Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
53 osoby interesują się tą książką
Ośmioro tłumaczy przyjeżdża z różnych stron świata do położonego w Puszczy Białowieskiej domu należącego do słynnej pisarki Ireny Rey. Spotykają się tam, by pod czujnym okiem autorki pracować nad przekładami jej opus magnum pod tytułem „Szara eminencja” od razu na wszystkie języki narodowe reprezentowane przez obecnych na białowieskich warsztatach wybitnych translatorów. Jednak po kilku dniach literackiej współpracy Irena nagle znika bez śladu.
Tłumacze traktujący Rey niemal jak bożyszcze i rywalizujący dotąd o jej uwagę, rozpoczynają poszukiwania, nie przerywając jednak pracy nad wspólnym arcydziełem. Krok po kroku odkrywają kolejne sekrety i mistyfikacje Ireny Rey, na które zdecydowanie nie byli gotowi. Mierzą się z dzielącymi ich różnicami kulturowymi, sympatiami i antypatiami, a z czasem, odizolowani od reszty świata, stopniowo popadają w coraz większą obsesję i paranoję z powodu nieuchwytności swojej mistrzyni, wikłając się w sieć rywalizacji i osobistych interesów, które zagrażają nie tylko ich pracy, ale też losowi uwielbianej autorki.
Przezabawna, skłaniająca do refleksji debiutancka powieść wielokrotnie nagradzanej tłumaczki i pisarki Jennifer Croft to błyskotliwe studium procesu twórczego, jak również tego, czym są kult sławy, świat natury oraz potęga języka. Rozgrywająca się gdzieś w ostatnim dzikim zakątku Europy, niezapomniana i wciągająca przygodowa opowieść, w której występuje niewielka, ale iście międzynarodowa obsada, a jej członkami wstrząsają miłość, destrukcyjne siły i moc tworzenia.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 395
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Tytuł oryginału The Extinction of Irena Rey
Przekład Kaja Gucio
Redakcja Ewa Pawłowska
Korekta Marcin Grabski, Anna Gądek
Adaptacja okładki i projekt stron tytułowych Tomasz Majewski
Cover design used in agreement with Bloomsbury Publishing Inc., New York, NY
THE EXTINCTION OF IRENA REY
Copyright © 2024 by Jennifer Croft
All rights reserved.
Copyright © for the Polish translation by Kaja Gucio, 2026
Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Pauza, 2026
Zdjęcie autorki na okładce Copyright © Kelly Kurt Brown
Skład i łamanie Dariusz Ziach
ISBN 978-83-976870-3-5
Wydawnictwo Pauza
Warszawa 2026
Wydanie pierwsze
Wydawnictwo Pauza
ul. Meksykańska 8 m. 151
03-948 Warszawa
+48501177119
www.wydawnictwopauza.pl
WydawnictwoPauza
wydawnictwo_pauza
Konwersja publikacji do wersji elektronicznej
Od polskiej tłumaczki
Ostrzeżenie: od tłumaczki
Rozdział pierwszy
Rozdział drugi
Rozdział trzeci
Rozdział czwarty
Rozdział piąty
Rozdział szósty
Rozdział siódmy
Rozdział ósmy
Rozdział dziewiąty
Rozdział dziesiąty
Rozdział jedenasty
Rozdział dwunasty
Rozdział trzynasty
Rozdział czternasty
Rozdział piętnasty
Rozdział szesnasty
Rozdział siedemnasty
Rozdział osiemnasty
Rozdział dziewiętnasty
Rozdział dwudziesty
Rozdział dwudziesty pierwszy
Rozdział dwudziesty drugi
Rozdział dwudziesty trzeci
Rozdział dwudziesty czwarty
Rozdział dwudziesty piąty
Rozdział dwudziesty szósty
Rozdział dwudziesty siódmy
Rozdział dwudziesty ósmy
Rozdział dwudziesty dziewiąty
Rozdział trzydziesty
Podziękowania
Przypisy
O Wydawnictwie
Archeologia i przekład mają ze sobą wiele wspólnego, choćby z tej przyczyny, że wymagają równie wielkiej cierpliwości, uważnego spojrzenia i delikatnej ręki. Przede wszystkim jednak w obu tych dziedzinach czeka nas często mozolne przebijanie się przez kolejne warstwy, pieczołowite składanie wydobytych na światło dzienne elementów w całość, uzupełnianie luk zgodnie z tym, co podpowiadają nam doświadczenie i wyobraźnia. Bywa często, że rezultat naszych wysiłków różni się od tego, co próbujemy odtwarzać, do tego stopnia, że odtworzenie staje się właściwie tworzeniem na nowo. Czy to jednak powód do ubolewania? Naczynie, kiedyś banalne, odnalezione po wiekach staje się cennym źródłem wiedzy i obiektem zachwytu, oryginał zaś może w tłumaczeniu zyskać nowe konteksty, bogactwo znaczeń i form.
Zrządzeniem losu, czy raczej w wyniku szeregu ludzkich błędów i zwykłej, choć tragicznej w skutkach arogancji, w przypadku tej książki – podobnie jak wielu, wielu innych – archeologia dosłownie splata się z przekładem. Jak wiadomo, w latach czterdziestych XXI wieku uwierzyliśmy na dobre, że papier to przeżytek, że w tej nowej, wspaniałej erze jedynie cyfrowy zapis ma sens, a miejsce bibliotek, księgarń i domowych księgozbiorów zajęły nośniki elektroniczne i serwerownie. Krótko potem za sprawą ślepej wiary w sztuczną inteligencję ludzkość utraciła niemal cały dorobek piśmienniczy, a Kataklizm 2055 roku w ułamku sekundy strawił wszystko, co istniało wyłącznie w wersji cyfrowej. Niezliczone tytuły przepadły bezpowrotnie i czasem tylko udaje się odnaleźć cudem zachowany egzemplarz papierowy.
