Imperium bólu. Baronowie przemysłu farmaceutycznego - Patrick Radden Keefe - ebook + audiobook

Imperium bólu. Baronowie przemysłu farmaceutycznego ebook i audiobook

Patrick Radden Keefe

4,7

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

100 osób interesuje się tą książką

Opis

Bracia Arthur, Raymond i Mortimer Sacklerowie w ciągu kilku dekad zbudowali imperium. Niczym Medyceusze obejmowali mecenatem artystów, a setki milionów dolarów przeznaczali na filantropię. Najstarszy stał za sukcesem Valium i komercjalizacją rynku farmaceutycznego. Braciom podarował firmę Purdue Frederick – zbili na niej fortunę, lecz na zawsze pogrzebali dobre imię Sacklerów.

Majątek rodziny szacowano na miliardy dolarów, ale niepohamowana rządza bogactwa pchnęła ich dalej: do intratnego sektora leków opioidowych. Arthur i Mortimer chcieli, by ich produkt był czymś więcej niż tylko specjalistycznym środkiem stosowanym w opiece paliatywnej. Miał przynieść ulgę rzeszom zwykłych Amerykanów cierpiących na pospolite bóle. Swój lek – OxyContin – reklamowali jako bezpieczną alternatywę dla morfiny. W rzeczywistości jego główny składnik – oksykodon – był od niej dwa razy silniejszy, o czym doskonale wiedzieli. Agresywna strategia marketingowa w ciągu kilkunastu lat doprowadziła do tragedii – setki tysięcy Amerykanów uzależniło się od opioidów, a śmierć z powodu przedawkowania była jedną z głównych przyczyn zgonów w USA. Sacklerowie uparcie powtarzali, że problem nie leży w leku, tylko w jego użytkownikach.

„Odchodząc, należy zostawić świat w lepszym stanie, niż ten, w jakim go zastaliśmy” – zwykł mówić Arthur Sackler. Wybitny reporter Patrick Radden Keefe przedstawia historię rodziny, która z rzekomej troski o pacjentów uczyniła listek figowy dla swojej zachłanności. Imperium bólu to porażająca opowieść o ambicji i filantropii, o zbrodniach i bezkarności. O korumpowaniu publicznych instytucji, o chciwości i władzy. To także historia stulecia amerykańskiego kapitalizmu i świata, w którym pieniądz i sława wygrywają z etyką i człowieczeństwem.

„W ciągu ostatnich dwóch dziesięcioleci na skutek epidemii opioidowej zmarło prawie pół miliona Amerykanów. Wielu ich bliskich, a także wielu aktywistów i ekspertów w dziedzinie zdrowia publicznego uważa, że pewna niezwykle bogata, niezwykle sławna rodzina w znacznym stopniu przyczyniła się do tego kryzysu, lecz nigdy nie została za to ukarana. „Imperium bólu”, szokująca książka reportera Paricka Raddena Keefe’a, to próba wymierzenia sprawiedliwości i wykazania winnych. To saga o aroganckiej, chciwej dynastii, obojętnej na cierpienia niezliczonych ludzi. […] Keefe zgromadził masę dowodów i prezentuje je z prokuratorską precyzją. […] Z niezwykłą zręcznością prowadzi narrację i wyśmienicie kreśli portrety poszczególnych bohaterów.” Jonathan Cohn, „The Washington Post”

„Kawał reporterskiej roboty, trzymająca w napięciu książka o rodzinie Sacklerów, właścicielach firmy Purdue Pharma, która w latach dziewięćdziesiątych wypuściła na rynek OxyContin, opioid odpowiedzialny za epidemię uzależnień i zgonów w Stanach Zjednoczonych. W odróżnieniu od poprzednich książek poświęconych kryzysowi opioidowemu „Imperium bólu” poświęcone jest bogatej, ambitnej i bezlitosnej rodzinie, która zawdzięcza fortunę środkom przeciwbólowym. Keefe tworzy wielki amerykański moralitet. Opowiada o chciwości ukrywanej pod płaszczykiem ostentacyjnej działalności filantropijnej.” „Time”, rekomendacja towarzysząca przyznaniu tytułu jednej z najlepszych książek 2021 roku

„Prawdziwa tragedia w wielu aktach. Historia rodziny, która straciła oderwała się od rzeczywistości i straciła kompas moralny. „Imperium bólu” to książka pisana z powieściowym rozmachem, reportaż mogący się równać z „Sagą rodu Forsyte’ów”, osadzony w realiach branży farmaceutycznej, wartki i pasjonujący.” David M. Shribman, „The Boston Globe”

„Wciągająca (i często oburzająca) opowieść o ambicji, skrywanych tajemnicach i ludziach, którzy wierzą we własne kłamstwa. […] Keefe zręcznie prowadzi nas przez gąszcz rodzinnych intryg. […] Nawet kiedy relacjonuje najpodlejsze epizody, zachowuje spokój i godną podziwu powściągliwość. Pozwala, aby fakty, które odtworzył dzięki żmudnej reporterskiej pracy, mówiły same za siebie. W ten sposób potępienie wybrzmiewa jeszcze dobitniej.” Jennifer Szalai, „The New York Times”

„Historia, jak z serialu „Sukcesja”, tyle że wszystko wydarzyło się naprawdę i zakończyło się tragedią. […] Mistrzowski reportaż.” Laura Miller, „Slate”

„Ta książka sprawia, że krew się burzy. […] Wstrząsający obraz rodziny opanowanej przez chciwość, niezdolnej wziąć na siebie choćby cząstki odpowiedzialności ani nawet okazać współczucia z powodu nieszczęść, które spowodowała. […] Wciągający, oburzający reportaż.” John Carreyrou, „The New York Times Book Review”

„Niezmordowany dziennikarz śledczy Patrick Radden Keefe napisał arcyciekawą biografię, będącą zarazem wstrząsającym aktem oskarżenia rodziny Sacklerów. Pokazał, że nie obchodziło ich nic oprócz władzy i przywilejów. Dzięki talentowi Keefe’a saga rodzinna staje się aktem oskarżenia, budzącą słuszny gniew opowieścią o tym, co dzieje się, gdy obsesja na punkcie zysków łączy się z brakiem skrupułów i lekceważeniem ludzkiego życia i zdrowia.” Carol Haggas, „Booklist”

„Brutalna rozprawa z kolejnymi pokoleniami Sacklerów. […] Keefe pozwala nam ujrzeć ich historię z szerokiej perspektywy, przywołuje bowiem postać Arthura Sacklera, ambitnego rodzinnego patriarchy, który jako pierwszy zastosował bezwzględne środki, byle tylko osiągnąć cel. […] Jego życie mogłoby stanowić wzorcową opowieść o amerykańskim marzeniu, gdyby nie to, że działania Sacklera przyczyniły się ostatecznie do trwającej po dziś dzień ogólnokrajowej tragedii.” Brian Mann, National Public Radio

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 907

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 22 godz. 3 min

Lektor: Grzegorz Woś

Oceny
4,7 (295 ocen)
232
47
15
1
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
werolska

Nie oderwiesz się od lektury

Obiektywnie niezwykle rzetelna, wyczerpująca rzecz. Subiektywnie - aż za dużo szczegółów momentami. Ale jeśli kogoś temat interesuje, to bardzo warto!
20
DeeBee06

Nie oderwiesz się od lektury

Bardzo ciekawa i wymagająca ogromu pracy autora. warto się zapoznać
20
Joanna19821106

Nie oderwiesz się od lektury

Świetna! O kryzysie opioidowym opowiada w formie sagi rodzinnej. Bliskie spojrzenie na amerykańskie elity i system opieki zdrowotnej
20
Cherrykwan

Nie oderwiesz się od lektury

Oficjalnie moge stwierdzic ze to najlepsza ksiazka jaka przeczytalam w tym roku. Reportaz ktory wciaga tak bardzo ze nie jestes w stanie sie oderwac nawet na sekunde
20
Wolszczanka

Nie oderwiesz się od lektury

świetna książka. ogromny research
10

Popularność




SERIA AMERYKAŃSKA

Legs McNeil Gillian McCain Please kill me. Punkowa historia punka (wyd. 2)

Magdalena Rittenhouse Nowy Jork. Od Mannahatty do Ground Zero (wyd. 2 zmienione)

Rachel Louise Snyder Śladów pobicia brak. W pułapce przemocy domowej

Jon Krakauer Wszystko za życie

Ewa Winnicka Greenpoint. Kroniki Małej Polski

Paul Theroux Głębokie Południe. Cztery pory roku na głuchej prowincji (wyd. 2)

Lawrence Wright Szatan w naszym domu. Kulisy śledztwa w sprawie przemocy rytualnej

Geert Mak Śladami Steinbecka. W poszukiwaniu Ameryki (wyd. 2)

Timothy Egan Brudne lata trzydzieste. Opowieść o wielkich burzach pyłowych

Charlie LeDuff Shitshow! Ameryka się sypie, a oglądalność szybuje (wyd. 2)

Alex Kotlowitz Amerykańskie lato. Depesze z ulic Chicago (wyd. 2)

Piotr Jagielski Święta tradycja, własny głos. Opowieści o amerykańskim jazzie

Jan Błaszczak The Dom. Nowojorska bohema na polskim Lower East Side (wyd. 2)

Woody Guthrie To jest wasz kraj, to jest mój kraj

Lawrence Wright Wyniosłe wieże. Al-Kaida i atak na Amerykę (wyd. 2 zmienione)

Sara Marcus Do przodu, dziewczyny! Prawdziwa historia rewolucji Riot Grrrl

Nick Bilton Król darknetu. Polowanie na genialnego cyberprzestępcę (wyd. 2)

Nicholas Griffin Miami 1980. Rok niebezpiecznych dni

Nicholas D. Kristof Sheryl WuDunn Biedni w bogatym kraju. Przebudzenie z amerykańskiego snu

Richard Grant Najgłębsze Południe. Opowieści z Natchez, Missisipi

Lawrence Wright Droga do wyzwolenia. Scjentologia, Hollywood i pułapki wiary (wyd. 2)

Sam Quinones Dreamland. Opiatowa epidemia w USA (wyd. 3)

Rosecrans Baldwin Los Angeles. Miasto-państwo w siedmiu lekcjach

Alex Marzano-Lesnevich Pamięć ciała. Przemoc seksualna, morderstwo i kara

William S. Burroughs Jack Kerouac A hipopotamy żywcem się ugotowały (wyd. 2)

Robert Kolker W ciemnej dolinie. Rodzinna tragedia i tajemnica schizofrenii (wyd. 2)

Bob Drury Tom Calvin Serce wszystkiego, co istnieje. Nieznana historia Czerwonej Chmury, wodza Siuksów (wyd. 3)

Jon Krakauer Pod sztandarem nieba. Wiara, która zabija (wyd. 2)

Olivia Laing Miasto zwane samotnością. O Nowym Jorku i artystach osobnych

Jenn Shapland Moja autobiografia Carson McCullers

Charlie LeDuff Praca i inne grzechy. Prawdziwe życie nowojorczyków (wyd. 2)

Patti Smith Pociąg linii M (wyd. 2)

Harry Crews O mułach i ludziach. Dzieciństwo w Georgii

Patti Smith Poniedziałkowe dzieci (wyd. 3)

John Bloom Jim Atkinson Bardzo spokojna okolica. Zbrodnia w Teksasie

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Tytuł oryginału angielskiego Empire of Pain. The Secret History of the Sackler Dynasty

Projekt okładki Agnieszka Pasierska

Projekt typograficzny i redakcja techniczna Robert Oleś

Fotografia na okładce © Erik McGregor / LightRocket / Getty Images

Copyright © 2021 by Patrick Radden Keefe

All rights reserved

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Czarne, 2023

Copyright © for the Polish translation by Jan Dzierzgowski, 2023

Opieka redakcyjna Jakub Bożek

Konsultacja merytoryczna dr hab. Ewa Gmurzyńska

Redakcja Krystyna Podhajska

Korekta Anna Bogacz / d2d.pl, Anna Zygmanowska / d2d.pl

Skład Robert Oleś

Konwersja i produkcja e-booka: d2d.pl

ISBN 978-83-8191-743-8

WYDAWNICTWO CZARNE sp. z o.o.

czarne.com.pl

Wydawnictwo Czarne

@wydawnictwoczarne

Wołowiec 2023

Wydanie I

Beatrice i Tristramowi,

a także wszystkim, którzy stracili kogoś z powodu kryzysu opioidowego

Chętnie kpimy z zabobonności i tchórzostwa średniowiecznych baronów, którzy sądzili, że jeśli przekażą trochę ziemi Kościołowi, wszystkie ich rabunki i gwałty pójdą w zapomnienie; współcześni kapitaliści stosują podobne środki, z tą wszakże różnicą, że pamięć o rozbojach, których się dopuszczają, naprawdę ulega wymazywaniu.

