Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł lub
0 zł
jeśli wykorzystasz 149 punktów Klubu Mola Książkowego
lub
0 zł
jeśli wykorzystasz 149 punktów Klubu Mola Książkowego
Możesz zamówić 2 tytuły w miesiącu bez dopłaty, wykorzystując punkty. Oferta dla wybranych użytkowników.
Możesz zamówić 2 tytuły w miesiącu bez dopłaty, wykorzystując punkty. Oferta dla wybranych użytkowników.
10 ZASAD i praktycznych kroków POWROTU NA RYNEK PRACY
Wywiady z KOBIETAMI, które opowiadają o swoich DOŚWIADCZENIACH ZAWODOWYCH
AUTOBIOGRAFICZNA opowieść HEADHUNTERKI
Czy utrata pracy to przekleństwo, czy prawdziwy dar od losu? Katarzyna Niezgoda na podstawie własnej historii pokazuje, jak przekształcić lata przerwy w karierze w swoje atuty. Książka dostarcza praktycznych wskazówek i wsparcia osobom wracającym do aktywności zawodowej.
Z książki dowiesz się:
·jak wykorzystać swoje doświadczenie, żeby sprostać współczesnym wyzwaniom,
·na czym polega problem „przezroczystości” kobiet w oczach pracodawców,
·jakich konkretnie narzędzi użyć przeciwko „przezroczystości” (checklista kluczowych kroków do ponownego zawodowego sukcesu),
·jak działać, by budować nową markę osobistą i świadomie wejść w kolejny etap kariery – z odwagą, kompetencjami i poczuciem własnej wartości,
·że wiek to atut, nie bariera – doświadczenie, lojalność i dojrzałość są cennymi zasobami.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 175
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Copyright © by Katarzyna Niezgoda 2026 Copyright © by TIME SA 2026
Wydawczyni: Natalia Gowin Redaktor kreatywny: Oskar Maya Redakcja: Renata Surmacz Korekta: Dominika Ładycka, Monika Kociuba / e-DYTOR Projekt graficzny okładki i stron tytułowych: Karolina Żmijewska Zdjęcie autorki na okładce: @Mona.Mil_Photography
Wydawca: TIME SA, ul. Jubilerska 10, 04-190 Warszawa
ISBN 978-83-8343-816-0 Warszawa 2026
Więcej o naszych autorach i książkach: facebook.com/hardewydawnictwo instagram.com/hardewydawnictwo tiktok.com/@harde.wydawnictwo
Dział sprzedaży i kontakt z czytelnikami: harde@grupazpr.pl
Wersję elektroniczną w systemie Zecer przygotowała Róża Rozaxa
Rozdział I
Po co w ogóle pracować?
Urodziłam się w niedzielę i nie mam wątpliwości, że ten konkretny dzień tygodnia w jakiś magiczny sposób definiuje to, kim jestem, jak funkcjonuję i jak patrzę na świat. Choć z perspektywy czasu uważam, że nadal nie nadszedł właściwy moment na spisanie autobiografii, to chcę przedstawić Wam kilka ciekawych, a czasami emocjonalnych faktów z mojego życia. To one stanowią fundament tej publikacji. Bez nich trudno byłoby zrozumieć, po co właściwie postanowiłam napisać tę książkę i dlaczego uważam, że mam prawo wskazywać innym, jak podnosić się po zawodowych zawirowaniach. Tak, przyznaję – jestem szczęściarą. Jednak to szczęście nigdy nie było darmowym prezentem od losu. Kluczem do wszystkiego, od samego początku, była absolutna, niemal organiczna samodzielność. Tego rzemiosła nauczyłam się w warunkach dość ekstremalnych, bo jeszcze w czasach licealnych. To wtedy, mając zaledwie szesnaście lat, na skutek skomplikowanej sytuacji rodzinnej, zamieszkałam zupełnie sama. Dzisiejszy czytelnik, patrząc na współczesne, chuchające na dzieci pokolenie, mógłby pomyśleć, że była to decyzja mocno nieodpowiedzialna, czy wręcz nawet szalona. Bo co nastoletnia dziewczyna może wiedzieć o prawdziwej niezależności, o płaceniu rachunków, o samotności w czterech ścianach i podejmowaniu decyzji, które ważą na całej przyszłości? Moją największą zbroją, która dała mi odwagę i pewność siebie, okazała się nauka. A mówiąc precyzyjniej: brutalna, systematyczna nauka języka angielskiego. Moja mama była w tej jednej, jedynej kwestii absolutnie nieugięta. To była chyba jedyna rzecz w całym moim dzieciństwie i młodości, której mi nigdy, pod żadnym pozorem nie odpuściła. Przez całą szkołę podstawową, trzy razy w tygodniu, przychodziła do mnie nauczycielka. To ona „piłowała” mnie z angielskiej gramatyki i fonetyki w sposób tak bezwzględny, że momentami szczerze nienawidziłam tych lekcji. Miałam serdecznie dość. Uczyłam się całych fraz i struktur językowych na pamięć, czasami wyłącznie mechanicznie – byle tylko zaliczyć partię materiału, mieć święty spokój i podziękować pani za lekcję. Po latach angielski stał się moją najsilniejszą kartą przetargową i największym atutem na raczkującym, drapieżnym rynku pracy nowej Polski.
Drugim niezwykle ważnym etapem mojego życia było liceum. I to jedno z najlepszych. Warszawski „Batory” – wtedy, a prawdopodobnie także i dzisiaj, to absolutny szczyt edukacyjnej hierarchii w stolicy. Trafiłam tam wprost w centrum tygla kulturowego i intelektualnego, pomiędzy niezwykle zdolne, potwornie oczytane i pewne siebie dzieciaki z tak zwanych dobrych domów. To specyficzne środowisko, choć towarzysko i emocjonalnie niezwykle trudne, ukształtowało mnie na całe życie. To właśnie w murach Batorego po raz pierwszy w życiu zderzyłam się z potężnym, paraliżującym stresem. Żyliśmy w realiach nieustannego, bezwzględnego konkursu wiedzy, elokwencji i towarzyskiej atrakcyjności. Napięcie w pewnym momencie przestało być przypadkową sytuacją – stało się moją codziennością. I jak się później okazało, miało mi towarzyszyć przez kolejne dekady zawodowej kariery.
Początki były jednak opłakane. W pierwszej klasie, nie mogąc odnaleźć się w nowym rygorze, zaliczyłam aż dwanaście dwój z języka rosyjskiego. Moje koleżanki, patrząc na to, co się ze mną dzieje, zaczęły mnie ostrzegać, że jeśli czegoś natychmiast nie zmienię, to z hukiem wylecę ze szkoły. Wtedy po raz pierwszy odezwał się mój podskórny gen: upór. Zacisnęłam zęby. Postanowiłam, że nie dam im tej satysfakcji. Poprawiłam każdą z tych dwunastu pał, nadrobiłam zaległości i ostatecznie zdałam maturę z całkiem niezłym, satysfakcjonującym wynikiem. To był moment zwrotny. Zrozumiałam, że dysponuję całkiem sporymi pokładami determinacji, ale chyba też realnego talentu do wychodzenia z najgłębszych kryzysów. Kiedy po zdaniu matury rozpoczęłam samodzielne życie we własnym mieszkaniu, paradoksalnie czułam wstyd. Ta moja wielka, dorosła niezależność nie była przecież efektem luksusu czy wyboru, ale wynikiem bolesnych zawirowań rodzinnych, o których nie za bardzo miałam ochotę opowiadać rówieśnikom. Po liceum, idąc za głosem ambicji, zdecydowałam się zdawać na Wydział Prawa Uniwersytetu Warszawskiego. Był to wówczas kierunek absolutnie najbardziej pożądany, prestiżowy i potwornie wymagający. Dostałam się. Jednak już na drugim roku studiów zrozumiałam, że jeśli chcę przetrwać i utrzymać status quo, muszę zacząć zarabiać. Miałam co prawda mieszkanie i samochód, ale te materialne atrybuty generowały comiesięczne, realne koszty, które zaczęły mnie przerastać. Wtedy moja najbliższa przyjaciółka usiadła naprzeciwko mnie i powiedziała słowa, które zmieniły wszystko:
– Kaśka, nie ma wyjścia. Musisz natychmiast iść do pracy!
Łatwo było powiedzieć, trudniej zrobić. Musiałam znaleźć zatrudnienie, które z jednej strony da mi prawdziwe, godziwe pieniądze, a z drugiej – nie zmusi mnie do rezygnacji z wymagających dziennych studiów prawniczych. Trzeba pamiętać, że wczesne lata dziewięćdziesiąte na polskim rynku pracy to była epoka niemal prehistoryczna z perspektywy dzisiejszego poszukującego pracy. Nie istniał internet, nikt nie słyszał o portalach rekrutacyjnych, a jedyną legalną bazą ofert była papierowa rubryka ogłoszeń w „Życiu Warszawy”. Ja jednak postanowiłam rozegrać to zupełnie inaczej, omijając tradycyjne pośrednictwo. Moje mieszkanie znajdowało się zaledwie trzy przecznice od nowo wybudowanego wieżowca hotelu Marriott – symbolu zachodniego luksusu i rodzącego się w bólach polskiego kapitalizmu. Pomyślałam pragmatycznie: taki kolos działa dwadzieścia cztery godziny na dobę, co pozwoli mi idealnie pogodzić nocne lub wieczorne zmiany z dziennym trybem wykładów i ćwiczeń na uniwersytecie. Zamiast pisać listy, po prostu przeszłam te trzy przecznice, weszłam do lobby i zaniosłam dokumenty bezpośrednio do działu kadr. Trafiłam idealnie w moment – hotel pilnie poszukiwał pracowników. Dzięki znajomości języka angielskiego zostałam przyjęta na stanowisko w dziale Guest Relations.
