Wychowanie - Aga Szynal - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

Wychowanie ebook i audiobook

Aga Szynal

0,0

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!
Opis

 

Ania jest dyrektorką marketingu w stacji telewizyjnej. W wieku trzydziestu ośmiu lat rodzi córkę, Igę. Postanawia, że wychowa ją na kobietę sukcesu.

 

Zostaje zwolniona.

„Wychowanie”  to powieść o pokoleniu, które dorastało w Polsce lat dziewięćdziesiątych i które nauczyło się myśleć, że istnieją tylko dwa przeciwległe bieguny: sukces i porażka.

Książka o tym, że aby być silną kobietą niekoniecznie trzeba wchodzić w męskie buty.

A także o tym, że nie ma żadnych gotowych recept, które możemy przekazać dzieciom, bo życie wymaga przede wszystkim elastyczności i dostosowywania się do sytuacji, które stawia przed nami los.

„Kim jesteś, gdy stoisz na plaży w kostiumie kąpielowym i nie możesz się podeprzeć żadnymi wypełnianymi rolami, żadnymi przedmiotami? Kim wtedy jesteś? Pytała o to ostatnio w jakiejś radiowej audycji psychoterapeutka specjalizująca się w pomaganiu kobietom w biznesie. Kim wtedy jestem?, zadaję sobie teraz to pytanie, chociaż przecież wtedy, gdy słuchałam tej audycji, wydało mi się ono zbyt patetyczne”.

fragment powieści

„Aga Szynal głosem swojej bohaterki wyraża to, o czym my – kobiety i matki w świecie większej wolności, zwielokrotnionego wyboru, niekończących się spraw do ogarnięcia, szalonej dostępności zasobów i niekończących się możliwości – myślimy i czym czujemy się zmęczone, ale też prowokuje, zaprasza do dyskusji i zostawia przestrzeń na nasze odpowiedzi. Bystro przygląda się nieprzerwanemu mentalnemu procesowi, jakim jest macierzyństwo i temu przejściu z pozycji nauczycielki dziecka w jego uczennicę. Relacjonuje moment w życiu kobiety, gdy trzeba odrzucić uznawany dotychczas pogląd, że życie pisze się własnymi decyzjami, że należy coś swoim życiem udowadniać i spełniać się w każdej przybranej roli. „Wychowanie” to autentyczna, wciągająca i refleksyjna powieść o współczesnym poczuciu odpowiedzialności, które zamienia wychowanie w projekt. O ważeniu potrzeby sprawczości i mobilnej mentalności. I w końcu o tym, czy istnieje dla nas, kobiet, jeden słuszny wybór”.

Patrycja Krotowska www.instagram.com/patrycja_krotowska

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 241

Rok wydania: 2025

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 7 godz. 11 min

Rok wydania: 2025

Lektor: Izabela Szela

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Copyright by Aga Szynal, Warszawa 2025

Wydanie I

Opieka redakcyjna: Ewelina Szyszkowska

Redakcja: Dorota Gruszka

Korekta: Aleksandra Pietrzyńska

Korekta po składzie: Dominika Surma

Projekt okładki: Anna Gaik-Czasak

Skład okładki i wnętrza: Katarzyna Mróz-Jaskuła

ISBN 978-83-965021-5-5

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność́ i prawo!

Polska Izba Książki

Książka dostępna w sprzedaży na stronie:

www.kobiecasilawsparcia.pl

Rodzicom

Dam swojej córce imię krótkie, zdecydowane i twarde. To najlepsze dziedzictwo.

– Chcesz to odpuścić? – pyta prosto z mostu, jakby już dawno chciał mi zadać to pytanie. Ma napiętą twarz; na policzku wyraźnie odznacza się blizna.

Stalowoszare chmury obłapiają Warszawę. Od wielu dni słońce oddaje im moje miasto walkowerem. Marcowy zmierzch w kraju nad Wisłą. Wieczne niedoczekanie wiosny. Deszcz przeszedł w mżawkę. Jest za ciepło na śnieg, ale wilgoć dotkliwie podkręca uczucie chłodu.

Na Puławskiej wyje syrena karetki. Kłuje mnie w skroniach. Dotykam czoła i odsuwam opadające na nie jasne kosmyki.

Właśnie podjechałam pod kolejną klinikę leczenia niepłodności. Wysiadłam z samochodu i niemal wpadłam na swojego męża idącego w stronę wejścia.

Mamy tu wizytę u światowej sławy specjalisty, umówioną już kilka miesięcy temu. „Kto wam pomoże jak nie on” – przekonywała Marcina dobra znajoma jeszcze ze studiów. „Nam też długo nic nie wychodziło, a on nam pomógł. Zobacz sobie na stronie jego CV, to prawdziwy magik!” – relacjonował mi tę rozmowę Marcin, gdy leżeliśmy wieczorem na kanapie. Zgodziłam się na wszystko. Tak, dobrze, zapiszmy się do niego, chodźmy, możesz się tym zająć?

Pasek od mojego wełnianego płaszcza zwisa z jednej strony, szorując po kałużach. Kurwa mać, klnę w duchu, w gruncie rzeczy bez większego przekonania, w tym momencie nie za bardzo obchodzi mnie, jak wyglądam, ale z poczucia obowiązku podciągam go do góry i przecieram chusteczką, którą wyjęłam z torebki. Mam sto sześćdziesiąt trzy centymetry wzrostu, blisko do ziemi, śmiałam się zawsze, ale teraz nie jest mi do śmiechu. Całe szczęście płaszcz jest szary. Nie widać śladów brudu. Tylko mokrą plamę.

Opatulam się i mocno zawiązuję pasek, bo przeszedł mnie dreszcz. Kulę ramiona, żeby za chwilę przypomnieć sobie, że nie powinnam się tak garbić, i rozprostowuję je ponownie.

Pokaźnych rozmiarów teczka, którą trzymam w ręku, jest niedomknięta. Kilka kartek wysunęło się w dół, gdy mocowałam się z płaszczem. Wciskam je z powrotem.

Ze złością.

To jest nasza historia.

Niepłodność idiopatyczna, wyrokują kolejni lekarze. Nic nie mogą znaleźć, choć próbują zawzięcie. Teczka z badaniami puchnie do coraz większych rozmiarów. Nie wiadomo właściwie, dlaczego nie zachodzę w ciążę. Wszystko jest z nami „w porządku”. Nasze organizmy teoretycznie działają tak, jak trzeba. Wciąż więc wyszukujemy nowe gabinety i nowych specjalistów. Jesteśmy przyzwyczajeni do tego, że osiągnięcie celu zależy od nas. Trzeba tylko dostatecznie mocno się starać i dysponować odpowiednimi środkami, a wszystko się uda. Do tej pory taka postawa się w naszym życiu sprawdzała. Zresztą przecież z Ignasiem nie mieliśmy żadnych problemów. Zaszłam w ciążę kilka miesięcy po tym, jak podjęliśmy decyzję, dlaczego teraz miałoby być inaczej? – przekonujemy bezustannie samych siebie.

Próbujemy dalej.

Czy chcę to odpuścić?

– Nie wiem.

Marcin obejmuje mnie trochę za mocno, niezgrabnie. Ćwierć metra różnicy wzrostu między nami daje o sobie znać. Moje ręce zwisają bezwładnie, nie unoszę ich do uścisku.

Odsuwam się, żeby zadrzeć głowę do góry i spojrzeć mu w oczy.

Czy mówi poważnie? Czy tylko mnie sprawdza?

– Nie idźmy tam dzisiaj – decyduje.

– Na pewno? – Cofam się o kolejny krok, prawie wdeptując w kałużę. – Tyle czekaliśmy… – Ściskam teczkę, wysuwając ją w jego stronę niczym tarczę.

Kiwa głową. Nagle dostrzegam siwy włos tuż przy jego skroni.

Ostatnio kłóciliśmy się coraz częściej, o byle co. Gdy tylko Ignaś dawał nam mocniej popalić, szybko puszczały nam nerwy i zaczynaliśmy na siebie wrzeszczeć. Potem było nam głupio i któreś z nas wyciągało rękę, przepraszało, zwłaszcza gdy widzieliśmy, jak bardzo niezgodę między nami przeżywa nasz syn. Nagle przestawał stawiać na swoim, mieć mnóstwo pytań i próśb, przestawał negocjować ważne dla siebie kwestie, którymi normalnie zajmował się nieustannie, nie dając nam spokoju. Więcej bajek. Więcej klocków Lego. Więcej zabawy z rodzicami. Robił się zdystansowany i cichy. Tak naprawdę to właśnie przerażało mnie najmocniej, tak bardzo to było dla niego nietypowe. Spójrz tylko na niego, mówiłam w takich momentach do Marcina, on też zamierał wtedy wewnętrznie, czuł wyrzuty sumienia, to jego syn, musi o niego zadbać najlepiej, jak potrafi. Wiedziałam, że tak właśnie myśli. Był dobrym ojcem.

No i seks… Od prawie trzech lat nasze życie miłosne było w zasadzie podporządkowane tylko jednemu celowi. Dzisiaj mam dni płodne, mówiłam wieczorem, gdy Ignaś już spał, z pewnym zażenowaniem, że tak wygląda moja gra wstępna, ale i z pewnością, że teraz cykl mojego organizmu ma znaczenie dla nas obojga, że muszę się z mężem podzielić tą informacją, bo inaczej nie dopełniłabym jakiegoś obowiązku. Spróbujemy?, pytałam i szliśmy do sypialni. Coraz częściej byłam sucha. Kupiłam pierwszy w życiu lubrykant. Seksuolożka, którą obserwowałam na Instagramie, przekonywała, że używanie go ma po prostu poprawić życie seksualne, że nie jest zalecany tylko w przypadku problemów. Może i tak, ale przecież wiedziałam swoje, wcześniej nie był mi potrzebny. Wilgotniałam wielokrotnie już na samą myśl o tym, co mnie zaraz czeka. Zwyczajne dla mnie kiedyś orgazmy pochwowe też stały się ostatnio rzadkością. Marcin dbał o mnie w łóżku, ale do tej pory to wszystko przychodziło nam naturalnie. Paradoksalnie nawet wtedy, gdy musieliśmy uprawiać seks na trzy cztery podczas drzemek Ignasia (gdy przestał już spać jedynie podczas spaceru z wózkiem), też osiągaliśmy oboje mnóstwo satysfakcji. Teraz nasze życie seksualne zaczęło się robić coraz bardziej sztuczne i wymuszone.

Starałam się temu przeciwdziałać, zakładać jakieś fikuśne stroje, wybierać nietypowe miejsca, blat kuchni, prysznic, zajrzałam do sex shopu po jakieś gadżety, ale nie czułam się dobrze z tymi całymi usiłowaniami. Seks to bliskość, wolność, lekkość, radość, kochałam seks właśnie za to, teraz zaś stawałam się jakąś wyrobnicą. Projekt: ciąża. Nie umiałam o tym zapomnieć ani przez chwilę.

Baliśmy się mówić o tym głośno. Nie chcieliśmy przyjąć do wiadomości, że coś może być nie tak. Że seks nie jest taki jak wcześniej. Jak to świadczy o naszym związku? Przecież nie raz rozmawialiśmy o tym, że seks to najlepszy barometr relacji.

Zawsze było nam dobrze w łóżku. Nie spodziewałam się, że Marcin będzie nadrabiał braki gdzie indziej, bo braków nie było. Teraz zaczęłam uważniej przyglądać się jego współpracowniczkom.

W mojej głowie pojawiły się takie określenia naszych czynności jak „małżeńska powinność”. (A może raczej powinnam była pomyśleć: „rozrodcza powinność”?) Tak czy inaczej gdy kilka tygodni temu poszliśmy ją realizować, Marcin nie mógł. Smutny flak zwisał mu między nogami. Nic nie szkodzi, pocieszałam go, jak mogłam, to przecież nie ma żadnego znaczenia. Bezskutecznie. Może dlatego, że tak naprawdę wewnętrznie aż kipiałam ze złości? Pewnie, że nie na niego, ale na to, że nic nie jest takie, jak powinno. Następnego dnia znów pokłóciliśmy się o jakąś błahostkę. Nawrzeszczał na mnie. Nie pozostałam mu dłużna. Wyszedł, trzaskając drzwiami. Wieczorem, kiedy uśpiłam Ignasia, szlochałam głucho. Aż musiałam sobie w końcu wsadzić pięść do buzi, żeby nie obudzić syna swoimi spazmami. Co było ze mną nie tak? Przez dwa dni tylko mijaliśmy się z Marcinem w domu. Aż w końcu pogodził nas lęk o Ignasia, który dostał wysokiej gorączki.

A przecież byliśmy tacy dumni, że potrafimy ze sobą rozmawiać dosłownie o wszystkim. Każdego wieczoru zdawaliśmy sobie relację z tego, co się u nas działo, wspieraliśmy się nawzajem w codziennych kłopotach.

– Jak ludzie funkcjonują w robocie i tak w ogóle, jeśli nie mogą się przed nikim wygadać? – pytał mnie wielokrotnie Marcin.

Dla nas rozmowa była podstawą radzenia sobie z rzeczywistością.

Wpatruje się w moją twarz, tak jakby zobaczył mnie po raz pierwszy od dawna.

Podjął już decyzję. Bałam się wcześniej nawet o niej pomyśleć. Teraz szybko dostroiłam się do niego. To najlepsze wyjście. Bywa i tak, że najbardziej realnym działaniem jest właśnie decyzja o jego poniechaniu. Trzeba ją podjąć twardo i bez wahania. Z gotowością na wszelkie konsekwencje.

– Zostawisz samochód i wrócimy razem? A po drodze jeszcze wstąpimy coś zjeść? – Po mojej twarzy musiał przemknąć ledwo zauważalny cień zastanowienia, bo dodaje: – Ignaś jest dzisiaj z moją mamą.

Moja teściowa ma fioła na punkcie swojego jedynego wnuka i chętnie się nim zajmuje, gdy tego potrzebujemy, a ona akurat ma wolne. A że przy okazji od lat dziewięćdziesiątych prowadzi swoją szkołę angielskiego (chociaż mogłaby przejść na emeryturę), to nie ustaje w wysiłkach, żeby bawiąc, uczyć. Na pewno przygotowała na dziś cały program.

– Okej. Ale będziesz musiał mnie tu jutro przywieźć. – Macham brodą w stronę swojego służbowego Volva. Poprawiam pasek torebki na ramieniu. Dlaczego ona tyle waży? Czuję nagle, że boli mnie kark.

Wróciło mi czucie.

Marcin wskazuje palcem kierunek, w którym powinniśmy iść, tam, gdzie stoi jego samochód. Też służbowy. Wie, że go nie zauważyłam. Zna mnie. Lata związku nie poszły na marne.

Biorę go za rękę. Moja dłoń jest zimna i spocona jednocześnie. Jego szorstka i sucha. Grzeje moją.

Kilka kartek z niesionej przeze mnie teczki wypada na mokry beton. Marcin schyla się, żeby je zgarnąć. Zabiera mi z ręki teczkę. Zamyka porządnie, zawiązując odpowiednie troczki, po czym wkłada ją do swojej skórzanej torby na laptop. Słyszę zgrzyt suwaka.

Klamka zapadła.

Poddaliśmy się.

Dwa lata później urodziła się Iga.

Dałam Idze imię krótkie, zdecydowane i twarde.

Od początku szykowałam dla niej oręż przeciwko światu, który dziewczynki zapędza do kąta, a kobiety trzyma na sznurku powinności.

Mam trzydzieści osiem lat. Znam realia.

Jestem w domu, na kolejnym urlopie macierzyńskim. Iga urodziła się pięć tygodni temu, pewnego słonecznego wrześniowego dnia, który był jak letni. Żadnej chmurki na niebie, żadnej kropli deszczu. Teraz też tylko żółknące i czerwieniejące liście wskazują, że w kalendarzu gości już październik. Wiewiórki w Łazienkach, do których chodzę na spacery z wózkiem, szykują już zapasy na zimę, ale bez wielkiego przekonania.

Ciągle nie mogę wyjść z szoku. Poród Igi i pierwsze tygodnie urlopu macierzyńskiego z nią są tak inne od tego, co znałam, że przecieram oczy ze zdumienia. Ignaś ma już osiem lat, a ja do tej pory pamiętam, jak trudne były nasze początki. Traumatyczny poród, po którym oboje długo nie mogliśmy się pozbierać i który sprawił, że Ignaś od zarania borykał się z problemami sensorycznymi i zbyt mocno reagował na bodźce dotykowe. Jedna kropla wody na jego buzi mogła sprawić, że krzyczał wniebogłosy i cierpiał bezgranicznie. Parę ziarenek piasku na stopach powodowało ten sam efekt.

Gdy Ignaś miał osiem miesięcy, spędziliśmy kilka tygodni w Toskanii. Nasz syn w tym czasie ani razu nie postawił stopy na piasku. Siedział wciąż na leżaku albo kazał się nosić do morza, które uwielbiał.

– Królewicz – nazywał go z przekąsem Marcin.

Wtórowałam, bo przecież śmiech jest najlepszym lekarstwem na lęki.

Patrzyliśmy zdziwieni na inne niemowlęta, których rodzice mieli zgoła odmienne kłopoty. Ich dzieci wprost tarzały się w piasku, nierzadko usiłując go zjadać. Taplały się w błocie. Brudziły się na wszelkie możliwe sposoby. Układ nerwowy Ignasia zaś szalał i nie pozwalał na takie fanaberie, jasno wyznaczał granice jego możliwości. Ich przekroczenie powodowało spazmy.

Te wszystkie nieprzespane noce, podczas których Ignaś płakał bez ustanku. Gdy było nienajgorzej, wystarczyło trzymać go w ramionach i tulić do piersi. Gdy było naprawdę źle, należało chodzić po sypialni i mocno bujać go na rękach. To trochę pomagało. Dawało ulgę.

– Teraz twoja kolei – mówiłam do Marcina, gdy z naszej sypialni, w której leżał Ignaś, już szósty raz tego wieczoru rozlegał się rozpaczliwy krzyk.

Rzucał wszystko i biegł, bo każda chwila zwłoki mogła się skończyć histerią naszego synka. Robiłam pauzę w oglądanym właśnie serialu. Nie pamiętam nic, co próbowaliśmy obejrzeć w tamtym okresie. Liczyły się dosłownie nanosekundy. Trwaliśmy oboje w nerwowym napięciu. Pilnowaliśmy, żeby dawać sobie zmiany. Kto by temu podołał w pojedynkę? – myślałam. Jak w ogóle radzą sobie samodzielne matki, przecież to jest nie do wytrzymania… Gdybym była sama, wylądowałabym chyba w psychiatryku. I tak byłam temu bliska.

Niekiedy jednak wydawało mi się, że Marcin nie reaguje dostatecznie szybko, że tylko ja mam odpowiednio wyrobiony refleks albo może instynkt. Ten słynny macierzyński instynkt. Byłam na nogach, jeszcze zanim dobiegł do nas jakiś głośniejszy dźwięk, tak jakby łączyła mnie z Ignasiem niewidzialna nić, za którą on ciągnął, żeby mnie do siebie przyzwać.

Potem wściekałam się na siebie. Przecież ja też muszę kiedyś odpoczywać! Łzy same leciały mi ciurkiem po twarzy. Czasem nawet nie próbowałam ich wycierać. Zazdrościłam swojemu mężowi, że mógł znaleźć wytchnienie w pracy. Pracowaliśmy w jednej branży. Zdawałam sobie sprawę, że jego etat to nie jest bułka z masłem. Ale też wiedziałam, że tam nie musi być wiecznie czujny. Może pić ciepłą kawę, rozmawiać przez telefon tyle, ile chce, spokojnie zjeść obiad.

Został tatą, był zmęczony, ale nadal pozostał sobą.

Kim byłam ja?

Czasem wydawało mi się, że Ignaś płacze przez brzuszek. (Ale niczego wtedy nie byłam pewna na sto procent, nie czułam się pewnie jako matka). Kładłam na nim rękę i czułam, jak wszystko w nim wibruje, przelewa się i burczy. Niewykształcony jeszcze układ pokarmowy, komentował mój zaufany pediatra. A do tego to chłopiec, słaba płeć, uśmiechał się pod nieistniejącym wąsem. Trzeba poczekać.

Czekaliśmy z trudem.

Czasem jednak nie chodziło o brzuszek. Czasami naprawdę nie miałam pojęcia, co się dzieje z moim synem, i zamartwiałam się na śmierć. Biegałam po specjalistach. Odsiadywałam długie godziny w najrozmaitszych przychodniach. Sprawdzałam wszystkie możliwe przyczyny.

Dlaczego on krzyczy?!

Dziś, z perspektywy czasu, wiem, że Ignasia bolał świat. Był (i jest, z tego się nie wyrasta, ale można nauczyć się z tym żyć), dzieckiem wysoko wrażliwym, które nie tylko na bodźce sensoryczne reagowało zbyt mocno. Jego układ nerwowy odpowiadał zbyt silnie na wszystkie bodźce. Mógł znieść mniej niż u innych ludzi. Cały jego system szybko się przegrzewał.

Codziennie robiłam dziesięć, piętnaście kilometrów, maszerując z wózkiem. Ignaś spał tylko wtedy, gdy tempo mojego chodu było odpowiednie. Nie mogłam się ani na chwilę zatrzymać. Przynajmniej dodatkowe ciążowe kilogramy zniknęły nie wiadomo kiedy, pocieszałam się, nauczona przez rodziców, że zawsze trzeba znajdować pozytywy. Uczepiona telefonu wciąż zalewałam swoimi opowieściami i pytaniami każdego, kto mi się nawinął pod rękę: czym to jest spowodowane? Jak sobie poradzić? Czy właśnie tak wygląda bycie matką?

Urlop macierzyński z Ignasiem to był kierat. Musieliśmy ściśle przestrzegać planu. Musieliśmy karmić Ignasia, kłaść na drzemki i na wieczorny sen o stałych porach. Nie narażać go na zbyt liczne towarzystwo. Uważać na hałasy. Nie włączać w jego obecności telewizora, który rozstrajał syna migającymi obrazami. Koiła go za to muzyka klasyczna. Potrzebował harmonii i ukrytego w niej piękna. Potrzebował planu i przewidywalności. A jednocześnie maksymalnej koncentracji na nim i jego potrzebach. Stałej czujności i przybiegania na najmniejszy jęk. W innym przypadku jego poczucie bezpieczeństwa w try miga obracało się w gruzy.

Znajomi patrzyli na nas czasem z przerażeniem: przecież to tylko dziecko…

Co oni wiedzieli?

Tylko Marcin był w tym ze mną.

Po urodzeniu Ignasia musiałam mocno ograniczyć bogate wcześniej życie towarzyskie. Jeśli chodzi o bezdzietnych przyjaciół, to przestały nam się zgadzać godziny funkcjonowania. Impreza, która zaczyna się o dwudziestej pierwszej, a na którą tak naprawdę wypada przyjść koło dwudziestej drugiej? Co?! To chyba dla wampirów… Z tymi, którzy sami mieli małe dzieci, było teoretycznie łatwiej się zgrać. Tu jednak z kolei potrafili mnie doprowadzać do szału ci ze spokojnymi, zupełnie niewymagającymi niemowlakami, bo mądrzyli się na temat naszego rodzicielstwa, jakby pozjadali wszystkie rozumy. To świetnie, że wasze słodkie bobo zasypia gdzie popadnie i możecie je przerzucać jak worek kartofli z samochodu do wózka, i z powrotem. Nasze nie. I nie, nie wynika to z faktu, że jesteśmy za mało wyluzowani. Wykład z waszej strony zupełnie nam nie pomoże. Za to wkurwi. Kolejną grupę stanowili ci, których dzieci były już nieco starsze i dawały im więcej osobistej przestrzeni. Rzadko zazdrościłam czegoś ludziom, ale tego zazdrościłam wtedy wściekle. A jak jeszcze dodawali „Małe dzieci, mały kłopot…”, to zalewała mnie żółć.

No i czas. Czasu było wiecznie za mało.

Wracałam wtedy myślami do licznych artykułów z prasy kobiecej, które z lubością czytałam, będąc jeszcze w ciąży: o tym, że przecież bez przesady, dziecko nie musi niczego zmienić. Grunt to dobra organizacja. Przestałam czytać takie czasopisma.

Usypianie Ignasia trwało godzinami. Leżąc obok niego, przeglądałam internetowe serwisy parentingowe albo poradniki psychologiczne, w których rozpisywano się o bezpiecznym modelu przywiązania. Stworzenie go miało gwarantować, że dziecko będzie czuło się na tyle dobrze, żeby kiedyś być w stanie opuścić ramiona rodziców i ruszyć w świat.

Jak ja się bałam, że nie potrafię tego dać Ignasiowi! Zachowywał się tak, jakbym jako matka nie zrobiła nic, żeby stworzyć z nim bezpieczną więź opartą na bezwarunkowej miłości. Na nic moje całkowite oddanie, na nic karmienie na żądanie, na nic współspanie, na nic dostosowany do niego harmonogram dnia. Ignaś wciąż bał się świata i byle co wyprowadzało go z chwiejnej równowagi.

Nasz wspólny pierwszy rok pamiętam jednocześnie wyjątkowo wyraziście i jak przez mgłę. Ciągle niewyspana, ciągle głodna w związku z dietą spowodowaną alergiami Ignasia, czułam, że żyję w równoległej rzeczywistości.

Do tej pory słyszę czasem w snach przeraźliwy krzyk swojego pierworodnego.

Dopiero kiedy Ignaś poszedł do szkoły, okazało się, że radzi sobie, i to radzi sobie zadziwiająco dobrze; że nie boi się nowości, że jest gotowy na wyzwania. Ma swoje zdanie i nie zmienia go nawet pod presją, choć, kiedy chce, potrafi też być elastyczny.

Było ciężko, ale może dzięki temu, że ćwiczył z rodzicami asertywność i walkę o swoje, teraz był w tym biegły? Chętnie do nas wracał, ale równie chętnie, a nawet coraz chętniej, wyprawiał się w świat. Stało się to nie wiadomo kiedy i nie wiadomo jak. Odetchnęłam z ulgą. Jednak nie zawiodłam. Jednak cała nasza rodzicielska, mrówcza praca, którą wykonaliśmy ramię w ramię z Marcinem, nie poszła na marne. Mieliśmy bliską więź, ale nie smycz, która trzymała syna przy nas, nie pozwalając mu rozwinąć skrzydeł.

Ignaś był samodzielny i pewny swego.

Czułam dumę. Chciałam syna, który będzie potrafił żyć tak, jak ma ochotę.

Ignaś dalej potrzebował uważności i właściwego traktowania. Musiał się wysypiać, musiał regularnie i dobrze jeść, nie mógł zbyt długo oglądać telewizji ani grać w gry komputerowe, bo to rozstrajało jego układ nerwowy. Potrzebował odpowiedniej dawki odpoczynku w zaciszu domowego ogniska, ale i odpowiedniej liczby ciekawych zajęć, żeby go nie dopadła ciężka do zniesienia nuda.

Balansowaliśmy na linie niczym akrobaci, próbując znaleźć właściwe proporcje. Spadaliśmy nie raz, nie dwa. Gdy jednak wszystkie warunki były spełnione, nasz syn śmiało ruszał na podbój świata. Żadna z jego nauczycielek nie zdawała sobie nawet sprawy, że codzienność sporo go kosztuje i że Ignaś ma „nerwy na wierzchu”. Dopóki to my stanowiliśmy dla niego bezpieczną bazę, a czasem (w gorszych momentach) i worek treningowy, potrafił zachowywać się odpowiednio w towarzystwie innych, nie tak bliskich mu ludzi.

Praca, zawsze chodziło po prostu o odpowiednio ciężką pracę. Wykonywaliśmy ją z Marcinem solidnie i w pocie czoła.

Iga od początku mieszka w innej bajce. Pojawiła się na świecie, gdy już przestałam na nią czekać. Przyszła, kiedy chciała. Moje plany nic ją widocznie nie obchodziły. Miała swoje.

Urodziłam ją w kilka godzin, bez znieczulenia. Bolało, ale tym razem moment narodzin mojego dziecka nie wracał do mnie w koszmarach. Czułam się nim psychicznie wzmocniona. Gdy opowiadałam o nim koleżankom, określałam go jako „dobry poród” i to sformułowanie sprawiało, że czułam coś na kształt satysfakcji i własnej mocy. Po dwóch tygodniach połogu moje ciało zdążyło już niemal o nim zapomnieć. Nie krwawiłam. (Z Ignasiem krwawiłam zaś przez cały połóg, wielkie podpaski, które musiałam nosić i często zmieniać, zbierały się w śmietniku w całe hałdy). Miałam siłę na normalne życie. Moje hormony szalały dość umiarkowanie. Ich wpływ sprowadzał się do tego, że łatwiej niż standardowo się roztkliwiałam. Niewiele ponadto.

Iga mało płacze. W zasadzie tylko wtedy, kiedy rzeczywiście czegoś bardzo potrzebuje, jest głodna albo śpiąca. Mocniej podnosi głos tylko w tych przypadkach, kiedy po delikatnych napomknieniach z jej strony w postaci cichych jęków nie reagujemy prawidłowo. Jeśli w końcu domyślamy się, co robić, uspokaja się w try miga. W ogóle nie wpada w spazmy.

Jak to możliwe, że dziecko nie histeryzuje? Przecieram oczy ze zdumienia.

Lubi rutynę, lecz nie musimy się jej trzymać kurczowo. Liczne towarzystwo, głośne hałasy, cały ten harmider, który rozgrywa się w naszym domu w związku z tym, że mieszka w nim towarzyski ośmiolatek, spraszający często kolegów, grający w gry komputerowe i oglądający bajki z przedziwnym podkładem dźwiękowym (podkładem muzycznym nie odważyłabym się go nazwać), nie robią na niej żadnego wrażenia. Wystarczy, że czuje moją lub Marcina bliskość i jej komfort jest zapewniony. Zmiana pory drzemki nie stanowi tragedii. Choć jest mało prawdopodobna, bo Iga, gdy chce jej się spać, zasypia wszędzie i w każdych warunkach.

Nie muszę obdarzać jej niekończącą się uwagą, tak jak to było w przypadku Ignasia. Możemy być obok siebie, każda zajęta czym innym, i to jest w porządku.

Iga ogląda świat swoimi wielkimi, pięknymi oczyma z wielkim zainteresowaniem i wydaje mu się przychylna.

Mam czas. Kiedyś bym nie uwierzyła, że to w ogóle możliwe. Oczywiście, z każdym niemowlakiem jest tak czy inaczej dużo zajęć. Całkowicie ode mnie zależna mała istota powoduje, że liczba czynności, które muszę codziennie wykonać, jest znaczna. Wstaję tylko raz na nocne karmienie, ale przecież i tak uważam to za ten jeden raz za dużo. Do tego jest przecież Ignaś, który nigdy nie przestał być wymagający. Wciąż jednak pozostaje nieco przestrzeni dla mnie samej, bo mój syn ma już coraz więcej własnych spraw.

Nie pamiętam, kiedy ja ostatnio miałam taką przestrzeń.

Nie jestem pewna, co z nią począć.

Po trwającym ponad rok, intensywnym do granic moich możliwości, a czasem nawet przekraczającym te granice, urlopie macierzyńskim z Ignasiem wróciłam do swojej pracy. Lubiłam ją. Od wielu lat byłam dyrektorką marketingu w stacji telewizyjnej. Dużo się w niej działo, ale panowałam nad tym. A przynajmniej tak mi się wtedy wydawało. Szybkie tempo nie było mi straszne, byłam do niego przyzwyczajona od początku swojego życia zawodowego, a kluczem do mojego zadowolenia z tego układu był fakt, że dzięki temu, że spędziłam w tej firmie szmat czasu, mogłam działać stosunkowo elastycznie.

Wpisywałam w swój kalendarz występy w przedszkolu, a następnie szkole, zakończenia roku i najczęściej bez większych problemów wychodziłam wtedy z pracy.

Czułam się wówczas przez krótką chwilę matką, która łączy wszystkie role.

Co nie przeszkadzało mi w innych momentach czuć się najgorszą matką świata. Celebra celebrą, ważne wydarzenia ważnymi wydarzeniami, ale co z codziennością?

Niejednokrotnie byłam tak zmęczona, że nie miałam dość siły, żeby spędzić z Ignasiem tyle czasu na placu zabaw, ile miał ochotę. Kiedy zaczynał wrzeszczeć, zamiast spokojnie przeczekać jego wybuch wściekłości, zaczynałam płakać razem z nim (potem targały mną wyrzuty sumienia, przecież to ja tu byłam dorosła). Zbyt często, żeby zyskać trochę czasu na inne rzeczy, puszczałam mu bajki, a przecież przeczytałam niezliczoną liczbę tekstów traktujących o tym, że to niezdrowe dla jego mózgu.

I tak dalej.

Lista umartwiającej się matki może się nigdy nie skończyć.

Zebrania, wywiadówki i urodziny kolegów i koleżanek Ignasia dzieliliśmy pomiędzy siebie z Marcinem, choć łapałam się niekiedy na myśli, że to ja powinnam tam bywać.

Ignaś poszedł do prywatnej podstawówki. Niby wszystko było zorganizowane, miało nam ułatwić życie, ale i tak nie nadążałam za liczbą wątków poruszanych w grupie rodziców na WhatsAppie. Czy ja muszę tak szczegółowo wiedzieć o wszystkim, co tam robią? Nie piekłam ciast na kiermasze, nie kupowałam w imieniu klasy prezentów dla nauczycieli. Niekiedy kłóciłam się w myślach ze swoją wewnętrzną matką Polką. Oboje pracujecie, dlaczego to miałby być akurat twój obowiązek?! Słuchała albo nie. Opancerzona w feministyczne teksty cisnęłam ją twardo, ale nie była w ciemię bita, w końcu stały za nią „wieki tradycji”.

Wiedziałam, że praca dawała mi odskocznię od intensywności kontaktów z Ignasiem. To sprawiało, że i tak miałam do niego zdecydowanie więcej cierpliwości niż wtedy, gdy byłam na macierzyńskim. Znów czułam się oddzielną istotą.

Z roku na rok, w miarę jak dorastał, odzyskiwałam więcej przestrzeni dla samej siebie. Choć z drugiej strony zdarzało się, że przynosiłam swoją frustrację, irytację związaną ze służbowymi obowiązkami do domu i to odbijało się na nim.

Ten obrazek nigdy nie był ani czarno-biały, ani oczywisty. Ale nie wyobrażałam sobie innej opcji. Chciałam pracować. Chciałam zarabiać. Chciałam mieć rodzinę.

Trzeba było jakoś godzić to wszystko.

A jeszcze trzeba było wyszarpać czas dla nas dwojga z Marcinem. Randki na mieście. Raz w roku kilkudniowy wypad. Porto. Rzym. Madryt.

Poza tym biegałam i startowałam w półmaratonach, osiągając całkiem przyzwoite wyniki. Bieganie mnie uskrzydlało i dodawało mi endorfin. Na moim biurku pyszniły się puchary z zawodów.

Czy nie byłam wyczerpana? Wraz z przybywającymi mi latami coraz bardziej. Ale przecież tego chciałam.

Ten stan niemyślenia, kiedy twoja codzienność koncentruje się na działaniu i liście zadań do wykonania. Prąd czynności cię porywa i niesie, a ty decydujesz tylko o tym, w którą stronę płyniesz. Liczy się tempo i zaliczanie po drodze odpowiednich baz. Żadnych wątpliwości. Na Weltschmerz nie było czasu. Po co mi jakieś weltschmerze?

Lepiej przeć do przodu.

Być jak wykrzyknik!

Obowiązki pozwalały mi radzić sobie w trudniejszych momentach. Tak jak wówczas, gdy poddaliśmy się z Marcinem podczas starań o zajście w ciążę.

To wtedy zaangażowałam się w jedną z tych organizacji pozarządowych, które wspierają kobiety w działaniach zawodowych. W samodzielności.

Na organizowanych przez nich konferencjach opowiadałam o tym, jak można sobie poradzić z łączeniem macierzyństwa i pracy. O swoim synu, który nie był łatwym dzieckiem. Szczególnie ten pierwszy okres z nim, urlop macierzyński, dał mi porządnie w kość, a jednak ostatecznie dałam sobie radę, wróciłam na etat. Ja, mająca dużą odpowiedzialność, zarządzająca sporym zespołem ludzi i niemałymi budżetami. I przy tym nie zapomniałam o sobie jako kobiecie, i o sobie jako żonie.

Odpowiednio modulowałam głos i robiłam pauzy we właściwych momentach. Umiałam to robić. Widziałam, jak słuchaczki zaczynają się ze mną utożsamiać, jak spijają słowa z moich ust, jak rzęsiste zbieram potem oklaski, jak wstępuje w nie nadzieja, że wszystko jest do zrobienia, tak przekonująco o tym opowiadałam.

Działanie było mi ratunkiem. Sprawczość plastrem na rany. Wprawdzie ja, jak Ignaś, potrzebowałam starannego odprawienia swoich rytuałów (niczym odrobienia lekcji), żeby móc prawidłowo funkcjonować. Spałam więcej niż inni ludzie. Nie potrafiłam sobie nawet wyobrazić, że mogłabym nie jeść regularnych posiłków. Oczyszczałam się psychicznie podczas samotnego, długodystansowego biegania pośród zieleni. Gdy jednak dopełniłam tych powinności wobec siebie, z podniesioną głową realizowałam swoje plany.

Sukces może być kobietą, chciałam być tego przykładem. Byłam gotowa, by zapłacić cenę. Rodzice nauczyli mnie odpowiedzialności. Możesz próbować osiągnąć wszystko, ale musisz być świadoma, że nic nie jest za darmo.

Niepłodność wytrąciła mi stery z ręki. Poczułam wtedy bezsilność, po raz pierwszy nie wiedząc, co dalej, co powinnam zrobić… Wszystko wydawało się bez sensu.

Decyzja Marcina o tym, że rezygnujemy z dalszych starań o dziecko, sprawiła, że powoli zaczęłam wracać do siebie. Do nas. Czułam się zepsuta, nic niewarta.

Moje ciało mnie zdradziło.

Po kilkunastu miesiącach, które upłynęły od momentu, gdy się poddaliśmy, zaczęły mnie boleć piersi. Wtedy nawet nie pomyślałam, że może to być oznaka ciąży. Tak długo wcześniej wypatrywałam tych sygnałów i tak długo nie nadchodziły, że w końcu przestałam obserwować czujnie swoje ciało. Zostawiłam je same sobie. Świetnie sobie radziło bez mojej zrzędliwej kontroli, wystarczała mu dbałość. Ale pewnego razu, gdy Marcin chciał pieścić moje piersi, zdjęłam z nich jego rękę, dzisiaj boli, nie chcę, powiedziałam. Widziałam, że spojrzał na mnie badawczo, on też przyzwyczajony był do uwagi w zakresie ciążowych objawów, bolące piersi były na szczycie listy, ale ucięłam to, wciągnęłam go w miłosną grę.

Seks znów nam wychodził, moje ciało otwierało się na niego. Marcin nie musiał robić wiele, żebym wilgotniała, poza tym po tylu latach praktyki zwyczajnie już wiedział, jak mnie dotykać, żeby było dobrze, a ja w tym okresie chętnie to przyjmowałam. Dostosowywał się do faz mojego cyklu, naturalnych znaków wysyłanych przez moje, minimalne nawet, poruszenia, westchnięcia, jęki. Jego ręce były raz delikatne i czułe, kiedy indziej działały zdecydowanie, mocno, wiedziały, co robią, wiedziały, czego chcę. Bywało jak kiedyś, że reagowałam na sam jego zapach, podejście od tyłu, pocałunek w kark, rzucałam się na niego drapieżnie, kładłam rękę na wzgórku, który uwidoczniał się pod spodniami. Nie chciałam tego psuć. Nie chciałam nawet próbować mieć nadziei, że te szalone wytryski, które wtedy z niego wydobywałam, mamy znów rozważać w kategoriach prokreacji. Nie chciałam być zmuszona myśleć w tych kategoriach. Nie chciałam znów przechodzić przez fazę psucia tego, co dobre między nami.

Okres jednak nie nadchodził, więc w końcu musiałam to sprawdzić. Z walącym sercem kupiłam test ciążowy. Nasikałam na niego w służbowej toalecie i nie mogłam uwierzyć, gdy zobaczyłam dwie kreski. Cała się trzęsłam. Chciałam, żeby Marcin był tu ze mną, żeby mi powiedział, że to prawda, a nie moje przywidzenie. Możesz do mnie teraz przyjechać na kawę?, napisałam. Mógł, nie miał akurat żadnych spotkań, musiałam go nieźle przestraszyć, więc zjawił się w ciągu kilkunastu minut, nie pomyślałam w tamtej chwili o tym jego lęku, bez reszty pochłonęły mnie te dwie kreski, które zmieniały wszystko. Czy one naprawdę tam są? Jak to w ogóle możliwe? Przecież przestaliśmy się o nie starać.

Spotkałam go przed wejściem do pobliskiej restauracji, w której często jadaliśmy lancze, i bez słowa pokazałam mu test, który wcześniej schowałam głęboko do torby, owinięty w oryginalne opakowanie. Zamrugał oczami, potem spojrzał na mnie niezbyt mądrze. Ania, powiedział jakoś tak miękko, a ja przylgnęłam do niego i rozpłakałam się na dobre.

Lecz nawet wtedy baliśmy się jeszcze pełnego szczęścia. A co, jeśli poronię? A co, jeśli to błąd? Nie na darmo przeczesaliśmy kiedyś cały Internet w poszukiwaniu historii bezpłodności, znaliśmy ich teraz setki, tysiące, wiedzieliśmy, ile jeszcze niebezpieczeństw może na nas czyhać.

Pułapek nie było. Pełną ulgę poczułam jednak dopiero po USG w dwunastym tygodniu.

– Wszystko w porządku, ciąża rozwija się prawidłowo – orzekł lekarz ginekolog, specjalista od diagnostyki, do którego wybraliśmy się z polecenia.

Wreszcie odetchnęłam.

Tego dnia świętowaliśmy we trójkę, z Ignasiem, którego dopiero wtedy powiadomiliśmy o tym, że będzie miał rodzeństwo. Nie wydawał się na początku zachwycony, ale byliśmy oboje z Marcinem na takim endorfinowym haju, że nic nie było w stanie powstrzymać naszej radości. Nawet naburmuszony Ignaś pełen wewnętrznej zazdrości, gotowy w każdej chwili odpalić awanturę na sto fajerek. W końcu więc ten nasz nastrój udzielił się i jemu, Ignaś dołączył do świętowania, zwłaszcza że zaproponowaliśmy mu dodatkowe słodycze, na co dzień w naszym domu reglamentowane.

Teraz wchodzę w kolejny etap życia. Zaplanowany już dawno, bo od lat marzyłam o potrzebie kupienia drugiego fotelika samochodowego. Czułam, że wtedy wszystko będzie tak, jak powinno. Dwa foteliki samochodowe, dwoje dzieci. Chłopiec i dziewczynka.

Ania: świat – dwa: zero.

Cztery osoby w rodzinie to moja właściwa liczba, wymarzona już w odległej przeszłości.

Iga jest mała i zadziwiająco samowystarczalna. Jakby pewna tego, co jej się od świata należy. Naturalnie bierze, co jej, i wielkimi oczyma obserwuje otoczenie. Ma w sobie tyle spokoju, że nagle ja sama ze swoim charakterem czuję się przy niej kłębkiem nerwów. Nie muszę o nic walczyć. Nie muszę mieć żadnego określonego rytmu dnia ani trzymać się rytuałów. Urlop macierzyński zapewnił mi wolne od szczelnie zapełnionego służbowymi wydarzeniami kalendarza. Ginekolog odradził bieganie w ciągu pół roku po porodzie. Zamierzam go posłuchać i zadbać odpowiednio o moje mięśnie dna miednicy, a tym samym o siebie samą na starość. Chcę spędzić ten czas z Igą. Nauczona wcześniejszymi doświadczeniami macierzyńskimi nastawiłam się na istną batalię. Nic takiego jednak nie nastąpiło.

Co teraz?

Może dlatego dopada mnie chęć pisania? Kupiłam Moleskina i bazgrałam w nim trochę, ale szybko poszedł w kąt. Był tylko moim wyobrażeniem o pisaniu, o tym, jak mogłoby wyglądać, ale lata pracy przy komputerze zrobiły swoje, literki pisane ręcznie są koślawe, za to moje palce z wielką wprawą stukają w klawiaturę, tak jakby tańczyły na klawiszach pianina. Niezwykle łatwo jest w ten sposób przelewać swoje myśli i już po chwili widzieć je na szklanym ekranie.