Tamto lato - Agnieszka Lingas-Łoniewska - ebook + audiobook + książka
BESTSELLER

Tamto lato ebook i audiobook

Agnieszka Lingas-Łoniewska

4,6

627 osób interesuje się tą książką

Opis

Dwadzieścia lat temu dziesięcioletni Milan i Armin Van Lander przebywają nad jeziorem wraz z młodszą o pięć lat siostrą, Aleksą. Zdarza się tragiczny wypadek, po którym życie braci diametralnie się zmienia.
Po latach Wiktoria Kopik, której brat, Wojtek, zaginął w tajemniczych okolicznościach, dostaje pracę w firmie braci Van Lander. To dla niej ogromna szansa. Ale łatwo nie jest, szefostwo stawia bardzo duże wymagania. O ile Armin Van Lander jest szefem uprzejmym i wyrozumiałym, o tyle Milana, zwanego „Strasznym Van Landerem”, boją się praktycznie wszyscy, a dziewczyna jeszcze nie wie, że właśnie wpadła w jego sieć.
Jednakże życie ma czasami swoje własne plany. Między Wiktorią i Milanem wybucha gorący romans. A nic nie jest takie, jakim się wydaje…

Jak poradzi sobie Wiktoria, gdy okaże się, że rzeczywistość jest zupełnie inna? Czy ma szansę na jakąkolwiek przyszłość z Milanem, którego szczerze i prawdziwie pokochała? I dlaczego wszyscy, których kocha, okazują się kłamcami?

Tamto lato to opowieść o zemście i odkupieniu, a także wybaczeniu. I oczywiście o wielkiej sile prawdziwej miłości.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 262

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 5 godz. 39 min

Lektor: Agnieszka Postrzygacz

Oceny
4,6 (500 ocen)
357
85
41
14
3
Sortuj według:
MKWielgosz

Dobrze spędzony czas

Lubię książki Pani Agnieszki, ale są krótsze niż historie innych autorek, które czytam i mam wrażenie że zanim zdążę się zanurzy w opowieść ona się już kończy. To jak nowela nie powieść.
Ashka_

Z braku laku…

Autorka tworzy coraz gorsze historie. Idzie w ilość, nie w jakość.
PolaNegrid

Całkiem niezła

Nie jest zła, ale raczej z tych co za kilka tygodni spojrzę na okładkę i nie będę mieć pojęcia o czym było. Pomysł ciekawy, ale wykonanie do mnie osobiście nie przemawia
50
muszolinka

Całkiem niezła

Lubię ksiązki Pani Agnieszki. Jedna z moich ulubionych autorek dlatego musze tutaj z żalem napisać, że to było średnie. Odniosłam wrażenie, że czytam książkę początkującej pisarki. Sama historia jest całkiem niezła, ale niektóre dialogi były poprostu słabe.
40
nati83

Dobrze spędzony czas

Książka wciąga od pierwszej strony, i szybko się czyta. Odnoszę wrażenie, że książki, p. Agnieszki są coraz krótsze. Ale, polecam.
10

Popularność




Co­py­ri­ght © by Agnieszka Lin­gas-Ło­niew­ska 2023 Co­py­ri­ght © by Wy­daw­nic­two Luna, im­print Wy­daw­nic­twa Mar­gi­nesy 2023
Wy­dawca: NA­TA­LIA GO­WIN
Re­dak­cja: KA­TA­RZYNA WOJ­TAS
Ko­rekta: MI­LENA NA­PIÓR­KOW­SKA, KA­TA­RZYNA WOJ­TAS, ANNA GO­DLEW­SKA
Pro­jekt okładki i stron ty­tu­ło­wych: MAG­DA­LENA ZA­WADZKA
Zdję­cia na okładce: męż­czy­zna – Marc Ro­ura/Shut­ter­stock, je­zioro – Ca­nY71/iStock
Skład i ła­ma­nie: JENA
War­szawa 2023 Wy­da­nie pierw­sze
ISBN 978-83-67674-60-7
Wy­daw­nic­two Luna Im­print Wy­daw­nic­twa Mar­gi­nesy Sp. z o.o. ul. Mie­ro­sław­skiego 11a 01-527 War­szawawww.wy­daw­nic­two­luna.plfa­ce­book.com/wy­daw­nic­two­lunain­sta­gram.com/wy­daw­nic­two­luna
Kon­wer­sja: eLi­tera s.c.

Dla strasz­nych sze­fów świata

PRO­LOG

New Or­der Truth Fa­ith

Mu­zyka grała obez­wład­nia­jąco, a ja sie­dzia­łem przy ba­rze i pa­trzy­łem na fa­lu­jący tłum. New Or­der le­ciał z gło­śni­ków, a mnie się zda­wało, że cof­ną­łem się w cza­sie równo o dwa­dzie­ścia lat. Wtedy, tam­tego lata, nad tam­tym je­zio­rem... też dud­nił ten ka­wa­łek. Mia­łem dzie­sięć lat, ska­ka­łem dziko z po­mo­stu, mój brat pusz­czał kaczki, a młod­sza sio­strzyczka ba­wiła się na piasz­czy­stej plaży. Ro­dzice nie po­zwa­lali nam cho­dzić nad je­zioro bez opieki, a już na pewno nie z małą. Miała za­le­d­wie pięć lat i była wpa­trzona we mnie i w brata jak w ob­ra­zek. Wszę­dzie cho­dziła za nami, jak mały psiak. I tylko pisz­czała cien­kim gło­si­kiem: Ar­min! Mi­lan!

Dla­tego za­bra­li­śmy ją dzi­siaj nad je­zioro. Ro­dzice po­je­chali do mia­sta za­ła­twiać ja­kieś sprawy, a my zo­sta­li­śmy pod opieką na­szej niani. Wy­ko­rzy­sta­li­śmy mo­ment, że po­szła do piw­nicy, a ja wów­czas wpa­dłem na po­mysł, żeby ją tam za­mknąć. Po­tem mie­li­śmy uda­wać, że po pro­stu drzwi się za­trza­snęły, a my grzecz­nie sie­dzie­li­śmy w sa­lo­nie. Ar­min nie do końca był prze­ko­nany do tego sza­lo­nego po­my­słu, ale oczy­wi­ście po­sta­wi­łem na swoim. I te­raz ba­wi­li­śmy się nad je­zio­rem, a obok nas star­sze to­wa­rzy­stwo miało małą im­prezkę. Zro­bili ogni­sko, pili, pa­lili, mu­zyka grała na full. Po­do­bało mi się to. By­łem za mały, aby się do nich przy­łą­czyć, ale bar­dzo chcia­łem. Wszy­scy przy­je­chali na róż­nych mo­to­cy­klach; wi­dzia­łem har­leya, hondę, a także ty­powe ści­ga­cze. Te naj­bar­dziej mi się po­do­bały. Wie­dzia­łem, że jak do­ro­snę, ku­pię so­bie taki i będę za­su­wał au­to­stradą. A te­raz wska­ki­wa­łem raz za ra­zem do wody i czu­łem, że zbli­ża­jące się wa­ka­cje będą na­prawdę świetne.

Wtedy je­den ze star­szych chło­pa­ków, taki z dre­dami, w po­ma­lo­wa­nych na ko­lo­rowo dżin­sach, chyba już tro­chę pi­jany, wsko­czył na mo­to­cykl, od­pa­lił i ru­szył z im­pe­tem, a spod kół wy­pry­snęły ka­myki, pia­sek i ga­łązki. Za­czął krę­cić kółka, wy­glą­dało to spek­ta­ku­lar­nie. Po­do­bał mi się ten po­kaz. Sta­łem na po­mo­ście, Ar­min był tuż koło mnie i pa­trzy­li­śmy na to ze śmie­chem. Aleksa zo­sta­wiła wia­derko, do któ­rego na­bie­rała wodę, i z otwartą bu­zią przy­pa­try­wała się wy­czy­nom chło­paka.