Mój grafik stał się dość napięty, żeby nie powiedzieć – morderczy. Pracowałam w systemie zmianowym, głównie od środy do niedzieli, zabezpieczając wszystkie możliwe święta państwowe i kościelne. Nowy Rok, Wigilia, Sylwester – podczas gdy moi rówieśnicy bawili się na imprezach lub spędzali czas z rodzinami, ja zakładałam hotelowy uniform i meldowałam się na stanowisku. Jak łatwo się domyślić, z taką dyspozycyjnością i brakiem życia prywatnego byłam dla amerykańskiego managementu pracownikiem niezwykle pożądanym, wręcz niezastąpionym.
To nie była prosta, mechaniczna praca kelnerki czy barmanki. To była szkoła amerykańskich standardów obsługi klienta, a czasem i dyplomacji. Odpowiadałam za kompleksową opiekę nad gośćmi z całego świata: rezerwacje luksusowych apartamentów, biletów lotniczych, organizację ekskluzywnych przyjęć czy realizację najbardziej ekscentrycznych zachcianek ludzi biznesu czy estrady. To były szalone, barwne czasy, w których uczyłam się czytać ludzi i poznawać strukturę pracy w zespole. Moim bezpośrednim przełożonym był rodowity Amerykanin, z którym musiałam przejść twardą, ostateczną rozmowę kwalifikacyjną. To, że przeszłam weryfikację u ludzi tej klasy, bez pomocy jakichkolwiek znajomości, na czystym spontanie i wierze we własne umiejętności, dało mi potężny zastrzyk zawodowej pewności siebie. W Marriotcie spędziłam kilkanaście miesięcy, aż wreszcie, będąc na trzecim roku studiów prawniczych, doszłam do wniosku:
– Kaśka, trzeba chyba dorosnąć. Czas najwyższy poszukać czegoś, co będzie realnie korespondowało z twoim przyszłym zawodem i wykształceniem.
I znowu, zamiast bezsensownie wertować prasę, postawiłam na metodę bezpośredniego uderzenia. Polska na początku lat dziewięćdziesiątych nie należała jeszcze do struktur Unii Europejskiej, ale w Warszawie prężnie działała już specjalna delegatura i Ambasada UE. Instytucja ta zatrudniała młodych, dynamicznych pracowników ukierunkowanych na bezpośrednie wspieranie polskiej administracji rządowej w trudnym procesie transformacji ustrojowej. Zostałam zrekrutowana do elitarnego, międzynarodowego programu pomocowego o nazwie OMEGA.
Nagle, jako studentka trzeciego roku prawa, z recepcyjnego kontuaru trafiłam wprost do wielkiego świata geopolityki. Pracowałam w gmachu Urzędu Rady Ministrów (URM), zlokalizowanym tuż obok gabinetu samego Premiera RP. To było doświadczenie absolutnie kosmiczne, oszałamiające i bezprecedensowe. W wieku dwudziestu jeden lat poznałam osobiście wszystkich najważniejszych polityków, ministrów i strategów kreujących nową Polskę. Co ciekawe, mój uniwersytecki dziekan pełnił wówczas funkcję ministra odpowiedzialnego za kluczową reformę administracji publicznej.
Wielokrotnie miałam sposobność siedzieć przy tym gigantycznym, dębowym stole w URM-ie, ramię w ramię z postaciami z pierwszych stron gazet. Moim oficjalnym zadaniem było sporządzanie drobiazgowych notatek, protokołowanie burzliwych obrad i koordynowanie przepływu dokumentów pomiędzy stroną polską a unijną. Jednak moją prawdziwą nagrodą była możliwość słuchania. Chłonęłam mechanizmy władzy, uczyłam się sztuki twardych negocjacji, obserwowałam, jak wielkie ego ściera się z pragmatyzmem. To był niesamowity, głęboki i pouczający czas.
W ramach tego programu zostałam również wysłana na specjalistyczne studia do Szkoły Administracji Publicznej w Dublinie. Przez niemal rok, z przerwami na pracę w Warszawie, latałam do Irlandii, gdzie studiowałam nowoczesne systemy zarządzania zasobami ludzkimi. To właśnie tam, w Dublinie, zainteresowałam się obszarem HR. Zrozumiałam, że nowoczesny biznes nie może istnieć bez profesjonalnego, strategicznego zarządzania ludźmi. Program OMEGA miał jednak z góry określone ramy czasowe oraz skończony budżet. Kiedy środki unijne zostały ostatecznie wydane, misja dobiegła końca. Pamiętam, że moja ostatnia pensja, wypłacana jeszcze w walucie ECU (poprzedniczce euro), wynosiła astronomiczną jak na tamte realia kwotę około 700 ECU. Dla studentki w Polsce lat dziewięćdziesiątych była to porażająca ilość gotówki, która pozwalała na samodzielne życie w Warszawie. Program się zamknął, a ja – bogatsza o międzynarodowe doświadczenie – musiałam natychmiast szukać kolejnej pracy.