Tak właśnie w moje ręce trafiło niepozorne, zdawałoby się, papierowe wydanie angielskiego przekładu Wymierania Ireny Rey – książki na poły legendarnej, choć dziś istniejącej już tylko w tej właśnie jedynej, zangielszczonej wersji. Jako tłumaczka nie miałam zatem innego wyboru, jak tylko dołączyć do chóru wcześniejszych twórczyń-odtwórczyń i niczym archeolożka wydobyć spod warstw sensów i odniesień to, co z dawnego świata uda się ocalić.
A Nora Insúa
Tak oto przekuli swoją dwoistość na jednię i z tego zrodził się las
SUZANNE SIMARD
To najtrudniejsza książka w moim dotychczasowym dorobku translatorskim. Zaufanie odgrywa kluczową rolę na każdym etapie procesu tłumaczenia, dlatego uważam, że jestem dłużna angielskojęzycznym czytelnikom i czytelniczkom kilka słów wyjaśnienia.
Po pierwsze: jedna z głównych postaci niniejszej powieści jest wzorowana na mnie. Dalsza lektura tego tekstu jasno pokaże, jak niezręcznie czułam się podczas tłumaczenia. Niemniej jako osoba, która przykłada dużą wagę do doboru odpowiedniego słownictwa, zdaję sobie sprawę, że „niezręczność” to nie do końca właściwe określenie. Niezręcznie było mi czytać o sobie samej w wersji, której nie potrafiłam rozpoznać. Jednak przekład to nie czytanie. Przekład to konieczność napisania książki od nowa.
Przystępując do pracy nad przekładem Wymierania Ireny Rey, musiałam zrekonstruować się na nowo jako najgorszy człowiek w świecie narratorki, monstrum, które najwyraźniej pragnie wszystko zepsuć.
Co gorsza – czy co bardziej „niezręczne” – moja postać często słyszy komplementy dotyczące wyglądu zewnętrznego. Z oczywistych względów urodziwe osoby same nie określają się tym mianem, zmuszając mnie zatem do tego, autorka Wymierania Ireny Rey sprawiła, że poczułam się brzydka w prawdziwym życiu.
Po drugie: fabuła jest po części inspirowana prawdziwymi wydarzeniami, a choć nie mogę zdradzić, o które konkretnie wątki chodzi, powiem tylko, że mój partner jest prawnikiem – i to wybitnym, z dużym doświadczeniem adwokackim w sprawach karnych – oraz że oboje mieszkamy w Mongolii, która nie ma umowy o ekstradycji ani z Polską, ani ze Stanami Zjednoczonymi.
Po trzecie: Wymieranie Ireny Rey powstało po polsku, ale jego autorka urodziła się i wychowała w Ameryce Południowej, w zasadzie bez styczności z którymkolwiek z języków Europy Środkowej. W rezultacie w oryginale każde zdanie tej książki jest niczym maleńki nawiedzony dom. Rozwścieczony staraniami autorki, by o nim zapomnieć, duch hiszpańszczyzny przenika przez ściany poszczególnych akapitów, tłucze talerze i raz po raz to włącza, to wyłącza światło, roztacza wokół złą atmosferę i płoszy wszystkie psy w okolicy.
Dokonując w przekładzie korekty szyku wyrazów i rejestru, próbuję odprawić swoisty egzorcyzm.
Na koniec: zmieniłam tytuł powieści. Wspominam o tym tylko dlatego, że moja decyzja już spotkała się z krytyką w pewnych (polskich) zakątkach internetu. Jednak tytuł nadany książce przez jej autorkę – Amadou, czyli „Huba” – nie oddawał intelektualnej i moralnej niezłomności jej prawdziwej bohaterki, laureatki Nagrody Nobla z 2026 roku, Ireny Rey.
Gdybym w poszukiwaniu tytułu miała odwołać się do królestwa grzybów, mój wybór nie padłby na niepozornego pasożyta, ale raczej na lakownicę żółtawą, muchomora jadowitego albo może na majestatyczną rozszczepkę pospolitą, występującą na wszystkich kontynentach z wyjątkiem Antarktydy, gdzie królują porosty. (Więcej na ten temat – zob. Jądro światłości Ireny Rey w moim tłumaczeniu). Autorka mogła chociaż tyle zrobić. Lakownica żółtawa ma bowiem dwadzieścia trzy tysiące trzysta dwadzieścia osiem różnych płci, z których każda może kojarzyć się z dowolną z dwudziestu trzech tysięcy trzystu dwudziestu siedmiu pozostałych.
Być może tłumaczenie zaciera granice jaźni, jak sugeruje niniejsza powieść, ale jeśli rzeczywiście tak jest, to zaciera również granice inności, czego ta historia, z niewyjaśnionych powodów obsesyjnie zafiksowana na jednym (co prawda atrakcyjnym) mężczyźnie, najwyraźniej zupełnie nie dostrzega.
Ja zaś zdecydowałam się przetłumaczyć Wymieranie Ireny Rey, by na pierwszy plan wysunąć to, co od kilkunastu lat szczególnie leży Irenie na sercu: nasze szóste wymieranie, przyszłość planety, konsekwencje naszych poczynań.
Na koniec jeszcze jedna uwaga dotycząca wymowy: w języku polskim, podobnie jak w niemieckim, „w” wymawia się jak [v]. Polskie „ł” brzmi jak [w] w angielskim słowie wet, czyli „mokry”. „Ż” przypomina natomiast środkową samogłoskę w wyrazie treasure – „skarb”. Kiedy będziecie czytać tę książkę – i pragnę to podkreślić z całą mocą – mam nadzieję, że przypomnicie sobie frazę „mokry skarb”, ilekroć napotkacie nazwę Białowieży, zagrożonej puszczy na pograniczu Polski i Białorusi, z której ledwie udało mi się wydostać po ponad siedmiu toksycznych, wyczerpujących, dziwnie ekscytujących i niezwykle owocnych tygodniach.
Alexis Archer, Ułan Bator
13 kwietnia 2027 roku
Wielbiliśmy Naszą Autorkę, a kiedy wysłała nam maila z informacją, że jej dzieło jest gotowe, odwołaliśmy nasze plany, spakowaliśmy walizki i polecieliśmy z naszych miast do Warszawy, gdzie brudni, przemoczeni i wniebowzięci pojechaliśmy pociągiem do Hajnówki, a potem wsiedliśmy do autobusu kursującego do Białowieży.
To była nasza siódma pielgrzymka do wioski na skraju puszczy, gdzie mieszkała Autorka. Od niepamiętnych czasów mieszkała właśnie tam, dziewięć kilometrów od białoruskiej granicy. Kochała ten las równie mocno, jak my kochaliśmy jej książki, za które bez zastanowienia oddalibyśmy życie. Każde jej słowo traktowaliśmy jak świętość, chociaż nasze zadanie polegało na tym, by każde jej słowo zastąpić innym.
Przybyliśmy na miejsce dwudziestego września 2017 roku. Księżyc był w nowiu, ale w blasku gwiazd północnego nieba jej wysmukły opływowy dom zdawał się odmieniony, dębowe listwy na wybrzuszonych ścianach połyskiwały niczym rtęć i na moment chwytały rozedrgane cienie lasu, wygładzały ich nierozerwalne kształty, a potem je pochłaniały.
Było nas ośmioro. Szwedzki był nowy, urodziwy niczym jeleń, i już na pierwszy rzut oka wiedzieliśmy, że zostanie jej ulubieńcem. Nie tylko ze względu na prestiż jego języka, który miał stanowić przepustkę do nieuniknionej Nagrody Nobla, ale także z uwagi na jego chód, postawę, zapraszające spojrzenie błękitnych oczu pełnych żaru. Bogdan, wierny mąż Naszej Autorki, którego pożądliwość, jak nam się zdawało, działała na jej pisarską wyobraźnię niczym podpałka, z jakiegoś powodu tego wieczoru się nie pojawił.
Pod nieobecność Bogdana wyglądała inaczej niż kiedykolwiek dotąd. Była blada jak zjawa. Cienie się jej nie imały, ale jej oczy przypominały czarne otchłanie i od samego patrzenia w nie wszystko nas bolało, zupełnie jakby ktoś nas rozrywał na strzępy.
Nie spuszczaliśmy więc wzroku z jej skrzyżowanych na piersiach ramion, choć i te z trudem rozpoznawaliśmy – wyglądały raczej jak gałązki na wpół zatopione przez zbyt ciężką sukienkę w kolorze błota. Na jej szyi nie dostrzegliśmy też onyksowego amuletu, który dostała od dziadka, miejscowego guślarza. Nagi obojczyk sterczał tak wyraźnie, jakby lada chwila miał się złamać.
Niewiele mówiła, nie wspomniała o Bogdanie. Wszystkie te odstępstwa od normy zrzuciliśmy na karb zmęczenia spowodowanego końcówką pracy nad opus magnum. Byliśmy pewni, że możemy jej pomóc. Nie tylko ze względu na Szwedzkiego, ale także dlatego, że zawsze to robiliśmy. Teraz było to konieczne. Poza Bogdanem tylko nam naprawdę ufała. Skoro jego zabrakło, oznaczało to, że miała jedynie nas.
Tego wieczoru po prostu staraliśmy się jej nie męczyć. Niebawem rozeszliśmy się do zwyczajowych pokoi, natomiast Szwedzki został z nią na dole. Zakładaliśmy, że ulokuje go tam, gdzie kiedyś nocował Czeski – w szopie na podwórzu. Gdyby tak się stało, być może nie byłoby pożaru, Tempelhofu ani starych rewolwerów. Ale wtedy wciąż jeszcze mogliśmy cieszyć się największym luksusem: nie kwestionować jej decyzji, przeobrażać formę bez dotykania treści. Przynajmniej tak nam się wydawało.
Schody tworzyły spiralę z dębiny, która o świcie ożywała. Na trzecim stopniu znajdował się sęk, który przynosił szczęście. Hołdowaliśmy licznym przesądom i przez kolejne miesiące Szwedzki miał je sobie od nas przyswoić. My z kolei mieliśmy przekonać się o jego specjalistycznej wiedzy na temat wielu rzeczy ukrytych w lesie, podziemnych sieci elektrycznych, o których istnieniu nawet nie wiedzieliśmy, choć przecież od zawsze do nich należeliśmy.
Na drugim piętrze Serbska i Słoweńska dzieliły sypialnię ze skośnym sufitem i z okienkiem w dachu, dwoma podwójnymi łóżkami i balkonem z widokiem na Białoruś. Angielska zajmowała apartament na pierwszym piętrze, z piecem kaflowym i prysznicem do własnego użytku, ze szklaną gablotą pośrodku pokoju. Niemiecki spał na polówce ustawionej w ogrodzie zimowym, pod odwróconymi do góry nogami gwiazdozbiorami i czeskim żyrandolem, pośród kalatei i paproci w doniczkach.
Czeski żyrandol składał się z dziesięciu drobnych czaszek i tylu kości, że nie dało się ich zliczyć. Dom wypełniały przedmioty o bogatej historii: ciemne portrety antenatów w złoconych ramach; fortepian, na którym nigdy nie grano; solidne kufry o zamkach z głębokimi dziurkami na klucze; buzdygan; wysoki na metr mosiężny kandelabr z dziewięcioma ramionami, które wiły się tak, że zdawały się zaprzeczać grawitacji.
Na ścianach salonu wisiały elementy pancerzy, które utwierdzały nas w przekonaniu, że jej dom to nasza forteca, obrona przed złym światem.
Tłumaczenie, którym zajmowaliśmy się codziennie z wyjątkiem niedziel, odbywało się przy dziesięcioosobowym stole na drugim piętrze. Wszystkie posiłki jadaliśmy wspólnie przy identycznym stole na dole. Jeśli udało nam się znaleźć czas na życie towarzyskie, spędzaliśmy je w drugim pokoju na dole, tym z tureckim dywanem, grubym i krwiście czerwonym, pokrytym nieczytelnymi czarno-białymi znakami kaligraficznymi. Stały tam szezlong w kolorze musztardy i siedem baryłkowych foteli, obitych przez Bogdana tkaniną w pomarańczowe, różowe i niebieskie pendżabskie wzory, pochodzącą z międzynarodowego tournée Naszej Autorki w 2007 roku. To właśnie w tym pokoju znajdował się kominek, przy którym później wznieśliśmy jej kapliczkę.
