W szpilkach od Manolo - Agnieszka Lingas-Łoniewska - ebook + audiobook + książka
BESTSELLER

W szpilkach od Manolo ebook i audiobook

Agnieszka Lingas-Łoniewska

4,4

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

21 osób interesuje się tą książką

Opis

Dla wielu osób Liliana może uchodzić za kobietę sukcesu. W rzeczywistości ma jednak dosyć nudnej pracy oraz wiecznych rozmów z matką o założeniu rodziny. Trudno jednak myśleć o ustatkowaniu się, pamiętając że poprzedni narzeczony sypiał z innymi.

Pewnego dnia, na jej drodze staje nowy szef - niebieskooki, niezwykle przystojny Michał. Życie bohaterki nabiera zawrotnego tempa, kiedy okazuje się, że seksowny szef jest nią zainteresowany. Jak za pomocą czarodziejskiej różdżki nudna praca przeradza się w gorący romans biurowy, a powiedzenie „od miłości do nienawiści” zdecydowanie działa tu w odwrotną stronę.

Jednak tajemnicze zachowanie mężczyzny powoduje, że Liliana zaczyna zastanawiać się nad ich relacją. Czy Michał jest z nią szczery? Czy jest możliwość, że to on odpowiada za dziwne wiadomości, które zaczęły pojawiać się w jej skrzynce na listy? W rozmyślaniach z pewnością nie pomaga fakt, że miastem wstrząsają kolejne zaginięcia kobiet.

Czy Liliana zaryzykuje i pomimo sygnałów ostrzegawczych zaufa Michałowi?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 240

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 6 godz. 16 min

Lektor: Agnieszka Lingas-Loniewska

Oceny
4,4 (657 ocen)
401
140
69
39
8
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
olabuniekwp

Nie oderwiesz się od lektury

Dużo śmiechu i emocji ! Książka na jedno posiedzenie do kawki 😀
40
szczerbajka

Nie oderwiesz się od lektury

Twórczość Agnieszki Lingas-Łoniewskiej polecam każdemu. Jeszcze nie zdarzyła się historia której bym nie polubiła.
40
Anka2018

Nie oderwiesz się od lektury

Super książka. Dużo humoru, wątek kryminalny i gorący romans 😍
30
GumiBunia

Nie oderwiesz się od lektury

Cudna 😍
20
PatrycjaD87

Dobrze spędzony czas

Przecież to nie jest żadna nowa książka tylko wydana już kilka lat temu ☹️
10

Popularność




Re­dak­tor pro­wa­dzący: MAR­CIN KICKI
Re­dak­cja: AGNIESZKA SZMA­TOŁA / Słowne Babki
Ko­rekta: LENA MAR­CI­NIAK-CĄ­KAŁA, AGNIESZKA ZYG­MUNT / Słowne Babki
Skład i ła­ma­nie: TYPO MA­REK UGO­ROW­SKI, MO­NIKA PI­RO­GO­WICZ
Okładka: MA­CIEJ SY­SIO
Fo­to­gra­fia na okładce: Co­py­ri­ght © Shut­ter­stoc­k_Eu­gene Par­ty­zan
© Co­py­ri­ght by Agnieszka Lin­gas-Ło­niew­ska, 2023 © Co­py­ri­ght by Wy­daw­nic­two Jak­Book, 2023
Wy­da­nie III
ISBN 978-83-67685-09-2
Wy­daw­nic­two Jak­Book ul. Li­powa 61, 55-020 Mni­cho­wicewww.wy­daw­nic­two­jak­book.pl
Kon­wer­sja: eLi­tera s.c.

Wszyst­kim, któ­rzy zre­ali­zo­wali swoje naj­skryt­sze ma­rze­nia i nie bali się sta­wić czoła prze­ciw­no­ściom losu

Mi­łość to:

jedno Twoje spoj­rze­nie – gdy oczy me smutne,

je­den do­tyk Twej ręki na mym czole – gdy głowa boli,

jedno do­bre słowo – gdy wo­kół mnó­stwo nie­na­wi­ści,

je­den uśmiech – w ża­ło­bie my­śli,

je­den ka­wa­łek chleba – gdy głód się od­zywa,

jedna kro­pla wody – gdy go­rączka do­pada,

jedna mi­łość – na wszystko...

