Leo. Bezlitosna siła - Agnieszka Lingas-Łoniewska - ebook + audiobook
BESTSELLER

Leo. Bezlitosna siła ebook i audiobook

Agnieszka Lingas-Łoniewska

4,7

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

14 osób interesuje się tą książką

Opis

Czas na ostateczną rozgrywkę. Leon Mills, zwany Leo, to brat Wiktora – Revenge’a. Po kilku zatargach z prawem i głupich wybrykach zaczyna zawodowo walczyć w klubie Panta Rhei. Pewnego razu spotka swoją koleżankę z liceum, Kaśkę Makowiecką, której dwa lata temu pomógł uwolnić się od przemocowego chłopaka, Kramara. Kasia sama wychowuje pięcioletniego braciszka, znajduje się pod opieką fundacji Femi Help i próbuje na nowo ułożyć sobie życie. Jednak wszystko się komplikuje, gdy Kramar wychodzi z więzienia i ponownie chce się z nią związać.

 

Tymczasem Leon także zbliżył się do Kaśki, a przed nim najważniejsza z dotychczasowych walk w oktagonie – z przeciwnikiem, którego nienawidzi. W dodatku na jaw wychodzą dawne tajemnice, a chłopcy z Panta Rhei powtórnie będą musieli połączyć siły, aby raz na zawsze usunąć ze swojej drogi wrogów.

 

 

 

LEO to siódmy, ostatni, tom bestsellerowej serii Bezlitosna siła o przyjaźni, walce w klatce, fundacji Femi Help i bezlitosnej mocy prawdziwej miłości.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 227

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 5 godz. 20 min

Lektor: Marcin Stec

Oceny
4,7 (728 ocen)
587
94
35
10
2
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Madado13

Nie oderwiesz się od lektury

Czy są chętni do podpisania petycji o tomie 8 a bohaterem będzie Albert?
kingakamionek

Nie oderwiesz się od lektury

Seria mnie tak uzależniła że siedze od północy w dniu premiery i czytam jednym tchem ostatni jej tom . Z całego serca polecam♥️ Pani Agnieszko jest Pani najlepsza !
131
ElzMan

Z braku laku…

Długo trzeba było czekać na finałowy tom, ale czy warto? Szczerze dla mnie najsłabsza że wszystkich części nie czułam żadnej chemii między Kaśka a Leonem. Poza tym cała seria bardzo przypadła mi do gustu mimo tego że była mega mocno naciągana
50
moniska0162

Całkiem niezła

Dobrze się czyta, sporo akcji z pewnością nie jest nudna. Jednak w porównaniu z innymi częściami z tej serii zabrakło mi tego czegoś... jak w przypadku Kastora, Polluksa czy Saturna przez co sięga się poraz kolejny po tą samą książkę. Polecam przeczytać i samemu wyrobić sobie opinię zwłaszcza, że to ostatni tom, a cała seria Pani Agnieszki jest super.
40
AgaWiktoria

Całkiem niezła

Fajna ale od chyba 4 części wszystkie są na jedno kopyto. Drobne różnice tylko. Ona z przeszłością, on walczący i oczywiście finalnie mysi zawalczyć z kimś z przeszłości. Oczywiście ona pomaga w fundacji, jedzie na pomoc kobiecie a on ja ratuje. I w połowie książki są razem. Tak było w każdej. Poza tym ta 7 cześć była tak lukierkowa ze, aż mdła.
30

Popularność




Re­dak­cja: BE­ATA KO­STRZEW­SKA
Ko­rekta: HE­LENA KU­JAWA
Skład: MO­NIKA PI­RO­GO­WICZ
Okładka: MA­CIEJ SY­SIO
Fo­to­gra­fia na okładce: Co­py­ri­ght © Shut­ter­stoc­k_Ne­stor Ri­zh­niak
Wy­da­nie I
© Co­py­ri­ght by Agnieszka Lin­gas-Ło­niew­ska, 2023 © Co­py­ri­ght by Wy­daw­nic­two Jak­Book, 2023
ISBN 978-83-67685-14-6
Wy­daw­nic­two Jak­Book ul. Li­powa 61, 55-020 Mni­cho­wicewww.wy­daw­nic­two­jak­book.pl
Kon­wer­sja: eLi­tera s.c.

Nie­na­wi­dzi­łem każ­dej mi­nuty tre­ningu, ale po­wta­rza­łem so­bie: Nie pod­da­waj się, prze­cierp te­raz i żyj resztę ży­cia jako mistrz!