Na kominku stały zdjęcia przedstawiające Naszą Autorkę taką, jaką znaliśmy do tej pory: po królewsku beztroską, ubraną w miękką czerwoną sukienkę bez rękawów, bez stanika, przykucniętą, by pogłaskać uratowanego niedźwiadka (którego, jak głosi legenda, sama ocaliła), z rozświetloną skórą na zaznaczającej się wyraźnie kości policzkowej, sunącą przez betonowy tunel niczym ostatnia czarna orchidea w rozkwicie, olśniewająca ostatnia przedstawicielka gatunku w jakiejś opuszczonej fabryce, pędząca samotnie ku wieczności.
Zdjęcia jej matki, zmarłej na raka przed piętnastu laty, gdy Nasza Autorka miała zaledwie dwadzieścia osiem lat. Fotografia z zimowego polowania, porażająca oszczędnym, czarno-białym kadrem.
Jej położony w samym centrum wioski dom otaczały żarzące się czerwienią porzeczki, a na dachu tkwiło olbrzymie bocianie gniazdo. Jako że bociany to symbol płodności, zawsze nas zastanawiało, dlaczego Nasza Autorka i Bogdan nie doczekali się dzieci. Zrzuciliśmy to jednak na karb konieczności zszywania ran świata za pomocą mowy, co nie pozostawiało czasu na opiekę w innej postaci.
Tej nocy spaliśmy twardo, a gdy obudziła nas nad ranem, nieco po piątej, wędrówka w ciemnościach w głąb ścisłego rezerwatu na powrót wplotła się w nasze sny. Przedzieraliśmy się przez chaszcze, które sięgały nam do kolan. O tej porze rozbrzmiewał ogłuszający śpiew ptaków, które przywoływały zastępy promieni słonecznych. Pomięte w podróży ubrania nasiąkły rosą.
Teren rezerwatu ścisłego to najbardziej chroniona część Puszczy Białowieskiej, niedostępna dla osób postronnych. Ale Ireny Rey nie obowiązywały żadne zakazy. Przy wejściu odwróciła się i przyłożyła palec wskazujący do warg. Potem wszyscy w milczeniu spojrzeliśmy na łąkę. Z bladej poświaty na horyzoncie wyłaniały się sosnowe wysepki, różowawe, spowite mgłą; łąkę porastały maleńkie gwiaździste kwiaty. Staliśmy bez ruchu. Łąka odpowiedziała nam ciszą, upewniwszy się zatem, że nikt za nami nie podąża, wkroczyliśmy na nią.
Nasza Autorka zwoływała nas tutaj, na peryferia Polski, od 2007 roku, rok po tym, jak wydała swoją trzecią książkę. Lena zdobyła wielki rozgłos w oryginalnej wersji językowej i szybko doczekała się przekładów, najpierw na niemiecki, a potem na czeski. Tak właśnie narodziliśmy się my, z piany powieści o tytule Lena.
Po raz pierwszy od momentu, kiedy po zaledwie kilku tygodniach zrezygnowała ze studiów na krakowskiej uczelni, Nasza Autorka zaczęła udzielać się poza rodzimym województwem. Miała trzydzieści dwa lata. Urzekała swoją publiczność na festiwalach, konferencjach, odczytach, często porównywano ją z Żar-Ptakiem, świetlistą, podobną do pawia istotą z prasłowiańskiego mitu, która niosła nadzieję znękanym i wskazywała drogę zagubionym.
Wiele osób próbowało uchwycić słowem jej niemożliwą do opisania aurę. Według niektórych można było porównać otaczający Naszą Autorkę nimb z drobnymi srebrnymi pasemkami, które unosiły się nad jej ciemnymi, spływającymi kaskadą włosami. Innym przywodziła na myśl południową poświatę, świetliste smugi, które z sykiem przemykały przez jej oczy barwy nieba. Jeszcze inni mówili, że jej palce były niczym uświęcone przędzarki, że każdy jej pełen gracji gest wyrażał olśniewającą, urzekającą miłość.
O Irenie Rey zrobiło się głośno. Ale w ślad za rozgłosem pojawiły się też plotki. Niektórzy twierdzili, że pomysły na książki ukradła pewnemu mało znanemu kaszubskiemu filozofowi, inni – że wzięła je z Wikipedii i od Bogdana.
Jej literacki debiut, Martwa natura z martwą naturą, zbiór opowiadań o strażniczkach krakowskiego Muzeum Książąt Czartoryskich, sprzedał się w 2000 roku w tak niewielkim nakładzie, że nie zachował się niemal żaden egzemplarz – na stronie internetowej wydawnictwa, w dziale „Archiwum”, można znaleźć jedynie niewyraźne zdjęcie okładki: widoczne na niej płomienie trawią portret kobiety, prawdopodobnie Damę z gronostajem pędzla Leonarda da Vinci, najsłynniejszy eksponat w tej eklektycznej kolekcji, w której skład wchodziły również mumie i zbrojownia, aż do czasu, gdy pod koniec lat osiemdziesiątych po serii niewyjaśnionych do dziś kradzieży oba te skrzydła zostały zamknięte.
Kolejna książka, Ad Nauseam, wydana w 2004 roku przez inną oficynę, radziła sobie na rynku niewiele lepiej. Autorka wyszła wówczas za mąż, zmieniła pisownię nazwiska z polsko brzmiącego „Rej” na bardziej międzynarodowe „Rey”, napisała trzymającą w napięciu, przejmującą opowieść o Lenie, albańskiej dziewczynie wywiezionej przez handlarzy ludźmi do Londynu, a krytyka uznała, że ta historia rozpaczliwej walki o wolność „poraża prawdą niczym żagiew” oraz „mrozi krew w żyłach alegorycznością”, i nagle wszystko się zmieniło.
Powstała ekranizacja, która przyniosła krociowe zyski. W filmie było wszystko: seks, broń, krajobrazy, a co ważniejsze – Irena fantastycznie wypadała w programach telewizyjnych, które go promowały. Wtedy też postawiła najwyższy budynek w Białowieży. Na jej zlecenie architekt z Jokohamy zaprojektował dom w idealnej harmonii nie z wioską, ale z lasem, a owocem jego pracy było jigoku-gumi, trzykondygnacyjne arcydzieło z pofałdowanej, nieskalanej dębiny. Konstrukcja tętniła życiem i już samo patrzenie na nią, a co dopiero przebywanie wewnątrz, sprawiało, że człowiek czuł się żywszy. Wprawdzie Nasza Autorka nigdy tego nie powiedziała wprost, od początku jednak wiedzieliśmy, że ten dom zaprojektowano z myślą o nas, o naszej wspólnej, rodzinnej pracy.
Z perspektywy czasu redukcja tego cudu do gruzowiska i popiołu okazała się nieuchronna, jednak tamtego ranka, gdy Nasza Autorka prowadziła nas krętą ścieżką w głąb lasu, taka myśl nawet nie powstała nam w głowach. Po obu stronach rosły kępy pokrzywy, głębokie na kilka metrów, a za nimi smukłe drzewa, które uginały się pod ciężarem świeżych liści. Część starszych drzew leżała powalona, najeżona ostrymi odłamkami, na wpół porośnięta mchem, porostami i śluzowcami w kolorze różu i jaskrawej żółci, które odznaczały się w jaśniejącym z każdą chwilą świetle brzasku.
Nagle najwyższe drzewa zaczęły trzeszczeć i szumieć. Nie czuliśmy wiatru – tam, gdzie byliśmy, oprócz sikor i dzięciołów, kowalików i czyżyków, rozbrzmiewało tylko ciche brzęczenie maleńkich owadów, które nieustannie próbowały dostać się nam do oczu.
Bez przerwy musieliśmy odganiać komary. Pobyt w lesie, podobnie jak przebywanie z Naszą Autorką, oznaczał ciągłą czujność.
Po Lenie, a szczególnie po jej filmowej adaptacji, trolle przystąpiły do ataku i pastwiły się nad każdym słowem Naszej Autorki. Jej kolejna książka, Jądro światłości z 2007 roku, opowiadała historię niebinarnej osoby naukowej, która usiłuje trzymać się z dala od korupcyjnych układów w stacji badawczej na Antarktydzie, gdzie symbiotyczne skupiska porostów listkowatych, już i tak mocno przetrzebione przez zmiany klimatyczne, ulegają wyniszczeniu na potrzeby badań farmaceutycznych. W tamtym okresie wszyscy albo nienawidzili Naszej Autorki, albo ją uwielbiali. Nie istniało nic pomiędzy. Po publikacji Jądra światłości otrzymała tysiące gróźb śmierci, gwałtu i wydalenia z kraju. Książka przyniosła jej również nominacje do wszelkich możliwych nagród literackich. Za pieniądze z tych, które zdobyła, wykończyła dom, miejsce naszych spotkań, i założyła wspólne konto, z którego mogliśmy opłacać przeloty, podróże pociągami i przejazdy autobusami. Do Czeskiego i Niemieckiego dołączyli Angielska, Serbska, Hiszpańska i Francuska. A także Kataloński, ale ten tłumacz przepadł gdzieś między Barceloną a Białowieżą.
Dotarliśmy do rozwidlenia oznaczonego poszarpanym pniakiem. Te roślinne wraki po polsku nazywa się złomami. Powstają na skutek osiadania na drzewach szadzi – podobnego do szronu osadu, który tworzy mgła – lub bardzo silnego wiatru albo gradu. Słowo „złom” stosuje się także w odniesieniu do starego samochodu, którego nikt nie chce, przeznaczonego na szrot, czy bezużytecznego rupiecia, takiego jak pralka, która nie działa, bądź stary ebonitowy telefon stacjonarny. Etymologicznie pojęcie to wiąże się z terminem „załamanie”, przywodzącym na myśl pęknięcie, krach, upadek.
Osoba załamana przeżywa psychiczny kryzys – tak jak Irena Rey, która stała pochylona nad pniakiem, jakby nie wiedziała, co dalej robić.
Pod wpływem stresu nasze ciała napięły się i rozbolały nas kończyny. Nigdy wcześniej się nie wahała, zwłaszcza w pierwszym dniu, a już na pewno nigdy nie zgubiła się ani nie pomyliła drogi we własnym lesie.
W końcu skręciła w lewo i przeszliśmy przez bagno, które dobrze znaliśmy, nasze kroki rozbrzmiewały na prowizorycznej kładce i wywołały pluski i szelesty, które zatrzęsły pradawnymi paprociami. Zaczerpnęliśmy głęboko powietrza i poczuliśmy odór moczu, sromotników i zgnilizny.
Jeśli odjąć literę „m”, „złom” zmienia się w „zło”, co w kolejnych tygodniach zaczęło wydawać nam się coraz bardziej trafne, gdy przy każdej fazie Księżyca natrafialiśmy na te i inne poszarpane szczątki, nieustannie modląc się o jej odnalezienie, i nie pomijaliśmy w tych poszukiwaniach żadnego ślimaka, kamienia czy czarki szkarłatnej. Zrozumieliśmy, że puszczy nie da się przeczesać w taki sam sposób jak dowolne inne miejsce. Las składał się z miliona niepowiązanych ze sobą wydarzeń, które dopiero się łączyły, niektóre postępowały naprzód, inne cofały się w czasie. Tworzyła go masa nieuwikłań, niemożliwych do przewidzenia i zatrzymania. Zamykał w sobie całość czasu skondensowanego w chwili tak ulotnej i tak niezgłębionej, że gdyby jakaś osoba zapragnęła w niej zniknąć, to nikt już by jej nie odnalazł.
Chyba że w ogóle nigdy jej tam nie było.
Ale tamtego ranka żadna taka myśl nawet nie przemknęła nam przez głowy. Byliśmy ludźmi książki. Prawdziwa troska o ziemię była nam jeszcze obca.