Odpowiedziałam na jedno z prestiżowych ogłoszeń prasowych i tak rozpoczęła się moja wieloletnia przygoda z amerykańskim megakoncernem Johnson & Johnson. Trafiłam bezpośrednio do nowo tworzonego działu HR. Cały czas byłam czynną studentką prawa. Doskonale pamiętam miny moich znajomych z roku, którzy z autentyczną, podszytą lekką wyższością troską mówili mi, że na uniwersytecie bywam stanowczo za rzadko. Studia prawnicze wymagały przecież bezwzględnej obecności na ćwiczeniach i zdawania morderczych egzaminów, a ja całe dnie spędzałam w korporacyjnych biurach. Patrzyli na mnie jak na wariatkę, która marnuje potencjał naukowy dla pracy w bliżej nieokreślonym Human Resources. Myśleli zapewne, że moja studencka przygoda zakończy się spektakularnym skreśleniem z listy studentów. Trzeba jednak uczciwie przyznać, że w latach dziewięćdziesiątych rynek pracy był jeszcze całkowicie nienasycony. Jeśli ktoś był bystry, świetnie zorganizowany, potrafił logicznie myśleć i płynnie mówił po angielsku, mógł przebierać w ofertach. Dla Johnson & Johnson moją najlepszą, bezdyskusyjną rekomendacją okazał się fakt, że miałam już w swoim CV wpisaną inną amerykańską markę o żelaznych standardach – hotel Marriott. To otworzyło mi drzwi natychmiast. Gdy ogłosiłam światu, że zamierzam na poważnie związać swoją przyszłość z HR-em, moje uniwersyteckie otoczenie dosłownie wybuchło śmiechem i niedowierzaniem.
– Kaśka, ty chyba doszczętnie zwariowałaś! – słyszałam na uniwersyteckich korytarzach. – Kończysz prestiżowe prawo, żeby zostać nudną kadrową w korporacji? Będziesz przerzucać teczki osobowe i liczyć dni urlopowe? Co to za pomysł na życie?
Ja jednak widziałam w tym coś znacznie głębszego. W Johnson & Johnson po raz pierwszy zetknęłam się z amerykańską, nowoczesną filozofią zarządzania ludźmi. To była absolutna nowość na polskim rynku, gdzie dotychczas królował postkomunistyczny, siermiężny model Działu Kadr i Płac. Amerykanie pokazali mi coś fascynującego: holistyczne, głęboko przemyślane i oparte na elementach zaawansowanej psychologii podejście do pracownika. Cały cykl – od profesjonalnej rekrutacji, przez proces onboardingu, transparentny system ocen pracowniczych, budowanie ścieżek kariery, aż po systemy premiowe – był precyzyjnie zaprojektowaną machiną. W tamtych czasach nikt w polskich firmach nie rozmawiał z pracownikiem o jego satysfakcji, nikt nie robił transparentnych rekrutacji wewnętrznych. To była biznesowa rewolucja, a ja chłonęłam tę wiedzę z zapartym tchem. Spędziłam tam niesamowite cztery lata. W międzyczasie jednak, jak to w moim życiu bywa, los postanowił rzucić mi kolejne gigantyczne wyzwanie. Gdy zbliżał się koniec studiów, moje dwie najbliższe przyjaciółki z roku ogłosiły, że zaczynają morderczą naukę, bo zdają na aplikację sądową. Ja, wykończona pracą na pełen etat w korporacji, machnęłam ręką i powiedziałam:
– Dziewczyny, dajcie mi święty spokój. Ja ledwo żyję. Nie mam czasu ani siły na wkuwanie tysięcy stron kodeksów. Nie zamierzam zdawać na żadną aplikację.
Przyjaciółki okazały się jednak genialnie uparte. Jedna z nich, bez mojej wiedzy i zgody, skompletowała moje dokumenty i złożyła je w sekretariacie komisji egzaminacyjnej. Druga z kolei, w dniu egzaminu, przyjechała pod moje biuro samochodem, praktycznie siłą zapakowała mnie do środka i zawiozła na salę egzaminacyjną. Efekt był zaskakujący, przewrotny i też ironiczny, patrząc na to z punktu widzenia organizatorek całego przedsięwzięcia. Napisałam egzamin praktycznie z marszu, bez zarywania nocy, dostałam się na elitarną aplikację sądową bez najmniejszego problemu, w dodatku plasując się w czołówce wyników. Moje zdolne koleżanki po miesiącach przygotowań niestety odpadły i musiały szukać szczęścia na innych aplikacjach. Do dzisiaj jest dla mnie zagadką, jak to się stało. Gdy zobaczyłam swoje nazwisko na liście przyjętych, pomyślałam: „Skoro los dał mi taką szansę, nie mogę tego zmarnować. Muszę to skończyć”. Aplikacja sądowa wymagała jednak bezwzględnej, fizycznej obecności w sądzie przez dwa pełne dni w tygodniu. Stanęłam przed logistycznym koszmarem: musiałam utrzymać wymagający, odpowiedzialny etat w Johnson & Johnson, realizować cele biznesowe, a jednocześnie przez dwa dni w tygodniu zakładać elegancki strój i terminować na sali sądowej u boku sędziów. Do dziś mam gigantyczny szacunek dla managementu J&J, że wykazali się tak niesamowitą elastycznością i wyrazili na to zgodę. Moje życie zamieniło się w rollercoaster – odrabiałam korporacyjne godziny nocami i w weekendy, pisząc raporty przy biurku, gdy miasto dawno już spało.
Po skończeniu aplikacji usiadłam w ławie sądowej i doznałam nagłego olśnienia: to absolutnie nie jest zajęcie dla mnie. Rygorystyczny, skostniały i hierarchiczny świat sądownictwa potwornie mnie uwierał. Byłam już zbyt mocno przesiąknięta dynamiczną, elastyczną i nowoczesną kulturą zachodniego biznesu. Tylko uśmiechnęłam się pod nosem, spakowałam swoje rzeczy i pomyślałam: „Rany boskie, mam nadzieję, że nie będę tego żałować”.
Wiedziałam doskonale, że jeśli chcę robić w życiu rzeczy naprawdę wielkie i przełomowe, muszę w końcu opuścić bezpieczne, uporządkowane struktury i poszukać organizacji o znacznie większej skali rażenia. Moim kolejnym portem stał się szwajcarski gigant Nestlé – największy koncern spożywczy na świecie. Koncern-moloch, zatrudniający globalnie setki tysięcy ludzi, posiadający setki fabryk i produkujący absolutnie wszystko: od karmy dla zwierząt, przez suplementy diety, słynne słoiczki dla dzieci Gerber, aż po specjalistyczne jedzenie kliniczne dla szpitali. Nestlé weszło na rynek polski jako jeden z ostatnich wielkich, globalnych graczy, ale zrobiło to z rozmachem. Kupili od razu trzy gigantyczne, państwowe zakłady produkcyjne: kultową fabrykę kawy i odżywek w Winiarach, zakłady Goplany oraz mleczarnię w Słupsku. Gdy przekroczyłam próg tej firmy, otrzymałam nominację na Dyrektora ds. HR na całą Polskę.
Nagle pod moimi skrzydłami znalazła się organizacja licząca ponad cztery tysiące pracowników, rozproszona po pięciu potężnych, skomplikowanych technologicznie zakładach produkcyjnych. Moje dotychczasowe, korporacyjne doświadczenie z J&J, choć solidne, okazało się ułamkiem tego, z czym musiałam się teraz zmierzyć. W Nestlé zabawa w „nowoczesny HR” skończyła się w ułamku sekundy. Tu zaczęła się prawdziwa walka na pierwszej linii frontu. Zderzyłam się z potężnymi, zakorzenionymi w poprzedniej epoce związkami zawodowymi, które patrzyły na młodą dziewczynę z Warszawy z jawną wrogością i niezrozumieniem. Doskonale pamiętam swój pierwszy tydzień pracy. Do mojego nowego gabinetu wszedł starszy, doświadczony członek zarządu. Rzucił na moje biurko grubą, skomplikowaną prezentację strategiczną, naszpikowaną tabelami finansowymi i wykresami efektywności produkcji, po czym powiedział protekcjonalnym tonem:
– Tutaj są moje drobne uwagi i wytyczne. Prosiłbym, żeby pani to przeanalizowała i przygotowała na jutrzejsze posiedzenie zarządu swoją pierwszą, autorską prezentację strategiczną. W końcu jest pani teraz szefową HR.
Gdy zamknął drzwi, poczułam, jak oblewa mnie zimny pot. Prawda była taka, że nigdy w życiu nie napisałam i nie przygotowałam samodzielnie tak potężnej, strategicznej prezentacji biznesowej dla zarządu międzynarodowego molocha! Byłam w tej konkretnej materii absolutnie zielona. Moja wiedza teoretyczna miała się nijak do brutalnej praktyki produkcyjnej. Wróciłam wieczorem do swojego warszawskiego mieszkania, rzuciłam papiery na stół i zwołałam domowy „sztab kryzysowy”. Moje przyjaciółki i znajomi siedzieli ze mną do czwartej rano, pomagając mi formatować slajdy, tłumaczyć niszowe wskaźniki i układać logiczny, biznesowy przekaz.
– Ogarnijmy to razem, błagam, bo jutro mnie tam publicznie ukrzyżują! – krzyczałam w desperacji.
Ta mordercza premiera kosztowała mnie kilka kilogramów wagi i gigantyczny ubytek zdrowia psychicznego, ale dałam radę. Przetrwałam. Co więcej, przeprowadziłam tę prezentację z twardą, popartą prawniczym wykształceniem pewnością siebie, aż szwajcarscy właściciele zaniemówili z wrażenia. Po zaledwie sześciu miesiącach od tego wydarzenia, jako dwudziestoośmiolatka, zostałam oficjalnie powołana w skład ścisłego Zarządu Nestlé Polska. Od tamtego momentu poczułam, że jestem częścią tej organizacji.
W Nestlé starałam się wprowadzić „proludzki” model zarządzania. Moja filozofia była prosta: okej, wymagamy od ludzi morderczej pracy, zostawania po godzinach i osiągania kosmicznych wyników, ale w zamian musimy dać im maksymalne, bezprecedensowe wsparcie, szacunek i najlepsze możliwe benefity. Związkowcy, choć początkowo byli partnerami nieco trudnymi, agresywnymi i nieufnymi, z czasem zaczęli dostrzegać we mnie partnera, a nie wroga. Nigdy nie zapomnę dnia mojego pożegnania z Nestlé, gdy miałam trzydzieści jeden lat. Przedstawiciele niezależnych związków zawodowych zjechali się z całej Polski do Warszawy, weszli do biura i wręczyli mi gigantyczne, najpiękniejsze bukiety kwiatów, jakie kiedykolwiek dostałam. Jeden z nich, twardy facet z fabryki w Winiarach, powiedział wtedy z autentycznym żalem:
– Szkoda, wielka szkoda, że pani odchodzi, pani Kasiu. Bo z panią, choć była pani twarda jak głaz, to przynajmniej zawsze można się było po ludzku, uczciwie dogadać.
To był dla mnie największy, najbardziej wzruszający dowód uznania. Udowodniłam, że nawet w potężnym, korporacyjnym molochu można i trzeba zachować ludzką twarz i absolutną transparentność komunikacji.
Za moich czasów w Nestlé wprowadziliśmy bogaty, szwajcarski system szkoleń. Spędziłam wiele tygodni w przepięknym, globalnym centrum szkoleniowym Nestlé zlokalizowanym nad samym jeziorem w Szwajcarii, studiując zaawansowane moduły menedżerskie we współpracy z elitarną uczelnią INSEAD. Organizowałam wyjazdy integracyjne i przyjęcia świąteczne, o których pracownicy rozmawiali przez kolejny rok. Gdy załoga mówiła: „Marzy nam się, żeby na wigilii firmowej zaśpiewała Maryla Rodowicz”, odpowiadałam krótko: „Chcecie Marylę? Będziecie mieli Marylę”. Tworzyłam społeczność, a nie tylko suchą strukturę etatów.
Gdy skończyłam trzydzieści jeden lat, w moim telefonie odezwał się głos jednego z najbardziej renomowanych headhunterów w kraju.
– Pani Katarzyno, mam dla pani ofertę życia. Wielki projekt w sektorze bankowym – usłyszałam.
Moja pierwsza reakcja była odmowna. W Nestlé miałam status gwiazdy, dobre zarobki i absolutny komfort pracy.
– Nigdzie się nie ruszam, jest mi tu idealnie – ucięłam rozmowę.
Headhunter nie odpuszczał:
– A gdyby to był zupełnie inny, fascynujący sektor, który właśnie przechodzi historyczną rewolucję?
To mnie zaintrygowało. Na przełomie wieków polski sektor bankowy przypominał pole bitwy. Dawny, potężny, państwowy Narodowy Bank Polski został podzielony na szereg mniejszych podmiotów regionalnych (Bank Pomorski, Zachodni, BPH itd.), które sukcesywnie prywatyzowano i łączono z kapitałem zagranicznym. Trafiłam w sam środek gigantycznego, międzynarodowego procesu: fuzji Banku PBK (kontrolowanego przez Niemców z HypoVereinsbank) oraz Banku BPH (należącego do Austriaków z Bank Austria). Co ciekawe, w trakcie tego procesu Niemcy kupili Austriaków na poziomie globalnym, co wywołało totalny chaos decyzyjny i walkę o strefy wpływów w Europie Wschodniej.
Proces mojej rekrutacji trwał ponad sześć miesięcy. Przeszłam przez szesnaście etapów rozmów kwalifikacyjnych. Latałam na zmianę do Monachium i Wiednia, a harmonogram był tak napięty, że lądowałam we Frankfurcie pierwszym porannym samolotem o siódmej, przechodziłam wielogodzinny magiel przed zagranicznym komitetem, po czym wracałam do Warszawy, by o dziesiątej rano siedzieć przy swoim biurku w Nestlé. To było wycieńczające fizycznie i psychicznie. Podczas rekrutacji uparłam się na jeden warunek: wchodzę wyłącznie do ścisłego zarządu banku jako członek zarządu ds. HR. Austriacy i Niemcy kręcili nosami, ale byłam tak nieugięta, że w końcu skapitulowali. O kwestie finansowe nawet nie pytałam – byłam tak pochłonięta skalą wyzwania, że zapomniałam wynegocjować stawkę. Gdy przysłano mi kontrakt, okazało się, że z marszu dali mi dwukrotność moich i tak niezłych zarobków z Nestlé, dorzucając luksusowy pakiet benefitów i opcji na akcje.
Mój dawny szef i mentor z czasów J&J zadzwonił do mnie tuż przed moim pierwszym dniem w banku:
– Kasia, powiedz mi szczerze, czy ty poznałaś już osobiście swojego polskiego prezesa, z którym będziesz pracować w zarządzie?
– Nie, jeszcze nie miałam okazji – odpowiedziałam.
– O rany… To bardzo niedobrze. Zadzwoń do niego natychmiast i umów się na lunch przed oficjalnym wejściem do firmy – skwitował z niepokojem.
To były święte słowa. Spotkaliśmy się na lunchu w ekskluzywnej warszawskiej restauracji. Prezes, stary wyjadacz polskiego sektora finansowego, usiadł naprzeciwko mnie, zmierzył mnie lodowatym, krytycznym wzrokiem i bez żadnych wstępów rzucił:
– Czy ty w ogóle masz świadomość, dziewczyno, że ten pociąg bankowy jest już maksymalnie rozpędzony i jedzie z kosmiczną prędkością? Podpisałaś już umowę z właścicielami?
– Tak, podpisałam – odpowiedziałam spokojnie.
– No to powiem ci jedno: albo zdołasz wskoczyć do tego pociągu w biegu, albo z hukiem wpadniesz pod tory. Witamy w banku.
To było jego oficjalne powitanie. Nasza relacja od początku była podręcznikowym przykładem szorstkiej, męskiej miłości biznesowej. Wyzwanie, jakie przede mną postawiono, było z tych powodujących dreszcz emocji i jednocześnie lęk przed niepowodzeniem. Miałam pod sobą kilkutysięczną strukturę HR, a moim głównym celem biznesowym, zapisanym w kontrakcie, było dostarczenie tak zwanych synergii pofuzyjnych na poziomie minimum 100 milionów euro oszczędności rocznie. Gdy międzynarodowi konsultanci przynieśli mi do podpisu pierwsze plany budżetowe, spojrzałam na te miliardowe tabelki i powiedziałam wprost do zagranicznego audytora:
– Słuchaj, widzę te cyfry, ale nie mam zielonego pojęcia, co realnie kryje się w tych poszczególnych pozycjach.
On spojrzał na mnie i odpowiedział chłodno:
– To twoje zadanie, żeby to sprawdzić, podpisać własnym nazwiskiem i dowieźć. Masz na to dwa lata.
Fuzja oznaczała piekło operacyjne. Łączyliśmy dwie potężne centrale: krakowską i warszawską. Antagonizmy regionalne były gigantyczne. W nowo powstałej strukturze mieliśmy nagle dwóch dyrektorów marketingu, dwóch dyrektorów IT, dwóch dyrektorów ds. ryzyka – a zostać mógł tylko jeden. Musiałam zaprojektować i przeprowadzić proces oceny kompetencji, który pozwolił bezkrwawo wyłonić nową kadrę zarządzającą, a odrzuconych zwolnić, wypłacając im potężne odprawy. Te odprawy musiałam osobiście, po nocach, negocjować z kilkunastoma agresywnymi związkami zawodowymi. W ciągu zaledwie dwóch lat zrealizowałam cel: dostarczyłam właścicielom obiecane 100 milionów euro synergii. Ceną było jednak zwolnienie aż 7 tysięcy pracowników. Równolegle, z uwagi na całkowitą cyfryzację procesów, trzeba było zrekrutować i zatrudnić 3 tysiące nowych ludzi o kompletnie innych, cyfrowych kwalifikacjach. To był kolejny rollercoaster. Podczas gdy pracowałam po dwadzieścia godzin dziennie, wewnątrz struktur banku trwała permanentna wojna podjazdowa. Moi koledzy z zarządu nieustannie kwestionowali moją pozycję. Przyszłam z nowoczesnego świata korporacji, by ciężko pracować i budować biznes – oni z kolei uprawiali permanentną politykę, pilnowali swoich stołków i budowali lokalne autonomie. Ale byli tacy, którzy przyjeżdżając do Polski, mieli misję uczyć i pomagać.
Najgorszy moment nastąpił, gdy na poziomie globalnym do gry wszedł włoski gigant UniCredit, który był już właścicielem konkurencyjnego Banku Pekao SA i przejął niemiecki bank, do którego należało nasze BPH. Gdyby Pekao w całości wchłonęło BPH, powstałby gigant większy niż państwowe PKO BP.
Stało się inaczej, Bank BPH został podzielony. Podział ten oznaczał konieczność precyzyjnego rozdzielenia setek tysięcy klientów, oddziałów i systemów, ale przede wszystkim – żywych ludzi. Musieliśmy podjąć decyzję, który pracownik idzie do „małego”, a który do „dużego” banku. W centrali wybuchła panika. Pamiętam posiedzenie zarządu, na którym siedziałam jako jedyna kobieta, otoczona kilkunastoma krzyczącymi na siebie facetami. Wszyscy przekrzykiwali się przez mikrofony (posiedzenia były oficjalnie nagrywane i protokołowane przez sztab ludzi przypominający posiedzenia Rady Ministrów). Każdy miał swój genialny plan podziału. W pewnym momencie nie wytrzymałam. Wstałam i powiedziałam do nich:
– Panowie, albo zrobicie ten podział po swojemu i utkniecie w tym chaosie na kolejne dwa lata, albo zrobicie to dokładnie po mojemu i skończymy proces w trzy miesiące.
Mój plan zakładał twardy, administracyjny podział bez dawania ludziom złudnego wyboru, który generowałby tylko procesowe piekło.
– Kaśka, to było najmądrzejsze i najbardziej genialne posunięcie, jakie można było wtedy wykonać – przyznali mi po latach ci sami faceci, którzy początkowo chcieli mnie zjeść.
Moja silna, bezkompromisowa pozycja w zarządzie budziła jednak gigantyczną frustrację polskiego establishmentu bankowego. Pojawił się patriarchalny mit: „Jak ta młoda laska, która nie ma pojęcia o klasycznej bankowości detalicznej i ryzyku kredytowym, może decydować o losach tysięcy bankierów?”. Nie rozumieli, że ja wraz z moim zespołem zarządzałam strukturą HR jak samodzielnym, potężnym biznesem. Obrandowałam wszystkie nasze programy szkoleniowe, stworzyłam elitarną Akademię Ambitnych (którą złośliwie w kuluarach nazywano AA), wprowadziłam jako pierwsza w Polsce gigantyczny, zautomatyzowany system SAP HR, likwidując tradycyjne, papierowe kadry. Wprowadziłam rewolucyjną zasadę, że zwykły pracownik z placówki w Ciechanowie mógł dwa razy w roku sam, za pomocą wewnętrznego intranetu, zapisać się na dowolne, drogie szkolenie kompetencyjne, całkowicie omijając widzimisię swojego lokalnego dyrektora. Wybuchła wtedy potężna awantura – regionalni szefowie krzyczeli, że odbieram im podstawowe narzędzia władzy i tresury pracowników. Ja jednak wiedziałam, że buduję nowoczesną organizację.
Związkowcy nie dawali za wygraną. Gdy w ramach restrukturyzacji zdecydowałam o wypowiedzeniu starego, postkomunistycznego układu zbiorowego (który gwarantował absurdalne podwyżki automatyczne na poziomie inflacja plus 2% niezależnie od wyników), związki zawodowe rozpoczęły regularną wojnę totalną. Zaczęli masowo, seryjnie składać na mnie donosy na policję, zarzucając mi rzekome łamanie praw pracowniczych i związkowych. Chodziłam na przesłuchania na komendę policji tak regularnie, że dyżurni znali mnie już osobiście z imienia i nazwiska. To była mordercza gra psychologiczna.
Gdy fuzja z Pekao SA dobiegła końca, ówczesny prezes postanowił ostatecznie pozbyć się mnie z nowej struktury.
Upadek z tak wysokiego konia, jakim jest stanowisko w ścisłym top managemencie globalnej grupy finansowej, zatrudniającej 260 tysięcy ludzi na całym świecie (gdzie należałam do elitarnego grona stu najważniejszych menedżerów całej grupy), był doświadczeniem granicznym. Przez długie miesiące uczyłam się na nowo oddychać bez telefonu komórkowego, który wcześniej dzwonił co trzydzieści sekund.
Gdy wreszcie stanęłam na nogi, los postanowił rzucić mnie w realia całkowicie odmienne – otrzymałam propozycję objęcia stanowiska prezesa zarządu luksusowej marki modowej. Pomyślałam: „Dlaczego nie? Znam się na zarządzaniu, znam się na strukturach, a świat mody potrzebuje twardej, biznesowej ręki”.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