Mu­ham­mad Ali

Po­czu­łem, że serce wali mi w uszach, mia­łem wra­że­nie, że nie sły­szę nic poza dzi­kimi, moc­nymi ude­rze­niami dud­nią­cymi w gło­wie. Nie wi­dzia­łem lu­dzi zgro­ma­dzo­nych wo­kół okta­gonu, nie do­cie­rały do mnie ich krzyki. A po­tem skie­ro­wa­łem wzrok na jej prze­ra­żoną twarz. Pa­trzyła na mnie nie­bie­skimi oczami, do­strze­głem strach, wiarę we mnie, mi­łość. I to na­pę­dziło mnie do dzia­ła­nia. Wy­tar­łem krew, do­strze­głem tro­skę i wku­rze­nie na twa­rzy mo­jego brata, Re­venge’a. Wi­dzia­łem Ni­co­lasa, który stał z ręcz­ni­kiem, i Marsa go­to­wego do prze­rwa­nia walki.

Zro­bi­łem lekki ruch głową, nie, nie te­raz.

Dam radę.

Mu­szę to za­koń­czyć.

Raz na za­wsze.

Pod­nio­słem się.

Dam radę.

Mi­strzo­wie się nie pod­dają!

ROZ­DZIAŁ 1

PRO­8L3M, Hac­k3d by GH05T 2.0

Ten tre­ning dał mi nie­źle w dupę. Mars i mój brat, Re­venge, byli cho­ler­nymi sa­dy­stami, mia­łem też nie­ja­sne wra­że­nie, że czer­pią z tego ja­kąś chorą przy­jem­ność. Wie­dzia­łem, skąd się to bie­rze. Tro­chę na­roz­ra­bia­łem w mi­nio­nym cza­sie, mia­łem na kon­cie rok w za­wie­sze­niu za po­bi­cie jed­nego ko­le­sia, który chciał wy­ko­rzy­stać nie­przy­tomną dziew­czynę. Wy­wa­lili mnie za to z li­ceum i mu­sia­łem skoń­czyć szkołę za­oczną. Po­tem za­czą­łem tre­no­wać i wsze­dłem do stajni Panta Rhei. Za­czą­łem zdo­by­wać ko­lejne ty­tuły dla ofi­cjal­nie dzia­ła­ją­cego klubu. Te­raz mia­łem dwa­dzie­ścia lat i ja­koś uda­wało mi się unik­nąć kło­po­tów, cho­ciaż bra­cia z klubu czę­sto mu­sieli stu­dzić moją go­rącą głowę. Jakby sami mieli zimne... No, ale wiek i do­świad­cze­nia ży­ciowe spra­wiały, że nieco ina­czej pa­trzyli na ży­cie. Zna­łem hi­sto­rię każ­dego z nich i wie­dzia­łem, że na­wet z naj­gor­szego ba­gna można wyjść, jak się ma trzy rze­czy: siłę du­cha, mo­ty­wa­cję i życz­li­wych lu­dzi wo­kół.

Od za­wsze czu­łem wiel­kie wspar­cie, cho­ciaż przy­spo­rzy­łem bratu sporo zmar­twień. I choć to przeze mnie mu­siał po la­tach sta­nąć w okta­go­nie, to mia­łem świa­do­mość, że jest mi naj­bliż­szą osobą i za­wsze mogę na niego li­czyć.

Wik­tor i Laura byli szczę­śliwi i cie­szy­łem się, że od­na­leźli się po la­tach i jed­no­cze­śnie od­kryli coś ta­kiego jak mi­łość i ro­dzina. Wik­tor od­zy­skał przy­jaźń Kon­rada, czyli Sa­turna, i zo­stał przy­jęty do chło­pa­ków z Panta Rhei. Ja zy­ska­łem przy­bra­nego bra­tanka, gdyż Laura miała synka, któ­rego mój brat ad­op­to­wał. W ubie­głym roku wy­pro­wa­dzili się do Iwin, gdzie Wik­tor ku­pił wielki dom w sta­nie su­ro­wym. Ja zo­sta­łem w miesz­ka­niu Wik­tora na Oł­bi­nie i w końcu od­na­la­złem odro­binę spo­koju. Cho­ciaż nie przy­cho­dziło mi to ła­two, bo od­kąd przy­le­cia­łem do Pol­ski z USA – dla­tego że moja matka zmarła i prze­ka­zała mnie nie­jako w spadku bratu, któ­rego nie zna­łem – nie czu­łem się jak u sie­bie. Pew­nie dla­tego no­to­rycz­nie wpa­da­łem w kło­poty. Szu­ka­łem swo­jego miej­sca. I chyba w końcu je zna­la­złem. Ale też nie do końca, bo cią­gle mio­tały mną złość, roz­cza­ro­wa­nie, ja­kaś dziwna tę­sk­nota. Nie po­tra­fi­łem zro­zu­mieć wła­snej matki, po­jąć, z ja­kiego po­wodu zo­sta­wiła swo­jego syna a mo­jego brata. Zna­łem jego hi­sto­rię, a także opo­wieść o jego ojcu, który do­pu­ścił się okrut­nej zbrodni. W ogóle moja ro­dzina była nie­źle po­pa­prana. Ale te­raz mia­łem nową fa­mi­lię, tę, którą stwo­rzył Wik­tor. A także braci w klu­bie Panta Rhei.

– Nie roz­my­ślaj tyle, Leo, tylko idź na ba­sen. Mu­sisz roz­luź­nić mię­śnie. – Mars spoj­rzał na mnie po­waż­nym wzro­kiem. – Ale naj­pierw za­pra­szam na kok­taj­lik Pol­luksa.

– Na­prawdę mu­szę to pić? Chce­cie mnie otruć?

– Są­dzę, że za dużo w cie­bie za­in­we­sto­wali, żeby cię truć. – Wik­tor, czyli Re­venge, spoj­rzał na mnie z lek­kim uśmie­chem.

– Ma­te­ria­li­ści – mruk­ną­łem. Wy­pi­łem zie­lone gówno, które przy­go­to­wał mi Mars, i po­sze­dłem pod prysz­nic. Dzi­siaj wy­bie­ra­łem się na im­prezę z moim kum­plem Sław­kiem, spo­ty­ka­li­śmy w domu jego sta­rych na Bi­sku­pi­nie. Mia­łem na­dzieję, że bę­dzie tam Oli­wia, dziew­czyna, z którą ostat­nio ca­ło­wa­łem się w Pro­zacu, mod­nym klu­bie, do któ­rego cho­dzi­li­śmy na ba­lety.

Gdy wy­sze­dłem z ła­zienki, zo­ba­czy­łem brata. Sie­dział na ławce przed wej­ściem do sali tre­nin­gów i kli­kał coś na te­le­fo­nie.

– Co masz taką minę?

– Nico pi­sał, że za dwa ty­go­dnie w nie­dzielę mamy do nich przy­je­chać. Mi­cha­łek koń­czy ro­czek. Pi­sa­łem do Laury, mu­simy coś ku­pić ma­łemu.

Po wy­padku, w któ­rym zgi­nął star­szy brat Mi­ko­łaja wraz z żoną, która była w ostat­nim mie­siącu ciąży, Mi­ko­łaj i Sara zo­stali ro­dzi­cami ura­to­wa­nego no­wo­rodka. Wła­śnie w week­end miała się od­być jego im­preza uro­dzi­nowa.

Kiedy to wszystko się stało, Ni­co­las był w strasz­nym sta­nie. Znowu ode­zwał się w nim ten dziki wo­jow­nik, który miał ochotę roz­wa­lić cały świat. Ale Ka­stor i Pol­luks po­wstrzy­mali go przed ja­ki­miś ry­zy­kow­nymi ru­chami. Po­wie­dzieli, że do­sko­nale wia­domo, kto stał za tym niby-wy­pad­kiem na au­to­stra­dzie. Stary Da­ryl­ski był psy­cho­lem, zde­cy­do­wa­nie. Cią­gle wy­cho­dził z ja­kiejś nory i za­czy­nał psuć lu­dziom ży­cie. Ale go­ście z Panta Rhei nie da­wali się już pro­wo­ko­wać. Mieli swoje prio­ry­tety. I ro­dziny. A te były wię­cej niż święte.

– Spoko. Ja mam dla niego klocki Du­plo.

– Od kiedy je­steś taki zor­ga­ni­zo­wany? – Brat spoj­rzał na mnie za­sko­czony.

– Dzi­siaj idę na me­lanż ze Sław­kiem, ju­tro pew­nie będę zdy­chał, po­tem cały ty­dzień tre­ningi, więc się za­bez­pie­czy­łem.

– Tylko bez sza­leństw na tej im­pre­zie. – Wik­tor zmarsz­czył brwi.

– Do­brze, pa­nie nudny.

Za­mar­ko­wał cios, ja się uchy­li­łem. Po­tem tro­chę się po­si­ło­wa­li­śmy, ale dla żar­tów.

– Uwa­żaj, Leo, bo uszko­dzisz bra­ciszka. – Głos Sa­turna prze­rwał nasz niby-spa­ring.

– Bez obaw. Nie je­stem jesz­cze taki stary, że­bym się dał. – Re­venge się wy­pro­sto­wał. Sa­turn pod­szedł, przy­bił z nim piątkę, a po­tem ze mną.

– Jak tam? Da­jesz?

– Daję, cały czas. Dzi­siaj Mars mnie mę­czył.

– Wi­dzia­łem się z nim na gó­rze. To do­brze, tre­nuj, może ugramy ja­kąś walkę to­wa­rzy­ską.

– Nie chcę to­wa­rzy­skiej, chcę na se­rio – za­opo­no­wa­łem.

– Spoko, spoko, nie pal się tak. Na wszystko przyj­dzie czas. – Uśmiech­nął się.

– Mó­wisz jak dzia­ders. – Re­venge zmru­żył oczy i po­słał mu zło­śliwy uśmie­szek.

– Chyba ty. Ostat­nio wi­dzia­łem siwy włos na two­jej skroni.

– Tak mi się przy­pa­tru­jesz? Ko­chasz mnie? – kpił Wik­tor.

– Nie, po pro­stu się za­sta­na­wiam, jak Laura się czuje jako żona ta­kiego starca.

– Idiota, je­ste­śmy w jed­nym wieku.

– Ale każdy się ina­czej sta­rzeje. Ja je­stem fo­re­ver young!

Po­krę­ci­łem głową.

– Jak tak was słu­cham, czuję się, jak­bym na­dal był w li­ceum. – Wes­tchną­łem.

– Prze­cież cię wy­je­bali ze szkoły! – par­sk­nął Sa­turn.

– Ty do cza­sów li­ceum le­piej nie wra­caj. To przez cie­bie te siwe włosy – burk­nął mój brat.

– Dzia­der­su­jesz.

Po skoń­czo­nym tre­ningu wró­ci­łem do sie­bie. Miesz­ka­łem na tej sa­mej ulicy, na któ­rej znaj­do­wało się Panta Rhei. Mój brat, kiedy wró­cił do Wro­cła­wia, aby od­ku­pić winy i po­go­dzić się z Sa­tur­nem, ku­pił miesz­ka­nie w po­nie­miec­kiej ka­mie­nicy na Oł­bi­nie, nie­malże na­prze­ciwko klubu Pa­tryka Rot­tera. Zro­bił to z pełną pre­me­dy­ta­cją. Te­raz ja je zaj­mo­wa­łem. Wik­tor po­wie­dział, że ob­da­rza mnie ogrom­nym kre­dy­tem za­ufa­nia i wie­rzy, że nie za­mie­nię jego wy­re­mon­to­wa­nego ele­ganc­kiego lo­kum w im­pre­zow­nię. Nie za­mie­rza­łem. Trak­to­wa­łem dom jak swój azyl. Im­pre­zo­wać wo­la­łem w Pro­zacu albo u Sławka. Na­to­miast Panta Rhei uwa­ża­łem za miej­sce pracy.

Zro­bi­łem so­bie szybki obiad – wbrew po­zo­rom lu­bi­łem go­to­wać i wy­cho­dziło mi to cał­kiem do­brze. Ma­ka­ron z kur­cza­kiem, sos śmie­ta­nowy i szpi­nak. Póź­niej w sa­lo­nie po­łą­czo­nym z kuch­nią uwa­li­łem się na sofę i włą­czy­łem Net­flixa. Ostat­nio oglą­da­łem se­rial o Mo­sa­dzie. Nie­długo póź­niej za­dzwo­nił do mnie Sła­wek.

– Stary, je­dziesz?

Miesz­kał na obrzeżu Oso­bo­wic, w su­mie nie mia­łem do niego da­leko.

– Już wy­cho­dzę – skła­ma­łem.

– Pier­do­lisz! Na bank le­żysz roz­wa­lony na wy­rku!

– Na so­fie – spro­sto­wa­łem.

– Weź, da­waj tu­taj. Oli­wia tu jest i się do­py­tuje o cie­bie.

– Do­bra, zbie­ram się.

– Tylko au­tem nie przy­jeż­dżaj!

– Nara.

Oczy­wi­ście, że po­je­cha­łem swoją be­emką. Gdy par­ko­wa­łem na pod­jeź­dzie, bo Sła­wek zo­sta­wił bramę otwartą, już sły­sza­łem ba­sowe brzmie­nia do­bie­ga­jące z ku­bi­stycz­nej willi sta­rych mo­jego kum­pla. Jak zna­łem ży­cie, to znowu miesz­kańcy oko­licz­nych do­mów we­zwą po­li­cję, a ta przy­je­dzie i przy­wita się ze Sław­kiem jak z do­brym zna­jo­mym. Było tak już kilka razy. Po­tem od­jeż­dżali, my ści­sza­li­śmy tro­chę mu­zykę, ale me­lanż trwał do rana.

Tak jak przy­pusz­cza­łem, w środku było już mnó­stwo lu­dzi. Pol­ski rap dud­nił tak, że nie dało się w ogóle roz­ma­wiać, lu­dzie snuli się wszę­dzie – na równi z dy­mem z e-fa­jek i blan­tów. Doj­rza­łem Sławka, wła­śnie ba­je­ro­wał ja­kąś dziew­czynę, za­uwa­ży­łem też Oli­wię – ma­chała do mnie z uśmie­chem. Wo­kół go­ści mo­jego sno­bi­stycz­nego kum­pla krą­żyły trzy młode kel­nerki za­trud­nione spe­cjal­nie na tę im­prezę. Pod­sze­dłem do niego, po chwili do­łą­czyła Oli­wia i jej ko­le­żanki. Za­czę­li­śmy z cze­goś żar­to­wać. Wów­czas koło nas po­ja­wiła się kel­nerka z ko­lo­ro­wymi szo­tami. Od­wró­ci­łem się i spoj­rza­łem wprost na nią. Dłu­gie, ciemne włosy, de­li­katna twarz, nie­bie­skie oczy, wy­datne usta, ko­bieca syl­wetka.... Unio­sła głowę i także po­pa­trzyła pro­sto na mnie. I już wie­dzia­łem, skąd się znamy.

*

Przy­ję­łam to zle­ce­nie, bo wciąż bra­ko­wało mi pie­nię­dzy. Mia­łam do­piero dwa­dzie­ścia lat, a do­świad­cze­nie ży­ciowe godne czter­dzie­sto­latki. Dwa lata temu skoń­czy­łam li­ceum. Od tam­tej pory pra­co­wa­łam w Żabce, a od nie­dawna po­ma­ga­łam też w fun­da­cji dla ko­biet i ła­pa­łam wszel­kie moż­liwe fu­chy. Gdy by­łam w ostat­niej kla­sie, matka zmarła na raka, a oj­ciec... nie warto o nim wspo­mi­nać. Zo­sta­łam opie­kunką trzy­let­niego brata. Te­raz Aleks skoń­czył pięć lat, cho­dził do przed­szkola i był świet­nym dzie­cia­kiem – nie­zwy­kle spryt­nym, wy­ga­da­nym i bły­sko­tli­wym, a ja sta­ra­łam się za­stą­pić mu matkę i ojca. Miesz­ka­li­śmy w trzy­po­ko­jo­wym miesz­ka­niu na Gaju i ja­koś utrzy­my­wa­li­śmy się na po­wierzchni. Wszystko by­łoby do­brze, gdyby nie mój wielki ży­ciowy błąd, który po­peł­ni­łam dwa lata temu. Od tam­tej pory smród cią­gnął się za mną cały czas i za­sta­na­wia­łam się, czy kie­dy­kol­wiek się go po­zbędę.

Dzi­siaj kel­ne­ro­wa­łam na im­pre­zie ja­kichś ba­na­no­wych dzie­cia­ków. Sta­ra­łam się nie pa­trzeć z po­li­to­wa­niem na bo­gatą mło­dzież, która szpa­no­wała naj­now­szymi iphone’ami, ciu­chami z naj­wyż­szych pó­łek, no­wiut­kimi au­tami sto­ją­cymi na pod­jeź­dzie i ko­ka­iną. Ta zda­wała się wy­sy­py­wać z każ­dego kąta tej wy­pa­sio­nej willi.

Te­raz krą­ży­łam wśród go­ści z tacą z róż­no­ko­lo­ro­wymi szo­tami przy­go­to­wy­wa­nymi przez mło­dego bar­mana urzę­du­ją­cego za ba­rem. Tak, w sa­lo­nie pań­stwa Horn znaj­do­wał się naj­praw­dziw­szy bar.

Po­de­szłam do osób śmie­ją­cych się z ja­kie­goś żartu Sławka – chło­paka, który mnie za­trud­nił. Był sy­nem wła­ści­cieli tego fan­ta­stycz­nego domu. Wtedy za­uwa­ży­łam wy­so­kiego fa­ceta o sze­ro­kich ba­rach. Kiedy się od­wró­cił w moją stronę, szybko opu­ści­łam głowę.

Nie... tylko nie on... Ta roz­pacz­liwa myśl po­ja­wiła się na­gle. Ale po chwili spoj­rza­łam w jego nie­bie­skie oczy.

Był cho­ler­nie przy­stojny, w ten nieco nie­grzeczny spo­sób. Wy­datne ko­ści po­licz­kowe, pełne usta, nieco krzywy nos. Gę­ste, lekko krę­cone włosy, na czubku dłuż­sze, z pod­go­lo­nymi bo­kami. Wy­soki, po­nad metr osiem­dzie­siąt pięć, do­brze zbu­do­wany. Na przed­ra­mie­niu miał duży ta­tuaż przed­sta­wia­jący oko opatrz­no­ści.

Chło­pak, który kie­dyś mi po­mógł.

Chło­pak, o któ­rym nie mo­głam prze­stać my­śleć.

Wo­jow­nik, który wal­czył w klatce.

Leo.

Fa­cet, któ­rego się oba­wia­łam, a także wsty­dzi­łam.

– Kaśka? – Po­pa­trzył na mnie i zmarsz­czył brwi.

– Hej – od­par­łam ci­cho, trzy­ma­jąc w dło­niach tacę z al­ko­ho­lem. Za­uwa­ży­łam za­cie­ka­wiony wzrok Sławka, a także ostre jak brzy­twa spoj­rze­nie ślicz­nej dziew­czyny o ja­snych, po­fa­lo­wa­nych wło­sach.

– Pra­cu­jesz jako kel­nerka? – spy­tał tro­chę bez sensu.

– Jak wi­dać. Szota? – Pod­su­nę­łam tacę z kie­lisz­kami nieco ner­wo­wym ru­chem, w wy­niku czego je­den się za­chy­bo­tał i prze­chy­lił. Jego za­war­tość, czyli nie­bie­skie ka­mi­ka­dze, wy­lała się wprost na białe spodnie sto­ją­cej obok blon­dynki.

– Kurwa! – krzyk­nęła i za­częła ner­wowo wy­cie­rać plamę wid­nie­jącą na ob­ci­słych rur­kach. – Po­je­bało cię, krowo?!

– Prze­pra­szam... – wy­ją­ka­łam. – Może szybko pod wodę...

– Wy­pier­da­laj ze swo­imi ra­dami. Kogo ty za­trud­niasz, Sła­wek? Ja­kieś ofermy? – Dziew­czyna po­ka­zała mi środ­kowy pa­lec i ru­szyła w stronę ła­zienki, a za nią po­bie­gły jej dwie przy­ja­ciółki, ale jesz­cze zdą­żyły ob­da­rzyć mnie nie­na­wist­nym spoj­rze­niem.

– Spoko, lu­dzie, nic się nie stało. – Sła­wek za­kla­skał i kiw­nął głową do DJ-a, żeby pod­gło­śnił mu­zykę. – A ty uwa­żaj. – Po­ki­wał pal­cem, jakby mi gro­ził.

Uni­ka­jąc pa­trze­nia na Le­ona, po­chy­li­łam głowę i ru­szy­łam do kuchni, aby po­wy­cie­rać za­laną tacę i kie­liszki.

Ten chło­pak mą­cił mi w gło­wie od cza­sów szkoły – kiedy to tra­fił do nas pro­sto z ame­ry­kań­skiego li­ceum. Ale wie­dzia­łam, że nie mam u niego naj­mniej­szych szans. Zresztą nie in­te­re­so­wały mnie ja­kieś ro­man­tyczne pier­doły. Już kie­dyś spo­tka­łam na swo­jej dro­dze pie­przo­nego bad boya i skoń­czyło się to dla mnie tra­gicz­nie.

Wie­czór zmie­niał formę. Te­raz był to ra­czej dziki me­lanż z mu­zyką, wódką, pro­chami i sek­sem. Ktoś za­snął w ła­zience, ktoś się ro­ze­brał i ga­niał w sa­mych ga­ciach, ja­kaś dziew­czyna wy­mio­to­wała w ogro­dzie. Dwie na­prute pary mig­da­liły się na scho­dach, co rusz wy­mie­nia­jąc się part­ne­rami.

Po­sta­no­wi­łam wy­mknąć się na ta­ras znaj­du­jący się przy dol­nym pa­tio wy­cho­dzą­cym do ogrodu i za­czerp­nąć świe­żego po­wie­trza. Była koń­cówka wrze­śnia, noc oka­zała się cie­pła i gwiaź­dzi­sta. Za­sta­na­wia­łam się, ile jesz­cze to po­trwa i czy po­jawi się po­li­cja, bo nie­wąt­pli­wie od­głosy im­prezy dało się sły­szeć z co naj­mniej ki­lo­me­tra.

Usia­dłam na po­ma­lo­wa­nych na biało pa­le­tach ini­cju­ją­cych ogro­dowe fo­tele. I na­gle po­czu­łam, jak ktoś ła­pie mnie za szyję i cią­gnie do tyłu. Prze­wró­ci­łam się na plecy i po­czu­łam na so­bie czy­jeś dło­nie.

– Na­sza kel­ne­reczka.

– Taka śliczna.

– Daj nam bo­nusa!

Wy­ry­wa­łam się i krzyk­nę­łam, ale za­raz po­czu­łam ciężką łapę na ustach. Nie­wąt­pli­wie na­past­ni­ków było dwóch.

– Nie, nie­eee – pró­bo­wa­łam wo­łać.

Po­czu­łam zimne ręce wsu­wa­jące się pod wą­ską spód­nicę, ktoś szar­pał moją bie­li­znę, ktoś ca­ło­wał mnie po szyi. W ostat­niej chwili unio­słam gwał­tow­nie ko­lano i tra­fi­łam w coś mięk­kiego. Je­den z na­past­ni­ków zwa­lił się obok mnie, ry­cząc z bólu.

– O ty szmato! – Drugi fa­cet usiadł na mnie okra­kiem i już wi­dzia­łam zmie­rza­jącą w moim kie­runku pięść, ale na­gle wszystko znik­nęło. Typ zo­stał ze mnie nie­malże ze­rwany i wi­dzia­łam tylko jego nogi wierz­ga­jące w po­wie­trzu. Do­stał taki strzał,że prze­le­ciał przez pa­tio i wy­lą­do­wał w ba­se­nie. Drugi, zwi­ja­jąc się z bólu, po chwili także po­fru­nął w kie­runku traw­nika.

Na­gle zo­sta­łam po­de­rwana na równe nogi. Wy­soka po­stać trzy­mała mnie w sil­nym uści­sku. I wów­czas do­tarł do mnie ni­ski głos, pod­szyty wy­raź­nie fu­rią.

– Wszystko okej? Dasz radę? Ży­jesz?

Zo­ba­czy­łam wkur­wio­nego Le­ona. Spo­glą­dał na mnie z tro­ską i jed­no­cze­śnie wście­kło­ścią.

Po­ki­wa­łam głową, wzię­łam głę­boki wdech i po­wie­dzia­łam ci­cho:

– Tak. Nic się nie stało.

– Jak to, kurwa, nic? – Pra­wie za­zgrzy­tał zę­bami. – Po­wi­nie­nem uje­bać im pier­do­lone łby!

– Zdą­ży­łeś... w porę...

– Kurwa... – Gdy wy­pu­ścił mnie z ra­mion, po­czu­łam na­tych­mia­stowy chłód. Za­to­czy­łam się lekko, ale od razu mnie zła­pał.

Wi­dzia­łam, że pró­buje nad sobą za­pa­no­wać. Wziął głę­boki wdech i po­woli wy­pu­ścił po­wie­trze przez nos.

– Od­wiozę cię do domu – po­wie­dział już nieco spo­koj­niej.

– Ale mu­szę być do końca...

– Nie ma opcji. A Sła­wek do­sta­nie ode mnie opier­dol za to, kogo tu za­pra­sza. – Pra­wie splu­nął w stronę gra­mo­lą­cego się z ba­senu blon­dyna i dru­giego ko­le­sia, który pró­bo­wał się pod­nieść z traw­nika.

W tym sa­mym mo­men­cie na pa­tio wpa­ro­wał Sła­wek, ta blon­dynka, któ­rej ochla­pa­łam spodnie, i kilka in­nych osób.

– My spa­damy. A ty, kurwa, zaj­mij się tymi zbo­czeń­cami – wark­nął Leon w stronę kum­pla.

– Ale o co cho­dzi, stary...

– Na­pa­sto­wali dziew­czynę! – wy­sy­czał.

– Ka­milo, de­bilu!!! – krzyk­nął Sła­wek w stronę blon­dyna.

Dziew­czyna w bia­łych spodniach par­sk­nęła i po­pa­trzyła na mnie z po­li­to­wa­niem.

Od­da­łam jej su­ko­wate spoj­rze­nie. Żadna panna nie bę­dzie mną po­mia­tać tylko dla­tego, że ma wię­cej kasy na kon­cie.

– Chodź. – Leon po­dał mi rękę, a gdy ją uję­łam, po­czu­łam, jak cie­pła i twarda była. Po chwili wy­szli­śmy z domu. Leo pod­szedł do czar­nego sa­mo­chodu i otwo­rzył drzwi.

– Pro­szę. – Za­pra­sza­ją­cym ge­stem wska­zał pach­nące skórą wnę­trze.

Usia­dłam na miej­scu pa­sa­żera i po­czu­łam się jak w in­nym świe­cie. Przede wszyst­kim bez­piecz­nie.

Wy­je­cha­li­śmy na ulicę. Cały czas spo­glą­da­łam przed sie­bie, ale wie­dzia­łam, że chło­pak na mnie pa­trzy.

– Po­dasz mi ad­res? Gdzie mam cię za­wieźć?

– Miesz­kam na Gaju, na Orze­cho­wej. Po­każę ci, który to blok.

– Spoko, znam te te­reny. Mój kum­pel tam kie­dyś miesz­kał.

Kiedy do­je­cha­li­śmy na osie­dle, wska­za­łam Le­onowi, gdzie ma skrę­cić i już wkrótce pod­je­cha­li­śmy przed dzie­się­cio­pię­trowy bu­dy­nek. Dzi­siaj z Alek­sem zo­stała moja ko­le­żanka Agata. Była ode mnie dzie­sięć lat star­sza i miesz­kała pię­tro ni­żej. Nie miała dzieci, ale gdy wy­jeż­dżała, ja zaj­mo­wa­łam się jej trzema ko­tami. Od roku się przy­jaź­ni­ły­śmy i po­ma­ga­ły­śmy so­bie na­wza­jem.

– Wszystko w po­rządku? Może chcesz to zgło­sić? To na­paść. Próba gwałtu.

– Nie, nie, żad­nych glin. – Po­trzą­snę­łam gwał­tow­nie głową.

– Też za nimi nie prze­pa­dam, ale mogę być twoim świad­kiem. – Leon zmarsz­czył brwi. Przy­pa­try­wał mi się z uwagą.

– Nie, nie chcę. Bar­dzo ci dzię­kuję.

– O za­płatę za pracę się nie martw. Sła­wek w zę­bach ci ją przy­nie­sie.

– Wolę na konto. – Uśmiech­nę­łam się ką­ci­kiem ust.

– To wy­śle prze­le­wem na­tych­mia­sto­wym.

– Na­prawdę... je­stem ci bar­dzo wdzięczna.

– No pro­blem.

– Znowu mi po­ma­gasz. – Wes­tchnę­łam.

– Znowu?

– Wiem, że wtedy... gdy ucie­kłam od Ro­berta... to ty po­le­ci­łeś mi po­moc Femi Help.

– Moja szwa­gierka tam działa, a jej sio­stra jest tam psy­cho­lo­giem. Za­wsze ci po­mogą.

– Wiem – od­par­łam z lek­kim uśmie­chem. Nie chcia­łam mu mó­wić, że mam w tym miej­scu coś na kształt pracy wła­śnie dzięki Lau­rze i Li­wii. Zresztą... pew­nie już się nie spo­tkamy, no i co to go mo­gło ob­cho­dzić?

– A ten... twój eks... Nie na­cho­dzi cię już?

– Nie. Mam spo­kój.

– To do­brze.

– Dzię­kuję za wszystko.

– Uwa­żaj na sie­bie, Ka­siu.

Gdy usły­sza­łam swoje imię w jego ustach... zro­biło mi się tak cho­ler­nie przy­jem­nie. Jakby coś du­siło mnie w gar­dle, ale przez ciało prze­biegł miły dreszcz. Jesz­cze tro­chę, a w mo­ich oczach po­ja­wi­łyby się łzy. Emo­cjo­nalna idiotka, na­prawdę! Czym prę­dzej wy­sia­dłam i po­bie­głam do bramy. Po chwili do­szedł do mnie ni­ski po­mruk sil­nika be­emki. Leon od­je­chał, a ja za­pra­gnę­łam... znowu zna­leźć się w jego pach­ną­cym skórą i per­fu­mami sa­mo­cho­dzie. Mógłby mnie gdzieś wy­wieźć, da­leko, da­leko stąd. I wcale bym nie pro­te­sto­wała.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki