79 osób interesuje się tą książką

Opis

Problemy chodzą stadami

Dla Dory Wilk zaczyna się najbardziej wyczerpujący okres w życiu. Całodobowe zamieszanie, chaos i krwawe szaleństwo.

Uwikłana w wampirzą politykę, epidemię lunatykowania - śmiertelnie niebezpieczną dla Dzieci Nocy - spiętrzone problemy wilczego stada i prywatne katastrofy, wiedźma próbuje zachować zimną krew i przeżyć.

Nie czas na sen, gdy jej świat płonie!

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 530

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Dla rodziny, tej z krwi i tej z ducha

Rozdział 1

Łopata opornie wchodziła w ziemię. Co chwilę natrafiałam na kamienie, które nieprzyjemnie zgrzytały o stalową krawędź. Całkiem spory stosik otoczaków piętrzył się z boku.

Docierała do mnie absurdalność sytuacji, podobnie jak zdumione i rozbawione spojrzenia chłopaków, ale nie mogłam przestać. Zostałam doprowadzona do ostateczności, a tą – w moim przypadku – zwykle jest głupota.

Czy jadąc do Trójprzymierza, spodziewałam się, że skończę ze szpadlem w ręce, produkując podejrzanie wiele dołów tuż za Trumną, oficjalną siedzibą wampirzego gniazda? Jakbym kopała groby. Cóż, właściwie…

Popołudnie powoli stawało się wczesnym zmierzchem, niebo zasnuwała łososiowa poświata zachodzącego słońca. Niedługo się dowiem, czy mój plan był genialny, czy też narobiłam sobie odcisków na dłoniach całkiem na próżno.

Łopata znów zaprotestowała. Wyciągnęłam ważący ze trzy kilogramy otoczak z dołu i odrzuciłam go na bok.

– Świetnie, kochanie, te kamienie doskonale nadają się na skalniak – rzucił Miron z wyraźną kpiną w głosie.

Obaj z Joshuą odmówili pomocy, twierdząc, że skoro – w przeciwieństwie do nich – uważam rycie w ziemi za dobry pomysł, to mogę poradzić sobie sama. Skrzywiłam się tylko i posłałam mu ostre spojrzenie.

Nadal nie mogłam uwierzyć, że Gajusz był w stanie zachować się tak… jak Gajusz. Do cholery, bywał już bubkiem w przeszłości, stawiał się, doprowadzał do konfrontacji, ale myślałam, że mamy to za sobą. Do cholery, miał u mnie dług, naprawdę spory… A ja nie zażyczyłam sobie gwiazdki z nieba, tylko szczerej odpowiedzi na kilka pytań! Najwidoczniej przerosło to tutejszego Księcia wampirów. Czemu Eleonora akurat teraz musiała wyjechać? Według Joachima znajdowała się w Paryżu, w swoim rodzinnym gnieździe. Wróci nieprędko, a nikt tak jak ona nie potrafi przywoływać Gajusza do porządku.

Syknęłam; trzonek był chropowaty i w miękką poduszeczkę kciuka wbiła się drzazga. Wyciągnęłam ją, nim weszła głębiej, i wróciłam do kopania. Połowa pracy za mną: trzy doły gotowe, trzy przede mną.

Oczywiście, Gajusz nie zrobił nic, co by mogło mnie obrazić i skłonić do oficjalnych kroków. Och nie, na to był zbyt sprytny. Ale jest ostatnio taki zajęty, przykro mu, nie może poświęcić czasu na nasze miłe pogawędki. Nie, nie sądzi, by na jego terenie działo się coś niepokojącego. Nie ma powodu, bym sobie zawracała śliczną główkę. Oczywiście, mogę zostać, spotkać się z synami, ale powinnam pamiętać, że to jego terytorium i to on decyduje o wszystkim.

Złość buzowała mi w żyłach. Miał w dupie, co się stało, miał w dupie wszystko. Patrzył na mnie niczym na głupiutką panienkę i spanikowaną matkę w jednym… Jakbym zareagowała przesadnie na histerię pięcioletniego dziecka bełkoczącego, że widziało potwory wychodzące spod łóżka.

Pryzma ziemi sięgała już do połowy uda, dół miał nie mniej niż osiemdziesiąt centymetrów głębokości, prawie tyle, ile trzeba. Kopałam dalej, zaciskając zęby.

Problem polegał na tym, że nie byłam głupią panienką, a mojego syna trudno nazwać niestabilnym emocjonalnie pięciolatkiem, skoro jest ponad czterystuletnim wampirem. Tacy rzadko ulegają nerwom, mało co wpędza ich w histerię. Ufałam Joachimowi. To, co go przeraziło, nie było wyimaginowanym potworem spod łóżka. Choć tych ostatnich też bym nie lekceważyła. Doświadczenie mówiło mi, że w powtarzanych uporczywie bajkach, legendach i mitach jest podejrzanie wiele prawdy, choć ludzie, oczywiście, tego nie wiedzą lub nie przyjmują do wiadomości. Ale ja – skoro nie jestem człowiekiem, a może nawet nigdy tak naprawdę nim nie byłam – nie zaprzeczałam niczemu, co istnieje. Teoretycznie też nie powinnam istnieć – wiedźma sprzecznych magicznych linii, nieco przeanielona i związana w Triumwirat z diabłem i aniołem… Takie rzeczy się nie zdarzają, a jednak. Teoretycznie nie powinnam mieć wampirzego syna starszego ode mnie o cztery wieki, a jednak. Mam nawet dwóch. Nie stworzyłam ich, więc nie jestem, że tak powiem, biologiczną wampirzą matką, ale adoptowałam i są moimi synami. Na dobre i na złe. Zwykle raczej na dobre.

Ale niepokój Joachima i jego bezradna frustracja wciąż były obecne z tyłu mojej głowy. Strach, niepokój, które odczuwał – nawet nie o siebie czy Wawrzyńca, ale o Teresę, swoją narzeczoną – smakował na moim języku cierpko, mieszał się z żelazistą nutą krwi wypitej przez niego na kolację. Cóż, są w bliskiej więzi emocjonalnej z wampirem rzeczy, do których trzeba przywyknąć, a odkąd nawiązaliśmy kilka miesięcy temu komunikację telepatyczną, sprawy nieco się skomplikowały. Miało to swoje plusy – dzięki telepatii uratował mnie przed ugryzieniem przyjaciela, ale czasem, gdy był wzburzony, nie bardzo mógł kontrolować przesyłanie emocji łączem.

Gotowe, kolejny dół czas zacząć. Omijałam spojrzeniem wiernych widzów, którzy dowcipkowali z mojego zasapania i odcisków. Humorki im dopisywały, mnie jakoś nie bardzo. Martwiłam się. Gajusz odmówił mi informacji i zabronił działać. Znajdowałam się na jego terytorium – jeśli nie spełnię tej „uprzejmej prośby”, wypowiem nasz mały pakt o nieagresji. Jeszcze kilka miesięcy temu– żaden problem. Wróciłabym do Thornu i zapomniała o Gajuszu, ograniczając się do użerania z Romanem, lokalnym Księciem wampirów, ale… Ale wtedy musiałabym zabrać ze sobą moje dwa wampiry. A ich partnerzy życiowi należeli do gniazda Gajusza. Rozbijanie związku, który trwa niemal dwieście lat, to naprawdę sukinsyństwo… a tyle Joachim i Teresa byli razem. Wawrzyniec i Miłosz – znacznie krócej, lecz przecież to nie oznacza, że przyjęliby lekko moje polecenie: „Kochani, pomachajcie Gajuszowi, zamieszkacie z mamusią”. Zresztą, gdzie? W szafie? Nie miałam miejsca odpowiedniego dla dwóch wampirów…

Poprawiłam chwyt na łopacie, żałując, że nie zabrałam rękawiczek. Wnętrze dłoni już stwardniało, a na opuszkach i w zgięciach palców pojawiły się małe pęcherze. Zwłaszcza na lewym kciuku, tuż przy obsydianowej obrączce.

Łososiowa poświata na niebie przeszła w pomarańcz, a ja zabrałam się za ostatni dół.

Problemem był nie tylko brak lokalu, po prostu wiedziałam, że z praktycznym Romanem łatwiej bym się dogadała niż z Gajuszem. Gajusz był dumny i utknął w średniowieczu – kobiety nie budziły jego zaufania. Nie poza sypialnią i kuchnią. Jego szowinizm bił po oczach, mimo patynki manier i szarmanckich banialuk. Tylko czy z powodu jego braku rozsądku i jego niedzisiejszego oglądu ról społecznych muszą umierać wampiry? Sześciu kainitów w niespełna sześć tygodni to spore straty. Gniazdo w Trójprzymierzu nie było wielkie. Ilu tutejszych zakończy ostatecznie żywot, nim zaczną ginąć ci, których lubię? Na myśl, że Joachimowi mogłaby się stać krzywda, zadrżałam. Więź między matką a synem w wampirzych realiach oznacza, że czuję silny przymus ochrony potomstwa. Nieważne, że mam na karku trzydzieści lat, a on czterysta. Myśl o jego śmierci mroziła mi krew w żyłach. Nie zapominajmy o Wawrzyńcu, pomyślałam ze wstydem. Jakoś nie mogłam przestać faworyzować Joachima. Może dlatego, że więź między nami wydaje się mocniejsza, jakby trwała nieskończenie dłużej…

Doły były gotowe. Wbiłam łopatę w ziemię i odwróciłam się do chłopaków.

– Pomożecie z ładunkiem, czy będziecie patrzeć, jak łamię kręgosłup pod tym ciężarem?

– No nie wiem – powiedział Miron z przesadnym namysłem. – Nie będzie to podpadało pod współudział?

Warknęłam zirytowana.

– Gdybym wiedziała, że z was takie strachliwe dzieci, poprosiłabym o pomoc Olafa. Silny, pomocny, darzący mnie zaufaniem, oto mężczyzna, jakiego mi trzeba – marudziłam, zsuwając pakunek z przyczepy. Był najmniejszy, więc istniała szansa, że poradzę sobie z nim sama. Ważył sporo, stęknęłam i opuściłam go na ziemię. Jutowa płachta i sznur ułatwiały trochę chwytanie. Pomagając sobie stopą, przepchnęłam „prezent” w kierunku pierwszego dołu. Balansowałam ciężarem, opuszczając go powoli. Szarpnęłam za sznur, by materiał opadł na dno, i zaczęłam zasypywać dziurę. Szło szybciej niż z kopaniem, może dlatego, że niemal połowa dołu była teraz zapełniona.

– Zaraz się ściemni i przyjdzie Gajusz. Chciałabym mieć już za sobą ten moment z poceniem się i stękaniem. To nie pasuje do mojego planu – rzuciłam chłopakom.

Joshua nie wytrzymał i wstał, by mi pomóc. Miron jęknął i podążył za nim.

– Jesteś miękki, aniele, psujesz całą zabawę.

– To nie ty musiałbyś leczyć jej naderwane ścięgna, Mironie, więc nie krytykuj. Na trzy – powiedział Joshua, przymierzając się do największego pakunku. Chwycili go we dwóch i podnieśli z przyczepy. Asekurowałam ich, gdy wepchnęli tobół do dołu. Uśmiechając się, rozwiązałam sznurek.

Plan może był niestandardowy, ale niósł w sobie jasne przesłanie. Oby Gajusz okazał się dość bystry i załapał. Joachim wiedział, że ma wyprowadzić wszystkich na zaplecze Trumny, gdy tylko się ściemni. Czułam, że powoli się wybudza; jego świadomość szukała mnie, wiedząc, że jestem blisko. Uspokoiłam go szybko i zapowiedziałam, że potrzebuję jeszcze góra pół godziny, skoro mam już pomocników.

Ustawiałam otoczaki na świeżo skopanej ziemi w kręgi otaczające nasz prezent dla lokalnego Księcia. Może nawet zbyt wymowny prezent, ale skoro uparty jak osioł wampir nie chciał ze mną rozmawiać… zapewnię mu świetne widoki. Na długo to zapamięta. Zachichotałam.

– Co się tu, u diabła, dzieje? – Ostry ton dobiegł mnie, gdy kończyłam układanie ostatniego, szóstego kręgu. O wampirze mowa.

– Och, Gajuszu, świetnie, że wpadłeś. – Posłałam mu przesadnie szczery uśmiech. – Mam dla ciebie prezencik, jak widzisz…

– Co ty wyrabiasz na moim terytorium?

Sięgnęłam po kurtkę, którą rzuciłam na trawnik, kiedy zaczynałam kopać. Pozwoliłam, by gość przez chwilę w milczeniu przyglądał się mojemu dziełu, zanim wyjaśniłam:

– Od początku czułam, że muszę coś dla ciebie zrobić, wiesz, strata sześciorga dzieci to prawdziwa tragedia… Mogę sobie tylko wyobrazić, przez co przechodzisz. – Teatralnie przyłożyłam dłonie do piersi. – I ta świadomość, że z wampira właściwie tak niewiele zostaje po śmierci… Nawet nie sposób się z nim pożegnać, wyprawić pogrzebu, zapłakać nad ciałem, które rozwiewa się prochem na wietrze… Właśnie dlatego pomyślałam, że potrzebujesz czegoś, co ci o nich przypomni. Skoro odrzucasz moją pomoc, to albo sam panujesz nad sytuacją, albo całkiem straciłeś nad nią kontrolę, ale nie chcesz tego przyznać. Oto więc mój prezent dla ciebie, by ta szóstka nie odeszła w zapomnienie. – Wskazałam wkopane właśnie brzozy, nie sadzonki, a całkiem dorodne drzewka, które kupiłam w szkółce zaprzyjaźnionego zielarza z Sopotu. – Na początku myślałam o symbolicznych grobach, ale to takie smutne… Miałbyś z okien swojej sypialni widok na cmentarz, a to jednak w złym stylu, prawda? Zamiast tego masz więc brzozy! Jeśli ta szóstka zamyka sprawę, masz oto zagajnik… Jeśli przez twoje milczenie zginą kolejni, twoje gniazdo w końcu zacznie świecić pustkami, ale pomyśl, jaki obłędnie piękny las będziesz miał za domem! – zakończyłam z przesadnym entuzjazmem i uśmiechnęłam się szeroko.

Jego mina na długo zostanie w mojej pamięci. Gdy szczęka opada w oszołomieniu, nic nie bawi tak, jak para ostrych kłów wystających spod górnej wargi. Gapowata mina nie przystoi wampirom. Gajusz kręcił głową, jakby w duchu powtarzał sobie, że to się nie dzieje. Nie posadziłam właśnie sześciu drzew na jego podwórku. Nie mogłabym.

Otrzepałam ubrudzone ziemią dłonie.

– Czy ktoś chciałby zmówić modlitwę? Albo może urządzimy wieczorek wspomnień o zmarłych? Każdy z was musiał to głęboko przeżyć, wasze życie trwa tak długo, że śmierć zawsze jest szokiem – zwróciłam się tonem terapeutki do wampirów, które przyszły za swoim Księciem. Zgromadzeni chyba oczekiwali, że za chwilę Gajusz mnie dopadnie i nie rozumieli, jak mogę zachować spokój. – Ale nie jesteście z tym sami, panie i panowie. Jako zaprzyjaźniona z waszym mistrzem mistrzyni, czuję się zobowiązana, by wam pomóc.

Gajusz nie wytrzymał. Wrzasnął w niebo, przyciskając dłonie do skroni.

– Nie potrzebują żadnej terapii! To wampiry, do cholery! – naskoczył na mnie. – Dlaczego nie możesz po prostu pilnować swojego nosa i nie dasz mi spokoju?

– Kuszące, ale to tak nie działa, Gajuszu. – Uśmiechnęłam się słodko. – Moim obowiązkiem jest dbać o to, by nasza społeczność miała się świetnie. Po to powstała Rada Międzygatunkowa, prawda? Po to, na waszą zresztą prośbę, zostałam pośredniczką, skoro jako jedyna mam więzi z każdym z gatunków. Dzielę moją lojalność między magicznych, wilki i wampiry. I nie podoba mi się, że z jakiegoś powodu giną te ostatnie. Nie po to ratowałam was przed wojną, szaloną Badb i stukniętym Lokim, byście teraz umierali mi pod nosem.

Dyskretnie przypomniałam mu swoje zasługi dla jego gniazda. Cholera, czemu nie może być jak Olaf? „Doro, honorowa alfo, twoje życzenie jest dla mnie prawem. Co tylko chcesz, Cahan Rhiamon”. Potrzebujesz broni, lewych dokumentów, samochodu, miejsca do życia dla szczeniaka, z którym nie masz co zrobić? Zadzwoń do swojego zaprzyjaźnionego alfy. Wszystko załatwi, bez zbędnych pytań, i jeszcze zasugeruje, że pomaganie ci jest nie tylko jego obowiązkiem, lecz także przyjemnością.

Ucz się, Gajuszu, jak okazywać wdzięczność!

Nie wyglądał teraz na szczególnie wdzięcznego. Może fantazjował o tym, jak miło byłoby mnie jednak wyssać, ale to nie wchodziło w grę. Pomijając fakt, że nie dałabym się bez walki, a tę raczej na pewno bym wygrała, samo podniesienie na mnie kła wpędziłoby go w polityczny koszmar. Miałam zbyt wielu przyjaciół, zbyt wiele więzi, by uszło mu to na sucho. I choć nie był tak praktyczny jak Roman, nie śpieszyło mu się do kłopotów.

– Wejdźmy do środka – powiedział przez zaciśnięte zęby. – Porozmawiamy.

– Jesteś pewien? Z rozpędu mogłaby ci urządzić skalniaczek, kamienie już są. – Miron uniósł brew i kącik ust.

Bydlę, moje było na wierzchu, wygrałam zakład, brzozy złamały Gajusza, ale diabeł musiał mi jeszcze podokuczać. Zignorowałam go, wiedząc, jak tego nie lubi.

– Wspaniale. – Wyszczerzyłam się i wytarłam dłonie o nogawki czarnych dżinsów. – W najbliższych dniach dostaniesz rachunek za drzewa, Gajuszu, wystawiony przez firmę Jawora, bądź uprzejmy zapłacić.

Sześć dorodnych brzóz to niemały wydatek, trochę za duży na moją kieszeń, ale nie na kieszeń Księcia wampirów. Warknął, ale nie zaprotestował. W końcu drzewa rosną na jego działce, prawda?

Rozdział 2

Z zewnątrz Trumna wygląda niezbyt ciekawie: duża, masywna bryła, niemal całkowicie pozbawiona okien. Fantazja architekta nie poniosła, lokum Gajusza przywodziło na myśl raczej magazyn czy bunkier niż luksusowy wampirzy bar i siedzibę największego gniazda na północy Polski. Wystarczyło jednak przekroczyć próg, by zrozumieć, jak bardzo mylne było to wrażenie.

Wnętrze urządzono ze swobodą kogoś nieliczącego się z pieniędzmi, mającego niezły gust, umiłowanie do zabytkowych mebli i ciągoty do manifestowania przepychu. Brak okien nie przytłaczał, pomieszczenia oświetlały żyrandole migoczące kryształkami i lampy naftowe – płomyki zabezpieczone szklanymi bańkami nie były dla wampirów zagrożeniem, a dawały przyjemny dla nich blask żywego ognia. Większość z nich urodziła się i żyła przed rewolucją przemysłową, światło elektryczne było dla nich zbyt zimne, zbyt jasne. W miękkiej, ciepłej poświacie połyskiwały satynowe i aksamitne zasłony oraz draperie okrywające ściany baru. Wielkie lustra w złotych ramach zwielokrotniały tylko ten blask i zdawały się powiększać lokal do rozmiarów sali balowej. Nie muszę chyba wspominać, że wszystkie wampiry odbijały się w lustrzanych powierzchniach? Wiele legend i podań ludowych zawiera w sobie sporo prawdy, ale akurat w tych dotyczących wampirów najwięcej było przekłamań. Podejrzewam, że same je rozsiewały.

Miejsca przy stolikach zapełniały się stopniowo, zajmowali je ci, którzy przyszli z nami, i ci, którzy dopiero się przebudzili. Gniazdo Gajusza liczyło dobrze ponad setkę wampirów, ale, oczywiście, nie wszystkie z nim mieszkały. Na stałe w Trumnie przebywało piętnaście wampirów. Gajusz miał wiele innych domów, a kilku jego synów założyło własne rodziny, podległe, rzecz jasna, Księciu. Nie wiedziałam, dlaczego właściwie nie spotykałam tu, prócz Teresy, wampirzyc. Mówcie, co chcecie, ale nie wierzę w grupy jednopłciowe. To się nie sprawdza. Stado złożone z samych kobiet jest tak samo złym pomysłem, jak to składające się z samych facetów. Grupa potrzebuje równowagi. W gnieździe Gajusza jej nie było. Zanotowałam w pamięci, by podpytać o to Joachima. Książę raczej nie odpowiedziałby mi na tak bezpośrednie pytanie.

W powietrzu wyczuwało się jakieś napięcie, szepty przy stolikach zlewały się w szum przypominający brzęczenie w ulu. Raz po raz chwytałam szybkie, zaniepokojone spojrzenia. Źle się tu działo. Nie tylko Joachim się bał. Odruchowo poklepałam mojego syna po ramieniu. Stał pół kroku ode mnie. Jedną z konsekwencji tego, że jesteśmy związani, że jestem jego matką, stanowił przymus dotyku. Nie w wymiarze seksualnym. Po prostu oboje czuliśmy się lepiej, gdy się dotykaliśmy. U nieśmiałego Wawrzyńca objawiało się to bardziej powściągliwie, ale i on, kiedy przyjeżdżałam, trzymał się blisko. Nie minął rok, odkąd zostali porwani. Wyśledziłam maga, który był tego sprawcą, z pomocą Joshui zdołałam go unieszkodliwić i zrobiłam wszystko, by uratować jego ofiary, w tym wampiry, tak bliskie ostatecznej śmierci, jak to możliwe. Oddałam im swoją krew i magią miłosną zmusiłam ich serca do bicia. Nie wiedziałam, że nie tylko ratuję im życie, lecz także zrywam więzi z dotychczasowym mistrzem – Gajuszem. Niewiele wiedziałam o wampirzych prawach i zwyczajach. Dotąd raczej unikałam wampirów i za skarby świata nie pojawiłabym się w Trumnie z własnej woli. Bałam się ich nie bez powodu – krew magicznych stanowiła dla nich przysmak. Nigdy nie miałam fantazji o zostaniu dobrem konsumpcyjnym.

Nie przepadałam za wampirami, ale nie mogłam pozwolić, by Joachim i Wawrzyniec zginęli. Byli dobrzy, co w wampirzym świecie oznacza tylko tyle i aż tyle, że doskonale kontrolowali swoje bestie – nie zabijali, nie szli ścieżką przemocy poza tą wpisaną w ich jestestwo. Uratowałam ich, a tym samym nieświadomie znów wpędziłam w poważne kłopoty. Przeze mnie zostali uwięzieni i Gajusz zaserwował im miesiąc głodówki, licząc na to, że złamie naszą więź. Zdołałam uratować ich raz jeszcze. Żeby to zrobić, musiałam w pokrętny sposób udowodnić wampirzemu Konklawe, że jestem do nich na tyle podobna, by być mistrzynią. Matką Joachima i Wawrzyńca. Zawiązałam z ocaleńcami pełen pakt z obustronną wymianą krwi. Cud nad cudy, Konklawe uległo mojej perswazji. Głównie dlatego, że byłam im potrzebna. Miałam powstrzymać Armageddon – prowokowaną przez Lokiego wojnę wampirów, wilków i magicznych. Lęk o własne tyłki poluzował nieco nacisk na tradycję, prawo i definicję wampiryzmu. To, że po starciu z magiem w ludzkich kategoriach byłam martwa – jak oni – a wcześniej żywiłam się ludzką energią – znów jak oni: byłam czymś między pasożytem a drapieżnikiem – trafiło im do przekonania. Ostatecznym dowodem było to, że zdołałam ożywić i przywiązać do siebie inne wampiry. A to, wedle tradycji, potrafiły tylko one. Skomplikowana i piętrowa historia, znana już wszystkim zainteresowanym. Moja rodzina się powiększyła: obok anioła stróża, diabła, czorta i nekromantki miałam nagle wampirzych synów. A później doszły jeszcze wilki… W tamtym momencie nie miałam lepszego rozwiązania. Z czasem odkrywałam dodatkowe komplikacje.

Patrzyłam po zgromadzonych, zastanawiając się, czy brakuje kogoś ze znajomych. Wiedziałam, że kainici giną, szóstka to całkiem sporo, ale nie znałam imion ofiar, ani nie miałam pojęcia, co właściwie się działo. Rozpoznałam Teresę, zachwycającą jak zawsze, delikatną piękność z porcelanową cerą i fiołkowymi oczami, narzeczoną Joachima, więc… hm… jakby moją synową? Nie, ludzkie terminy i rodzinne hierarchie raczej się nie sprawdzały w nadnaturalnych grupach. Seneszalka Gajusza, jego prawa ręka. Joachim pełnił taką funkcję wobec mnie. Kaden, wysoki i ciemnowłosy wampir, Trzeci w gnieździe, zawiadywał Trumną i stał za barem. Ubierał się ze swobodną elegancją lat trzydziestych – dziś założył miękkie, zamszowe bryczesy, wysokie buty do konnej jazdy, białą koszulę i kamizelkę. Zdecydowanie był to styl, a nie sentymenty. Gdyby miał się ubierać wedle mody swoich ludzkich lat, musiałby nosić kaftan o kroju siedemnastowiecznego szustokoru. Opierał się nonszalancko o bar, ale jego spojrzenie pozostawało czujne. Nie widział mojego małego przedstawienia za domem, ale wiedział, czemu tu jestem. Był zbyt bystry, by nie wiedzieć.

Kilka innych twarzy pamiętałam, ale właściwie nie znałam tych wampirów. Kiwnęłam głową w stronę Wawrzyńca i Miłosza oraz siedzących na kanapie w rogu Kadena i Teresy.

Czekałam, aż Gajusz zdecyduje, co właściwie chce osiągnąć. Mogłam z nim rozmawiać tu i teraz, ale czułam, że delikatniej byłoby pogadać z nim bez świadków. Tyle że inicjatywa musiała wyjść od niego. Był na swoim terytorium, a ja byłam tylko gościem. Skoro łamałam masę poważniejszych przepisów (choć zwykle bez złej woli), mogłam chociaż przestrzegać zasad dobrego wychowania.

– Chodźmy do loży – zaproponował w końcu. Jego mina mówiła jasno, że nie jest tym zachwycony. Spojrzał na Joshuę i Mirona i powiedział ostrożnie: – Byłoby lepiej, gdyby twoi przyjaciele zostali na dole.

– Dlaczego? – zapytałam, zwalczając odruchową potrzebę powiedzenia, że nie ma mowy.

Skrzywił się lekko.

– Dla mojego komfortu psychicznego. Możesz to dla mnie zrobić? Domyślam się, że i tak im wszystko powtórzysz, ale nie czuję się dobrze, zdradzając nasze tajemnice obcym.

Przygryzłam wargę. To nie obcy, to najbliższe mi istoty. I dawno zostali już wtajemniczeni w wampirzy świat, uczestniczyli ze mną nawet w Konklawe. Ale pochodzili też z innego systemu, a rozejm był delikatny.

– Zgoda – powiedziałam w końcu cicho. Miron drgnął, nieprzyjemnie zaskoczony. – Moi partnerzy zostaną tutaj, skoro chcesz rozmawiać ze mną jak mistrz z mistrzynią.

Chłopcy nie byli zachwyceni. Nie ufali Gajuszowi za grosz. Nie bez powodów. Posłałam im uspokajające spojrzenie i lekki uśmiech. Wsunęłam dłoń pod ramię Joachima. Przy spotkaniu z Księciem wolałam mieć świadków.

– Chodźmy, Gajuszu.

Przez chwilę mierzył spojrzeniem mojego syna, ale nie miał możliwości zmusić mnie, bym go nie zabierała. Jako mistrzyni miałam do tego prawo; był moim Seneszalem. Teresa w lot pojęła mój zamysł i zrobiła krok w stronę swojego mistrza. Wampirza etykieta jest tylko nieco mniej skomplikowana niż protokół dyplomatyczny. Coś jak z wizytami prezydentów: gdy jeden przywozi pierwszą damę, to drugi nie może powiedzieć, że jego żona akurat ma katar i wolałaby zostać w domu. Skoro ja szłam na rozmowę z Seneszalem, Teresa automatycznie musiała towarzyszyć Gajuszowi. To też średnio mu się podobało, ale podał jej ramię i przeszliśmy krętymi schodkami do jego loży.

Pomieszczenie było niewielkie, mieściło dwa fotele, kanapę i dębowy stolik. Wszystko utrzymane zostało w kilku odcieniach fioletu – zasłony z aksamitu, obicie mebli i poduszek, tekstylne tapety na ścianach. Nie wiedziałam, czy to żart Gajusza, czy naprawdę uważał, że kolor ten – wedle magicznej tradycji symbolizujący człowieczeństwo – pasuje do niego bardziej niż inne. Usiadłam na fotelu, gospodarz spoczął naprzeciw mnie, a nasi Seneszale zajęli kanapę, zerkając na nas nieco niespokojnie. Cóż, poważny konflikt między mną a Gajuszem mocno by się na nich odbił. Niezależnie od tego, co czuli do siebie, ich lojalność w pierwszym rzędzie dotyczyła mistrzów. I o ile mnie nie przyszłoby do głowy stawać im na przeszkodzie, to Gajusz nie był takim romantykiem.

Milczałam. To on powinien zacząć, ale zbierał się do tego powoli. Szmer rozmów z dołu, z głównej sali Trumny, docierał przez rozchylone kotary loży. Czułam obecność Joshui, niepokoił się, więc posłałam mu uspokajające myśli. Coś w twarzy Gajusza – jakby nieoczekiwanie obnażona słabość, zmęczenie – sugerowało mi, że naprawdę potrzebował pomocy.

– Przyjechałaś odwiedzić synów? – zapytał w końcu dziwnie zrezygnowanym głosem.

Odgarnęłam za ucho kosmyk włosów, nie spuszczając Księcia z oczu. Próbowałam mu już to wyjaśnić, ale niemal wyrzucił mnie z Trumny. Wtedy krzyczał i był rozjuszony, teraz wydawał się przygaszony. Minęło tylko kilka godzin. Co się zmieniło?

– Także i po to. Niepokoiłam się.

– Czym?

– Wyczułam zdenerwowanie Joachima. I nawet nie waż się sugerować, że mój syn histeryzuje, bo oboje wiemy, że to nieprawda. Dzieje się coś złego.

Przez chwilę nic nie mówił, ważąc moje słowa.

– Chciałbym ci wierzyć, wiedźmo. To głupie i naiwne, nie przystoi komuś, kto żyje tak długo, ale chciałbym móc ci zaufać.

Nie brzmiał jak on. Nie był aroganckim dupkiem, nie ciskał się, nie wrzeszczał.

– Wydaje mi się, że dowiodłam ci już, że można mi zaufać.

Milczał. Zmęczenie na jego twarzy zaczynało mnie przerażać. Jak źle było?

– Gajuszu, czego się obawiasz? Że przyjechałam, by ci zaszkodzić? Wykorzystać twoje kłopoty do odebrania ci gniazda? Zabicia cię?

Gwałtownie uniósł głowę i spojrzał na mnie czujnie. Tak, właśnie tego się obawiał. W tym świecie nie okazuje się słabości, bo zbyt wielu mogłoby ją wykorzystać. Westchnęłam.

– Zapominasz, że mamy sojusz. Nie jesteśmy może przyjaciółmi, ale nie jesteśmy też wrogami. Nasze losy są związane. Nie wystąpię przeciw tobie, chyba że sam zdecydujesz, by było inaczej. Masz moje słowo, że nie przybyłam tu ze złymi zamiarami, przeciwnie. Znasz mnie od najlepszej i od najgorszej strony. W głębi duszy wiesz już, czego się po mnie spodziewać. Nie zawsze jest to coś, co ci się podoba, ale wiesz, że nie jestem typem skrytobójczyni czy konspiratorki. Gdybym chciała cię zabić, nie proponowałabym pomocy, ale wyzwała cię na pojedynek lub cierpliwie poczekała, aż to, co się dzieje, pociągnie cię na dno.

Wahał się, ale jakiś blask w jego ciemnych tęczówkach świadczył, że mój wywód go przekonuje.

– Masz kłopoty. Coś złego dzieje się w twoim gnieździe. Pozwól mi pomóc, może razem znajdziemy sposób, by zapobiec kolejnym stratom – powiedziałam miękko.

Potarł twarz dłonią w dziwnie ludzkim geście. Skinął w końcu na Teresę, a na jej twarzy natychmiast zakwitła ulga.

– Zaczęło się pięć tygodni temu – poinformowała. – Jak dotąd zginęło sześć wampirów w różnym wieku, najstarszy miał dwieście lat, najmłodszy – niespełna pięćdziesiąt. Nie zostało po nich zbyt wiele. Wyszli na słońce.

Jęknęłam.

– Sami?

Teresa zrozumiała, o co pytam.

– Nie było świadków, nie wiemy, czy ktoś ich zmusił ani w jakim byli stanie, nim spotkali się ze słońcem. Nie wiemy nawet, czy wtedy żyli… W ciągu dnia większość z nas śpi. Gajusz wyczuł, jak ich esencja odchodzi.

Spojrzałam na mistrza ze współczuciem.

– Czy odbierałeś coś od nich, zanim to się stało?

Pokręcił głową.

– Wiesz, że więzi między mistrzem a jego gniazdem zależą od talentów, jakie noszą mistrzowie. Ja nie wyczuwam moich wampirów jak ty. Wiem, że odbierasz strach czy niepokój Joachima, słyszałem, że pożywiał się dla ciebie i wasza więź jest niesamowicie silna. To dość wyjątkowa sprawa i wynika ściśle z twoich talentów. Normalnie takie odczucie więzi możliwe jest między mistrzem a dzieckiem po dziesiątkach lat razem, i tylko jeśli mistrz jest silny i stary. Mój dar to przekazywanie emocji: mogę sprawić, że będziesz się trzęsła ze strachu i zechcesz uciec, ale nie poczuję tych emocji od ciebie. Czytam w myślach, nie w uczuciach.

Skrzywiłam się lekko. Nie lubiłam, gdy ktoś mi to robił. Ale nie czas o tym myśleć – przywołałam się do porządku. Muszę zdobyć informacje, póki Gajusz chce mi ich udzielić. Lata pracy w policji nie poszły na marne; skoro mogłam przesłuchiwać świadków i sprawców przestępstw w ludzkim świecie, poradzę sobie również w magicznym. Przywołałam mój profesjonalny ton detektyw Wilk.

– Podejrzewasz, co się może dziać?

– Dogasanie – wyznał.

Joachim drgnął i spojrzał na mnie z wyraźną dezaprobatą. Nie zgadzał się z teorią Gajusza.

– Czy zmarli przejawiali wcześniej objawy dogasania? – zapytałam wprost. To wampirza wersja depresji, przygaszenia, wyczerpania woli życia – nie jest to coś, co rozwija się w jeden dzień. Nie sądziłam, by objawy umknęły wrażliwemu oku.

Gajusz wzruszył ramionami i przyznał:

– Nie wiem. To nie jest coś, z czym wampir się obnosi, jeśli ma swoją dumę.

Gdybym potrzebowała dowodów, że nie był typem mistrza, który specjalnie interesował się stanem emocjonalnym poddanych, oto one. Związku Miłosza i Wawrzyńca, choć byli ze sobą ponad rok, też nie zauważył.

– Gajuszu, sześciu w pięć tygodni? Nie obraź się, ale naturalna epidemia samobójstw nie wydaje mi się wiarygodna. – Milczał, więc kontynuowałam: – Posłuchaj, spróbuję się dowiedzieć, na czym polega problem. Rozejrzę się, popytam. Pozwolisz twoim wampirom rozmawiać ze mną całkiem szczerze? – To był warunek konieczny, by dochodzenie nie ugrzęzło za pierwszym rogiem.

Przytaknął.

– Nie będę ci zabraniał. odrzucił twoją ofertę po tej szopce z brzozami, a ginęliby następni…

Tak, wiedziałam, co robię, kopiąc groby. Mały szantażyk emocjonalny. Wampiry są posłuszne mistrzowi, ale mają też instynkt samozachowawczy, którego nie należy lekceważyć.

– Czy to dotyczy tylko twojego gniazda?

– Nie wiem. – Drgnął lekko.

– W Trójprzymierzu są jeszcze inne gniazda?

– Jedno, podporządkowane mnie. Kilka domów, kilku samotników na lennie…

– Słyszałeś, by i tam działo się coś niepokojącego?

– Nie mówimy o takich rzeczach…

– Tak, wiem, tajemnice i ukrywanie słabości. – Westchnęłam. O ile prostsze byłoby moje życie, gdyby wszyscy się sprawniej komunikowali… – Wygląda na to, że ja i mój syn złożymy kilka wizyt sąsiedzkich. Jeszcze jedno, Gajuszu…

Czekał z lekką rezygnacją w oczach.

– Jeśli to się okaże potrzebne, a tak właśnie sądzę, wezwę do pomocy moich przyjaciół, nie wampiry, może nawet – zwłaszcza nie wampiry. Sądzę, że potrzebne są straże za dnia, przynajmniej do czasu, aż się dowiemy, co dokładnie się dzieje. Oznacza to, że będę musiała wprowadzić kogoś na twoje terytorium. Zgadzasz się?

Skrzywił się, jakbym mu kazała wypić tran.

– To wampirze sprawy, wiedźmo.

– Tak, wiem, ale jeśli chcesz, by za rok w tym miejscu wciąż toczyły się jakieś wampirze sprawy, a nie hulał smutno wiatr, to chyba lepiej spuścić nieco z tonu i przyjąć każdą pomoc. Biorę to na siebie, nie będziesz im nic dłużny – dodałam, wiedząc, że wolałby sobie odgryźć stopę, niż mieć dług u wilków czy magicznych, a to o nich myślałam.

– Czemu to robisz?

– Bo tak trzeba. I dawno nie powstrzymałam żadnej katastrofy. Mój kompleks zbawcy doskwiera mi równie mocno jak głód adrenaliny. – Uśmiechnęłam się szeroko, widząc zdumioną minę Gajusza.

– Masz moją zgodę.

Wstałam i wyciągnęłam rękę do gospodarza.

– Cieszę się. Poradzimy sobie, mistrzu, z czymkolwiek mamy do czynienia.

Uścisnął moją dłoń, a przez twarz przepłynął mu cień.

– Joachim przygotował dla was pokoje. Czuj się swobodnie – powiedział z lekkim uśmieszkiem. – Informuj mnie na bieżąco. I, wiedźmo… – Przez chwilę wyglądał, jakby zamierzał powiedzieć coś tak zaskakującego w jego ustach, jak „dziękuję”, ale nie przeszło mu to przez gardło, więc tylko uśmiechnął się z przekąsem i dokończył: – To, że ja przywykłem już do twojej… niechęci do etykiety, nie znaczy, że dla każdego wampira twój strój będzie do zniesienia. Zwłaszcza w gnieździe Marietty radziłbym zachować nieco wierności tradycji.

W ten subtelny sposób Gajusz wypomniał mi, że stoję naprzeciw niego w dżinsach, koszulce z napisem „Magic inside” i skórzanej kurtce, a do tego utytłana w ziemi po kopaniu dołów za domem. Wedle wampirzej etykiety powinnam, jako kobieta, stroić się w sukienki. Nie byłam pewna, czy spakowałam choć jedną, poza tym nie lubiłam ich. Ciężko się w nich bić. Mogłam włożyć kieckę na herbatkę u królowej, ale takie zaproszenia jakoś mnie omijały. Wampiry chyba muszą się przyzwyczaić do mojego stylu.

Skinęłam tylko głową i opuściliśmy z Joachimem lożę.

Podtrzymywałam się lekko ściany, gdy schodziliśmy po krętych schodach. Mój zmysł równowagi nigdy nie był lepszy, ale na wąskich, krętych schodach panowała ciemność. Joachim szedł przede mną, jakby gotów w razie czego powstrzymać mój upadek. Uśmiechnęłam się w duchu.

*

Joachim wprowadził mnie do apartamentu i w napięciu czekał na moją reakcję. Rozejrzałam się i westchnęłam w oszołomieniu. Błękitne ściany, zasłony w biało-błękitne pasy, narzuta na łóżku i poduszki w kilku odcieniach niebieskiego – od baby blue przez kobalt po mroczny błękit pruski, barwę kojarzącą się z mundurami – białe meble, beżowe fotele i kanapa. Joachim, bo niewątpliwie on był autorem tej aranżacji, postarał się i odgadł moje ulubione kolory. Mogłam się w tym apartamencie poczuć naprawdę u siebie. Zapach bzu i jaśminu przyjemnie podrażniał mój nos, bukiety stały w kilku szklanych turkusowych wazonach.

– Jest też wnęka kuchenna. – Poprowadził mnie, pokazując stół, blat i pełną lodówkę. – Poprosiłem jednego z renfildów o zrobienie zakupów… Podoba ci się?

Uśmiechnęłam się promiennie.

– Zaskakujesz mnie, Joachimie. To jest wspaniały pokój i naprawdę trafiłeś w mój gust.

Odwrócił głowę, jakby speszony, i zamruczał coś, czego nie dosłyszałam. Poprosiłam, by powtórzył. Westchnął, nieco zrezygnowany.

– To przez więź. Nie było trudno trafić w twój gust, bo… udziela mi się. To bywa irytujące, na szczęście nie masz jakichś chorych upodobań. – Wyszczerzył kły. – Choć zajęło mi chwilę, nim zrozumiałem, dlaczego nagle lubię niebieski albo czemu ciągnie mnie na plażę, mimo że mieszkam tu prawie sto lat i dotąd morze zupełnie mnie nie interesowało. I zapachy… chyba nigdy dotąd nie byłem na nie tak wrażliwy… Ale twoje upodobania alkoholowe wkurzają mnie bezgranicznie. Nie wiem, co złego jest w porządnym kuflu piwa.

Zachichotałam. Słyszałam już to pytanie. Nagle spoważniałam.

– Przepraszam, Joachimie, to w jakiś paskudny sposób ogranicza twoją wolność.

– Wampiry nie mają wolności, moja droga, mają mistrzów. – Skrzywił się w uśmieszku, ale w jego oczach nie było złości. – Z tobą nie jest źle, a zmiany… one też nie są złe. Jest mi dobrze, jestem szczęśliwy, Teresa mówi, że bardziej się cieszę małymi rzeczami niż kiedykolwiek, choć ostrzega, że odziedziczyłem po tobie skłonność do pakowania się w nie swoje sprawy.

– A ona? Nie jest zła? Że nie jesteś już wampirem Gajusza, tylko moim?

Spojrzał na mnie uważnie, nie rozumiejąc przez chwilę, o co mi chodzi.

– Och, chodzi ci o to, czy jest zazdrosna? – Gdy niepewnie skinęłam głową, uśmiechnął się szeroko. – Oczywiście, że nie jest!

Pozostawiłam to bez komentarza. To, jak absurdalne mu się wydało, że Teresa mogłaby czuć zazdrość, ubodło mnie nieco, ale przecież była najpiękniejszą znaną mi wampirzycą, śliczną jak uosobienie wiosny. Stanowili parę od ponad dwustu lat; na życzenie Joachima poprzedni mistrz – ten, którego później zabił Gajusz – przemienił Teresę w wampirzycę. Mój syn mógł to zrobić sam, ale nie chciał, by zależność mistrz–potomek wpływała na ich relacje. Cóż, Teresa mogła być całkowicie pewna jego lojalności; kochał ją, widziałam jego serce. Zacisnął palce na moim ramieniu.

– Doro, wyjaśnię ci to raz a dobrze, nim nabierzesz jakichś mylnych, paranoicznych przekonań. Więź między mistrzem a potomkiem jest najsilniejszą i najcenniejszą rzeczą w naszym życiu, nic nie jest ważniejsze, nic nie może jej zagrozić. Teresa wie, że moje przywiązanie do ciebie jest bardzo silne, i zdaje sobie sprawę, że jest mi z tym dobrze. Wydaje mi się, że nie wiesz, ale gdybyś chciała i zaprosiła mnie do swojego łóżka, przyszedłbym. I dla Teresy byłoby to naturalne, nie powiedziałaby mi złego słowa. Nie byłaby to zdrada, nie w naszych kategoriach myślenia. Gdybyś była inną wampirzycą, nie moją mistrzynią, i zrobiłbym to samo, Teresa zapewne nabiłaby mnie na kołek. Więź mistrzyni z synem często jest… zabarwiona erotycznie. Mistrzynie zwykle wybierają do przemiany mężczyzn, którzy są dla nich atrakcyjni. Nie ma znaczenia, czy ta fascynacja jest odwzajemniona, mistrzyni się nie odmawia.

Mówił spokojnym tonem, ale widziałam, że w kąciku ust czai się uśmiech. Był przystojnym wampirem, z ciemnokasztanowymi włosami odgarniętymi do tyłu, piwnymi oczami i przyjemną dla oka, harmonijną twarzą. Wyższy ode mnie tylko o dwa-trzy centymetry, szczupły, ale nie chudy. Emanował swobodą wynikającą raczej z pewności siebie i inteligencji niż z męskiego ego. O tak, mógł się podobać.

– Ciebie przemienił wampir, nie wampirzyca, prawda?

– Tak, ale to nie zawsze ma znaczenie. – Uśmiechnął się lekko. – Mój ojciec nie oczekiwał ode mnie wypełniania posługi w sypialni, wolał kobiety. Wawrzyniec nie zawsze miał szczęście. Ze stworzycielką łączyła go więź romantyczna, ale nie erotyczna, co pasowało im obojgu. Ale Stefanię dość szybko zabiła rywalka, Margo, która przejęła jej gniazdo. Wawrzyniec był zbyt prostolinijny, by powściągnąć żałobę i nie okazać gniewu zabójczyni. Zemściła się po swojemu. Zmusiła go do relacji seksualnych, choć wiedziała, że od zawsze był zdeklarowanym gejem. Kolejne lata były dla niego koszmarnie trudne. Odszedł, gdy tylko był dość silny, a wtedy trafił pod pieczę Gajusza. Może w tych okolicznościach wolał mieć mistrza.

Zamyśliłam się. Wiedziałam o jego uczuciach do Stefanii; to od niej miał klejnot, Kroplę, który mi podarował jako najcenniejszą posiadaną rzecz. Ale nie wyczułam nic o Margo, widać odciął się od tego ze wszystkich sił. Z jego perspektywy z Gajuszem był bezpieczniejszy. Czy to dlatego zachowywał wobec mnie dystans? Bał się, że zażyczę sobie, by mnie obsługiwał seksualnie? Dla mnie byłaby to forma gwałtu, skoro nie mógłby odmówić. I to gwałtu sprzecznego z jego preferencjami seksualnymi, co w jakiś sposób jest jeszcze gorsze.

– Czy Wawrzyniec obawia się, że nadużyję mojej władzy nad nim?

– Zrozum, nie jest tak, że cię odrzuca lub podejrzewa o najgorsze, ale przeszedł niezłą szkołę życia ze swoją mistrzynią. Boi się. Boli go to, że trzyma się na dystans, ale strach przed tym, że tamten ból mógłby wrócić… Margo była sadystką i tyranką.

Pociemniało mi przed oczami. Nawet jeśli nie czułam się z Wawrzyńcem tak silnie związana, jak z Joachimem, to myśl, że przeszedł coś takiego… Miałam ochotę odnaleźć jego byłą mistrzynię i uwolnić świat od jej obecności. Wykorzystywanie seksu do terroryzowania kogokolwiek uznawałam za obrzydliwe. Nawet przez te lata, gdy żywiłam się energią moich seksualnych partnerów, nigdy nie poszłam do łóżka z kimś niechętnym, wbrew jego woli. Westchnęłam. Postawa Wawrzyńca była w pełni usprawiedliwiona, choć w stosunku do mnie – nietrafiona.

– Porozmawiam z nim. Nie zamierzam domagać się od któregokolwiek z was seksu.

– Ja nie miałbym nic przeciwko. – Uśmiechnął się szeroko i musiałam parsknąć śmiechem.

– Tak, a wtedy Miron poszedłby do Teresy po ten kołek.

Roześmiał się.

– Dziękuję, że przyjechałaś.

– To mój obowiązek. I cieszę się, że cię widzę.

Objęłam go lekko. Gdy tylko dotknęłam jego skóry, poczułam przyjemne ciepło. Po tym, jak żywił się za mnie, gdy wciąż byliśmy połączeni telepatycznie, skutki więzi wydawały się zintensyfikowane. Musiałam się pilnować, by nie dotykać go ciągle. Jego błogi uśmiech upewniał mnie, że odbiera to podobnie. Muszę uważać, żeby do czegoś takiego nie doszło z Wawrzyńcem – po jego doświadczeniach nie sądzę, by był zachwycony.

– Masz plan działania? – spytał Joachim, gdy się od siebie odsunęliśmy.

– Poczekamy na chłopaków. Zawołaj, proszę, Wawrzyńca i Teresę. Chciałabym poznać szczegóły, których Gajusz mi poskąpił. Później musimy rozejrzeć się w innych gniazdach… Muszę wiedzieć, czy to wyjątkowa sytuacja. Nie wierzysz w tę gadkę Gajusza o dogasaniu? – zapytałam, przypominając sobie, jak silna była jego reakcja w loży.

– Nie. Chciałbym, byś kogoś poznała, jeszcze zanim stąd wyjdziemy.

– Jasne. Znajdziemy rozwiązanie, Joachimie.

– Wierzę w ciebie. Jeśli komuś ma się udać, to tobie.

Warto posiadać wampirzego syna choćby po to, by był na świecie ktoś, kto w ciebie wierzy. Pogłaskał mnie po ramieniu i musiałam się znów uśmiechnąć.

*

Joshua i Miron wkroczyli do apartamentu w świetnych humorach. Torby z naszymi ciuchami i bronią rzucili na łóżko i zaczęli się rozglądać. Anioł gwizdnął z rozbawieniem, natychmiast zauważając, czyje gusta odzwierciedla wystrój.

– Ciekawe, czy przez to wszystko Miron jest dlań więcej niż atrakcyjny. – Zachichotał. – Choć przy Teresie chyba jednak nie ma szans.

Rzuciłam rozbawione spojrzenie diabłu, który wzruszył tylko ramionami i sięgnął do lodówki. Sprawnie przygotował nam kanapki. Przeżuwałam je, zastanawiając się, z czym właściwie mamy do czynienia, gdy weszli Joachim, Wawrzyniec, Teresa i nieznany mi wampir, przystojny blondyn o przejrzyście niebieskich ochach i z sympatycznym dołeczkiem w brodzie. Coś w nim natychmiast powiedziało mi, że jest z Północy, jakby moja magia go rozpoznała. Miał nie więcej niż metr siedemdziesiąt pięć, więc przy chłopakach wydawał się drobny. W kremowej koszuli i ciemnych spodniach przypominał chłopca z dobrego domu. Przyglądał mi się równie uważnie, jak ja jemu. Wyciągnęłam dłoń na powitanie. Uścisnął ją mocno.

– Doro, to Eryk. Eryku, moja mistrzyni, wiedźma Dora. – Joachim dokonał prezentacji. Przedstawił też Mirona i Joshuę. Eryk lekko skinął głową.

– Słyszałem o was, rzecz jasna.

Skrzywiłam się, domyślając, że nie było wiele miłych rzeczy do słyszenia. To, że jako nie wampir stałam się mistrzynią i dorobiłam się synów, kłuło w oczy tradycjonalistów. Nie mówili mi tego w twarz, ale dochodziły mnie szepty zza pleców.

– Jesteś wampirem Gajusza?

– Zrzeszony, nie związany – powiedział z lekkim napięciem w głosie.

Nie wiedziałam, co to oznacza, nie słyszałam o takim przypadku. Zamierzałam wypytać o to Joachima na osobności.

Usiedliśmy w saloniku i pozwoliłam Teresie i mojemu synowi zreferować, kim były ofiary. Na szczęście nie znalazł się wśród nich żaden ze znanych mi czy lubianych wampirów (ale też nie istniało takowych zbyt wielu). Szybko zauważyłam, że nie ma żadnego wzoru: różny wiek, różne pochodzenie, niektórzy byli progeniturą Gajusza, inni przejętymi wampirami; pięciu mężczyzn, jedna kobieta. Ale proporcje nie były niczym zaskakującym, jak wyjaśnił mi Joachim.

– Od stu lat w gnieździe Gajusza kobiet jest bardzo niewiele. Jego poprzednia Seneszalka odstawiła rewolucję i próbowała go dekapitować. Większość wampirzyc poszła za nią. Gajusz nie dał się wykończyć, za to załatwił ją, jej zwolenniczki i na zapas kilka innych wampirzyc. Od tej pory raczej nieufnie podchodzi do kobiet, niechętnie wyraża zgodę na przemienienie. Proporcje płci w gnieździe są solidnie zachwiane.

– Mimo tych doświadczeń jego Seneszalką jest Teresa? – zapytałam zaskoczona.

– W wielu liniach taka jest tradycja. Mistrz wybiera Seneszalkę, mistrzyni Seneszala.

– Nieświadomie zrobiłam coś tradycyjnego? – Zaśmiałam się.

– Wyłącznie dlatego, że nie miałaś wyboru, posiadając tylko naszą dwójkę. – Joachim posłał mi uśmiech. – Teresa zdobyła jego zaufanie, nie jest typem intrygantki, nie ma przerostu ambicji. Poza tym ma mnie i Gajusz mógł ją przez lata trzymać w szachu, grożąc, że ja pierwszy spłonę, gdy ona się wychyli.

Wampirzyca odruchowo sięgnęła po jego dłoń i ścisnęła ją z uczuciem.

– Czy dlatego nie widzę w Trumnie żadnych kobiet poza nią? – chciałam się upewnić.

– Jest osobny dom, w którym żyje kilkanaście należących do gniazda wampirzyc, ale Gajusz nie chciał ich w miejscu, w którym śpi. Gdyby mógł, zlikwidowałby je razem z buntowniczkami, ale nie był w stanie udowodnić, że wiedziały cokolwiek o spisku. Za zabicie wszystkich wampirzyc z pewnością odpowiadałby przed Konklawe. Co innego zgładzić spiskowców, co innego przeprowadzić masową szowinistyczną eksterminację.

– To tam mieszka Marietta, o której mówił?

– Tak, to mistrzyni podległa Gajuszowi. Odwiedzimy ją.

– Musimy wypytać, czy nikt nic nie widział, przecież oni nie rozpłynęli się ot tak… – powiedział Joshua.

– Właściwie, tak właśnie się stało. Nikt nic nie widział, już pytałem. W kilku przypadkach byli świadkowie widzący, że ofiary szły przed świtaniem spać. Ale co się wydarzyło później, jest już tajemnicą. – Joachim wzruszył ramionami.

Przymknęłam oczy, zastanawiając się nad tym, co usłyszałam. Sprawa niewątpliwie była tajemnicza, ale niewiele jest prawdziwie niepoznawalnych tajemnic. Ta raczej do nich nie należała. Wciąż czułam na sobie przenikliwe spojrzenie Eryka, wampira, którego nie znałam, ale Joachim uważał, że powinnam poznać. Tkwiło w nim coś dziwnego, zdawał się inny od reszty, jakby brakowało w jego aurze czegoś, co ściśle wiązałam z wampiryzmem. Siedział całkiem nieruchomy na fotelu, wbijał we mnie spojrzenie i milczał. Nie było to jednak milczenie podporządkowanego wampira, który czekał na pozwolenie, by się odezwać; Eryk zbierał na mój temat informacje, zupełnie tam samo, jak ja gromadziłam strzępy wiedzy na jego temat na podstawie tego, jak się teraz zachowywał. Czułam od niego falę nieufności, ale nie niechęci. Dobre i to, na początek. Splecione dłonie opierał na brzuchu w pozornie niefrasobliwej pozie, ale widziałam, że nie jest rozluźniony i jeden nieuważny ruch z mojej strony obnaży jego instynkt samoobronny. A jednak, mimo wszystko, było w nim coś, co budziło moją sympatię. Czy wystarczyło, że pochodził z Północy?

– Eryku, masz jakąś wiedzę na temat tych wypadków, którą chciałbyś się podzielić? – zapytałam uprzejmie, spoglądając na niego już otwarcie.

Uśmiechnął się z ironią w oczach. Wzruszył lekko ramionami i odpowiedział:

– Na temat samych wypadków nie wiem nic. Nie wiem, czemu wyszli na słońce, ale wiem z pewnością, co nie było powodem tej decyzji. Masz moje słowo, że nie dogasali, nie dopadł ich syndrom wypalenia.

– A wiesz to, bo?

– Uznaj mnie za eksperta od dogasania. – Był sarkastyczny, ale przez jego twarz przebiegł jakiś cień.

Chwilę milczałam, pozwalając mu samemu zadecydować, czy powiedzieć mi coś więcej. Jego zapewnienie, że zmarłe wampiry nie cierpiały na specyficzną depresję kończącą się zwykle samobójstwem, brzmiały pewnie i wiedziałam, że Joachim im zawierzył. Byłam jednak ciekawa. Cóż, pierwszy stopień do piekła, ale ono nie przerażało mnie zupełnie, uważałam je za znacznie ciekawsze od nieba. Eryk całkiem spokojnie wytrzymał moje milczenie i spojrzenie. Zapewne nie powiedziałby mi nic, ale popatrzył na Joachima i westchnął. Widać mieli już za sobą jakąś rozmowę, bo w końcu odezwał się z ledwie słyszalną rezygnacją w głosie:

– Zmagałem się z dogasaniem pełne osiem lat. Dłużej niż jakikolwiek znany historii wampir. Przeszedłem kilka terapii, ale jak wiadomo, nie na wiele mogą się one zdać w tym przypadku.

– Ale dziś masz to za sobą – stwierdziłam raczej, niż zapytałam.

– Tak.

Nie pytałam, jak z tego wyszedł. Dowiem się wcześniej czy później, a niechęć Eryka, by wchodzić w szczegóły, była wyraźna.

– Zapewniam cię, że żaden z nich nie cierpiał na syndrom wypalenia. Poznałbym, gdyby było inaczej. Niewiele dłużej trwałoby, nim rozpoznaliby to inni w gnieździe. Dogasających nie kocha się tu przesadnie, wielu wierzy, że choroba jest zaraźliwa, co jest głupie i nieprawdziwe, skoro mieszkali ze mną przez osiem lat pod jednym dachem i w tym czasie żaden nie pomyślał o spotkaniu ze słońcem. – Znów sarkazm skrywał coś głębszego, jakby przelotne mgnienie bólu. – Poza tym, żaden z nich nie zostawił listu, nie zadysponował majątkiem, czworo nawet nie pozostawiło ważnego testamentu. Cierpiący na dogasanie pilnują takich spraw, przez osiem lat choroby z nikim nie rozmawiałem tak często jak z moim prawnikiem, upewniając się, że testament jest ważny i wszystko po mojej ostatecznej śmierci pójdzie po mojej myśli. Zweryfikowałem wszystkie znane mi przypadki wyjścia na spotkanie ze słońcem, każdy dogasający postępował tak samo, więc wiążę to z samą kondycją psychiczną chorych.

– Tamci nie żyją? – zapytałam.

– Co do jednego. Nie było dotąd przypadku, by ktoś opierał się dogasaniu dłużej niż trzy miesiące.

– Poza tobą.

– Tak, bywam uparty. – Uśmiechnął się ironicznie.

– Czy znalazłeś lekarstwo?

– Nic, co można by było zaaplikować innym.

Jakiś ciepły błysk przemknął przez jego oczy. Joachim uśmiechnął się dyskretnie i uciekł spojrzeniem w bok, po czym dodał:

– Nawet jeśli założyć, że to jakaś nowa, nieznana dotąd forma dogasania, trudno uwierzyć w jej naturalne pochodzenie. Przypomina epidemię… Przez cztery i pół wieku mojego życia zetknąłem się z nie więcej niż dziesięcioma przypadkami dogasania. Tymczasem tu, w krótkim czasie, miałoby być ich aż sześć? Wysoce nieprawdopodobne.

Musiałam się z nim zgodzić. Statystyki wyglądały mało wiarygodnie.

– Dobrze, musimy ustalić fakty. Jeszcze dziś w nocy odwiedzimy inne wampiry. Czy poza domem Marietty są w okolicy inne tak duże zrzeszenia?

Joachim zaprzeczył.

– Ilu jest samotnie mieszkających?

– Co najmniej kilkunastu. To samotnicy z wyboru lub konieczności. Jest też kilku należących do innych mistrzów, przebywających na terenie Gajusza w gościnie, ale zwykle chodzi o niewielkie, kilkuosobowe domy.

To był dobry punkt zaczepienia. Wciąż miałam dziwne przeczucie, że cała ta historia w jakiś sposób wiąże się z Gajuszem, a on wie więcej, niż chce powiedzieć. Jeśli problem samobójstw w innych gniazdach nie istniał, znajdę swoje potwierdzenie i może to przyciśnie Księcia do muru. Z tym, że wizyty w kilkunastu domach zabiorą znacznie więcej niż jedną noc.

– Czy jest jakiś punkt, w którym zwykle wszyscy się spotykają?

– Jest inny bar, Żyła, spotykają się tam te wampiry, które wolą pozostać poza radarem Gajusza… Są też bary dla nadnaturalnych…

Nadal zbyt wiele opcji. Nawet jeśli poświęcimy na to dwie noce, musieliśmy się przegrupować.

– Dobrze więc, dziś odwiedzimy dom Marietty, a jutro pozostałe miejsca i wtedy podzielimy się na mniejsze grupy. Czasu jest niewiele, a noc ma swoje ograniczenia. Nie chcę, by doszło do kolejnych śmierci, kiedy już tu jestem – powiedziałam. – Jutro ja i Joachim będziemy oficjalną reprezentacją mojej rodziny, jako mistrzyni i jej Seneszal mamy prawo odwiedzać obce gniazda bez ryzyka, że potraktują to jako napaść. Ot, sąsiedzka wizyta. W tym czasie Miron, Joshua i ty, Wawrzyńcu, zbierzecie informacje nieoficjalne: plotki po barach i wszystko, co może nam pomóc. Warto by też zajrzeć do Gorzkich Godów, Juliana ma swój wywiad, może słyszała, czy jakiś magiczny nie macza w tym palców. Niektórzy nie przepadają za krwiopijcami. Ja skontaktuję się z Romanem. Ma w zwyczaju być wyjątkowo dobrze poinformowany, więc jeśli coś podobnego dzieje się gdzieś indziej, będzie wiedział.

– Znam te miejsca. Pójdę z wami, prędzej czegoś się dowiecie – powiedział Eryk do Wawrzyńca, który przyjął to z pewną ulgą. Między innymi dlatego połączyłam go w grupę z moimi przyjaciółmi: podejrzewałam, że nie był typem wojownika.

– Wolałbym iść z tobą, Doro – rzucił z irytacją Miron.

– Wiem, kochanie, ale skoro wkraczam na terytorium innych mistrzów, muszę trzymać się protokołu. Ja i mój Seneszal pasujemy do niego, ale ja i mój kochanek z innego systemu już nie. Nie chcę prowokować bardziej niż to potrzebne. Potrzebujemy informacji, nie bójek.

Niechętnie skinął głową. Znał wampiry dość długo, by wiedzieć, że mam rację. Ale nadal nie musiało mu się to podobać.

Wstałam z kanapy świadoma, że noc nie trwa wiecznie. Choć jedno ze spotkań musieliśmy odbyć jeszcze dziś. Chciałam też porozmawiać z innymi wampirami z Trumny. To, że Gajusz o czymś nie wiedział, nie znaczyło, że nikt nie miał żadnych informacji. Wielokrotnie już przekonałam się, że wampiry w tym gnieździe przypominają nieco nastolatki ukrywające przed rodzicami swoje małe sekreciki. Niepokój, który wyczuwałam w Trumnie, działał na korzyść prawdomówności. Bali się na tyle, by zapomnieć, że jestem wiedźmą wtrącającą się w cudze sprawy. Przekonali się już chyba, że nawet jeśli tak jest, potrafię być też skuteczna, gdy gówno wpada w wentylator i ziemia zaczyna się palić pod stopami.

Gdy mijałam Wawrzyńca, uderzyła mnie fala jego splatanych emocji. Zawsze był dobrym nadajnikiem, choć ostatnio trzymał się nieco na dystans i mogłam nie wyczuwać go aż tak dobrze. Przystanęłam i spojrzałam czujnie na młodszego z moich wampirów.

– Wawrzyńcu, możemy porozmawiać? – spytałam, wiedziona impulsem. Drgnął zaskoczony, ale przytaknął.

Salon był pełen, a nie chodziło o rozmowę możliwą do odbycia przy świadkach. Miałam do wyboru nasz apartament lub korytarz, gdzie czujne uszy wampirów Gajusza nie przepuściłyby ani słowa. Sypialnia odpadała, więc wybrałam kuchnię. Wyłapałam, że opuściła go część napięcia, gdy wybrałam ten kierunek. Cholera, czy naprawdę się obawiał, że w takiej sytuacji zawlokę go do łóżka i wykorzystam?

Sięgnęłam do lodówki po butelkę wody i nalałam jej do dwóch szklanek. Jedną popchnęłam w stronę wampira, który w milczeniu i z pochyloną głową czekał na to, co mam mu do przekazania.

– Powiem krótko, bo nie mamy czasu na wielkie przemowy. Nie zamierzam oczekiwać od ciebie seksu czy jakichkolwiek usług wykraczających poza nasze dotychczasowe kontakty. Jeśli nie chcesz przebywać w moim towarzystwie, nie obrażę się. Jeśli nie chcesz brać udziału w tym śledztwie, powiedz mi teraz, też sobie z tym poradzę. Wiem, że masz za sobą ciężkie doświadczenia, a ja nie zamierzam dokładać ci do tego swoich trzech groszy. Nie masz wobec mnie żadnych zobowiązań, Wawrzyńcu – powiedziałam to wszystko neutralnym, spokojnym tonem, nie popadając w przesadny sentymentalizm.

Spoglądał na mnie ze strachem w oczach.

– Obraziłem cię, Pani, przepraszam – szepnął, a napięcie w jego twarzy sugerowało mi, że spodziewa się uderzenia. Westchnęłam. Naprawdę zbyt wiele razy napotykam na swojej drodze ofiary przemocy.

– Nie obraziłeś. I nie zamierzam cię uderzyć, ani teraz, ani nigdy. Możesz odetchnąć. Nie jestem Margo, nie jestem sadystką. I nie potrzebuję zmuszać kogokolwiek do seksu.

Przygryzał dolną wargę i widziałam, że wahał się, nim powiedział:

– Słyszałem, Pani, że żywisz się energią seksualną, masz prawo wymagać od nas…

Przerwałam mu gestem dłoni.

– Czas przeszły, Wawrzyńcu. Żywiłam się energią seksualną, to prawda, ale na ludzkich mężczyznach i nie robię tego od wielu miesięcy. Od zabicia maga. Odkąd jestem dość silna, by nie dogasać bez tej energii. Nigdy nie przymuszałam nikogo do seksu i nie zamierzam zmieniać zwyczajów. Jestem w trwałym związku i dobrze mi z tym. Nie oczekuję od ciebie niczego, Wawrzyńcu. Jeśli nie czujesz się dobrze w moim towarzystwie, odpuść je sobie. Jeśli chcesz odejść z mojej rodziny, powiedz, znajdziemy jakiś sposób, może nawet mógłbyś wrócić pod skrzydła Gajusza, jeśli tego chcesz.

Jakaś panika na moment zamigotała na jego twarzy i już po chwili ściskał moją rękę trochę zbyt mocno, ale wydawał się tego nie zauważać.

– Nie, nie oddalaj mnie – jęknął. Miał nieszczęśliwą minę skarconego chłopca.

Zamrugałam. Coś bez wątpienia w naszej komunikacji szwankowało. Nie byłam pewna, czy dam sobie z tym radę. Westchnęłam, odruchowo szukając wzrokiem któregoś z chłopaków lub Joachima, ale nie powinnam ich w to mieszać.

– Wawrzyńcu, wiem, że nie przywykliście do wolności. Joachim mi wyjaśnił, że nie macie wolności, a mistrzów, ale ja nie chcę mieć niewolników. Jeśli źle ci pod moją opieką, czuj się zwolniony ze wszelkich zobowiązań. Jeśli chcesz, możesz się wyprowadzić, wyjechać. Nie będę cię ścigać, nie obrażę się, nie zachowam jak typowa wampirza mistrzyni, pewnie dlatego, że nią nie jestem.

Wciąż kręcił głową z nieszczęśliwą miną.

– Nie chcę wyjeżdżać. Chcę zostać. Z tobą. – Zawahał się przy ostatnich słowach.

– Rób to, co dla ciebie najlepsze – powiedziałam, nie wiedząc, jak właściwie do niego dotrzeć. Jego emocje wciąż uderzały we mnie, zbyt chaotyczne i intensywne, bym mogła w pełni pojąć, co się dzieje w jego głowie. Zaczynałam doceniać to, że z Joachimem więź miała bardziej intelektualny charakter.

Wawrzyniec skinął niepewnie głową. Może sam nie wiedział, co jest dla niego najlepsze. Ja tym bardziej nie miałam pojęcia, czego do szczęścia potrzebuje dwustuletni wampir. Trafił pod moją opiekę przypadkiem i choć szczerze się o niego troszczyłam, nie bardzo ogarniałam, jak z nim postępować. Może powinien pomyśleć o jakiejś terapii zacierającej traumy, które miał za sobą? Może wystarczy trochę czasu, by mógł się zorientować, że nie jestem ani wspaniałą i ukochaną Stefanią, ani wredną i sadystyczną Margo? Miałam może kontrowersyjny, ale własny styl. Od Wawrzyńca zależało, czy przypadnie mu do gustu i czy będzie chciał zostać.

Uścisnęłam mu lekko ramię i wyminęłam w drodze do sypialni. Jego uczucia, choć brzmi to zimno i nieczule, nie były w tamtej chwili moim priorytetem. Musiałam znaleźć powód, dla którego giną wampiry, nim spotka to następne. Nim umrze ktoś, na kim mi zależało. I choć Wawrzyniec mógł w to wątpić, on też znajdował się w tej grupie. Zniknęłam za drzwiami łazienki, odprowadzana kilkoma zafrasowanymi spojrzeniami. Musiałam się wykąpać i przygotować na spotkania z wampirzycami.

*

Problemem była nie tylko tajemnica śmierci wampirów, lecz także zawartość pośpiesznie spakowanej przeze mnie torby. Gajusz wyraźnie dał mi do zrozumienia, że mój brak poszanowania dla etykiety nie przypadnie do gustu Marietcie. A ciuchy, które wyjęłam z torby i rozłożyłam na łóżku, spełniały rygory etykiety tylko niezbyt lansiarskiej knajpy. Same czarne koszulki, kilka par spodni, bluza z kapturem, jakiś sweter, skórzana kurtka… Jedyne kolorowe części garderoby w mojej torbie były bielizną, ale najśliczniejszy nawet, jedwabny i ozdobiony koroneczkami staniczek nie nadawał się na spotkanie z wampirzycą. Westchnęłam ciężko i przysiadłam na łóżku, nie wiedząc, jak z tego wybrnąć. Był wieczór, sklepy pozamykane, a ja nie miałam czasu na wypad na zakupy.

Z zadumy wyrwało mnie ciche pukanie do drzwi. W progu stała Teresa z niepewnym uśmiechem na twarzy, ręce trzymała za plecami.

– Wejdź, proszę! – zawołałam. – Jest jakiś problem?

– Nie, nic, o czym byś nie wiedziała. Pomyślałam, że możesz potrzebować małej pomocy z garderobą.

– Czytasz mi w myślach? – zapytałam żartobliwie, wiedząc, że potrafiła to robić.

– Nie, wiem, że tego nie lubisz. Ale znam Joachima na tyle, by wiedzieć, że ta nagła niefrasobliwość, jeśli idzie o stroje, umiłowanie wygody, a nie elegancji, i całkowita obojętność dla wymogów etykiety… to raczej nowe cechy. Wcześniej lubił się stroić, a jego szafa niewiele ustępowała mojej. – Parsknęła z rozbawieniem. – Teraz najchętniej nosiłby tylko dżinsy i t-shirty. To do niego niepodobne.

Westchnęłam. Nawet na garderobę mojego wampira miała zgubny wpływ?

– Coś w tym jest, Tereso. Na co dzień nie zawracam sobie strojami głowy. Chyba nic, co ze sobą przywiozłam, nie spełnia wymogów wampirzej etykiety. Pakowałam się w pośpiechu, ponaglana przez strach i niepokój Joachima, ale to niewiele zmienia. Nie mam w szafie odpowiednich kreacji. – Uśmiechnęłam się niepewnie.

Teresa zawsze była dla mnie uosobieniem elegancji, niewymuszonej, naturalnej klasy i kobiecości. Jej suknie leżały na niej lepiej niż moje na mnie kiedykolwiek. Nawet teraz, w miękkiej, bordowej spódnicy do kolan i kremowym, kaszmirowym bliźniaku wyglądała znakomicie. Jej jasne, lekko falujące przy policzkach włosy układały się znakomicie. Makijaż nosiła na tyle subtelny, by niewprawne oko zupełnie go nie dostrzegło, ale znakomicie podkreślał jej piękny owal twarzy, duże i lśniące fiołkowe oczy, i pełne wargi o delikatnym, słodkim wykroju. Należała do tego typu kobiet, którym zawsze trochę zazdrościłam, ale nigdy, nawet przez chwilę, nie wierzyłam, że mogłabym im dorównać. To, że zapewne skuteczniej niż Teresa mogłabym obezwładnić napastnika, jakoś nie pomagało w dobrej samoocenie. Była pięknością nawet w swoje gorsze dni – jak wtedy, gdy odwiedziła mnie w Thornie, przerażona zniknięciem Joachima – gdy tymczasem ja nie dorównywałam jej elegancją i urodą nawet, kiedy ostro się przykładałam do tego, by zrobić się na bóstwo. To jedna z tych cech, z którymi rodzisz się lub nie.

– Nie jest tak źle, moja droga. – Uśmiechnęła się szeroko, najwidoczniej czytając mi w myślach. – Mogłabyś wyglądać znakomicie, gdybyś poświęciła temu choć trochę uwagi, czego zwykle nie robisz. Ale dziś musimy sprawić, by Marietta nie miała pretekstu do wyrzucenia cię za drzwi.

Zirytowana, skinęłam głową. Czy tylko ja uważam za głupotę ocenianie kogoś jedynie po tym, co ma na tyłku?

– Nie wiem, z czym mamy do czynienia, więc i tak nie założę szpilek i kiecki. Wolę być przygotowana, jeśli mam spotkać na drodze zagrożenie.

Westchnęła, ale nie protestowała.

– W gnieździe jestem teraz jedyną kobietą, a moje ubrania nie będą na ciebie pasowały. – Przygryzła lekko dolną wargę.

Subtelna uwaga. Była niższa niemal o dwadzieścia centymetrów i smuklejsza niż ja, nawet po anielskim tuningu. Miałam spore piersi i biodra, ona za to sylwetkę wiotkiego elfa czy modelki, absolutnie nie kościstą, ale szlachetnie szczupłą, elegancką. Nosiła pewnie rozmiar 34, góra 36, ja raczej 40 czy 42, a zwykle męską L, jeśli chodziło o koszulki czy bluzy.

– Nie martw się, Tereso, czerń pasuje na każdą okazję poza weselem, a na nie się nie wybieram. – Wyszczerzyłam się niefrasobliwie i sięgnęłam po gładki sweterek z dekoltem w serek. Ze skórzanymi spodniami nie powinno być to obrazoburcze.

Zmarszczyła lekko zadarty nosek i westchnęła.

– Mam coś innego. – Podała mi tobołek, który dotąd trzymała za plecami.

Miękki muślin pieścił moje palce, gdy rozkładałam dwie koszule, które mi podała. Fantastyczne! Pierwsza śnieżnobiała, nieco prześwitująca, ale przykrywający przód żabot sprawiał, że nie wyglądałabym wyzywająco. Miała długie, obszerne rękawy, zakończone falbanką. Materiału starczyłoby na żagiel. Druga, grafitowa, zamiast żabotu miała drobne zakładki i regularny kołnierzyk zamiast stójki. Gładszy i nieco grubszy od muślinu materiał był chyba surowym jedwabiem. Bezwzględnie eleganckim i luksusowym. Guziki wyglądały jak małe, czarne perełki, a troczki przy luźnych rękawach pozwalały je związać, by nie wchodziły w paradę w razie walki. Mniej strojna i bardziej surowa w stylu, przypadła mi do gustu. Teresa westchnęła.

– Na pewno nie biała?

Skrzywiłam się. Nie nosiłam bieli. Biel przystoi tylko jasnym elfom i dziewicom ofiarnym, nie byłam żadną z nich.

– Czyje to koszule?

– Joachima. Jesteście podobnego wzrostu – powiedziała. – A on i tak prawie przestał je nosić.

Jej mina mówiła mi jasno, że wolałaby, by ta fascynacja wygodą przeminęła bezpowrotnie, bo lubiła swojego mężczyznę w eleganckich koszulach. Ja nie zauważyłam, by teraz wyglądał choć odrobinę mniej atrakcyjnie, choć jego dzisiejszy ubiór niewątpliwie miał raczej sportowy sznyt.

Ściągnęłam przez głowę koszulkę, stojąc przez chwilę tylko w niebieskim koronkowym staniku.

– Dobrze, że chociaż bieliznę wybierasz jak kobieta – zauważyła żartobliwie Teresa.

Wzruszyłam ramionami. Gdybym miała mniejszy biust, mogłabym darować sobie staniki, ale niewielu mężczyzn mogło się skoncentrować na rozmowie, kiedy byłam bez bielizny. Nazwijmy więc je koniecznością losową. Zapięłam perłowe guziczki i wygładziłam gors koszuli. Fason z założenia miał być luźny, opływający męskie ciało, więc biust zmieścił się bez trudu. Miękki i chłodny materiał spływał nieco poniżej bioder, raczej jak tunika niż koszula. Ściągnęłam dżinsy i założyłam skórzane spodnie, które zrobił dla mnie Laurent. Magia sprawiała, że zawsze idealnie pasowały, były też odporne na ubrudzenia i elastyczniejsze niż zwykłe skórzane spodnie.

Teresa spoglądała na mnie krytycznie spod przymrużonych powiek. Wskazującym palcem postukiwała o wydętą dolną wargę.

– Nie jest źle – zawyrokowała. – Kilka dodatków i będzie całkiem elegancko, w nieco dekadenckim stylu, ale to nawet dobrze. Zaraz wracam.

Wyszła z pokoju. Zaczęłam rozczesywać włosy, potargane przez cały dzień jazdy, kopania dołów, sadzenia drzew… Jak miałabym tego dokonać w sukience? Czy naprawdę tylko ja dostrzegam, że do mojego życia spodnie pasują znacznie lepiej? W dzieciństwie i nastolęctwie wciąż dyskutowałam o tym z moją matką, która nie mogła znieść, że ubieram się, jej zdaniem, jak chłopiec. Miała jeszcze dwie młodsze córki i pierworodnego syna. Dziewczynki z radością wchodziły w rolę księżniczek do strojenia, a mój brat zaspokajał jej potrzebę posiadania mężczyzny w rodzinie. Ja nie pasowałam do idealnego obrazka. Nawet nie wiedziała, jak bardzo nie pasowałam. Chyba że byłby to obrazek w baśniowym stylu, gdzie w cieniu za księżniczkami i dzielnym rycerzem musiała kryć się wiedźma lub czarownica.

Gdy opuściłam rodzinny dom, miałam kilka lat spokoju. W Trójprzymierzu, a potem w Thornie nikt nie czepiał się tego, jak się ubieram. W Szatańskim Pierwiosnku większość gości wyglądała podobnie, zupełnie jakbyśmy robili zakupy w tym samym sklepie. Magiczni przywykli do mnie i rozumieli, że moc Pani Północy jest magią wojowniczki, a tej nie pasują falbanki i kwiatowe motywy. Katia, moja przyjaciółka, która była połączeniem sprzeczności – czasem równie wyluzowana jak ja, nim nie nachodziły ją etapy triumfującej kobiecości, wymagającej sukienek, makijażu i wysokich szpilek nawet podczas jej rutynowej pracy (a zajęcia nekromantki to kopanie grobów, odsyłanie zombiaków czy wskrzeszanie zmarłych) – wielokrotnie usiłowała namówić mnie do zmiany stylu, ale bezskutecznie. Dopiero obcowanie z wampirami skomplikowało mi życie i spojrzenie na modę. Ich etykieta irytowała nie mniej niż uwagi mojej matki o tym, co przystoi, a co nie przystoi dziewczynce.

Teresa zjawiła się, gdy włosy zaplotłam już w dobierane warkocze i upięłam z tyłu głowy w dość elegancki węzeł, a na twarzy miałam delikatny makijaż. Tyle mogłam zrobić dla dopełnienia jej oczekiwań. Uśmiechnęła się zadowolona i podała mi parę kolczyków z połyskującymi zielenią szmaragdami, szeroki skórzany pas i ozdobioną klejnotami pochwę z niewielkim sztyletem. Westchnęłam na widok biżuterii. Czy warto jej tłumaczyć, że długie kolczyki w czasie bójki prawie zawsze oznaczają rozerwany płatek ucha? Założyłam je posłusznie. Przepasałam się i obejrzałam uważnie sztylet. Dość wąski, lekki, ale nieźle wyważony. Bogato zdobiona rękojeść upodobniała go raczej do ozdoby niż broni, ale krawędź była ostra i lśniąca, zdolna zrobić komuś krzywdę.

– To srebro – powiedziała Teresa. – Rękojeść pozłacana, by nikt nie zwrócił na niego uwagi.

Przytaknęłam zadowolona. Sprytne. Nie mogłam zabrać ze sobą mojego miecza, glocka czy choćby noży, które na pierwszy rzut oka wyglądały jak broń użytkowa, praktyczna i niebezpieczna. Ale ten sztylet przypominał ozdóbkę, zabawkę zaspokajającą próżność i umiłowanie do błyskotek, więc nikt nie będzie miał nic przeciwko.

– Dora – odezwała się po chwili wampirzyca z wahaniem w głosie – uważaj na niego…

Zerknęłam na nią, niepewna, o kim mówi – o Gajuszu czy o kimś, kto czyha w ciemności. Myliłam się.

– Widzę, że Joachim jest do ciebie ogromnie przywiązany, To się bardzo nasiliło od grudnia, kiedy utworzyliście więź telepatyczną, a on się dla ciebie pożywił. Wiem, że zawdzięcza ci życie, po dwakroć, ale… nie chcę go stracić.

– Boisz się, że ze mną wpadnie w kłopoty, tak?

– Poszedłby za tobą do piekła, wiedźmo. – Skrzywiła się lekko.

– Nie wybieram się tam teraz, zresztą nie groziłoby mu nic złego, skoro jest pod moją opieką. – Uśmiechnęłam się uspokajająco. – Tereso, jesteśmy zgodne. Też nie chcę, by mu się coś stało. Dlatego przyjechałam i próbuję odkryć powód tych śmierci. By on i Wawrzyniec byli bezpieczni. By Joachim nie musiał się bać. Byś ty nie musiała o niego drżeć. Zależy mi na waszym szczęściu i zdrowiu.

– Czy naprawdę macie pełną więź? – zapytała po chwili milczenia.

–Tak myślę, choć może się to różnić od tradycyjnej więzi między mistrzynią i jej wampirem. Ale tak, czuję się z nim związana.

– Jego śmierć zabije część ciebie – powiedziała twardo.

Nie potrzebowałam takiej zachęty dla ochrony Joachima, ale widać wampiry rozumują nieco inaczej. Skinęłam tylko głową, włożyłam skórzane kozaki i wyszłam z pokoju.

Heksalogia o Dorze Wilk. Tom 4. Wszystko zostaje w rodzinie

Copyright © by Aneta Jadowska 2020

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo SQN 2020

Redakcja i korekta – Dorota Pacyńska, Magdalena Świerczek-Gryboś, Agnieszka Zygmunt

Projekt typograficzny i skład – Joanna Pelc

Okładka – Magdalena Babińska / Dedodesign.pl

Ilustracje wewnątrz książki – Magdalena Babińska / Dedodesign.pl

All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.

Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

Wydanie I tej edycji, Kraków 2020

ISBN EPUB: 978-83-8129-722-6ISBN MOBI: 978-83-8129-721-9

Wydawnictwo SQN pragnie podziękować wszystkim, którzy wnieśli swój czas, energię i zaangażowanie w przygotowanie niniejszej książki:

Produkcja: Kamil Misiek, Joanna Pelc, Joanna Mika, Dagmara Kolasa

Design i grafika: Paweł Szczepanik, Marcin Karaś, Agnieszka Jednaka

Promocja: Piotr Stokłosa, Aldona Liszka, Szymon Gagatek, Tomasz Czernich

Sprzedaż: Tomasz Nowiński, Patrycja Talaga, Karolina Żak

E-commerce: Tomasz Wójcik, Szymon Hagno, Łukasz Szreniawa, Marta Tabiś

Administracja i finanse: Klaudia Sater, Monika Płuska, Honorata Nicpoń, Ewa Koza

Zarząd: Przemysław Romański, Łukasz Kuśnierz, Michał Rędziak

www.wsqn.pl

www.sqnstore.pl

www.labotiga.pl