Szczęśliwy dom - Krystyna Mirek - ebook

Szczęśliwy dom ebook

Krystyna Mirek

4,4

20 osób interesuje się tą książką

Opis

Dom Heleny i Jana, położony na przedmieściach Krakowa, otoczony jabłoniowym sadem jest bezpieczną przystanią, do której zawsze mogą wrócić ich cztery, dorosłe córki. Z ganku można zejść prosto do ogrodu, jabłonie szumią łagodnie, rodzą piękne dorodne jabłka i trwają. Każda z czterech córek, Maryla, Gabrysia, Julia i Aniela może w każdej chwili schronić się w jego przytulnym wnętrzu.

Jan, dżentelmen starej daty, właściciel małej księgarni stworzył piękny dom. Dla ukochanej żony i córek. Ale po latach widzi, że coś się w tym pięknym planie nie zgadza. Dzieci, które wyrosły w tak niezwykłej atmosferze nie potrafią dobrze ułożyć sobie życia. Córki błądzą i wciąż podejmują złe decyzje. Dlaczego?

Czterdziesta rocznica ślubu zbliża się wielkimi krokami. Uroczystość, która miała być wielkim, radosnym wydarzeniem zmieni życie wszystkich członków rodziny. Czasem los prowadzi nas swoimi drogami, drwi z planów i celów, jakie sobie wyznaczamy. Bywa, że tajemnice z przeszłości nie dają o sobie zapomnieć i kładą się długim cieniem na życiu całej rodziny.

SZCZĘŚCIARZEM JEST TEN, KTO MA ZAWSZE DOKĄD WRACAĆ. DO SZCZĘŚLIWEGO DOMU, KTÓRY POZWOLI PRZECZEKAĆ KAŻDĄ BURZĘ I DA SWOIM MIESZKAŃCOM SIŁĘ DO KOLEJNEGO KROKU. BO Z KAŻDEJ SYTUACJI JEST WYJŚCIE, TRZEBA JE TYLKO ODNALEŹĆ.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 301

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




 

 

 

 

 

 

 

ROZDZIAŁ 1

 

 

 

 

– Miłość jest przereklamowana. – Ciotka Marta postawiła na ganku kosz pełen dorodnych jabłek i z westchnieniem ulgi usiadła na krześle. Wczesne papierówki pachniały latem. Julia schyliła się, wzięła do ręki żółty kształtny owoc i przytuliła do policzka. Ciotka zrywała te jabłka zawsze pod koniec lipca i nie szczędząc komentarzy, zabierała się do letnichprzetworów.

– Mówię ci… – Ciotka poprawiła staroświecką chustkę, po czym otarła spocone czoło. – Nie przejmuj się tak bardzo. Przeceniamy miłość. Zbyt wielkie oczekiwania niosą tylko rozczarowania, płacz, zawiedzione nadzieje. Dobry, uczciwy układ jest o niebo lepszy.

Julia wbiła zęby w soczysty miąższ jabłka. Po brodzie pociekł jej słodki sok.

– Uwielbiam takie ciepłe od słońca papierówki – powiedziała, wycierając się wierzchem dłoni, jak w dzieciństwie.

– Chcesz zmienić temat? Proszę bardzo. – Ciotka nie dała się nabrać. – Masz prawo. Ale przecież to ty zaczęłaś.

– Bo już naprawdę nie wiem, co robić – przyznała się Julia.

– A kto wie? – zapytała ciotka filozoficznie. Przesunęła nogą kosz. – Będziesz teraz roztrząsać sprawy ostateczne czy mogę cię zaprząc do jakiejś pożytecznej roboty? Jabłka obrodziły, trzeba obierać…

– Dobrze, ciociu – posłusznie odparła Julia, jakby znów była małą dziewczynką. – A mamy nie ma? – Przezornie rozejrzała się wokół, szukając wsparcia. Na szerokiej werandzie stało już dziewięć koszy wypełnionych po brzegi pięknymi żółtozielonymi owocami. Julia wiedziała, że ciotka będzie pracować tak długo, aż w każdym z nich ukaże się wiklinowe dno.

– Pojechała na pierwsze zakupy. – Ciotka Marta znów poprawiła zjeżdżającą na czoło chustkę. – Jak zwykle przywiezie za dużo jedzenia. A wy wszystkie będziecie się stresować jak przed sprawdzianem z fizyki. Rocznice ślubu twoich rodziców to niebezpieczny czas. Za dużo emocji.

– Nie przewiduj najgorszego. – Julia walczyła o bardziej pogodną wersję. – Może w tym roku stanie się inaczej?

– Mowy nie ma! – Ciotka była zatwardziałą pesymistką. – Jeśli coś może pójść źle, z pewnością tak się stanie. Licho nie zmarnuje okazji.

Julia roześmiała się.

– Zwykle się z tobą nie zgadzam – powiedziała, biorąc do ręki ostry nożyk i jabłko. – Ale powiem ci szczerze, że tym razem sama nie mogę się pozbyć delikatnego niepokoju.

– I bardzo słusznie. – Ciotka obierała równo, pozwalając, by łagodne okręgi skórek opadały na jej kolana. – Tu nie ma czego aż tak bardzo świętować. Czterdziesta rocznica. Starość i tyle. Za nimi najlepsze lata, a w perspektywie… szkoda nawet myśleć, co. Ja i tak się dziwię, że to małżeństwo tak długo przetrwało. Niejedno przecież razem przeszli. Może właśnie to jest powód, żeby urządzać tę całą celebrę? – zastanowiła się.

Julia rozejrzała się wokół z przestrachem. O rodzicach mówiło się wyłącznie dobrze. Zdawali się jedynym trwałym punktem w zmiennym wszechświecie. Mama zwykle powtarzała, że dopóki mają siebie nawzajem, żadna siła ich nie złamie. Julia chwytała się tych słów w każdej trudnej chwili życia. Teraz też przybiegła tutaj, by usiąść na drewnianym ganku, posłuchać, jak szumią drzewa, ogrzać się w słońcu, poczuć zapach obiadu dobiegający z kuchennego okna i złagodzić niepokój, z którym zmagała się od kilku miesięcy.

Nawet słyszeć nie chciała, że coś mogłoby zachwiać tą stabilną twierdzą, którą był dom rodzinny.

– Jak możesz tak mówić? – oburzyła się. – Rodzice są bardzo szczęśliwi, jeszcze wiele dobrego ich czeka.

– Na dodatek twoja mama uparła się, że to będzie najpiękniejsza uroczystość ze wszystkich dotychczasowych – ciągnęła Marta niewzruszenie. – Takie deklaracje niczego dobrego nie wróżą.

– Ciociu, proszę cię. Wiesz przecież, że mama przywiązuje wielką wagę do rodzinnych tradycji. Celebruje wszystkie jubileusze. To dzięki niej ten dom jest wyjątkowym miejscem.

– W tym miejscu się zgodzę – przytaknęła ochoczo ciotka. – Normalności u was za grosz.

– Nie o to mi chodziło!

Marta poprawiła chustkę i wyćwiczonymi ruchami szybko obierała kolejne jabłka.

– Helena ogłosiła dzisiaj rano, że zorganizuje perfekcyjną uroczystość i niech nikt nie waży się jej przeszkodzić – powiedziała złowieszczym tonem. – Przewiduję katastrofę tak samo wielką, jak wysoki jest poziom starań, żeby wszystko wypadło idealnie. To się nie uda. Zbyt ciasnego prześcieradła na słonia nie naciągniesz. Zawsze ci gdzieś będzie wystawał kawałek popielategotyłka.

Julia roześmiała się, choć przyjechała do domu w złym nastroju i żarty wyjątkowo jej nie śmieszyły.

– Obie mamy nie najlepsze przeczucia – powiedziała – ale to na szczęście bez znaczenia. Znam mamę i wiem, że jeśli coś sobie postanowi, osiągnie cel.

– Oczywiście. – Ciotka zgodziła się dla świętego spokoju. – Nie mam zamiaru się kłócić, choć ośmielę się wtrącić, że ja znam twoją mamę, a moją siostrę, o wiele dłużej niż ty. Ale dość o tym. Są teraz ważniejsze sprawy. Co cię trapi, powiedz szczerze. Przecież wiem, że bez powodu tu nie przyjechałaś.

Julia zaczerwieniła się lekko, a krzywo ucięta skórka od jabłka spadła na podłogę.

– Owoców nie marnuj – skarciła ją ciotka. – Darów Bożych.

Julia wyprostowała się odruchowo. Poprawiła ułożenie nożyka i starannie obrała jabłko do końca. Odłożyła owoc, po czym spojrzała na siedzącą po drugiej stronie stołu siostrę mamy. To nie był dobry pomysł. Ciotka natychmiast wykorzystała ten krótki moment nieuwagi, zajrzała siostrzenicy w oczy i tą drogą, jak zwykle bez trudu wniknęła w głąb duszy. Spenetrowała sprawnie wszystkie zakamarki, po czym postawiła błyskawiczną diagnozę.

– Tak przypuszczałam – westchnęła z satysfakcją. – Dorosła kobieta, wykształcona, pani weterynarz prowadząca własny gabinet, a boi się przyznać, że wciąż jest sama i w głębi serca marzy o ognistym romansie…

– Przestań! – zawołała Julia, zrywając się z krzesła. – To nieprawda. Spotykam się przecież z Ksawerym! Od lat – dodała z naciskiem.

– Oczywiście. – Ciotka przyjęła ten wybuch z właściwą sobie rezerwą. – Ja się z aptekarzem też spotykam raz w tygodniu, a bywa, że i częściej. Ale to nic jeszcze nie znaczy.

Julia odłożyła trzymane w rękach jabłko. Była bardzo wzburzona. Nagle pożałowała spontanicznego odruchu, który kazał w trudnej sytuacji chronić się w zaciszu rodzinnego domu.

– Jak możesz tak mówić? Jesteśmy naprawdę szczęśliwi. Wiem, co robię. Całe życie patrzyłam na małżeństwo moich rodziców. Zbuduję takie samo. Przecież to oczywiste, że ich związek jest taki trwały, bo codziennie się o niego starają.

– To prawda – ostrożnie przyznała ciotka. – Ale widzisz, jest tu jeszcze jeden element. Oni się bardzo kochają, choć z pewnością nie są idealną parą. Mają na przykład pewną skłonność do zamiatania problemów pod dywan.

– Ja też kocham Ksawerego! – Julia wstała i rzuciła nożyk na stół. Na gładkiej ciemnobrązowej powierzchni zaznaczyła się cienka rysa.

– W porządku. – Uśmiechnęła się ciotka. – Nie rozumiem, dlaczego w takim razie tak bardzo się gorączkujesz. Nikt przecież nie podważa waszego wzajemnego uczucia. Wręcz przeciwnie, cała rodzina czeka niecierpliwie na zaręczyny. Tylko mnie dręczy pewien niepokój – powiedziała i znów czujnie spojrzała na siostrzenicę.

– Nie lubisz Ksawerego? – zdumiała się Julia.

Jej chłopak był z kategorii tych, którzy błyskawicznie podbijają serca mam, babć i ciotek. Zawsze starannie ubrany, kulturalny, ułożony. Na dodatek z pierwszymi sukcesami zawodowymi na koncie.

– Bardzo go lubię. – Ciotka Marta podniosła głowę, w jej oczach była powaga. – Ale obawiam się, że ty trochę nie doceniasz. To może być największy błąd twojego życia. Czasem lepiej porzucić mrzonki i skupić się na rzeczywistości. Brać, co los daje.

Tego było dla Julii zbyt wiele. Oczywiście, jadąc tutaj, miała świadomość, że spotka ciocię Martę. Liczyła na szczerą rozmowę, chciała uspokoić pewien zamęt w sercu, który w miarę zbliżających się zaręczyn zdecydowanie się nasilał, ale przecież nie w ten sposób! Co to za dziwne uwagi?

– Niepotrzebnie poruszamy ten temat – powiedziała szybko, zdecydowana zakończyć rozmowę. – Lepiej go zmieńmy, inaczej tylko się pokłócimy. Twoje wnioski są zupełnie bezpodstawne. Poza tym i tak muszę już wracać. Zostawiłam wspólniczkę samą, a mamy dwa koty w sali pooperacyjnej, sprawdzę, co u nich.

– Zrobisz, jak uważasz. – Ciotka ze spokojem patrzyła na falującą od skrywanych emocji pierś dziewczyny, jej kręcone jasne włosy rozwichrzone z powodu gwałtownego poprawiania fryzury, zaciśnięte usta i gniewny wzrok. Wychowała cztery córki swojej siostry. Była trwale uodporniona na wybuchy emocji. – Ale coś ci powiem – odezwała się jeszcze. – Ja bym na twoim miejscu przestała tyle myśleć. Ksawery to świetny facet. Miły, odpowiedzialny, pracowity, do tego dość przystojny. Czego ty jeszcze chcesz?

Julia milczała. Odpowiedź na to pytanie była zbyt zawiła i stanowczo za bardzo osobista.

– Wiem. – Ciotka wrzuciła obrane i podzielone na cząstki jabłko do dużego garnka. – Chcesz iść na wrzosowisko i zapomnieć wszystko… Nie radzę.

– Wychodzę. – Julia ostentacyjnie zeszła po drewnianych schodkach werandy.

– Kiedyś też tak myślałam – powiedziała ciotka, a Julia mimo woli się zatrzymała. – Sądziłam, że gdybym mogła cofnąć czas, ale zachować swój rozum, podjęłabym inne decyzje. Nie poślubiłabym tego człowieka. Pozwoliłabym mu żyć w spokoju. Poszukałabym kogoś o bardziej walecznym sercu. Poszłabym w szał, na wrzosowiska…

Julia stała oparta o dębową barierkę ganku i ze zdumieniem wpatrywała się w ciotkę.

– Tak – westchnęła Marta. – Tak sobie właśnie myślałam i byłam nawet gotowa podejmować z tego powodu życiowe decyzje. Ale dzisiaj wiem, że nic by to nie pomogło. Gdybym poszła tamtą drogą, zapewne całe życie tęskniłabym za bezpiecznym ciepłym domem, jaki dał mi mój mąż. Nie pokonasz systemu. Zawsze czegoś będzie ci brakowało. Nikt nie ma wszystkiego.

Julia wróciła do stołu. Pocałowała ciotkę w czubek głowy i pożegnała się z nią serdecznie. Nie chciała już żadnych rad. Szybko zbiegła po stopniach ganku. Poczuła pod stopami miękką trawę i mimo woli spojrzała na ciągnący się dalej sad. Jabłonie uginały się pod ciężarem dojrzewających powoli owoców. Wczesne grusze złociły się już w rozłożystych koronach starych drzew. Nieco dalej zieleniły się brzoskwinie, a w głębi czekały na swoją kolej sękate śliwy.

Zbliżał się wieczór, ale pszczoły wciąż pracowały, poszukując lepkiego, słodkiego soku w owocach. Kojący dźwięk ich skrzydeł połączony z delikatnym ciepłem zachodzącego słońca łagodził rozedrgane nerwy. Julia odetchnęła. Dom spełnił jednak swoją funkcję. Jak zawsze.

Nie odwróciła się, by spojrzeć na jego doskonale znajomą sylwetkę. Bała się, że ciotka zawoła ją z powrotem na ganek i znów zacznie przytaczać swoje argumenty. Ruszyła ścieżką wysypaną jasnym żwirkiem. Nie musiała się oglądać. Z zamkniętymi powiekami potrafiła odtworzyć każdy szczegół tego miejsca. Szeroką bryłę domu obłożonego dębowymi deskami, otwarte okna, z których wiatr wiecznie wywiewał firanki, i drewnianą werandę od strony sadu z kołyszącymi się kwietnikami oraz kaskadami pnączy całorocznych truskawek.

Doszła do bocznej furtki i zamknęła ją za sobą. Stanęła na chodniku, po czym starannie ominęła wzrokiem posesję sąsiada. Nie było to takie proste. Dorodne stare dęby nie pozwalały się ignorować, dominując nad otoczeniem. Julia zerknęła tylko na chwilę na ich imponujące korony. To był błąd. Wzrok bowiem szybko ześlizgnął się z majestatycznych drzew, by utknąć w rogu ogrodu, gdzie, dyskretnie osłonięte przed światem gęstymi leszczynami, kłębiły się maliny. Ale nie takie zwykłe, ogrodowe, karnie posadzone w równych rzędach. To był prawdziwy gąszcz, pełen tajnych ścieżek i ukrytych zakamarków, mieniący się w słońcu czerwienią owoców. Ich kolor kojarzył się z krwią i gorącą miłością.

Julia przyłożyła kluczyki samochodowe do rozpalonego nagle policzka.

Nie myśl – nakazała sobie i skierowała się szybko w stronę zaparkowanego niedaleko auta. Ale stanowcze polecenie na nic się zdało. Wspomnienia napływały falami, choć wydawało się, że już dawno dały jej spokój. Nieszczęsna rocznica znów burzyła poukładaneżycie.

Tamtego wieczoru rodzice też świętowali.

Julia wzięła głęboki oddech i wreszcie odpędziła niebezpieczne obrazy. Malinowy chruśniak to dla niej nie tylko zwrot z wiersza Leśmiana. Doświadczalne sprawdzanie prawdy zawartej w poezji przez dwoje świeżo upieczonych maturzystów sprawiło, że do tej pory Julia nie mogła spokojnie jeść tych owoców ani nawet spoglądać w stronę ogrodu sąsiada. Choć minęło wiele lat…

Miał Leśmian, skubaniec, rację – pomyślała Julia. – Poezja mówiła prawdę. To, co wtedy przeżyła w rozpalonym słońcem malinowym chruśniaku, było równie namiętne i niezwykłe jak scena z wiersza opisana przez poetę. Wszystko się zgadzało, a nawet można by się pokusić o stwierdzenie, że przeszło najśmielsze oczekiwania.

Julia otarła czoło i na lekko tylko drżących nogach podeszła do samochodu.

Dlaczego tutaj zaparkowałam? – zastanowiła się przez chwilę. – Przewidziałam spór z ciotką? Wiedziałam, że trzeba będzie uciekać na skróty?

Ciotka miała trochę racji. Bliskość rodzinnej uroczystości nie pozostawała bez wpływu na cztery siostry Zagórskie. Wszystkie czuły się zwykle o tej porze roku jak wezwane do raportu. Ich życie, przyłożone do idealnego wzorca, którym był związek rodziców, nigdy nie prezentowało się wystarczająco dobrze. Mniej lub bardziej świadomie próbowały trochę podkręcić swój wizerunek. Rocznica ślubu rodziców miała być w tym roku świętowana wyjątkowo uroczyście, ale i bez tego zawsze stanowiła okazję do różnych podsumowań i postanowień.

Czy to dlatego chcę się zaręczyć właśnie teraz? – Julia zastanowiła się chwilę, ale szybko odrzuciła tę niedorzeczną myśl.

Związek z Ksawerym od lat dojrzewał do tego kolejnego etapu, a taka ważna decyzja wymagała odpowiedniego momentu. Julia uspokajała się logicznymi argumentami.

Fakt, że właśnie dzisiaj wspomnienia zaatakowały z taką mocą, również uznała za zupełnie przypadkowy. Bo przecież nie zostawiła tutaj samochodu specjalnie, żeby przywoływać obraz niewidocznego od frontu malinowego zagajnika. Po cóż miałaby to robić? Żeby potem atakowały ją wyczerpujące, choć rozkoszne sny o niemożliwym? Z takich mrzonek wyleczyła się dawno. Sama wymyśliła terapię. W końcu była lekarzem, choć o zupełnie innym profilu. Kuracja, którą sobie zaaplikowała, początkowo bardzo bolała, ale okazała się skuteczna.

Pozbyła się wszystkich pamiątek. Wyrzuciła zdjęcia i listy. Wyczyściła dysk komputera. Obcięła włosy, które on tak bardzo lubił, i pozwoliła Ksaweremu zaprosić się na wspólny wakacyjny wyjazd. Jak surowy strażnik pilnowała czujnie swojego umysłu. W bramie postawiła wartę. Jeśli tylko jakieś wspomnienie próbowało się dostać, zabijała je bez litości. Po kilku miesiącach zaczęła się przyzwyczajać. Po paru latach wydawało jej się, że już zupełnie zapomniała.

Włosy odrosły i już nie przywoływały skojarzeń. Skończyła studia, założyła gabinet weterynaryjny i ze wszystkich sił pielęgnowała związek z Ksawerym.

Feliks, jej młodzieńcza miłość, wyjechał tuż po maturze, co znacznie ułatwiło jej zadanie. Studiował w Monachium, a potem został tam na stałe. Rzadko odwiedzał ojca. Do Julii po ich burzliwym rozstaniu nie odezwał się ani słowem. Dzięki temu oboje mogli raz na zawsze zamknąć ten romantyczny rozdział i spokojnie zacząć dorosłe życie. Ale sprawy nie chciały układać się w prosty sposób.