W końcu dotarliśmy na niewielką polanę, a Nasza Autorka stanęła przed rozłożystym pradawnym dębem. Przenieśliśmy wzrok z trawy, ziemi i naszych stóp na jej stopy, a stamtąd w górę, na zmizerniałe ciało Naszej Autorki, ponad jej zapadniętą twarz, przez bruzdy i wypukłości wielkiego labiryntu kory, coraz wyżej i wyżej, wyżej i wyżej, i tak przez dwadzieścia metrów, aż do pierwszych konarów, które potem rozbiegały się na wszystkie strony, wiły się i wybuchały liśćmi. Nasza Autorka pochyliła się i z oliwkowozielonego plecaka wyjęła zawiniątko, po czym wyprostowała się, odgarnęła włosy do tyłu, oparła się o drzewo i odchrząknęła.
– Szara eminencja – wychrypiała bezgranicznie przygnębionym tonem, ale w myślach nasyciliśmy jej głos własną ekstazą i wigorem, sprawiliśmy, że głos wypowiedział ten nowy tytuł w naszych językach: Éminence grise, Siva eminenca, Graue Eminenz. Grey Eminence[1]. Ona jednak nie przystąpiła do czytania powieści.
Podczas tłumaczenia Jądra światłości, a następnie kolejnych książek Naszej Autorki – Perfekcja, Matsuura, Sedno I: sacher-masochiści, Przyszłe księżycowe krajobrazy eocenu, Sedno II: aspiracje oraz Katalog pompejański, trzymaliśmy się pewnej rutyny. Zajmowaliśmy miejsca przy stole na drugim piętrze jej domu, z Ireną u szczytu, a Bogdan kładł kolejno przed każdym z nas zbindowany wydruk jej nowego manuskryptu i wypowiadał dyskretnie kilka słów – powitania, pochwały – po czym zostawiał nas samych. Nasza Autorka najpierw wyjawiała tytuł najnowszej książki. Potem odczekiwała chwilę, aż fraza do nas dotrze, a my się nią zachwycaliśmy. Następnie czytała nam pierwszy akapit, który mógł mieć długość od kilku słów ze średnikiem (w przypadku Katalogu pompejańskiego) do trzydziestu pięciu stron (w Perfekcji).
Chciała, byśmy tłumaczyli na świeżo, bez wpływu jakichkolwiek recenzji czy materiałów promocyjnych, które moglibyśmy przeczytać – przychylnych jej czy wrogich. Nie zgadzała się na wysyłanie rękopisów do redakcji obecnie największego wydawnictwa w Polsce, dopóki nasze przekłady nie minęły półmetka. Oznaczało to, że Nasza Autorka nie pisała wstępnych wersji, a jedynie ostateczne, co przydawało jej pisarstwu powabnej chropowatości, podobnej do kory dębu za nią, której brakowało wymuskanej, wygładzanej w redakcyjnym gronie twórczości innych literackich tuzów.
Do tej pory za każdym razem, gdy skończyła czytać pierwszy akapit, Nasza Autorka upijała łyk. Po lewej stronie zawsze miała pod ręką szklankę z wodą mineralną, do której Bogdan co rano przed wyjściem wlewał trzy krople jakiejś ciemnej nalewki, a potem powtarzał ten zabieg o czwartej po południu. Substancja migotała i rozprzestrzeniała się w naczyniu niczym płynna galaktyka, a my patrzyliśmy, jak Bogdan przyglądał się jej z nabożną czcią przez dokładnie sześć sekund, po czym odwracał się gwałtownie w stronę drzwi i wymykał się z pokoju, a następnie zabierał się za sprzątanie, gotowanie albo prace w ogrodzie, które wykonywał z uniżoną, lubieżną wręcz rozkoszą, ścielił nawet za nas łóżka, nie bacząc na nasze protesty.
Ale teraz nie było nalewki, nie było akapitu, nie zanosiło się na pościelone łóżka, a brak manuskryptu jawił się jako nagła rozpadlina w puszczy, jakby otworzył się przed nami uskok, który zaraz nas pochłonie. Kciukiem i palcem wskazującym Irena wykonała nieznaczny gest nad wydobytym z plecaka zawiniątkiem o dziwnym kształcie, a materiał, który je okrywał, opadł, zmieniając się w miniaturowy obrus narzucony na kościstą dłoń. Na tym roztrzaskanym stole leżało odcięte kopyto.
Powietrze na polanie, wcześniej obfite, gwałtownie się rozrzedziło. Wstrzymaliśmy oddech.
Przyjrzeliśmy się bliżej obiektowi, który trzymała. Był ohydny: zdeformowany i całkowicie niepojęty.
Wypowiedziała słowo w swoim języku – w naszym wspólnym języku – a nasze myśli kłębiły się, gmatwały się, błądziły. Poświęciliśmy życie, by ją zrozumieć.
Teraz nagle nie rozumieliśmy niczego.
Wypowiedziała kolejne słowo, podobne do pierwszego – coś w rodzaju „hu”, coś, co zaczynało się od „hu” – a potem zdanie, ale nie było to polskie zdanie i nic z tego nie miało dla nas sensu[2].
Następnie mówiła dalej, coś o grzybach i coś o ogniu. Ale ponieważ ogarnęła nas panika, nie dostrzegliśmy żadnego związku, choć teraz trudno nam w to uwierzyć, biorąc pod uwagę to, co wydarzyło się później: zapadający się w śnieg stos, utratę każdego wersetu z jej przebogatej biblioteki, to, jak wzięliśmy los puszczy w swoje ręce, tworząc zakończenie, którego Irena nie mogłaby albo nie chciałaby napisać.
Chyba że jednak napisała.
Kiedy umilkła, popatrzyliśmy po sobie zdezorientowani. Słońce wspięło się wyżej, rzucało teraz snopy białego światła między brzozami, które wyginały się w łuk i odsłaniały przetchlinki, połyskując liśćmi. Chłód w powietrzu ustąpił, ogólna kakofonia przeszła w ściszone szmery i sporadyczne, wyraźne wrzaski. Potem, w oddali, krótki ryk przerodził się w łoskot, po którym nastąpił huk i ku osłupieniu wszystkich Nasza Autorka zdławiła szloch.
Uklękła i zaczęła grzebać w plecaku. Skuliliśmy się, błagając w duchu, by nie wyciągnęła z niego odciętej końskiej głowy. Ona jednak wyjęła osiem woreczków z czerwonego aksamitu i rozdzieliła je między nas. Każdy z nich zdobiła miniaturowa wersja katowskiego topora z herbu jej rodziny, znajomy symbol, który teraz wzmagał nasz niepokój. Kiedy obeszła już cały krąg – kiedy wszyscy trzymaliśmy maleńkie topory haftowane błyszczącą fioletową nicią – Irena stanęła pośrodku i czekała.
Pociągnęliśmy za nieskazitelnie białe sznurki, aż ustąpiły. W środku znaleźliśmy grudki twardej substancji w kolorze trocin. Podnieśliśmy wzrok na Naszą Autorkę, na jej doskonały profil, na jej niegdyś bujne włosy, teraz rozczochrane i przyprószone siwizną. Nie udzieliła żadnych wyjaśnień. Pochyliła głowę i uroniła dwie łzy, które spadły na ściółkę, i chociaż wielbiliśmy ją, i chociaż cieszyliśmy się puszczą, bo to była jej puszcza, ogarnął nas strach.
Po pierwsze, obawialiśmy się, że nas odprawi, zastąpi młodszymi, bystrzejszymi, szybszymi tłumaczami i tłumaczkami, zdolnymi zapewnić jej eliksir pełnego zrozumienia. Ale potem przyszło coś jeszcze gorszego. Co, jeśli nie powstało żadne opus magnum? Co, jeśli powieść Szara eminencja sprowadzała się do kopyta i kilku bryłek zbitych trocin, niczego więcej?
To oznaczałoby koniec literatury, a może nawet języka, przynajmniej dla naszej ósemki.
Właśnie wtedy Szwedzki odwrócił się do niej plecami. Wszyscy, łącznie z Ireną, wpatrywaliśmy się w niego. Przyklęknął na jedno kolano, zacisnął pięść na swojej czerwonej aksamitnej sakiewce, a drugą ręką odgarnął kilka paproci, odsłaniając leżący na ziemi rozłupany wiąz. Zmrużyliśmy oczy.
– Podejdźcie tu – rzucił swobodnie przez ramię. – Nie mogę w to uwierzyć.
Jego polszczyzna pobrzmiewała przyjemnym akcentem, ale w obecności Naszej Autorki rzadko ośmielaliśmy się wypowiadać na tematy inne niż ona sama, a w dni otwarcia zwykle w ogóle się nie odzywaliśmy. Zerknęliśmy na Irenę i zobaczyliśmy, że ona także nie wie, jak zareagować. Jej ponowne wahanie sprawiło, że przeszły nas ciarki.
W pewnej odległości od nas coś trzasnęło. Nasza Autorka skinięciem poleciła nam ruszyć naprzód, ale gdy już mieliśmy podejść na tyle blisko, by zobaczyć to, co tak urzekło Szwedzkiego, ten podniósł wzrok. Uśmiechnął się do Ireny, a my poczuliśmy, jak przeszywa ją dreszcz. Przez chwilę wpatrywał się jej w oczy, po czym na oślep sięgnął po truchło wiązu.
Odskoczył z chrapliwym wojowniczym pomrukiem, a z jego wolnej ręki zwisała żmija. Była ogromna – od głowy do ogona mierzyła chyba z metr – po jej skórze biegły pręgi niczym czarne diamenty, brzuch miała bulwiasty, jakby właśnie niewinnie skończyła się obżerać jakąś niewinną istotą. Wrzasnęliśmy i zamarliśmy porażeni. Wydawało nam się, że minęła cała wieczność, ale pewnie trwało to nie dłużej niż uderzenie serca. Żmija spadła, zwinęła się w kłębek z łbem odchylonym do tyłu i wciąż otwartą paszczą, zasyczała i zniknęła w zaroślach.
Jak jeden mąż rzuciliśmy się w stronę Szwedzkiego, część z nas chwyciła jego nietknięty nadgarstek. Ktoś powiedział: „Chodźmy” i wszyscy pognaliśmy z powrotem przez las tą samą drogą, którą przyszliśmy. Szwedzki powtarzał, że nic mu nie jest i po oględzinach okazało się, że dwa małe punkty między prawym kciukiem a palcem wskazującym prawie nie krwawiły. Zanim jednak dotarliśmy na łąkę, dookoła nich utworzyły się duże białe plamy, a grzbiet dłoni napuchł. Szwedzki powiedział nam, że ręka go mrowi, następnie zdrętwiała, i zanim dotarliśmy do domu, nie mógł już poruszać palcami.
W salonie skulił się z bólu. Z pomocą dwóch osób dotarł do szezlonga, gdzie ułożył się wygodnie, podczas gdy my zastanawialiśmy się, co dalej, i jednocześnie cieszyliśmy się jego nadzwyczajną bliskością. Zważywszy na to, co spotkało jego poprzednika, Czeskiego, mieliśmy wszelkie powody, by obawiać się o życie tego człowieka. Irena zniknęła w swoim pokoju. Szukaliśmy namiarów na lokalne szpitale i przeklinaliśmy nędzny zasięg sieci komórkowej w wiosce, kiedy powróciła z wiklinowym koszem fioletowych kwiatów o kolczastych delikatnych środkach i jasnych opadających liściach.
Irena uklękła przed Szwedzkim, a nam poleciła przynieść butelkę oleju słonecznikowego, dużą miskę, tłuczek i ręcznik. Rozbiegliśmy się więc na różne strony, a kiedy zebraliśmy się ponownie, zauważyliśmy, że całe przedramię Szwedzkiego jest spuchnięte aż po łokieć, ale on sam rozmawiał z Ireną spokojnie i tak cicho, że nikt z nas tego nie słyszał. Niemal nie odrywając wzroku od jego twarzy, rozprowadzała swoje błyszczące mazidło po jego zaognionej pozłacanej skórze.
– Czy to boli? – Usłyszeliśmy w końcu jej szept i w tym momencie wydała się nam boleśnie, niemal niewyobrażalnie piękna: była ciepłem, była wilgocią, była światłem, była niezachwianą doskonałością miliona miliardów płatków śniegu opadających w ułamku sekundy, była delikatna, była wieczna, była pamięcią, była miłością. Była wszystkim, czego kiedykolwiek pragnęliśmy, wszystkim, czego ktokolwiek na świecie mógłby zapragnąć. Klęczała przed nim, a on przygryzł dolną wargę i jęknął ochryple „mmm”.
Słysząc to, Irena wybiegła. Usłyszeliśmy, jak zamyka drzwi gabinetu. Kilka minut później rozległ się trzask, a potem stłumiony skowyt.
Nawet przez myśl nam nie przeszło, żeby ją skrzywdzić. Jak moglibyśmy to zrobić? Chcieliśmy tylko podążać jej śladem i uczynić go własnym. Wszyscy byliśmy w niej zakochani. Ja także byłam w niej zakochana.
[...]
Wydawnictwo Pauza powstało jesienią 2017 roku
na Saskiej Kępie w Warszawie. Zrodziło się z pasji –
do czytania i dobrej prozy zagranicznej.
Pauza specjalizuje się w literaturze z wyższej półki,
która wciąga, pochłania, wywołuje emocje.
Czytelnicy znajdą u nas znane i nagradzane książki
z całego świata, ale też mocne debiuty literackie.
Wymieranie Ireny Rey to dziewięćdziesiąta trzecia książka
Wydawnictwa Pauza.
Wcześniej ukazały się:
2018
Legenda o samobójstwie – David Vann
Pierwszy bandzior – Miranda July
Nasz chłopak – Daniel Magariel
Historia przemocy – Édouard Louis
Tirza – Arnon Grunberg
2019
Pasujesz tu najlepiej – Miranda July
O zmierzchu – Therese Bohman
Piękna młoda żona – Tommy Wieringa
Czekaj, mrugaj – Gunnhild Øyehaug
Floryda – Lauren Groff
Przyjaciel – Sigrid Nunez
Madame Zero i inne opowiadania – Sarah Hall
Mój rok relaksu i odpoczynku – Ottessa Moshfegh
Brud – David Vann
Koniec z Eddym – Édouard Louis
2020
Zgiń, kochanie – Ariana Harwicz
Linia – Elise Karlsson
Nocny prom do Tangeru – Kevin Barry
Ta druga – Therese Bohman
Dorośli – Marie Aubert
Turbulencje – David Szalay
Nikolski – Nicolas Dickner
Fauna Północy – Andrea Lundgren
Witajcie w Ameryce – Linda Boström Knausgård
Pełnia miłości – Sigrid Nunez
Przejście – Pajtim Statovci
Niebieska Księga z Nebo – Manon Steffan Ros
Dziennik upadku – Michel Laub
2021
Halibut na Księżycu – David Vann
Zabierz mnie do domu – Marie Aubert
Utonęła – Therese Bohman
Koniec dnia – Bill Clegg
Sempre Susan. Wspomnienie o Susan Sontag – Sigrid Nunez
Tęsknota za innym światem – Ottessa Moshfegh
Ostatnie stadium – Nina Lykke
Niepoprawna mnogość – zbiór opowiadań pod redakcją Lucy Caldwell
Wyznanie – Domenico Starnone
Za otrzymane łaski – Valeria Parrella
Trzymam wilka za uszy – Laura van den Berg
Kto zabił mojego ojca – Édouard Louis
Archiwum zagubionych dzieci – Valeria Luiselli
2022
Komodo – David Vann
Londyn – David Szalay
Wyspa kobiet – Lauren Groff
Wizyta – Katharina Volckmer
Ostatni wywiad – Eshkol Nevo
Strega – Johanne Lykke Holm
Intymności – Lucy Caldwell
Coś nie tak. Kobiecość i wstręt – Eimear McBride
Pomniejsi wędrowcy – Eimear McBride
Dla Rouenny – Sigrid Nunez
Zmagania i metamorfozy kobiety – Édouard Louis
2023
Odmawiam myślenia – Lotta Elstad
Elmet – Fiona Mozley
Mleko krew żar – Dantiel W. Moniz
Urugwajka – Pedro Mairal
Andromeda – Therese Bohman
Czy muszę odchodzić? – Yiyun Li
Wcale nie jestem taka – Marie Aubert
Fatum i furia – Lauren Groff
Nędza – Andrzej Tichý
Długa odpowiedź – Anna Hogeland
W lasach ludzkiego serca – Antje Rávik Strubel
Zmiana – Édouard Louis
Dostatek – Jakob Guanzon
Lapvona – Ottessa Moshfegh
Ptaki – Samanta Schweblin
2024
Słabsi – Sigrid Nunez
Eileen – Ottessa Moshfegh
Ostatni dzień na Ziemi – David Vann
Szczegóły – Ia Genberg
Fuga – Lauren Groff
Miałam tak wiele – Trude Marstein
Soho – Fiona Mozley
Zaproszona – Emma Cline
System – Amanda Svensson
Niewidzialni – Pajtim Statovci
Psychiatrzy i masażyści – Arnon Grunberg
Na czworakach – Miranda July
Dzikie bezkresy – Lauren Groff
Lot – Lynn Steger Strong
2025
Śmierć w jej dłoniach – Ottessa Moshfegh
Metry na sekundę – Stine Pilgaard
Gdzie indziej – Yan Ge
Nie jesteśmy tu dla przyjemności – Nina Lykke
Stan raju – Laura van den Berg
Goście – Agnes Ravatn
Tłusty róż – Fernanda Trías
Teo od 16 do 18 – Raluca Nagy
Góra prawdy – Therese Bohman
Wonderland – Hanna Nordenhök
Siedem pustych domów – Samanta Schweblin
