały: uniosły głowy i także skupiły uwagę na Yunxian i jej synu. Kilka z nich nachyliło się ku sobie i zaczęło coś szeptać. Yunxian natychmiast się spięła – czuła niewyraźnie, że coś się zaraz wydarzy, ale nie miała pojęcia, co dokładnie.

– Ty pewnie jesteś Yunxian? Cześć. Ja jestem Jiaqi, żona Teda. Możesz mi też mówić Katherine albo samo Kat.

Yunxian nawet nie zdawała sobie sprawy, kiedy na jej ustach pojawił się speszony uśmiech.

– O nie, tylko mi nie mów, że pan Yang nic o mnie nie wspominał? – Jiaqi puściła do niej oko jak młoda, psotna dziewczyna.

Yunxian poczuła konsternację. Rozumiała, że powinna zdobyć się na wysiłek i przyłączyć do gry, ale nie bardzo wiedziała jak. Ścisnął się jej żołądek, narządy wewnętrzne jakby poprzesuwały się na inne miejsca. Niezbyt sobie radziła z relacjami interpersonalnymi, i to nawet gdy chodziło o własnych przyjaciół, których znała od lat – jeśli zdarzyło jej się wpaść niespodziewanie na jakiegoś znajomego, potrzebowała kilku minut, żeby się przystosować. Obecna interakcja przebiegała za szybko, Yunxian nie była w stanie za nią nadążyć. Postanowiła, że na początek spróbuje naśladować rozmówczynię.

– Dzień dobry. Tak, to ja… Po angielsku mam na imię Evelyn, ale wszyscy raczej mówią mi Yunxian.

Jiaqi utkwiła w niej uważne spojrzenie, które z jednej strony zdawało się kalkulujące, a z drugiej całkowicie pozbawione wyrazu. Yunxian ścisnęła rękę syna, żeby dodać sobie odwagi. Skoro nie było przy niej męża, musiała sama sobie poradzić. Czuła jednak niesprawiedliwość tej sytuacji, a zarazem własną bezsilność. I dokładnie w momencie, gdy jej napięte jak postronki nerwy już miały puścić, Jiaqi parsknęła śmiechem i zbliżyła się nieco; Yunxian poczuła delikatny zapach róż i kamelii, a na plecach ciężar ręki, ani za mocny, ani za słaby.

– Yunxian, spokojnie. Mam wrażenie, że jesteś strasznie spięta – usłyszała.

Wreszcie miała okazję przyjrzeć się z bliska gospodyni.

Liang Jiaqi miała elegancką figurę i skórę tak gładką, że wydawała się pozbawiona porów – trudno było stwierdzić, czy to efekt drogich kosmetyków, czy też zaawansowanych zabiegów medycyny estetycznej. Jej twarz nie była z rodzaju tych, które od pierwszego momentu przykuwają uwagę, ale im dłużej się na nią patrzyło, tym bardziej wydawała się pociągająca. Yunxian nie pamiętała, co powiedziała w odpowiedzi – chyba wydusiła ledwie kilka słów… Chciała, żeby Jiaqi ją polubiła. Tamta roześmiała się parę razy, zasłaniając usta ręką. Yunxian nie umiała określić, czy to szczere rozbawienie, ale tak czy inaczej doszła do wniosku, że jest w porządku – będzie mogła zaraportować mężowi, że całkiem nieźle sobie poradziła, i to pomimo jego niespodziewanej nieobecności.

Wreszcie dotarła ostatnia spóźnialska. Jej pojawienie się – niczym gwałtowne wpuszczenie do stawu kolejnego karpika – zakłóciło harmonię, do grupy nagle zakradła się nuta konkurencji.

Yunxian zauważyła, że na widok tej kobiety w oczach Jiaqi mignął jakby cień wahania, ale potrwało to tylko ułamek sekundy – nim zdążyła mrugnąć, gospodyni już się od niej oddaliła, ciągnąc za sobą zapach perfum.

Gościni, która przybyła z prawie dwudziestominutowym opóźnieniem, wchodziła właśnie do lobby. Nagle jakby sobie o czymś przypomniała – obejrzała się, nachyliła do okna samochodu i zagestykulowała, przekazując szoferowi jakieś polecenie. Była modnie ubrana, ramiona i nogi miała odsłonięte, figurę zgrabną, uda jędrne i pozbawione cellulitu. Przy niej szła dziewczynka. W porównaniu z matką wydawała się nijaka, tak przeciętna, że spojrzenie po prostu się po niej prześlizgiwało. A mimo to Yunxian natychmiast poczuła do niej sympatię, choćby z tego powodu, że buzia małej była zupełnie pozbawiona dwulicowości: wyraźnie było widać, że dziewczynka ani trochę nie cieszy się na to przyjęcie. Dlaczego? To nie miało znaczenia – sześciolatka zawsze znajdzie sobie powód do niezadowolenia.

– Tylu gości, a ty jedna zdołałaś się spóźnić – przywitała Jiaqi jej matkę, niby to obrażonym tonem.

– To nie moja wina. Xinyu strasznie grymasiła po drzemce, nie chciała przyjechać.

Kobieta zrobiła minę i niecierpliwym gestem pokazała na córkę.

– Nic się nie stało. Trudno, żeby dziecko nie miewało czasem humorów. No dobrze, w takim razie chodźmy na górę.

Jiaqi podniosła rękę i skinęła smukłymi palcami. Wszystkie rybki natychmiast chwyciły przynętę i posłusznie wsiadły za nią do windy.

Chen Yunxian wyszła za mąż w wieku dwudziestu trzech lat, za starszego brata swojej przyjaciółki z akademika.

Zaprosiła bardzo niewiele osób, toteż uroczystość była skromna – ona zaś miała w głowie taki mętlik, że nawet nie zwróciła uwagi na zachowanie swoich gości. Gdy potem oglądała zdjęcia ze ślubu, zauważyła, że jej matka – Jian Huimei – owszem, uśmiechała się, ale jakby coś jej leżało na sercu. A jej przyjaciółka Zhang Yurou… Może Yuxian była uprzedzona, lecz odniosła wrażenie, że w jej oczach również widać było pewien niepokój.

Dwadzieścia trzy lata – faktycznie dość wcześnie.

W życiu tak to już jest, że niektórzy tylko sobie bimbają, a wszystko samo do nich przychodzi, tymczasem inni pracują skrzętnie, na każdym rozstaju rozważają w skupieniu, którą drogę wybrać, roztrząsają możliwości i ruszają dalej, dopiero gdy zważą każdy szczegół, a potem i tak o coś się potkną – i klapa.

Sam fakt takich refleksji wskazywał na to, że Yunxian zapewne bliżej było do tych drugich.

Gdyby jakiś przypadkowy człowiek zapytał, dlaczego w ogóle zdecydowała się wtedy na ślub z Yangiem Dingguo, pewnie milczałaby przez długą chwilę, bo dotarłoby do niej, że nie bardzo wie, co odpowiedzieć. Najbliższa prawdy odpowiedź brzmiałaby może: „Z powodu złudzeń”. Uczucia często oddziałują na człowieka najmocniej wtedy, gdy znajdzie się on w rozpaczliwych okolicznościach. Im większe wrażenie uwięzienia, z tym większą desperacją szuka się ucieczki w miłości.

Gdy się poznali, Dingguo powiedział, że „dołująca z niej dziewczyna”. Chciała wtedy zaprotestować, ale w głębi serca rozumiała, że jego opinia nie jest pozbawiona obiektywności. Przed przyjazdem do Tajpej sama zagrzewała się do boju: przecież po co tak się zaparła, żeby iść na studia, jeśli nie po to, żeby wyrwać się wreszcie z tego zaścianka?

A jednak pod wieloma względami to miasto nadal ją przerażało.

Czy może – jeśli mamy być szczerzy – nie tyle samo miasto, ile zamieszkujący je ludzie. Do Yunxian dopiero po pewnym czasie dotarło, że atmosfera metropolii często sprowadza się do jej mieszkańców, do ich sznytu i obejścia – bez nich Tajpej byłoby tylko stertą metalu i betonu. Gdy zarejestrowała się na uczelni i wprowadziła do akademika, codziennie od momentu otwarcia oczu aż po chwilę, gdy mogła się rzucić na kupiony za kilkaset juanów jednoosobowy materac, od nowa uświadamiała sobie, jak wiele ją różni od koleżanek i kolegów ze studiów. Choć w sumie trudno to nawet nazwać „uświadamianiem sobie”, bo ten zwrot implikuje pewną refleksję, spostrzeżenie. Yunxian tymczasem znajdowała się w jeszcze gorszym położeniu: miała poczucie, jakby wrzucono ją w przytłaczający nurt nowych informacji, pod którego wpływem szybko popadła w depresję.

W akademiku miała na łóżku obok koleżankę z wyższego roku, która na wstępie rozłożyła się z wielgachną walizką i zaczęła opowiadać, jak to dopiero co wróciła od krewnych z Kalifornii, a z tyłu dziewczynę o imieniu Yang Yijia, studentkę z tego samego rocznika (wydział historii), która na powitanie poczęstowała współlokatorki owocowymi galaretkami przywiezionymi z Tokio.

– Bierzcie, bierzcie – zachęcała je – nakupiłam całą masę. – Jednocześnie narzekała, że bardzo chciała wrócić do Tajwanu dopiero na dzień przed rozpoczęciem semestru, ale mama jej nie pozwoliła, bo studia to zbyt poważna sprawa, a góra Fuji poczeka do zimowych ferii, zresztą wtedy będzie można pojeździć na nartach.

Yunxian tylko potakiwała i ładowała sobie do ust galaretki. Kiedy rozpadły jej się na języku, poczuła owocowy sok – w ustach słodycz, w sercu rozgoryczenie. Ona przecież nawet nie miała jeszcze wyrobionego paszportu, nigdy nie wyjeżdżała z kraju, jej ojciec i matka też nie. Nawet starsza siostra, Chen Liangying, załatwiła sobie paszport dopiero na podróż poślubną.

Ich najdalsza wyprawa z rodziną to wycieczka na Peskadory, gdy Yunxian była jeszcze w podstawówce. Siostra rzygała na promie jak kot, więc ciągle szukali dla niej plastikowych torebek. W nosach ich kręciło od kwaśnego smrodu żółci, aż Yunxian również zaczęła wymiotować. Dopiero kiedy dotarli na wyspy i wyszli na ląd, mogli zacząć chłonąć widoki i cieszyć się suchym powietrzem i delikatnym piaskiem archipelagu. Ledwo jednak zdążyli się oswoić z klimatem, przestawić na wakacyjny tryb życia, a matka oświadczyła, że to koniec wycieczki – raptem trzy dni i dwa noclegi. Nawet nie doszli na przystań, gdy siostra – na wieść, że znowu czeka ją przeprawa promowa – uderzyła w płacz. Yunxian rozryczała się w ślad za nią. I znowu ta tortura, leki na chorobę lokomocyjną, plastikowe torebki i anielska cierpliwość innych pasażerów – aż wreszcie, zanim się obejrzeli, na chwiejnych nogach dotarli z powrotem do domu. Ojciec wszedł do środka i natychmiast oświadczył, że on już nigdzie nie zamierza jeździć, bo nie ma na świecie drugiego takiego miejsca, gdzie będzie mu tak dobrze jak we własnym domu. Od tej pory, gdy tylko któraś z dziewczynek jęczała, że chciałaby gdzieś pojechać, tak jak inne dzieci ze szkoły, ściągał usta i odpowiadał:

– Nie pamiętacie? Przecież się umawialiśmy, że koniec z wycieczkami!

Siostry patrzyły wtedy po sobie zdziwione, bo nic podobnego nie pamiętały – naprawdę tak się z tatą umówiły? Wcale nie były tego pewne, ale co do jednej sprawy nie było wątpliwości: ojciec nie miał zamiaru nigdzie z nimi jeździć.

A poza tym uwielbiał pracować w swojej knajpce.

– Popracujesz jeden dzień, to masz na ten dzień; popracujesz dwa i już jest z czego zapłacić za wodę, popracujesz trzy: prąd też załatwiony. A co przepracujesz potem, to już możesz sobie odłożyć – powtarzał często.

Yunxian żywiła skomplikowane uczucia w stosunku do ojcowskiego biznesiku. Wiedziała, że to z niego pochodzą pieniądze na utrzymanie jej i siostry, lecz poza tym nie przychodziła jej do głowy ani jedna jego zaleta – nie umiała sobie wmówić, że jej się to podoba.

Na zimowe ferie po pierwszym semestrze Yang Yijia nie mogła się zdecydować: może znowu pojedzie do Japonii, a może da się namówić znajomym na wypad na jakąś tropikalną wyspę, gdzie paradowałaby w skąpym kolorowym bikini i robiła uśmiechnięte zdjęcia w basenie, z drinkiem za dwieście juanów w ręce. Co do Yunxian – jej jedyną opcją był bilet kolejowy i targanie tobołów z powrotem do domu, żeby pomóc rodzicom w ich barze.

Nie żeby jakoś świetnie sobie z tym radziła, a w każdym razie na pewno nie była taka ogarnięta jak Liangying, bo tamta od liceum potrafiła jednocześnie pilnować gotującego się makaronu, szykować przystawki i podliczać rachunek. Yunxian już jako dziecko zdawała sobie sprawę z tego, w jaki sposób rodzice patrzą na jej starszą siostrę: ewidentnie liczyli na to, że któregoś dnia przejmie po nich biznes. Nadzieja ta jeszcze się utwierdziła, gdy Liangying oświadczyła, że nie chce iść na studia. Nie przewidzieli jednak tego, że ich pierwsza córka (stało się to, kiedy Yunxian była w drugiej klasie liceum) zakocha się w starszym o trzynaście lat facecie z internetu.

Przeprowadziła się dla niego do Yilanu i zamieszkali razem. Rodzice, zaskoczeni i załamani, postawili jej ultimatum: albo on, albo my – jak wyjedziesz do Yilanu, to do Yunlinu możesz już nie wracać.

No więc Liangying pewnego ranka wskoczyła do pociągu i pojechała.

Yunxian z powodu tego chaosu nie była w stanie skupić się na nauce. Czuła się bardzo poszkodowana. Niby potrafiła wybaczyć siostrze to, że jako dwudziestolatka nie miała ochoty siedzieć w jakiejś pipidówie, z której wszyscy uciekali, i dzień za dniem krajać tofu i wodorostów. A jednak nie do końca. Domyśliła się bowiem, że po wyjeździe Liangying wszystkie nadzieje rodziców na to, że któraś z córek przejmie po nich schedę, skupią się właśnie na niej. Tak więc z jednej strony z uporem zakuwała podręcznik podstaw kultury chińskiej, a z drugiej po cichu modliła się, żeby facet Liangying okazał się draniem, bo wtedy siostra (co prawda ze złamanym sercem, ale jednak) wróciłaby do domu i całą uwagę poświęciła rodzinnemu biznesowi.

Stało się jednak wbrew jej życzeniu – rodzina tamtego człowieka prowadziła w Yilanie pensjonat i Liangying stała się prawą ręką swojego partnera. Ogarniała śniadania dla ponad trzydziestu osób, co było dla niej drobnostką – mogłaby robić takie rzeczy z zamkniętymi oczami. Raz Yunxian ukradkiem sprawdziła recenzje tego pensjonatu w internecie – ku jej zaskoczeniu okazało się, że goście zauważyli zmianę, jaką wprowadziła jej siostra: „Śniadania gotuje dziewczyna właściciela – placki jajeczne własnej roboty wręcz rozpływają się w ustach. Dokładki na życzenie – wielbiciele szczypiorku będą zachwyceni”.

Yunxian przeczytała ten komentarz rodzicom, a ci wreszcie pogodzili się z rzeczywistością i zatrudnili do pomocy w barze kogoś z zewnątrz.

Pół roku później odbył się ślub siostry. Wszyscy goście byli radośni i weseli – tylko rodzice panny młodej uśmiechali się przez łzy. I nie chodziło jedynie o fakt rozstania ze starszą córką – za ich smutkiem kryło się coś jeszcze, co dostrzegała być może tylko Yunxian, mianowicie żal, że teraz już Liangying na pewno nie przejmie rodzinnego interesu. Dla nich było to równoznaczne z utratą rodziny. Na tę myśl ona także nie była w stanie zdobyć się na radość i na wspólnym zdjęciu na zakończenie wesela widać było, że coś ją gryzie – wyglądała jak taka stara malutka. Miała na to jednak gotową odpowiedź: „Przygotowuję się do egzaminów na studia, jestem w klasie maturalnej, ciąży na mnie ogromna presja”.

Dwa miesiące po zamieszkaniu w akademiku Yunxian doszła do wniosku, że spośród trzech koleżanek z pokoju największą sympatię wzbudziła w niej Yang Yijia.

Yijia była z Tajpej. Jej rodzice mieszkali nawet niedaleko uczelni, przy stacji metra Da’an, więc w zasadzie nie powinna dostać miejsca w akademiku, chciała jednak posmakować prawdziwego studenckiego życia i ubłagała ich, żeby dokonali jakiegoś drobnego formalnego przekrętu.

Kiedy zaczęły więcej ze sobą rozmawiać, okazało się, że uzyskała świetne wyniki na egzaminach wstępnych i mogłaby nawet iść na finanse, ale bardziej interesowała ją historia. Yunxian była pod wrażeniem: sama chciała studiować finanse albo handel międzynarodowy, tylko że na egzaminie z matematyki dostała ponad dwadzieścia punktów mniej niż na próbnym i musiała się zadowolić drugorzędnym wyborem, czyli ekonomią.

Nie lubiła akademika: tamta koleżanka ze starszego roku ciągle rozwieszała po pokoju mokre pranie, więc zawsze unosiła się w nim woń sztucznego zapachu i wilgoci. Yunxian siedziała tam głównie dlatego, że nie chciała wydawać pieniędzy. Nie od razu po przyjeździe do Tajpej zorientowała się, jak ważną sprawą w życiu jej rówieśników było jedzenie; nie mieli problemów z urywaniem się z zajęć i ciągle chodzili razem na Dongqu, żeby sprawdzać nowe knajpy, a najchętniej na podwieczorki w angielskim stylu – tylko że po doliczeniu serwisu taki półmisek muffinów z imbrykiem herbaty rzadko zamykał się w trzystu juanach. Yunxian dostawała od rodziców osiem tysięcy na cały miesiąc, łącznie z materiałami do nauki. Na śniadanie zawsze jadała to samo: bułkę na parze z jajkiem – dwadzieścia dwa juany, a do tego zalewane płatki owsiane – osiem juanów. Krótko mówiąc: jedna taka popołudniowa herbatka stanowiła dla niej równowartość dziesięciu śniadań. Yunxian wybrała się kilka razy, ale potem uznała, że to za duże obciążenie finansowe, i odmawiała już zaproszeń.

Z kolei Yang Yijia lubiła przesiadywać w pokoju, bo nie przepadała za łażeniem po mieście – w akademiku było jej dobrze, a większość rzeczy i tak kupowała przez internet, bo gdy dostała się na studia, matka załatwiła jej kartę do swojego konta.

– I jaki masz miesięczny limit? – zapytała kiedyś ostrożnie Yunxian.

– A ja wiem? Tyle, że raz podczas jakiejś promki w centrum handlowym kupiłam sobie szampon i maseczkę do włosów z Avedy, a zaraz potem znajome wrzuciły w necie coś o jakiejś promocji Lancôme i pomyślałam, że też chcę, no i jakoś tak wyszło, że zamówiłam całą serię kosmetyków, a na koniec tamtego miesiąca okazało się, że wydałam ponad dwadzieścia tysięcy. I wtedy mama jednak trochę zmyła mi głowę. – Yijia skwitowała to wzruszeniem ramion, jakby chodziło o drobiazg niewart uwagi.

Mimo to Yunxian bardzo ją lubiła. Yijia przynajmniej niczego nie udawała.

W drugim semestrze drugiego roku zapisały się razem na te same zajęcia ogólne. Nie minęło dużo czasu, a Yijia straciła głowę dla jakiegoś starszego studenta inżynierii elektrycznej i zaczęła prosić Yunxian, żeby pozwalała jej spisywać notatki i oddawała za nią zadania domowe. Yunxian godziła się na to, żeby nie psuć relacji. Yijia chyba właśnie dzięki temu utwierdziła się w przekonaniu, że Yunxian jest osobą wartą tego, aby zacieśnić z nią przyjaźń, i po krótkim namyśle wpadła na pewien pomysł.

– Mam brata, który pracuje w sektorze finansowym. Starszy ode mnie o osiem lat, z charakteru też spoko, ale ciągle haruje, więc nie ma jak poznawać dziewczyn.

Yunxian nie miała wielkiej ochoty na randkę – wolałaby kogoś w swoim wieku. Ale nie odmówiła.

Myślała naiwnie, że zapoznają się i tyle. Bo przecież kłamałaby, twierdząc, że nie chciałaby się zakochać.

Za pierwszym razem umówili się na Południowej Ulicy Dunhua, we flagowym sklepie pewnej lodziarni. Yunxian dotarła na miejsce dwadzieścia minut przed czasem. Ubrała się w jednokolorową koszulkę z krótkim rękawem, jasnoniebieskie dżinsowe szorty, czarne podkolanówki i tenisówki Adidasa, na które się szarpnęła. Obmyśliła sobie ten strój i była całkiem zadowolona ze swojego wyglądu, dopóki nie dotarła na miejsce, gdzie przejrzała wystawione na zewnątrz eleganckie menu i spojrzała przez szybę na klientelę w środku. Nie wiadomo skąd ogarnął ją niepokój. Wyciągnęła portmonetkę i przeliczyła banknoty i monety, po czym znowu zerknęła na menu. W tym momencie pojawił się Dingguo, cały zdyszany. Pomachał jej niezręcznie, a potem pokazał palcem na swoje gardło i sapnął, że musi złapać oddech, bo biegł. Najdziwniejsze, że jego zachowanie pomogło jej zapanować nad nerwami. Uśmiechnęła się i powiedziała, że spokojnie, nie ma pośpiechu – a jednocześnie skorzystała z okazji, żeby dobrze mu się przyjrzeć. Miał na sobie długie czarne spodnie i białą koszulę, a do tego granatowy krawat – podejrzewała, że celowo chciał sprawić bardziej oficjalne wrażenie.

Wyzbyła się presji, dochodząc do wniosku, że chyba jednak nie będzie aż tak bardzo odstawała od innych, i po chwili weszli razem do środka.

Dingguo – kiedy już się ogarnął – wyjaśnił, że nie mógł znaleźć miejsca parkingowego i ostatecznie musiał postawić samochód bardzo daleko. Z początku szedł po prostu szybkim krokiem, ale w miarę zbliżania się pory spotkania zaczął się stresować i ruszył biegiem. Na koniec wyciągnął portfel i wyjął z niego dwa kupony.

– Dostałem od znajomego. Będziesz miała coś przeciwko, jeśli zapłacę w ten sposób?

Yunxian zamrugała i się uśmiechnęła.

– Skąd – odparła. – Oczywiście, że nie.

Potem jeszcze wielokrotnie przypominała sobie tę chwilę – myślała o niej bez końca. I za każdym razem odbierała ją nieco inaczej. Ale jedna rzecz pozostawała bez zmian: to chyba właśnie w tamtym momencie zakochała się w Dingguo.

Z pojawieniem się Dingguo Yunxian lepiej zrozumiała swoją siostrę.

To było miłe uczucie – zupełnie jakby z nieba zjechał nagle wspaniały powóz z dyni, a ona w przepięknych pantofelkach wsiadła do środka i teraz już o nic nie musiała się martwić. Z uwagi na pracę Dingguo, która już i tak wymagała sporego wysiłku umysłowego, ich randki przebiegały zwykle rutynowo: najpierw kolacja, potem kino, a na koniec – jeśli mieli czas – szybki wypad do parku Yangmingshan albo do Maokong, żeby obejrzeć nocną panoramę miasta. Czasami, gdy powietrze na wzgórzach robiło się chłodne, Dingguo zdejmował marynarkę i otulał nią drobne ramiona Yunxian, tak że czuła się otoczona jego zapachem: mieszanką mydła i dymu papierosowego, taką dorosłą. Yunxian trochę kręciło się od tego w głowie, a rozciągające się przed nią światła miasta i sznury samochodów wprawiały ją niemal w trans. Lubiła spędzać czas z Dingguo, on zaś, z uwagi na dzielącą ich różnicę wieku i zarobków, zawsze upierał się, że sam za wszystko zapłaci i że Yunxian w ogóle nie powinna się tym przejmować.

Raz, gdy wybrali się do portu w Danshui i przeszli obok jakiegoś sklepiku z pamiątkami, jej uwagę przyciągnął wiszący wysoko plecak w ceglanym kolorze. Wyciągnęła rękę, żeby go dotknąć, sprawdzić jakość. Rozmiarem akurat się nadawał do noszenia podręczników i notesów. Poprosiła ekspedientkę, żeby go dla niej zdjęła, a ona podała jej go, dopasowawszy najpierw długość ramiączek. Yunxian stanęła przed lustrem: bardzo jej się podobało, jak się z nim prezentowała. Obracała się w jedną i drugą stronę z coraz silniejszym wrażeniem, że plecak zaprojektowano chyba specjalnie dla niej, ale gdy ekspedientka zajęła się innymi klientami, ona zerknęła na metkę i na widok czterocyfrowej liczby natychmiast zrezygnowała rozczarowana i pociągnęła Dingguo do drzwi.

– Dlaczego go nie kupiłaś? – zapytał zdziwiony, kiedy wyszli. – Przecież chyba ci się podobał?

– Tak, super model, rzadko się takie widzi. Tylko że on kosztował całe trzy tysiące… Nie mam takiego budżetu.

– A, czyli chodziło o cenę… – zrozumiał Dingguo. – W takim razie nie ma sprawy. Ja ci go sprezentuję.

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

Część II

Część III

TYTUŁ ORYGINAŁU:

The Privileged

Redaktorka prowadząca: Marta Budnik

Wydawca: Wojciech Ciuraj

Redakcja: Adrian Kyć

Korekta: Kinga Dąbrowicz

Projekt okładki: Adelina Sandecka

Zdjęcie na okładce i zadruku wnętrza: © Arnontphoto / Stock.Adobe.com

上流兒童 © 2018 by 吳曉樂 All rights reserved

First published in Taiwan by Mirror Fiction Inc.

The Polish translation rights arranged through Rightol Media Limited

and Book/lab Literary Agency.

Copyright © 2026 for the Polish edition by Wydawnictwo Kobiece Agnieszka Stankiewicz-Kierus sp.k.

Copyright © for the Polish translation by Agnieszka Walulik, 2026

Wszelkie prawa do polskiego przekładu i publikacji zastrzeżone. Powielanie i rozpowszechnianie z wykorzystaniem jakiejkolwiek techniki całości bądź fragmentów niniejszego dzieła bez uprzedniego uzyskania pisemnej zgody posiadacza tych praw jest zabronione.

Wydanie elektroniczne

Białystok 2026

ISBN 978-83-8417-787-7

Grupa Wydawnictwo Kobiece | www.WydawnictwoKobiece.pl

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotowała Weronika Panecka

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa: Wu Xiaole, Wyższe sfery

Część I

Część II

Część III

Karta redakcyjna

Punkty orientacyjne

Cover