Jo­lanta Mach, Mi­łość

Imię: Li­liana.

Wiek: czy to istotne? Ech, do­bra, dwa­dzie­ścia pięć. Nie­usta­jąco.

Stan cy­wilny: panna. Ja­kie to idio­tyczne, „panną” dawno już nie je­stem, niech bę­dzie: sin­gielka.

Za­wód: za­wo­dów mia­łam wiele, ostatni miał metr osiem­dzie­siąt, nie­bie­skie oczy i kłam­liwy ję­zor.

Zwie­rzaki: ko­cham, mam, piesz­czę.

Plan na naj­bliż­szy rok: nie za­bić jed­nej ta­kiej, zna­leźć inną pracę, może... za­ko­chać się?

H

Je­cha­łam do pracy. Znowu. W su­mie za­sta­na­wia­łam się, po co to ro­bię. Wstaję rano, kar­mię koty, myję zęby, biorę prysz­nic, wy­ci­skam pryszcz, cze­szę się, ubie­ram, ma­luję, prze­ły­kam w po­śpie­chu kawę, ska­czę na jed­nej no­dze, szu­ka­jąc dru­giego buta, klu­czy­ków, apaszki, czego tam jesz­cze? Cią­gle cze­goś szu­kam. No­to­rycz­nie coś gu­bię. Nie, ina­czej. Te uparte i zło­śliwe rze­czy gu­bią mnie. Ucie­kają przede mną. I to z krzy­kiem. Hm. Ra­czej w mil­cze­niu, per­fid­nie cie­sząc się, że ja, znowu, z roz­wia­nym wło­sem i ma­lu­jącą się na twa­rzy pa­niką będę mio­tała się po miesz­ka­niu jak tan­cerz elec­tric bo­ogie. Ha! Znam ten styl, w końcu oglą­da­łam wszyst­kie se­zony You Can Dance. Swoją drogą, to, co lu­dzie cza­sem ro­bią ze swoim cia­łem, jest nie­sa­mo­wite. A inni są że­nu­jący. Jak nie­któ­rzy w mo­jej fir­mie, nie będę wy­mie­niać na­zwisk, tak, do­kład­nie ci nie­któ­rzy. Wła­śnie... Do­je­cha­łam. Par­kuję. Do­strze­głam zie­lo­nego pas­sata, który no­to­rycz­nie zaj­muje część mo­jego miej­sca. Ko­leś z księ­go­wo­ści. Pew­nie wy­daje mu się, że jeź­dzi hum­me­rem i nie zmie­ści się na jed­nym miej­scu par­kin­go­wym. Jak znam ży­cie, wy­obraża so­bie, że wszystko ma duże. I nie, nie my­śla­łam o ilo­ra­zie in­te­li­gen­cji. Ale on za­pewne tak. Albo też. Okej. Je­stem. Po­pra­wi­łam ma­ki­jaż, wzię­łam torbę z lap­to­pem i wy­sia­dłam. Fa­bryka czeka. Za­raz za­cznie się szychta. A szczury już prze­bie­rają swo­imi brud­nymi łap­kami.