Gilbert K. Chesterton, 1909

Doctor, please, some more of these.

The Rolling Stones, 1966

PrologPierwotna przyczyna

Nowojorska siedziba główna międzynarodowej kancelarii prawniczej Debevoise & Plimpton zajmuje dziesięć pięter eleganckiego czarnego biurowca rosnącego w gaju drapaczy chmur pośrodku Manhattanu. Kancelaria została założona w 1931 roku przez dwóch przedstawicieli prawniczej elity, uciekinierów z pewnej szacownej firmy z Wall Street. Wkrótce Debevoise również zyskała poważanie, rozrastała się przez dziesięciolecia, przeistoczyła w globalnego kolosa zatrudniającego ośmiuset prawników, mogącego się pochwalić miliardem dolarów rocznego przychodu1 oraz tym, że z jego usług korzystają najbogatsi, topowi klienci. Dawno temu w siedzibie firmy dominowały zapewne wytworne dąb i skóra, ale dziś próżno ich szukać. Wnętrza urządzono w banalnych kolorach typowych dla współczesnych korpo: mamy tu szorstką wykładzinę w korytarzach, sale konferencyjne przypominające wielkie akwaria oraz biurka, przy których pracuje się na stojąco. W XX wieku władza była ostentacyjna; w wieku XXI prawdziwą władzę najłatwiej rozpoznać po tym, że próbuje nie rzucać się w oczy.

Chmury przesuwające się po niebie odbijały się w czarnym szkle wieżowca, wiosenny ranek 2019 roku był chłodny i pogodny. Mary Jo White weszła do budynku, wsiadła do windy i wybrała jedno z pięter zajmowanych przez Debevoise2. Odnalazła właściwą salę konferencyjną, usiadła i przez chwilę chłonęła panującą tu atmosferę cichego napięcia. Miała siedemdziesiąt jeden lat i niewiele ponad metr pięćdziesiąt wzrostu, bardzo krótkie brązowe włosy i małe oczy przesłonięte ciężkimi powiekami. Jej wygląd znakomicie obrazował zasadę, że władza powinna być dyskretna. Z reguły wypowiadała się w sposób brutalnie szczery i bezpretensjonalny. Jako adwokatka specjalizująca się w zwalczaniu pozwów budziła prawdziwy postrach: czasami żartowała, że jest ekspertką od wielkich firm, które narobiły „wielkiego bałaganu”3. Jej usługi sporo kosztowały, ale jeśli miało się dużo pieniędzy i zarazem duże kłopoty, warto było zapłacić.

Dawniej przez niemal dziesięć lat pracowała jako prokurator federalna w okręgu Nowy Jork Południe. To ona postawiła przed sądem sprawców zorganizowanego w 1993 roku zamachu bombowego na World Trade Center. Barack Obama powierzył jej kierowanie Komisją Papierów Wartościowych i Giełd. Ilekroć odchodziła z sektora publicznego, zawsze wracała do Debevoise. Dołączyła do firmy jako młoda adwokatka, została drugą w historii kobietą, którą włączono do grona wspólników. Reprezentowała potężnych graczy: z jej usług korzystały Verizon, JP Morgan, General Electric, NFL4.

W sali konferencyjnej roiło się od prawników nie tylko z Debevoise, ale też z przeszło dwudziestu innych kancelarii. Przynieśli ze sobą notatniki, laptopy i gigantyczne trójramienne segregatory najeżone karteczkami samoprzylepnymi. Na stole stał telefon z zestawem głośnomówiącym, dzięki któremu w spotkaniu mogło uczestniczyć kolejnych dwudziestu prawników z całego kraju. Cała ta armia zebrała się, by wysłuchać składanych pod przysięgą zeznań miliarderki unikającej zazwyczaj rozgłosu i wystąpień publicznych, która teraz musiała stawić czoła kanonadzie pozwów. Skarżący twierdzili, że zdobywając swoją fortunę, doprowadziła do śmierci setek tysięcy ludzi.

White, wieloletnia adwokatka miliarderki, mawiała, że praca prokuratora jest prosta. „Postępujesz słusznie, bo ścigasz złych gości. Każdego dnia robisz coś dobrego dla społeczeństwa”5. Natomiast w sektorze prywatnym wszystko jest nieco bardziej skomplikowane. Topowi prawnicy – tacy jak White – to wysoko wykwalifikowani profesjonaliści, którzy cieszą się prestiżem społecznym, ale w ostatecznym rozrachunku liczy się dla nich wyłącznie dobro klienta. Inne wartości nie mają najmniejszego znaczenia. Typowa ścieżka kariery prokuratora wygląda następująco: ciężko pracujesz, żeby dopaść przestępców, ale coraz częściej myślisz o kredycie na dom i o tym, skąd weźmiesz pieniądze, żeby posłać dzieci na uczelnię, więc ostatecznie przechodzisz na drugą stronę, zatrudniasz się w kancelarii adwokackiej i odtąd reprezentujesz tych, których wcześniej ścigałeś.

Tamtego ranka pytania zadawał Paul Hanly, specjalista w zakresie pozwów zbiorowych. Nie wyglądał jak typowy prawnik. Dobiegał siedemdziesiątki, ubierał się w krzykliwe garnitury szyte na miarę i koszule ze sztywnym kołnierzykiem, których kolor kontrastował z resztą stroju. Stalowosiwe włosy zaczesał do tyłu, okulary w rogowych oprawkach znakomicie podkreślały jego przenikliwe spojrzenie. O ile White do perfekcji opanowała styl dyskretnie maskowanej władzy, o tyle Hanly stawiał na zupełnie odwrotny wizerunek i wyglądał jak postać ze starych komiksów o Dicku Tracym. Był jednak godnym przeciwnikiem White, ponadto otwarcie i szczerze gardził ludźmi jej pokroju, próbującym nadawać pozory przyzwoitości przesłuchaniom takim jak dzisiejsze. Przestańmy czarować, mówił sobie Hanly. Klientów White uważał za „aroganckich dupków”6.

Miliarderka wezwana do składania zeznań była po siedemdziesiątce, ukończyła studia medyczne, ale nigdy nie pracowała w zawodzie. Miała jasne włosy, szeroką twarz, wysokie czoło i szeroko osadzone oczy. Wypowiadała się dość oschle. Ewidentnie nie chciała tu być; jej prawnicy stoczyli zaciekłą walkę, żeby nie musiała składać zeznań. Sprawiała wrażenie zniecierpliwionej. Jeden z obecnych pomyślał: oto ktoś, kto nigdy nie musiał czekać w kolejce, żeby wejść na pokład samolotu.

„Nazywa się pani Kathe Sackler?”, spytał Hanly.

„Tak”, odpowiedziała.

Kathe należała do rodziny Sacklerów, wpływowej dynastii nowojorskich filantropów. Kilka lat wcześniej „Forbes” zaliczył ich do grona dwudziestu najbogatszych rodów w Stanach Zjednoczonych, ich fortunę szacowano na czternaście miliardów dolarów, co oznaczało, że „wyprzedzali Buschów, Mellonów i Rockefellerów”7. Tabliczki z nazwiskiem „Sackler” prezentowały się dumnie w muzeach, szpitalach i na uniwersytetach na całym świecie. Zaledwie dwadzieścia przecznic od sali konferencyjnej, w której musiała się stawić Kathe, znajdował się Instytut Nauk Biomedycznych im. Sacklerów stanowiący część Szkoły Medycznej Uniwersytetu Nowojorskiego. Gdyby Kathe przeszła dziesięć przecznic w drugą stronę, dotarłaby do Centrum Biomedycyny i Badań nad Odżywianiem im. Sacklerów na Uniwersytecie Rockefellera i do położonego nieco dalej Centrum Edukacji Artystycznej im. Sacklerów w Muzeum Guggenheima lub do Skrzydła Sacklerów w Metropolitan Museum of Art przy Piątej Alei.

Przez ostatnie sześć dekad rodzina Kathe odgrywała w Nowym Jorku tę samą rolę, którą dawniej brali na siebie Vanderbiltowie oraz Andrew Carnegie i jego spadkobiercy. Sacklerowie byli przy tym bogatsi od poprzedników, a ich szczodrość nie sprowadzała się do finansowania instytucji w tym jednym mieście: wystarczy wspomnieć Muzeum Harwardzkie im. Arthura M. Sacklera, Podyplomową Szkołę Nauk Biomedycznych im. Sacklerów na Uniwersytecie Tuftsa, Bibliotekę Sacklerów w Oksfordzie, Skrzydło Sacklerów w Luwrze, Szkołę Medyczną im. Sacklerów na Uniwersytecie Telawiwskim, Muzeum Sztuki i Archeologii im. Arthura M. Sacklera w Pekinie. „Moi rodzice prowadzili fundacje”, wyjaśniła Kathe Hanly’emu. Dodała też, że „łożyli na cele społeczne”.

Przeznaczyli setki milionów dolarów na filantropię i przez wiele dekad kojarzono ich wyłącznie z tego rodzaju działalnością. Dyrektor pewnego muzeum porównał ich do Medyceuszy, arystokratycznego rodu z piętnastowiecznej Florencji, który obejmował mecenatem najróżniejszych artystów i przyczynił się do nastania renesansu8. Medyceusze zgromadzili fortunę jako kupcy i bankierzy, mało kto natomiast wiedział, skąd właściwie wziął się majątek Sacklerów. Hojność, z jaką finansowali różne instytucje kulturalne i edukacyjne, wydawała się niemal obsesją. Ich nazwisko wykuwano w marmurach, grawerowano na miedzianych tabliczkach, znalazło się nawet na witrażu w opactwie westminsterskim. Istniały katedry uniwersyteckie imienia Sacklerów, stypendia imienia Sacklerów, cykle wykładów imienia Sacklerów, nagrody imienia Sacklerów – mimo to osobie postronnej trudno byłoby skojarzyć ich z jakąkolwiek firmą czy choćby branżą9. Znajomi z socjety spotykali członków rodziny na uroczystych kolacjach, na przyjęciach charytatywnych w Hamptons, na jachtach żeglujących po Karaibach lub w szwajcarskich kurortach narciarskich i szeptem próbowali dociekać, skąd Sacklerowie wzięli pieniądze. Było to o tyle dziwne, że większość rodowej fortuny została zgromadzona w ostatnich dekadach, a nie w odległej epoce wielkich pionierów przemysłu.

„Ukończyła pani Uniwersytet Nowojorski w 1980 roku, zgadza się?”, zapytał Hanly.

„Owszem”, odparła Kathe Sackler.

„A następnie, w 1984 roku, Szkołę Medyczną Uniwersytetu Nowojorskiego?”

„Tak”.

„Czy to prawda – zapytał Hanly – że po dwóch latach rezydentury na chirurgii poszła pani pracować w Purdue Frederick Company?”

