Wysokofunkcjonująca depresja. 5 kroków ku zdrowiu - Judith Joseph - ebook + audiobook + książka

Wysokofunkcjonująca depresja. 5 kroków ku zdrowiu ebook

Joseph Judith

0,0
44,99 zł

-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

PIERWSZA W POLSCE KSIĄŻKA O WYSOKOFUNKCJONUJĄCEJ DEPRESJI

Nic cię nie cieszy i żyjesz na autopilocie?

Nie potrafisz zwolnić, bo od razu ogarnia cię poczucie winy?

Dla innych jesteś oparciem, ale w głębi duszy czujesz, że toniesz?

A mimo to słyszysz, że „nie wyglądasz na osobę z depresją”?

Być może zmagasz się z depresjąwysokofunkcjonującą – taką, która co prawda nie odbiera siły do życia, lecz sprawia, że działasz, nie czując przy tym żadnej radości.

Dr Judith Joseph, psychiatrka i naukowczyni, łączy wyniki najnowszych badań, historie swoich pacjentów oraz osobiste doświadczenia, by pomóc nam zrozumieć, czym naprawdę jest wysokofunkcjonująca depresja. Proponuje pięć prostych kroków, dzięki którym:

·zrozumiesz swoje emocje i doświadczenia,

·uwolnisz nagromadzone napięcie i nauczysz się słuchać swojego ciała,

·odkryjesz, co naprawdę ma dla ciebie znaczenie i odzyskasz radość życia.

Pora zrzucić pelerynę superbohatera. Zamiast wciąż dbać o wszystkich i wszystko wokół – naucz się troszczyć o siebie. Bo masz prawo odpuścić. I zacząć żyć.

„To o wiele więcej niż książka. To mapa powrotu do siebie”. Mel Robbins, autorka Teorii „pozwól im”

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 325

Data ważności licencji: 2/11/2031

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł oryginału

Golden: Reclaiming Your Life and Your Joy from High-Functioning Depression

Copyright © 2025 by Judith Joseph, M.D.

AT his edition arranged with Kaplan/DeFiore Rights for Heather Jackson

Literary through Graal Literary Agency.

Copyright © for the translation by Lucyna Wierzbowska

Projekt okładki

Magda Kuc

Grafika na okładce

© a-r-t-i-s-t / iStock

Grafiki w książce

Wojciech Grzybczak

Redaktorka nabywająca

Dominika Kardaś

Redaktorka prowadząca

Magda Jankowska

Adiustacja

Weronika Rychta / Book Flow

Korekta

Katarzyna Kośmicka / Book Flow

Joanna Wiśniewska

Opieka promocyjna

Julia Adamek

Koordynatorka produkcji

Helena Piecuch

ISBN 978-83-8427-217-6

Książki z dobrej strony: www.znak.com.pl

Więcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.pl

Społeczny Instytut Wydawniczy Znak

ul. Kościuszki 37, 30-105 Kraków

Dział sprzedaży: tel. 12 61 99 569, e-mail: [email protected]

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotowała Weronika Panecka

Dla Zary, mojego jedynego dziecka i powodu, dla którego pragnę uczynić ten świat lepszym miejscem

Przedmowa

Jestem niezmiernie dumna, że sięgnęliście po tę książkę. Znajdziecie w niej przełomowe ustalenia naukowe na temat jednego z największych problemów, z jakimi zmagają się zabiegani, wysokofunkcjonujący ludzie sukcesu tacy jak wy.

Jeżeli kiedykolwiek towarzyszyło wam poczucie, że coś jest nie tak, i nie potrafiliście określić jego przyczyny; jeśli w wirze zajęć nie czujecie żadnego spełnienia – trafiliście idealnie. Ta książka to prawdziwe kompendium wiedzy o świadomym budowaniu życia dającego satysfakcję, radość, poczucie sensu i po prostu szczęście.

Doktor Judith Joseph doskonale wie, o czym mówi – doświadczyła tego na własnej skórze i od lat zgłębia temat naukowo. Jej pionierskie badania dotyczące depresji wysokofunkcjonującej prowadzone w nowojorskim ośrodku Manhattan Behavioral Medicine pozwoliły – wreszcie – nadać nazwę wyczerpaniu, odrętwieniu i niepokojowi, które czujecie, kiedy musicie organizować świat dla wszystkich wokół, a wasze własne źródła radości stopniowo wysychają.

Spostrzeżenia doktor Judith zrewolucjonizowały moje życie i wiem, że zmienią również wasze. Jako prowadząca niezwykle popularnego The Mel Robbins Podcast mam zaszczyt łączyć się ze słuchaczami i słuchaczkami w stu dziewięćdziesięciu czterech krajach, dlatego doskonale wiem, jak wielu z was ma poczucie, że nie wykorzystuje w pełni swojego potencjału, i pragnie od życia czegoś więcej. Ja również chcę tego dla was. Mam ten wyjątkowy przywilej, że co tydzień spotykam najlepszych ekspertów i najlepsze ekspertki z różnych dziedzin, dzięki czemu mogę się od nich uczyć. Doktor Judith jest tak wybitną specjalistką, że zapraszałam ją do swojego podcastu nie raz, nie dwa, lecz aż trzy razy. Wszystko dlatego, że jej niezwykłe i poparte badaniami naukowymi spostrzeżenia oraz narzędzia naprawdę zmieniają ludzkie życie.

Ale największą siłą doktor Judith nie są ekspercka wiedza ani przełomowe badania. Otóż najbardziej cenię u niej dar tworzenia atmosfery, w której człowiek czuje się naprawdę widziany i rozumiany. W jednym z odcinków The Mel Robbins Podcast doktor Judith wyjaśniła, że szczęście nie jest wielkim celem, tylko ciągiem miłych chwil – „punktów radości”, jak je nazywa. Szczęście to wiadomość wysłana do przyjaciółki w momencie osamotnienia, to odpoczynek ofiarowany sobie w chwili wyczerpania, to bliskość, której szukamy, gdy potrzebujemy wsparcia.

Ta prosta, ale jakże głęboka idea zrobiła na mnie piorunujące wrażenie i mam nadzieję, że wy również się przy niej na chwilę zatrzymacie. Jak często pomijacie te punkciki radości, ponieważ już rzucacie się do kolejnego zadania? I jak często ignorujecie swoje emocje, bo wydaje się wam, że nie macie czasu na odczuwanie? Przez długi czas sama żyłam w uzależnieniu od ciągłego pędu, aż w końcu musiałam się zmierzyć z konsekwencjami – i doktor Judith odegrała kluczową rolę w mojej przemianie.

Jeżeli cokolwiek z tego, co napisałam, brzmi znajomo, to podczas lektury tej książki doświadczycie czegoś absolutnie niezwykłego: ulgi. Ulgi płynącej ze zrozumienia, dlaczego czujecie się tak, a nie inaczej, i ulgi płynącej z odkrycia, że nie jesteście w tym sami. A co najważniejsze: zrozumiecie, że nawet jeśli w tym momencie radość wydaje się wam bardzo odległa, to nie zniknęła na zawsze. Ona na was czeka.

To o wiele więcej niż książka. To mapa powrotu do siebie. Nie mogę się doczekać, aż dzięki niej poznacie wszystkie badania, wnioski i narzędzia doktor Judith.

Mel Robbins

Wstęp

– Judith? Czy wszystko w porządku? – spytała z niepokojem moja współpracownica. Chwilę wcześniej zapukała do gabinetu i wsunęła głowę do środka, żeby sprawdzić, jak się miewam, a teraz wpatrywała się we mnie zmrużonymi oczami znad maseczki n95. Patrzyła w ów charakterystyczny sposób – wiecie, wzrokiem człowieka, który boi się o drugiego.

Przeczucie jej nie myliło. Rzeczywiście były powody, żeby się o mnie martwić. Sama się o siebie martwiłam. Skinęłam jednak głową na znak, że wszystko w porządku. Nie miało to nic wspólnego z prawdą.

Działo się to w kwietniu 2020 roku – w owych mrocznych czasach początku pandemii. W czasach, gdy w drodze do pracy przez Times Square – plac położony przy jednym z najbardziej zatłoczonych skrzyżowań na świecie – widziało się czasem zaledwie dwie, trzy osoby. W czasach, gdy właściciele sklepów przy Piątej Alei chcieli zabijać witryny swoich przybytków deskami, bo bali się, że wytłuką je protestujący. Dziś może się wydawać, że opisuję scenę z filmu, ale to wszystko wydarzyło się naprawdę i każdy z nas tego doświadczył. Właściwie dalej mierzymy się z traumą po tamtych przeżyciach.

Funkcjonowaliśmy wtedy w trybie przetrwania, jednak muszę przyznać, że w moim przypadku sprawy zawodowe układały się wprost znakomicie. Prowadzony przeze mnie ośrodek – w przeciwieństwie do innych placówek medycznych w budynku – nie został zamknięty z powodu pandemii, ponieważ mój zespół realizował projekty badawcze, które amerykańska Agencja do spraw Żywności i Leków (Food and Drug Administration, fda) chciała wprowadzić w kolejne fazy. Moja kariera medialna nabrała rozpędu, bo wszyscy pragnęli rozmawiać o zdrowiu emocjonalnym w czasie pandemii. Doszło wręcz do tego, że niekiedy musiałam odmawiać wystąpień. Miałam też więcej pacjentów niż kiedykolwiek wcześniej – w kraju pogrążonym w kryzysie zdrowia psychicznego każdy pracownik opieki zdrowotnej potrzebny był na pierwszej linii frontu. Właśnie wtedy zostałam też zaproszona do elitarnego grona pięciu osób, które miały zasilić prestiżową grupę medyczek stworzoną przy Columbia University.

Ale wraz z tymi wszystkimi osiągnięciami przyszła fala przytłoczenia. Każdego dnia towarzyszyła mi presja zawodowa, a także wewnętrzny przymus wspierania każdego człowieka, którego spotykałam. Skoro sięgnęliście po tę książkę, zapewne doskonale to rozumiecie – bo tak jak ja jesteście tymi silnym osobami, na które liczy cała rodzina i otoczenie – nawet jeśli sami już od dawna nie macie skąd czerpać energii.

W tamtym czasie nigdy nie mogłam po prostu być sobą – Judith. Byłam szefową, od której zespół oczekiwał stabilnej pensji w obliczu kryzysu gospodarczego, i doktor Joseph, która odpowiadała za uczestników badań klinicznych przerażonych nową chorobą oraz za pacjentów potrzebujących pomocy w kształtowaniu nowych mechanizmów radzenia sobie z rzeczywistością. Do tych dwóch ról dochodziła jeszcze rola żony i matki, której rodzina zaczynała rozsypywać się pod ogromną presją. Każdego dnia musiałam zaciskać zęby i iść dalej, choć obawiałam się, że zawodzę na każdym froncie – jako przełożona, badaczka, lekarka, żona i matka. Brzmi znajomo?

W kwietniu 2020 roku moja współpracownica i ja miałyśmy poprowadzić – oczywiście każda z osobnego gabinetu – szkolenie na Zoomie dla dwustu pracowników jednej z czołowych organizacji opieki zdrowotnej oraz dla członków ich rodzin. Wieczorem, dzień przed wystąpieniem, pracowałam nad prezentacją w PowerPoincie zatytułowaną „Radzenie sobie z nową rzeczywistością”. Zbliżała się dwudziesta, burczało mi w brzuchu, a powieki zaczynały robić się coraz cięższe – i wtedy uświadomiłam sobie absurd całej tej sytuacji. Doskonale rozumiałam, że sama ledwie sobie radzę. Porządkowałam slajdy i nagle odsunęłam ręce od klawiatury, oderwałam wzrok od ekranu i powiedziałam na głos w pustym biurze:

– Chyba mam depresję.

Jestem psychiatrką, ale nawet mnie samą zaskoczyła ta autodiagnoza. Następny dzień nie był lepszy. Gdybyście mnie nie znali, to po szkoleniu na Zoomie, które prowadziłam, uznalibyście, że wszystko jest ze mną w najlepszym porządku. Nie zwrócilibyście uwagi na drżenie w moim głosie ani na przyspieszony oddech, kiedy mówiłam o emocjonalnej traumie. Nie zauważylibyście, że błądzę oczami po gabinecie, próbując powstrzymać napływające łzy. Miałam skupić się na pomocy uczestnikom spotkania, ale zdałam sobie sprawę, że sama potrzebuję wsparcia.

Większość twarzy na ekranie należała do wycieńczonych pracowników ochrony zdrowia. Wielu z nich gorączkowo robiło notatki lub dzieliło się swoimi obawami na czacie („Inna pielęgniarka z oddziału zaczęła sporo pić po godzinach”, „Kolega z pracy ciągle załamuje się psychicznie i płacze”). Tymczasem jedna z moich współpracownic odeszła od komputera – wykorzystała moment, gdy nie było mnie widać na ekranie – i pojawiła się u mnie gabinecie, żeby sprawdzić, jak się czuję. Widziała, że balansuję na krawędzi i zaraz się załamię. To właśnie wtedy zapytała:

– Czy wszystko w porządku?

Aż do tamtej chwili nie zdawałam sobie sprawy, że mam depresję. Nie pasowałam przecież do obrazu osoby dotkniętej tą chorobą. Nie przestałam wstawać rano z łóżka i nie wybuchałam płaczem w metrze (a nawet gdyby tak było, Nowojorczycy grzecznie by to zignorowali). Nie zrezygnowałam z organizowania córce urodzin i w dalszym ciągu przynosiłam bajgle na poranne zebrania w biurze. I pamiętajcie: powiedzieć, że stawiałam się w pracy, to mało – ja naprawdę dawałam z siebie wszystko. A jednak czułam niepokój. Potrzebę, żeby nieustannie coś robić. Byłam przekonana, że jeśli zwolnię choć na chwilę, stanie się coś złego. Nie potrafiłam tego stanu precyzyjnie określić. W przeciwieństwie do większości osób z depresją byłam w stanie funkcjonować. Mało tego: działałam na najwyższych obrotach! Co więc się, do licha, działo?

Pierwsze próby zdemaskowania depresji wysokofunkcjonującej

Po sytuacji z kwietnia 2020 roku zaczęłam szukać odpowiedzi na pytanie, co się ze mną właściwie dzieje, i tak trafiłam na pojęcie depresji wysokofunkcjonującej. Nie znalazłam go jednak w czasopismach naukowych, bo literatura medyczna zazwyczaj pozostaje daleko w tyle za tym, co rzeczywiście przeżywają ludzie. Pojęcia tego próżno szukać w piątym, najnowszym wydaniu Kryteriów diagnostycznych zaburzeń psychicznychdsm-5, który stanowi podstawę diagnozowania w psychiatrii. Depresja wysokofunkcjonująca nie jest oficjalnie uznanym zaburzeniem i nie miała jednoznacznej definicji… aż do teraz.

Ciągle trafiałam na opinie ekspertów, którzy twierdzili, że depresja wysokofunkcjonująca nie istnieje. Mijają się oni z prawdą. Tak naprawdę jest to jedno z tych zaburzeń, które umykają większości lekarzy, ponieważ – w moim przekonaniu – wielu z nich albo doświadczyło go w przeszłości, albo wciąż z nim żyje. Pomyślcie sami: medycyna uczy pracować ponad siły, stawiać innych na pierwszym miejscu, ignorować własne potrzeby oraz odkładać szczęście na później – i tak od liceum przez studia medyczne po rezydenturę (żeby się o tym przekonać, wystarczy obejrzeć dowolny sezon Ostrego dyżuru, Chirurgów czy Chicago Med).

Eksperci podkreślali, że nie istnieją badania dotyczące depresji wysokofunkcjonującej, a sam termin nie figuruje w klasyfikacji dsm. A jednak wszyscy uważaliśmy wypalenie zawodowe za realny problem na długo przed tym, jak Światowa Organizacja Zdrowia oficjalnie uznała je za jednostkę chorobową w 2008 roku1. Czy to znaczy, że wcześ­niej nikt się z nim nie zmagał? Podobnie jest z syndromem oszusta – wszyscy wiemy, że istnieje, choć nie znajdziemy go w dsm. Czy to znaczy, że mamy czekać, aż zostanie oficjalnie sklasyfikowany jako zaburzenie, zanim zaczniemy pomagać osobom, które nie potrafią uwierzyć, że zasłużyły na sukces i zawdzięczają go swoim kompetencjom? Wspomniane dwie przypadłości – tak samo jak depresja wysokofunkcjonująca – były omawiane w gabinetach psychoterapeutycznych. Krótko mówiąc, miałam pewność, że depresja wysokofunkcjonująca istnieje, ponieważ widziałam ją u kolejnych odwiedzających mnie pacjentów.

Choć określenie „depresja wysokofunkcjonująca” zaczęło pojawiać się w internecie już na początku lat dwutysięcznych, do zbiorowej świadomości przebiło się dopiero w 2016 roku. W sieci błędnie utożsamiano je z uporczywym zaburzeniem depresyjnym (albo dystymią), które jednak wiąże się z wyraźnym spadkiem codziennego funkcjonowania2. Tymczasem depresja wysokofunkcjonująca pojawia się u osób, które odnoszą sukcesy, z powodzeniem prowadzą dom i zachowują wszelkie pozory dobrej formy, zamiast poddawać się przytłaczającemu przygnębieniu. Co ciekawe, termin ten szczególnie przemówił do osób, które nie zauważały u siebie depresyjnych nastrojów.

Zauważały natomiast, że dotyka je poczucie winy, bo choć w pracy osiągały bardzo wiele – czasem nawet za cenę odbierania telefonów w łazience czy zasypiania z laptopem w łóżku – to ciągle miały wrażenie, że to za mało, i nie potrafiły cieszyć się sukcesami. Zauważały, że nieustannie dbają o bliskich i przyjaciół – ale nigdy o siebie. Zauważały, że wciąż czują się zmęczone, ale nie potrafią zasnąć z powodu narastającego niepokoju i napięcia. Zauważały, że nie umieją spędzać czasu wolnego czasu na relaksie czy zabawie i przeznaczają go na sprzątanie domu lub samodzielne planowanie rodzinnych wakacji – między innymi po to, by mieć pewność, że hotelowe Wi-Fi sięga do basenu i że w budynku znajduje się przestrzeń biurowa. I zauważały, że nie potrafią nawet przez chwilę usiedzieć w miejscu, bo gdyby się zatrzymały, to poczułyby pustkę i zrozumiały, że nie umieją już cieszyć się tym, co kiedyś sprawiało im przyjemność.

Depresja wysokofunkcjonująca może się wydawać nowym pojęciem, ale jest tak samo realna jak każda choroba ujęta w dsm-5. Dlatego właśnie miliony ludzi na świecie – w tym ja – żyją z nią na co dzień i nadal nie mają diagnozy.

Im więcej czytałam i im uważniej obserwowałam pacjentów pod swoją opieką, tym wyraźniej dostrzegałam, że depresja wysokofunkcjonująca jest obecna wszędzie. Jednak ludzie nie mogli po prostu pójść do lekarza i poprosić o diagnozę czy receptę na antydepresanty. Gdyby to zrobili, specjalista zapewne przeprowadziłby szybkie badanie przesiewowe w kierunku depresji, które pozwala ocenić przede wszystkim trudności w funkcjonowaniu oraz cierpienie psychiczne Spytałby: „Czy ten stan wpływa na pani/pana codzienne życie? Czy chodzi pani/pan do pracy? Czy jest pani/pan w stanie zadbać o rodzinę? To w czym problem?”.

Ale problem istniał.

Depresja wysokofunkcjonująca nie tylko niosła za sobą ryzyko, że w pewnym momencie zmieni się w depresję o ciężkim przebiegu i całkowicie nas zatrzyma; skazała nas też na życie z zamkniętymi oczami. Osoby nią dotknięte zwykle nawet nie zdają sobie sprawy ze swojej przypadłości. Nie dostrzegają, że z ich codziennego życia uleciała radość. A nawet jeśli czują, że coś jest nie tak – jak ja, kiedy pracowałam nad wspomnianą prezentacją – nie mają pojęcia, jak wrócić na właściwe tory.

Ta książka bije na alarm – miliony z nas, osób dotkniętych depresją wysokofunkcjonującą, zapomniały o czymś absolutnie fundamentalnym: jak cieszyć się życiem. Działamy na autopilocie, nie zastanawiając się, dokąd właściwie zmierzamy. Ryzykujemy, że pewnego dnia obudzimy się przygnieceni kryzysem egzystencjonalnym i pytaniami: „Po co mi było to wszystko? Dla kogo i dla czego się tak poświęciłam/poświęciłem?”. Przejrzymy na oczy – może poniewczasie – i uświadomimy sobie, że zbudowaliśmy nie to życie, którego chcieliśmy, że pozwoliliśmy się wykorzystywać wszystkim ludziom na swojej drodze – i że może już za późno, by odnaleźć choć skrawki radości.

Istnieje też ryzyko, że któregoś dnia załamiemy się pod presją, którą sami na siebie nakładamy. Weźmy na przykład dziennikarkę Cheslie Kryst3. Nie miała jeszcze trzydziestu lat, a jej portfolio zawodowe już obfitowało w sukcesy. Ta nominowana do nagrody Emmy korespondentka telewizyjna była nie tylko dość piękna, żeby w 2019 roku zdobyć tytuł Miss usa, ale też dość bystra, żeby uzyskać dyplom mba i ukończyć studia prawnicze. Ponadto cieszyła się tak wielkim uznaniem, że miała możliwość przeprowadzić wywiad z samą Oprah Winfrey. Ludzie nie zdawali sobie jednak sprawy, że po zwycięstwie w konkursie piękności była nękana w mediach społecznościowych – wielu pisało jej nawet, że powinna się zabić. Nie wiedziano też, że w pracy zmaga się z przytłaczającym syndromem oszusta, perfekcjonizmem i ciężarem odpowiedzialności za reprezentowanie wszystkich czarnych osób przed kamerą. Prywatnie zaś pozostawała w związku z człowiekiem, który według doniesień nie dochowywał jej wierności. W jej głowie nieustannie rozbrzmiewał głos, który powtarzał, że „nigdy nie jest wystarczająco dobra”4. Kryst to jedna z pierwszych osób publicznych, u których zdiagnozowano depresję wysokofunkcjonującą. Gdy wzloty i upadki, których doświadczała, stały się nie do uniesienia, trzydziestego stycznia 2022 roku odebrała sobie życie. Następnego dnia spotkałam się z pacjentką, która przez całą sesję mówiła o jej śmierci.

– Znam to uczucie, to pragnienie, żeby wszystko po prostu się skończyło – powiedziała kobieta, należąca do mniejszości etnicznej absolwentka uczelni z Ivy League. – Przynajmniej teraz może wreszcie odpocząć.

Tak poważną postać potrafi przybrać depresja wysokofunkcjonująca.

Pięć W

Kiedy odkryłam, że nie istnieją żadne badania dotyczące depresji wysokofunkcjonującej, zdecydowałam się sama przeprowadzić je w swoim laboratorium na Manhattanie. A potem pomyślałam: „Czemu miałabym na tym poprzestać?”, i postanowiłam napisać na ten temat książkę (trzymacie ją właśnie w rękach). Jeżeli wygląda wam to na klasyczny przypadek osoby cholernie wysokofunkcjonującej, to nie mylicie się ani odrobinę. Przede mną nikt z badaczy i badaczek klinicznych nie zajmował się tym zagadnieniem. W tej książce znajdziecie wszystko, czego dowiedziałam się podczas pracy naukowej, poszukiwań w sieci i wieloletniej praktyki z pacjentami. Opracowałam nawet trzy kwestionariusze (s. 40, 87 i 113), które pomogą wam określić, w jakim stopniu – i czy w ogóle – dotyczy was depresja wysokofunkcjonująca.

Z moich badań jasno wynika, że przypadłość ta niemal zawsze ma korzenie w traumie – czy zdajemy sobie z niej sprawę, czy też nie. Niekoniecznie chodzi tu o dramatyczne i spektakularne wydarzenie. Owszem, może to być trauma przez duże t – związana z doświadczeniem przemocy w dzieciństwie czy przeżyciem poważnego wypadku samochodowego. Ale równie dobrze może chodzić o traumę przez małe t – wynikającą z nadmiernie krytycznej postawy któregoś z rodziców czy ze zdrady bliskiego przyjaciela. Depresja wysokofunkcjonująca prawie zawsze idzie w parze z dwoma objawami, o których lekarze przestali mówić, a które stają się coraz powszechniejsze. Pierwszy to anhedonia, czyli nieumiejętność cieszenia się życiem, przez którą świat wydaje się bezbarwny i byle jaki. Drugi z tych objawów to masochizm – skłonność do zadowalania innych za wszelką cenę, samopoświęcenia i autosabotażu, która prowadzi do nierównych relacji i obniżonej jakości życia. Wiem, że pojęcia te mogą brzmieć onieśmielająco, ale wyjaśnię wam je krok po kroku, bo wiedza na ich temat ma kluczowe znaczenie dla waszego powrotu do zdrowia. Anhedonia i masochizm stanowią fundament depresji wysokofunkcjonującej, a żeby wyzdrowieć, trzeba ten fundament zburzyć – i tego właśnie zamierzam was nauczyć.

Kiedy zaczynałam badania, nie istniała żadna konkretna metoda radzenia sobie z depresją wysokofunkcjonującą. Dziś mamy już terapię – bo sama ją opracowałam. Nazwałam ją Pięć w i zamierzam tutaj przybliżyć wam kolejno każdy z jej etapów. Wypełniłam tę książkę zaskakującymi historiami pacjentów, praktycznymi narzędziami, licznymi ciekawymi ćwiczeniami i zestawem kwestionariuszy, które pomogą wam zrozumieć depresję wysokofunkcjonującą i wrócić do zdrowia. Pięć w to metoda oparta na dowodach i moim doświadczeniu w pracy z różnymi grupami wiekowymi, a także rezultat finansowanych ze środków publicznych badań, które zaprowadziły mnie do ponad trzydziestu krajów. Choć depresja wysokofunkcjonująca jest zjawiskiem ogólnoświatowym, obecnym we wszystkich kulturach, to częściej spotyka się ją w grupach uznawanych w Stanach Zjednoczonych za „mniejszości wzorcowe” (ang. model minorities) – na przykład wśród osób pochodzących z Azji Południowo-Wschodniej. Chodzi o ludzi, którzy przesiąkli przekazem, że szczęście nie należy im się teraz – teraz trzeba ciężko pracować, a radość przyjdzie później, gdy w końcu uda się zgromadzić majątek i stać się wartościowym dla społeczeństwa.

Jak korzystać z tej książki?

Może was kusić, by od razu przejść do części drugiej i rozpocząć podróż ku zdrowiu, ale gorąco zachęcam, abyście najpierw przeczytali część pierwszą, w której wyjaśniam źródła depresji wysokofunkcjonującej. By uporać się z traumą, anhedonią i masochizmem, musicie zrozumieć ich kluczową rolę w waszym życiu. Tylko wtedy odkryjecie radości, o których istnieniu nawet nie mieliście pojęcia, pasje, które odkładaliście na później, a może nawet zupełnie nowe życie – życie, o jakim nawet nie śniliście. Dokładnie tak stało się ze mną.

W czasie pandemii przeszłam przez bolesny rozwód. Rozpad małżeństwa nie jest sytuacją, którą można w pełni kontrolować, ale ja – jako osoba wysokofunkcjonująca – potraktowałam go jako wystarczający powód, aby poczuć się jak nieudacznica. W głębi duszy wierzyłam, że muszę być idealna i że jeśli popełnię błąd, stanę się mniej wartościowa i niegodna miłości. Dzięki terapii oraz ciężkiej pracy nad sobą ten okres stał się dla mnie momentem przełomu. Po raz pierwszy zaczęłam zdawać sobie sprawę – i naprawdę w to uwierzyłam – że nie muszę być doskonała, by być szczęśliwa. Przestałam bezrefleksyjnie odhaczać kolejne rzeczy na liście, a zaczęłam szukać sensu w tym, co robię. Skupiłam się na Pięciu w, o których wam mówiłam. Mój kalendarz zawsze pękał w szwach, ale gdy zaczęłam zastanawiać się nad swoimi podstawowymi wartościami i zrozumiałam, że dbanie o siebie jest tak samo ważne jak inne obowiązki, pozwoliłam sobie na luksus nicnierobienia. Nikt nie musi być ciągle w biegu. Dla osoby z depresją wysokofunkcjonującą celowy odpoczynek to niemal obce pojęcie – gdy więc pojawił się w moim życiu, wiedziałam, że zdrowieję. Zaczęłam spędzać znacznie więcej czasu z córką, co stanowiło pociechę dla nas obu, zwłaszcza że przyszło mi stoczyć trudną batalię o opiekę nad nią. Odkryłam nawet nowe hobby.

Postanowiłam skupić się na robieniu czegoś przyjemnego tylko dla siebie. Wróciłam myślami do dzieciństwa, gdy z rodzeństwem przygotowywaliśmy przedstawienia w kościele naszego ojca. Pisanie scenariuszy, wkładanie kostiumów, wcielanie się w role – ale to była świetna zabawa! Czy nie dałoby się do tego wrócić? Nie miałam takiej kreatywnej odskoczni od całych dziesięcioleci, więc postanowiłam spróbować.

Po tym, jak zakończyła się moja sprawa rozwodowa i dostałam orzeczenie o podziale opieki, w dni, kiedy córka nie mieszkała u mnie, zaczęłam nagrywać krótkie filmiki o zdrowiu psychicznym do mediów społecznościowych. Miałam z tego ogromną satysfakcję, bo robiłam coś dobrego, a przy okazji świetnie się bawiłam. Zakładałam bejsbolówkę daszkiem do tyłu i używałam filtrów, by dodać sobie wąsy i brodę – grałam zarówno mężczyznę, jak i kobietę w związku dotkniętym zaburzeniami przywiązania. Albo zmieniałam stroje, fryzury i makijaż, by pokazać, jak mogą wyglądać różne dysfunkcje osobowości. Nie wszystkim się to podobało – w środowisku zawodowym często spotykałam się ze sceptycyzmem. Najwyraźniej psychiatrzy nie powinni ubierać się na różowo i podkręcać swojego wyglądu, by tworzyć zabawne filmiki i publikować je w mediach społecznościowych. Postanowiłam mimo wszystko kontynuować swoje działania i pozostać sobą. Kto powiedział, że istnieje tylko jeden sposób na realizowanie się w zawodzie psychiatry? I dlaczego miałabym pozwolić, by inni odbierali mi radość? Ponadto zaczęłam uczyć młodych lekarzy na New York University o mediach tradycyjnych i mediach społecznościowych, co doprowadziło do współpracy ze społecznością influencerów zdrowotnych Fides przy Światowej Organizacji Zdrowia. Moja radość okazała się zaraźliwa – studenci poszli w moje ślady.

Przez lata ciężko pracowałam, by zdobyć tradycyjne wykształcenie w bardzo prestiżowych instytucjach. Od początku jednak zdawałam sobie sprawę, że większość przedstawianych tam badań naukowych nie odnosi się do mniejszości ani kobiet; autorzy nie brali pod uwagę tożsamości kulturowej ani pochodzenia. Moja praca jest dla wszystkich. Moje badania, publikacje w mediach społecznościowych, książka, którą trzymacie w rękach, moje spotkania z pacjentami – każde z tych działań uwzględnia różnorodność moich odbiorców.

W gabinecie pomagam jednostkom. To oczywiście wspaniałe, że mogę edukować pacjenta czy pacjentkę za pomocą trafnego pytania albo zabawnej historii – szybko jednak zrozumiałam, że jeśli opowiem tę samą historię w formie scenki i wrzucę ją na TikToka czy Instagram, mogę dotrzeć do milionów ludzi na całym świecie. W czasie pandemii wiele tradycyjnych mediów przestało działać, ludzie szukali więc informacji i rozrywki w mediach społecznościowych – i bardzo szybko miliony z nich zaczęły odwiedzać mój profil.

Gdyby nie podwójna trauma pandemii i rozwodu, wy nie czytalibyście teraz tej książki, a ja nadal próbowałabym zagłuszać wewnętrzną pustkę, robiąc więcej i więcej tego, co „powinnam”. Nie szukałabym (i nie znalazłabym) odpowiedzi na pytania dotyczące zaburzenia, które dotyka tak wielu z nas. Nie przyszłoby mi nawet do głowy, że odkryję naukową instrukcję obsługi mechanizmów ludzkiego szczęścia. I na pewno nie stworzyłabym sobie nowego życia – życia pełnego radości, które całkowicie przyćmiewa to poprzednie.

A co wy możecie zyskać, jeśli przezwyciężycie depresję wysokofunkcjonującą? Zaraz się przekonacie.

1 World Health Organization, International Statistical Classification of Diseases and Related Health Problems 10th Revision (icd-10) (Geneva: World Health Organization, 2016), hasło: Z73.0 Burn-out – State of vital exhaustion, https://icd.who.int/browse10/2016/en#/Z73.0.

2 Substance Abuse and Mental Health Services Administration, dsm-5 Changes. Implications for Child Serious Emotional Disturbance, Rockville (md) czerwiec 2016, tabela: dsm-iv to dsm-5 Dysthymic Disorder/Persistent Depressive Disorder Comparison, https://www.ncbi.nlm.nih.gov/books/nbk519712/table/ch3.t6/.

3 A. Watkins, Cheslie Kryst and the Unseen Burden of Depression, „The New York Times” 27 września 2022, https://www.nytimes.com/2022/09/27/nyregion/cheslie-kryst-mental-health.html.

4 E. Finan, Miss usa 2019 Cheslie Kryst’s New Memoir Reveals Private Agony Before Her Suicide at Age 30 (Exclusive Excerpt), „People” 22 kwietnia 2024, https://people.com/cheslie-kryst-s-new-memoir-reveals-agony-before-suicide-exclusive-excerpt-8636558.

CZĘŚĆ I

Przyczyny depresji wysokofunkcjonującej

Rozdział 1

Gotowi na spotkanie ze swoim prawdziwym „ja”?

Depresja wysokofunkcjonująca to podstępna epidemia, której przejawy widzimy na każdym kroku, choć wcale nie zdajemy sobie z tego sprawy.

Przypadłość tę dostrzegamy u kobiety, która daje z siebie wszystko w pracy – nigdy nie robi przerwy na lunch, odpisuje na maile na bieżni, a do restauracji czy baru idzie tylko wtedy, gdy wie, że będzie tam szef. Nie prosi o pomoc, ponieważ skrycie myśli, że nikt nie sprawdzi się tak dobrze jak ona. Praca to jej tożsamość. Do tego stopnia, że zgłosiła się do nowego projektu, bo czuła się winna po tym, jak ostatnio wzięła jednodniowe zwolnienie lekarskie. Do tego stopnia, że wieczorem stara się jak najszybciej odhaczyć seks, żeby móc jeszcze sprawdzić służbowe maile, gdy partner pójdzie spać. Tak bardzo chce przypodobać się innym, że przynosi do pracy pączki, ale sama nigdy ich nie je. Ma długą listę osób, które liczą na nią w domu i w pracy, więc ani myśli zwolnić tempo. Ale to nie jest prawdziwy powód, dla którego działa ciągle na najwyższych obrotach. Otóż kobieta ta w głębi serca wierzy, że jeśli nie odnosi sukcesów, to nie zasługuje na miłość. Tę myśl wyniosła z bolesnego dzieciństwa, kiedy zawsze starała się wypaść jak najlepiej, by uniknąć gniewu przemocowych rodziców. Ale gdybyście spytali ją, czy jest przygnębiona, powiedziałaby: „Mam teraz po prostu bardzo intensywny czas”.

Depresję wysokofunkcjonującą widzimy też u młodych ludzi z mniejszości etnicznych, którzy jako pierwsi w rodzinie dostali się na studia, a potem jeszcze zdołali przebić się do czołówki najlepszych studentów. Słyszeli, że mają szczęście, że w ogóle znaleźli się w tym miejscu, więc tli się w nich lęk przed porażką w obcym dla nich świecie. Właśnie pod wpływem tego strachu wyróżniają się na studiach – nawet za cenę pracy na dwa etaty, ignorowania mikroagresji na uczelni i pomocy znajomemu zagrożonemu oblaniem chemii, mimo że potem czeka ich całonocna nauka do własnego egzaminu. Tacy studenci są tak zaabsorbowani przygotowaniami do testu, że nie mają chwili na uczczenie piątki z poprzedniego kolokwium. Jeśli akurat nie zarywają nocy na naukę i nie pędzą przez dzień w takim tempie, że nawet prysznic jest luksusem, to grają w gry komputerowe do trzeciej nad ranem albo biorą od znajomego Xanax, by choć na chwilę uciszyć lęk. Czasem nawet nie zdają sobie sprawy, że mają depresję – a jeśli już to wiedzą, i tak nikomu o tym nie mówią. Nie chcą obciążać innych swoimi problemami. Po ukończeniu studiów – oczywiście z wyróżnieniem – podejmują pracę, która daje dobre pieniądze, ale nie satysfakcję. Zaczynają urzeczywistniać swój amerykański sen jako „mniejszość wzorcowa”. W rzeczywistości jednak egzystują w przygaszonym, czarno-białym świecie, zamiast żyć w pełni kolorów.

To samo zaburzenie widzimy u ojca i finansisty, który pracuje po osiemdziesiąt godzin tygodniowo, by zapewnić byt swojej rodzinie. Pamięta bowiem, jak to było dorastać w domu samotnego rodzica po odejściu ojca. Woli nie utulić dzieci do snu, niż nie mieć pieniędzy na ich prywatną szkołę czy obóz hokejowy. Nie dostrzega jednak ich smutku przy kolacji i nie wie, że historia przeglądarki jego żony pełna jest zapytań o adwokatów rozwodowych. Przez ciążącą na nim presję wdaje się w zjadliwe kłótnie małżeńskie i przesadza z alkoholem. Nie uważa jednak, że ma objawy depresji. Myśli, że po prostu musi lepiej kontrolować złość. Przynosi żonie kwiaty i prezenty – bo ją kocha, ale również dlatego że w głębi duszy nie wierzy, by zasługiwał na jej uczucie. Uważa, że wszystko się ułoży, gdy tylko dostanie awans, kupi większy dom i zapewni dzieciom miejsca w pierwszym rzędzie na koncercie Taylor Swift.

Depresja wysokofunkcjonująca nie zna granic, jeśli chodzi o wiek, sytuację finansową, miejsce zamieszkania, płeć czy stan cywilny. Widzimy ją u matriarchini, która dostała od życia każdą możliwą złą kartę – od przemocy po biedę – a mimo to stanowi opokę dla każdego pokolenia swojej rodziny. Jest w stanie zagospodarować ostatni grosz w taki sposób, by wystarczył na wystawną kolację z okazji Święta Dziękczynienia, umie przez cały dzień żonglować zadaniami na rzecz wspólnoty kościelnej lub lokalnej społeczności i wychowuje dzieci na ludzi sukcesu. Nie potrafi jednak znaleźć chwili, by zadbać o siebie. Nawet jako babcia wciąż obdarowuje wszystkich oprócz samej siebie – aż do momentu, gdy choroba – czy to cukrzyca, czy inna dolegliwość – zmusi ją do zwolnienia tempa. Gdy to nastąpi, zobaczy, że ludzie, dla których tak się poświęcała, poszli do przodu, a ona nie może znaleźć nic, co dałoby jej poczucie spełnienia w samotnej jesieni życia.

Co zaskakujące, osoby z depresją wysokofunkcjonującą często nie zdają sobie sprawy, że chorują. Po przeprowadzeniu rozlicznych badań na ten temat i odbyciu wielu spotkań z setkami pacjentów dotkniętych tym zaburzeniem wiem już, że tacy ludzie zwykle nie myślą o sobie jako o kimś, kto cierpi na depresję. Większość z nich zgłasza się do mnie z innych powodów. Owszem, niektórzy wykazują lub wykazywali objawy kliniczne (takie jak trudności ze snem, ciągłe zmęczenie, brak apetytu czy zaburzenia koncentracji). Ale zazwyczaj przychodzą do mnie, bo ich małżeństwo się rozpada i nie potrafią zrozumieć dlaczego. Albo chcą zapanować nad męczącym ich od jakiegoś czasu kryzysem zdrowotnym (niewytłumaczalnymi atakami paniki czy uzależnieniem od substancji). Albo widzą, że ich dzieci się od nich odcinają, i chcą jakoś je zachęcić, aby się otworzyły. Albo mają już dość bycia jedyną osobą, która scala całą rodzinę, lecz nie wiedzą, jak zrzucić z siebie ten ciężar. To nie depresja przyprowadza osoby wysokofunkcjonujące na moją kanapę, lecz jej następstwa.

Definicja depresji wysokofunkcjonującej

Ponieważ jestem (na razie) jedyną osobą ze środowiska lekarskiego, która zajęła się tą przypadłością i opublikowała na ten temat badania, mogę przedstawić definicję, która naprawdę odzwierciedla doświadczenia pacjentów. Depresja wysokofunkcjonująca to zaburzenie psychiczne wywołane traumą (taką jak bolesne dzieciństwo, ogłoszenie bankructwa czy napaść fizyczna), które może prowadzić do utraty umiejętności cieszenia się życiem (anhedonii) i zachowań masochistycznych (czyli poświęcania własnego dobrostanu dla innych).

Możecie pomyśleć: „Droga doktor Judith, trauma to coś, co spotyka ludzi, o których słyszymy w serwisach informacyjnych – ofiary napaści seksualnych i osoby walczące o przetrwanie w krajach ogarniętych wojną. To coś, co przydarzyło się mojej kuzynce, ale na pewno nie mnie. Owszem, przeżyłam trudne chwile, lecz nie doświadczyłam żadnej poważnej traumy”. Warto jednak pamiętać, że trauma miewa różne wymiary – mówimy o traumie przez duże t oraz przez małe t – i każda z nich może stanowić rdzeń depresji wysokofunkcjonującej. Niektórzy odreagowują, sięgając po używki – alkohol czy narkotyki; inni (świadomie lub nie) wystawiają się na kolejne trudne doświadczenia, angażując się w ryzykowne sytuacje – jak weteran, który zgłasza się na nową misję wojs­kową. Osoby z depresją wysokofunkcjonującą przekuwają emocjonalne skutki traumy w nadmiar pracy i działania. Ich produktywność ma wymiar patologiczny i to przez nią objawia się u nich zespół stresu pourazowego. Takie osoby na zewnątrz wyglądają na zadowolone, silne, „ogarnięte” i odnoszące sukcesy, ale tak naprawdę cały czas próbują (bezskutecznie) zagłuszyć i prześcignąć swoje traumy dzięki pracy i osiągnięciom.

W takich przypadkach praca staje się jak substancja uzależniająca – z tą różnicą, że nikt się nie zaniepokoi, gdy przyłapie was na wysyłaniu służbowych maili z damskiej toalety, a przecież zareagowałby, gdybyście w tej samej kabinie zażywali kokainę. Nikogo nie zmartwi, że do trzeciej nad ranem szyliście dzieciom kostiumy na Halloween, a jednak zaniepokoiłby się, gdybyście spędzili ten czas w barze. Ba, za swoją skuteczność, dostępność, „ogarnianie” jesteście nagradzani. A to tylko pogłębia uzależnienie. Wasz szef bardzo się cieszy, że można się do was dodzwonić przez całą dobę. Wasze ciało i mózg – już nie.

Możecie teraz myśleć: „Spostrzeżenia dotyczące anhedonii są interesujące, ale mnie to nie dotyczy. Zresztą życie nie polega na ciągłym doświadczaniu szczęścia”. I domyślam się również, co przychodzi wam do głowy, gdy widzicie słowo „masochizm”. Ale zostańcie ze mną.

Szacuję, że anhedonii – czyli obniżonej zdolności cieszenia się życiem – doświadcza mniej więcej siedemdziesiąt pięć procent ludzi z depresją wysokofunkcjonującą. Takie osoby wykonują codzienne czynności w sposób mechaniczny, cały czas czując się byle jak. „Co chcesz na obiad?” Wszystko jedno. „Może obejrzymy ten film?” Jak chcesz. „A wycieczka na Tahiti?” No… może byłoby fajnie.

Po pewnym czasie nawet praca, której się poświęcamy, przestaje dawać nam satysfakcję. Uzależniamy się od osiągnięć i pochwał, ale nie wywołują w nas one dawnej euforii. Moje niedawno opublikowane badania pokazują również, że im większa trauma, tym silniejsza anhedonia i tym cięższą postać przybiera depresja wysokofunkcjonująca. Wzięłam to pod uwagę w opracowanej przeze mnie ankiecie, która pomoże wam ocenić nasilenie depresji u siebie (zob. s. 41).

Odkrywanie własnej supermocy

Z moich obserwacji wynika, że osoby z depresją wysokofunkcjonującą często dysponują pewną supermocą, która bywa zarówno darem, jak i przekleństwem. Mogą mieć na przykład niezwykłą zdolność do kochania, ale nadmierna troska o innych wyczerpuje ich energetycznie. Niekiedy też odznaczają się niezwykłą tolerancją na ból i potrafią funkcjonować w ekstremalnie trudnych sytuacjach, przez co zbyt często stawiają się na pierwszej linii frontu. Bywa również, że ich nadzwyczajna cierpliwość sprawia, iż odraczają gratyfikację lub w ogóle przestają jej oczekiwać.

Warto znaleźć czas na autorefleksję – przyjrzeć się swojemu życiu pod lupą i odkryć, co czyni was wyjątkowymi i w jaki sposób cecha ta zmienia się w masochizm lub nadmierne zadowalanie innych. Zastanówcie się – może zapiszcie to w dzienniku – co sprawia, że ludzie wokół widzą w was osoby mające pełną kontrolę nad życiem. Albo spróbujcie połączyć kropki i zestawcie to, jak postrzegają was inni, z własną opinią na swój temat. Rozbieżność między tymi obrazami może ujawnić wasze prawdziwe mocne strony i „supermoce”. Przykład? Moi współpracownicy sądzą, że zawsze nad wszystkim panuję, a tymczasem ja ledwie znajduję czas na maile. Owszem, deleguję zadania, ale proszenie o pomoc sprawia mi trudność, przez co bywam przytłoczona. Analiza ciemnych stron własnych „supermocy” może być jak pierwsze prawdziwe spojrzenie w lustro – nagle uświadamiacie sobie, że źródło waszej siły jest też waszą piętą achillesową. Dzięki tej książce nauczycie się jednak przekuwać swoje supermoce w zachowania, które faktycznie wspierają wasz dobrostan, zamiast go naruszać.

Zagrożenia związane z depresją wysokofunkcjonującą

Lekarze nie zajmują się problemem zdrowotnym dopóty, dopóki nie zaczyna on ograniczać funkcjonowania. Jeśli potraficie wstać rano z łóżka, pójść do pracy i zaopiekować się rodziną, nikt nie będzie dopatrywał się problemów. Poklepią was po plecach i powiedzą: „Gratuluję awansu!”. Z zewnątrz wygląda to tak, jakbyście świetnie sobie radzili – ale w środku ledwo się trzymacie.

Ludzie z depresją wysokofunkcjonującą zmagają się z ograniczeniami, których na pierwszy rzut oka nie widać. Potrafią przez calutki dzień nie zaspokajać swoich najbardziej podstawowych potrzeb, takich jak jedzenie, picie czy kontakt z innymi. Czasem tak bardzo koncentrują się na swoich celach, że nie zauważają sygnałów z ciała – że pora na kolację i że minęło już kilka dni od ostatniej głębszej rozmowy z drugim człowiekiem. Organizują wymyślne wieczory panieńskie i zawsze pełnią funkcję osoby do kontaktu w sytuacjach kryzysowych – ale sami pozostają bez wsparcia. Żyją w związkach na skraju rozpadu i brakuje im choćby jednego przyjaciela, który odebrałby od nich telefon o drugiej w nocy, kiedy to oni są w potrzebie.

Lata zaniedbywania siebie w końcu dają o sobie znać. Może w rezultacie przytłoczenia obowiązkami poczujecie się tak, jakby pogrzebano was za życia. Może dopadną was problemy zdrowotne związane ze złym odżywianiem, przewlekłym stresem albo wypaleniem. Może zaczniecie zmagać się z izolacją, niepokojem i smutkiem z powodu nadszarpniętych relacji. Jeśli nie traficie z poważnym problemem zdrowotnym do lekarza pierwszego kontaktu, to wreszcie znajdziecie się na mojej kanapie – z depresją o ciężkim przebiegu lub innym poważnym zaburzeniem psychicznym. Dokładnie tak jak moja pacjentka Rebecca.

Rebecca jest piękną trzydziestoletnią kobietą na wózku inwalidzkim, która zawodowo zajmowała się inżynierią oprogramowania. Zwróciła się do mnie, bo lęki zaczęły wpływać na jej efektywność w pracy, na którą przeznaczała siedemdziesiąt godzin tygodniowo. Chciała wiedzieć, czy przepiszę leki, które pozwoliłyby jej przesypiać więcej niż trzy godziny na dobę albo przynajmniej nadrobić brak snu w weekendy. Jej kariera robiła duże wrażenie. Rebecca przyznała, że większość ludzi dałaby się pokroić, by pracować w jej firmie i korzystać z luksusowych przywilejów, które się z tym wiązały – mimo że jej szef był narcyzem, a godziny pracy przekraczały wszelkie normy. Kiedy Rebecca wreszcie znajdowała czas na randki, zwykle wpadała z jednego toksycznego związku w drugi.

Podczas naszych sesji zazwyczaj siedziała sztywno, prawie nie okazując emocji; wyglądała przede wszystkim na skrajnie wyczerpaną. Ale pewnego dnia, gdy opowiadała o randce z facetem, który spóźnił się czterdzieści pięć minut, a po seksie wymknął się w środku nocy, nagle zaczęła płakać. Byłam ogromnie zaskoczona. Od tamtej pory Rebecca płakała na każdej sesji – łzy płynęły jej po policzkach niemal przez całe czterdzieści pięć minut. Jakby od lat czekała na moment, w którym wreszcie będzie mogła pozwolić sobie na te emocje.

Rebecca miała dość własnej samowystarczalności. Pragnęła mieć obok siebie kogoś, na kogo mogłaby liczyć tak, jak inni liczyli na nią. Zmęczyło ją poczucie, że w żadnym aspekcie życia nie jest wystarczająca – ani dla mężczyzny, który wolał nie zostawać z nią do rana, ani dla szefa, który grał z nią w psychologiczne gierki i podważał jakość jej pracy. W trakcie naszych sesji stało się dla mnie jasne, że Rebecca wciąż zmaga się z traumą po wypadku samochodowym, który przykuł ją do wózka. Rozmawiałyśmy o tym, jak po tamtym zdarzeniu coraz mniej obchodziły ją wyjazdy z przyjaciółmi. Nawet słuchanie ulubionej muzyki w drodze do domu przestało ją cieszyć. Jej życie sprowadzało się do pracy i tylko pracy – bez choćby chwili na zabawę.

Na którejś z sesji Rebecca powiedziała mi, że choć nie znalazła nowej pracy, to i tak odchodzi z firmy i robi sobie przerwę, by zastanowić się, czego naprawdę chce. Musiała zsiąść z rozpędzonej karuzeli życia zawodowego, żeby znaleźć przestrzeń i czas na regenerację. Po pół roku miała już nową pracę – w innej branży i z rozsądnym grafikiem – oraz przestrzeń na realizację pasji pisarskiej. Na dodatek w jej życiu pojawił się wyjątkowy mężczyzna – zupełnie inny niż ci, z którymi wiązała się wcześniej.

– Nie wiem, czy weźmiemy ślub, nie wiem nawet, czy dotrwamy do końca roku – wyznała mi. – Ale uwielbiam naszą relację i nie mogę się doczekać, co będzie dalej.

Gdy Rebecca przestała poświęcać każdą godzinę na pracę, wróciła również do malowania, które kochała jako nastolatka, i odnowiła kontakty z liceum. Znajomi z lat szkolnych zapowiedzieli się nawet z wizytą, a ona po raz pierwszy od dawna czuła, że naprawdę żyje swoim życiem.

Pozwólcie, że przedstawię wam wasze prawdziwe „ja”

Osoby z depresją wysokofunkcjonującą często wierzą, że sukces stanowi jedyną drogę do szczęścia. W procesie zdrowienia zaczynamy jednak rozumieć, że zasługujemy na radość bez żadnych warunków – tacy, jacy jesteśmy. Podczas procesu wychodzenia z depresji możemy sobie uświadomić, że w pogoni za osiągnięciami zbudowaliśmy życie, które do nas nie pasuje. Praca nad sobą to szansa, by odkryć swoją nową tożsamość i stworzyć nowe życie dla swojego nowego „ja”. Moi pacjenci rezygnowali z wyniszczających etatów i toksycznych relacji, by odnaleźć pasję, spotkać miłość życia, założyć rodzinę i zyskać jeszcze wiele, wiele więcej. Nie martwią się już, że kiedyś obudzą się rano z poczuciem pustki i zmęczenia, pytając siebie: „Czy to miało tak wyglądać? Czy było warto?”. Dziś wiedzą, że życie, które tworzą, przynosi im radość – i że tak będzie również jutro.

Pracując nad tematem depresji wysokofunkcjonującej, zadałam sobie pytanie: „A co, gdyby ten stan mógł działać nie na naszą szkodę, lecz na korzyść?”. Skoro wszyscy moi pacjenci mieli dość siły, aby mimo objawów w pełni panować nad sytuacją w pracy i w domu, to czy nie mogliby tej samej energii, wytrwałości i kompetencji użyć do zmiany życia na lepsze? I właśnie do tego zamierzam zaprosić was na kolejnych stronach tej książki. Po lekturze pierwszej części będziecie umieli rozpoznać i zrozumieć źródła depresji, a w części drugiej pokażę wam, jak tę wiedzę wykorzystać, by zadbać o siebie, czerpać radość z relacji i napełnić życie sensem. Przestaniecie przechodzić przez dzień na autopilocie. Będziecie zbyt zajęci życiem pełnią życia.

Czy cierpisz na depresję wysokofunkcjonującą?

Skalę depresji wysokofunkcjonującej stworzyłam w ramach moich badań naukowych, a tutaj publikuję ją w wersji dostosowanej do potrzeb tego rozdziału. Podlicz wszystkie swoje odpowiedzi „tak” na poniższe pytania, aby ocenić, czy cierpisz na depresję wysokofunkcjonującą i jak złożony jest twój przypadek.

Czy masz poczucie emocjonalnego odrętwienia lub odcięcia, które utrzymuje się od ponad dwóch tygodni?Czy nastąpiły u ciebie znaczne zmiany w rytmie snu? Czy śpisz zbyt mało albo zbyt dużo?Czy twój apetyt się zmienił? Czy jesz więcej albo mniej niż wcześniej?Czy często ogarnia cię silne poczucie winy lub przekonanie o własnej niewystarczalności, nawet jeśli inni przekonują, że nie ma ku temu podstaw?Czy od dłuższego czasu odczuwasz spadek energii lub wypalenie, które utrudniają ci codzienne funkcjonowanie?Czy zmagasz się z poczuciem beznadziei dotyczącym przyszłości albo obecnej sytuacji?Czy masz kłopoty z koncentracją lub wykonywaniem zadań, które kiedyś przychodziły ci z łatwością?Czy doświadczasz poczucia niepokoju lub stagnacji i nie jesteś w stanie czerpać radości z dotychczas lubianych zajęć?Czy miewasz uporczywe myśli o bezsensie życia, śmierci, samobójstwie?Czy doświadczasz nietypowego uczucia spowolnienia i apatii, które utrudnia ci wykonywanie codziennych czynności?Czy przestały cieszyć cię pasje i zajęcia, które kiedyś dawały ci radość?Czy unikasz proszenia o pomoc, żeby nie obciążać innych swoimi problemami?

Jak interpretować wynik?

0–3 „tak”

To bardzo dobry rezultat. Albo nie cierpisz na depresję wysokofunkcjonującą (0), albo masz jej łagodną postać (1–3). Niewykluczone, że już teraz stosujesz niektóre z technik opisanych w drugiej części książki – być może dzięki dalszej lekturze poznasz nowe metody, które pomogą ci poprawić wynik.

4–7 „tak”

Masz umiarkowaną postać depresji wysokofunkcjonującej. Z pewnością skorzystasz ze wszystkich Pięciu w, o których piszę w drugiej części książki, ale być może nie będziesz potrzebować wspomnianych przeze mnie dodatkowych form wsparcia, do których zalicza się terapia.

8–12 „tak”

Ten wynik oznacza poważną postać depresji wysokofunkcjonującej i duże ryzyko jej przejścia w depresję o ciężkim przebiegu. Koniecznie kontynuuj lekturę i zacznij od razu wdrażać strategię Pięciu w. Warto też rozważyć dodatkowe formy wsparcia, które omawiam w rozdziale dziesiątym.

Rozdział 2

Trauma – niewidzialny balast

Za mało rozmawiamy o traumie.