W win­dzie spo­tka­łam Bo­żenkę z kadr. Bo­żenka ma około pięć­dzie­siątki, wy­gląda cał­kiem nie­źle, lata pracy w kor­po­ra­cji po­mo­gły jej wy­zbyć się tar­go­wych przy­zwy­cza­jeń. Bo kie­dyś dama ta była wła­ści­cielką stra­ganu, na któ­rym sprze­da­wała my­dło i po­wi­dło. W su­mie do dzi­siaj zo­stała jej ta ma­niera kra­marki: kiedy po­wiesz jej coś, z czym się nie zga­dza, za­cho­wuje się jak stara prze­kupa, która tar­guje się o każde jajo w swym ręcz­nie ple­cio­nym ko­szyku. In­nym ra­zem przy­po­mina so­bie, że czasy stra­ga­niarki już mi­nęły, to se ne vrati i trzeba za­cho­wy­wać się na po­zio­mie. Wów­czas przy­biera minę ob­ra­żo­nej pri­ma­donny, co tro­chę kłóci się z jej chłop­skimi ry­sami, które stara się tu­szo­wać ma­ki­ja­żem i fry­zurą, ale ten ka­mu­flaż nic nie daje. Lecz nie można za­po­mi­nać, że Bo­żenka jest mi­strzy­nią prze­smy­ki­wa­nia się po­mię­dzy kor­po­ra­cyj­nymi pu­łap­kami, w które więk­szość wpada i zo­staje wy­eli­mi­no­wana z tego szla­chet­nego wy­ścigu. Pre­ze­sów już było wielu, dy­rek­to­rzy zmie­niają się jak w ka­lej­do­sko­pie, ale Bo­żenka tkwi twardo na swym sta­no­wi­sku, jakby przy­spa­wała so­bie sto­łek do gru­bego tyłka. Wy­ka­zuje się nie­zwy­kłą wraż­li­wo­ścią i gdy za­czyna ca­ło­wać ko­goś w miej­sce, w któ­rym plecy tracą swą szla­chetną na­zwę, wia­domo, że wkrótce ta wła­śnie osoba bę­dzie na szczy­cie. Wła­ści­wie Bo­żenka to naj­lep­sza wy­rocz­nia, jaką mo­gli­by­śmy so­bie wy­ma­rzyć. Na­dal nie wiem, jak ona to robi, czy ma ja­kiś tajny pa­tent, czy może jej we­wnętrzna cho­rą­giewka usta­wia się za­wsze tak, żeby się jej sto­łek od dupy nie od­cze­pił. Przy­naj­mniej przed eme­ry­turą.

H

Do­tar­łam na swoje pię­tro, Bo­żenka je­dzie da­lej. Ży­czę jej mi­łego dnia, uśmie­cha­jąc się fał­szy­wie. Fał­szywy uśmiech to coś, co wszy­scy tu­taj mają opa­no­wane do per­fek­cji. Wcho­dzę do swo­jego po­koju. Moje dziew­czyny już są, kawa na mnie czeka. Moje dziew­czyny to je­dyne osoby w tej fir­mie, któ­rym mogę za­ufać i przy któ­rych mogę być sobą.

Baśka jest po trzy­dzie­stce, ma świra na punk­cie zwie­rza­ków, cięty ję­zyk i śliczne rude loki. Przy­jaź­nię się z nią od lat, jest moim le­kiem na całe zło i chyba je­dyną praw­dziwą przy­ja­ciółką, jaką mia­łam. Nie­czę­sto się zda­rza, żeby przy­jaź­nić się z kimś, z kim się pra­cuje, i to w krwio­żer­czej kor­po­ra­cji.

– Co masz taką minę? Lejdi już dzwo­niła. – Baśka prze­wró­ciła oczami.

– A co, znowu cze­goś nie ro­zu­mie? – Po­krę­ci­łam głową i włą­czy­łam kom­pu­ter.

– Dzień jak co dzień – par­sk­nęła Lidka, druga z dziew­czyn, z którą pra­cuję już do­syć długo. – W dniu, w któ­rym ona coś zro­zu­mie, dam na mszę.

– Prze­cież ty nie cho­dzisz do ko­ścioła.

– No wła­śnie. Wiesz, ja­kie to bę­dzie cho­lerne po­świę­ce­nie?