I wów­czas...

Je­dyne, co z tam­tego mo­mentu pa­mię­tam, to mój krzyk wy­do­by­wa­jący się z gar­dła. Ni­gdy nie sły­sza­łem, żeby ktoś tak krzy­czał.

A to ja krzy­cza­łem.

Bo moja sio­strzyczka...

Stała przy brzegu, a po chwili... znik­nęła.

Aleksa...

Aleksa!!!

Ali!!!!!!!!!!

Roz­dział 1

Mr.KittyHold Me Now

Nie mo­głam w to uwie­rzyć! W pią­tek rano ode­bra­łam te­le­fon z kor­po­ra­cji Hi­gh­lan­der Com­pany i miła pani z HR-u po­in­for­mo­wała mnie, że prze­szłam wszyst­kie etapy re­kru­ta­cji i firma zde­cy­do­wała się mnie za­trud­nić do działu IT, do sek­cji gra­ficz­nej. By­łam w szoku! Zło­ży­łam tam po­da­nie mie­siąc temu, po­tem przez dwa ty­go­dnie cho­dzi­łam na roz­mowy i te­sty re­kru­ta­cyjne, ale bez więk­szej na­dziei, że w ogóle coś z tego bę­dzie. Nie mia­łam zbyt wiel­kiego do­świad­cze­nia, a oni szu­kali zdol­nego gra­fika lub gra­ficzki. Przez trzy lata pra­co­wa­łam jako fre­elan­cerka, ro­bi­łam okładki do ksią­żek, a także ba­nery do ma­łych ak­cji pro­mo­cyj­nych dla księ­garń in­ter­ne­to­wych. Ale to wszystko. Tak więc, kiedy ode­bra­łam ten piąt­kowy te­le­fon, pra­wie pod­sko­czy­łam z ra­do­ści pod su­fit. Po­pro­szono mnie o przyj­ście po week­en­dzie, aby pod­pi­sać umowę i ode­brać skie­ro­wa­nie na ba­da­nia. Pracę mia­łam za­cząć od środy.

Za­raz po tym, jak się roz­łą­czy­łam, wy­bra­łam nu­mer do Na­tki, mo­jej ser­decz­nej przy­ja­ciółki, z którą po­zna­łam się za­raz na pierw­szym roku mo­ich stu­diów gra­ficz­nych na WSB[1]. Po­szłam wów­czas na im­prezę, na którą za­pro­sił mnie mój przy­ja­ciel To­biasz, a tam była jego do­bra ko­le­żanka. O dwa lata star­sza Na­ta­lia, która stu­dio­wała prawo. I to była przy­jaźń od pierw­szego spoj­rze­nia. Mi­nęło sie­dem lat, a my na­dal trzy­ma­ły­śmy się bar­dzo bli­sko.

Ode­brała nie­malże na­tych­miast, bo cały czas mi ki­bi­co­wała, i to w su­mie za jej na­mową wy­sła­łam tam swoje CV.

– Mów!!! – krzyk­nęła, a ja ze śmie­chem także od­krzyk­nę­łam:

– Mamy to!!!

– Wie­dzia­łam! A ty oczy­wi­ście men­dzi­łaś, że bez sensu wy­sy­łać tam ce­fałkę! Mu­simy to opić!

– Znowu? – Prze­wró­ci­łam oczami.

– A co ostat­nio opi­ja­ły­śmy? – Na­tka obu­rzyła się.

– Twoje nowe buty?

– Och, daj spo­kój. Dzwo­nię do To­bia­sza.

Tobi był świet­nym kum­plem, z któ­rym cho­dzi­łam do pod­sta­wówki, po­tem kon­takt z nim się urwał, aż pew­nego razu spo­tka­li­śmy się w schro­ni­sku dla zwie­rząt, kiedy na pierw­szym roku ro­bi­łam zbiórkę karmy, ko­ców i ga­zet. Oka­zało się, że To­biasz stu­diuje na po­li­bu­dzie i także po­maga zwie­rza­kom. Od tam­tej pory, gdy na­sze drogi po­now­nie się po­łą­czyły, by­li­śmy nie­roz­łączni. I za­raz do tej ma­łej paczki do­szła Na­ta­lia. Nasi zna­jomi za­sta­na­wiali się, do któ­rej z nas Tobi ude­rza. Ale je­dy­nie my wie­dzia­ły­śmy, że Tobi ude­rzał wów­czas do przy­stoj­nego bar­mana z knajpy stu­denc­kiej. A te­raz To­biasz pi­sał pro­gramy do gier, za­ra­biał na tym me­ga­kasę i był w związku z rów­nie przy­stoj­nym co tam­ten bar­man tre­ne­rem per­so­nal­nym. Byli ze sobą już drugi rok. Naj­dłuż­szy zwią­zek z ca­łej na­szej trójki. Na­tka miała dwóch chło­pa­ków w cza­sie stu­diów, ale nu­dziła się przy nich nie­mo­żeb­nie. Była sza­loną dziew­czyną, która po­trze­bo­wała za­bawy i ad­re­na­liny, a to w dziwny spo­sób prze­ra­żało fa­ce­tów. A ja... nie było o czym mó­wić. Nie by­łam w tym do­bra. Wo­la­łam książki, moje ry­sunki i zwie­rzęta. One przy­naj­mniej mnie ro­zu­miały. Po­ma­ga­łam w fun­da­cji, or­ga­ni­zo­wa­łam zbiórki i ro­bi­łam za darmo gra­fiki na po­trzeby róż­nych ak­cji po­mo­co­wych dla bez­dom­nych kot­ków i pie­sków.

Moja mama trzy lata temu zwal­czyła no­wo­twór piersi, w tej chwili wró­ciła już do pracy w Za­kła­dzie Ubez­pie­czeń Spo­łecz­nych i na nowo za­czy­nała żyć. Pa­mię­tam te chwile grozy, kiedy do­wie­działa się o gu­zie, po­tem che­mia, na­świe­tla­nia, ma­stek­to­mia, póź­niej re­kon­struk­cja piersi... wszystko to spra­wiło, że te­raz ła­pała ży­cie peł­nymi gar­ściami. Pla­no­wała wy­lot na Ma­jorkę z ko­le­żanką z działu, z czego bar­dzo się cie­szy­łam. Szcze­gól­nie że na­sze ży­cie było na­zna­czone tra­ge­dią sprzed lat. Zbyt wiele złych rze­czy po­ja­wiło się wśród nas, dla­tego w końcu wi­dzia­łam świa­tełko w tu­nelu. Mama od­zy­skała zdro­wie i chęć ży­cia, a ja do­sta­łam na­prawdę świet­nie płatną pracę.

Dla­tego dzi­siaj da­łam się na­mó­wić przy­ja­cio­łom i wy­lą­do­wa­łam w mod­nym klu­bie High Le­vel, który otwo­rzył się w pod­zie­miach lo­ftów na Jana Pawła II ja­kieś pół roku temu i był nie­zwy­kle po­pu­larny wśród wro­cła­wian. Aby się tam do­stać, trzeba było przejść ostrą se­lek­cję i w su­mie pró­bo­wa­li­śmy wejść już trzy razy, ale nam się nie udało. Mnie wcale na tym nie za­le­żało, lecz wie­dzia­łam, że Na­tka bar­dzo chce tam się po­ba­wić, dla­tego dzi­siaj także około dwu­dzie­stej dru­giej wy­lą­do­wa­li­śmy na Ru­skiej i w trójkę po­szli­śmy do jed­nego z po­pu­lar­nych shot ba­rów. Tam wy­pi­li­śmy po dwa wście­kłe psy i jed­nego ka­mi­ka­dze, po czym ru­szy­li­śmy w stronę ele­ganc­kich lo­ftów. Wi­dzie­li­śmy tłumy roz­ba­wio­nych lu­dzi, zmie­rza­jące do tego nieco sno­bi­stycz­nego miej­sca, a z da­leka do­strze­głam ko­lejkę osób, któ­rych ma­rze­niem było do­stać się do High Le­vel.

– Je­śli tym ra­zem znowu tam nie wej­dziemy, to prze­gryzę se­lek­cjo­ne­rowi aortę! – To­biasz po­krę­cił głową i prze­je­chał dło­nią po ja­snych jak len wło­sach. Tobi był wy­so­kim, przy­stoj­nym blon­dy­nem z ja­sno­nie­bie­skimi oczami, ciem­nymi brwiami i nie­przy­zwo­icie dłu­gimi rzę­sami.

– Wy­glą­damy świet­nie. Wej­dziemy. – Na­tka była pełna opty­mi­zmu. Po­pra­wiła dłu­gie ciemne włosy, się­ga­jące ra­mion, wy­jęła błysz­czyk z to­rebki i mu­snęła nim pełne usta. Była na­tu­ral­nie piękna, wła­ści­wie nie mu­siała nic ro­bić, aby wy­glą­dać jak mi­lion do­lców. Wi­dzia­łam, że jest do­brej my­śli, że uda się nam tam wejść.

Ja tro­chę mniej, ubra­łam się w wą­skie czarne dżinsy, czarny top ze srebrną nitką, dłu­gie blond włosy zwią­za­łam na czubku w fan­ta­zyjny niby kok, a na stopy wsu­nę­łam ba­le­rinki na pła­skiej po­de­szwie, cho­ciaż przy­ja­ciółka usi­ło­wała wci­snąć mnie w swoje srebrne szpilki na nie­bo­tycz­nych ob­ca­sach. Od­mó­wi­łam sta­now­czo, bo chcia­łam jesz­cze po­sia­dać pełne uzę­bie­nie, a bio­rąc pod uwagę moją ze­rową umie­jęt­ność po­ru­sza­nia się w ta­kim obu­wiu, mo­głoby to się dla mnie skoń­czyć bar­dzo źle.

Sta­li­śmy w bez­na­dziej­nie dłu­giej ko­lejce, a kiedy w końcu do­tar­li­śmy do se­lek­cjo­nera, po jego mi­nie się zo­rien­to­wa­łam, że po raz ko­lejny nie wejdę do tego klubu. Nie chcia­łam, aby przy­ja­ciele cier­pieli przeze mnie.

– Właź­cie. Was wpu­ści – po­wie­dzia­łam do Na­tki.

– Nie ma opcji.

– Daj spo­kój, nie patrz na mnie. – Po­pchnę­łam ją lekko. To­biasz spoj­rzał w moją stronę wku­rzo­nym wzro­kiem, a po­tem ru­szył do ochro­nia­rza.

– Ale co jest z nią nie tak? Ogar­nij­cie się.

– Od­suń się, czło­wieku. – Ochro­niarz pa­trzył na mo­jego kum­pla wku­rzony.

– Tobi, zo­staw, pro­szę...

Nie chcia­łam żad­nej za­dymy, a To­biasz znany był z tego, że szybko się de­ner­wo­wał. I był bar­dzo opie­kuń­czy w sto­sunku do mnie, ni­czym star­szy brat. Na tę ana­lo­gię po­czu­łam ból w sercu.

Na­gle se­lek­cjo­ner ode­brał ja­kieś po­łą­cze­nie przez słu­chawkę, spoj­rzał na mnie i po­ki­wał głową. Zła­pał za złoty sznur, który był ni­czym brama do raju albo pie­kła, i po­wie­dział do nas:

– Wa­sza trójka. Mo­że­cie wejść.

Za­sko­czeni po­pa­trzy­li­śmy po so­bie, ale już nie ana­li­zo­wa­li­śmy. Pra­wie wbie­gli­śmy do środka, Na­tka pisz­czała, ja się śmia­łam, a Tobi krę­cił głową.

– Nie­spo­dzie­wany zwrot ak­cji. Cie­kawe, czemu jed­nak nas wpu­ścili.

– Prze­stra­szyli się cie­bie, To­biaszku! – Na­tka uwie­siła się na szyi na­szego przy­ja­ciela.

– Tak było! – za­wtó­ro­wa­łam.

– Nie­wąt­pli­wie. – Tobi też się śmiał. – Le­cimy, la­seczki. Ta noc bę­dzie na­sza!

Klub zro­bił na nas ogromne wra­że­nie. Wcho­dziło się przez długi ciemny ko­ry­tarz, roz­świe­tlony punk­to­wymi, ciem­no­fio­le­to­wymi świa­teł­kami.

– Droga do pie­kła! – To­biasz za­wył zło­wiesz­czo, a Na­tka za­pisz­czała z ra­do­ścią.

Śmia­łam się z mo­ich sza­lo­nych przy­ja­ciół. Także chcia­łam wy­lu­zo­wać, za­zdro­ści­łam im tej bez­tro­ski i umie­jęt­no­ści cał­ko­wi­tego od­cię­cia się. Ni­gdy tak nie po­tra­fi­łam. Za­wsze coś mnie blo­ko­wało. Po­czu­cie straty, żal, na­wet wy­rzuty su­mie­nia, któ­rych nie ro­zu­mia­łam. Ja­kieś mgli­ste wspo­mnie­nie z prze­szło­ści, które nie­ustan­nie mnie przy­gnia­tało i spra­wiało, że ciężko było mi na­brać tak zwa­nego wia­tru w ża­gle. Jakby cią­gle coś trzy­mało mnie mocno przy ziemi. A pra­gnę­łam na­brać głęb­szego od­de­chu i po­czuć mło­dość, sza­leń­stwo, bez­tro­skę. W nie­licz­nych mo­men­tach z przy­ja­ciółmi, wła­śnie w klu­bach, pod­czas tańca, uda­wało mi się na chwilę ode­rwać, od­ciąć, lecz to były ulotne chwile, które zni­kały tak szybko, jak się po­ja­wiały.

Ale dzi­siaj po­sta­no­wi­łam zo­sta­wić wszystko w tyle. Cho­ciaż na tę jedną noc.

– Sta­wiam pierw­szą ko­lejkę! – krzyk­nę­łam, kiedy we­szli­śmy do klu­bo­wej sali, bły­ska­ją­cej sre­brem i czer­nią. Wska­za­łam je­den z pię­ciu ba­rów, przy któ­rym już gro­ma­dzili się lu­dzie.

– I to mi się po­doba! – Przy­ja­ciółka ude­rzyła mnie ra­mie­niem. – Le­cimy!

Cztery szoty póź­niej wy­lą­do­wa­li­śmy na jed­nym z par­kie­tów, gdzie le­ciał modny, klu­bowy ka­wa­łek. Tań­czy­li­śmy we trójkę, ale już wkrótce do­łą­czyli do nas inni lu­dzie, ja­kiś fa­cet za­czął przy­su­wać się do Na­tki, To­biasz sza­lał z dwiema dziew­czy­nami, a do mnie także uśmie­chał się ja­kiś przy­stojny chło­pak z kol­czy­kiem w no­sie. Po ko­lej­nych trzech prze­tań­czo­nych ka­wał­kach uzna­li­śmy, że czas udać się do baru.

– Ale im­preza! – Na­ta­lia zła­pała mnie za ra­mię. – Chodź ze mną si­ku­uuu.

– Chodźmy!

– Dla­czego dziew­czyny za­wsze cho­dzą ra­zem do ki­belka? – Chło­pak, który tań­czył z Na­tką, spoj­rzał na nas z uśmie­chem.

– Żeby ob­ga­dać fa­ce­tów, z któ­rymi wła­śnie się tań­czyło! – Moja przy­ja­ciółka od­pa­ro­wała szybko i po­cią­gnęła mnie w stronę ko­ry­ta­rza pod­świe­tlo­nego na ró­żowo, gdzie znaj­do­wały się dam­skie to­a­lety.

Kiedy po za­ła­twie­niu po­trzeby wy­szłam na ze­wnątrz, Na­tki jesz­cze nie było. Za to po­ja­wił się przy mnie ten fa­cet, który ba­wił się z moją przy­ja­ciółką, i jego dwóch kum­pli.

– Słu­chaj, gdzie twoja ko­le­żanka?

– Za­raz wyj­dzie. – Kiw­nę­łam głową w stronę ła­zie­nek. – A o co cho­dzi?

– Mamy me­lan­żyk tu nie­da­leko. Na Le­gnic­kiej. Może po­le­ci­cie z nami? – Wy­soki blon­dyn z na­że­lo­wa­nymi wło­sami po­ru­szył zna­cząco brwiami.

– Ra­czej nie, ba­wimy się tu we trójkę.

– Wasz przy­ja­ciel chyba jest za­jęty. Wi­dzia­łem, jak sza­lał z ja­ki­miś pa­niami.

– Mamy coś do ob­la­nia, więc dzię­kuję – od­par­łam grzecz­nie. Gdzie, do dia­bła, po­dzie­wała się Na­tka?

– Nie bądź sztyw­niara. – Trzeci chło­pak, ogo­lony pra­wie na zero, nie­spo­dzie­wa­nie mnie ob­jął. – Lu­bię ta­kie nie­przy­stępne. Są naj­bar­dziej sza­lone!

– Zo­staw mnie! – Chcia­łam się wy­rwać, ale gno­jek przy­ci­snął mnie do sie­bie moc­niej, był nad­spo­dzie­wa­nie silny.

– Nie uda­waj. Znam ta­kie. Naj­pierw udają, a po­tem... Aaaaaaa!

Jego krzyk zbiegł się w cza­sie z ja­kimś za­mie­sza­niem, a ja po­czu­łam je­dy­nie, że już mnie nikt nie trzyma. Przy nas po­ja­wiło się kilku, o ile nie kil­ku­na­stu, wy­so­kich fa­ce­tów, trójka na­trę­tów znik­nęła jak za mach­nię­ciem cza­ro­dziej­skiej różdżki, a ja na­gle zna­la­złam się w ob­ję­ciach wy­so­kiego męż­czy­zny o pra­wie czar­nych oczach i dłu­gich, krę­co­nych wło­sach. Wy­glą­dał jak Chris Cor­nell, któ­rego wraz z To­bia­szem uwiel­bia­li­śmy słu­chać.

– Co... Co się dzieje? – By­łam cał­ko­wi­cie zbita z tropu i na pewno prze­stra­szona.

– Nic pani nie zro­bili? – Jego ni­ski głos z lek­kim ak­cen­tem, chyba nie­miec­kim, za­wi­bro­wał mi w uszach.

– Tak... nie... zna­czy wszystko okej.

– Do­brze. Za­pra­szam do baru. Ma­cie otwarty ra­chu­nek w ra­mach prze­pro­sin.

– Słu­cham? – Mia­łam wra­że­nie, że się prze­sły­sza­łam.

Ale koło mnie po­ja­wiła się Na­tka.

– Otwarty bar? Ależ nam miło! Dzię­ku­jemy! – Trzy­mała mnie za rękę i uśmie­chała się sze­roko.

Dłu­go­włosy kiw­nął do mnie i otak­so­wał ciem­nymi oczami całą moją syl­wetkę. Po­czu­łam go­rąco wę­dru­jące do po­licz­ków, a lą­du­jące gdzieś na wy­so­ko­ści żo­łądka.

– A może ma­cie ochotę na pry­watną lożę vip? – Ciem­no­oki męż­czy­zna spoj­rzał na mnie z bli­ska. Do­strze­głam w jego oczach coś ta­kiego, że mi­mo­wol­nie ob­ję­łam się ra­mio­nami, jak­bym chciała za­trzy­mać ucie­ka­jące ze mnie cie­pło.

Spoj­rza­łam na przy­ja­ciółkę, która ści­skała mnie za rękę tak mocno, że chyba po­woli od­ci­nała do­pływ krwi do pal­ców. Prze­wró­ci­łam oczami i kiw­nę­łam do mo­jego wy­bawcy.

– Z przy­jem­no­ścią. Dzię­ku­jemy.

Dłu­go­włosy spoj­rzał na jed­nego z fa­ce­tów w czerni. Po­wie­dział coś gar­dło­wym ję­zy­kiem, sta­no­wią­cym mie­szankę nie­miec­kiego i an­giel­skiego. Po chwili zo­sta­ły­śmy za­pro­wa­dzone do ele­ganc­kiej loży z pry­wat­nym ba­rem i par­kie­tem. Po dro­dze oczy­wi­ście zgar­nę­ły­śmy To­bia­sza, który szybko zo­stał wta­jem­ni­czony przez Na­tkę, co się wła­ści­wie stało.

– Nie wiem, jak do tego do­szło, i w su­mie nie chcę wie­dzieć. – Kum­pel wy­szcze­rzył się w uśmie­chu. – Ale to jest za­je­bi­sty fi­nał tego wie­czoru!

Za to ja bar­dzo chęt­nie do­wie­dzia­ła­bym się, jak do­szło do sy­tu­acji, w któ­rej ba­wi­li­śmy się w vi­pow­skiej loży, z otwar­tym ba­rem, w któ­rym ser­wo­wano nam naj­droż­sze drinki. A przede wszyst­kim chcia­ła­bym wie­dzieć, kim był ten znie­wa­la­jący męż­czy­zna, który naj­pierw ura­to­wał mnie z opre­sji, a po­tem za­fun­do­wał wie­czór ma­rzeń. Lecz do końca na­szej sza­lo­nej nocy dłu­go­włosy przy­stoj­niak już się nie po­ka­zał, co przy­ję­łam z nie­ma­łym roz­cza­ro­wa­niem. Jed­nakże po­tem da­łam się po­rwać. Mu­zyka, świa­tła, drinki, shoty o pół­nocy, wy­stępy na sce­nie, sek­sowne tan­cerki, cu­dow­nie zbu­do­wani tan­ce­rze. Pro­chy, trawa, tabsy... Z tych ostat­nich nie ko­rzy­sta­łam, ale wszystko to było na wy­cią­gnię­cie ręki. To­biasz po­le­ciał ze śnie­giem, Na­tka ja­rała zioło, a ja... no cóż. Wy­pi­łam dwa drinki i dwa shoty, mia­łam fazę i tań­czy­łam do upa­dłego. Nie po­trze­bo­wa­łam in­nych wspo­ma­ga­czy. Dzi­siaj czu­łam, że na­prawdę żyję, i nie chcia­łam przy­tę­piać tego od­czu­cia ni­czym in­nym. Około czwar­tej nad ra­nem za­czę­li­śmy zbie­rać się do domu. Na­tka pra­wie już spała, na­spi­do­wany To­biasz wciąż sza­lał, a ja prak­tycz­nie by­łam zu­peł­nie trzeźwa. Kiedy wy­szli­śmy z klubu, pod­szedł do nas ja­kiś fa­cet w ko­szulce z logo High Le­vel i zwró­cił się do mnie uprzej­mie. Zbyt uprzej­mie, jak na czwartą nad ra­nem.

– W ra­mach bo­nusu ma­cie pań­stwo za­pew­niony śro­dek trans­portu.

Wska­zał na za­par­ko­wa­nego na chod­niku wiel­kiego mer­ce­desa z przy­ciem­nia­nymi szy­bami.

– Żar­tuje pan? – Za­sko­czona spoj­rza­łam na opartą o mur Na­tkę, która na chwilę się prze­bu­dziła i za­częła kla­skać.

– Kurwa, ale fura! – To­biasz wciąż tań­czył na chod­niku. – Masz tam do­brą muzę? – spy­tał kie­rowcę.

– Jaką tylko pan so­bie ży­czy. – Męż­czy­zna na­dal był nie­spo­dzie­wa­nie uprzejmy.

– To wsia­damy. Za­po­daj Mr.Kitty. Masz coś ta­kiego?

– Oczy­wi­ście.

Wła­do­wa­li­śmy się do tyłu, mimo iż za­ję­li­śmy miej­sca we trójkę, to i tak było cał­kiem wy­god­nie. Skó­rzane sie­dze­nia, mały ba­rek, te­le­wi­zorki w za­głów­kach, fan­ta­styczne na­gło­śnie­nie. Kie­rowca włą­czył je­den z ka­wał­ków ulu­bio­nego wy­ko­nawcy To­bia­sza i ru­szy­li­śmy naj­pierw na Le­gnicką, gdzie miesz­kał nasz przy­ja­ciel. Pod jego blo­kiem że­gna­ły­śmy się z nim długo i bar­dzo gło­śno. Po­tem od­wie­ziona zo­stała Na­ta­lia, która miesz­kała na Po­po­wi­cach. A jesz­cze póź­niej po­da­łam swój ad­res Ti­gowi, jak ka­zał do sie­bie mó­wić nasz uprzejmy kie­rowca, i nie­długo zna­leź­li­śmy się pod moim czte­ro­pię­tro­wym blo­kiem przy Ko­man­dor­skiej.

– Dzię­kuję ser­decz­nie. – Chcia­łam wy­siąść, ale Tig także otwo­rzył drzwi.

– Mam od­pro­wa­dzić pa­nią pod same drzwi.

Zmarsz­czy­łam brwi, kom­pletne za­sko­czona.

– A kto tak po­wie­dział?

– Mój szef.

– A kim on jest?

– Czło­wie­kiem, który wi­dzi wszystko. Za­pra­szam. – Ge­stem wska­zał mi drogę do bloku. I fak­tycz­nie, zo­sta­łam od­pro­wa­dzona pod same drzwi, po­że­gnana uprzej­mym ski­nie­niem i do­piero gdy prze­krę­ci­łam klucz i spoj­rza­łam przez ju­da­sza, Tig zbiegł po scho­dach z pierw­szego pię­tra.

Sta­nę­łam przed lu­strem, spoj­rza­łam na swoją zmę­czoną i błysz­czącą twarz, roz­czo­chrane włosy i uśmiech­nę­łam się sze­roko.

– Ależ to było... zwa­rio­wane!

Szybko się umy­łam, le­d­wie przy­tomna wcią­gnę­łam stary T-shirt i ru­nę­łam na łóżko, w lo­cie za­sy­pia­jąc. Przy­śnił mi się dłu­go­włosy fa­cet z czar­nymi oczami, który pa­trzył na mnie, jakby chciał zro­bić mi krzywdę...

*

Tro­chę mi za­jęło zna­le­zie­nie jej, ale w su­mie nie było to aż ta­kie trudne. W ostat­nim cza­sie spę­dzi­łem kilka go­dzin na śle­dze­niu mo­ni­to­ringu wej­ścia do klubu i gdy w końcu ją doj­rza­łem, wie­dzia­łem, że nie­ba­wem wpad­nie w moją pu­łapkę. Zgrab­nie po­łą­czy­łem dwie nitki i te­raz panna Wik­to­ria Ko­pik nie spo­dzie­wała się, że już nie­ba­wem spo­tka się z sa­mym dia­błem.

Kiedy w so­botni wie­czór znowu zlo­ka­li­zo­wa­łem ją przed klu­bem, wie­dzia­łem, że nasz se­lek­cjo­ner jej nie wpu­ści. Klub był eks­klu­zywny i na wej­ściu wpusz­czano tylko la­ski dzie­sięć na dzie­sięć. Ta mała może była piątką w skali mo­ich lu­dzi. W do­datku wy­glą­dała jak li­ce­alistka, cho­ciaż miała dwa­dzie­ścia pięć lat. Tak, wie­dzia­łem o niej nie­malże wszystko. Za­mie­rza­łem też wkrótce zha­ko­wać jej te­le­fon, tak więc będę miał wgląd w jej ko­re­spon­den­cję, co jest nie­zbędne w re­ali­za­cji mo­jego planu. Dla­tego, kiedy zo­ba­czy­łem, że Alf nie chce jej wpu­ścić, wy­da­łem po­le­ce­nie, że ta trójka sto­jąca przy wej­ściu może wejść. Po­tem ob­ser­wo­wa­łem ją, jak się bawi, i stwier­dzi­łem, że w su­mie jest cał­kiem nie­zła. Taka nie­winna.

Po­czu­łem zew krwi. To może być cał­kiem za­bawne. Jed­nak dla mnie to nie była za­bawa. To była spra­wie­dli­wość.

Nieco póź­niej, kiedy wy­ba­wi­łem ją z łap tych pod­pi­tych i na­pa­lo­nych ku­ta­sów, po raz pierw­szy spoj­rza­łem jej w oczy. Były nie­bie­skie, duże, oko­lone dłu­gimi rzę­sami. W ogóle dziew­czyna oka­zała się nad­spo­dzie­wa­nie ładna. Drobna, z dłu­gimi ja­snymi wło­sami, ład­nym uśmie­chem, pie­gami na no­sie i nie­złą fi­gurą. Wszystko to so­bie otak­so­wa­łem, gdy uważ­nie ją ob­ser­wo­wa­łem pod­czas plą­sów na par­kie­cie. Kiedy zna­la­zła się obok mnie, się­gała mi do brody. Za­uwa­ży­łem za­in­te­re­so­wa­nie w jej oczach. No tak, po­ja­wi­łem się w od­po­wied­nim mo­men­cie, za­pro­si­łem do vi­pow­skiej loży, pew­nie po­strze­gała mnie jako pie­przo­nego ry­ce­rza na bia­łym ko­niu. Nic bar­dziej myl­nego. Stwier­dzi­łem, że to może być na­der cie­kawe. Odro­bina roz­rywki jesz­cze ni­komu nie za­szko­dziła. Lecz nic nie mo­gło prze­sło­nić mi celu, do któ­rego dą­ży­łem. Od dwu­dzie­stu lat.

Roz­dział 2

Lin­kin Park What I’ve Done

Gdy nad­szedł mo­ment, w któ­rym mia­łam po­ja­wić się w fir­mie Hi­gh­lan­der Com­pany, by­łam strzęp­kiem ner­wów. Całą nie­dzielę prze­le­ża­łam, pi­sząc je­dy­nie na What­sAp­pie z przy­ja­ciółmi, któ­rzy le­czyli okrut­nego kaca. Ja ta­ko­wego nie mia­łam, ale po pierw­sze wciąż prze­ży­wa­łam upojną so­bot­nią noc. Po dru­gie mę­czył mnie ten dziwny sen, który w jed­na­ko­wym stop­niu prze­ra­żał i fa­scy­no­wał. A po trze­cie za­czy­na­łam się stre­so­wać roz­po­czę­ciem no­wej pracy w tej wiel­kiej kor­po­ra­cji. Wie­dzia­łam, że mu­szę dać z sie­bie wszystko. To była moja szansa na wspa­niały za­wo­dowy start.

W po­nie­dział­kowy ra­nek wsta­łam już o szó­stej, bo z ner­wów nie mo­głam spać. A prze­cież je­cha­łam tylko po skie­ro­wa­nie na ba­da­nia i za­ła­twić sprawy for­malne. Jed­nak i tak bar­dzo się de­ner­wo­wa­łam. Zro­bi­łam so­bie de­li­katny ma­ki­jaż, bo ge­ne­ral­nie się nie ma­lo­wa­łam, wło­ży­łam szare spodnie, pa­ste­lową bluzkę i ciemną ma­ry­narkę. Na stopy wsu­nę­łam szare co­nversy. To był mój ulu­biony styl i nie za­mie­rza­łam go zmie­niać. Duża czarna torba wo­rek z eko­skóry uzu­peł­niała mój dzi­siej­szy out­fit. Włosy za­plo­tłam w war­kocz, prze­wią­zany na końcu wstążką w ko­lo­rze bluzki. Mu­sia­łam pójść do fry­zjera, aby pod­ciąć koń­cówki, w tej chwili mój war­kocz się­gał już po­ślad­ków.

Mama też wstała rano i ob­ser­wo­wała moje ner­wowe mio­ta­nie się po na­szym trzy­po­ko­jo­wym, nie­du­żym miesz­ka­niu.

– Ko­cha­nie, dasz radę. Do­sta­łaś już tę pracę. – Sta­rała się mnie uspo­koić.

– Mamo, to wiel­kie wy­zwa­nie. Boję się, ale mu­szę po­ka­zać, na co mnie stać. – Ma­łymi łycz­kami pi­łam wodę, mu­sia­łam się na­wod­nić, skoro mia­łam mieć po­bie­raną krew. Nie­zbyt do­brze zno­si­łam to ba­da­nie, ale dzi­siaj zde­cy­do­wa­nie bar­dziej ba­łam się wej­ścia do firmy.

– Wie­rzę, że tak bę­dzie.

– A jak z twoim wy­lo­tem?

– Ninka wszystko za­ła­twia. Chcemy le­cieć za mie­siąc, może coś na ostat­nią mi­nutę się uda.

– Last mi­nute – za­śmia­łam się.

– Och, te an­giel­skie na­zwy. – Mama mach­nęła ręką. – Nie za­po­mi­najmy, że ję­zyk pol­ski też so­bie świet­nie ra­dzi.

– Do­brze, do­brze, mamo. – Zer­k­nę­łam na ze­ga­rek. – Mu­szę le­cieć!

– Faj­nie, że bę­dziesz miała bli­sko do pracy. – Mama po­ki­wała głową.

To prawda. Firma Hi­gh­lan­der Com­pany miała sie­dzibę w cen­trum Glo­bis, które było umiej­sco­wione do­słow­nie sześć mi­nut pie­chotą od mo­jego miesz­ka­nia. To nie­wąt­pliwy plus.

Kiedy we­szłam do środka oka­za­łego biu­rowca, mi­nę­łam po le­wej stro­nie re­cep­cję i po­de­szłam do wind. Na­ci­snę­łam nu­mer dzie­sięć, bo na tym pię­trze mie­ścił się dział kadr spółki. Wy­świe­tlacz wska­zał mi windę nu­mer dwa. Gdy zna­la­złam się na wła­ści­wym pię­trze, na­ci­snę­łam do­mo­fon przy szkla­nych drzwiach opa­trzo­nych czar­nym logo firmy HC. Fan­ta­zyjne li­tery i skrzy­dła anioła w tle. Wzię­łam głę­boki wdech i we­szłam do środka. Tam zo­sta­łam po­kie­ro­wana do działu kadr, pod­pi­sa­łam umowę, ze­bra­łam stos pa­pie­rów do wy­peł­nie­nia i otrzy­ma­łam skie­ro­wa­nie na ba­da­nia. Cen­trum me­dyczne mie­ściło się pię­tro ni­żej. Po­tem mia­łam wró­cić i zo­sta­wić za­świad­cze­nie od le­ka­rza me­dy­cyny pracy.

Ba­da­nie krwi było dla mnie udręką, gdyż mia­łam tak, że ze stresu spi­nały mi się żyły i pa­nie pie­lę­gniarki za­wsze miały ogromny pro­blem ze mną. Nie ina­czej było dzi­siaj, kilka pró­bek, kilka wkłuć, ja le­żąca na ko­zetce. Ale w końcu się udało. Po­tem ba­da­nie le­kar­skie, ci­śnie­nie, EKG, stan­dar­dowe rze­czy. Zmę­czona, z lek­kimi za­wro­tami głowy, około dwu­na­stej w po­łu­dnie szłam do kadr, aby do­star­czyć pa­piery. Sze­fowa HR po­le­ciła mi wje­chać na ostat­nie pię­tro, gdzie znaj­do­wały się biura za­rządu, na­to­miast dział mar­ke­tingu i IT – w tym ostat­nim mia­łam pra­co­wać, w sek­cji gra­ficz­nej – znaj­do­wał się na dzie­sią­tym pię­trze. Te­raz mia­łam za­nieść do­ku­menty do mo­jego prze­ło­żo­nego, który zresztą już mnie znał, bo brał udział w dwóch ostat­nich eta­pach re­kru­ta­cji. Zro­bi­łam wszystko tak, jak mi po­le­ciła ka­drowa. Moim sze­fem był Jan Par­sek, przy­stojny blon­dyn w ro­go­wych oku­la­rach, około czter­dziestki.

– Za­pra­szamy ju­tro na dzie­wiątą. Za­zwy­czaj bę­dziesz mo­gła przy­cho­dzić do pracy mię­dzy siódmą a dzie­wiątą, ale ju­tro rano jest re­start sys­temu, więc i tak wcze­śniej nic nie zro­bisz.

– Nie ma sprawy.

– Do­brze się czu­jesz? Ja­kaś blada je­steś... – Jan przy­pa­try­wał mi się z za­nie­po­ko­je­niem.

– Jest okej. Stre­sik lekki. – Mach­nę­łam dło­nią.

– Bę­dzie do­brze. Ju­tro po­znasz swoją li­derkę ze­społu, aku­rat wraca z urlopu. Do­ga­da­cie się, Mar­lena jest świetną gra­ficzką.

– Su­per. – Po­ki­wa­łam skwa­pli­wie głową.

– Do­brze, to w su­mie wszystko, dzi­siaj już masz wolne. – Zer­k­nął na ze­ga­rek. – Ko­rzy­staj, bo szy­kuje się nowa kam­pa­nia i bę­dzie mnó­stwo pracy.

– Dzię­kuję, nie mogę się do­cze­kać. – Uśmiech­nę­łam się.

Po­że­gna­łam się z Ja­nem i wy­szłam, gdyż mu­sia­łam jak naj­szyb­ciej coś prze­ką­sić. Prze­kli­na­łam samą sie­bie, że nie wrzu­ci­łam do to­rebki ja­kie­goś głu­piego ba­to­nika, z tego wszyst­kiego naj­zwy­czaj­niej w świe­cie za­po­mnia­łam. Kiedy wy­szłam na ko­ry­tarz, na­gle świat wo­kół mnie za­wi­ro­wał i... w su­mie nie­wiele pa­mię­tam.

Gdy otwo­rzy­łam oczy, le­ża­łam na ja­kiejś pach­ną­cej skórą so­fie, a obok mnie sie­dział za­nie­po­ko­jony męż­czy­zna, któ­rego rysy twa­rzy wy­da­wały się zna­jome.

– Wszystko do­brze, sły­szy mnie pani? – spy­tał z wy­raź­nym ob­cym, twar­dym ak­cen­tem.

– Tak, tak, co się stało?

– Za­sła­bła pani przy win­dach. Na szczę­ście aku­rat wy­sia­da­łem z jed­nej z nich i... nie rąb­nęła pani głową o po­sadzkę. We­zwać po­go­to­wie?

– Nie, nie... Mia­łam po­bie­raną krew i... czę­sto mi się to zda­rza. Prze­pra­szam i dzię­kuję.

– Nie ma za co prze­pra­szać. Pro­szę to prze­ką­sić. – Męż­czy­zna po­dał mi ba­to­nika ener­ge­tycz­nego i sok. – Może tu pani od­po­cząć. Jest pani nową gra­ficzką?

– Tak... – Wzię­łam od niego po­czę­stu­nek. – Wik­to­ria Ko­pik. Od ju­tra za­czy­nam pracę.

– To pro­szę o sie­bie dbać. Li­czymy na pa­nią.

– A pan... – Po­pa­trzy­łam na niego z za­cie­ka­wie­niem, ale i wdzięcz­no­ścią.

Męż­czy­zna uśmiech­nął się ciem­nymi oczami. Był bar­dzo przy­stojny, miał krótko ob­cięte włosy, ubrany był w ele­gancki gra­fi­towy gar­ni­tur, ze śnież­no­białą ko­szulą i srebrno-fio­le­to­wym kra­wa­tem. W jego ry­sach twa­rzy było coś zna­jo­mego. Jak­bym go już gdzieś spo­tkała.

– Ar­min van Lan­der. Pre­zes firmy. – Ukło­nił się szar­mancko, a ja mia­łam wra­że­nie, że za­raz chyba znowu ze­mdleję.

*

Sie­dzia­łem w swoim ga­bi­ne­cie i cze­ka­łem na brata. Za­nim tu do­tar­łem, pierw­sze, co zo­ba­czy­łem, wy­cho­dząc z windy, to sła­nia­jącą się na no­gach blon­dynkę z dłu­gim war­ko­czem. W ostat­niej chwili ją zła­pa­łem i ura­to­wa­łem od nie­wąt­pli­wego wstrzą­śnie­nia mó­zgu. Dziew­czyna była lekka jak piórko i cho­ler­nie bez­władna. Za­nio­słem ją do ga­bi­netu i...

Na­gle otwo­rzyły się drzwi i zo­ba­czy­łem wy­soką po­stać mo­jego star­szego o trzy mi­nuty brata. Ar­min usiadł w fo­telu, po­pra­wił ele­gancki kra­wat i spoj­rzał na mnie su­rowo.

– Mu­simy po­ga­dać.

– Ga­dajmy. – Zdją­łem z biurka nogi obute w wy­so­kie, mo­to­cy­klowe buty, zwią­za­łem dłu­gie, krę­cone włosy w kitkę i cze­ka­łem.

– O co cho­dzi z tą blon­dynką? Dla­czego wnio­słeś ją do mo­jego ga­bi­netu i ka­za­łeś mi opo­wia­dać ja­kieś ba­jeczki?

– Daj spo­kój. Wszy­scy wie­dzą, ja­kim je­stem gnoj­kiem. – Wzru­szy­łem ra­mio­nami. – Mu­szę utrzy­my­wać le­gendę złego brata.

– Prze­cież ona do­piero za­czyna u nas pracę. – Ar­min prze­wró­cił oczami.

– No wła­śnie. I na dzień do­bry by opo­wie­działa, jak to straszny van Lan­der ura­to­wał ją od roz­wa­le­nia so­bie głowy. Nie mogę so­bie na ta­kie coś po­zwo­lić.

– Mi­lan. – Brat po­chy­lił się do mnie. – Mów, o co cho­dzi.

– Zna­la­złem ją – od­par­łem krótko.

Ar­min za­mru­gał i sku­pił wzrok na mnie.

– W sen­sie...

– Do­kład­nie tak. – Wsta­łem i roz­pro­sto­wa­łem swoje nie­spełna dwu­me­trowe ciało. Rzu­ci­łem ra­mo­ne­skę na skó­rzany klu­bowy fo­tel, pod­sze­dłem do okna i spoj­rza­łem w dół, na pul­su­jące ryt­mem mia­sta ulice. – Te­raz, gdy ją tu mamy, do­wiem się wszyst­kiego. I nie od­pusz­czę.

– Jak masz za­miar to zro­bić? – Brat ob­jął się ra­mio­nami, ma­ry­narka od Guc­ciego na­pięła się na sze­ro­kich bar­kach Ar­mina.

Wy­szcze­rzy­łem się w uśmie­chu.

– Nie zro­bisz jej krzywdy. – Ar­min zmarsz­czył czoło. No tak, mój bra­ci­szek za­wsze chciał być taki pra­wo­rządny. Na szczę­ście ja nie.

– Za kogo ty mnie masz?! – krzyk­ną­łem z uda­wa­nym obu­rze­niem.

– Za mo­jego nie­nor­mal­nego brata Mi­lana, dla któ­rego nie ist­nieją żadne świę­to­ści – od­parł spo­koj­nie.

– Mogę się zgo­dzić. – Roz­sia­dłem się na so­fie. – Oczy­wi­ście nie­wąt­pliwą przy­jem­ność spra­wi­łoby mi zro­bie­nie jej kuku. Ale wy­bra­łem inną me­todę.

– Jaką?

– Prost­szą. Ona naj­zwy­czaj­niej w świe­cie za­ko­cha się we mnie – oznaj­mi­łem i gło­śno się ro­ze­śmia­łem.

O tak! Taka za­bawa po­do­bała mi się na­wet bar­dziej niż moż­li­wość zro­bie­nia jej krzywdy. Cho­ciaż... w su­mie można to wszystko ze sobą ide­al­nie po­łą­czyć!

– Cza­sami się cie­bie bar­dzo oba­wiam. – Ar­min po­krę­cił głową.

– Bra­ciszku, na­wet nie wiesz, jak czę­sto ja oba­wiam się sie­bie. – Mru­gną­łem.

– A może już czas, aby­śmy to zo­sta­wili? – spy­tał ci­cho brat.

Za­ci­sną­łem pię­ści.

– Wiem, że się oskar­żasz, ale... – Ar­min po­pa­trzył na mnie z tro­ską, któ­rej nie po­trze­bo­wa­łem.

– Prze­stań. – Mój głos za­brzmiał zło­wiesz­czo. – Nie chcę tego słu­chać. Wiem, co ro­bię i co czuję. Ale mu­szę do­pro­wa­dzić to do końca. Je­stem jej to wi­nien.

– Nisz­czysz sie­bie, a ja nie chcę i cie­bie stra­cić, bra­cie.

Ar­min taki wła­śnie był. Po­ukła­dany, po­rządny, mar­twiący się o in­nych. A szcze­gól­nie o mnie. Ja za to by­łem jak pie­przony sztorm, który po­zo­sta­wiał po so­bie tylko roz­pacz. I tak wła­śnie mia­łem za­miar prze­to­czyć się przez ży­cie panny Wik­to­rii Ko­pik.

– Nie martw się, je­stem zbyt zły, aby mnie coś rów­nie złego do­się­gnęło.

– To ty na­ci­ska­łeś, aby ją za­trud­nić?

– W su­mie po­ra­dziła so­bie bar­dzo do­brze. – Skrzy­wi­łem się. – Ale nie­wy­klu­czone, że wska­za­łem Ja­nowi jej CV. Miejmy na­dzieję, że nie na­robi zbyt­niego baj­zlu pod­czas pracy dla nas.

– Wiesz, że ona może nic nie wie­dzieć? – Ar­min uniósł brew.

– Wąt­pię. Ale bez obaw. Przy­naj­mniej ja się do­wiem wszyst­kiego. – Lekko ude­rzy­łem brata w ra­mię. On wes­tchnął i po­krę­cił głową. Lecz wi­dzia­łem, że nie sta­wia zbyt­niego oporu. Może chciał spo­koju, ale do­sko­nale zda­wał so­bie sprawę, że tak na­prawdę spo­kój osią­gniemy wów­czas, kiedy znaj­dziemy tego su­kin­syna, który za­bił na­szą sio­strę.

Póź­nym po­po­łu­dniem po­je­cha­łem na mo­to­cy­klu do Parku Po­łu­dnio­wego, za­par­ko­wa­łem nie­opo­dal pę­tli tram­wa­jo­wej i po­sze­dłem w stronę po­mnika Szo­pena. Czę­sto jako dzieci przy­jeż­dża­li­śmy tu­taj z ro­dzi­cami na pik­niki. Mama była Po­lką, a oj­ciec Ho­len­drem. Przez więk­szość mie­sięcy w roku miesz­ka­li­śmy w Ho­lan­dii, ale tam­tego ostat­niego roku pra­wie cały czas spę­dza­li­śmy w oj­czyź­nie mamy. Ro­dzice ku­pili piękny dom w Ślęzy. I to był ten czas, kiedy czu­łem się tu bar­dzo do­brze. Po­tem było tamto cho­lerne lato... A ja nie mo­głem so­bie wy­ba­czyć. Cały czas sie­dział we mnie ob­raz mo­jej za­krwa­wio­nej sio­strzyczki.

Na­sza ro­dzina oku­piła to de­pre­sją mamy, odej­ściem ojca, je­dy­nie ja i Ar­min trzy­ma­li­śmy się ra­zem. Wró­ci­li­śmy do Am­ster­damu, po­tem stu­dio­wa­li­śmy w Lon­dy­nie i po po­wro­cie za­ło­ży­li­śmy małą agen­cję kre­atywną. Po trzech la­tach zdo­by­li­śmy po­ten­tata kon­cernu elek­tro­nicz­nego z USA i za­czę­li­śmy roz­ra­stać się w eks­pre­so­wym tem­pie. Rok temu otwo­rzy­li­śmy firmę we Wro­cła­wiu i dy­na­micz­nie ją roz­wi­ja­li­śmy. A ja cały ten czas szu­ka­łem tego, który był od­po­wie­dzialny za śmierć Aleksy. I w końcu tra­fi­łem na pe­wien trop. Wpraw­dzie Ar­min uwa­żał, że ko­leś już dawno nie żyje, ja jed­nak do­ko­pa­łem się do in­for­ma­cji, które wska­zy­wały, że tak nie jest. A po­tem... zna­la­złem ją, Wik­to­rię Ko­pik. Szu­kała pracy, zło­żyła ce­fałkę w na­szej fir­mie. To był znak. Nie z nieba, bo nie wie­rzy­łem w ta­kie rze­czy, ale w pie­kło ow­szem. Sam pew­nie kie­dyś tam tra­fię. Ale naj­pierw... Znajdę tego skur­wy­syna, który znisz­czył moją ro­dzinę. I może być pe­wien, że ja do­ko­nam tego sa­mego z jego fa­mi­lią.

Kiedy do­tar­łem do swo­jego miesz­ka­nia, miesz­czą­cego się na osie­dlu apar­ta­men­tow­ców na Oł­ta­szy­nie, do­cho­dziła dwu­dzie­sta druga. Lu­bi­łem no­cami prze­miesz­czać się po mie­ście, wów­czas naj­le­piej mi się my­ślało. W domu wzią­łem szybki prysz­nic, prze­bra­łem się w ko­szulkę i dresy, na­la­łem so­bie wódki, do­pra­wi­łem ją cy­tryną i lo­dem i włą­czy­łem kom­pu­ter. Kiedy dziew­czyna ze­mdlała i prze­nio­słem ją do ga­bi­netu brata, bły­ska­wicz­nie za­ją­łem się jej te­le­fo­nem. Sklo­no­wa­łem go i te­raz... mia­łem do­stęp do jej ko­re­spon­den­cji. A także lo­ka­li­za­cji. Wie­dzia­łem, gdzie się znaj­duje. Bo z te­le­fo­nem w obec­nych cza­sach mało kto się roz­sta­wał. Panna Wik­to­ria była w swoim miesz­ka­niu przy Ko­man­dor­skiej, które zaj­mo­wała z matką, Hanną.

– Dzień do­bry, ko­cha­nie. Już nie­długo spo­tkasz na swo­jej dro­dze praw­dzi­wego dia­bła. – Uśmiech­ną­łem się i do­pi­łem wódkę.

Po­lo­wa­nie i ze­msta. O tak, to było coś, co mnie za­je­bi­ście na­krę­cało!

Roz­dział 3

Papa Ro­ach Bro­ken Home

Nie mo­głam uwie­rzyć, że się tak zbłaź­ni­łam! Po­zna­nie pre­zesa firmy, w któ­rej do­piero roz­po­czy­nało się pracę, w sy­tu­acji, gdy traci się przy­tom­ność i ów pre­zes cię ra­tuje i kła­dzie na so­fie w swoim ga­bi­ne­cie... Tra­ge­dia! Bla­maż! Po­rażka! Za­dzwo­ni­łam do Na­tki i wszystko jej opo­wie­dzia­łam. Ta wa­riatka za to tak się śmiała, że za­częła chrum­kać jak świnka Peppa.

– Ty to masz wej­ścia, przy­się­gam! Jak spra­wić, żeby pre­zes korpo cię za­pa­mię­tał? Wal­nij orła w jego ra­miona! – chi­chrała się.

Mnie wcale, ale to wcale nie było do śmie­chu.

– Ni­czego nie wal­nę­łam i nie­wiele pa­mię­tam. Poza tym to straszna po­rażka, te­raz on z ko­lei za­pa­mięta mnie jako słabą i cho­ro­witą i na pewno każe mnie zwol­nić. Bo w korpo li­czy się wi­tal­ność i siła, a nie ja­kieś sła­bo­wite baby z dra­ma­tem w tle.

– Nie prze­sa­dzaj. A jaki jest ten twój pre­zes? Pró­bo­wa­łam go­oglo­wać, ale nie ma jego zdjęć. Po­dobno w za­rzą­dzie jest on i jego brat, tyle prze­czy­ta­łam na stro­nie firmy.

– Tyle to i ja wiem. Pre­zes był miły, za­raz po­tem przy­szła pie­lę­gniarka, która zresztą wcze­śniej po­bie­rała mi krew, do­sta­łam coś na wzmoc­nie­nie i za­wieźli mnie fir­mo­wym au­tem do domu, cho­ciaż chcia­łam wra­cać pie­chotą. Ale nie po­zwo­lili.

– Przy­stojny? – Na­tka jakby mnie nie słu­chała.

– Kto?

– Twój do­zorca! – W gło­sie przy­ja­ciółki usły­sza­łam znie­cier­pli­wie­nie. – No pan Ar­min van Lan­der, ofiaro!

– A co to ma do rze­czy? – Za­mru­ga­łam.