Purdue Frederick Company była firmą z branży farmaceutycznej, poprzedniczką Purdue Pharma, stanowiącą główne źródło rodzinnej fortuny. O ile Sacklerowie domagali się, aby wspierane przez nich galerie i ośrodki badawcze wyraźnie deklarowały, komu zawdzięczają możliwość działania – obdarowywani musieli się do tego zobowiązywać w specjalnych pisemnych kontraktach – o tyle rodzinna firma nie nosiła nazwiska Sacklerów. Co więcej, nie pojawiało się ono na stronie internetowej Purdue Pharma – a przecież było to przedsiębiorstwo nienotowane na giełdzie, należące tylko i wyłącznie do Kathe Sackler i jej krewnych. W 1996 roku Purdue wypuściło na rynek nowy, zupełnie przełomowy lek, silny opioidowy środek przeciwbólowy o nazwie OxyContin, który jak obwieszczano, zrewolucjonizuje leczenie przewlekłego bólu. Wkrótce stał się on jednym z największych hitów w dziejach branży farmaceutycznej, przyniósł producentowi około trzydzieści pięć miliardów dolarów przychodu10. Zarazem często bywał nadużywany i powodował uzależnienia. W Stanach Zjednoczonych rozszalała się wkrótce epidemia opioidowa. Amerykanie z najróżniejszych zakątków kraju wpadali w uzależnienie od silnych leków przeciwbólowych. Wielu z tych, którzy zaczęli nadużywać OxyContinu, przerzuciło się ostatecznie na uliczne narkotyki w rodzaju heroiny czy fentanylu. Liczby przyprawiały o zawrót głowy11. Według Centrów Kontroli i Prewencji Chorób w ciągu ćwierćwiecza, odkąd OxyContin trafił na rynek, około czterystu pięćdziesięciu tysięcy Amerykanów zmarło z powodu przedawkowania opioidów. Stało się to główną zewnętrzną przyczyną zgonów w Stanach Zjednoczonych: śmierć w wypadku samochodowym czy śmierć od ran postrzałowych, stanowiąca, zdawałoby się, amerykańską specjalność, musiały się zadowolić dalszymi pozycjami na liście. Ba, więcej Amerykanów straciło życie wskutek przedawkowania opioidów, niż zginęło łącznie podczas wszystkich wojen z udziałem Stanów Zjednoczonych, począwszy od drugiej wojny światowej.

Mary Jo White mawiała czasem, że w byciu prawniczką najbardziej kocha „konieczność docierania do sedna każdego podejmowanego problemu”12. Paul Hanly również zdawał się hołdować tej zasadzie. Przesłuchując Kathe Sackler, próbował ustalić praprzyczyny przeogromnej, nieprawdopodobnie skomplikowanej tragedii, jaką był kryzys w zakresie zdrowia publicznego spowodowany przez epidemię opioidową. Przed wprowadzeniem na rynek OxyContinu w Stanach Zjednoczonych nie było epidemii opioidowej. Po wprowadzeniu OxyContinu ludzie zaczęli masowo uzależniać się od leków przeciwbólowych. Przeciwko Sacklerom oraz ich firmie skierowano ponad dwa tysiące pięćset powództw: wnosiły je władze miast, stanów i hrabstw, plemiona rdzennych Amerykanów, szpitale, okręgi szkolne i najrozmaitsze inne instytucje. Wszystko to stanowiło element szeroko zakrojonej kampanii, w ramach której prawnicy reprezentujący podmioty zarówno prywatne, jak i publiczne próbowali pociągnąć do odpowiedzialności firmy farmaceutyczne prowadzące sprzedaż nowych, silnych leków i upowszechniające nieprawdziwe informacje na temat bezpieczeństwa ich stosowania. Podobna rzecz zdarzyła się wcześniej tylko raz, gdy koncerny tytoniowe ukarano za to, że celowo zbagatelizowały ryzyko towarzyszące paleniu papierosów. Kierownicy koncernów zostali wówczas przeczołgani przez jedną z komisji Kongresu13, w 1998 roku cała branża musiała przystać na epokową ugodę o wartości dwustu sześciu miliardów dolarów.

Rolą White było niedopuszczenie, aby podobny scenariusz powtórzył się w przypadku Sacklerów i firmy Purdue. Musiała się zmierzyć z potężnymi rywalkami. Letitia James, prokurator generalna stanu Nowy Jork, wniosła akt oskarżenia przeciwko Kathe Sackler i siedmiu innym członkom rodziny, w którym podkreśliła, że OxyContin to „pierwotna przyczyna epidemii opioidowej”14, zmienił on bowiem podejście amerykańskich lekarzy do przepisywania pacjentom środków przeciwbólowych. Z kolei prokurator generalna stanu Massachusetts, który również wystąpił przeciwko Sacklerom, oznajmiła: „Za epidemię opioidową w ogromnym stopniu odpowiadają decyzje tej konkretnej rodziny”15.

White się z nimi nie zgadzała16. Ludzie oskarżający Sacklerów naginają fakty, próbują zrobić z jej klientów kozłów ofiarnych, twierdziła. Jakie niby przestępstwo popełnili Sacklerowie? Sprzedawali jak najbardziej legalny farmaceutyk, produkt dopuszczony przez Agencję Żywności i Leków, teraz zaś padli ofiarą „kampanii pozwów mającej na celu zrzucenie na kogoś winy” za epidemię opioidową. Kryzys ten, podkreślała stanowczo White „nie został wywołany ani przez moich klientów, ani przez Purdue”.

Mimo to podczas składania zeznań przez Kathe prawie w ogóle się nie odzywała. Na początku się przedstawiła („Mary Jo White, kancelaria Debevoise & Plimpton, reprezentuję doktor Sackler”), potem tylko słuchała. Przerywanie Hanly’emu i sprzeciwianie się pytaniom, które zadawał, zostawiła swoim podwładnym. Nie zamierzała sama robić hałasu, aczkolwiek przez cały czas siedziała u boku klientki, chciała być na widoku, jak broń w kaburze. Wcześniej wraz ze swoim zespołem starannie przygotowała Kathe do udziału w przesłuchaniu. Owszem, White lubiła mówić, że prawo pozwala wydestylować „esencję” danego zagadnienia, ale przecież kiedy wasz klient jest maglowany przez prawników drugiej strony, musicie im to uniemożliwić.

„Pani doktor, czy Purdue ponosi jakąkolwiek odpowiedzialność za kryzys opioidowy?”, zapytał Hanly.

„Sprzeciw!”, zawołał zaraz jeden z adwokatów Kathe. „Sprzeciw!”, zawtórował mu drugi.

„Moim zdaniem Purdue nie ponosi odpowiedzialności prawnej”, powiedziała Kathe.

Hanly odparł, że nie tego dotyczyło pytanie. Chciał się dowiedzieć, czy „postępowanie firmy Purdue spowodowało epidemię opioidową”.

„Sprzeciw!”

„Myślę, że jest ona wynikiem skomplikowanego splotu czynników, różnych okoliczności, problemów społecznych i medycznych oraz niedoskonałych regulacji w niektórych stanach – oznajmiła Kathe. – To naprawdę bardzo, bardzo, bardzo złożone zagadnienie”.

Można by się spodziewać, że ze względu na straszliwą spuściznę OxyContinu Kathe będzie próbowała dystansować się od leku. Zamiast tego podkreślała, że nie zgadza się z założeniami Hanly’ego. Sacklerowie nie mają się czego wstydzić, nie mają za co przepraszać, powtarzała, ponieważ OxyContin to znakomity farmaceutyk. „Mówimy o bardzo dobrym lekarstwie, bezpiecznym, mającym wysoką skuteczność”, oznajmiła. Osoby pozywane o miliardy dolarów często uciekają się do wymówek i wykrętów, ale nie Kathe. Kathe była z siebie zadowolona. Oznajmiła, że w istocie należy jej się uznanie, bo to ona „wymyśliła OxyContin”. Zdaniem skarżących lek ten dał początek jednemu z najtragiczniejszych kryzysów w dziedzinie zdrowia publicznego w ostatnim stuleciu. Tymczasem Kathe Sackler z dumą ujawniła, że to ona dała początek OxyContinowi.

„Czy przyznaje pani, że setki tysięcy Amerykanów uzależniło się od OxyContinu?”, zapytał Hanly.

„Sprzeciw!”, wykrzyknęła unisono para prawników. Kathe przez chwilę się zawahała.

„To proste pytanie – powiedział Hanly. – Tak czy nie?”

„Nie wiem, jak na to odpowiedzieć”, stwierdziła.

W pewnym momencie Hanly zapytał o budynek przy Wschodniej Sześćdziesiątej Drugiej Ulicy, zaledwie kilka przecznic od biurowca, w którym odbywało się przesłuchanie. „Mówiąc ściślej, to dwa budynki”, poprawiła go Kathe. Z zewnątrz wydają się osobne, ale „zostały połączone” i „z funkcjonalnego punktu widzenia stanowią całość”, wyjaśniła. Chodziło o dwie atrakcyjne, ponadczasowe kamienice obłożone wapieniem, znajdujące się w wytwornej okolicy przy Central Parku, budynki z gatunku tych, które budzą zazdrość i skłaniają do snucia nostalgicznych fantazji o dawnych czasach. „Mowa o biurze, które jest… – zaraz się poprawiła. – Które pierwotnie zajmowali mój ojciec i mój stryj”.

Było kiedyś trzech braci Sacklerów, Arthur, Mortimer i Raymond. Mortimer był ojcem Kathe. Saga o życiu każdego z nich i o dynastii, którą założyli, to zarazem opowieść o ostatnim stuleciu amerykańskiego kapitalizmu. Wszyscy zostali lekarzami, mieli jednak „żyłkę przedsiębiorczości”, toteż nie poprzestali na praktykowaniu medycyny. W latach pięćdziesiątych XX wieku kupili firmę Purdue Frederick. „Była wówczas znacznie mniejsza niż obecnie – opowiadała Kathe. – Właściwie była to niewielka firma rodzinna”.

CZĘŚĆ PIERWSZAPatriarcha

1Dobre nazwisko

Arthur Sackler urodził się na Brooklynie latem 1913 roku1, w epoce, gdy Brooklyn zalewały kolejne fale imigrantów ze Starego Świata. Każdego dnia widziało się nowe twarze, na ulicach rozbrzmiewała nieznana muzyka nowo przybyłych języków, gdziekolwiek spojrzeć, rosły domy mające pomieścić przybyszów. Panowała podniecająca, więziotwórcza atmosfera, jaka zazwyczaj towarzyszy rodzeniu się czegoś nowego. Arthur, pierworodny syn pary imigrantów, przesiąknął z czasem marzeniami i ambicjami tamtej generacji nowych Amerykanów, rozumiał ich głód i energię, którą sam tryskał niemal od kołyski. Rodzice nadali mu imię Abraham, z czasem jednak pozbył się go, za bardzo bowiem kojarzyło się ze Starym Światem – wybrał nowe, proste, amerykańsko brzmiące imię Arthur2. Zachowała się fotografia, zrobiona w 1915 albo 1916 roku, przedstawiająca Arthura jako niemowlaka siedzącego na trawie. Jego matka, Sophie, leży na drugim planie, wyciągnięta jak lwica. Ma ciemne włosy i ciemne oczy, od razu widać, że to imponująca kobieta. Arthur patrzy prosto w obiektyw, jest słodkim cherubinkiem w krótkich spodenkach, ma odstające uszy i spokojne, wręcz nadnaturalnie spokojne spojrzenie, jak gdyby już rozgryzł zasady gry3.

Sophie Greenberg wyemigrowała z Polski zaledwie kilka lat wcześniej4. Kiedy w 1906 roku znalazła się na Brooklynie, była nastolatką. Wkrótce poznała tam uprzejmego, starszego od niej niemal o dwie dekady Isaaca Sacklera5. Pochodził z Galicji, stanowiącej wówczas część Austro-Węgier, do Nowego Jorku przypłynął z rodzicami i rodzeństwem w 1904 roku. Był człowiekiem dumnym6, chętnie opowiadał o swoich przodkach, rabinach, którzy w epoce inkwizycji uciekli z Hiszpanii do Europy Środkowej7. Teraz zamierzał zbudować sobie przyczółek w Nowym Jorku. Wraz z bratem założył niewielki sklep spożywczy przy Montrose Avenue 83 w Williamsburgu. Nazwali go Sackler Bros8. Rodzina przeniosła się do mieszkania w tym samym budynku. Trzy lata po narodzinach Arthura Isaac i Sophie powitali na świecie drugiego syna, Mortimera. Cztery lata później urodził się Raymond. Arthur był niezwykle oddany swoim młodszym braciom, dzielnie bronił ich przed wszelkimi niebezpieczeństwami. W dzieciństwie przez pewien czas wszyscy trzej sypiali w jednym łóżku9.

