Wydawca: Novae Res Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2017

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 335 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Wszystko wina kota! - Agnieszka Lingas-Łoniewska

Romantyczna komedia omyłek.

Bestsellerowa pisarka, Lidia Makowska, od lat tworzy popularne wśród kobiet powieści, wydając je pod pseudonimem Róża Mak. Właśnie kończy pisać kolejną książkę i już zaczyna się martwić, co tym razem zarzuci jej Jack Sparrow – czołowy bloger bezlitośnie punktujący niedociągnięcia wszystkich poprzednich powieści.

Jednocześnie Lidia, namawiana przez agentkę i przyjaciółkę, Karolinę, przygotowuje się do telewizyjnego wywiadu, aby ujawnić wszystkim fanom swoją prawdziwą twarz. Żąda jednakże, aby wywiad poprowadził Jack, który jako krytyk literacki także występuje incognito.

Opinie o ebooku Wszystko wina kota! - Agnieszka Lingas-Łoniewska

Fragment ebooka Wszystko wina kota! - Agnieszka Lingas-Łoniewska

Od autorki

Drodzy Czytelnicy, oddaję w Wasze ręce moją kolejną powieść. Na pomysł napisania książki, której główna bohaterka będzie zwariowaną pisarką, wpadłam już trzy lata temu, ale koncepcja ta potrzebowała czasu, aby nabrać kolorów, dojrzeć i zawładnąć mną w całości. Bo nowym pomysłom poświęcam się w stu procentach dopiero wówczas, kiedy zaanektują każdą cząstkę mojego umysłu. Z założenia miała to być romantyczna komedia pomyłek i na pewno taka jest, ale moja szekspirowska dusza i zamiłowanie do dramatów nie pozwoliły mi ograniczyć się tylko do jednego gatunku. Wiem jednak, że lubicie takie mieszanki – ja też je kocham – dlatego mam nadzieję, że ta powieść Was rozbawi, ale i wzruszy, a czasami nieco podniesie adrenalinę.

Dużo jeżdżę po Polsce – na spotkania autorskie, choć nie tylko – i z każdej podróży przywożę cząstkę odwiedzonego miejsca. Czytając moje powieści, możecie w nich owe wspomnienia odnaleźć.

Akcja tej powieści toczy się oczywiście w moim Wrocławiu, ale traficie także do Warszawy, Bań Mazurskich, Gołdapi, Dusznik-Zdroju czy Lwówka Śląskiego.

Historia przedstawiona w książce to w całości wytwór wyobraźni, ale w postaci Lidki odnajdziecie pewne cechy mojego charakteru.

Dziękuję wszystkim moim pierwszym Czytelniczkom, czyli Dorci, Sylwii, Kasi, Natalii, Ani i Ani za celne uwagi, wskazówki, sugestie i słowa krytyki.

Dziękuję także Blogerom: Angelice Zdunkiewicz-Kaczor (blog Lustro Rzeczywistości) i Tomaszowi Radochońskiemu (blogNowalijki) za cenne wskazówki, potrzebne do niektórych wątków poruszanych w powieści.

Dziękuję niezastąpionej grupie fanowskiej, zwanej Sektą Agnes, której w całości dedykuję tę powieść.

Życzę wam wielu emocji, zabawy, radości i mam nadzieję, że ta historia uprzyjemni wam zbliżające się wakacje.

Do zobaczenia wkrótce :)

 

Agnieszka Lingas-Łoniewska

Prolog

Patrzyłam na niego i nie mogłam uwierzyć w to, co widzę. Zapewniam, nawet mój obdarzony wybujałą wyobraźnią i zwichrowany dwudziestoma napisanymi bestsellerami umysł by czegoś takiego nie stworzył. Pokonała mnie moja własna pomysłowość. Zawsze wymyślałam zawirowania w życiu bohaterów, zastawiałam na nich pułapki, chciałam utrudnić im dążenie do upragnionego przez moich czytelników happy endu. A tymczasem… życie przygotowało mi taki punkt zwrotny, jakiego nie powstydziłabym się w żadnej z moich powieści. No cóż… ukręciłam ten bicz sama. Tylko czy miałabym zginąć? Polec?

Ja?

Nigdy!

Wzięłam głęboki wdech, jeszcze raz na niego spojrzałam i uśmiechnęłam się szeroko.

Dostrzegłam w jego oczach zaskoczenie połączone z uznaniem, a także strach.

Tak, mój drogi, to dopiero początek…

Naprawdę nie wiesz, z kim zacząłeś grać w tę niebezpieczną grę…

1. Lidka

Patrycja nie mogła uwierzyć, że zrobił to dla niej. Zostawił tamto miasto, którego tak bardzo nienawidziła, rzucił pracę, sprzedał mieszkanie. Oderwał się od życia, które zdawało się całkowicie go pochłaniać, postawił wszystko na jedną kartę i teraz był tutaj. Stał przed jej małą leśną chatką i patrzył z wyzwaniem.

– Kiedyś powiedziałaś, że muszę się zdecydować. Jaki kolor lubię, jakie filmy mnie pasjonują, które buty są wygodniejsze. Potrawy – słodkie czy gorzkie, słone czy pieprzne. Koszulki – czarne czy białe. Przez ostatnie trzy miesiące myślałem o tym, co tak naprawdę liczy się w moim życiu. Spojrzałem w lustro, przymierzyłem ciuchy, przygotowałem różne potrawy, obejrzałem kilkadziesiąt filmów, biegałem po osiedlu w różnych butach. I wiesz co?

– Nie – szepnęła, nie spuszczając z niego uważnego wzroku.

– Już wiem. Wiem wszystko. Ale najważniejszą rzeczą, którą sobie uświadomiłem, jest to, że najbardziej na świecie chcę ciebie. Pokonałem piekło, musiałem zgnieść w sobie te wszystkie chore rzeczy, które rządziły mną przez ostatnie pięć lat. Modne garnitury, korpo, nocne zabawy w stolicy, najnowszy model iPhone’a, wypasione bmw… – Mimowolnie zerknęła na brudnego starego jeepa, który kiedyś należał do jego brata. – I już wiem. To wszystko jest bez wartości, kiedy nie ma cię przy mnie.

– Kiedy ciebie nie było przy mnie, myślałam, że świat umarł – odparła cicho.

– Ale jestem. – Kamil rzucił plecak i podszedł do niej. – Grałem w różne rzeczy, giełda była moim życiem, pieniądz napędzał mi krew w żyłach, ale tak naprawdę to ty jesteś moim światem. Wybacz mi. I przyjmij mnie. Bo zawsze chciałem tylko ciebie.

Uśmiechnęła się i wyciągnęła ku niemu rękę.

– A ty jesteś wszystkim, czego chciałam ja.

Ujął jej dłoń i zacisnął na niej palce. Ruszyła w stronę uroczego leśnego domku, do którego uciekła, a on ją jednak odnalazł. Była wszystkim, o co warto było grać, i on miał zamiar z tej rozgrywki wyjść zwycięsko. Miłość to coś, o co warto było walczyć. Teraz to wiedział.