Julia otworzyła drzwiczki swojego wysłużonego forda, strzepnęła z fotela psią sierść, która wiecznie fruwała wokół. Samochód służył niejednemu zaprzyjaźnionemu zwierzakowi. Na tylne siedzenie rzuciła opakowanie suchej karmy dla chomika. Od tygodnia woziła je tam i z powrotem, ciągle zapominając zabrać do domu. W końcu mogła usiąść za kierownicą. Spojrzała na zegarek. Późno. Ruszyła z piskiem opon, nie rozglądając się na boki, i szybko pokonała pustą, senną uliczkę niewielkiego podkrakowskiego miasteczka. Wyjechała na poprzecinaną światłami dwupasmówkę, po czym przepchnęła się z większym już trudem przez zakorkowane o każdej porze centrum i poruszając się coraz szybciej, wyjechała w stronę swojego osiedla.

Stare blokowisko budowane w czasach, gdy samochody stanowiły dobro wydzielane na talony, służyło wolnymi miejscami parkingowymi wyłącznie przed południem, kiedy znaczna część mieszkańców przebywała w pracy. W późniejszych godzinach wąskie ulice zapełniały się szczelnie pojazdami, utrudniając przejazd, a wolna przestrzeń przenosiła się w sferę marzeń niemożliwych do zrealizowania. Julia była do tego przyzwyczajona. Cierpliwie jeździła pomiędzy ciasno ustawionymi autami, by w końcu, jak wytrawny łowca, błyskawicznie zareagować na niespodziewaną okazję i z precyzją zaparkować w wąskiej szczelinie, szybciej niż czająca się na to samo miejsce konkurencja.

Mężczyzna w czarnym audi uderzył dłonią w kierownicę.

Julia uśmiechnęła się do niego, starając się osłodzić przegranemu porażkę. Potem trzasnęła mocno drzwiczkami i pobiegła w stronę wejścia do bloku, w którym wynajmowała mieszkanie.

Nie lubiła tego miejsca, ale na razie nie miała wyboru. Wysokie wieżowce otaczały – a wręcz można by powiedzieć – osaczały z każdej strony. Ciasno postawione, zasłaniały widok. Żeby zobaczyć większy skrawek nieba, należało bardzo wysoko unieść głowę, a i tak był to tylko mały, nędzny kwadrat. Za każdym razem, kiedy Julia szła z parkingu w stronę klatki schodowej, widziała nad głową zbliżający się cień potężnego szarego bloku. Dzisiaj już się takich nie buduje. Kilkaset metrów dalej powstało nowoczesne osiedle dwupiętrowych zaledwie budynków z ładnymi funkcjonalnymi mieszkaniami wyposażonymi w przestronne balkony. Ale ceny kupna czy choćby wynajmu były dla Julii zaporowe. Nawet nie spoglądała w tamtą stronę.

Od kilku lat najważniejsza była przychodnia. Faza inwestowania we własną działalność, charakterystyczna dla rozwijających się firm, zdawała się nie mieć końca. Ale Julia była cierpliwa i gotowa na poświęcenie. Wiedziała, że jeśli przetrwa, będzie mogła pracować na własnych warunkach. A to było warte każdej ceny.

 

***

Helena stanęła w ogrodzie. Pomasowała dłonie, na których odbiły się czerwone pręgi od wtaszczonych właśnie do domu ciężkich siat z zakupami. Mąka, cukier, mleko, woda mineralna, ziemniaki – wszystko to ważyło naprawdę sporo. Jan znowu będzie zły, że zrobiła to sama, ale nie chciała czekać. Z natury była dość niecierpliwa i lubiła, kiedy jakąś pracę, zwłaszcza niezbyt przyjemną, można było uznać za skończoną i przejść do następnego punktu.

Ten zdecydowanie bardziej jej się podobał. Spacer w sadzie. Odprężający jak zabieg w najlepszym spa. Delikatny wiatr pachnący trawą z okolicznych pól, słodyczą dojrzewających owoców i aromatem kwiatów pieścił łagodnie jej twarz. Bose stopy masowała miękka trawa, lekko już wilgotna od wieczornej rosy. Helena wdychała ożywcze powietrze, zrywała borówki prosto z krzaka i przyglądała się jabłoniom. Ich obficie obsypane owocami gałęzie prawie sięgały ziemi.

Żałowała, że nie zdążyła spotkać się z Julią. Szkoda, że Marta nie zatrzymała jej dłużej. Można by porozmawiać o zaręczynach. Był to temat wielokrotnie już poruszany, ale dla obojga rodziców tak przyjemny, że właściwie niemożliwy do wyczerpania.

W marzeniach Helena już widziała swoją córkę w pięknej białej sukni, schodzącą po drewnianych schodach z piętra jak w najbardziej romantycznych starych filmach.

Kobieta zatrzymała się pod rozłożystą koroną złotej renety. Stara odmiana późnych jabłek rosła tu od wielu lat. Helena podniosła głowę, by przez zieleń liści spojrzeć w niebo. Było piękne, a liście rysowały na jego tle niepowtarzalną i piękną zieloną koronkę. Odetchnęła głęboko. Czuła, że dla jej rodziny, po ostatnich kłopotach, zbliża się lepszy czas.

Z przyjemnością zaczerpnęła powietrza, po czym ruszyła dalej. W myślach znów planowała rocznicowe przyjęcie. Bardzo lubiła, kiedy rodzina w komplecie gromadziła się przy stole.

 

***

W tym samym czasie po drugiej stronie ulicy Leszek Trąbski usiadł na tarasie. Miał stąd doskonały widok na ogród sąsiada i większą część sadu. Nie umiałby już zliczyć wieczorów, które spędził w ten właśnie sposób. Dzisiaj jednak było mu szczególnie trudno. Wiedział, że zbliża się czterdziesta rocznica ich ślubu.

Kiedy te lata minęły, nie umiałby powiedzieć. Dla niego wszystko było tak żywe, jakby działo się teraz. Wspomnienie tamtego dnia bolało dokładnie tak samo jak wtedy. A jeśli tylko choć na chwilę zapomniał, co roku mu o tym hucznie przypominano. Już trzydzieści dziewięć razy obserwował gości podjeżdżających pod dom Zagórskich, by świętować rocznicę ślubu Heleny i Jana. Zmieniały się samochody, rozrastał dom, drzewa w sadzie stawały się coraz starsze i wciąż przybywało nowych. A on tkwił niezmiennie na tarasie, patrzył, cierpiał, obmyślał mniej lub bardziej trafne sposoby zemsty. Nigdy jednak nie wykonał żadnego konkretnegokroku.

Oni wciąż byli dwiema najbliższymi mu osobami. Nie mógłby ich skrzywdzić.

Teraz jednak poczuł, że dłużej tego nie wytrzyma. Doszedł do jakiejś granicy. Czterdziesty raz nie zdzierży. Tym bardziej że tego roku święto miało być wyjątkowe. Słyszał oczywiście o planowanych zaręczynach Julii. W małym miasteczku nic się nie ukryje. Zwłaszcza wśród bliskich sąsiadów. Już sobie wyobrażał tę uroczystość. Na tej cholernie pięknej werandzie, którą Jan skonstruował własnymi rękami, albo romantycznie w sadzie, wśród drzew. Z wyjątkowym jedzeniem, piękną dekoracją oraz liczną rodziną zgromadzoną przy stole. Żeby dopełnić tego wzorcowego obrazka, należy jeszcze dodać dzieci biegające po trawie. Bo Zagórscy, w przeciwieństwie do niego, doczekali się dwóch udanych, żywiołowych wnuków oraz uroczej wnuczki.

Leszek zgrzytnął zębami. Starał się nie zazdrościć. Dobrze wiedział, jak destrukcyjne jest to uczucie. Ale to było bardzo trudne.

W każdej innej sprawie był człowiekiem walczącym. Zbudował od zera świetnie prosperującą firmę, był jednym z najbardziej zamożnych mieszkańców miasteczka, a kiedy wcześnie owdowiał, wychował samotnie dwóch synów, co nie jest łatwym zadaniem.

Tylko w tej jednej kwestii nie mógł się zdobyć na stanowczość.

Jednak właśnie poczuł, że coś się zmieniło. Zamierzał zawalczyć o przynajmniej jeden kawałek słodkiego rocznicowego tortu. Nie wszystko przebiegnie zgodnie z pięknym planem Heleny.

– Zaręczyn nie będzie – powiedział głośno, choć nikogo obok nie było. – A już na pewno nie w waszym ogrodzie. – Spojrzał w stronę domu sąsiadów. – Nie dopuszczę do tego.

Sięgnął po telefon i szybko wybrał odpowiedni numer.

 

***

Julia weszła do środka, po czym otworzyła drzwi do wynajmowanej kawalerki, której zasadniczą i właściwie jedyną zaletą był niski czynsz. Jak zwykle na chwilę przymknęła oczy, by przygotować się psychicznie na znajomy widok. Ciemna boazeria, pamiętająca jeszcze czasy głębokiej komuny, sięgała aż pod sufit i sprawiała, że maleńki pokój robił dość ponure wrażenie. Mimo wielokrotnie podejmowanych prób nie udało się przekonać właściciela, by zerwał to draństwo i zastąpił je jakąś optymistyczną jasną tapetą. Mężczyzna kochał swoją boazerię wielką miłością. Kto wie, może nawet namiętną. W każdym razie na żadną zmianę się nie zgadzał.

Żwirek, ukochany chomik Julii, spał zwinięty w kłębek w kącie klatki. Kiedy Julia położyła kluczyki na stoliku, nawet się nie poruszył, choć zwykle natychmiast reagował na powrót pani.

– Obraziłeś się? – Julia podeszła do klatki. – Wiem, że jest późno, ale miałam dzisiaj sporo pacjentów.

Kupka trocin zdawała się wyniośle trwać nieruchomo.

– Przepraszam – mówiła Julia. – No wyjdź.

Włączyła górne światło, a pomieszczenie zyskało nieco ciepła. Góra trocin lekko się poruszyła się i wreszcie Żwirek zdecydował się wyjść. Stanął na dwóch łapach i patrzył na swoją panią. W ciemnych oczkach miał wyraźny wyrzut. A może tak jej się tylko wydawało? Może to tylko własne nieczyste sumienie ją gryzło?

– Chodź, kochany. – Delikatnie wyciągnęła zwierzątko. – Już jestem i zadbam o ciebie. Dzisiejszy wieczór należy do nas. Jak prawdziwi ludzie biznesu zadbamy najpierw o przyjemności, a obowiązkami, zwłaszcza nieprzyjemnymi, zajmiemy się później.

Żwirek spojrzał na nią z jawną ironią. Nigdy nie prowadził żadnej działalności, ale chyba nawet on był świadomy, że taka polityka do niczego dobrego nie doprowadzi.

– Wyluzuj. – Julia pogłaskała go najmniejszym palcem po głowie. – Trzeba być innowacyjnym. Ja właśnie jestem. Mam wyjątkowo nowoczesny stosunek do biurokracji. Wierzę w nią i liczę na to, że załatwi się sama.

Włożyła ulubieńca do specjalnej prostokątnej skrzyni bez pokrywy, w której Żwirek miał przemyślnie skonstruowany wybieg. Z kawałków drewna, rolek papieru i innych bezpiecznych materiałów powstały przeszkody, które lubił pokonywać w swoim własnym tempie. Julia uważała popularne kule do biegania za barbarzyństwo ograniczające swobodę zwierzaków.

Kiedy już wysprzątała jego klatkę, wypuściła ulubieńca na chwilę na wolność, żeby sobie pobiegał po pokoju. Ale Żwirek jak zwykle zlekceważył tę prostą rozrywkę. Błyskawicznie schował się za szafą, by po chwili wyjrzeć po drugiej stronie, i prezentując sam koniuszek nosa, błyskać koralikami oczu.

Uwielbiał tę rozrywkę, a Julia pozwalała na nią, bo szczelina za szafą była szeroka i bezpieczna.

– Wyłaź stamtąd – zawołała pro forma, ale zwierzak jak zwykle nawet nie drgnął. – No dobrze. Siedź, jeśli jesteś taki uparty. Zobaczymy, jak długo wytrzymasz.

Julia podeszła do niewielkiej wnęki kuchennej.

Przygotowała sobie skromną kolację, po czym na jedynym wolnym rogu stołu postawiła talerzyk z kanapkami oraz kubek. Odsunęła faktury, oparła głowę na obu dłoniach i zaczęła się zastanawiać, czym martwić się w pierwszej kolejności: problemami prywatnymi czy słabą kondycją firmy. Wybrała zawodowe kłopoty. Były bardziej konkretne i mimo wszystko łatwiejsze do rozwiązania.

Spojrzała na stos firmowych dokumentów z jawną niechęcią. Musiała podjąć jakieś stanowcze decyzje. Dalsze chowanie głowy w piasek mogło bowiem doprowadzić do utraty przychodni, a takiego ciosu by nie zniosła.

Zerknęła na zegarek. Późna pora nie sprzyjała pracy ani poważnym decyzjom.

Zacznę jutro – postanowiła uroczyście. Uspokoiwszy tym pozornym działaniem swoje sumienie, zaczęła się przygotowywać do snu. Włożyła chomika z powrotem do jego „domku” i nastawiła budzik na bardzo wczesną porę, żeby przed pracą ze świeżym umysłem zabrać się do porządkowania dokumentacji.

Jednak kiedy bladym świtem telefon rozśpiewał się skoczną melodią, zareagował na to wyłącznie Żwirek. Wygrzebał się z kupki trocin i stanął na dwóch łapkach, gotowy do działania. Ale jego pani daleka była od takich zdecydowanych ruchów. Jedyne, na co mogła się zdobyć o tak nieludzkiej porze, to wystawić dłoń spod kołdry i prawie na oślep wyłączyć telefon.

Zrobiła to, po czym z westchnieniem ulgi odwróciła się twarzą do ściany.

Jeszcze zdążę. – To była jej ostatnia myśl tuż przed ponownym zanurzeniem się w świat snu. Za folgowanie lenistwu została ukarana natychmiast i na miejscu. Powinna była wstać, jak wcześniej zaplanowała. Ledwo bowiem na dobre zamknęła oczy, sen przeniósł ją w dobrze znane miejsce, do którego na jawie starała się nigdy nie wracać. Znów szła aleją ocienioną koronami kwitnących kasztanowców, wokół niej szalał maj, prezentując wszystkie swoje wdzięki. Pachniały bzy, wiał lekki wiatr, a trawa błyszczała nowiutką, świeżą zielenią. W oddali, na końcu alejki stał ciemnowłosy chłopak w dżinsowej kurtce. Czekał na nią. Nie miała wątpliwości. Wciąż na nią czekał.