Interes Isaaca szedł nieźle, więc rodzina wkrótce przeprowadziła się do tętniącego życiem Flatbush, które zdawało się sercem Brooklynu10. W porównaniu z Brownsville czy Canarsie uchodziło wówczas za okolicę zamieszkiwaną przez wyższą klasę średnią11. Już wtedy miejsce zamieszkania było w Nowym Jorku ważnym symbolem statusu; nowy adres mówił wszem wobec, że Isaac Sackler odniósł sukces i zdołał zapewnić swojej rodzinie nieco stabilniejsze życie. Na przeprowadzkę do Flatbush trzeba było sobie zasłużyć. Nagrodę stanowiły zieleń ulicznych drzew oraz przyzwoite, przestronne mieszkania. Jeden ze współczesnych Arthura posunął się nawet do stwierdzenia, że z perspektywy brooklyńskich Żydów tamtej epoki Żydzi, którzy mieszkali we Flatbush, byli „w zasadzie gojami”12. Pieniądze zarobione dzięki sklepowi spożywczemu Isaac inwestował w nieruchomości: kupował kamienice, wynajmował mieszkania13. Zarówno on, jak i Sophie snuli śmiałe marzenia na temat przyszłości synów, marzenia wykraczające poza Flatbush, a nawet poza Brooklyn. Czuli, że opatrzność im sprzyja, i chcieli, by kolejne pokolenie Sacklerów odcisnęło swoje piętno na nowym kraju.

Z perspektywy czasu trudno uwierzyć, jak wiele żywotów wiódł Arthur. Na pewno sprzyjał mu fakt, że bardzo wcześnie zaczął pracować: już jako mały chłopiec asystował ojcu w sklepie spożywczym14. Od pierwszych lat przejawiał niespotykany wigor, wszechstronną inteligencję i nienasyconą ambicję, słowem cechy, które zaważyły na całym jego życiu. Sophie była mądra, chociaż nie miała wykształcenia; w wieku siedemnastu lat poszła do pracy w fabryce ubrań, nigdy nie zdołała w pełni opanować angielskiego15. W domu rozmawiała z mężem w jidysz16, lecz oboje oczekiwali od synów, że ci będą się asymilować. Przestrzegali reguł koszerności17, ale rzadko kiedy chadzali do synagogi. Dzielili mieszkanie z rodzicami Sophie18. Jak to często bywa w imigranckich enklawach, czuło się, że nagromadzone nadzieje i aspiracje starszego pokolenia zostaną teraz zainwestowane w dzieci urodzone po przeprowadzce do Ameryki. Arthur czuł na sobie szczególny ciężar oczekiwań. Był przecież pionierem, pierworodnym amerykańskim synem, tym, który ma spełnić marzenia rodziny19.

Aby to osiągnąć, musiał zdobyć wykształcenie. Jesienią 1925 roku Artie (takim zdrobnieniem się posługiwał) podjął naukę w szkole średniej Erasmus Hall przy Flatbush Avenue. Dopiero co skończył dwanaście lat i był młodszy od innych uczniów w klasie, ale dobrze poradził sobie na egzaminie, więc postanowiono przyjąć go do specjalnego programu dla szczególnie uzdolnionej młodzieży. Choć Artie’ego mało co potrafiło speszyć, liceum Erasmus Hall mogło budzić onieśmielenie20. Założyli je Holendrzy w XVIII wieku, pierwotnie mieściło się w dwukondygnacyjnym drewnianym budynku. Na początku XX stulecia szkołę rozbudowano, powstały wówczas czworokątny dziedziniec przywodzący na myśl kampus uniwersytetu w Oksfordzie, a także zamkopodobne neogotyckie gmachy obrośnięte bluszczem i dekorowane maszkaronami. Wszystko po to, by zrobić miejsce dla ogromnej fali imigranckich dzieci z Brooklynu. Kadra i uczniowie uważali się za awangardę nowego amerykańskiego eksperymentu – mobilność społeczną i asymilację, osiągane za pomocą pierwszorzędnej publicznej edukacji, traktowano tu niezwykle poważnie. Szkoła mogła się pochwalić pracowniami przyrodniczymi i chemicznymi21, uczyła łaciny i greki. Niektórzy nauczyciele mieli nawet doktoraty22.

Liceum było ogromne, zaliczało się do grona największych szkół średnich w kraju. Uczęszczało tam osiem tysięcy uczniów23, w większości takich jak Arthur Sackler: na korytarzach i w salach lekcyjnych spotykali się ambitni potomkowie imigranckich rodzin, dzieci szalonych lat dwudziestych, młodzież o bystrych oczach i z włosami napomadowanymi na błysk. Chłopcy nosili obowiązkowe garnitury i czerwone krawaty24, dziewczęta ubierały się w sukienki i wiązały włosy czerwonymi wstążkami. Kiedy podczas przerwy obiadowej wszyscy tłoczyli się przed potężnymi drzwiami wejściowymi zwieńczonymi łukiem, wyglądało to, jak wspominał kolega z klasy Arthura, niczym „hollywoodzkie cocktail party”25.

Arthur był zachwycony26. Podczas zajęć z historii odkrył w sobie podziw dla ojców założycieli Stanów Zjednoczonych, zwłaszcza Thomasa Jeffersona, z którym szybko zaczął się utożsamiać. Podobnie jak Jefferson interesował się najróżniejszymi dziedzinami – sztuką, nauką, literaturą, historią, sportem, biznesem. W każdej z nich chciał spróbować sił. Dobrze trafił, gdyż liceum Erasmus Hall przywiązywało ogromną wagę do aktywności pozalekcyjnych. Działało tam chyba sto różnych klubów uczniowskich: w późne zimowe popołudnia, już po zakończeniu lekcji, gdy za oknami zapadał mrok, w szkole nadal paliły się światła, rozjaśniając dziedziniec, a na korytarzach słyszało się zgiełk towarzyszący otwieranym właśnie zebraniom („Panie przewodniczący, ja w kwestii porządkowej…”)27.

W późniejszych latach, wspominając liceum, Arthur mówił o „wielkim marzeniu”28. Erasmus Hall stanowiło potężną kamienną świątynię amerykańskiej merytokracji. Arthurowi wydawało się, że to, czego może oczekiwać od życia, zależy w praktyce głównie od tego, ile gotów będzie zainwestować. Sophie często domagała się, żeby opowiadał jej, jak było w szkole. „Czy zadałeś dzisiaj jakieś mądre pytanie?”29. Arthur wyrósł na tyczkowatego chłopaka o szerokich ramionach, miał kwadratową twarz, jasne włosy i niebieskie, krótkowidzące oczy. Potrafił pracować bez ustanku, co bardzo mu się przydawało. Redagował gazetę uczniowską, znalazł też zajęcie w szkolnym wydawnictwie, gdzie odpowiadał za sprzedawanie powierzchni reklamowej uczelniom30. Zamiast przyjąć standardowe wynagrodzenie, zaproponował, że będzie dostawał niewielki procent od każdej sprzedanej reklamy. Administracja szkoły wyraziła zgodę i wkrótce Arthur zaczął zarabiać w miarę niezłe pieniądze.

Tak oto w bardzo młodym wieku dokonał odkrycia, które później bardzo mu się przydawało: lubił stawiać na samego siebie31. Chętnie kreślił plany, których realizacja wymagała od niego nie lada wysiłku, ale też mogła przynieść cenną nagrodę. Nigdy nie zadowalał się jednym wyzwaniem naraz. Założył zakład fotograficzny, by przygotować zdjęcia do szkolnej księgi pamiątkowej. Pewnego dnia sprzedał miejsce na reklamę Szkole Biznesu Drake, zespołowi placówek specjalizujących się w kształceniu policealnym pracowników biurowych. Przy okazji zaproponował firmie, żeby zatrudniła go jako menedżera do spraw reklamy, choć przecież był tylko licealistą. Firma się zgodziła32.

Za sprawą niewyczerpanych zapasów werwy i kreatywności mógł nieustannie rzucać nowymi pomysłami, ciągle próbował coś ulepszać. Erasmus Hall regularnie dystrybuowało wśród ośmiu tysięcy swoich uczniów „rozpisane plany zajęć”33 oraz inne dokumenty. Czemu na odwrocie nie umieszczać reklam? Poza tym Szkoła Biznesu Drake mogłaby zamówić linijki ze swoją nazwą i rozdawać je za darmo uczniom Erasmus Hall34. Choć Arthur nie skończył jeszcze piętnastu lat, dzięki swoim rozmaitym małym biznesom zarabiał tak dużo, że mógł się dokładać do domowego budżetu35. Dostawał nowe prace i zlecenia tak często, że przestał nadążać, zatrudnił więc młodszego brata, Morty’ego, jako podwykonawcę36. Początkowo uważał że Ray, najmłodszy z trójki, nie powinien pracować – „mały niech się lepiej zajmuje zabawą”37, mawiał – ale z czasem zwerbował również jego. Bracia zajęli się sprzedawaniem powierzchni reklamowej w „The Dutchman”, czasopiśmie wydawanym przez uczniów Erasmus Hall, i nakłonili producenta papierosów marki Chesterfield, by zamieścił tam reklamę adresowaną do młodzieży. Prowizja okazała się całkiem niezła38.

Liceum Erasmus Hall było nastawione na przyszłość, ale mogło się też pochwalić wspaniałą historią. Wśród sławnych darczyńców szkoły znalazło się kilku spośród ojców założycieli, których tak bardzo podziwiał Artie Sackler: w swoim czasie placówkę wspierali finansowo Alexander Hamilton, Aaron Burr i John Jay39. Patronem był piętnastowieczny holenderski uczony Erazm z Rotterdamu, witraż w szkolnej bibliotece przedstawiał sceny z jego życia i stanowił hołd dla „wielkiego człowieka, którego imię nasza szkoła nosi od stu dwudziestu czterech lat”40. Każdego dnia Arthurowi i innym uczniom wpajano, że w przyszłości oni również zajmą miejsce w długim szeregu wybitnych Amerykanów, któremu początek dali ojcowie założyciele Stanów Zjednoczonych. Nie miało znaczenia, że na razie muszą mieszkać w ciasnych kamienicach, że codziennie chodzą w tych samych tanich garniturach, że ich rodzice nie mówią po angielsku. Nowy Kraj był gotów paść im do stóp, wystarczyło tylko się postarać. Każdy z uczniów mógł osiągnąć wielkość. W szkole nieustannie natrafiało się na pamiątki po wybitnych ludziach z przeszłości, na ich portrety i nazwiska. Ich spuścizna została wykuta w kamieniu.

Pośrodku dziedzińca wciąż stał stary, drewniany, podupadający budynek holenderskiej szkoły, pozostałość po czasach, gdy na Brooklynie ciągnęły się pola uprawne. Zimą przy każdym silniejszym powiewie wiatru drewniane belki trzeszczały, a koledzy Arthura żartowali, że to duch Wergiliusza, który jęczy z rozpaczy, gdy słucha swoich starannie dopieszczanych strof recytowanych teraz łaciną z wyraźnym brooklyńskim akcentem41.

Niewykluczone, że hiperaktywność Arthura w tamtym okresie wynikała po części z niepokoju, gdyż jego ojca zaczęło opuszczać szczęście42. Kilka inwestycji w nieruchomości okazało się niewypałami i Sacklerowie musieli przeprowadzić się do tańszego mieszkania. Isaac kupił sklep z obuwiem przy Grand Street, ale interes upadł i trzeba było zwinąć działalność. Wkrótce Isaacowi nie pozostało nic innego, jak tylko przyjąć kiepsko płatną pracę w cudzym sklepie spożywczym, w przeciwnym bowiem razie nie zdołałby utrzymać rodziny.

Arthur wspominał później, że w tamtych latach często było mu zimno, ale nigdy nie chodził głodny. W Erasmus Hall działała agencja pomagająca uczniom znaleźć zatrudnienie poza szkołą, zaczął więc brać różne prace, by zarobić dodatkowe pieniądze dla rodziny. Rozwoził gazety, dostarczał kwiaty43, nie starczało mu czasu, żeby chodzić na randki i przyjęcia, a tym bardziej żeby latem jeździć na kolonie. Pracował. Z dumą opowiadał, że dopóki nie skończył dwudziestu pięciu lat, ani razu nie miał wakacji44.

Od czasu do czasu trafiała mu się okazja, by ujrzeć przez moment inny świat, rozciągający się poza granicami jego codziennego brooklyńskiego życia, a zarazem tak bliski, że niemal dawało się go dotknąć. Niekiedy robił sobie krótką przerwę, szedł do Muzeum Brooklyńskiego, wspinał się po kamiennych schodkach prowadzących do wejścia strzeżonego przez rosłe jońskie kolumny i przechadzał się po salach, zachwycając się zgromadzonymi tam dziełami sztuki45. Zdarzało się, że obowiązki dostarczyciela kwiatów oznaczały podróż na Manhattan, do krainy pozłacanych pałaców przy Park Avenue. W święta Bożego Narodzenia rozwoził tam bukiety, potem zaś przechadzał się szerokimi alejami, zaglądał w jasno rozświetlone okna wielkich mieszkań, czasem udawało mu się ujrzeć w środku migające lampki choinkowe46. Czuł dreszcz podniecenia, ilekroć odźwierny wpuszczał go do potężnego budynku: przestępował próg, dźwigając naręcze kwiatów, zostawiał za sobą zimną ulicę i pozwalał, by spowiło go aksamitne ciepło panujące w holu47.

W 1929 roku nadszedł wielki kryzys i problemy Isaaca Sacklera przybrały na sile48. Niewielkie pieniądze, które zdołał dawniej zarobić, włożył w kamienice, te zaś stały się zupełnie bezwartościowe. Wszystko, co miał, przepadło. Na ulicach Flatbush ludzie o zbolałych twarzach ustawiali się w kolejkach po jedzenie rozdawane przez organizacje dobroczynne. Agencja pośrednictwa pracy w Erasmus Hall dostawała teraz zgłoszenia nie tylko od uczniów, ale również od ich rodziców49. Pewnego dnia Isaac wezwał swoich trzech synów na rozmowę. Z przebłyskiem starej rodzinnej dumy oznajmił im, że nie zamierza formalnie ogłaszać bankructwa. Odpowiedzialnie gospodarował resztką pieniędzy, nadal był w stanie spłacać rachunki, ale nic więcej mu nie zostawało. Zarówno on, jak i Sophie rozpaczliwie pragnęli, aby synowie mogli kontynuować edukację, aby poszli na studia, wspinali się po szczeblach drabiny, jak przystało na młodych ambitnych Amerykanów, nie mogli im jednak tego zapewnić. Młodzi Sacklerowie sami będą zatem musieli zarobić na swoje wykształcenie.

Z pewnością słowa te nie przychodziły mu łatwo, podkreślił jednak, że dał synom coś znacznie cenniejszego niż pieniądze. „Zawdzięczacie mi najważniejszą rzecz, jaką syn może dostać od ojca: dobre nazwisko”, oznajmił Arthurowi, Mortimerowi i Raymondowi50.

Gdy Arthur i jego bracia byli dziećmi, Sophie Sackler regularnie całowała ich w czoło, by sprawdzić, czy nie mają gorączki51. Pod względem przebojowości i asertywności zdecydowanie przerastała swojego męża, bardzo wcześnie wiedziała też, czego oczekuje po swoich synach: chciała, żeby każdy z nich został lekarzem52.

„O tym, że będę zajmował się medycyną, wiedziałem już w wieku czterech lat – wspominał później Arthur. – Rodzice zrobili mi pranie mózgu, nie miałem żadnego wyboru”53. Sophie i Isaac uważali medycynę za niezwykle szlachetną profesję54. W XIX wieku lekarze często uchodzili za szarlatanów, kojarzyli się ze sprzedawcami różnych cudownych leków wątpliwej jakości. Arthur i jego bracia przyszli jednak na świat w nieco późniejszej epoce, którą określono później mianem złotego wieku amerykańskiej medycyny55. Początek XX stulecia to czas, gdy jej skuteczność, a także reputacja lekarzy znacznie się poprawiły za sprawą odkryć naukowych na temat przyczyn chorób i za sprawą opracowania nowych terapii. Nie było już nic niezwykłego w tym, że rodzina żydowskich imigrantów chciała dochować się synów lekarzy. Panowało przekonanie, że lekarze to ludzie zacni, porządni i moralni, że służą społeczeństwu, a w zamian zapewniają sobie prestiż i stabilność finansową.

Arthur ukończył liceum w roku, w którym doszło do krachu na giełdzie, i poszedł na kurs przygotowujący do studiowania medycyny, oferowany przez Uniwersytet Nowojorski56. Uwielbiał studiowanie. Ponieważ nie miał pieniędzy, musiał korzystać z używanych lub pożyczonych rozpadających się podręczników, które spinał gumkami recepturkami57. Uczył się intensywnie, chłonął wiedzę na temat starożytnych medyków w rodzaju Alkmeona z Krotonu, który zidentyfikował mózg jako ośrodek ludzkiego umysłu, oraz Hipokratesa, ojca medycyny, autora słynnej zasady „po pierwsze nie szkodzić”, stanowiącej fundament kodeksu lekarskiego58.

Mimo ogromnej ilości materiału do opanowania Arthur zdołał znaleźć czas na pracę w gazecie studenckiej i czasopiśmie satyrycznym, pomagał ponadto w przygotowaniu corocznej księgi pamiątkowej. Wieczorami chodził na zajęcia plastyczne w szkole Cooper Union, uczył się rysunku i rzeźby59. W pochodzącym z tamtego okresu artykule pisał, że różnorodna aktywność poza uczelnią „zapewnia studentowi odpowiedni pogląd na życie i jego problemy, przez co z czasem wielokrotnie zwiększy się użyteczność technik i faktów przyswojonych w ramach formalnej nauki”60. Pracował też jako kelner w stołówce uniwersyteckiej, a w wolnym czasie między zajęciami obsługiwał saturator w sklepie ze słodyczami61.

Wysyłał pieniądze rodzicom, nadal mieszkającym na Brooklynie, doradzał też Mortimerowi i Raymondowi, jak mają wykonywać prace, które po nim odziedziczyli62. O młodszych braciach mówił „dzieciaki”63. Może była to kwestia wielkiego kryzysu i konieczności utrzymywania ojca i matki, a może szczególnego statusu związanego z pierworództwem lub po prostu dominującej osobowości – w każdym razie Arthur zachowywał się wobec Mortimera i Raymonda nie tyle jak starszy brat, ile raczej jak rodzic.

Kampus Uniwersytetu Nowojorskiego znajdował się w tamtych czasach na Bronksie, daleko od Brooklynu, Arthur jednak z radością wyprawił się w podróż po wielkiej metropolii. Odwiedzał muzea, echo jego kroków dudniło w galeriach wykładanych marmurami, nazywanych na cześć tytanów przemysłu. Chętnie chadzał z dziewczętami do teatru, aczkolwiek było go stać tylko na miejsca stojące. Najbardziej podobały mu się randki na statku opływającym dolny Manhattan, choć z powodu braku pieniędzy statkiem tym był niezbyt romantyczny prom na Staten Island64.

Nim w 1933 roku ukończył kurs przedmedyczny, udało mu się zarobić dostatecznie dużo pieniędzy (mimo rekordowo wysokiego bezrobocia), by kupić rodzicom nowy sklep z mieszkaniem na zapleczu65. Przyjęto go do Szkoły Medycznej na Uniwersytecie Nowojorskim. Od razu zaczął studia, a przy okazji zajął się redagowaniem czasopisma studenckiego66. Na fotografii z tamtego okresu ma na sobie dość elegancki garnitur i z bardzo poważną miną trzyma w dłoni pióro. Wygląda, jakby ktoś właśnie wyrwał go z zadumy, choć zdjęcie jest ewidentnie pozowane67. Kochał medycynę, bo oznaczała rozwiązywanie zagadek i gotowa była „ujawnić swoje sekrety”68 dostatecznie wytrwałemu badaczowi. „Dla lekarza nie ma rzeczy niemożliwych”, twierdził69. Medycyna to połączenie „technologii i ludzkiego doświadczenia”.

Zdawał sobie jednak sprawę, że wiąże się ona również z ogromną odpowiedzialnością, gdyż od tego, czy w danej sytuacji podejmie się dobrą czy złą decyzję, może zależeć ludzkie życie. Podjął staż na chirurgii. Ordynatorem był wówczas powszechnie poważany chirurg, który jednak szybko się starzał i zdaniem Arthura zdradzał oznaki demencji: zapominał o standardowych protokołach higieny, przed operacją szorował ręce, a potem w roztargnieniu schylał się, by zawiązać sobie sznurowadło. Co gorsza, stracił zręczność posługiwania się skalpelem i zdarzało się, że powodował zgon pacjenta. Działo się to tak często, że część personelu zaczęła za jego plecami nazywać go Aniołem Śmierci.

W pewien wtorkowy poranek Arthur towarzyszył staremu chirurgowi podczas obchodu. Zatrzymali się przed łóżkiem trzydziestokilkuletniej kobiety cierpiącej z powodu perforacji wrzodu żołądka. Arthur zbadał pacjentkę i uznał, że powstał ropień, więc nie zagraża jej bezpośrednie niebezpieczeństwo, chirurg oznajmił jednak: „Zoperuję ją w czwartek”.

Arthur się przestraszył; nie chciał, żeby niepotrzebny zabieg zagroził życiu kobiety. Próbował ją przekonać, że wszystko jest w porządku i że powinna wypisać się ze szpitala. Powtarzał, że jest potrzebna w domu, że musi zająć się dziećmi i mężem. Nie ujawnił jednak prawdziwej przyczyny swoich niepokojów – byłoby to niesubordynacją i rażącym naruszeniem reguł. Kobieta wolała zostać w szpitalu, Arthur postanowił więc nakłonić jej męża, by podjął decyzję za nią. Bez powodzenia. Pacjenci z reguły ufają doświadczeniu i osądowi lekarzy, powierzają im życie swoje i swoich bliskich. „Profesor przeprowadzi zabieg”, oznajmił mąż Arthurowi.

W wyznaczony dzień Anioł Śmierci wziął kobietę na stół operacyjny. Przebił ropień, kobieta zmarła. Czy Arthur pozwolił, by ambicje dotyczące kariery przesłoniły mu to, co najważniejsze? Gdyby wystąpił przeciwko przełożonemu, gdyby zdecydował się na konfrontację z Aniołem Śmierci, być może ocaliłby życie tej kobiety. Zawsze żałował, że nie zdołał zapobiec operacji. Mimo to mawiał później: „W medycynie panuje hierarchia i zapewne musi tak być”70.

Rozmyślaniom o szczególnej odpowiedzialności związanej z wybranym zawodem towarzyszyły też inne rozterki. Arthur zastanawiał się, czy praktykując medycynę zapewni sobie satysfakcjonujący poziom życia. Lekarze mieli zazwyczaj solidną sytuację finansową, ale z drugiej strony w okresie wielkiego kryzysu na Brooklynie widywało się zdesperowanych medyków, którzy zajmowali się sprzedawaniem jabłek na ulicznych straganach71. Poza tym pieniądze to nie wszystko, ważne było też stymulowanie umysłu. Arthur nigdy nie marzył o zawodzie artysty, uważał go za zbyt niepraktyczny, miał za to żyłkę przedsiębiorcy, interesował się biznesem. Podczas studiów trafiła mu się ciekawa praca na pół etatu, został mianowicie copywriterem w niemieckiej firmie farmaceutycznej Schering. Utwierdził się wówczas w przekonaniu, że ma prawdziwą smykałkę do sprzedawania ludziom najróżniejszych rzeczy. Spośród jego licznych talentów ten zdecydowanie wysuwał się na pierwsze miejsce.

2Szpital psychiatryczny

Gdy w 1945 roku dwudziestosześcioletnia Marietta Lutze przyjechała z Niemiec do Nowego Jorku, miała wrażenie, że los rozdał jej kiepskie karty. Wojna dopiero co dobiegła końca, minęło zaledwie kilka miesięcy, odkąd Hitler zastrzelił się w swoim berlińskim bunkrze, przerażony zbliżaniem się Armii Czerwonej i Niemcy nie mogli jeszcze, mówiąc oględnie, liczyć na entuzjastyczną gościnność w Stanach Zjednoczonych. Marietta była wysoka, smukła, wytworna, miała kręcone blond włosy i jasne wesołe oczy1. Podczas wojny została lekarką, lecz na emigracji dowiedziała się, że musi odbyć dwa dodatkowe staże, by móc przystąpić do egzaminu lekarskiego w stanie Nowy Jork. Znalazła więc pracę w szpitalu w Far Rockaway w dzielnicy Queens2. Z trudem przystosowywała się do nowego miejsca. Ludzie odnosili się do niej nieufnie ze względu na jej ciężki niemiecki akcent, a przede wszystkim – na płeć. Kiedy zaczynała staż w Far Rockaway, nikt nie traktował jej poważnie – ani pacjenci, ani ratownicy, ani inni lekarze. Zamiast tego podczas obchodów obleśnie pogwizdywano na jej widok3.

Praca okrutnie ją męczyła, ale była też stymulująca. Marietta znalazła wkrótce nowych przyjaciół: zżyła się z dwoma młodymi stażystami z Brooklynu, braćmi Raymondem i Mortimerem Sacklerami4. Mortimer, starszy z tej dwójki, był gadatliwy i jowialny, miał konspiracyjny uśmiech, kręcone włosy i niezwykle przenikliwe spojrzenie. Jasne włosy Raymonda pomału się przerzedzały5. Jego oczy były zielone, rysy twarzy łagodne, a temperament nieco spokojniejszy.

Bracia, podobnie jak Marietta, studiowali początkowo medycynę poza granicami Stanów Zjednoczonych. Ukończywszy studia licencjackie na Uniwersytecie Nowojorskim, próbowali zapisać się do szkoły medycznej, ale w Ameryce lat trzydziestych w wielu tego typu placówkach wprowadzono limity dla osób pochodzenia żydowskiego. Żydzi stanowili sześćdziesiąt procent wszystkich kandydatów ubiegających się o miejsca w szkołach medycznych; władze szkół uważały, że to nieproporcjonalnie dużo6. Na Yale (i nie tylko tam) zgłoszenia przysyłane przez osoby pochodzenia żydowskiego oznaczano literą H od „Hebrajczyk”7. Mortimer pierwszy próbował dostać się na studia medyczne, okazało się jednak, że ze względu na pochodzenie znalazł się de facto na czarnej liście. Żadna uczelnia w Stanach Zjednoczonych nie chciała go przyjąć, więc w 1937 roku kupił miejsce najniższej klasy, pod pokładem, na statku płynącym do Szkocji i zaczął studia w Kolegium Medycyny im. Andersona w Glasgow8. Raymond dołączył do niego rok później.

Wielu amerykańskich Żydów studiowało medycynę za granicą, skoro ich własny kraj zamknął przed nimi uniwersytety. Trudno nie dopatrzyć się okrutnej ironii losu w tym, że młodzi Sacklerowie, których rodzice zaledwie kilka dekad wcześniej opuścili Europę w poszukiwaniu lepszego życia, musieli teraz wracać na Stary Kontynent, aby zapewnić sobie równe szanse w dostępie do edukacji. Marietta wkrótce dowiedziała się, że za pobyt Raymonda i Mortimera w Szkocji zapłacił ich starszy brat. W pokoju, w którym zamieszkali, było zimno z powodu niedoborów węgla, żywili się głównie fasolką z puszki. Pokochali natomiast Szkotów, ich serdeczność i humor9. Nie spędzili w Glasgow wiele czasu: w 1939 roku Niemcy napadły na Polskę i bracia musieli przerwać studia. Zdołali przenieść się na Uniwersytet Middlesex w Waltham w stanie Massachusetts10, czyli do nieakredytowanej szkoły medycznej, która nie stosowała limitów dla żydowskich studentów (stała się ona częścią Uniwersytetu Brandeisa).

Po wojnie Morty i Ray zostali stażystami w szpitalu w Far Rockaway. Byli inteligentni i ambitni, Marietta bardzo ich polubiła. Czasami cała trójka czuła się przytłoczona obowiązkami i wyzwaniami, ale Sacklerowie mieli w sobie niepokonaną radość życia. Pod wieloma względami różnili się od siebie. Morty był temperamentny, miał kąśliwe poczucie humoru, Ray natomiast zawsze lubił staranny namysł przed podjęciem decyzji i mało co potrafiło wytrącić go z równowagi. „Raymond pełnił funkcję rozjemcy – wspominał ich wspólny znajomy. – Natomiast Mortimer po prostu wyciągał zawleczkę i rzucał granat”11. Mimo różnic charakteru bracia byli dość podobni z wyglądu, czasami nawet jeden udawał drugiego, kiedy zamieniali się dyżurami12.

Pewnej nocy po wyjątkowo wyczerpującym dyżurze stażyści postanowili urządzić małą imprezę w jednym z pustych pomieszczeń szpitala13. Przynieśli alkohol, zamienili kitle na eleganckie ubrania. Marietta włożyła czarną dzianinową sukienkę, gdzieniegdzie odsłaniającą trochę jej śnieżnobiałej skóry. Rezydenci pili, rozmawiali, w pewnym momencie zaczęto śpiewać piosenki. Choć Marietta była z reguły dość nieśmiała, śpiewanie zawsze sprawiało jej przyjemność, więc zebrała się w sobie, stanęła na środku i wykonała utwór, który pokochała, kiedy mieszkała w Berlinie – francuski szlagier Parlez-moi d’amour, czyli Mów do mnie o miłości. Zanim się spostrzegła, zaczęła się wczuwać w nastrój piosenki. Śpiewała niskim, seksownym głosem godnym szansonistki z berlińskiego kabaretu14.

Właśnie wtedy dostrzegła w tłumie mężczyznę, którego nigdy wcześniej nie widziała. Stał nieruchomo, intensywnie się w nią wpatrując. Miał popielatoblond włosy i okulary bez oprawek, za sprawą których wydawał się niezwykle poważny. Gdy tylko Marietta skończyła, podszedł do niej i powiedział, że bardzo mu się podobało, jak śpiewała. Spojrzała w jego jasne niebieskie oczy. Jego głos był cichy i melodyjny, od razu czuło się, że to człowiek niezwykle pewny siebie. Okazało się, że on również jest lekarzem. Przedstawił się: Arthur Sackler – a więc brat Morty’ego i Raya15. Cała trójka zajęła się medycyną, Arthur żartował czasami, że ich rodzice mogą się pochwalić „stuprocentową skutecznością”.

Następnego dnia zatelefonował do Marietty i zaprosił ją na randkę16. Odmówiła, miała za dużo obowiązków, najzwyczajniej w świecie nie mogła tracić czasu na spotykanie się z mężczyznami17.

Przez następny rok ani razu nie spotkała Arthura Sacklera. Skupiła się na pracy. Jej pierwszy staż dobiegał końca, zajęła się więc załatwianiem sobie drugiego. Zainteresował ją szpital psychiatryczny Creedmoor, placówka stanowa w Queens, zapytała więc Raya Sacklera, czy kogoś tam zna. Owszem, powiedział Ray: w Creedmoor pracuje jego starszy brat Arthur. Marietta zatelefonowała więc do Arthura Sacklera i umówili się na spotkanie18.

Ośrodek Psychiatryczny Creedmoor powstał w 1912 roku jako kolonia Brooklyńskiego Szpitala Stanowego; z czasem się rozrósł i w latach czterdziestych zajmował aż siedemdziesiąt budynków porozrzucanych na terenie o powierzchni stu dwudziestu hektarów19. Ludzkie społeczności od zawsze szukały odpowiedzi na pytanie, jak postępować z chorymi umysłowo: w niektórych kulturach skazywano ich na banicję lub palono na stosach pod zarzutem uprawiania czarów, w innych wierzono, że są oni obdarzeni wyjątkową mądrością, toteż należy szukać u nich inspiracji. Amerykański establishment medyczny wybrał inne rozwiązanie i w XIX wieku chorych zaczęto zamykać w szpitalach psychiatrycznych. W połowie XX stulecia w tego rodzaju placówkach trzymano mniej więcej pół miliona obywatelek i obywateli. Nie mówimy tu o pobytach tymczasowych – kto raz trafił do szpitala takiego jak Creedmoor, zazwyczaj zostawał tam na wiele dekad, a nawet do śmierci. Nie dziwi więc, że Creedmoor zmagał się z problemem przeludnienia. Oficjalnie było tam nieco ponad cztery tysiące łóżek, ale liczba pacjentów dawno przekroczyła sześć tysięcy20. Panowała ponura, niepokojąca atmosfera. Niektórzy pacjenci pogrążyli się w zupełnej apatii, milczeli, załatwiali się pod siebie, w ogóle nie dawało się nawiązać z nimi kontaktu21. Inni często wpadali w szał. Ludzie odwiedzający szpital widzieli pacjentów błąkających się między budynkami, wciśniętych w kaftany bezpieczeństwa22. Przywodziło to na myśl grafiki Goi.

Arthur Sackler zatrudnił się w Creedmoor w 1944 roku. Ukończył już medycynę na Uniwersytecie Nowojorskim i spędził kilka lat na stażu w Bronksie23, gdzie miał trzydziestosześciogodzinne dyżury24, przyjmował porody, jeździł karetką, a przede wszystkim nieustannie się uczył, nieustannie dostarczał sobie nowych bodźców i podniecał się tym, że styka się z zupełnie nowymi chorobami i metodami terapii. Właśnie wtedy zafascynowała go psychiatria. Uczył się pod kierunkiem Johana van Ophuijsena, białowłosego holenderskiego psychoanalityka25, którego nazywał „ulubionym uczniem Freuda”26. Nadał mu przydomek „Van O”27. Nie mógłby sobie wymarzyć lepszego mistrza: Van O był człowiekiem renesansu, nie tylko leczył pacjentów, lecz także prowadził badania i publikował artykuły, znał wiele języków, w wolnym czasie ćwiczył boks i grał na organach. Arthur darzył go uwielbieniem i określał mianem swojego „mentora, przyjaciela i ojca”28.

Psychiatria nie uchodziła w tamtej epoce za przodującą dyscyplinę. Przeciwnie, jak to ujął pewien ówczesny lekarz, zajmowanie się nią oznaczało „porażkę zawodową”29. Psychiatrzy zarabiali mniej od chirurgów i lekarzy rodzinnych30, cieszyli się też mniejszym prestiżem społecznym i naukowym. Ukończywszy rezydenturę, Arthur pragnął nadal zajmować się badaniami w dziedzinie psychiatrii, nie zamierzał jednak otwierać prywatnego gabinetu ani przyjmować pacjentów. Z drugiej strony musiał jakoś zarabiać pieniądze – nadal przecież finansował edukację braci – znalazł więc zatrudnienie w przemyśle farmaceutycznym, a konkretnie w firmie Schering, w której niegdyś dorabiał sobie jako copywriter31. Zaproponowano mu roczną pensję w wysokości ośmiu tysięcy dolarów32. Pracował zarówno przy badaniach, jak i w dziale reklamy. Gdy Stany Zjednoczone przystąpiły do wojny, Arthur nie trafił na front z powodu kiepskiego wzroku. Zamiast tego zaczął kolejną rezydenturę i znalazł się w szpitalu Creedmoor33.

Lekarze od tysięcy lat próbowali rozwikłać tajemnicę chorób psychicznych. Formułowali najprzeróżniejsze teorie, nierzadko prymitywne i groteskowe. W czasach starożytnych wielu medyków wierzyło, że szaleństwo stanowi skutek nierównowagi „humorów” w ciele, na przykład nadmiaru tak zwanej czarnej żółci. Średniowieczni znachorzy skłonni byli tłumaczyć choroby psychiczne opętaniem przez diabła. Choć w pierwszej połowie XX wieku w wielu dziedzinach medycyny dokonał się ogromy postęp, funkcjonowanie i zaburzenia ludzkiego umysłu wciąż stanowiły dla amerykańskich lekarzy zagadkę. Potrafili rozpoznawać choroby takie jak schizofrenia, ale nie wiedzieli, co je powoduje, a tym bardziej – jak je leczyć. Pisarka Virginia Woolf, która również zmagała się z chorobą psychiczną, zwracała niegdyś uwagę na „ubóstwo języka” dotyczącego tych spraw. „Byle dziewczęciu, które się zakocha, z pomocą przy wyrażaniu stanu ducha spieszą Shakespeare czy Keats, ale niech no ktoś cierpiący spróbuje opisać doktorowi ból głowy – zasoby języka zaraz się wyczerpują”34.

W czasach młodości Arthura istniały, mówiąc ogólnie, dwie sprzeczne teorie na temat przyczyn chorób psychicznych. Zdaniem wielu lekarzy schizofrenia oraz inne zaburzenia, choćby padaczka lub niepełnosprawność umysłowa, miały charakter dziedziczny. Pacjenci się z nimi rodzili, nie dało się temu w żaden sposób zaradzić. Medycyna mogła jedynie odizolować nieszczęśników od reszty społeczeństwa – a przy okazji także poddać ich ubezpłodnieniu, żeby nie przekazali złych genów potomstwu35.

Po przeciwnej stronie stali freudyści, wśród nich Van O, którzy wierzyli, że choroby psychiczne bynajmniej nie są wrodzone, rozwijają się bowiem na skutek wczesnych doświadczeń życiowych. Twierdzili oni, że wiele chorób da się wyleczyć dzięki psychoanalizie, było to jednak kosztowne i wymagało indywidualnego podejścia do pacjenta36, nie sprawdzało się więc w gigantycznych szpitalach w rodzaju Creedmoor.

W procesie diagnozowania chorób psychicznych przez długi czas ujawniały się stereotypy i uprzedzenia genderowe. Nic zatem dziwnego, że w Creedmoor przebywało niemal dwa razy więcej kobiet niż mężczyzn37. Arthura skierowano do pracy w budynku R, na specjalnym oddziale dla „agresywnych pacjentek”38. Było to przerażające miejsce. Czasami Arthur musiał siłą obezwładniać pacjentki. Jedna z nich zaatakowała go metalową łyżką, którą wyostrzyła, by mogła posłużyć jako sztylet39. Mimo to Arthur szczerze współczuł kobietom zamkniętym w szpitalu i zadawał sobie pytanie, jak o amerykańskim społeczeństwie świadczy fakt, że wrażliwe, cierpiące osoby są zamykane za murami, skazywane na niekończący się pobyt w „otchłani żywych trupów” 40. Głupotą było uważanie tego rodzaju środków za wystarczające. Umieszczanie ludzi w szpitalach świadczyło o tym, że społeczeństwo i lekarze nie wywiązują się ze swoich obowiązków. „Można wręcz odnieść wrażenie, że społeczeństwo się łudzi i próbuje nie dostrzegać okrutnych cierpień jednostek, a także marnowania jakże licznych talentów, odgradzając się od tych smutnych zjawisk szpitalnymi murami”, mówił Arthur w tamtym czasie41. Van O również gardził publicznymi szpitalami psychiatrycznymi42. W Stanach Zjednoczonych szaleje epidemia chorób psychicznych, powtarzał, a tymczasem pacjenci nie mają szans na odpowiednie leczenie. Zamiast tego zamyka się ich w szpitalach, gdzie zostają „pogrzebani żywcem”43.

Arthur długo rozważał te sprawy w swoim niestrudzonym analitycznym umyśle i wkrótce dostrzegł istotny problem: chorych przybywało szybciej niż szpitali44. By się o tym przekonać, wystarczyło przejść się przeludnionymi oddziałami Creedmoor. Tymczasem Arthur pragnął wymyślić rozwiązanie, znaleźć metodę, która zadziała. W przypadku chorób psychicznych istotnym problemem był pomiar skuteczności terapii. Kiedy chirurg przeprowadza operację, dość szybko może stwierdzić, czy zakończyła się ona powodzeniem, ale gdy rzecz dotyczy prób naprawienia ludzkiego mózgu, wszystko jest znacznie bardziej skomplikowane. Z tego właśnie powodu lekarzom zdarzało się obmyślać zupełnie horrendalne eksperymenty. Kilkadziesiąt lat wcześniej kierownik stanowego szpitala psychiatrycznego w New Jersey nabrał przekonania, że wyleczy obłęd, jeśli wyrwie pacjentkom zęby45. Rezultaty wydawały się niezbyt satysfakcjonujące, więc postanowił pójść dalej: usuwał chorym migdałki, okrężnicę, woreczek żółciowy, wyrostek robaczkowy, jajowody, macicę, jajniki, szyjkę macicy. Zabił ponad sto osób, nikogo nie wyleczył46.

Najchętniej stosowana wówczas w Creedmoor terapia nie była aż tak inwazyjna, mimo to Arthur jej nie znosił. Mowa o terapii elektrowstrząsowej. Stosowano ją wówczas od niedawna, została opracowana przez pewnego włoskiego psychiatrę, którego zainspirowała wizyta w rzeźni. Gdy patrzył na świnie ogłuszane prądem tuż przed zarżnięciem, wymyślił, że można by przykładać elektrody do skroni pacjentki w celu porażenia płata skroniowego lub innych części mózgu odpowiedzialnych za przechowywanie i przetwarzanie wspomnień47. Każdy wstrząs elektryczny najpierw powodował konwulsje, następnie utratę przytomności. Kiedy pacjentka dochodziła do siebie, z reguły miała mdłości i czuła się zdezorientowana. U niektórych osób dochodziło do utraty pamięci, inne przeżywały poważny szok psychiczny i nie wiedziały, gdzie są48. Zasadniczo jednak terapia elektrowstrząsowa, choć niewątpliwie brutalna, wydawała się zapewniać wielu pacjentkom ulgę49: wyglądało na to, że pomaga w przypadku ciężkiej depresji i może przynieść uspokojenie w napadach psychozy. Nie pozwalała wyleczyć schizofrenii, co najwyżej nieco łagodziła objawy50.

Nikt nie potrafił wyjaśnić, dlaczego tak się dzieje. Lekarze wiedzieli, że terapia działa, i to im wystarczało. W Creedmoor zastosowano ją po raz pierwszy w 1942 roku51; w późniejszych latach elektrowstrząsom poddano tysiące pacjentów. Występowały rzecz jasna poważne skutki uboczne. Konwulsje były bolesne i przerażające. Poetka Sylvia Plath przeszła w tamtej epoce terapię elektrowstrząsową w szpitalu w Massachusetts: „Byłam pewna, że mi trzasną wszystkie kości, a życie ujdzie ze mnie jak żywica ze zrąbanego drzewa”, pisała52. Muzyk Lou Reed został poddany elektrowstrząsom w Creedmoor w 1959 roku i jak relacjonowała jego siostra, na pewien czas „wpadł w stupor”, nie był też w stanie chodzić53.

Terapia elektrowstrząsowa miała swoich orędowników, dziś również stosuje się ją w leczeniu ciężkiej depresji54. Arthur Sackler szczerze jej nienawidził. Każdy budynek szpitala Creedmoor wyposażono w aparat do elektrowstrząsów55, więc również Arthur musiał przeprowadzać zabiegi – jeden po drugim. Czasami pacjentkom trochę się poprawiało, czasami nie. Każdy zabieg wydawał się okrutny. Pacjentkę trzeba było związać, żeby nie zrobiła komuś krzywdy, gdy będzie wierzgała w konwulsjach. Majstrując przy pokrętłach aparatu i ustawiając natężenie prądu, Arthur czuł się jak szalony naukowiec z filmu grozy. Poza tym elektrowstrząsy często wywoływały u pacjentek traumę.

Arthur zawsze namawiał swoich młodszych braci, żeby podążali jego śladem: ukończyli to samo liceum co on, chwytali rozmaite fuchy, które im załatwiał, poszli na medycynę. Teraz dołączyli do niego w Creedmoor. Mortimer i Raymond również musieli zajmować się terapią elektrowstrząsową. Trzej bracia przeprowadzili łącznie tysiące zabiegów i czuli się z tego powodu coraz bardziej sfrustrowani. Drażniła ich świadomość tego, jak ograniczoną wiedzą medyczną dysponują, a twierdzenie, że nie istnieje żadna bardziej humanitarna terapia dostępna dla pacjentów psychiatrycznych, budziło ich szczere obrzydzenie56.

Co gorsza, coraz bardziej modny stawał się znacznie poważniejszy zabieg: lobotomia. Polegał on na przecięciu dróg nerwowych w mózgu i jak się zdawało, łagodził cierpienia psychiczne – tyle że za cenę wytłumienia umysłu. Z punktu widzenia kierownictwa zatłoczonych szpitali publicznych, między innymi dyrektora Creedmoor, lobotomia była nadzwyczaj atrakcyjna. „Bez obawy – objaśniał pewien lekarz, demonstrując zabieg w 1952 roku. – Rozumiesz, biorę chirurgiczne dłuto podobne do szpikulca do kruszenia lodu, trzymam je o tak, przebijam kość tuż nad gałką oczną, dostaję się do mózgu, po czym kręcąc dłutem wkoło, przecinam włókna nerwowe mniej więcej w ten sposób, i już po wszystkim. Pacjent nic nie czuje”57. Zabieg zajmował niewiele czasu, zaledwie kilka godzin później można było odesłać pacjenta lub pacjentkę do domu. Łatwo było się domyślić, że właśnie przeszli lobotomię: mieli sińce wokół oczu58. Chorych, zwłaszcza kobiety, poddawano zabiegowi z powodu nie tylko schizofrenii czy psychozy, lecz także depresji59. Skutki były nieodwracalne. Człowiek stawał się spokojny i potulny, bo tak naprawdę zmieniał się w zombie.

Zetknąwszy się z tak makabrycznymi formami terapii, Arthur Sackler i jego bracia nabrali przekonania, że musi istnieć lepsza alternatywa. Arthur nie wierzył, że choroby psychiczne są nieuleczalne, jak twierdzili eugenicy. Zarazem, mimo że kształcił się pod kierunkiem freudystów, odrzucał tezę, jakoby stanowiły tylko i wyłącznie skutek przeżyć i doświadczeń jednostki60. Pewną rolę musiały odgrywać również czynniki biochemiczne, a freudowska psychoanaliza niekoniecznie stanowiła najskuteczniejszą metodę terapii. Takie właśnie założenia przyświecały Arthurowi, gdy pełen nadziei, że zdoła pomóc w uwolnieniu pacjentów trzymanych w szpitalach, wyruszył na poszukiwanie odpowiedzi, klucza do rozwiązania tajemnicy chorób psychicznych61.

Kierownikiem Creedmoor był doktor Harry LaBurt62, który bynajmniej nie zaliczał się do grona ludzi otwartych na nowe idee. Czerpał przyjemność z posiadania władzy towarzyszącej stanowisku. Mieszkał w ogromnym domu stojącym na terenie szpitala, zwanym rezydencją dyrektora. Drzwi jego gabinetu w budynku administracji były zawsze zamknięte: należało zaczekać, aż LaBurt wciśnie guzik odblokowujący zamek63. Ówczesne Creedmoor określano mianem „więzienia z sześcioma tysiącami łóżek”64. LaBurtowi podobało się status quo, nieszczególnie zależało mu na obmyślaniu innowacyjnych rozwiązań, dzięki którym pacjenci mogliby opuścić jego królestwo za murami. Stawiał raczej na zmiany takie jak ta wspomniana w jednym z raportów rocznych: „Rada szpitala z zadowoleniem stwierdza, że oglądanie telewizji ma dobroczynny wpływ na chorych”65. Pełnego energii ambitnego Arthura Sacklera drażniło, że kierownik spoczywa na laurach. Stosunki między nimi nigdy nie były zbyt dobre66.

W rozmowach z braćmi Arthur często poruszał temat chorób psychicznych. Może zarówno eugenicy, jak i freudyści się mylą? Może przyczyną nie są ani geny, ani doświadczenia życiowe, lecz zaburzenia chemii mózgu?67

Marietta Lutze nie poszła ostatecznie na staż w Creedmoor, znalazła sobie miejsce w innym szpitalu w Queens. Wcześniej jednak spotkała się z Arthurem Sacklerem, by wypytać go o ewentualną posadę. Arthur skorzystał z sytuacji i znów zaprosił ją na randkę, tym razem Marietta się zgodziła. Arthur wybierał się niedługo na konferencję medyczną w Chicago, zapytał Mariettę, czy zechciałaby mu towarzyszyć. Czemu nie, powiedziała. Odkąd przyjechała do Nowego Jorku tak bardzo skupiała się na pracy, że nie miała czasu na żadne podróże po Ameryce. W umówiony dzień włożyła czarny żakiet i kapelusz z szerokim rondem i udała się na miejsce spotkania, czyli na stację kolejową Grand Central Terminal na Manhattanie. Okazało się jednak, że Arthur wcale nie zamierzał jechać do Chicago pociągiem: czekał na Mariettę w ogromnym, przepięknym, granatowym kabriolecie Buick Roadmaster68.

Podczas długiej podróży Marietta opowiedziała Arthurowi o sobie69. Wychowała się w dość zamożnej rodzinie, jej krewni byli właścicielami znanej niemieckiej firmy farmaceutycznej Dr. Kade. Mówiła też o swoich przeżyciach podczas wojny. Studiowała wówczas medycynę w Berlinie, twierdziła, że prawie w ogóle nie zdawała sobie sprawy z horroru, który trwał dokoła70. Ludzie w Ameryce często odnosili się do niej nieprzyjaźnie, gdy tylko dowiadywali się, że przyjechała z Niemiec, zaczynali wypytywać ją o jej biografię71. Arthur tak nie postąpił. Jeśli sceptycznie odnosił się do jej relacji na temat wojny, w żaden sposób nie dał tego po sobie poznać i tylko uważnie słuchał.

Marietta wiedziała co nieco na temat sytuacji na froncie, jej ówczesny mąż służył bowiem jako oficer niemieckiej floty. Nazywał się Kurt, był lekarzem sporo starszym od niej. Poznali się i pobrali podczas wojny. Zaledwie miesiąc później Kurta zmobilizowano. W Breście trafił do amerykańskiej niewoli, wylądował w obozie jenieckim. Przez pewien czas korespondował z Mariettą, wysyłał grepsy pisane na bibułkach papierosowych. Ostatecznie długa rozłąka sprawiła, że małżeństwo się rozpadło72.

Arthur, amerykański Żyd, na własnej skórze doświadczył antysemityzmu i jeszcze w czasach studenckich uczestniczył w demonstracjach przeciwko Hitlerowi. Pochodził z rodziny, która nienawidziła Niemców równie mocno jak inni Amerykanie – a może nawet mocniej. Czuł się zapewne dość nieswojo, kiedy słuchał opowieści Marietty. Z drugiej strony do niedawna sam pracował w firmie mającej niemieckich właścicieli, czyli w Scheringu73. Poza tym Marietta, teutońska blondynka w typie Ingrid Bergman z Casablanki,wydawała mu się pociągająco egzotyczna. Do tego była lekarką. Choć w powojennej Ameryce nasilała się ksenofobia, Arthura zawsze niezwykle ciekawili inni ludzie i inne kultury. Marietta zauważyła, że podczas podróży do Chicago niewiele opowiadał o sobie, wolał zadawać pytania swoim spokojnym, kojącym głosem. Była to miła odmiana od jej dotychczasowych doświadczeń z amerykańskimi mężczyznami. Mało który z nich traktował ją jak dorosłą kobietę, a co dopiero jak poważną lekarkę. Tymczasem Arthur chłonął jej opowieści, sam natomiast mówił niewiele. Początkowo Marietta uznała, że to najwyraźniej przejaw jego ciekawości, dopiero później zrozumiała, że Arthur bywa nadzwyczaj skryty. Właśnie stąd wynikały jego milczenie i rezerwa74.

Po powrocie z Chicago na jej oddział w Szpitalu Ogólnym w Queens zaczęły przychodzić kwiaty. Całe mnóstwo kwiatów, krępująco dużo kwiatów, codziennie nowy bukiet. Arthur, niegdyś dorabiający jako ich dostawca, przysyłał też Marietcie eleganckie bukieciki przeznaczone do przypinania do sukienki, których przecież nie mogła nosić podczas obchodu. Co gorsza, zaczął do niej wydzwaniać o najróżniejszych godzinach, przeszkadzał jej w pracy, by wyrażać swoje uwielbienie75.

W środku nocy potrafił powiedzieć jej przez telefon: „Muszę się z tobą natychmiast zobaczyć”.

„Nie mogę – odpowiadała Marietta. – Jestem wykończona”.

„Muszę się z tobą zobaczyć – naciskał. – Kiedy znajdziesz czas?”

Jego upór wydawał się przytłaczający76. A jednak Arthur Sackler miał w sobie to coś. Imponował żywotnością, śmiałym wizjonerstwem i tym, że nigdy nie przyjmował odmowy. W jego obecności Marietta czuła, że wszystko jest możliwe. Nie istniały przeszkody nie do pokonania. Najlepiej świadczy o tym następujący fakt: gdy Marietta dowiedziała się, że Arthur Sackler, człowiek, z którym spotykała się od dłuższego czasu, ma żonę i dwójkę dzieci, on tylko machnął ręką. To nieistotny szczegół, oznajmił, drobny kłopot, którym żadne z nich nie musi się przejmować.

Pewnego dnia bracia Sacklerowie zrzucili się po kilka dolarów na zakup królika. Chcieli zbadać, jak to się dzieje, że elektrowstrząsy zapewniają przejściową poprawę stanu pacjenta. Dlaczego porażenie mózgu prądem mogło przynieść nieco ulgi? Wykorzystali jeden z aparatów dostępnych w Creedmoor, przyłożyli królikowi elektrody do oklapłego ucha i puścili prąd. Zauważyli, że naczynia krwionośne w uchu natychmiast się rozszerzyły i napełniły krwią. Zaledwie kilka sekund później stwierdzili, że drugie ucho, to, które nie otrzymało wstrząsu, również jest mocniej ukrwione. Najwyraźniej prąd spowodował uwalnianie jakiegoś związku chemicznego, który następnie zaczął krążyć w krwiobiegu, dotarł do drugiego ucha i rozszerzył naczynia. Pomyśleli o histaminie, hormonie wytwarzanym, gdy dochodzi do uszkodzenia tkanek, i powodującym zwężanie się naczyń krwionośnych. Czy to możliwe, że wstrząs elektryczny powoduje wyrzut histaminy i zaciskanie się naczyń krwionośnych w ciele, by więcej krwi i tlenu dotarło do mózgu? A jeśli tak, czy dałoby się podać pacjentowi histaminę bezpośrednio, bez konieczności używania aparatury do elektrowstrząsów?77

Sacklerowie zaczęli prowadzić w Creedmoor eksperymenty na chorych78. Z klinicznego punktu widzenia rozmiar placówki zawsze stanowił problem: było tam zbyt dużo pacjentów i zbyt mało personelu, lekarze i pielęgniarze co chwila mieli do czynienia z jakąś sytuacją awaryjną. Jeśli jednak chciało się badać choroby psychiczne, zamiast je leczyć, liczba pacjentów stawała się ogromną zaletą. Łatwo było tu zbierać dane. Arthura tak bardzo podnieciła perspektywa prowadzenia badań, że ściągnął do Creedmoor swojego mentora, Van O.

Podali zastrzyki z histaminy czterdziestu pacjentom, u których zdiagnozowano schizofrenię. Stan prawie co trzeciego z nich poprawił się na tyle, że można go było wypisać79. Pacjenci, którym żadna inna terapia nie pomagała, dobrze reagowali na histaminę80. Na podstawie swoich badań bracia Sackler opublikowali ponad sto artykułów naukowych. Mieli zamiar – jak to ujęli – poznać „chemiczne przyczyny obłędu”81. Arthur dzięki swoim nietypowym doświadczeniom redaktora, specjalisty do spraw marketingu i copywritera wiedział, jak przyciągnąć zainteresowanie prasy. „Lekarze wierzą, że udało się znaleźć sposób leczenia chorób psychicznych bez hospitalizacji”, ogłosiła gazeta „Philadelphia Inquirer”82. Bracia prognozowali, że dzięki ich odkryciom liczba pacjentów wypisywanych do domu będzie mogła wzrosnąć dwukrotnie83. Artykuł w czasopiśmie „Better Homes and Gardens” sugerował z ewidentną przesadą, że „sformułowana przez Sacklerów teoria chemicznej aktywności mózgu jest rewolucyjna i niemal tak skomplikowana jak teoria względności Einsteina”84.

Gdyby uwierzyć prasie, można by dojść do wniosku, że tercet braci ze szpitala psychiatrycznego w Queens znalazł rozwiązanie zagadki medycznej, z którą ludzkość zmagała się od tysięcy lat. Jeżeli choroby psychiczne naprawdę wynikały z procesów chemicznych zachodzących w mózgu, być może terapia również powinna sprowadzać się do zastosowania chemii. Kto wie, może w przyszłości do wyleczenia szaleństwa wystarczą zwykłe tabletki? Czasopismo „Brooklyn Eagle” wychwalało Sacklerów: oto chłopcy z dzielnicy, którym udało się odnieść wielki sukces. „Wystarczyło, że trzej bracia, absolwenci szkoły średniej Erasmus Hall, ruszą tym samym tropem – pisała gazeta i dodawała: – Teraz wszyscy trzej mają gabinety na Manhattanie”85.

Prasa rzadko kiedy rozróżniała braci, nazywano ich po prostu Sacklerami, jednak w rzeczywistości Arthur zawsze grał główną rolę. Po śmierci ojca zyskał jeszcze większą władzę86. Bracia byli akurat w pracy w Creedmoor, gdy dowiedzieli się, że Isaac dostał ataku serca87. Natychmiast pospieszyli do szpitala. Umierając, był przytomny, zdążył czule pożegnać się z rodziną. Powiedział Sophie, że wciąż pamięta niebieską sukienkę, którą miała na sobie, gdy po raz pierwszy ją zobaczył. Przeprosił synów za to, że nie może pozostawić im w spadku niczego oprócz dobrego nazwiska. Była to jego mantra. Jeśli stracisz majątek, zawsze możesz zacząć od nowa, powtarzał, ale utracie dobrego nazwiska nie da się zaradzić.

Po śmierci ojca Arthur zaczął z własnych pieniędzy finansować badania prowadzone z Raymondem i Mortimerem. W publikowanych artykułach często umieszczali informację, że eksperymenty były możliwe „dzięki grantom imienia Isaaca Sacklera”88. Arthur zazwyczaj figurował na pierwszym miejscu listy autorów. Na fotografii zamieszczonej w „New York Herald Tribune” widzimy braci odbierających nagrodę. Raymond, najmłodszy, stoi z trochę niepoważnym uśmiechem. Mortimer ma zaciśnięte usta, na nosie okulary w grubych oprawkach. Ciemne włosy pokryte brylantyną zaczesał do tyłu, w ręku trzyma papierosa. Arthur został uchwycony z profilu, ma garnitur z klapami w szpic i dobrodusznie patrzy na swoich braci89. Wyglądają jak naukowcy o krok od wielkiego przełomu. Powtarzali wszem wobec, że ich badania mogą ostatecznie „zapobiec obłędowi”90.

*

Arthur był żonaty od 1934 roku91, wziął ślub jeszcze podczas studiów medycznych. Jego wybranką została Else Jorgensen, imigrantka, córka duńskiego kapitana statku92. Przedstawił ich sobie kolega Arthura z roku93. Ponieważ studentom szkoły medycznej nie wolno było się żenić, Arthur początkowo trzymał związek w tajemnicy94