 

KONIEC

 

Wrocław, 23 października 2015 – 18 maja 2016 r.

 

Odetchnęłam z ulgą, odchyliłam się na skórzanym fotelu i spojrzałam za okno, przy którym usytuowane było moje biurko. Wreszcie. Momentu, w którym piszę to cholerne sześcioliterowe słowo, nie można przyrównać do żadnej chwili w życiu. No, może kilka by się znalazło, ale ostatnio jakoś nie miałam okazji, aby się o tym przekonać. Z romansami po drodze było mi tylko w życiu zawodowym, prywatna opcja leżała i kwiczała ze śmiechu na widok nielicznych absztyfikantów, którzy pojawiali się w moim życiu. Ale jeśli ciągle byłam zajęta, bo albo pisałam nową książkę, albo ją poprawiałam, albo zbierałam materiał do kolejnej powieści, to nic dziwnego, że żaden z moich byłych partnerów – w liczbie trzech – nie chciał ze mną mieć zbyt długo do czynienia. Ciężko żyć z kobietą, która bardziej kocha ślęczeć z głową w laptopie i mamrotać do siebie, w dodatku słuchać muzyki przez wielkie słuchawki, niż rozmawiać z panem X o jego ciężkim dniu w pracy, ewentualnie oglądać jakiś film lub robić inne rzeczy. Gdy wracałam do łóżka po kolejnym napisanym rozdziale, pan Y już spał, a rano, gdy pan Z szedł do pracy, ja byłam nieprzytomna. Sowa nie dogada się ze skowronkiem, nie ma siły. Poza tym życie z pisarką jest niezwykle ciężkie. Wprawdzie pozostaliśmy w doskonałych stosunkach, mogłam liczyć na każdego z nich, a przede wszystkim na ich dyskrecję, to jednak wszyscy moi byli ułożyli sobie życie beze mnie. Pan X postanowił poświęcić się nurkowaniu, więc wyjechał do Australii, tam otworzył szkołę nurkowania, poznał piękną Aborygenkę i wychowywał stadko małych „Polako-Aborygeniątek” (chyba tak się mówi???). Pan Y wrócił na Wybrzeże i pływał na statkach handlowych jako drugi oficer. A pan Z wyjechał do Warszawy i tam piął się po szczeblach kariery w pewnym znanym domu maklerskim. To on posłużył mi do stworzenia postaci Kamila w mojej ostatniej powieści Walka o miłość, którą właśnie skończyłam pisać. Dostarczył mi sporo materiału merytorycznego, bo jeśli pisałam o bohaterze, który był maklerem giełdowym, to musiałam wiarygodnie skonstruować postać bohatera i dzięki informacjom od pana Z udało mi się to całkiem nieźle. Przynajmniej takie miałam wrażenie.

Wprawdzie była trzynasta, ale w Australii już zmierzchało, więc wyjęłam kieliszek i nalałam mojego ulubionego baileysa, którym zawsze wieńczyłam napisanie sześciu ukochanych liter w książce. Potem sięgnęłam po komórkę i wybrałam połączenie zapisane jako „Karola-Kat”. Karola, czyli Karolina Batorowicz, była moją serdeczną przyjaciółką, a jednocześnie agentką literacką, która z wrodzoną upierdliwością pilnowała moich terminów, motywowała, opieprzała i stawiała do pionu, kiedy łapało mnie zwątpienie i zaczynałam jęczeć, że „nigdy nie skończę tej ksiąąąążkiiiiii”.

– Lidka, co tam? Tylko nie mów, że nigdy nie skończy…

– Skończyłam – ucięłam, zanim zdążyła się rozkręcić.

– Co?

– No! Piję właśnie baileysa.

– Jezu, kocham cię!

– A co ma do tego Jezus?

– Oj tam, ile?

Standardowe pytanie wydawców i agentów. Ile? Oczywiście ile znaków.

– Tym razem pięćset osiemdziesiąt tysięcy.

– I super, wyjdzie jakieś trzysta sześćdziesiąt stron.

– Straszni z was materialiści, przeliczacie wszystko na strony, a liczy się treść, bohaterowie, emocje.

– Kochana, o to ani ja, ani wydawca się nie martwimy. To twoja dwudziesta powieść, każda była bestsellerem, troszczymy się tylko, abyś oddawała w terminie, bo przecież wydawnictwo i ja jesteśmy zasypani mailami z pytaniem: KIEDY NOWA KSIĄŻKA RÓŻY MAK???

– Jak się sprężycie, to już za cztery miesiące – odparłam z westchnieniem. Dojrzałam mojego niedobrego kocura, Jamesa, który usiłował przedostać się przez siatkę zabezpieczającą i przejść z tarasu do sąsiada. Właśnie, sąsiad… To osobny temat, który…

– Jesteś? – Karolina była zniecierpliwiona.

– Yhym… – W tej chwili miałam średnią ochotę na konwersację, może ze względu na to, że na sąsiednim tarasie pojawił się mężczyzna. On. To znaczy sąsiad. Wieszał coś na suszarce i pewnie dlatego nie włożył koszulki. Albo chciał, bym udławiła się pitym właśnie likierem. Oczywiście nie miał pojęcia, że go obserwuję, zresztą nie pałaliśmy do siebie wielką sympatią. Ale popatrzeć na niego można było, chociaż gorzej z rozmową. W każdym razie wyciągnął teraz swoje długie (jakieś marne metr dziewięćdziesiąt) ciało i rozłożył szeroko ramiona. Bicepsy napięły się apetycznie, a zdobiące je wzory ułożyły się interesująco. Pan od prania ziewnął potężnie i poczochrał swoje jasne włosy, które sprawiały, że wyglądał jak Kalifornijczyk, który właśnie wrócił z surfowania. Kiedyś miałam taki sen…

– Lidkaaaaaaaa! – Głos mojej przyjaciółki wbił mi się w ucho mało sympatycznym warkotem.

– Przestań. Surfer na horyzoncie – powiedziałam spokojnie, oblizując usta.

– Znowu? Nagi?

– Nie no, spodnie ma.

– Aha. Dobra, zostawmy go, skup się. Sparrow już zapowiedział, że chce zrecenzować twoją książkę.

– Oesuuuu!

– Powinnaś się już była przyzwyczaić. – Karola brzmiała nieco nonszalancko.

– Nie wiem, czy powinnam. Co on się tak uwziął? Brakuje mu emocji? A może miłości?

– Seksu mu brakuje – odparła moja przyjaciółka.

– Daj spokój, pewnie to rycząca pięćdziesiątka.

– Oj, żebyś się nie zdziwiła.

– Nie zamierzam się dziwić ani dywagować. I tak nigdy go nie poznam, więc może sobie być, kim chce. Tylko niech odczepi się od moich książek. Zboczeniec.

– Czemu zaraz tak obcesowo?

– Skoro mu się nie podoba, jak piszę, to po co czyta?

– Przestań, nie zachowuj się jak urażona autorka pierwszej książki. Powinnaś się już przyzwyczaić. Poza tym jego recenzje są bardzo trafne i na pewno opiniotwórcze.

– Znowu mnie zjedzie. To znaczy książkę – mruknęłam, patrząc, jak sąsiad opiera się na przedramionach o barierkę swojego tarasu i patrzy gdzieś w dal. Wreszcie zobaczyłam jego plecy, a raczej skomplikowany wzór, który miał tam wytatuowany. Taki tatuażysta to się musiał narobić. Nie dość, że było to prawdziwe dzieło sztuki, to jeszcze na tak szerokich plecach… roboty było co niemiara. Boże, co się ze mną działo? Stawałam się napaloną trzydziestopięciolatką! Nie można tak, pani Lidio Makowska, za dużo pisania hot scen, zdecydowanie!

– Lidka, zasuń rolety! – Karolina była wściekła.

– Wcale że…

– Gapisz się na niego, a jęzor wisi ci do pasa. Zasuń rolety i skup się przez chwilę na tym, co do ciebie mówię.

– Dobra, idę do kuchni. I nic mi nie wisi – burknęłam, z trudem odrywając wzrok od dzieła sztuki i natury na sąsiednim tarasie. Całe szczęście, że mamy maj, a sąsiad chyba lubi paradować bez koszulki, więc jeszcze zdążę nacieszyć oko.

– Posłuchaj, wydawca wciąż się upiera.

– Ale nie ma mowy. – Pokręciłam głową, chociaż moja przyjaciółka nie mogła tego widzieć.

– Po tylu latach to byłoby wielkie wydarzenie. Na pewno wpłynęłoby na sprzedaż twojej książki.

– Nie narzekam na sprzedaż. I wydawca chyba też nie. – Wyjęłam z lodówki zapiekankę, powąchałam ją, chyba była jeszcze jadalna. Gdy pracowałam nad książką, a zwłaszcza gdy ją kończyłam, zapominałam o takich prozaicznych rzeczach jak jedzenie. Pamiętałam tylko o tym, żeby mieć karmę dla kota.

– Nie chodzi o to. Naprawdę ludzie są ciekawi, kim jest Róża Mak.

– Ona nie istnieje, Karola. – Miotałam się po kuchni w poszukiwaniu czystej szklanki. Kto, do diabła, zabrudził te wszystkie gary?

– I to jest świetne, że nagle się pojawi. Znaczy ty się pojawisz!

– Powiedziałam ci, że nie po to piszę pod pseudonimem, aby pokazywać wszystkim moją twarz.

– Przez twoją upierdliwość przepadł ci wyjazd do Nowego Jorku, do Frankfurtu, do Tokio…

– Nie lubię latać – ucięłam.

– Dajcie mi cierpliwość… – Karolina chyba zgrzytała zębami.

– Słuchaj, muszę coś zjeść, inaczej mój cukier spadnie na podłogę i się na nim zabiję. Chcesz pogadać, przyjedź. Ale jutro. Dzisiaj muszę się najeść i wyspać.

– Dobra! Będę jutro o dziesiątej, pojedziemy na śniadanie do Lulu. Bo jak cię znam, to w lodówce masz tę zapiekankę z zeszłego tygodnia, którą przywiozła ci Anetka.

– Zapewniam cię, że się mylisz – odparłam szybko.

– Yhym. Jasne. Jutro pukam do ciebie o dziesiątej. Bądź rześka.

– Odwal się.

To był właśnie jeden z punktów zapalnych pomiędzy mną, moją agentką i wydawcą. Od dziesięciu lat pisałam pod pseudonimem Róża Mak. Na początku było to spowodowane tym, że pracowałam w banku i nie chciałam, aby ktoś wiedział, że napisałam książkę. Po trzeciej powieści, która stała się bestsellerem, pomyślałam, że fajnie by było zajmować się tylko tym. Nie musieć wstawać rano, stać w korkach, użerać się z klientami, upierdliwym dyrektorem, martwić się o wyniki, ślęczeć nad rozliczeniami. Po piątej książce, która została od razu kupiona przez angielskie wydawnictwo, dostałam kilkanaście ofert na napisanie kolejnych powieści, związałam się z jednym wydawcą i od tamtej pory pracowałam tylko dla niego. Zwolniłam się z firmy i zajęłam wyłącznie pisaniem. Ale nadal tworzyłam pod pseudonimem i nikt nie wiedział, jak wyglądam. Wydawca wykorzystał tę tajemniczą otoczkę do wykreowania postaci zagadkowej pisarki, która do tego stopnia chroni swoją prywatność, że nie odpowiada na zaproszenia licznych stacji telewizyjnych, nie jeździ na targi, i to nie tylko w Polsce, ale również zagranicą. Jednak teraz, po dwudziestu powieściach, nagle stwierdzono, że dobrze by było, aby wszystko odwrócić i zrobić wejście smoka. Z tym że ja tak głęboko zżyłam się z Różą, że czasami nawet do niej mówiłam, traktowałam ją jak osobny byt. Nie mogłam jej tego zrobić. Cieszyłam się ze spokoju, jaki miałam, z zacisza mojej dwustumetrowej szeregówki na wrocławskim Jagodnie, z tego, że nikt nie wie, jak wyglądam i czym się zajmuję. Oczywiście oprócz moich rodziców, którzy trochę utyskują, że nie mogą się pochwalić, że uwielbiana przez większość polskich, i nie tylko polskich, czytelniczek Róża Mak to ich córka, Lidia Makowska. No i oprócz moich byłych, ale to dobre chłopaki, trzymają buzie na kłódki. Zresztą medal się im należy, że wytrzymywali ze mną.

Wiedziały też moje przyjaciółki, oczywiście Karolina, z którą chodziłam do liceum i od tamtej pory byłyśmy nierozłączne. A także Tatiana, którą poznałam przed piętnastoma laty, kiedy zaczęłam pracować w korpo. Od tamtego czasu bardzo się zaprzyjaźniłyśmy. I Aneta, która pracowała w urzędzie skarbowym i kiedyś pomogła mi rozwikłać pewną zawiłą sprawę związaną z jednym rozliczeniem. Potem zaprosiłam ją na wino, okazało się, że zna Tatianę, bo chodzą razem na pilates, i tak się jakoś wszystkie zgrałyśmy. Karolina, Tatiana i Aneta to były bratnie dusze, które dzielnie znosiły moje liczne załamania procesu twórczego i pomagały walczyć z lenistwem. Nie z brakiem weny. Nie ma czegoś takiego jak brak weny. Jest po prostu śmierdzące lenistwo, którego się nie leczy. Byłam okropnym leniuchem, a jednocześnie byłam bardzo odpowiedzialna i niesamowicie uczulona na terminowość, na punktualność, na dotrzymywanie słowa. Pewnie dlatego faceci przede mną uciekali. Rozumiałam to i przyjmowałam z godnością. Osobistą, dodajmy. Ciężko żyć z osobą pełną sprzeczności. W każdym razie, wracając do meritum, nie miałam zamiaru się ujawniać i wolałam żyć i tworzyć tak jak do tej pory. Jednak podskórnie czułam, że mój kokonik, który sobie stworzyłam i w którym było mi tak dobrze przez lata, już niedługo się rozerwie, a ja będę musiała stawić czoło światu. I Jackowi Sparrowowi, mojemu prześladowcy, który z uporem maniaka recenzował każdą moją książkę, większość z nich krytykując. Oczywiście nie miało to najmniejszego wpływu na sprzedaż, na kolejne przekłady, na scenariusz serialu, który właśnie powstawał na podstawie mojej „przedprzedprzedostatniej” książki. Nigdy nie przejmowałam się krytycznymi recenzjami, jednak w przypadku tego upierdliwca miałam ochotę powiedzieć mu, co myślę. Oczywiście wiązałoby się to z likwidacją mojej przykrywki. Zastanawiałam się nad tym wiele razy i za każdym razem dochodziłam jednak do wniosku, że nie warto. Byłam ciekawa, jak teraz pan Sparrow (swoją drogą, co to za pseudo? ile on ma lat, dwanaście?) przyjmie moją Walkę o miłość. Uważałam, że to moja najlepsza książka. Ale, jak mówiła Karola, twierdziłam tak za każdym razem. I dobrze, poprzeczka szła w górę, a ja i tak ją przeskakiwałam. Ambicja jeszcze nikogo nie zabiła.