Piję kawę i uru­cha­miam kom­pu­ter. Lejdi. Wrzód na du­pie w szpil­kach od Ma­nolo. Mi­strzyni wła­snego PR-u, świet­nie utrzy­mana, z nie­złą gadką, za to z wie­dzą prak­tyczną równą zeru. Na moje nie­szczę­ście nie tylko była na­szą sze­fową, lecz także usil­nie chciała udo­wod­nić, że zna się na tym, co robi. Ja­sne, dzięki na­szej pracy ja­koś utrzy­my­wała się na fali. Mnie jed­nak mę­czyło cią­głe tłu­ma­cze­nie wszyst­kiego po dzie­sięć razy, jak­bym miała do czy­nie­nia ze sta­żystką po li­ceum. Albo i bez. Ta­kie ży­cie. Jak w tym ka­wale. Uro­dziło się dziecko bez rą­czek, bez nó­żek, tylko same plecy. Le­karz po­cie­sza zroz­pa­czoną matkę: „Niech się pani nie mar­twi. Ma plecy, po­ra­dzi so­bie”. Do­kład­nie! Plecy to pod­stawa. Przy­naj­mniej tu­taj, gdzie je­stem od czte­rech lat. Już po roku zda­łam so­bie sprawę, że bez ad­o­ro­wa­nia tyl­nej czę­ści ciała od­po­wied­nich lu­dzi da­leko nie zajdę. Ale wów­czas mu­sia­ła­bym no­sić kra­wat, aby wie­dzieć, gdzie mam twarz. Dzię­kuję, po­stoję. W su­mie głu­pio na­kła­dać ma­ki­jaż i uni­kać wła­snego wzroku w lu­strze. Cie­kawe, czy Lejdi do­staje od tego zeza. Nie. Ona pew­nie z lu­bo­ścią wpa­truje się we wła­sne od­bi­cie i po­dzi­wia ta­lent do wła­zi­dup­stwa, dzięki któ­remu za­szła tak da­leko. No cóż. Każdy lubi to, co lubi.

– Wie­cie co? Ku­puję nową ławę do sa­lonu – ode­zwała się mil­cząca do tej pory Marta, moja trze­cia ko­le­żanka.

– Jaką?

– Taką z drewna afry­kań­skiego.

– Ile kosz­tuje?

– Pięć stó­wek.

– Ra­zem z te­le­wi­zo­rem jest? – par­sk­nę­łam, otwie­ra­jąc plik w Excelu.

– Głu­pia, to afry­kań­skie drewno!

– Czyli?

Marta wznio­sła oczy ku niebu, mo­dląc się te­atral­nie o zmi­ło­wa­nie nad moją igno­ran­cją.

– Nie będę ci tego tłu­ma­czyć. Przy­je­dziesz, to sama zo­ba­czysz. Ju­tro ją od­bie­ram ze sklepu.

– Do­brze, już do­brze – mruk­nę­łam, wpa­tru­jąc się w skrzynkę ma­ilową, która za­peł­niała się ma­ilami z po­przed­niego dnia i z nocy. Żeby kasa tak wpły­wała do mo­jego port­fela, jak wia­do­mo­ści do Outlo­oka. Ma­rze­nie...

– No, to ju­tro pod­je­dziemy do sklepu, około czter­na­stej.

Zo­rien­to­wa­łam się, że omi­nęła mnie spora część roz­mowy. Ode­rwa­łam wzrok od la­winy ma­ili i utkwi­łam go w sie­dzą­cej na­prze­ciwko blon­dynce.

– Jak to pod­je­dziemy?

– No bo wiesz, ta ława jest duża i nie zmie­ści się do mo­jego sa­mo­chodu, a ty masz spory ba­gaż­nik...

– A ty so­bie wszystko świet­nie za­pla­no­wa­łaś. No do­brze – zgo­dzi­łam się ła­ska­wie, cho­ciaż wie­dzia­łam, że i tak bym z nią po­je­chała.

Na­gle Baśka wy­rzu­ciła z sie­bie se­rię słów po­wszech­nie uwa­ża­nych za ob­raź­liwe.

– Co jest? – spy­ta­łam.

– Od­bierz ma­ila. – Zde­cy­do­wa­nie osią­gnęła mi­strzo­stwo w mó­wie­niu z za­ci­śnię­tymi zę­bami.

– Wła­śnie pró­buję to zro­bić. Od co naj­mniej dzie­się­ciu mi­nut – mruk­nę­łam. Wresz­cie skrzynka się za­peł­niła i zna­la­złam wia­do­mość, która do­pro­wa­dziła moją ko­le­żankę do szczę­ko­ści­sku.

No tak. Lejdi po raz ko­lejny pro­siła o prze­sła­nie za­kresu dzia­łań jed­nej z na­szych sek­cji, któ­rej dal­sze ist­nie­nie sta­no­wiło je­den wielki znak za­py­ta­nia. Dla nas było oczy­wi­ste, że sek­cja jest nie­zbędna, ale nie wszy­scy zda­wali so­bie sprawę z tego, jak skom­pli­ko­wa­nym two­rem jest kor­po­ra­cja, jak funk­cjo­nuje ten sys­tem i co jest po­trzebne do za­pew­nie­nia cią­gło­ści jego dzia­ła­nia. To tak, jakby na tra­sie Wro­cław–War­szawa wy­rzu­cić od­ci­nek to­rów, kiedy nie wie się, przez ja­kie kon­kretne sta­cje bę­dzie prze­jeż­dżał po­ciąg. Te­mat był wał­ko­wany od dłuż­szego czasu, co wpra­wiało mnie i Baśkę w stan chro­nicz­nego wkur­wie­nia. Mia­ły­śmy już przy­go­to­wany ten cho­lerny do­ku­ment z za­kre­sem dzia­łań, który re­gu­lar­nie wy­sy­ła­ły­śmy tej iry­tu­jąco nie­fra­so­bli­wej ko­bie­cie. Która, gdy jej kie­dyś po­wie­dzia­łam, że wy­sła­łam ten plik już kilka razy i na pewno jest w jej skrzynce od­bior­czej, od­po­wie­działa z uśmie­chem: „Coś mi się stało z pocztą i nie mam skrzynki od­bior­czej”. Ja­sne. Nie ma skrzynki od­bior­czej. Kurwa, to jakby mieć sa­mo­chód bez sil­nika, książkę bez tek­stu, sa­mo­lot bez pi­lota, seks bez or­ga­zmu, mózg bez ro­zumu. To ostat­nie po­rów­na­nie naj­bar­dziej przy­pa­dło mi do gu­stu. Aby więc nie dać się bez­sil­no­ści spo­wo­do­wa­nej nad­zwy­czaj­nie pła­ską krzywą przy­swa­ja­nia wie­dzy roz­le­wa­jącą się w na­szej fir­mie, wszyst­kie cztery wie­dzia­ły­śmy, że albo znaj­dziemy so­bie ja­kieś hobby, albo ko­lejna kon­wer­sa­cja z Lejdi skoń­czy się krwawą jatką. Lidka za­częła się in­ten­syw­nie uczyć hisz­pań­skiego i do­bi­jała wszyst­kich wo­kół, po­pi­su­jąc się ra­do­śnie swo­imi lin­gwi­stycz­nymi umie­jęt­no­ściami. Baśka na­mięt­nie fo­to­gra­fo­wała, miała na­wet bloga i wrzu­cała tam swoje uję­cia na­tury, zwie­rząt, lu­dzi. Marta do­stała świra na punk­cie urzą­dza­nia wnętrz, czy­tała wszystko na ten te­mat, śle­dziła naj­now­sze trendy i upięk­szała swoje miesz­ka­nie, które na­brało praw­dzi­wie sty­lo­wego cha­rak­teru. Ja... no cóż, za­wsze ko­cha­łam czy­tać, więc za­ło­ży­łam bloga i zaj­mo­wa­łam się re­cen­zo­wa­niem ksią­żek, które do­sta­wa­łam bez­po­śred­nio od wy­daw­ców. Blog stał się bar­dzo po­pu­larny i był moim uko­cha­nym „dziec­kiem”. Wła­snych, oso­bi­stych po­tom­ków nie mia­łam.

I tak wła­śnie wcho­dzimy na te­mat dla nie­któ­rych bar­dzo draż­liwy. Na pewno dla mo­jej matki, która na każ­dym kroku, przy każ­dym na­szym spo­tka­niu, a raz na­wet dzwo­niąc z to­a­lety w cen­trum han­dlo­wym, opo­wia­dała mi o mo­ich ko­le­żan­kach z pod­sta­wówki i li­ceum, które na li­ście ży­cio­wych osią­gnięć miały męża i co naj­mniej jedno dziecko.

– Pa­mię­tasz Anitę? To wy­obraź so­bie, że wła­śnie się wpro­wa­dzili do nowo wy­bu­do­wa­nego domu. Ma pięk­nego synka, a ten jej mąż! Ach, co za męż­czy­zna! A prze­cież le­dwo co przez szkołę prze­brnęła. O stu­diach na­wet nie ma­rzyła.

– Mał­go­się wczo­raj wi­dzia­łam. Wiesz, tę z pierw­szego pię­tra. Jej naj­star­sza córka już cho­dzi do li­ceum. Po­dobno bar­dzo do­brze się uczy. A Gośka rok temu uro­dziła synka. Dzi­wi­łam się na­wet, że tak późno zde­cy­do­wali się na trze­cie dziecko, no ale to trze­cie, a nie pierw­sze, więc nie ma stra­chu.

– Roz­ma­wia­łam z matką Ewy. Tak, two­jej przy­ja­ciółki z ławki. Jej mąż otwo­rzył ko­lejną re­stau­ra­cję. Ma chłop łeb do in­te­re­sów, a prze­cież Ewa taka prze­ciętna, nie wiem, co on w niej do­strzegł. Za­wsze my­śla­łam... No nic, nie­ważne. Ewa ma dwójkę – parkę. Śliczne dzie­ciaki.

Tak. To stały re­per­tuar mo­jej matki, mo­no­log po­wta­rzany przy każ­dej nada­rza­ją­cej się oka­zji. Wszyst­kim ko­le­żan­kom po­wio­dło się w ży­ciu le­piej niż mnie, bo mają koło sie­bie fa­ceta. Moje stu­dia, jedne, dru­gie, po­dy­plo­mówka, wła­sne miesz­ka­nie, sa­mo­chód, awans, przy­ja­ciele, pa­sja – to wszystko nie miało zna­cze­nia. Naj­waż­niej­sze było to, że wciąż nie za­ło­ży­łam ro­dziny. W prze­ci­wień­stwie do mnie moja matka na­dal nie po­tra­fiła się z tym po­go­dzić. Oczy­wi­ście, że pró­bo­wa­łam. Na­prawdę. Prze­cież nie będę uda­wać, że nie za­le­żało mi na tym, aby stwo­rzyć wła­sny świat. Z ko­cha­ją­cymi mnie i ko­cha­nymi przeze mnie ludźmi. Ale się nie udało, cho­ciaż z Mar­kiem było na­prawdę bli­sko. Na­wet za­miesz­ka­li­śmy ra­zem, to zna­czy on za­miesz­kał u mnie. Po­zna­li­śmy ze sobą na­szych ro­dzi­ców, a moja matka krzą­tała się po domu, nu­cąc pod no­sem marsz Men­dels­sohna. Je­dy­nie mój oj­ciec pod­cho­dził do tego związku scep­tycz­nie. Od po­czątku coś mu się w Marku nie po­do­bało, ale ja, oczy­wi­ście, by­łam za­ko­chana, więc nie do­strze­głam symp­to­mów i to, co po­win­nam była zro­bić na­stęp­nego dnia po po­zna­niu Marka, zro­bi­łam pół roku póź­niej. Wrzu­ci­łam jego ciu­chy do nie­bie­skiego worka na śmieci i wy­sta­wi­łam na ko­ry­tarz. Do­piero wtedy, kiedy się oka­zało, że mój uko­chany pod­czas mo­ich czę­stych nie­obec­no­ści za­pra­szał do mo­jego miesz­ka­nia swoją... na­rze­czoną, wma­wia­jąc jej, że apar­ta­ment na­leży do niego. Na co dzień miał mnie, od święta – tamtą. Żyć nie umie­rać. Do­wie­dzia­łam się o tym dzięki uprzej­mo­ści są­sia­dów. Nie było żad­nego spek­ta­ku­lar­nego wej­ścia, spo­wo­do­wa­nego wcze­śniej­szym po­wro­tem z de­le­ga­cji, o nie. Nie było in fla­grante de­licto ani zim­nych słów i po­wstrzy­my­wa­nych łez. Nie. Po pro­stu jedna z są­sia­dek za­uwa­żyła, że ta sio­stra mo­jego na­rze­czo­nego to w ogóle do niego nie­po­dobna. I że w su­mie miło z jej strony, że opie­kuje się i bra­tem, i miesz­ka­niem pod­czas mo­ich nie­obec­no­ści. To wy­star­czyło. Ma­rek nie za­prze­czał, choć pró­bo­wał coś nie­udol­nie tłu­ma­czyć, że „to nie tak, jak my­ślisz”, a na ko­niec usły­sza­łam, że przy­naj­mniej Mar­lenka nie ma wy­gó­ro­wa­nych am­bi­cji i ka­riera nie jest jej ce­lem w ży­ciu. Ja­sne, gdy efek­tem mo­ich wy­gó­ro­wa­nych am­bi­cji były pre­mie, dzięki któ­rym wy­jeż­dża­li­śmy na week­endy, urlopy, do spa czy na narty, to wcale mu nie prze­szka­dzało. No cóż. Nie za­mie­rza­łam stać na dro­dze do szczę­ścia mo­ich M&M’s, więc usłuż­nie spa­ko­wa­łam nie­do­szłego-by­łego na­rze­czo­nego i wy­sta­wi­łam jego rze­czy na ko­ry­tarz.

Tak się za­koń­czył mój pół­roczny zwią­zek. A ten gorzki fi­nał spra­wił, że ode­chciało mi się bu­do­wa­nia wła­snej ko­mórki spo­łecz­nej, po­prze­sta­łam na nie­zo­bo­wią­zu­ją­cych rand­kach, kaw­kach, wyj­ściach do kina i flir­cie na What­sAp­pie. Uzna­łam, że chyba nie jest mi pi­sane żyć w sta­dle i po­go­dzi­łam się z tym. W prze­ci­wień­stwie do mej ro­dzi­cielki, która, nie za­prze­staw­szy wy­rzu­tów, roz­sze­rzyła dzia­łal­ność i swoją ży­ciową mi­sją uczy­niła ze­swa­ta­nie mnie z kim­kol­wiek, by­leby tylko no­sił spodnie i chlu­bił się nie­pa­rzy­sto­ścią przed­ostat­niej cy­fry PE­SEL-u.

– Li­lianko, pa­mię­tasz pa­nią Ja­neczkę? Moją kraw­cową? Wy­obraź so­bie, że jej naj­star­szy syn Je­rzyk jest znowu wolny.

– A co? Wię­zili go ter­ro­ry­ści?

– Nie opo­wia­daj głu­pot. Je­rzyk ma do­brą pracę, miesz­ka­nie, sa­mo­chód, roz­wiódł się i szuka żony. Może po­szła­byś z nim do kina, na kawkę?

Z tego, co pa­mię­ta­łam, Je­rzyk miał metr pięć­dzie­siąt wzro­stu i do pięć­dzie­siątki w me­tryce też się szybko zbli­żał. Moja matka za­mie­rzała mnie za­bić, to pewne. Po­sta­no­wiła, że nie chce mieć już córki. Nie wi­dzia­łam in­nego wy­tłu­ma­cze­nia.

– Mamo, a może ty się z nim umó­wisz? Je­ste­ście pra­wie w tym sa­mym wieku. Tato na pewno się zgo­dzi.

– Je­steś okropna! Wal­dek, po­wiedz coś!

A mój sza­cowny oj­ciec, Wal­de­mar Ar­ci­szew­ski, mruk­nął coś nie­zro­zu­mia­łego, za­mknął knigę, któ­rej lek­tu­rze z lu­bo­ścią się od­da­wał, po­wstał z fo­tela i od­da­lił się w stronę ta­rasu. Wal­dek był mi­strzem rej­te­rady, a może mi­strzem stra­te­gii i me­dia­cji, gdyż to, że wy­trzy­mał ze swoją mał­żonką czter­dzie­ści lat, świad­czyło o jego nie­praw­do­po­dob­nych zdol­no­ściach. A może i o wiel­kiej mi­ło­ści? Nie wiem, ostat­nio ja­koś nam nie po dro­dze. To zna­czy mnie i tej wiel­kiej mi­ło­ści.

Wes­tchnę­łam. Nie wie­dzia­łam jesz­cze, że to prze­klęte M wła­śnie znowu za­czyna mnie prze­śla­do­wać.

H
Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki