Tytuł dostępny bezpłatnie w ofercie wypożyczalni Depozytu Bibliotecznego.
Stworzona na podstawie anegdot i wieloletnich badań, porywająca saga o chińsko-amerykańskiej rodzinie Lisy See – autorki Dziewcząt z Szanghaju. W 1867 roku prapradziad pisarki przybył do Ameryki, gdzie sprzedawał ziołowe mikstury. Jego syn Fong See stworzył imperium handlowe i wbrew prawu ożenił się z białą kobietą. Lisa dorastała, bawiąc się w rodzinnym sklepie z antykami w chińskiej dzielnicy Los Angeles, słuchając gawęd o misjonarzach, prostytutkach i gwiazdach filmowych. Ta opowieści o rasizmie i miłości, przedsiębiorczości i tęsknocie za domem, sekretnych związkach i rodzinnej rywalizacji to pełna zwrotów akcji historia spotkania dwóch kultur w nowym świecie. Przepięknie napisana, pełna osobistej refleksji i fascynujących obrazów z epoki.
Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego.
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.
Książka dostępna w zasobach:
Miejska Biblioteka Publiczna w Tczewie
Biblioteka Publiczna im. H. Święcickiego w Śremie
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 782
Rok wydania: 2007
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Lisa See
NA ZŁOTEJ GÓRZE
Z angielskiego przełożyła
Dorota Kozińska
Świat Książki
Tytuł oryginału
ON GOLD MOUNTAIN
Redaktor prowadzący
Tomasz Jendryczko
Redakcja
Mana Konopka-Wichrowska
Redakcja techniczna
Julita Czachorowska
Korekta
Elżbieta Jaroszuk
Na stronach tytułowych
Asian American Studies Library, University of California at Berkeley
Ilustracja na stronie 23
Natural History Museum of Los Angeles County
Copyright © 1995 by Lisa See
Copyright © for the Polish translation by Bertelsmann Media sp. z o.o.
Warszawa 2007
Świat Książki
Warszawa 2007
Bertelsmann Media sp. z o.o.
ul. Rosoła 10, 02-786 Warszawa
Skład i łamanie
Piotr Trzebiecki
Druk i oprawa
Rzeszowskie Zakłady Graficzne SA
ISBN 978-83-247-0468-2
Nr 5756
Dla praprawnuków
Letticie i Fonga See,
Alexandra See Kendalla
i Christophera Copelanda Kendalla
Buszując w papierach moich dziadków, a zwłaszcza mojej babki, uzyskałem wgląd w ich życie, związane z moim w sposób namacalny, aczkolwiek nie do końca zrozumiały, Chciałbym choć na chwilę znaleźć się w ich skórze...
Przedmowa
Fong See, mój pradziadek, opuścił Chiny w 1871 roku jako młody chłopak, z zamiarem szukania szczęścia na Złotej Górze (tak Chińczycy nazywali Stany Zjednoczone). Dożył setki. Wyrósłszy z tłumu bezimiennych imigrantów z Azji, został jednym z najbogatszych i najbardziej szanowanych Chińczyków w nowym kraju. Wabił klientów do swojego sklepu z rękodziełem azjatyckim, sprzedając bilety na pokaz wypchanej syreny. Uwielbiał pieniądze. Miał dziecinne upodobanie do modnych samochodów. Cieszył się powodzeniem u kobiet. Moja rodzina od zawsze „wiedziała”, że Fong See miał dwie żony. Jego małżeństwo z Letticie Pruett – moją białą prababką – dało początek rodzinie See. Druga żona, chińska sierota, która utrzymywała się z wyrobu petard, miała zaledwie szesnaście lat, kiedy poślubiła mego sześćdziesięcioczteroletniego pradziadka. Ta rodzina przybrała nazwisko Fong. W obydwu związkach Fong See spłodził dwanaścioro dzieci – pięcioro mieszańców i siedmioro Chińczyków. Ostatnie przyszło na świat, kiedy dobiegał dziewięćdziesiątki. To opowieść o rodzinach See i Fong, o ich asymilacji w kulturze amerykańskiej.
Kiedy byłam dzieckiem, spędzałam większość weekendów i letnich wakacji w Chinatown, u moich dziadków ze strony ojca. Przekraczaliśmy bramę księżycową, strzeżoną przez dwa ogromne kamienne lwy, żeby znaleźć się w ciemnych, chłodnych zakamarkach rodzinnego antykwariatu ze sztuką chińską: F. Suie One Company, wielkiego sklepu-muzeum, gdzie wśród mnóstwa innych przedmiotów można było znaleźć porcelanę wypalaną w cesarskich piecach i spławianą w dół rzeki sampanami; ołtarze zrabowane ze świątyń na prowincji; potężne ozdoby architektoniczne, transportowane w częściach i rekonstruowane przez synów Fonga See w jednym z wielu rodzinnych magazynów.
W porze obiadu szlam z babcią Stellą do restauracji, która musiała się jakoś nazywać, ale dla nas była po prostu „naszym miejscem”. Po drodze zatrzymywałyśmy się na pogaduszki z Czarnulkiem w sklepie mięsnym Sama Singa, mającym witrynę ozdobioną pozłacanym prosiakiem z rusztu. Wstępowałyśmy na chwilę do delikatesów Margaret, gdzie piętrzyły się stosy solonych śliwek, suszonych mątw i przefermentowanego tofu. Zaglądałyśmy na tyły restauracji, żeby poplotkować z kucharzem i popatrzyć, jak pakuje nasze porcje do kartonowych pudełek.
Po powrocie do antykwariatu wdrapywałam się po schodach do warsztatu – pełnego maszyn, ze ścianami wytapetowanymi podobiznami łagodnych chińskich dziewcząt – gdzie mój dziadek i stryjeczny dziadek Bennie krzątali się w gęstych chmurach pyłu drzewnego, przy wtórze wyjących pił. Bennie zawsze popatrywał na mnie groźnym wzrokiem i krzyczał, że mnie wrzuci do kubła na śmieci. Przerażona, zbiegałam na dół, a dziadek z Benniem szorowali po pracy ręce pumeksem.
Kiedy po obiedzie dopadła mnie nuda – najczęściej po zabawie w stertach trocin, wspinaczce w ramiona olbrzymiego Buddy albo urządzaniu podkopów pod jednym z wielkich ołtarzy – babcia Stella pozwalała mi sobie „pomóc” w pracach nad rekonstrukcją hebanowego parawanu. Czyściłam pędzle albo mieszałam tusz; czasem sztukowałam ubytki gliną. Pomagałam też stryjecznej babce Sissee odkurzać i polerować eksponaty: od sali brązów, przez salę rękodzieła, do sali malarstwa zwojowego i tkanin, od jednego końca głównego korytarza – gdzie stały misternie rzeźbione meble – do drugiego.
Późnym popołudniem babka i stryjeczna babka Sissee odpoczywały w wiklinowych fotelach na tyłach sklepu, racząc się filiżanką mocnej herbaty. W spokojnej, leniwej atmosferze zbierało im się na wspomnienia. Snuły ciekawe, choć często błahe opowieści o misjonarzach, prostytutkach, wojnach gangów tong, żeńskiej orkiestrze marszowej i chińskiej drużynie baseballowej. Mówiły o zwycięstwie naszej rodziny nad rasistowskim prawodawstwem i dyskryminacją. Potem – równie nieuchronniejak groźba dziadka Benniego, że mnie wrzuci do kubła na śmieci – padała uwaga mojej babki: „Tak, tak, w czasie wojny lo fan (biali ludzie) kazali wszystkim Chińczykom nosić ubrania zapinane na guziki, żeby nikt nas nie pomylił z Japończykami”.
Babka nauczyła mnie płukać ryż, aż woda zrobi się przezroczysta, i – posługując się menzurką – zalewać ziarno w naczyniu z podwójnym dnem do wysokości pierwszego knykcia. Nieważne, czyjego knykcia – wyjaśniała babka – skoro od 5000 lat metoda sprawdza się bez zarzutu. Pod koniec gotowania ryżu na parze kładła na wierzchu kilka kawałków lop cheung, wyśmienitej kiełbasy wieprzowej. Tymczasem dziadek siekał pozostałe składniki potrawy. Kiedy ryż był już miękki, przejmowałam funkcję pomocnika kucharza. „Najlepszego, jakiego w życiu miałem” – mawiał mój dziadek. Wspólnymi siłami – chociaż po tylu latach nie mogę sobie przypomnieć nawet jednej z wykonywanych czynności – przyrządzaliśmy wołowinę w pomidorach, której smak wspominano jeszcze kilkadziesiąt lat po śmierci dziadka.
Podczas rodzinnych wesel czekaliśmy przy stole, aż przejdzie koło nas panna młoda: otrzymałam od babki przywilej wręczania nowożeńcom lai see – „pieniędzy na szczęście” – wsuniętych do czerwonej koperty z ideogramami szczęścia i pomyślności. Babka prowadziła mnie od stołu do stołu przez wielkie sale bankietowe, przedstawiając mi każdego gościa z osobna i podając nasz stopień pokrewieństwa. „To jest brat cioteczny twojego ojca. A to jest wnuczka mojej siostry stryjecznej”.
W 1989 roku uczczono osiemdziesiąte urodziny Sissee tradycyjnym przyjęciem chińskim. Nigdy nie zapomnę, jak wymknęliśmy się z kuzynami z sali bankietowej, żeby podpatrzyć wesele w głównym pokoju jadalnym, gdzie co najmniej 500 gości urządziło nieopisany zgiełk, stukając pałeczkami w miski i szklanki. „Pewnie są z Tajwanu – szydził jeden z kuzynów – no wiesz, same głupie FOB-y”. Naiwny jak FOB, fresk off the boat, świeżo przybyły imigrant. Od czasu podróży Fonga See i wątpliwych początków jego kariery jako dostawcy majtek bez kroku na potrzeby burdeli, nasza rodzina dochrapała się miana zasiedziałej arystokracji. Z FOB-ów staliśmy się ABC-ami: American-born Chinese, Chińczykami urodzonymi w Stanach Zjednoczonych.
Tego wieczoru dałam Sissee w prezencie książkę Ruthanne Lum McCunn Portrety Amerykanów pochodzenia chińskiego, która mimo wszystkich opisanych w niej tragedii, ponurych sekretów i wykroczeń przeciwko prawu podtrzymuje wspaniały etos chińskiej kultury i sztuki. Po trzech dniach zadzwoniła moja kuzynka Leslee. Chciała mi przekazać, że Sissee – jej matka, a zarazem moja stryjeczna babka i jedyna pozostała przy życiu latorośl pół chińskiej, pół białej rodziny mojego pradziada – doszła do wniosku, że najwyższy czas napisać książkę o nas wszystkich i że ja powinnam się tym zająć. Tydzień później siedziałam z magnetofonem w naszym sklepie, słuchając opowieści, którymi Sissee, moja babka, i kuzynka musiały się ze mną podzielić. Od razu wyszło na jaw, że Fong See nie był pierwszym członkiem naszej rodziny, który przybył na Złotą Górę. Jego ojciec, a mój prapradziad, pracował jako zielarz przy budowie kolei transkontynentalnej. Dowiedziałam się też, że Fong See miał nie dwie, lecz cztery żony. Przez wszystkie minione lata krewni trzymali tę informację w sekrecie; bigamia była sprzeczna z prawem i dzieci uznały rzecz za wstydliwą.
Sissee zmarła nagle dwa miesiące później, ale Leslee zachęciła mnie do dalszej pracy nad książką. Zauważyła, że nasi krewni i przyjaciele są już dobrze po siedemdziesiątce, niektórzy dobijają nawet do dziewięćdziesiątki, a po ich śmierci wspomnienia przepadną. Uległam namowom Leslee i wzięłam się do roboty. Moi bliscy – nie wyłączając ojca, który początkowo nie zamierzał brać w tym udziału – dali się przekonać tylko dlatego, by spełnić ostatnią wolę stryjecznej babki.
W ciągu pięciu lat spotkałam się z niemal setką ludzi: bogatych i biednych, rasy żółtej i białej. Zmagałam się z różnorodną pisownią tych samych nazwisk: Milton, Ming, Ming-ah i Ah-Ming w przypadku mojego stryjecznego dziadka, Fong See, Suie On i Seebok w przypadku pradziada. Próbowałam zrozumieć łamaną angielszczyznę staruszków, którym on myliło się z ona, jej z jego, a miejsce z czasem. Rozmawiałam z osobami, które zapomniały imienia własnej matki. „To było dawno temu” – powiedział pewien mężczyzna.
Buszując w Archiwach Narodowych, odkryłam, że władze imigracyjne od samego początku były przychylne moim bliskim, nie wnikając wcharakter ich poczynań. Korzystałam z pomocy wielu bibliotek, towarzystw historycznych i uczonych. Zanudzałam krewnych, przyjaciół i klientów prośbami o gruntowne przetrząśnięcie strychów, piwnic i szaf w poszukiwaniu zdjęć, dokumentów oraz innych pamiątek z targów, wystaw sztuki i zebrań rodzinnych. Przeglądałam filmy i kasety wideo, zbiory wycinków prasowych i korespondencji, listy przewozowe i deklaracje podatkowe. Będąc zupełną ignorantką w tym względzie, walczyłam z zawiłościami chińskiego języka pisanego: używać standardowego języka mandaryńskiego czy języka kantońskiego? Z jakiej transkrypcji korzystać: z systemu Wade’a-Gilesa czy z pinyin? (W końcu zdecydowałam się na język kantoński w staromodnej transkrypcji Wade’a-Gilesa, obowiązującej w czasach, o których piszę. Dla terminów medycznych odpowiedniejszy wydał mi się jednak język mandaryński w transkrypcji pinyin)
Wyłoniła się z tego opowieść o przenikaniu się ludów i kultur. Nie wspomniałam jeszcze, że moja babka – wstąpiwszy między Chińczyków, którym w czasie wojny kazano nosić ubrania zapinane na guziki – mogła przecież upychać w kok luźne kosmyki rudych włosów. Babka – podobnie jak prababka – była przedstawicielką rasy białej, choć w głębi serca czuła się Chinką. Wtopiła się w tę kulturę. Z biegiem lat pozbyła się wciętych w pasie, obszytych koronkami sukni, zamieniwszy je na czarne spodnie i luźno dopasowane tuniki, do których zawsze nosiła piękną chińską biżuterię. Nauczyła się gotować zupę z sałaty, wręczać pannom młodym lai see, być dobrą chińską synową. Prababka, babka i matka mogły uchodzić za wzór białych Amerykanek, a jednak wszystkie zdecydowały się poślubić mężczyzn wywodzących się z zupełnie innej kultury.
Wielu Chińczyków, z którymi rozmawiałam, mówiło o białych lo fan i fan gway – biali ludzie, „białe duchy”. Czasem ktoś próbował tłumaczyć, że „ona była biała, tak jak pani”. Nikt się nie domyślił, z jakim zdumieniem tego słuchałam, bo po tylu latach spędzonych w sklepie i po tylu wizytach na przyjęciach weselnych nabrałam przekonania, że jestem Chinką. To przecież oczywiste, skoro wszyscy ci ludzie są moimi krewnymi. Nigdy nie przywiązywałam specjalnej wagi do tego, że jestem rudowłosa jak moja babka, choć cała reszta ma włosy czarne i proste. Miałam zresztą inny dowód. Wszystkie chińskie dzieci rodzą się ze znamieniem mongolskim w okolicy lędźwiowej – znikającym z czasem przebarwieniem skóry w kształcie ogórka. Urodziłam się ze śladem takiego znamienia. Choć nie wyglądam na Chinkę, w głębi duszy nią jestem – jak moja prababka.
Na koniec muszę zaznaczyć, że trudno znaleźć książkę o chińskiej imigracji i doświadczeniach Chińczyków, której autor nie krytykowałby pozostałych pozycji z tej dziedziny. Każdy ma inne poglądy na kwestie rasizmu, biedy, roli kobiet, języka, polityki, sztuki, miłości i piękna. Nie wiem, kto ma rację, czyja wizja jest wierniejsza historycznie, czyja bardziej poprawna politycznie. Mam tylko nadzieję, że opowiedziałam naszą historię. Nic, co napisałam w książce Na Złotej Górze, nie pretenduje do miana prawdy absolutnej – to tylko prawda mojego serca, moich doświadczeń, moich badań.
Część I
Rozdział 1. Czas cudów (I866-187I)
Fong Dun Shung zarzucił na ramię bagaż i po raz ostatni skinął głową swojej żonie, córce, synom Numer Jeden i Numer Cztery. Odwrócił się na pięcie i ruszył w kilkugodzinną wędrówkę do Fatsan, gdzie miał wsiąść na sampan i popłynąć deltą Rzeki Perłowej na wschód do wielkiego miasta Kantonu, a stamtąd do Hongkongu, by zaokrętować się na statek do Gam Saan – na Złotą Górę. On i dwaj synowie, drugi i trzeci, dreptali gęsiego ścieżką wzdłuż grobli dzielącej bladozielone pola ryżowe, rozpościerające się za murami Dimtao. Zastanawiali się, ile czasu upłynie, zanim wrócą do domu.
Fong Dun Shung słyszał o innych, którzy dorobili się podobnych fortun, jak ludzie ze Złotej Góry. Wiele osób ruszyło na poszukiwanie złota, nie zważając na siłę tradycji rodzinnej i znacznie bardziej przemawiającą do wyobraźni groźbę Cesarzowej Wdowy, która pod karą ścięcia zabroniła poddanym wyjazdu z Chin. Chodziły słuchy, że w Gam Saan walają się po ziemi bryłki kruszcu rozmiarów noworodka i każdy może je sobie wziąć. Teraz ludzie rozprawiali o kolei żelaznej i pracy, czekającej na wszystkich, którzy nie boją się trudu i znoju. Mężczyźni z wioski Fonga doszli do wniosku, że jeśli nawet nie da się zaoszczędzić 1000 dolarów, to z pewnością można zarobić 800. Fong Dun Shung przerzucił kosz na drugie ramię. Miał szczęście. Zaofiarowano mu darmową podróż na Złotą Górę i obiecano pracę dla całej trójki.
Nastały ciężkie czasy dla rodziny Fonga. Dimtao było ubogą wioską, a jego krewni należeli do biedniejszej gałęzi rodu. Fong Dun Shung nie miał ziemi – nie miał choćby nędznej mou, kiedy na utrzymanie jednej osoby potrzeba było co najmniej trzech mou. Nie mógł wydzierżawić gruntu, bo nie stać go było nawet na zakup ryżu, żeby obsiać pole.
Był zielarzem, biegłym w sztuce liczącej kilka tysięcy lat. Nauczył się od ojca, że najważniejszą rzeczą we wszechświecie jest qi – pierwotna energia życiowa – której harmonijny przepływ jest podstawą zdrowia człowieka. Nauczył się postrzegać ciało ludzkie w kategoriach wszechświata złożonego z pięciu żywiołów – drewna, ognia, ziemi, metalu i wody – rządzących organami – wątrobą, sercem, śledzioną, płucami i nerkami. Jeśli którakolwiek z sześciu esencji – wiatr, chłód, ciepło, wilgoć, suchość lub ogień – przeważy nad pozostałymi, ciało słabnie i staje się podatne na choroby. Fong Dun Shung nauczył się tego od ojca, potem zaś postanowił przekazać swą wiedzę synom.
Wędrował od wioski do wioski w towarzystwie starszych synów. Kiedy uderzali w gongi, żeby obwieścić przybycie zielarzy, w dobrych czasach wieśniacy schodzili się chmarą. Wędrowcy rozkładali maty i koce na gołej ziemi, przy domu spotkań rodzinnych, gdzie na chłodnych ścianach umieszczano kamienne tabliczki z datami narodzin i śmierci przodków. Fong nie był do końca pewny, czemu przyciągali aż takie tłumy – może ze względu na sąsiedztwo domu, czyli bliską łączność z myślami przodków, a może dlatego, że ku uciesze dzieci i starców urządzali pokazy kung-fu. Ale przez wiele lat zawsze mieli publiczność – obserwującą, jak Fong podrzuca syna w górę lub wykonuje zestaw ćwiczeń naśladujących ruchy jelenia, niedźwiedzia, tygrysa, małpy i żurawia, przydatnych w leczeniu reumatyzmu, artretyzmu, niestrawności i przewlekłego zmęczenia.
Pod koniec pokazu Fong prezentował swoje zioła. Wokół tłoczyły się kobiety. „Co powinnam zażywać, żeby wzmocnić syna, który dojrzewa w moim łonie?” – pytały ciężarne. Fong wręczał im zawiniątko z miksturą usprawniającą krążenie krwi, zawierającą zmielone pestki brzoskwiń, ziele pępawy i suszone liście perełkowca. „Zdrowi rodzice mają zdrowe dzieci – lubił powtarzać – jeśli zadbasz o własną krew, twoje dzieci nie będą chorować i obdarzą cię zdrowymi wnukami”. Kobietom, które nie przestawały krwawić po porodzie, przepisywał napary z kocimiętki japońskiej, kurkumy i krokosza.
Doradzał właśnie kobiecie cierpiącej na czyraki, kiedy wypatrzył go urzędnik kolejowy i spyta!, czy nie chciałby pojechać na Złotą Górę i leczyć tam chińskich robotników. „Kulisi nie ufają naszym lekarzom” – cudzoziemski diabeł szwargotał w niezrozumiałym języku, ale miał z sobą chińskiego tłumacza. Fong uzyskał zapewnienie, że kompania kolejowa zafunduje mu podróż, zapłaci za zioła i wynagrodzi jego umiejętności. Nie musiał się długo zastanawiać: wiedział aż za dobrze, jak mu się wiodło w ostatnich latach.
Jego rodzina była coraz liczniejsza: synowie chcieli się żenić, ale nie stać ich było na ślubny dar. Nie mogli sobie nawet pozwolić na zakup niechcianej dziewczyny, którą rodzina, w jeszcze większej potrzebie, skłonna im była sprzedać jako konkubinę. Interesy Fonga szły coraz gorzej i trudniej mu było znaleźć klientów. Czasem docierały do niego plotki, dlaczego tak się dzieje, tylko że dorosły mężczyzna nie powinien dawać wiary plotkom. Fong Dun Shung był skromnym człowiekiem: nie umiał czytać ani pisać. Musiał więc wierzyć plotkom i temu, co widział na własne oczy.
W Chinach nastał czas zamieszek. W 1840 roku, kiedy młody Fong się ożenił, trwała właśnie pierwsza wojna opiumowa. Jego kraj zapłacił Wielkiej Brytanii sześć milionów taeli w srebrze, żeby odzyskać Kanton, oraz trzydzieści trzy miliony taeli tytułem odszkodowania. Hongkong przeszedł w ręce Brytyjczyków, którym Chiny udostępniły też inne porty. Opium zalało rynek. Fong przekonał się z upływem lat, co to oznacza dla biednych i bogatych. Druga wojna opiumowa, zakończona w 1860 roku, zaledwie przed sześciu laty, zebrała jeszcze gorsze żniwo: Chiny zobowiązały się do zapłacenia Brytyjczykom kolejnej wielkiej kontrybucji; misjonarze uzyskali prawo wjazdu do kraju i szerzenia wiary w jedynego Boga; otwarto jeszcze więcej portów; rozpoczął się import tanich, produkowanych na skalę masową towarów, który zrujnował małe chińskie przedsiębiorstwa. Nie było to sprawiedliwe, ale uzbrojenie Chińczyków – włócznie, miecze, strzały i przestarzałe działa – nie mogło się równać z brytyjską artylerią, flotą i bronią palną.
Nie tylko cudzoziemcy pustoszyli ojczyznę Fonga. Trzydzieści lat wcześniej Czerwone Turbany – zgrupowanie klanów i członków tajnych stowarzyszeń – zajęły pobliski Fatsan, po czym ruszyły na podbój wioseki pól w kierunku Kantonu. Oddziały cesarskie i miejscowe siły zbrojne próbowały odeprzeć renegatów, puszczając z dymem całe wioski. W tym czasie Punti (Tubylcy) i Hakka (Przybysze) toczyli nadaremno własne wojny domowe. Jakby tego było mało, Hung Hsiu-ch’uan, który kazał się nazywać Drugim Synem Niebios, wzniecił powstanie Tai P’ing, zdobył Nankin i ogłosił go stolicą swojej dynastii. Na skutek działań wojennych i późniejszej klęski głodu śmierć poniosło 25 milionów wieśniaków. Watażkowie – w poczuciu, że panująca dynastia mandżurska nie zdoła ich powstrzymać – rozpętali własne kampanie zniszczeń, szantażu i przemocy.
Podczas wędrówek po kraju Fong co rusz mijał wioski, w których niegdyś dobrze zarabiał. Często nie musiał nawet przestępować przez bramę, żeby się przekonać, że zawitała do nich śmierć; na zewnątrz murów tkwiły na żerdziach głowy wieśniaków, którym przez tyle lat sprzedawał zioła. Szedł dalej. Tam, gdzie kiedyś dzieci siedzące okrakiem na grzbietach bawołów wodnych siały mu dobroduszne pozdrowienia, udawało mu się wypatrzyć kilkoro nagich, na wpół zagłodzonych maluchów, przykucniętych nad wiejskim strumieniem w płonnej nadziei schwytania jakiejś ryby. Pozostawało wzruszyć ramionami i pomaszerować przed siebie. Nie mógł im w niczym pomóc, bo sam bał się popaść w tarapaty.
Teraz, płynąc rzeką na południe w stronę Kantonu, Fong Dun Shung miał nadzieję, że dorobi się fortuny na Złotej Górze i za kilka lat wróci do domu z kieszeniami wypchanymi złotem. Wyobrażał sobie, że zostanie przywódcą wioski i wszyscy będą go szanowali. Będzie bogaty. Poślubi wiele kobiet i spłodzi następnych synów. Całkiem możliwe.
W 1862 roku na całym świecie zakazano handlu niewolnikami, cudzoziemcy zaczęli więc mamić i zastraszać chińskich wędrowców albo ich „szanghajować”, czyli porywać, uprzednio spiwszy do nieprzytomności – po czym zmuszać do podpisania zgody na pokrycie kosztów podróży morskiej, co stawiało ich w sytuacji niewiele lepszej od sytuacji niewolników. Chińczyków – podobnie jak czarnych transportowanych do Ameryki przez Atlantyk – ładowano na zatłoczone statki, gdzie spędzali pod pokładem całą drogę na drugi brzeg Oceanu Spokojnego. Warunki były koszmarne.
Na niektórych jednostkach upychano mężczyzn jak sardynki na trójpoziomowych pryczach długości 180 centymetrów i szerokości niespełna 40 centymetrów, rozmieszczonych w odstępach 40-60 centymetrów. Kajuty przechodziły smrodem ludzkich wyziewów, bo włazy zabijano deskami, żeby zapobiec ucieczkom. Współtowarzysze niedoli – mężczyźni, którym obiecano powrót do rodzinnych wiosek – dostawali dziennie wiadro wody, żeby się napić i umyć. Brakowało też jedzenia. Cudzoziemcy wiedzieli z doświadczenia, że najłatwiej złamać człowieka głodem.
Nikt nie wie dokładnie, którym statkiem Fong Dun Shung i jego dwaj synowie dopłynęli na Złotą Górę, ale w poprzednich latach śmiertelność wśród pasażerów była zastraszająco wysoka. Na pokładzie „Exchange” zmarło 85 z 613 kulisów. W 1854 roku, po 80 dniach na morzu, załoga „Libertad” złożyła raport o 150 zgonach w następstwie szkorbutu i „gorączki okrętowej”. Na statku „John L. Stevens”, przewożącym 550 imigrantów, warunki były wręcz skandaliczne: brakowało prycz i pasażerowie musieli spać na zmianę. Sytuacja nieco się poprawiła, kiedy cztery potężne jednostki należące do Spółki Pacyficznych Parowców Pocztowych zaczęły brać aż 1200 pasażerów na dolny pokład. Podróżni mieli własne posłania i spali na rusztowaniach z desek. Na dzień łóżka składano, żeby zrobić więcej miejsca. Ludzie wciąż jednak cierpieli na chorobę morską i biegunkę, spowodowaną złym żywieniem i piciem zanieczyszczonej wody. Po przeszło miesięcznej podróży wielu z nich docierało do San Francisco w stanie skrajnego wycieńczenia.
Na początku 1867 roku, kiedy Fong Dun Shung przybył do San Francisco, widok setek Chińczyków schodzących z trapów wielkich statków transoceanicznych był na porządku dziennym. Robotnicy zmieniali brudną odzież podróżną na czyste, niebieskie tuniki i spodnie z bawełny. Schludnie ostrzyżeni, ciągnęli w długim szeregu, tupiąc rytmicznie stopami. Każdy niósł zrolowany koc, matę i kosz ze skromnym dobytkiem, związane kawałkiem sznura.
Fong Dun Shung z synami czuli się zagubieni i oszołomieni panującym na nabrzeżu zgiełkiem. Nie obowiązywały żadne przepisy imigracyjne, nie było celników. Podobno ktoś miał wyjść im na spotkanie. Ale kto? Z rozgardiaszu słów, jakimi przerzucali się podróżni na pirsie, Fong wyłowił głos osoby mówiącej jego dialektem. Popatrzył na synów. Skinęli głowami na znak potwierdzenia, jakby chcieli powiedzieć: „Musimy poszukać właściciela tego głosu”. Przeciskając się ostrożnie przez tłum, spostrzegli innych pasażerów, którzy zbierali się wokół ludzi ze Złotej Góry, wykrzykujących w najrozmaitszych dialektach: „Jestem z Nam Hoi. Szukam podróżnych z Nam Hoi”; „Mówię dialektem Sze Yup. Każdy, kto rozpozna tę mowę siłaczy, natychmiast do mnie”. Fong i jego synowie znaleźli człowieka, który mówił dialektem Fatsan z okręgu Nam Hoi. Pośrednik pracy kazał stanąć rodzinie Fonga i kilku innym przybyszom w osobnym rządku. Wyszli z zatłoczonych doków i podreptali uliczkami prowadzącymi do centrum miasta.
Miasto wyglądało dziwnie. Fong Dun Shung pomyślał, że zbudowano je według wszelkich zasad feng shui – w pełnej harmonii między wiatrem a wodą. Domy wznosiły się na wzgórzach, chwytając wodę, wiatr i powietrze. Niektóre były pięknie pomalowane, zupełnie jak świątynie. Oddalone od siebie, wydawały się bezbronne. Mimo że Fong chciał zobaczyć morze dopiero przed powrotem do żony i pozostałych w ojczyźnie dzieci, nie mógł się powstrzymać od zerkania wstecz na zatokę, połyskującą w mroźnym blasku zimowego słońca.
Tuptali dopóty, dopóki nie doszli do chińskiej dzielnicy. Tu i ówdzie wisiały jaskrawoczerwone latarnie. Przed kilkoma budynkami powiewały na łagodnym wietrze trójkątne skrawki żółtego jedwabiu, oznajmiając przybyszom, że wewnątrz mieszczą się restauracje. Na szyldach widniały reklamy ziół i odzieży oraz ogłoszenia o pracy. O obecności kobiet świadczyły tylko blade, samotne twarze wyglądające przez okratowane okienka. Prostytutki, wyjaśnił przewodnik.
Rodzinie nie było pisane zostać dłużej w San Francisco. Przed wyjazdem z miasta Fong odebrał czeki w biurze kolei żelaznej, żeby przygotować zapas woreczków z cynamonem, głogiem, gardenią, goździkami, lukrecją i złocieniem, w postaci suszonych liści, kwiatów, korzeni, kłączy i pąków. Nie mógł przewidzieć, co zastanie na miejscu, wiedział jednak z doświadczenia, że przeziębienie, rany i niestrawność mogą się przytrafić każdemu. Z pomocą Sześciu Kompanii – federacji towarzystw dobroczynnych reprezentujących poszczególne rejony w Chinach – synowie zaopatrzyli się w buty robocze i czarne kapelusze. Pod koniec tygodnia cala trójka weszła na pokład kolejnego statku, tym razem rzecznego, który popłynął nieśpiesznie w górę American River do Sacramento, gdzie przybyszów z Chin znów podzielono na grupy, żeby dowieźć ich wozami lub koleją na miejsca pracy – wysoko w górach Sierra Nevada.
Kalifornia, jaką ujrzał Fong Dun Shung, była niezwykłym miejscem, pełnym wszelkich wspaniałości natury – żyznej gleby, najrozmaitszych gatunków zwierząt, gór, pustyń, dolin i bogatych złóż minerałów. Ta ziemia miała na zawsze pozostać krainą marzeń. Nadzieja odnalezienia bryły złota wielkości noworodka, żywiona przez pierwszych przybyszów z Chin, skłoniła też do porzucenia domów mieszczuchów z Bostonu, farmerów z Ohio, ranczerów z Montany i właścicieli plantacji z Georgii. Mężczyźni przyjeżdżali sami, bo Zachód nie był odpowiednim miejscem dla kobiet. Do 1869 roku, kiedy ukończono budowę transkontynentalnej kolei żelaznej, 70 procent populacji Kalifornii stanowili mężczyźni – banda prymitywnych, nieokrzesanych, brudnych oprychów. Wśród nich osiedliła się garstka „dobrych” kobiet. Jednym ze skutków tej dysproporcji był niedostatek praczek. Bogaci wysyłali ubrania do Hongkongu, skąd wracały uprane, wykrochmalone i uprasowane. Za doprowadzenie do porządku kilkunastu koszul trzeba było zapłacić ogromną sumę 12 dolarów i czekać od dwóch do czterech miesięcy na powrót bielizny. Mimo to ludzie od lat niecierpliwie oczekiwali na „dzień parowca”, kiedy do zatoki San Francisco wpływał statek ze świeżym praniem, rozdawanym następnie właścicielom. Co najmniej przez tydzień wszyscy chodzili schludnie ubrani i nakrochmaleni.
W 1850 roku, dwa lata po odkryciu złota w Sutter’s Mili, Kalifornię przyjęto do Unii jako kolejny stan. Po dwunastu latach, w 1862 roku, powstał pierwszy klub zwalczający kulisów. W tym samym roku Leland Stanford został gubernatorem. Obejmując urząd, powiedział: „Dla mnie jest oczywiste, że próbom osiedlania wśród nas przedstawicieli rasy niższej należy przeciwdziałać wszelkimi dostępnymi środkami. Azja, której ludność idzie w miliony, podsyła na nasze brzegi same szumowiny”. Kilka miesięcy później Stanford został prezesem spółki kolejowej Central Pacific.
Wielka Czwórka – Stanford, Charles Crocker, Mark Hopkins i C.P. Huntington – wcieliła śmiałą ideę w życie i zapewniła sobie udział w potencjalnych zyskach z kolei transkontynentalnej. Inicjatywa była ze wszech miar uzasadniona. Zanim rozpoczęto budowę, nawet najbardziej zatwardziali poszukiwacze przygód na Dzikim Zachodzie mieli tylko trzy możliwości – wszystkie równie mało zachęcające. Mogli spędzić od sześciu do dziewięciu miesięcy – zależnie od pogody – żeglując w dół wschodniego wybrzeża Ameryki Południowej i okrążając przylądek Horn. Mogli też dotrzeć do Przesmyku Panamskiego, stamtąd popłynąć małymi łodziami w górę rojącej się od krokodyli rzeki Chagres, po czym przesiąść się na muły i wyruszyć w 80-kilometrową trasę przez góry ku brzegom Oceanu Spokojnego. Ten wariant pozwalał zaoszczędzić kilka miesięcy podróży, wiązał się jednak z ryzykiem zapadnięcia na śmiertelną w skutkach cholerę lub żółtą gorączkę. Śmiałkowie mogli też wędrować pół roku przez pustynie, równiny i góry od rzeki Missouri – niebezpieczna przeprawa często kończyła się śmiercią z rąk Indian bądź w następstwie choroby lub nieszczęśliwego wypadku. Kolej transkontynentalna miała skrócić podróż do tygodnia i zwiększyć szanse dotarcia na miejsce bezpiecznie i w dobrym zdrowiu. Szybki i mniej wyczerpujący przejazd pociągiem mógł też zachęcić więcej kobiet do osiedlenia się na Zachodzie – perspektywa opierunku i towarzystwa w łóżku okazała się potężną motywacją dla męskiej w większości populacji Kalifornii.
Budowa kolei Central Pacific ruszyła 8 stycznia 1863 roku. Przez dwa lata udało się położyć zaledwie 80 kilometrów torów. Crocker nabrał przekonania, że do realizacji jego marzeń przyczyni się azjatycka rasa budowniczych Wielkiego Muru Chińskiego. Sprowadzenie robotników z Kantonu do San Francisco drogą morską – przy sprzyjających wiatrach i dobrej pogodzie – było też rozwiązaniem tańszym i szybszym niż zaciąg białych wyrobników z terenów na wschód od Missisipi.
Z początku Crocker trafił na nieprzejednany opór. Na wieść o jego pomyśle nadzorca budowy skrzywił się z niesmakiem: „Nie mam zamiaru szefować Chińczykom”. Tymczasem Stanford, który zaledwie cztery lata wcześniej wszczął kampanię antychińską, żywił poważne obawy, że nagła zmiana frontu zdyskredytuje go w oczach opinii publicznej. Mimo to Crocker nalegał, wychodząc z prostego założenia, że jego partnerzy są wytrawnymi przedsiębiorcami, nawykłymi do ważenia zysków i strat. Na początku 1865 roku zatrudniono na próbę 50 Chińczyków – byłych górników z doświadczeniem w wierceniach i posługiwaniu się materiałami wybuchowymi. Sprawdzili się tak dobrze, że pół roku później na kolei pracowało już prawie 3000 robotników z Chin.
Pierwsza zima była najgorsza w historii. „Zwierzaki Crockera” – jak zaczęto ich nazywać – pędziły kreci żywot. Robotnicy drążyli tunele w dwunastometrowych zaspach, żeby nie przerywać układania torów. Lawiny porywały ludzi, tunele się zapadały. Mimo to nikt nie przerywał pracy. Kiedy nadeszły wiosenne roztopy, spod śniegu wyłoniły się zwłoki mężczyzn stojących z narzędziami w dłoniach, z twarzami zastygłymi w śmiertelnym grymasie przerażenia.
Latem 1868 roku Chińczycy stanowili dziewięć dziesiątych z 14000 robotników kolejowych spółki Central Pacific – niemal jedną czwartą wszystkich chińskich imigrantów w kraju. Wysadzili dynamitem pół kilometra litej skały, tworząc Donner Tunnels. Podczas gdy pracownicy Union Pacific parli przez równiny Nebraski, Chińczycy z Central Pacific wznosili linię kolejową, która przez 160 kilometrów biegła na wysokości ponad 2000 metrów. Spuszczani w wiklinowych koszach w dół pionowych urwisk, rozkuwali kilofami granity i łupki, by zrobić miejsce pod tory. Ujarzmiali ziemię młotami, łomami i dynamitem, żeby sprostać ambicjom Wielkiej Czwórki.
Wysoko w górach Fong Dun Shung i inni chińscy robotnicy zbierali się co noc przy ognisku. Czasem grali w dow ngow, „walkę byków”, rzucając po kolei kośćmi, żeby ustalić, kto pierwszy położy kamień domina. Zwykle jednak hazardowali się w fan-tan. Rozdający wyjmował z puszki garść guzików, kładł je na ziemi i przykrywał kubkiem. Po przyjęciu zakładów podnoszono kubek i zliczano guziki po cztery. Zwyciężali ci, którzy zgadli, ile guzików zostanie – jeden, dwa, trzy czy żaden – i trafnie obstawili wynik rozgrywki.
Sporadycznie zabawiali ich skrzypkowie i fleciści, którzy zerwali z pracą na kolei i włóczyli się od obozu do obozu. Bywały wieczory, kiedy robotnicy rozkoszowali się opowieściami zawodowych gawędziarzy – o Królu Małp Sun Wu Kungu, o Mandżurach albo o Trzech Królestwach. Co pewien czas zjawiał się w obozie prawdziwy fryzjer i mężczyźni czekali na swą kolejkę, by wygolić przód głowy, po czym od nowa spleść warkocz. Wieczorami, kiedy nikt do nich nie zachodził, zmęczeni robotnicy przymawiali się o opowieść Fonga Dun Shunga.
– Powspominaj z nami ojczyznę – prosił któryś, trącając patykiem piekący się w żarze patat.
– Opowiedz nam jeszcze raz historię o wężu – dopominał się inny.
Fong Dun Shung popatrywał na siedzących w kucki mężczyzn, na ich zmęczone twarze, poorane zmarszczkami w dusznym upale lata i przenikliwym chłodzie zimy.
– Wiele wieków temu – zagajał – w samym sercu prowincji Junan żył pewien wieśniak. Miał utrapienie z wężem, który nie chciał zdechnąć. Za dnia widywał gada po wyjściu z chaty. Wieczorem, kiedy wracał do domu z pól ryżowych, znajdował go w tym samym miejscu. Leniwy wąż wygrzewał się na wielkim głazie nieopodal studni. Wieśniaka tak to złościło, że brał długi bambusowy kij i tłukł nim węża dopóty, dopóki ten nie przestał się wić w przedśmiertnych drgawkach i nie zastygł na dobre. Wtedy brał jego martwe cielsko i ciskał w zarośla. Ale już następnego ranka, kiedy wieśniak wyłaniał się z chaty, wąż wygrzewał się w najlepsze na kamieniu.
Opowiadający robił pauzę, żeby cud lepiej zapadł w świadomość słuchaczy. Kilku mężczyzn spluwało w ogień.
– Dzień po dniu – ciągnął Fong Dun Shung – wieśniak zabijał utrapionego węża i wyrzucał precz. Dzień po dniu wąż wypełzał z zarośli i zajmował swoje miejsce przy studni. Pewnej nocy wieśniak postanowił zaczekać i przekonać się, jakie bóstwo albo duch ożywia jego zmorę. Kiedy wstał księżyc i oświetlił ziemię, wieśniak spostrzegł, jak wąż podnosi głowę i skubie liście rośliny, pod którą jego cielsko miało spocząć na zawsze. W ten sposób – dzięki zapobiegliwości wieśniaka, który obserwował chytrego węża – nasi przodkowie odkryli lecznicze właściwości ziół i takie były początki wielkiej chińskiej sztuki uzdrawiania.
– Powiedz, co było dalej – wykrzyknął jakiś młody chłopak.
– Ten skromny chwast nazywa się san qi – objaśnił Fong Dun Shung. – Najsłynniejsi chińscy zielarze używali go przez wieki do robienia bai yao,białego proszku, który ściąga brzegi ran i przyśpiesza ich gojenie. Zawsze był popularny wśród naszych żołnierzy, którzy nazwali go „złotem nie na sprzedaż”. Zeszłej wiosny przepisałem go tobie, Ah-yee, kiedy przebiłeś sobie łydkę prętem, i tobie, Ah-sing, kiedy spadłeś z urwiska i myśleliśmy, że już nie żyjesz.
W przeciwieństwie do swoich synów oraz innych mężczyzn pracujących przy torach Fong Dun Shung spędzał większość czasu w obozie. Doglądał chorych, podtrzymując im głowy, kiedy pili gorzkie napary z ziół, które przygotowywał, żeby ulżyć ich cierpieniom. Czasem wzywano go na budowę, żeby obejrzał rannego. Musiał się porozumieć z szefem grupy i podjąć decyzję, czy mężczyzna może wrócić do pracy, czy też zostanie w obozie.
Mężczyzn spuszczanych w dół urwiska w wiklinowych koszach Fong Dun Shung widywał zwykle dopiero wówczas, kiedy byli już martwi. Czasem zrywała się lina podtrzymująca kosz i ciało roztrzaskiwało się o skały kilkanaście metrów niżej. Czasem robotnik rozhuśtywał się w koszu, żeby odsunąć się od skały na czas eksplozji dynamitu, ale źle odmierzał zamach i wracał prosto w strefę wybuchu. Jak Fong mógł pomóc ludziom z urwanymi rękami i nogami, którym z twarzy zostawała krwawa miazga strzępów trudnej do zidentyfikowania tkanki i odłamków kości? Przychodził więc z kilkoma towarzyszami oznaczyć miejsce wypadku, żeby później zebrać szczątki, oczyścić je i odesłać do Chin, gdzie urządzano im godziwy pogrzeb.
W zimie Fong Dun Shung przygotowywał lekarstwa na dreszcze, gorączkę, nadmiar flegmy, kaszel i mdłości – najczęstsze dolegliwości trapiące Chińczyków w tych zaśnieżonych górach. Latem warzył napary schładzające ciała ofiar udaru cieplnego, łagodzące objawy ukąszeń owadów i poparzeń słonecznych. Przez cały rok miał pod ręką papki na rany, zadrapania, otarcia, zwichnięcia i złamania – wszelkie nieszczęścia, jakie mogły się przytrafić ludziom rozkuwającym skały młotami i kilofami, torującym sobie dynamitem drogę nad i pod górami. Przyrządzanie tych mieszanek było czasochłonne i wymagało maksymalnego skupienia. Fong dobierał i rozcierał składniki, wygotowywał wywar do połowy, po czym zamykał go szczelnie w naczyniach z kamionki.
Ilekroć ktoś wybierał się w podróż do Drugiego Miasta Sacramento lub do Wielkiego Miasta San Francisco – czy opuszczał krainę znoju na zawsze, by wrócić do rodzinnej wioski – tylekroć przychodził do Fonga Dun Shunga po porcję eliksiru wiosennego. Każdy mężczyzna chciał stanąć na wysokości zadania, kiedy odwiedzi prostytutkę albo po rozłące zobaczy się z żoną. Gdyby Fong był uczonym zielarzem, a nie tylko prostym wieśniakiem, z pewnością uwzględniłby składniki wpływające najskuteczniej na męską potencję – suszone genitalia uchatek i fok, suszone ludzkie łożyska, ogon koczkodana, klej ze skorupy żółwia i skórę dzikiego osła. Zwykłe zioła – żeń-szeń, kolcowój i epimedium – były jednak łatwiej dostępne, bezpieczniejsze w użyciu i łagodniejsze w działaniu.
Rozcierając składniki eliksiru wiosennego, Fong nie zastanawiał się nad własnym losem. Nie rozpamiętywał swojej niedoli. Unikał wszelkich emocji. Był zielarzem, nawykłym do obserwacji świata zewnętrznego.
Chińczycy z obozu Fonga pracowali przez 26 dni amerykańskiego miesiąca, od świtu do zmierzchu. Zarabiali od 28 do 30 dolarów; w swoich wioskach mogli liczyć najwyżej na równowartość 3-5 dolarów miesięcznie. Nie tknęliby jedzenia dostarczanego przez fan gway, „białe duchy”, musieli więc sami kupować prowiant i naczynia. Dzięki szefom grup, którzy składali zamówienia na dostawy z Chin, robotnicy doczekiwali się w końcu swojego ryżu, swoich patatów, makaronu, suszonych ryb i ostryg, pędów bambusa, alg, solonej kapusty, suszonych grzybów, oleju arachidowego i suszonych owoców. W cieplejszych miesiącach roku, kiedy do obozów zachodzili wędrowni chińscy handlarze, można sobie było pozwolić na odrobinę luksusu – fajkę i tytoń, miskę i pałeczki do ryżu, szczoteczkę do zębów i lampkę olejową.
Fong słyszał, że Chińczycy dbają o czystość i o higienę pracy, szanują swoje rodziny i przodków, a czas wolny spędzają cicho i spokojnie. Wszystko to było prawdą. Przekonał się na własne oczy. Ludzie Tang różnili się od komenderujących nimi „białych duchów”. Codziennie myli się gąbką. Przez cały pobyt w obozie Fong ani razu nie ujrzał „białego ducha” w kąpieli; nadzorcy wydzielali silną, smrodliwą woń potu i przetrawionej wołowiny. Wielu białych istotnie przemieniało się w duchy, opuściwszy doczesną powłokę podczas którejś z licznych nocnych bójek. Fonga doszły wieści tylko o jednym człowieku Tang, który zginął w bijatyce. Biali ludzie tęgo pili i zachłystywali się na śmierć własnymi wymiocinami. Chińczycy nie pili w ogóle – w każdym razie nie wodę ognistą, od której głupieli fan gway.
Pobratymcy Fonga pili herbatę, gotując wodę z górskich strumieni – tak samo, jak przez tysiące lat gotowali wodę ze zbiorników i studni w Chinach. Biały człowiek gasił pragnienie wprost ze strumienia: Fong nieraz śmiał się w kułak, patrząc, jak biały doktor nadaremnie próbuje ulżyć mężczyźnie zgiętemu wpół z powodu skurczu żołądka, osłabionemu malarią lub tracącemu resztki qi w przedśmiertnym ataku cholery.
Po wysłuchaniu gawęd Fonga jego synowie i pozostali robotnicy szli na noc do namiotów, czując w kościach ciężar zgryzot całego dnia, świadomi, że już za kilka godzin nadejdzie świt. Fong zostawał przy żarze ogniska i wracał myślami do odległego domu. Wiedział, że inni mężczyźni lubią opowiadać o swoich wioskach – że są najpiękniejsze, a pola dają tam największe plony w całej prowincji, że ludzie Sze Yup są lepsi niż ludzie Sam Yup, że gromada synów będzie się o nich troszczyć, kiedy dożyją szacownej starości. Nigdy nie uczestniczył w tych pogwarkach. Wołał patrzeć w gwiazdy, które w tych wysokich górach zdawały się na wyciągnięcie ręki, i puszczał wodze marzeniom, wędrując od światła do światła przez cały wszechświat, dopóki nie zatrzymał się w rodzinnej wiosce Dimtao, stęskniony za dawnym życiem wędrownego zielarza.
Śnił o ludziach, którzy mieli zdroworozsądkowe podejście do seksu. Nie trzeba się było krępować, skoro dla większości chińskich wieśniaków miarą krzepy mężczyzny i szczęścia jego żony była liczba spłodzonych w małżeństwie synów. Ci, którzy synów nie mieli, byli wciąż podbechtywani przez przyjaciół. „Potrzebuję czegoś, od czego mój członek stwardnieje jak penis bawołu – prosili mężczyźni. – Żona pragnie nasienia, żeby urodzić wielu zdrowych synów”. Przy akompaniamencie jowialnych żartów i docinków Fong Dun Shung udawał rozterkę, ważył problem w myślach, demonstracyjnie myszkował wśród fiolek, słojów i saszetek, aż oznajmił z uśmiechem triumfu, że udało mu się wybrać składniki eliksiru płodności i w najbliższy Nowy Rok szczęśliwa żona klienta złoży wizytę w świątyni.
Śnił o biednych staruszkach, bezzębnych i wyschniętych na wiór, które prosiły o lekarstwa na orzeźwienie. „Zimne pokarmy – owoce, warzywa, cienko krojona wieprzowina, kraby i ryby – schłodzą wasze ciała” – doradzał cierpiącym na zalewające poty i spierzchnięte wargi. Potem sprzedawał staruszkom chłodzące zioła – gardenię i białą peonię – by ugasić trawiący je ogień, którego przyczyna nie tkwiła, jak u ludzi młodych, w braku umiarkowania w jedzeniu, piciu i w zażywaniu uciech cielesnych. W zimie, kiedy stare kobiety miały w środku zbyt wiele chłodu i cierpiały na gorączkę, bóle głowy, wymioty i łamanie w kościach, mówił im: „Jedzcie pokarmy gorące – smażone, ostro przyprawione lub nasączone winem – żeby rozgrzać i rozruszać ciało”. Na uporczywe odbijanie się przepisywał goździki.
Babcie i żony, którym w dzieciństwie krępowano stopy, posyłały swoje służące lub zdesperowane synowe z prośbą o udzielenie porady w stanach nerwowych. Aby się pozbyć „drewnianych emocji”, trzeba było leczyć wątrobę. Fong ucierał korzeń chińskiej lukrecji z owocem jojoby i ziarnem pszenicy. „Gotuj zioła dopóty, dopóki wywar nie zmniejszy objętości o jedną trzecią. Pij małymi łykami” – napominał. Wiedział, że żony o rumianych twarzach, śmiejące się zbyt często i zanadto piskliwie, cierpią na nadmiar wewnętrznego ognia i trzeba im schłodzić serce. Wspomnienie tych kobiet i ich potomstwa uświadamiało mu własną tęsknotę za żoną i dziećmi; przypominało o tradycji tak przyziemnej i prostej, że kolejne noworodki nazywano dla ułatwienia Raz, Dwa i Trzy.
Fong śnił na jawie, że wraca na uliczki Dimtao, tak wąskie, że zmieści się na nich tylko pojedynczy wózek. Przetrząsa jednoizbowe chaty w poszukiwaniu swojej żony i dzieci. Czy żonie nic nie dolega? Czy Numer Jeden dba o groby przodków i wywiązuje się z pozostałych obowiązków synowskich? A co z Numerem Czwartym, Fongiem See?
Mijał w wyobraźni stare domy o dzwonowatych dachach. Przypominał sobie rozmowy z synkami, którym tłumaczył, że dachy uformowano w kształt smoczego grzbietu, żeby w porze deszczowej woda spływała na ziemię bez przeszkód, a w czasie upałów gorące powietrze gromadziło się pod pułapem, zatrzymując chłód w pomieszczeniach. Wszedł do swojego domu, który nie miał okien ani prawdziwych drzwi. W wejściu wisiała bambusowa zasłona – zupełnie jak w miejskich saloonach „białych diabłów”. W marzeniach Fonga zasłona byłaby odsunięta i drzwi stałyby otworem, gdyby nie potężne drewniane rozporki między belkami ościeżnicy, podobne do więziennych krat. Fong wiedział, że zapora powstrzyma złych ludzi z zewnątrz, a dobrym ludziom z jego rodziny zapewni bezpieczeństwo i chłód wewnątrz domu. Uwielbiał czuć pod stopami twardo ubitą ziemię. Chłodne cegły i wysokie, kryte płytkami ceramicznymi dachy dawały schronienie przed obezwładniającym upałem i wilgocią.
Oddając się marzeniom w górach Sierra Nevada, Fong myślał o deszczu tłukącym w letnie dni o dach jego domu. Obserwował swego najmłodszego syna – oczyma duszy wciąż widział go w niemowlęcych spodenkach z rozcięciem w kroku – przycupniętego na kamiennym progu drzwi frontowych i patrzącego na deszcz. We wszystkich domach wznoszono wysokie progi, żeby podkreślić status rodziny wobec sąsiadów i zabezpieczyć wnętrze przed zalewem błotnistej wody rzek, która występowała z brzegów podczas corocznych powodzi. Nie miało to jednak większego znaczenia – zaśmiał się Fong sam do siebie – skoro dach przeciekał i nawet podczas najlżejszej mżawki próg pozostawał jedynym suchym miejscem w domu.
Fong Dun Shung marzył dalej i wyobrażał sobie, jak wychodzi z wioski na pola ryżowe – wypełnione wodą baseny w porze sadzenia, gładkie, bursztynowe kobierce w porze żniw. Pilnował się na każdym kroku, nawet w marzeniach. Wzniesione groble między półkami i wąskie dukty z Dimtao budowano niedbale i prowadzono rozmyślnie krętym szlakiem – czasami donikąd – żeby wywieść na manowce krążące po polach złe duchy i nie wpuścić licha do wioski. Po drodze spotykał krewnych i kiwał im głową na powitanie. Nazwa Dimtao oznacza ni mniej, ni więcej, tylko skinienie głowy. Mieszkańcy jego rodzinnej wioski – sami Fongowie – byli dobrymi ludźmi.
Za to on był strasznym łajdakiem! Ta myśl za każdym razem przerywała jego sen na jawie, bo to była prawda – tak niewzruszona, jak gwiazdy na niebie. Co miesiąc nadzorca wysupływał dla Fonga 28 dolarów – tyle samo, ile zarabiali morderczym wysiłkiem jego drugi i trzeci syn. Innimężczyźni w obozie odkładali pewną sumę na hazard, resztę zaś posyłali telegraficznym przekazem żonom i dalszej rodzinie w wiosce. Kilku szczęściarzy stawiało wszystko na hazard i wygrywało. Fong Dun Shung nie miał wątpliwości, że szczęście wkrótce i jemu dopisze, ale po każdej wypłacie przeżywał kolejne rozczarowanie. Kiedy w obozie zjawiali się zawodowi „pisarze” listów, korzystał z okazji i zajmował miejsce na samym końcu kolejki. Podczas gdy przyjaciele wpłacali pośrednikom dolary na przekaz do Chin, Fong wracał do swoich ziół, tłumacząc, że musi się natychmiast zająć eliksirem wiosennym.
Kolejne lata zlewały się w jedno. Shue-ying, żona Fonga Dun Shunga, coraz częściej dochodziła do wniosku, że o upływie czasu dają jej znać tylko mnisi ze świątyni na północ od wioski: rano, kiedy uderzali w potężne dzwony z brązu, i wieczorem, kiedy niskim dźwiękiem bębnów wzywali ludzi do modlitwy. Mijały dni, tygodnie, miesiące i lata. Shue-ying wracała pamięcią do dawno minionych chwil, kiedy wędrowni akrobaci, magicy i zatrzymujący się w wiosce poeci recytowali taki oto wiersz: „Jeśli masz córkę, wydaj ją czym prędzej za wędrowca na Złotą Górę, bo jak zejdzie ze statku, przywiezie ze sobą setki sztuk srebra”. Wszystko się jednak zmieniło, także słowa wiersza: „Jeśli masz córkę, nie wydawaj jej za wędrowca na Złotą Górę, bo opuści żonę i całkiem o niej zapomni”. To właśnie przytrafiło się Shue-ying, która od wyjazdu męża i synów nie miała o nich żadnych wieści. Nie wiedziała nawet, czy żyją: wiedziała natomiast, że jej los – i tak trudny, zanim cała trójka ruszyła na poszukiwanie fortuny – odmienił się tylko na gorsze.
Wydała swoją córkę Lin za Jun Quaka, mężczyznę z sąsiedniej wioski, i straciła nadzieję, że ją jeszcze zobaczy. Najstarszy syn marnował się w starej lepiance przy jednym z zaułków Dimtao. Za towarzyszkę życia wybrał sobie fajkę do opium, a wszystkie jego obowiązki – opieka nad grobami przodków, chodzenie do świątyni, przestrzeganie noworocznych rytuałów – rozwiały się w oparach narkotyku. Przestał też sprzedawać zioła, więc żałosne dochody rodziny spadły niemal do zera.
Shue-ying. Jej imię znaczyło „bohaterka śniegu”, ale żona Fonga nigdy nie czuta się bohaterką. Urodziła się w biednej rodzinie i już w dzieciństwiezostała sprzedana. Nikt nie miał złudzeń, że olejki do włosów, pięknie haftowane jedwabie i wykwintne potrawy przypadną jej kiedykolwiek w udziale. Matka nie krępowała jej stóp w „złote lilie”. Shue-ying miała kościste nogi wieśniaczki. Była niska, ale silna.
Wystarczająco silna, by nosić ludzi na grzbiecie od wioski do wioski. Aiya, pokrzykiwali na nią, żeby się pośpieszyła, żeby nie podskakiwała i szła równym krokiem po twardej, urodzajnej ziemi, dźwigając ich na uroczystości Nowego Roku, na pogrzeb albo wesele. Niektórzy poganiali Shue-ying przez całą drogę, waląc ją knykciami po ramionach. Płoniła się z gniewu i ze wstydu. Byli przecież wieśniakami, tak jak i ona! Kto by jednak chciał iść o własnych siłach, skoro mógł dosiąść jej grzbietu? Mieszkańcy Dimtao woleli oszczędzić na transporcie, zamiast wynajmować droższą rikszę albo palankin. W zamian za trud i poniżenie Shue-ying dostawała kilka monet, co wystarczało na zakup worka ryżu.
Praca tragarki – jakkolwiek upokarzająca – była jedynym źródłem utrzymania nie tylko dla niej, ale i dla Fonga See, syna Numer Cztery. Miał dziewięć lat, kiedy ojciec i bracia wyruszyli na Gam Saan. Shue-ying zastanawiała się nieraz, co ich czeka w przyszłości. Jako mężatka nie mogła liczyć na pomoc żadnego przyzwoitego mężczyzny. Była zbyt zniszczona, żeby zostać prostytutką w Fatsan albo Kantonie. Modliła się, żeby bogowie zapomnieli o niej i o Fongu See. Jeszcze jedno nieszczęście, a skończą na ulicy, zależni od cudzej wielkoduszności, wędrując od domu do domu z żebraczą miską w dłoni.
W 1870 roku, po zakończeniu budowy kolei transkontynentalnej, Fong Dun Shung otworzył w Sacramento wielki sklep zielarski Kwong Tsui Chang. Na jednej ze ścian zawiesił pożółkłą fotografię prasową, na której uwieczniono moment wbicia w szynę złotego haka, symbolizującego koniec prac. Pamiętał, jak zbiegli się nadzorcy i odepchnęli na bok Chińczyków, żeby ustawić się do zdjęcia. Ludzi Tang nie ma na fotografii. Większość występujących tego dnia dygnitarzy nie wspomniała o nich ani słowem w podziękowaniach. Docenił ich tylko Crocker: „Chciałbym wam uświadomić, że szybkie zakończenie budowy kolei zawdzięczamy w dużej mierze biednym, pogardzanym robotnikom z Chin – ich sumienności i biegłości w fachu”. Fong czuł, że zarówno słowa wypowiedziane przez Cockera, jak milczenie innych prominentów powinny dać mu do myślenia.
Często wracał pamięcią do ostatnich dni na kolei – jak podekscytowane ekipy walczyły o palmę pierwszeństwa przy zakończeniu prac i jak nikt nie wiedział, co ze sobą zrobić, kiedy było już po wszystkim. Część robotników wróciła do domu, wędrując po ułożonych przez siebie torach. Wzięli ze sobą niewiele więcej, niż przynieśli – opuszczali Złotą Górę, dźwigając kosze z waciakami, ubraniem na zmianę i butami ze skóry. Mieli pieniądze, ale większość straciła je wkrótce, uprawiając hazard na statku – lata znoju poszły na marne, bo kilka razy z rzędu postawili na niewłaściwą liczbę guzików.
Inni współtowarzysze z obozu poszli w przeciwnym kierunku – na wschód. Żaden z nich nie miał pojęcia, co tam naprawdę zastanie, ale wszyscy mieli pieniądze w kieszeniach. Może by tak otworzyć własną pralnię albo poszukać pracy na farmie? Niektórzy udali się na północ, bo doszły ich słuchy o budowie kolei w stanach Waszyngton i Oregon. Większość – nie wyłączając Fonga – wróciła przez góry do Sacramento, gdzie mężczyźni gotowi harować za niewielkie pieniądze mogli liczyć na zatrudnienie w ramach szeroko zakrojonej kampanii rekultywacji ziem.
Nikt nie wiwatował ani nie strzelał z petard w intencji szczęśliwej, bezpiecznej podróży robotników, o których Fong troszczył się przez tyle lat. Wielu widział wtedy po raz ostatni. Po części – o czym dowiedział się z plotek w swym sklepie przy Pierwszej Ulicy – wszelki ślad zaginął. Kilka grup zwabiono do ślepych kanionów, gdzie wędrowcy zginęli od kul, zmarli z zimna albo błąkali się tak długo, aż całkiem stracili siły i padli ofiarą dzikich zwierząt. Fong Dun Shung nie wiedział, czy te historie są prawdziwe, ale nie miał też pewności, że są fałszywe. Żyt wśród białych wystarczająco długo, żeby poznać bezmiar ich nienawiści.
Kiedy skończyła się praca na kolei, Fong wziął ze sobą niewielkie oszczędności i ruszył do Sacramento, gdzie otworzył sklep Kwong Tsui Chang – co znaczyło z grubsza „pokój drogą do sukcesu” – w pobliżu stacji kolejowej i przystani. Tutaj mógł wrócić do rodzinnej tradycji i wykonywać zawód odziedziczony po ojcu. Zaczął nieźle zarabiać – po raz pierwszy w życiu. Mimo to wciąż nie wysyłał pieniędzy Shue-ying i pozostałym w Chinach dwóm synom.
Usprawiedliwiał się przed samym sobą na wiele sposobów: może już nie żyją, może o nim zapomnieli. Może lepiej wydawać pieniądze na synów, którzy przyjechali z nim na Złotą Górę. Fong Lai i Fong Quong pracowali za dniówkę, więc ledwie im starczało na jedzenie, ubranie i kwaterę. Fong Dun Shung ubolewał, że nie potrafi uszanować własnej żony. Jeszcze bardziej ubolewał, że nie wpoił drugiemu i trzeciemu synowi prastarej chińskiej sztuki medycznej. Gdyby o to zadbał, mogliby się sami o siebie zatroszczyć.
Nie zmienił się od czasu pracy na kolei i wołał nie zaprzątać sobie tym wszystkim głowy, skupiając się bez reszty na medycynie. Wciąż pomagał ludziom, którzy cierpieli na nadmiar chłodu lub gorąca, wilgoci albo suchości. Jedyna różnica między tym, co robił przez ostatnie lata, a obecną pracą sprowadzała się do tego, że znów przepisywał kuracje chińskim kobietom – prawie bez wyjątku prostytutkom.
Spółka wielmożnego Hy Ye Tunga już w 1854 roku wyekspediowała 600 dziewcząt do pracy w burdelach San Francisco. W początkach handlu kobietami chińscy wieśniacy – wymęczeni głodem, suszą i wojną – mogli sprzedać swoje córki w Kantonie za równowartość 5 dolarów. W 1868 roku dziennikarze określali ten proceder mianem „importu kobiet w pęczku”. Większość dziewcząt – w wieku od dwunastu do szesnastu lat – postępowała jak kulisi, którzy zawierzali swój los ludziom bez czci i wiary, byle tylko dotrzeć na Złotą Górę: odciskając ślad kciuka na umowach, których nie umiały przeczytać. Mimo że prawo w Stanach Zjednoczonych zakazywało obrotu żywym towarem, ta gałąź handlu kwitła, wymykając się spod wszelkiej kontroli. Kiedy zakończono budowę kolei, cena rynkowa bladoskórej dziewczyny w „pierwszym gatunku” – kupionej w Kantonie za 50 dolarów – mogła podskoczyć w Kalifornii nawet o 1000 dolarów. Dziewczęta młodsze, zarażone chorobą weneryczną albo mniej atrakcyjne, kupowano za kilka dolarów, żeby na każdej zarobić 200-800 dolarów.
W określone dni, kiedy parowce z łoskotem maszyn ruszały w górę rzeki z San Francisco, wioząc na pokładzie kolejny ładunek dziewcząt, na aukcjach zbierał się istny tłum. Każda dziewczyna mogła trafić gdzie indziej. Te, do których los się uśmiechnął, kupowano na żony, zupełnie jak w ich rodzinnych wioskach. Inne sprzedawano na tak zwane luksusowe prostytutki. Większość – urodzona pod złą gwiazdą – miała spędzić resztę krótkiego życia w „kojcach”: maleńkich klitkach wyposażonych jedynie w łóżko, z których wyglądały na świat przez okratowane okna.
Fong Dun Shung miał swój interes w tym procederze. Widywał mężczyzn przedtem i potem: gdy przychodzili do niego po cudowny eliksir na potencję i gdy wracali po lekarstwo na gnijącą męskość. Widywał też kobiety, których życiu zagrażały i którym mogły odebrać źródło utrzymania choroby weneryczne, ciąża czy gruźlica.
Świetnie zarabiał, bo miał pełne ręce roboty. Wciąż uprawiał hazard, tym razem ze znacznie lepszym skutkiem. Był tylko jeden kłopot. Tęsknił za kobiecym towarzystwem. Poszedł więc w ślady innych ludzi sukcesu. Ożenił się z louh geui – tą, która zawsze trzyma nogi w górze – i próbował uciec od myśli o rodzinie pozostawionej w Chinach.
Wieści o ukończeniu Wielkiej Kolei dotarły nawet do maleńkiego Dimtao. Ale matka Fonga See wciąż nie miała pojęcia, co się stało z jej mężem. Starzała się z dnia na dzień, Fong See wiedział jednak, że najtrudniej było tuż po wyjeździe ojca, kiedy musiał ścinać na polach trawę i sprzedawać ją wieśniakom na karmę dla ryb trzymanych w sadzawkach. Praca była ciężka i przynosiła niewielkie dochody, ale dzięki niej chłopak poznał wszystkie stawy rybne we wsi. Ilekroć spadł deszcz i stawy występowały z brzegów, rozlewając się na okoliczne pola ryżowe, Fong See brodził w mętnej wodzie, chwytając ryby gołymi rękami. Mogli wtedy liczyć na suty posiłek – rybę gotowaną na parze, ze szczypiorkiem, imbirem i sosem sojowym.
Stare chińskie przysłowie mówi, że kiedy jednej rodzinie zabraknie ryżu, sto innych rodzin pośpieszy jej z pomocą. Podobnie jak większość przysłów, i to było raczej pobożnym życzeniem. Ktoś jednak wyciągnął pomocną dłoń do rodziny Fonga See. W 1871 roku „ciocia” i „wujek” – nikt z krewnych, po prostu dobrzy ludzie ze wsi – zainteresowali się chłopcem, który mozolił się za tak nędzne wynagrodzenie.
– Chcesz pojechać do Ameryki? – spytał sędziwy „wujek”.
– Pewnie – odpowiedział Fong See, wiedząc, że nie ma czym zapłacić za podróż.
– Pożyczę ci pieniądze i potem mi oddasz – oznajmił „wujek”.
Życie Fonga See nagle nabrało tempa. Matka doceniła rozsądną propozycję. Najmłodszy syn okazał się zaradny i odpowiedzialny. Nie miała wątpliwości, że po przyjeździe na Złotą Górę wyruszy na poszukiwanie ojca, zacznie zarabiać i nie zapomni odesłać jej męża z pieniędzmi. Za kilka dni Fong See – czwarty syn Fonga Dun Shunga – miał spojrzeć po raz ostatni na wioskę Dimtao. Potem miał ruszyć na południe, do Hongkongu, i wsiąść na statek płynący na drugi brzeg oceanu, gdzie Fong See spodziewał się odnaleźć ojca i braci, po czym zachęcić ich do powrotu w rodzinne strony. Najpierw jednak musiał wystąpić w roli pana młodego.
Uroczystości weselne były zawsze jednym z najbardziej oczekiwanych wydarzeń w wiosce. Tym razem wiele tradycyjnych rytuałów pominięto lub odprawiono w pośpiechu. Matka Fonga See oraz swat, który kojarzył małżeństwa w sąsiedztwie, wybrali mu i kupili dziewczynę imieniem Yong, pochodzącą z jeszcze biedniejszej rodziny. Fong See jeszcze jej nie widział, ale swat zapewniał, że Yong jest zdrowa i przyszła na świat z dwojga krzepkich wieśniaków, których los – z tym jednym nieszczęsnym wyjątkiem – pobłogosławił wyłącznie męskim potomstwem. Yong nawykła do ciężkiej pracy i zna swoje miejsce. Czy jest ładna? Fong See nie wiedział.
Matka poszła do wróżbiarza, który wyznaczył sprzyjający termin ślubu przed wyjazdem chłopaka. Pertraktacje między rodzinami przebiegały według określonych reguł, choć zakończyły się szybciej niż zwykle. I jedni, i drudzy byli biedni, targi ograniczyły się więc do opłaty za narzeczoną. Shue-ying posłała tylko jeden kosz ciastek weselnych i kilka plastrów pieczonej wieprzowiny – zamiast całego prosięcia z rusztu.
Zaaranżowała małżeństwo syna, by zacieśnić jego więź z Chinami i rodzinną wioską Dimtao. Przez wszystkie tygodnie, miesiące, a może nawet lata, które Fong See spędzi na obczyźnie, Yong będzie zaprzątać jego myśli i nawiedzać go w snach. Fong See nie zapomni ani o niej, ani o matce i w końcu wróci do domu. Do tego czasu Yong – obecnie dziesięcioletnia – będzie zwykłą służącą.
Teraz – wyglądając tragarzy niosących narzeczoną do Dimtao – Fong See próbował sobie wyobrazić jej ostatnie dni i godziny w rodzinnej wiosce. Yong weźmie kąpiel w wywarze z liści pomelo, zebranych przez najbliższą kuzynkę, siądzie na macie do suszenia ryżu i poczeka, aż krewne rozczeszą jej włosy i upną fryzurę stosowną dla mężatki. Pokłoni się tabliczkom z imionami przodków i padnie na twarz przed matką i ojcem, których już nigdy więcej nie zobaczy. Jeśli los się do niej uśmiechnie, kilkoro wieśniaków wciśnie jej ukradkiem trochę lai see – pieniędzy na szczęście, które będzie mogła zatrzymać tylko dla siebie.
Fong See zaczął się zastanawiać nad przebiegiem samej uroczystości. Nie będzie przyjęcia, bo matki nie stać na podejmowanie gości. Nie będzie pokoju weselnego – tylko siennik w rogu jednoizbowej matczynej chaty. Nie będzie nocy poślubnej, bo mała Yong jest po prostu za młoda.
Chłopak chciał się skupić na przyszłości, na podróży i poszukiwaniach swoich bliskich, ale wciąż odbiegał myślą w minione lata. Urodził się w 1857 roku pod dobrą wróżbą, bo w sierpniu, w wiosce Dimtao w okręgu Nam Hoi, w delcie Rzeki Perłowej, w prowincji Kwangtung w Państwie Środka. Jego wioska leżała w odległości pół dnia marszu na północ od handlowego miasta Fatsan i całego dnia marszu od Kantonu. Znał każdy zakątek i wszystkich mieszkańców Dimtao, bo z każdym go coś łączyło.
Fong See miał czternaście lat, więc z pewnością dojrzał już do małżeństwa. Nie odebrał wprawdzie żadnego wykształcenia, ale był sprytny i zaradny. Zanim skończył dziesięć lat, poszedł do Kantonu i sprzedawał orzeszki ziemne – symbol pomyślności. Życie w Kantonie nie przypominało życia w wiosce. Nawet czas zdawał się tu ważniejszy, bo po ulicach krążyły ludzkie zegarynki, przez cały dzień podając godzinę. Widział tysiące Chińczyków, którzy mieszkali na statkach zacumowanych do nabrzeża. Słyszał, że wielu z nich rodzi się i umiera na wodzie, ani razu nie schodząc na ląd.
Widywał dziewczynki młodsze od siebie, biegnące do fabryk jedwabiu przed świtem i wychodzące po zachodzie słońca. Kiedy wracał na kwaterę z ulubionego zaułka, gdzie sprzedaż szła najlepiej, zdarzało mu się zerkać przez deski, którymi zabijano fabryczne okna, i podpatrywać dziewczynki przy parujących wokach, jak zanurzają dłonie we wrzątku,by odplątać jedwabną nić z kokonu. W innych fabrykach dziewczynki traciły wzrok, ślęcząc dniami i nocami nad „zakazanym” haftem w feniksy i smoki.
Widywał rozmaite cuda w tym południowym mieście – pokazy lalkarzy, zaklinaczy węży i akrobatów balansujących miskami na długich bambusowych tyczkach. Widywał zawodowych żebraków, wystających w kolejce przed wspaniałymi rezydencjami – zachodził w głowę, co też się kryje za tymi misternie rzeźbionymi drzwiami – w nadziei, że do drewnianej miseczki wpadnie im trochę ryżu lub innych resztek z uczty. Niektórzy byli wychudzeni, sama skóra i kości. Inni, pochodzący z rodzin trudniących się zawodowo żebractwem, kaleczyli się umyślnie i wyglądali naprawdę okropnie.
Widywał przestępców zakutych w kangi – drewniane pęta, mocowane wokół szyi. Podziwiał niewątpliwą skuteczność tej kary. Skazany na kangę nie spał, bo nie mógł ułożyć głowy. Nie jadł, bo nie mógł sięgnąć do ust. Nie mógł odpędzić włażących mu do oczu i uszu utrapionych owadów, mógł jednak wciąż pracować rękami. Dźwigał ciężar swego poniżenia, tymczasem wyryte w drewnie znaki obwieszczały całemu światu, jakiego dopuścił się wykroczenia.
Fong See widywał też mężczyzn spędzających całe dnie z dłońmi zakutymi w dyby. Trudno o lepszą karę dla złodzieja: unieruchomić występne ręce w dwóch kawałkach drewna i wystawić na pośmiewisko sąsiadów. W wiosce Fonga See karano za kradzież jeszcze surowiej. Jeśli ktoś ukradł kurczaka, przepędzany był od domu do domu. Wieśniacy chłostali go na zmianę, gdy strażnik rytmicznie uderzał w gong. Kara fizyczna była dokuczliwa, ale i tak nie mogła się równać z upokorzeniem na oczach całej wioski.
Przybycie palankinu obwieszczono trzaskiem petard. Fong See zerwał się na równe nogi. Wieśniacy ruszyli hurmem, żeby popatrzeć, jak tragarze zastygają w bezruchu, podtrzymując palankin obciągnięty czerwonym materiałem. Kiedy wyszła z niego mała Yong z twarzą zakrytą czerwonym welonem, Fong See spostrzegł, że zasłona drży. Dotknął głowy Yong wachlarzem, uniósł welon i spojrzał w pobladłą twarz dziecka, które miał poślubić.
*
Kilka miesięcy później, kiedy inni Chińczycy rozpychali się łokciami, żeby zejść pod pokład, Fong See chwycił za reling statku, który sunął powoli z zatoki San Francisco w górę żółtawej rzeki Sacramento. Słyszał, że większość rejsów odbywa się w nocy, ale odkąd znalazł się na Złotej Górze, starał się jak najwięcej zobaczyć i doświadczyć. Podczas miesięcy spędzonych w Wielkim Mieście San Francisco wędrował uliczkami chińskiej dzielnicy, zatrzymując się przy każdym sklepie zielarskim i odwiedzając kantorki wszystkich mistrzów akupunktury, żeby spytać o ojca i braci. Nic nie wskórawszy, postanowił spróbować w Sacramento, Drugim Mieście.
– Braciszku, chyba jesteśmy ulepieni z tej samej gliny.
Fong See odwrócił się na dźwięk ojczystego dialektu i ujrzał starszego mężczyznę z kilkoma koszami i stertą przewiązanych sznurkiem paczek u stóp.
– Musisz być naprawdę mądry, skoro tu zostałeś, podczas gdy nasi rodacy zeszli pod pokład, gdzie może dopaść ich śmierć. Czyżby stracili rozum? Czyżby nie pamiętali?
– Wujku – odpowiedział Fong See, używając zwyczajowej formy grzecznościowej – podróżuję do Yee Fow, do Drugiego Miasta. Nie rozumiem.
Stary człowiek skinął na niego.
– Nowy jesteś?
Kiedy Fong See potwierdził, staruszek pośpieszył z wyjaśnieniami.
– Fan gway nazywają te statki pływającymi pałacami. Ja je nazywam przybytkami śmierci. Pamiętasz, jak matka nie pozwalała ci zdejmować pokrywki z garnka, w którym gotował się ryż? Po pierwsze, zmarnowałbyś ryż, po drugie, sam byś się poparzył. Ten statek jest jak garnek z ryżem. Działa na parę. Pod pokładem są wielkie kotły, które wybuchają, ilekroć białe diabły zapominają ich doglądać. Kilka lat temu, kiedy byłem jeszcze młody, statek „Yosemite” eksplodował tuż po wyjściu z portu w Rio Vista. Przepływaliśmy tamtędy tego samego dnia. Wybuch uniósł ciała w powietrze. W pierwszej eksplozji zginęło 100 osób, w drugiej 50. Reszta utonęła, kiedy statek poszedł na dno. Ofiarami wybuchu padli wyłącznie ludzie Tang. Widziałem ich zwłoki niesione przez wodę. Mieli spaloną i porozrywaną skórę. Fan gway pochowali wszystkich we wspólnym grobie. Nie można ich za to obwiniać. Z naszych rodaków zostały tylko bezimienne strzępy gotowanego mięsa. Cóż fan gway po ludziach? Ratowali złoto, nie ludzi. Potem wydobyli ten statek śmierci na powierzchnię. Pocięli go na kawałki i zrobili nowy, który do tej pory pływa po tej rzece. To, co widziałem, uczyniło ze mnie starca, którego masz teraz przed sobą.
Fong See wiele się nauczył, dzięki temu, że pozostał na górze – zamiast schodzić na dolny pokład, gdzie setki jego rodaków płaciło po kilka centów za podróż w „chińskiej celi” i kursowało rzeką tam i z powrotem w poszukiwaniu pracy. Jak się dowiedział z dalszych rozmów ze starcem, statki rzeczne miały tak płytkie zanurzenie, że po deszczu zdarzało im się wpłynąć na mieliznę. Przekonał się, że w nocy lub podczas mgły kapitan, by się upewnić, dokąd płynie i kiedy powinien zrobić zwrot, uderza w dzwon i czeka, aż echo wróci od zabudowań. Opowiadano o kapitanach, którzy nie dosłyszeli echa lub zaniedbali swoje obowiązki, wpadli na płyciznę i rozbili statek w gęstej mgle, otulającej nadbrzeżne zarośla żabieńców.
Fong See godzinami przebywał w towarzystwie starca. Spoglądając w dół, widział mętną, spienioną wodę, tworzącą wiry za każdym obrotem koła. Przez większość trasy rzeka trwała w czułych objęciach ilastych brzegów, czasem jednak podróżni mijali wysokie groble – zupełnie jak w Chinach. Starzec powiedział, że zbudowali je chińscy robotnicy sezonowi. Statek przepływał z mozołem obok domów skleconych naprędce z drewna, przycupniętych wzdłuż brzegu, na palach – co znów przypominało Fongowi See rodzinne Chiny. Widział podobne domy w Kantonie, kiedy był ulicznym sprzedawcą orzeszków ziemnych. Statek mijał też pola uprawne, gdzie można było wypatrzyć utrudzonych pracą Chińczyków.
– Chodź – powiedział starzec – coś ci pokażę.
Przyczaił się za stertą worków, sprawdził, czy nikt go nie obserwuje, po czym wspiął się schodkami dla załogi na górny pokład, a Fong See podążył za nim. Przywarli do desek i podczołgali się do okna.
– Śmiało, braciszku. Popatrz.
Fong See uniósł głowę i zajrzał do środka. Mniejsza, co mówił starzec – to był naprawdę pływający pałac. Przestronne wnętrze nie przypominało niczego, co chłopak widział do tej pory. Miało wysokość dwóch pięter, ale tam, gdzie powinno zaczynać się drugie, biegł wzdłuż ściany balkon. Białe kobiety w rękawiczkach i jedwabnych sukniach z suto marszczonymi spódnicami wspierały się o misternie rzeźbioną balustradę. Inne – siedząc w fotelach obitych czerwonym pluszem, wokół stołów z marmurowymi blatami – popijały szampana z wysokich kieliszków. Kilka par tańczyło w rytm jakiejś dziwnej muzyki, której dźwięki dobiegały przez okno.
Patrząc na sięgające od podłogi do sufitu lustra w złoconych ramach, Fong See zastanawiał się, czy oprawiono je w prawdziwe złoto. Obserwował brodatych mężczyzn w jedwabnych koszulach i ubraniach z delikatnej wełny, czasem z głową okrytą kapeluszem – w kształcie cylindra lub odwróconej miski – oraz kobiety o włosach rudych albo złocistych jak u demona, ułożonych w wysokie fryzury przyozdobione kapelusikami z piórem. Od widoku ich zwielokrotnionych odbić Fongowi zakręciło się w głowie. Chciał znaleźć się w środku, wmieszać między tych ludzi w wymyślnych strojach, zanurzyć się w rozgwarze ich beztroskich rozmów.
– Hej, ty! Złaź stamtąd, zanim wyrzucę cię za burtę.
Fong See nie zrozumiał słów majtka, z tonu głosu domyślił się jednak ich znaczenia. Jego towarzysz powiedział coś w obcym języku, chwycił Fonga See za ramię i zeszli na główny pokład.
Kiedy usiedli w kucki przy relingu, starzec rzekł:
– Białe demony nie chcą nas w swoim kraju. My im tylko ułatwiamy przyjazd. Ryzykujemy życiem, czasem nawet giniemy przy budowie kolei, która ma otworzyć przed nimi drogę. Szybko o tym zapominają.
– Nieprawda – zaoponował Fong See. – Tutaj każdy może zdobyć fortunę.
– Mylisz się. Tylko fan gway,
– Ale my jesteśmy ludźmi Tang. Mamy swój honor. Na pewno nas dobrze traktują.
– Co cię tu sprowadziło, braciszku?
– Przyjechałem szukać ojca – przyznał Fong See z dumą. – Jest zielarzem. Mam nadzieję odnaleźć go w Drugim Mieście.
– Aha! – starzec splunął i spojrzał na chłopca spode łba. – A poza tym?
– Mam zamiar się dorobić na Złotej Górze. Zostawiłem żonę w rodzinnej wiosce. Chcę, żeby była ze mnie dumna. Pewnego dnia odzieję ją w najdelikatniejszy jedwab i przyjmę tylu służących, żeby odtąd jej stopa nie tknęła ziemi, a twarz i dłonie nigdy nie straciły blasku.
– Przyjechałeś po pieniądze.
– Tak, wujku, a ty nie?
– Oczywiście, braciszku, mam swoje marzenia, ale ma je też biały demon. Jeździ po kraju traktami, które zawdzięcza pracy rąk moich braci. Teraz mówi, że to on chce pracować.
– Przecież biali pracują?
– Kiedyś nie pracowali. Stali. Rozmawiali. Mówili nam, co robić. Nowe demony chcą nam zabrać pracę i wygnać nas precz.
– Ale ja dopiero przyjechałem.
– Posłuchaj mnie. Bądź ostrożny. Miej oczy i uszy otwarte. Jeśli coś ci zrobią, przyjmij to w milczeniu. Nie pokazuj im, że jesteś wściekły. Ukryj swój gniew. Zachowaj nieprzeniknioną twarz, tak jak ja, żeby nie mogli wejrzeć w twoją duszę.
Fong See spojrzał na oblicze starca, które z wolna traciło wszelki ludzki wyraz, aż zaczęło przypominać pustą, nieotynkowaną ścianę, bez żadnych napisów czy afiszy. Mężczyzna uśmiechnął się od ucha do ucha – po chwili znów był sobą.
– Ludzie przypływają zza drugiego oceanu i zostają obywatelami – ciągnął – ale nie my. Jeśli ktoś cię uderzy, okradnie lub zamorduje, nic się nie da zrobić. Mogą nas oszukiwać na dniówkach. Mogą gwałcić nasze kobiety. Nie różnimy się niczym od Indian i czarnych. Nie mamy władzy. Nie mamy prawa głosu. Nie możemy dochodzić odszkodowań. Inaczej niż w naszych rodzinnych wioskach, gdzie mężczyzna musi pogodzić się z karą wyznaczoną mu przez współmieszkańców. Na Złotej Górze Chińczykom nie wolno nawet świadczyć przeciwko białemu demonowi.
Starzec odwrócił się i popatrzył w dal przez żółtawą wodę, przez groble i pola, zatrzymując wzrok na bezchmurnym niebie. Fong See uświadomił sobie, że rozmowa skończona. Wciąż miał wiele pytań, po chwili doszedł jednak do wniosku, że starzec się myli. Na pewno zgorzkniał po tylu latach spędzonych samotnie. Niemożliwe, żeby w obcym kraju nie przyjmowano Chińczyków jak gości.
Historia życia Fonga See, jego pierwszych zaślubin, dojrzewania, podróży na Złotą Górę, poszukiwań ojca, urodzin, a nawet imienia, pozostanie na zawsze mglistą mieszaniną faktów, tajemnicy, zmyślenia i rodzinnej legendy. Bardzo to amerykańskie, nie ma bowiem drugiego kraju, w którym mężczyzna (a nawiasem mówiąc, także kobieta) mógłby odkrywać siebie wciąż na nowo. Fong See i jego potomkowie ułożyli tę historię w mozaikę doznań, odczuć, czasem pobożnych życzeń, czasem niepodważalnych dowodów. Nic dziwnego, że poszczególne wersje różnią się w szczegółach.
Mimo że od opisanych wydarzeń minęło przeszło sto lat, wciąż toczy się spór o imię Fonga See. Jego wnuczka nazwała swą córkę Sian – na pamiątkę miejsca wykopalisk archeologicznych w Chinach i z miłości do dziadka, na którego wołano ponoć w dzieciństwie See-on. Zdaniem części rodziny jego chłopięce imię brzmiało Yong Yee. Inni utrzymują, że to imię jego żony Numer Jeden, która wywodziła się z klanu Yong. W rozmowach z urzędnikami administracji państwowej Fong See podawał przyjęte po ślubie nazwisko Fong Ngai Jung, ale nikt z rodziny nie pamięta, żeby go kiedykolwiek używał. Większość uważa, że nazywał się po prostu Fong See: Fong to imię klanowe, See znaczy dosłownie „cztery”, bo był czwartym synem.