Wzięłam starawą zapiekankę, do tego butelkę wina, uznając, że alkohol zabije ewentualne bakterie, i poszłam do salonu. Zerknęłam na taras, surfer się zmył. I dobrze, chciałam spokoju, a on trochę go burzył. Gdy zjadłam, włączyłam telewizor. Leciał jakiś idiotyczny serial. Przez chwilę zastanawiałam się nad tym, czy scenarzysta, którzy go stworzył, cierpiał na częściową atrofię mózgu, czy może doznał uszkodzenia mechanicznego tego narządu. A kiedy po piętnastu minutach oglądania tego czegoś już wiedziałam, kto z kim i dlaczego, zasnęłam wreszcie snem sprawiedliwego i już nie dojrzałam, czy przystojniak mający dwie żony wreszcie powie, że z tą pierwszą zdążył się rozwieść, kiedy leżała w śpiączce.

2. Lidka

Obudziło mnie jakieś natarczywe stukanie. Poduszka była mokra, pewnie od mojej śliny, w ustach miałam niesmak po winie i zapiekance, wszystko mnie bolało, prawdopodobnie dlatego, że zasnęłam na kanapie w pozycji zwiniętej rolki papieru toaletowego. Teraz wstałam, rozprostowałam z chrzęstem kości i poczłapałam do drzwi. Zerknęłam w lustro w holu, które przestraszyło mnie jakimś upiorem z dramatyczną koafiurą. Gdy przekręcałam zamek, pomyślałam jeszcze, że zaspałam, że Karolina, która pewnie właśnie się do mnie dobija, zaraz zacznie smęcić i że nie należy wypijać całej butelki wina w samotności. Z szerokim ziewnięciem otworzyłam drzwi i zamarłam, wyglądając pewnie jak idiotka z otwartą buzią. Czym prędzej ją zamknęłam i przygładziłam rozwichrzone snem włosy, które sterczały na wszystkie strony, jakbym właśnie miała spotkanie z napięciem dwustu trzydziestu voltów.

– To pani kot? – Niski głos zawibrował w mojej głowie, a potem spadł gdzieś na wysokość brzucha i tam rozpoczął prawdziwe harce.

– Eeeee, tak? – W tej chwili nie pamiętałam, że mam kota, ale trzymany przez sąsiada rudzielec spojrzał na mnie z wyrzutem. Lecz co innego teraz skutecznie odwracało moją uwagę. Nie mogłam nie zauważyć białego T-shirtu z krótkimi rękawkami, które idealnie (IDEALNIE) opinały wytatuowane bicepsy mojego nader krytycznie nastawionego do zwierząt sąsiada. Do tego miał jasnoniebieskie dżinsy, osadzone nisko na biodrach, i czarne conversy na stopach. Zdążyłam to wszystko zauważyć w jednej setnej sekundy, kiedy moje oczy otaksowały jego wysoką sylwetkę.

– Przecież wiem, że to pani kot. Nazywa się James, słyszałem, jak pani z nim rozmawia – powiedział to takim tonem, jakby miał już wyrobione zdanie na temat samotnych kobiet mówiących do zwierząt.

– Skąd ma pan mojego kota? – Położyłam dłonie na biodrach w geście wyzwania i popatrzyłam przybyszowi w oczy. Wiedziałam, że mam ładne oczy, niebieskie, lazurowe wręcz, z czarną oprawą, miałam zamiar poprawić pierwsze negatywne wrażenie, jakie zapewne odniósł, gdy potwór z wichurą na głowie otworzył mu drzwi. Ale to był błąd, bo facet miał nieziemskie, przeszywające i teraz trochę ironicznie, również lazurowe spojrzenie, które ogarnęło mnie całą, zatrzymując się na ułamek sekundy na moim dosyć frywolnym dekolcie dresowej bluzy, w której zasnęłam, a pod którą nie miałam nic. Cholera. Zaschło mi w gardle. I to nie dlatego, że miałam kaca.

– Jak ma pani na imię?

– A co to ma za znaczenie?

– Kolosalne. Po raz piąty ściągam pani kota z mojej poduszki. Chciałbym wiedzieć, jak ma na imię jego właścicielka, skoro jestem z nim tak blisko, że beztrosko wchodzi do mojej sypialni. – Jego bezczelne oczy taksowały mnie uważnie, a ja cieszyłam się, że wydepilowałam nogi.

– Na imię mi Lidia.

– Jeremi.

– Miło mi – odparłam mechanicznie. Zamrugałam. – Przepraszam za kota. – Wyciągnęłam ręce po rudzielca. – Nie zamknęłam tarasu, a on musiał jakoś przedostać się przez siatkę zabezpieczającą.

– Bardzo proszę pilnować, aby tego więcej nie robił. Jak będę chciał mieć kota, to go sobie kupię – odparł uprzejmie, odwrócił się i poszedł w stronę wejścia do swojego domu. Zdążyłam zauważyć, że ma świetny tyłek, na którym niebieskie wytarte dżinsy wyglądają idealnie. Gdy już domykałam drzwi, zobaczyłam przystojnego ciemnowłosego faceta, który wysiadał z czarnej meganki i podchodził do mojego (co?) surfera. Widziałam go już kilka razy wcześniej. Kurczę… taki fajny facet, a nie gustuje w babkach. Zastanawiałam się nad tym przez chwilę, ale pomyślałam, że to chyba tylko nadmiar wyobraźni. Zanim zdołałam wejść do siebie, na moim podjeździe zaparkowała z piskiem opon Karola i jeszcze w swojej czerwonej beemce zaczęła mi grozić.

– Co za poranek – wymamrotałam, puściłam wyrywającego się Jamesa, który pobiegł prosto do kuchni, i poczekałam, aż przyjaciółka podejdzie, energicznie stukając obcasami.

– Spóźniłam się, a ty i tak jesteś w lesie.

– Daj mi dziesięć minut.

– Jasne. Widziałam surfera. On chyba jest… no wiesz… – Zrobiła buzię w ciup.

Wciągnęłam ją do holu.

– James znowu do niego uciekł. Mieliśmy miłą – skrzywiłam się – rozmowę.

– Był u ciebie? A ty wyglądałaś tak jak teraz? – Moja serdeczna przyjaciółka spojrzała na mnie krytycznie.

– I tak jest gejem.

– Skąd wiesz?

– Sama mówiłaś. – Także zrobiłam buzię w ciup.

– Ten gość, który przyjechał, objął go i weszli do środka.

– To nic nie znaczy.

– Szkoda by było. W sumie moglibyście się spiknąć, wybić ścianę w sypialni i zacząć się rozmnażać.

– Jesteś nienormalna. Nakarm kota, ja idę do łazienki – westchnęłam i poczłapałam do mojej sypialni, starając się nie myśleć o koszmarnym poranku.

Dwie godziny później siedziałyśmy w Lulu Café w Arkadach, byłam po dwóch kawach, pokaźnej zapiekance i teraz dobijałam się sernikiem z polewą czekoladową. Moja przyjaciółka patrzyła na mnie nieco skrzywiona.

– No so? – wybełkotałam z ustami pełnymi słodkości.

– Jakbym ja tyle jadła, musiałabym używać bumeranga do zakładania paska do spodni.

– Mam gastrofazę – przewróciłam oczami.

– Akurat, wino to nie prochy, żebyś miała gastrofazę. Ale dobra – Karolina ze zniecierpliwieniem otworzyła notes.

– Koniec miłego poranka? – Wytarłam usta i spojrzałam na przyjaciółkę, która teraz właśnie zmieniła się w nieuznającą kompromisów agentkę literacką.

– Skup się. Egzemplarze recenzenckie poszły do kilku wiodących blogerów.

– Do Lustra Rzeczywistości też?

– No pewnie!

– A do Nowalijek?

– No raczej. Jak zawsze. Poza tym będzie kilka…

– A Jack Sparrow?

– Musimy mu wysłać. Jeśli wydawca go oleje, zjedzie nas na blogu i na Instagramie. On ma tam miliony subskrybentów.

– I te miliony muszą czytać, jak ten koleś po raz enty zżera mnie na śniadanie?

– Skąd wiesz, że tym razem tak będzie? Poza tym…

– Tak, tak, wiem, to nie ma wpływu na sprzedaż, ble, ble, ble… – Wypuściłam głośno powietrze. – Chodzi o to, że facet uwziął się na mnie i specjalnie czyta moje książki, chociaż po pierwszych trzech już było wiadomo, że to nie jego bajka. Jakiś świr.

– Być może, ale też robi ci reklamę, nie marudź. Poza tym w niczym ci nie zagrozi, czytelnicy cię kochają.

– Ale ja nie lubię takich bezsensownych recenzji.

– One są bardzo dobre, Lidka. – Karolina postukała ze zniecierpliwieniem długopisem w oprawiony w skórę notes.

– Nie dla mnie.

– Zostawmy to. Teraz dalej, recenzje w „Cosmo”, w „Zwierciadle”, w magazynie „Książki”. Reklamy w kilku stacjach radiowych, a także w telewizji.

– Okej – odparłam, wpatrując się w przechodzących pasażem ludzi.

– Nudzę cię?

– Muszę zabezpieczyć taras – powiedziałam w zamyśleniu.

– Co?

– Mam kota… – Popatrzyłam na przyjaciółkę i potrząsnęłam głową.

– Boisz się sąsiada?

– Wiesz, on nie lubi zwierząt.

– James za to lubi jego. Nie chodziłby tam, gdyby wyczuł złe wibracje.

– Nieważne.

– Lidka, posłuchaj.

– Wiem, czego chcesz ode mnie. Wiem, do czego to zmierza. Ale nie. – Tym razem byłam poważna.

– Nie będę naciskać. Ale telewizja chce zorganizować wielką fetę. Spotkanie z najbardziej zagadkową pisarką ostatniej dekady. Na żywo! Z udziałem publiczności. W tym modnym programie o książkach.

– Nie – odparłam krótko.

– Pomyśl o tym. To byłby ukłon w stronę twoich czytelników.

– Nie.

– Pomyślisz? – Karolina nie zamierzała odpuścić.

– Nie.

– Okej, zostawmy to, na razie – dodała ciszej, a ja zmarszczyłam brwi. Wiedziałam, że tym razem tak łatwo nie będzie. Poza tym… może właśnie nadszedł ten czas? Odrzuciłam niewygodne myśli, teraz ukończyłam kolejną powieść i chciałam odpocząć, i nie zaprzątać sobie głowy męczącymi sytuacjami. Gdy skończyłyśmy naradę, poszłam do Empiku i kupiłam płytę Arctic Monkeys. Jedną miałam w samochodzie, tej zamierzałam słuchać w domu. Kawałek Arabella katowałam do znudzenia. I dzisiaj po południu zamierzałam właśnie temu poświęcić swój cenny czas. Muzyka była dla mnie inspiracją, odpoczynkiem, siłą napędową i relaksem. Z tego, co zdążyłam usłyszeć, mój sąsiad o ponaprzeciętnej powierzchowności także miał dobry (według mnie) gust muzyczny, często słyszałam u niego nuty Metalliki (za co z miejsca otrzymał sto punktów premii), a także innych rockowych zespołów, które również znajdowały się na mojej osobistej playliście. Już za samo to mogłam popatrzeć na niego łaskawym okiem, a jeszcze jego wygląd… Gdyby tylko nie czepiał się mojego kota i był hetero, byłabym całkiem zadowolona. Bo jeśliby okazało się to prawdą, to… cholera… Za dużo bonusów naraz!

3. Jeremi

Ten poranek nie należał do udanych. Pomijam to, że obudziła mnie matka, mając pretensje, że od tygodnia nie odbieram od niej telefonów. Teraz też bym nie odebrał, gdyby nie to, że najpierw coś załaskotało mnie w nos i spowodowało, że zerwałem się przerażony, nie wiedząc za bardzo, gdzie właściwie jestem, a zaraz potem spojrzałem w rude oczy rudego kota, który rozwalił się na mojej poduszce i spoglądał na mnie z miną posiadacza. Po raz kolejny zakradł się do mojego domu, uważając chyba, że robi mi łaskę, kładąc się w mojej pościeli. I w tym momencie zadzwoniła komórka. Trochę nieprzytomny, ale już nieco wściekły, odebrałem, nie patrząc na wyświetlacz.

– Jeremi?

– Cześć, mamo – powiedziałem spokojnie, jednocześnie przeklinając się w myślach, że nie zobaczyłem, kto dzwoni.

– Spałeś?

– Tak. Nie.

– Kiedy do nas przyjedziesz?

– Mówiłem ci, że dużo pracuję.

– Synu, tęsknimy za tobą. Jesteśmy coraz…

– Wiem, wiem, starsi. – Potarłem twarz.

– Więc dlaczego nie chcesz tu przyjeżdżać? – Mama ściszyła głos.

– Naprawdę chcesz o tym teraz rozmawiać?

– Minęło trochę czasu. Przecież nie możesz ciągle…

– Boże, mamo, proszę cię.

– Dobrze, dobrze… – Matka westchnęła. – Wiem, że masz dużo pracy, ale przecież mógłbyś chociaż w jakieś popołudnie do nas wpaść. Wałbrzych leży osiemdziesiąt kilometrów od Wrocławia.

– Mamo, przyjadę. Ale błagam, nie dzwoń do mnie przed dwunastą.

– Oj, dobra, zapomniałam. To daj znać, kiedy się pojawisz.

– Na pewno.

– Kocham cię, synku.

– Ja ciebie też. Muszę kończyć. Mam tu kota.

– Kota?

– Tak, pa, mamo!

Rozłączyłem się i spojrzałem na rudzielca.

– Wiesz, że to nie jest twoje mieszkanie?

James, bo tak miał na imię, zamachał w odpowiedzi ogonem, patrząc na mnie pobłażliwie. Westchnąłem, poszedłem do łazienki, umyłem zęby i ubrałem się. Wziąłem rudzielca pod pachę i udałem się do tej babki, która mieszkała obok, a której kota po raz kolejny złapałem na mojej poduszce. Już kilka razy przynosiłem jej uciekiniera, za każdym razem zaskakiwała mnie swoim, że tak powiem, anturażem. Raz przywitała mnie w rozciągniętym dresie, podkoszulku z napisem „Kill’em all”, więc wywnioskowałem, że jest fanką Metalliki, a imię kota to wcale nie umiłowanie sfiksowanej prozy Jamesa Joyce’a, tylko miłość do wokalisty Jamesa Hetfielda. Innym razem była w szlafroku, bardzo krótkim, oczywiście zauważyłem, że ma niezłe nogi. Następne nasze spotkanie też było pełne napięcia, bo otworzyła mi z mordem w oczach, wymamrotała coś, zabrała kota i zatrzasnęła drzwi przed nosem. A potem… potem wszystko zrozumiałem. I w sumie, powiem szczerze, że mnie fascynowała. Była chyba pisarką. Widziałem kilka razy, jak pracowała, bo w lecie i wiosną lubiła pisać na tarasie. Obserwowałem ją, oczywiście gdy niczego nie podejrzewała, nie chciałem, aby wzięła mnie za jakiegoś psychola, stalkera albo zboczeńca. W każdym razie usiłowałem ją jakoś namierzyć.

Dzisiaj, po kolejnym spotkaniu, kiedy wyglądała na skacowaną, ale nadal była pociągająca, już wiedziałem, że ma na imię Lidka. Szukałem jej w necie, ale nie znalazłem żadnej współczesnej pisarki o tym imieniu. A może ona pisała coś innego? Scenariusze? Pracę doktorską? Magisterki za kasę? Nie. Słyszałem, jak mówiła do siebie, jak rozmawiała z wyimaginowanymi bohaterami. Pisała powieści. Na bank. Dziwne, bo zaczynałem się coraz bardziej interesować tą kobietą. To znaczy wiedziałem, dlaczego ona mnie zaczyna fascynować. Z radością skonstatowałem też, że nie widziałem przy niej żadnego faceta. Wiele razy odwiedzała ją ta babka, którą dzisiaj spotkałem na podjeździe. A wcześniej widziałem kilkakrotnie jeszcze dwie inne kobiety. Chyba koleżanki, i to bardzo dobre, sądząc po odgłosach, które niejednokrotnie dochodziły z jej domu. Ale faceta nie dostrzegłem. I dobrze. Oczywiście, nie zamierzałem jej uwodzić ani nic takiego, ale jednak zainteresowała mnie. Co w sumie przyjąłem ze zdziwieniem, bo po wydarzeniach z mojej niedawnej przecież przeszłości jakoś nie ciągnęło mnie do związków, kobiet i romansów. Ale może właśnie teraz nadszedł ten moment? Nie zamierzałem tego jakoś szczególnie analizować. Jednakże ostatnio moim życiem rządziła praca, dlatego też spotkania z tą zagadkową kobietą traktowałem jako przyjemną odskocznię. Złapałem się na tym, że świadomie nie zamykałem drzwi tarasu, wiedząc, że rudy kot wykorzysta okazję, aby się do mnie zakraść. Może nawet następnym razem dostanie kawałek wołowiny? Moja matka miała dwa koty, wiedziałem więc, że mięsem wołowym nie powinien pogardzić.

Właśnie, mama. Wiedziałem, że cierpi, tęskni za mną. Moi rodzice mieszkali w Wałbrzychu, ja wyjechałem stamtąd osiem lat temu i teraz żyłem tutaj. Wrocław okazał się dla mnie łaskawy, moja firma rozwijała się świetnie, sprzedałem mieszkanie po babci, dołożyłem i kupiłem dom w szeregówce na wrocławskim Jagodnie. Byłem sam, ale nie narzekałem. Oczywiście okazji nie brakowało, biorąc pod uwagę to, czym się zajmowałem, a także jak wyglądałem. Ale nie zamierzałem z nikim się wiązać. Nie po tym, co przeżyłem. Ale ta… Lidka. Była ciekawa. I ładna. Jakaś taka zaczepna. Inspirująca. Gdy skończyłem zajęcia indywidualne, pojechałem do klubu, tam miałem umówionych kilka sesji. Wróciłem wieczorem, włączyłem muzykę, nalałem do kieliszka czerwonego wina i wyszedłem na taras. Osiedle wyciszało się, za naszymi domami nie postawili jeszcze nowych, więc mieliśmy widok na pole i las. Liczba mnoga dotyczyła mnie i mojej sąsiadki. Która, nawiasem mówiąc, siedziała na swoim tarasie, nogi trzymała na stołku, piła chyba herbatę i patrzyła przed siebie. Wziąłem głęboki wdech, przechyliłem się, żeby mnie zobaczyła, i chrząknąłem.

– Gdzie James?

Wiem, durniej nie mogłem zacząć.

– Słucham?

– Zastanawiam się, gdzie kot? Mam go szukać w swojej sypialni?

– Zapewniam, że nie. Poprawiłam siatkę, nie powinien już pana niepokoić. – Była uprzejma, ale trochę oschła.

– Myślę, że on znajdzie sposób.

– Postaram się, żeby…

– Lidka… – Spojrzałem na nią. Widziałem, że patrzy na mnie znad kubka z parującym płynem. – Rano trochę się uniosłem, bo coś… coś mnie wyprowadziło z równowagi. Ale tak naprawdę to lubię koty. A poza tym jestem Jeremi. Mówiłem ci już.

Odstawiła kubek na ratanowy stolik, otuliła się niebieskim pledem i oparła o balustradę tarasu.

– Okej. Rano byłam trochę nieprzytomna, więc mogłam zapomnieć. – Uśmiechnęła się lekko.

Miała ładny uśmiech. Podobała mi się, podejrzewam, że nawet gdyby, śmiejąc się, puszczała bańki nosem, też uznałbym to za urocze. Poza tym niezmiennie, za każdym razem, gdy ją widziałem, fascynowała mnie jej fryzura. Gęste brązowe włosy, wpadające w głęboki kasztan, sterczały we wszystkich możliwych kierunkach, a najlepsze było to, że ich właścicielka niewiele sobie z tego robiła. Inna kobieta by je pewnie wygładzała, prostowała, robiła jakies kosmetyczne cuda, jakie tylko kobiety potrafią robić i jeszcze doskonale się na tym znają, a ona nie. Była taka prawdziwa i beztroska. Po raz kolejny złapałem się na tym, że chciałbym wtulić twarz w tę jej rozwichrzoną fryzurę i sprawdzić, czy jej włosy są takie jedwabiste i miękkie, na jakie wyglądały. Byłem nienormalnym fetyszystą, to pewne.

– Ciężka noc?

– W sumie ciężkie ostatnie pół roku.

– Dużo pracy?

Spięła się, ale za chwilę potrząsnęła głową.

– Wiesz, pracuję w domu. Więc to niewątpliwy plus. Ale terminy mam, jak każdy wolny strzelec.

– Ja też pracuję w domu. Ale nie tylko.

– Czego słuchasz? – Przechyliła się, żeby lepiej usłyszeć muzykę, która dochodziła z mojego salonu.

– A, taki kawałek… Snuff.

– Slipknot. – Pokiwała z uznaniem głową.

– Słuchasz ich?

– Czasami. Akurat ten kawałek jest częstą inspiracją do moich… do mojej pracy – powiedziała wymijająco.

– Mnie też muzyka inspiruje.

– A czym się zajmujesz?

– Pomagam ludziom. – Uśmiechnąłem się.

– W czym?

– W pokonywaniu słabości. I robię jeszcze kilka innych rzeczy.

– Brzmi ciekawie.

– Ciekawiej, niż jest w rzeczywistości.

– To ty tak twierdzisz. W każdym razie najważniejsze, że robisz to, co sprawia ci przyjemność. To niezwykle ważne, żeby się nie męczyć.

– Ty się nie męczysz? – Bawiłem się pustym już kieliszkiem i patrzyłem na jej profil. Wpatrywała się w przestrzeń.

– Czasami. Ale to takie dobre zmęczenie. – Stłumiła ziewnięcie.

– Późno już.

– Tak, muszę odespać poprzednią noc.

– Tak to jest, jak się szaleje do rana.

– Ech, żebym przynajmniej poszalała… – Machnęła ręką. – Dobranoc. I przypilnuję kota.

– Dobranoc. Nie musisz.

Gdy zamknęła drzwi tarasu, ja zostałem i patrzyłem jeszcze przed chwilę na rysujące się w mroku kontury drzew. Potem wszedłem do salonu, zgasiłem światło i z okna wykuszowego obserwowałem jej taras i niezasłonięte okno, przez które widziałem fragment jej mieszkania. W salonie, w lustrze dojrzałem jej postać, stała w wejściu do holu i pocierała oczy. Była zmęczona. Ogarnęło mnie dziwne uczucie. Zapragnąłem zaopiekować się nią, otulić kocem, sprawić, by mogła odpocząć w spokoju. Ale po chwili zauważyłem, że wyciera oczy i znika w dalszej części domu, której już nie widziałem. Co się stało? Czy ona… płakała? Poczułem złość. Na coś lub kogoś, kto mógłby ją zranić i doprowadzić do smutku. I chociaż bałem się trochę tego, co zaczynało się ze mną dziać, to odniosłem wrażenie, że nadchodzi coś nowego, innego, co sprawi, że może wreszcie poczuję więcej, mocniej i prawdziwiej niż w całym dotychczasowym życiu. Odszedłem od okna i usiadłem przed komputerem. Włączyłem go i poczekałem chwilę na uruchomienie. Potem przystąpiłem do pracy, nazbierało mi się trochę zaległości. A przed oczami i tak cały czas miałem obraz Lidki, która była tak blisko, a jednocześnie tak daleko.

4. Lidka

Nie dawali mi spokoju. Wydawca z wielką dokładnością zaplanował promocję Walki o miłość i Karolina przesłała mi plan działań. Gdy doszłam do dwunastego punktu – „Występ w programie Książki stare i nowe” – coś mnie trafiło. Chciałam zadzwonić do Karoliny i opieprzyć ją zdrowo, ale w tym momencie zadzwoniła moja komórka. Zerknęłam na wyświetlacz, widniało tam: Tatiana. To była moja przyjaciółka, znaczy nie tylko moja, ale i Karoliny.

– Tania? – westchnęłam ciężko.

– Lidzia. Co to za smętny głos?

– Mam kilka proble…

– Dzisiaj reset – oznajmiła Tatiana tonem nieznoszącym sprzeciwu.

– W czwartek?

– A co cię to? I tak pracujesz w domu. A teraz chyba nic nie robisz, pijesz wino, siedzisz na tarasie i gapisz się w przestrzeń.

– Wcale, że ni…

– Jasne. I jeszcze podglądasz surfera.

– Boże, Tatia…

– Dobra, dzwoniłam już do Karoli i Anety, jesteśmy u ciebie o osiemnastej. Zamów chińskie żarcie, kocham cię, pa! – rzuciła Tatiana i swoim zwyczajem rozłączyła się, nie czekając na jakiekolwiek pożegnanie z drugiej strony.

Poczułam, że uszła ze mnie cała para, już nawet nie złościłam się na Karolinę. Tatiana zawsze potrafiła rozładować nerwową atmosferę, miała w tym wprawę. Była wiceprezesem w dużej spółce komandytowej i jako jedyna kobieta w czteroosobowym zarządzie doskonale radziła sobie z naładowanymi testosteronem facetami o ambicjach wielkości wieży Eiffla. Poza tym była singielką, po osobistej tragedii, która naznaczyła ją na wiele lat. Teraz kończyła trzydzieści osiem lat i pogodziła się chyba z tym, że raczej nie założy już rodziny, a i widoki na drugą połówkę były marne. Zresztą nawet o to nie zabiegała, uznawszy, że to, co najlepsze, już jej się w życiu przydarzyło.

Aneta natomiast była najspokojniejsza z naszej całej czwórki. Miała ustabilizowaną sytuację rodzinną, męża Michała, wpatrzonego w nią jak w Świętego Graala, oraz dwójkę dzieci – Eryka i Elizę. Aneta pracowała w urzędzie skarbowym, ciągle wszędzie się spóźniała i miała awersję do samochodów, kochała komunikację miejską. Jednak ostatnio jeździła swoim autem, żeby zapanować nad porządkiem dnia. Co było irracjonalne, bo Michał od lat jeździł taksówką, a ostatnio kupił dwa nowe auta i „posadził” w nich dwóch kierowców. Cała nasza czwórka była ze sobą bardzo zżyta i umawiałyśmy się na cykliczne resety, zwłaszcza jeśli któraś z nas wyraźnie tego potrzebowała. Skoro Tania wszystko zainicjowała, oznaczało to jedno – coś musiało się wydarzyć. W sumie byłam nawet zadowolona z tej nieoczekiwanej imprezki, bo ostatnio wszystko mnie dobijało – czekałam na recenzję tego toksycznego Sparrowa, mama męczyła mnie o spotkanie „dla zaufanych koleżanek”, które czytały wszystkie moje książki, Karolina to wiadomo, czego ode mnie oczekiwała, a od trzech dni nie widziałam surfera, znaczy Jeremiego. I nawet „przypadkowo” otwarte okno nie pomagało, bo wredny kot James chyba wziął sobie do serca moje wyrzuty i nie zamierzał udać się do sąsiada. „Niefart po całości” – pomyślałam i zaraz skrzywiłam się z pewną satysfakcją, bo ta myśl była frazeologicznie nie do przyjęcia. Jednak teraz nie pisałam książki, więc mogłam sobie mówić i myśleć, jak chciałam, i być całkiem na bakier z zasadami gramatyki oraz każdej innej „tyki”.

Kilka minut po piątej zadzwoniłam do mojej ulubionej chińskiej restauracji i zamówiłam cztery porcje kurczaka na słodko-kwaśno na szóstą. Dziewczyny przyjechały niemal w tym samym czasie. Anetka wyjątkowo zabrała się z Tatianą z Bardzkiej, Karola przyjechała taksówką z firmy Michała.

– Anetka, dlaczego nie zamawiasz taksówki? Powinnaś dać zarobić mężowi! – Karolina śmiała się, gdy już wszystkie trzy znalazły się w moim salonie.

– A co to za różnica? Czy zamówię taksę u Michała, czy kupię mu koszulkę w jego ulubionej sieciówce? – Aneta potrząsnęła jasnowłosą głową, a obcięte na pazia włosy zakołysały się na boki.

Aneta Parnas była drobną, eteryczną blondynką i stanowiła doskonałe przeciwieństwo swojego męża. Michał miał dwa metry wzrostu, był śniady, ciemnowłosy, i wyglądał jak spec od czarnej roboty rodem z serialu Gommorra. Poza tym różnili się temperamentami – Michał był żywy, wszędzie go było pełno, mówił szybko i dużo. Anetka była spokojna, zrównoważona, nie strzępiła na darmo języka i potrafiła jednym słowem usadzić w miejscu swojego wielkiego i nadpobudliwego męża. Nigdy nie przeklinała i generalnie była bardzo ułożona, jak dama z dobrego angielskiego domu. Pewnie dlatego byli małżeństwem już od siedemnastu lat i stanowili naprawdę zgraną i niesamowicie pasującą do siebie parę. Na przekór pozornym różnicom. Kolejny raz przekonywałam się, że jednak przeciwieństwa się przyciągają. Szkoda, że ja nie znalazłam nikogo, kto byłby moim całkowitym przeciwieństwem. Ale teraz nie miałam czasu analizować braku życia osobistego, bo oto Tatiana wyjęła z przepastnej torby z Kazara butelkę prosecco i postawiła ją na stole, patrząc na mnie znacząco.

– A, kieliszki! – Zerwałam się w kierunku komody, w której trzymałam szkło.

– Zaznaczam, że mam dużą torbę. – Tatiana uśmiechnęła się chytrze.

– Ile schowałaś tam flaszek? – zainteresowała się Karolina.

– Wystarczająco dużo, abyśmy zrobiły się na cacy.

– Ja jutro muszę być na dziesiątą w pracy – zastrzegła Aneta.

– To się ciesz, bo ja mam jutro wideokonfę z dostawcą z Emiratów – prychnęła Tatiana.

– Jesteś prezesem, więc wiesz…

– To nie oznacza, że mogę być zalana w trupa. Pijana prezeska bełkocząca do ekranu! Chyba niezbyt dobrze świadczyłoby to o mojej firmie.

– Daj spokój, myśleliby, że to polska odmiana angielskiego.

– No to czemu spotkałyśmy się dzisiaj, w czwartek? – spytałam, stawiając na stole kieliszki.

– Bo musiałam dzisiaj. A jak ja, to wy też – odparła Tatiana.

Zadzwonił domofon, ruszyłam do drzwi, krzycząc do Tani, aby poczekała, bo to pewnie żarcie, i żeby nic nie mówiła. Faktycznie, przybyło nasze jedzenie. Chwilę później rozłożyłyśmy się na sofach z pudełkami z kurczakiem i z kieliszkami wina, a gdy zaspokoiłyśmy pierwszy głód, wszystkie trzy utkwiłyśmy wzrok w Tatianie.

– Gapicie się jak harpie – mruknęła i pociągnęła porządny łyk.

– Co się stało?

– Mam chłopaka. – Wzruszyła ramionami i odrzuciła na plecy długie, lśniące, czarne włosy.

– Chło… co? – spytała bez składu Anetka.

– No chłopaka, faceta. Wiesz, wysoki, mięśnie, duże dłonie…

– Dobra, wiem, nie musisz mi tłumaczyć, ale jak to się stało?

– Przecież odgrażałaś się, że nigdy więcej…

– Chociaż wielokrotnie cię namawiałyśmy i tłumaczyłyśmy…

– Dobra! – Tatiana uniosła dłonie i uspokoiła nas tak, jak zapewne panowała nad ludźmi w firmie. – Jest młodszy o dziesięć lat.

Na chwilę zrobiło się cicho, co tym bardziej rzucało się w oczy, a raczej w uszy, bo dziesięć sekund wcześniej w salonie mojego domu panował nieopisany rejwach. Pierwsza odezwałam się ja:

– Ale nie mieszka z matką?

Tania uśmiechnęła się półgębkiem.

– Nie. Jest informatykiem…

– To dobrze – dodała szybko Anetka.

– U mnie w firmie – dokończyła Tania.

– To, kurwa, bardzo źle! – zawołała Karolina, która do tej pory milczała.

– Jak to się stało? – spytałam ostrożnie.

– Po prostu… – Tania wzruszyła ramionami. – Mieliśmy wyjazd integracyjny.

– O nieee – jęknęła Karolina.

– Uspokój się. – Tatiana pokręciła głową z niesmakiem. – Do niczego nie doszło. Po prostu przegadaliśmy całą noc, podczas gdy reszta się nawaliła, a potem rozeszła do pokoi, niekoniecznie swoich.

– No to nie robi z niego jeszcze twojego chłopaka – mruknęłam.

– Wczoraj byliśmy na kolacji. Odprowadził mnie do domu.

– I?

– I nic. Znaczy… całowaliśmy się… – powiedziała rozmarzonym tonem.

– To nie robi z niego… – zaczęłam, ale Karola mi przerwała.

– Jak on wygląda?

– Noo… jest przystojny. Wysoki, blondyn. Ma na imię Ariel.