Zerwała się gwałtownie. Serce mocno jej biło. Drżącą dłonią wzięła stojącą na podłodze butelkę z wodą i łapczywie wypiła prawie połowę zawartości, oblewając sobie brodę, dekolt i koszulę nocną.

Otarła spocone czoło, po czym szybko wyskoczyła z łóżka. Spojrzała z wdzięcznością na faktury. Po wczorajszym zniechęceniu nie było już ani śladu. Właśnie tego teraz potrzebowała najbardziej. Konkretnej pracy, wysiłku umysłowego, całkowitej koncentracji na mozolnych obliczeniach. Było to niezbędne, aby ujarzmić wspomnienia.

Godzinę później stos papierów znacznie się skurczył, a cztery kolorowe segregatory pęczniały starannie poukładanymi dokumentami. Julia przetarła zmęczone oczy, ale nie przerwała pracy. Wiedziała, że niebezpieczne wspomnienia wciąż czają się na obrzeżach świadomości. Potrzebowała jeszcze większej dawki wysiłku.

– Nie ma po co wracać do zamkniętej przeszłości – szeptała, otwierając kolejną kopertę z plamami po kawie. – Swoją rzeczywistość trzeba budować świadomie. Podejmować dobre decyzje i być konsekwentnym. Szczęśliwe związki są możliwe. Ja taki zbuduję. Będzie tak samo piękny jak małżeństwo moich rodziców.

Codziennie obserwowała ich starania, była przekonana, że doskonale wie, jak to zrobić.

Rodzice sporo pracowali. Utrzymanie domu i gromadki dzieci nie należy do łatwych zadań. Ale zawsze znajdowali czas dla siebie. Jedną z wielu żelaznych zasad stanowiło wspólne przygotowanie i spożycie przynajmniej jednego posiłku w ciągu dnia. Czasem była to tylko wieczorna herbata na tarasie, ale ta chwila na rozmowę musiała się znaleźć.

Zawsze się też wzajemnie wspierali, przymykali oczy na drobne sprawy i celebrowali własne tradycje, święta, rocznice. Dużo rozmawiali i mieli wspólne pasje.

Julia próbowała podtrzymać się na duchu wiedzą, która w jej mniemaniu gwarantowała szczęśliwy związek, ale dziwnie właśnie teraz przypomniały jej się stare opowieści o czyjejś zdradzie. Niejasne plotki, strzępy informacji krążące od lat po rodzinie, nigdy tak naprawdę uczciwie nie sprawdzone. O tyle nieistotne, że dotyczące czasów przed ślubem rodziców, a jednak w niewytłumaczalny sposób kładące się cieniem na życiu wszystkich domowników.

Znowu zabolało. Zdrada była jedynym tematem, do którego Julia nie umiała podejść racjonalnie.

Potarła czoło i wróciła do segregowania faktur, całą siłą woli skupiając się na żmudnym zajęciu.

 

 

 

 

 

 

ROZDZIAŁ 2

 

 

 

 

Poranek zalał chodniki promieniami słońca. Miasteczko położone pod Krakowem budziło się ze snu. Inżynierowie, którzy na kredyt we frankach kupili tutaj domy, pędzili do pracy, by zarobić stosowne sumy, konieczne do spłacania rat. Dzieci hałasowały na dużym placu zabaw. Pracowały dźwigi. W miejscu, gdzie jeszcze niedawno prawie aż po horyzont ciągnęły się łąki, teraz powstawało duże osiedle domków jednorodzinnych.

Jan Zagórski wyszedł przed księgarnię i spojrzał w tamtą stronę. Żal mu było tych pól zielonych wiosną, a barwnych latem, ale wiedział, że zbytnie przywiązanie do niezmiennej formy otoczenia jest oznaką starzenia, a on zamierzał w duchu zawsze pozostać młody.

Odwrócił się w stronę wystawy swojej księgarni.

Prowadzona od pokoleń działalność stanowiła jego dumę i źródło siły. Kochał swoją pracę. Ale dzisiaj słoneczny nastrój wyjątkowo nie chciał mu się udzielić. Mężczyzna poukładał promocyjne egzemplarze najnowszych powieści na wystawie i chciał sprawdzić efekt swojej pracy. Ledwo jednak stanął na chodniku, jego wzrok padł na przeszklone wejście do galerii znajdujące się po drugiej stronie ulicy. Na parterze w popularnej sieciówce oferta była dwa razy bogatsza, a ceny o wiele korzystniejsze.

Nic nowego, a jednak dzisiaj zabolało szczególnie mocno. Jan westchnął. Miał właśnie zamiar podjąć próbę przekalkulowania swoich strat, które codziennie ponosił z powodu tego niefortunnego sąsiedztwa, ale nie zdążył.

– Tato! – usłyszał tuż za plecami. – Przestań się przejmować. To przecież norma. Przywykliśmy już.

Jan odwrócił się i w przelocie pogłaskał najmłodszą córkę po ramieniu. Uśmiechnął się nawet. Spojrzał na swoje najmłodsze dziecko. Anielka patrzyła na niego pełnymi ciepła oczami. Nosiła długie włosy o niezwykłym kasztanowym odcieniu, wijące się w regularnych splotach, które zwykle go zachwycały, ale dziś nie poczuł zwykłej dumy, tylko smutek. Jego córka była piękna, dobra i mądra. Co z tego, skoro szczęście omijało ją szerokim łukiem?

Wszedł z powrotem do wnętrza księgarni.

– Może opuścimy cenę na Miłoszewskiego? – zapytał.

Anielka spojrzała na ojca z zaskoczeniem. Zwykle nie podejmował takich decyzji.

– Nie rób tego – powiedziała stanowczo, a w jej ciemnych oczach zapaliły się ogniki. – Konkurencji i tak nie pokonasz, a musiałbyś zejść poniżej ceny hurtowej.

– Ale przy okazji klient kupiłby coś innego. Na jednym stracisz, na innym zyskasz…

– …i wyjdziesz na zero – zakończyła Anielka. – Tato, co się dzieje? Przecież sam mnie tego uczyłeś. Nie można za bardzo ustępować. Klient złapie Miłoszewskiego i tyle go będziemy widzieli. Niczego innego wcale nie musi kupić.

– Ale coś trzeba robić. Będziemy tak czekać? – Ojciec nerwowo przechadzał się po pustej księgarni. – Aż galeria zniszczy dorobek trzech pokoleń?

– Może zrobimy znów jakąś imprezę? – zaproponowała Anielka z entuzjazmem. – Środek lata. Są wakacje. Ludzie mają sporo czasu – mówiła szybko.

– Konkurencja wywęszy pomysł, dołoży funduszy i nas pobije. – Tata, zwykle z otwartością przyjmujący każdy pomysł, tym razem poddał się jeszcze przed startem.

– To zachowamy wszystko w tajemnicy. – Anielka patrzyła na niego z rosnącym niepokojem. – Ogłosimy się tuż przed otwarciem.

– Nikt nie przyjdzie. – Tata przechadzał się po swoim królestwie i spoglądał na wypełnione książkami półki bez zwykłej dumy. Wnętrze księgarni miało półkoliste wnęki, podzielone na dość szczególne działy. „Najpiękniejsze książki o miłości”, „Dreszcz i adrenalina”, „Wypłyń na głębię”, „Książka na niepogodę”, „Poezja – pokarm dla duszy” i „KN” – tajemniczy skrót, którego oficjalne rozwinięcie brzmiało „Książki na co dzień”, ale zaprzyjaźnieni z właścicielem dobrze wiedzieli, że tak naprawdę chodziło o książki nędzne. Tata czasem stosował nawet bardziej brutalne określenia. Nie przejmował się, czy powieść została okrzyknięta wielkim przebojem i w jakich nakładach się sprzedawała. Czytał i ustawiał w odpowiednim miejscu. W jego księgarni klient miał się czuć bezpiecznie. Jeśli pragnął niskiej rozrywki, Jan w to nie ingerował, ale w przypadku, gdy ktoś szukał czegoś przyjemnego, a jednocześnie dobrego, właściciel księgarni pomagał mu odnaleźć drogę na zawiłych ścieżkach marketingu i reklamy. Dlatego klienci wciąż tutaj wracali.

– Damy radę. – Anielka nie mogła uwierzyć w to, co słyszy. Tata dzielnie opierający się wszelkim przeszkodom życiowym wyraźnie tracił ducha. – W dobie internetu wiadomości rozchodzą się bardzo szybko – zakończyła energicznie.

Ojciec spojrzał na nią, jakby nie do końca zrozumiał, czego dotyczy jej wypowiedź.

– Przepraszam cię, córeczko, zamyśliłem się. To nie jest dobry moment na poruszanie takich tematów. Źle się czuję, a nie jestem do tego przyzwyczajony.

– Odpocznij. – Anielka podbiegła do niego, gotowa natychmiast zaprowadzić go na zaplecze. – Ty także masz prawo, by czasem mieć słabszy dzień.

– Nie znoszę czegoś takiego. – Ojciec odsunął się i nie przyjął pomocnego ramienia. Jak zawsze chciał być samodzielny i silny.

– Wiem, ale zobaczysz, to szybko minie. Znam cię. Musisz tylko trochę odpocząć.

Anielka ruszyła za ojcem na zaplecze. Zobaczyła, jak siada za starym biurkiem, pamiętającym jeszcze czasy dziadka Stanisława. Wiecznie leżały tam stosy nowości do przeczytania. Tata nie uznawał sprzedawania książek, z którymi nie zapoznał się choćby pobieżnie. Ale ostatnimi czasy zadanie zaczynało go przerastać. Lista nowych tytułów i autorów zdawała się nie miećkońca.

Anielka włączyła ekspres.

– Zaproponuję ci mocną kawę, choć tradycja rodzinna nakazuje parzyć w takich momentach odpowiednio skomponowaną herbatę. Ale wyjątkowa sytuacja wymaga odpowiednich środków.

Włączyła ekspres i po chwili wnętrze wypełniło się miłym aromatem.

Tata z wdzięcznością przyjął napój. Zanurzył usta w pachnącym płynie. Jako zagorzały miłośnik teiny pod każdą postacią, unikał kawy, twierdząc, że to używka godna barbarzyńców. Musiał jednak przyznać, że w niektórych sytuacjach doskonale się sprawdzała.

– A teraz powiedz prawdę. – Córka usiadła naprzeciw niego. – Zmęczenie to za słaby przeciwnik, żeby pokonać mojego tatę. Co się stało?

Jan odłożył filiżankę. Odsunął stos papierów i odruchowo spojrzał na czekające na lekturę książki. Z przyjemnością wyłowił najciekawszy tytuł. Kryminał. Już sama okładka intrygowała. Wyciągnął rękę. Widać było, że jeszcze sekunda i na dobre zatonie w alternatywnym świecie.

– Tato! – zawołała Anielka. – Odpowiedz, proszę, na pytanie.

Ojciec wyprostował się i cofnął dłoń. Niechętnie wrócił z przedsionka prowadzącego w krainę fikcji literackiej do twardej rzeczywistości.

– Dzwoniła Gabrysia… – powiedział powoli.

Więcej nie musiał. Wszystko stało się jasne.

– Znowu nic – domyśliła się Anielka.

– Jeszcze nie wiadomo. – Ojciec wstał zza biurka i niespokojnie chodził po niewielkim zapleczu, obijając się co chwilę o stosy pudeł. – Wciąż czekamy – powiedział, a w jego głosie słychać było napięcie. Z najwyższym trudem utrzymywał nerwy na wodzy. – Dwa tygodnie po terminie…

– Ale testu nie zrobiła? – zapytała celnie Anielka.

– Też jeszcze czeka – przyznał ojciec i zatrzymał się na chwilę.

– Jak zwykle. – Anielka tylko westchnęła. – Sami się nawzajem nakręcacie, a potem rozczarowanie boli jeszcze bardziej. Mama o niczym nie wie?

– Nie. Chcemy jej zrobić niespodziankę na rocznicę, ale nie wiadomo, co z tego będzie. Mam nadzieję, że uda się mi chociaż zachować w miarę pogodną twarz podczas uroczystości. Szczerze powiedziawszy, po raz pierwszy w życiu zastanawiam się, czy mam co świętować.

Jan usiadł z powrotem. Anielka przysunęła bliżej swoje krzesło, po czym przytuliła policzek do ramienia taty. Długi rękaw koszuli był gładki i pachniał wodą kolońską. Czuła mocno napięte mięśnie, jakby siłą zmuszane do bezruchu.

– Nienawidzę uczucia bezradności – usłyszała cichy głos ojca. – Momentu, kiedy nic nie możesz zrobić. Obawiam się, że ten lekarz pięć lat temu miał rację. Gabrysia nigdy nie urodzi dziecka. Kolejni specjaliści tylko nas łudzą nadzieją i wyciągają pieniądze. Ona sama też już chyba w to wszystko nie wierzy. To dlatego wciąż nie chce zrobić testu. W głębi serca dobrze wie, jaki będzie wynik.

– Nie mów tak! – zawołała Anielka, potrząsając burzą pięknych loków. – Trzeba mieć nadzieję. Gabrysia ma dopiero trzydzieści pięć lat, a medycyna robi postępy.

– Nie takie.

Ojciec wstał. Odłożył pustą filiżankę. Chyba chciał nią rzucić o ścianę, ale powstrzymał się jak zwykle. Męskość w jego wydaniu nie była bezmyślną siłą. Przejawiała się bardziej w wierności, zaradności życiowej, odwadze.

– Proszę cię, tato. – Anielka poważnie się zaniepokoiła. – Odpocznij. Jeśli chcesz, mogę dzisiaj zostać sama. Poradzę sobie z obowiązkami. Musisz o siebie dbać. Jesteś nam bardzo potrzebny.

– Można stanąć do walki z każdym – mówił tata, jakby jej wcale nie słyszał. – W razie potrzeby nawet się bić, ale przecież nie z niewidzialnym przeciwnikiem. Kto jest odpowiedzialny za cierpienie mojej córki? Niech wreszcie stanie ze mną oko w oko.

Rozejrzał się po ciasnym pomieszczeniu, ale oczywiście odpowiedzi nie znalazł. Córka też jej nie miała.

– Nie wiem – przyznała Anielka.

– Ojciec powinien chronić swoje dzieci – monologował Jan z coraz większą zaciętością. – A ja się najwyraźniej nie sprawdzam.

– Proszę cię, przestań, zanim powiesz coś, czego będziesz żałował. To tylko kryzys, emocje, zmęczenie. Damy radę.

– A zobaczysz… – Jan odwrócił się w jej stronę. – Za chwilę zadzwoni Maryla pod pretekstem porady w sprawie prezentu. Ale tak naprawdę powód będzie zupełnie inny. Znowu kogoś poznała. I czuję, że to nie jest odpowiedni mężczyzna.

– To dobrze, że się z kimś związała! – Anielka była coraz bardziej podenerwowana. – Wiesz, że nie potrafi być sama. Poza tym to przecież nic nowego, przed każdą rodzinną uroczystością kogoś przyprowadza. Co ci jest? Dlaczego tym razem tak bardzo cię to przygnębia?

– Myślę – odpowiedział tata. – Ciągle się zastanawiam, co zrobiliśmy źle? Zbudowałem dla was dom, miałyście szczęśliwe dzieciństwo. Dlaczego wciąż nie jesteście bezpieczne? Ciągle coś się dzieje. Nie zawsze dobrego.

– Wszystko jest w porządku – łagodziła Anielka. – Nie zamartwiaj się tak. Popatrz na to z innej strony. Julia ma własny gabinet i wspaniałego chłopaka. Pewnie w niedzielę ogłoszą zaręczyny. Ja mam świetną pracę, najlepszego na świecie ojca i cudowną córeczkę. Gabrysia ma szczęśliwe małżeństwo, a Maryla synków.

Jan wstał i wyszedł między regały. Zmilczał swoją odpowiedź. Nie chciał wspominać o drugiej stronie medalu. Anielka wychowywała swoją córeczkę sama. Nikomu nie powiedziała, kto jest jej ojcem. Unosiła wysoko brodę i radziła sobie. Ale ten drań musiał ją zranić bardzo mocno. Od pięciu lat najmłodsza córka odrzucała wszelkie propozycje spotkań z mężczyznami.

Gabrysia bezskutecznie starała się o dziecko i ta walka coraz bardziej ją wyniszczała. Maryla się rozwiodła, a Julia – czuł to wyraźnie – coś przed wszystkimi ukrywała.

Mężczyzna zacisnął dłonie na grubym tomie najnowszego kryminału Katarzyny Bondy. Powieść dzielnie zniosła ten atak.

W końcu znajdę odpowiedź na wszystkie pytania. – Spojrzał w górę, jakby groził Opatrzności, sugerując, że jeśli nie załatwi pilnych spraw, Jan sam się do tego zabierze. Nie miał zwyczaju biernie oczekiwać, co los przyniesie.

Zwykle też z większym spokojem kierował domowymi sprawami. Ale zbliżająca się rocznica tym razem nie działała na niego kojąco. Czterdzieści lat. To jakaś magiczna liczba. W sposób, nad którym nie można zapanować, skłania człowieka do rozliczeń, podsumowań i analiz.

Jan pomasował sobie okolice serca. Nie lubił zestawień. Finansowych ani żadnych innych. Jak człowiek zacznie coś liczyć, zawsze może zobaczyć niekorzystny wynik.

Dlaczego akurat dzisiaj tak się denerwuję? – To pytanie nurtowało go od rana.

To był przecież zupełnie zwyczajny poniedziałek.

Rano wypił z żoną poranną kawę na tarasie. Popatrzył na skąpany w słońcu sad. Zewsząd otaczały go ład i piękno. Stworzone przez naturę, ale będące też efektem jego ciężkiej pracy. Ciemne dębowe meble były wygodne, a kawa podana w porcelanowych filiżankach. Ale najważniejszą wartość stanowiła siedząca naprzeciw kobieta. Helena.

Zasługiwała w pełni na swoje imię. Była naprawdę piękna. Jej pociągłą twarz o regularnych rysach okalały jasne, łagodnie pofalowane włosy, które odziedziczyły po niej wszystkie córki, prócz Gabrysi jedynej szczycącej się prostymi pasmami. Niebieskie oczy Heleny mimo upływu lat wciąż nie straciły swojego blasku. Jan kochał żonę ponad wszystko na świecie. To dla niej najpierw zaprojektował, a potem wybudował piękny dom w miejscu starego budynku, w którym sam się wychował. Własnymi rękami posadził kolejne jabłonie, powiększając sad założony przez dziadka. Starannie dobierał meble i niezwykłe przedmioty, by stworzyć w domu jedyne w swoim rodzaju klimatyczne wnętrze. Godne kobiety, którą pokochał.

Ale coś w tej historii nie działało jak należy. Tak naprawdę czuł to już od dawna. Piękno zawsze rodzi piękno. Miłość rodzi miłość. Nigdy na jabłoni nie wyrośnie orzech. Takie jest nienaruszalne prawo natury. Tymczasem owocem jego małżeństwa były córki, które, miał wrażenie, postępowały w życiu zupełnie na oślep. Jakby były kompletnie pozbawione wewnętrznego kompasu. Nie umiały podejmować słusznych decyzji.

Dlaczego?

To pytanie zacisnęło się mocną obręczą na jego sercu.

Już kilkakrotnie je sobie zadawał. Nie mógł znaleźć odpowiedzi, dlatego próbował je odsuwać. Ale już nie chciał tak żyć. I nie miał ochoty świętować. Co z tego, że pozornie będzie pięknie? Ustawią stół pod jabłoniami, nakryją porcelanowym wiedeńskim serwisem, a Helena ułoży starannie na półmiskach przygotowane z pieczołowitością potrawy. Na nic fakt, że córki ładnie się ubiorą i będą uśmiechać, jeśli tak naprawdę każda będzie myśleć o pozostawionych w domu problemach...

Nagle Jan poczuł, jak obręcz zaciska się jeszcze mocniej. Oparł się o stos niedawno zamówionego nakładu Władcy Pierścieni. Ale w tym momencie ulubiona lektura nie pomogła. Mężczyzna zachwiał się, zobaczył jeszcze jak na zwolnionym filmie biegnącą w jego stronę córkę, po czym ogarnęły go ciemności.

 

 

Ciąg dalszy w wersji pełnej

 

 

 

 

 

Copyright © by Krystyna Mirek, 2015

Copyright © by Wydawnictwo FILIA, 2021

 

Wszelkie prawa zastrzeżone

 

Żaden z fragmentów tej książki nie może być publikowany w jakiejkolwiek formie bez wcześniejszej pisemnej zgody Wydawcy. Dotyczy to także fotokopii i mikrofilmów oraz rozpowszechniania za pośrednictwem nośników elektronicznych.

 

Wydanie II, Poznań 2021

 

Projekt okładki: © Agencja Interaktywna Studio Kreacji

Zdjęcia na okładce: © _chupacabra_/Adobe Stock

 

Redakcja: Katarzyna Wojtas

Korekta: Marta Akuszewska

Skład i łamanie: Dariusz Nowacki

 

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej:

„DARKHART”

Dariusz Nowacki

[email protected]

 

 

eISBN: 978-83-8195-463-1

 

 

Wydawnictwo FILIA

ul. Kleeberga 2

61-615 Poznań

wydawnictwofilia.pl

[email protected]

 

Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci i zdarzeń jest przypadkowe.