49,90 zł
DWIE SIOSTRY. JEDNA WSPÓLNA HISTORIA. NIEUNIKNIONA EKSPLOZJA.
Rozbrajająco realistyczny portret milenialsów.
Marzec 2019. Jules Gold ma 28 lat, jest sfrustrowana życiem i twórczą niemocą, a do tego uzależniona od internetu. Zajmuje mieszkanie byłego chłopaka, jakby w poczekalni przed „prawdziwym życiem”. Jej młodsza siostra Poppy, półtora roku po próbie samobójczej, wprowadza się do niej na czas nieokreślony. Szuka pracy i sensu w Brooklynie, podczas gdy Jules całymi dniami scrolluje blogi mormońskich matek – gardząc ich stylem życia i jednocześnie obsesyjnie go podglądając.
Matka sióstr, świeżo nawrócona mesjanistyczna Żydówka, coraz mocniej wkręca się w piramidy finansowe związane z branżą wellness. Jules próbuje radzić sobie z narastającą frustracją, lecz powoli i bezlitośnie zaczyna obwiniać Poppy za własne niedostatki w rolach, które przyszło jej pełnić: siostry, przyjaciółki i pisarki.
Rok dobiega końca, nadchodzi nowa dekada, a katastrofalna podróż na Florydę zmusza siostry do zadania sobie pytania, którego dotąd unikały: razem czy osobno?
Dla czytelniczek Ottessy Moshfegh i Sally Rooney.
Rozedrgany i przejmująco zabawny portret dwóchdwudziestokilkuletnich sióstr, które stały sięwspółlokatorkami i zbliżają się do punktu krytycznego swojej wybuchowej relacji. Historia siostrzeństwa buzującego od emocji i dziesiątków problemów życia codziennego.
„Vogue”
Worry jest niesamowicie odkrywcze w sposobie, w jaki przetwarza lęki bohaterek w pełne komizmu odprężenie. Niektóre książki pokazują prawdę,jaka jest, inne – prawdę wygładzoną. W tej mądrej powieści znajdziecie jedno i drugie.
„The New York Times Book Review”
Opowieść o narastającym niepokoju, a jednocześnie niezwykle zabawna i do bólu egzystencjalna.
„Harper’s Bazaar”
Typ książki, którą będziesz stale czytać innym na głos… Ta pełna realizmu powieść rozbraja do łez, na wesoło i na smutno.
„Kirkus”
Dziko przyjemna i pełna humoru lektura.
„Rolling Stone”
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 356
Tytuł oryginału: Worry
Opieka redakcyjna: ANDRZEJ STAŃCZYK
Redakcja: ANNA RUDNICKA
Korekta: NATALIA DEPTAŁA, JUSTYNA TECHMAŃSKA-SZEWCZUK, JOLANTA STAL
Projekt okładki: ALICIA TATONE
Na okładce wykorzystano fragment obrazu Summertime autorstwa SHANNON CARTIER LUCY
Opracowanie graficzne okładki na podstawie oryginału: ANNA PAPIERNIK
Redaktor techniczny: ROBERT GĘBUŚ
Copyright © 2024 by Alexandra Tanner First published by Scribner, an Imprint of Simon & Schuster, LLC Translation rights arranged by Andrew Nurnberg Associates Kyiv Sp. z o.o. and The Clegg Agency, Inc., USA © Copyright for the Polish translation by Monika Popławska © Copyright for this edition by Wydawnictwo Literackie, 2026
Wydanie pierwsze
ISBN 978-83-08-09356-6
Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o. ul. Długa 1, 31-147 Kraków bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40 księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl e-mail: [email protected] tel. (+48 12) 619 27 70
Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.
Ten e-book jest zgodny z wymogami Europejskiego Aktu o Dostępności (EAA).
Wydawca zakazuje eksploatacji tekstów i danych (TDM), szkolenia technologii lub systemów sztucznej inteligencji w odniesieniu do wszelkich materiałów znajdujących się w niniejszej publikacji, w całości i w częściach, niezależnie od formy jej udostępnienia (art. 26 [3] ust. 1 i 2 ustawy z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych [tj. Dz.U. z 2025 r. poz. 24 z późn. zm.]).
Dla Jess
Moja siostra, Poppy, zjawia się w deszczowy czwartek. Ma na sobie brzydkie ubranie, a na ciele pokrzywkę.
– Wyszło mi to już przy odprawie – wyjaśnia.
Odkłada bagaże, zdejmuje nasiąknięte solą buty i odwija grubawy szary szalik, który podarowałam jej sześć lat temu, gdy zdałam sobie sprawę, że nie jest mi w nim do twarzy. Pod nim szyja Poppy jest usiana zadrapaniami, niektóre powstały dawniej, inne są różowe i świeże.
Opowiadając o podróży, zamyka prawe oko, a lewym gwałtownie mruga, jakby coś do niego wpadło.
– Wylatując z Florydy, spotkałam... no wiesz, zawsze w kolejce do kontroli bezpieczeństwa trafi się para starszych osób, które nie wyjmują pasków ze spodni, nie wyciągają iPadów, a potem okazuje się jeszcze, że do bagażu podręcznego spakowali zupę, balsam i koniec końców przechodzą kontrolę chyba osiem razy. Stałam właśnie za taką parą. To był chaos. Do tego w sklepiku musiałam ukraść butelkę wody, bo nie było nikogo przy kasie.
Zauważam ogromną butelkę wody mineralnej Evian, która wystaje z jej torby.
Aby zaoszczędzić pięćdziesiąt dolarów na bilecie, Poppy leciała liniami Frontier z Palm Beach i nie na JFK, LaGuardię czy Newark, ale na Long Island MacArthur Airport, skąd udała się autobusem do Ronkonkomy. Tam przesiadła się na pociąg, który jechał trzy godziny zamiast dwóch, bo ktoś rzucił się na tory, gdy skład dojeżdżał do stacji Jamaica.
– Widziałam pieprzony worek na zwłoki – mówi Poppy i chwyta się za gardło.
Paznokcie, jak zawsze zbyt długie, pozostawiają czerwone szramy na skórze. Jeśli będzie drapać się zbyt mocno, krosty zaczną krwawić, wda się infekcja i rany nie będą się goić. Jej ciało przypomina kronikę, na kartach której zapisano wszystkie momenty, gdy nie potrafiła zaczekać cierpliwie na ustąpienie opuchlizny.
– Przestań się drapać – nakazuję, klepiąc ją po dłoni. – Ja też widziałam worki na zwłoki. Jak się tu przeprowadzisz, zobaczysz ich więcej. Masz przy sobie EpiPen?
– Tak. Ale nie jest tak źle, za chwilę wszystko zniknie. Skóra musi tylko pooddychać. – W jej głosie słychać niepewność. – Od dawna nie miałam prawdziwego zaostrzenia objawów. W sumie nie wiem, czy to ostra reakcja alergiczna, czy po prostu zwyczajna pokrzywka. Zwykle nie noszę szalika przez tak długi czas. Poza tym latanie jest stresujące. Nie wydaje mi się, żeby to była prawdziwa pokrzywka. A tak w ogóle to faktycznie się tu przeprowadzam. Dlatego mam ze sobą całe to gówno.
– Zobaczymy – stwierdzam w odpowiedzi. – Powinnaś go zastosować?
– Co? – Rzuca się na kanapę i dłonią wachluje szyję.
– EpiPen?
Poppy wbija wzrok w podłogę, a następnie ponownie spogląda na mnie.
– Nie mam go przy sobie. Podrożał sto procent, a nie jest refundowany z ubezpieczenia mamusi i tatusia. Nie mam ochoty wydawać siedmiuset dolców czy ile tam żądają. Stać mnie, ale nie powinnam. To rozbój w biały dzień. Obrzęk może spowodować zaciśnięcie gardła, a oni chcą, żebym płaciła siedemset dolców, by mieć szansę na przeżycie? Pieprzyć Blue Cross Blue Shield! – woła, przyciskając knykcie do oczu. – Pieprzyć opiekę zdrowotną, pieprzyć Amerykę!
– Rozumiem – mówię cierpliwie – ale co zrobimy, jeśli faktycznie pojawi się obrzęk?
– Wiesz, że jeszcze nigdy mi się to nie przytrafiło. Boże, to nie o to chodzi – stwierdza, łapiąc za rzęsy i odciągając powieki od gałek ocznych, choć wie, że tego nienawidzę.
– Przestań.
– Boże – powtarza. – Ty przestań. – I rusza do łazienki, zamykając za sobą drzwi.
Słyszę, jak sika. Po chwili woła mnie i zmieszanym tonem prosi, żebym przyniosła jej smartfon z kieszeni płaszcza – okropnego wełnianego okrycia w kolorze czerwonego wina, przypominającego szlafrok, który dostała w spadku po matce.
Przynoszę telefon.
– Nie mogłam zrobić kupy w samolocie – oznajmia, kiedy jej go wręczam. – Były straszne turbulencje. A słyszałaś, że woda w samolotowych toaletach jest tak brudna, że nie powinno się nią myć nawet rąk.
Zamykam drzwi i przed lustrem w salonie przymierzam płaszcz. Jego kolor lepiej pasuje do moich oczu, a ponieważ jestem kilka centymetrów wyższa od siostry, długość jest idealna. Na mnie nie wygląda tak okropnie. Zastanawiam się, w jaki sposób skłonić ją, żeby mi go dała. Może powiem, że moim zdaniem jest ohydny i kiedy ze wstydu przestanie go nosić, to ja chętnie wezmę. Tylko jak wytłumaczyć chęć posiadania czegoś, co się wcześniej skrytykowało? Aby uniknąć kłótni, musiałabym prawdopodobnie poczekać, aż Poppy wyprowadzi się z mojego mieszkania, a może nawet do momentu, aż na dobre opuści miasto. Biorąc jednak pod uwagę, że dopiero co wylądowała i w tym tygodniu ma wziąć udział w trzech rozmowach o pracę oraz obejrzeć pięć mieszkań, a także to, że zawsze chciała mieszkać w Nowym Jorku i powinnam ją wspierać w tych dążeniach, raczej nie ma co liczyć na jej szybki wyjazd. Poppy chce zostać, a ja powinnam chcieć jej w tym pomóc. Może po prostu pozwolę jej zatrzymać płaszcz.
W łazience Poppy robi kupę. Słyszę plusk wody w muszli. Przenoszę rzeczy siostry do gabinetu – kursuję dwa razy – i za każdym razem, gdy zbliżam się do łazienki, słyszę sączący się z jej telefonu głos Donalda Trumpa.
– Ty skurwysynu! – krzyczy Poppy. Otwiera drzwi i woła do mnie: – Wkurza mnie, że jest najzabawniejszą osobą na świecie! Ciebie to nie denerwuje? – Zamyka drzwi, zanim zdążę odpowiedzieć. Po chwili otwiera je ponownie. – Och, i jakby tego było mało, przed chwilą dostałam okres.
– Zamieniam się wtedy w zwierzę – wyjaśnia Poppy w drodze do parku. Twierdzi, że spacer łagodzi skurcze, jeśli w tych dniach jesteś w ogóle w stanie ruszyć się z domu. – Kilka dni przed okresem wszystko mnie swędzi. Czuję każdy włos na głowie, kołnierzyki koszulek zaczynają mi przeszkadzać, i takie tam. Czasami pojawia się pokrzywka. Staję się wrażliwa na dźwięki i zapachy. Mam wyostrzone zmysły. Z wyjątkiem wzroku. Obraz mi się rozmywa, do tego stopnia że nie jestem w stanie dostrzec, co jest po drugiej stronie pokoju. Nawet teraz mam wrażenie, jakby... no nie wiem, jakby wszystko otaczała jakaś aura.
Zazdroszczę Poppy przekonania, że jej doświadczenia są wyjątkowe.
– Wiesz, o czym mówię – kontynuuje. – Ty też masz zwariowane miesiączki?
Nie opisałabym moich okresów jako „zwariowanych”.
– Tak – przyznaję mimo wszystko. – Bywa intensywnie.
– Co się wtedy z tobą dzieje? – Poppy nigdy nie pozwala mi zmienić tematu rozmowy, nawet jeśli się z nią zgodzę.
– Hm – odpowiadam. – Czasami powiększają mi się węzły chłonne.
Marszczy brwi.
– To nie przez okres.
Nagle czuję pot na karku.
– U mnie tak to wygląda. Nie umniejszaj mojemu doświadczeniu. Miesiączkuję dłużej niż ty i znam swoje ciało.
– Ale ja zaczęłam wcześniej, bo już w podstawówce. Nie wydaje mi się, abyś miesiączkowała dłużej niż ja, biorąc pod uwagę liczbę lat.
Krzywię się na dźwięk jej słów.
– To nie ma sensu – stwierdzam.
– Ależ ma. Po prostu nie potrafisz liczyć.
Poppy przyśpiesza kroku, wbijając wzrok w ziemię. Kłócimy się o bzdurę, o drobiazg, który wymyśliłam, żeby ją uspokoić. Często tak właśnie kończą się nasze rozmowy. Dochodzi do nieporozumień, gdy próbujemy udawać, że jesteśmy do siebie bardziej podobne niż w rzeczywistości.
– Myślisz, że to normalne, że węzły chłonne czasami się powiększają?
Poppy się wzdryga.
– Jestem pewna, że nie ma w tym nic niezwykłego – odpowiada.
– Widziałam w internecie program, w którym dziewczyna myślała, że ma tylko powiększone węzły chłonne, a tak naprawdę zachorowała na chłoniaka. Przyjaciele zorganizowali dla niej zbiórkę na GoFundMe i udostępnili skany, na których widać było zmiany, aby udowodnić, że dziewczyna nie oszu...
– Nie masz chłoniaka – przerywa mi. – Jesteś zdrowa.
– Co szesnaście miesięcy, z zegarkiem w ręku, przechodzę naprawdę ciężką anginę. Skąd taka regularność?
– Bo żyjesz. Zapalenie gardła jest nieodłączną częścią życia.
Kilka drzew rosnących w parku próbuje zakwitnąć. Pada deszcz ze śniegiem, znacząc trawę cętkami z czarnego błota pośniegowego. Przemarznięte dzieciaki, poubierane w długie spodnie, z rumieńcami na twarzy grają w piłkę. Poppy opowiada historię o przyjaciółce, która w weekendy trenowała koedukacyjną drużynę złożoną z sześciolatków. Nazwali się „Mamuśki i Tatuśkowie”.
– Którą przyjaciółkę masz na myśli? – pytam. – Annę, twoją dawną współlokatorkę?
– Tak naprawdę – przyznaje Poppy – nie usłyszałam tej historii od przyjaciółki. Przeczytałam o niej w zabawnym tłicie.
Założyłyśmy z Poppy identyczne buty firmy Danskos oraz skarpety do kompletu. Gdy spacerujemy ścieżką na skraju Long Meadow – w obrębie Central Parku – fotografuję nasze stopy na tle brudnego śniegu, a następnie otwieram Instagrama, wstawiam pomarańczowe serduszko w rogu ekranu i publikuję relację. Nie oznaczam Poppy, ponieważ tego nie lubi.
W ciągu kilku minut otrzymuję odpowiedź z konta, którego nie rozpoznaję – getwellwithwendy. Jedyną Wendy, jaką znam, jest nasza matka. Otwieram wiadomość i widzę, że getwellwithwendy wysłała mi kciuka w dół i linijkę tekstu: Buty okropne... To w stylu matki. Klikam w profil. Oczywiście miałam rację. To ona. Nikt nie obserwuje jej konta, ale zamieściła pierwszy post – rozmazane zdjęcie smoothie, otagowane #getwellwithwendy, #koszerne, #smoothie, #czas_na_koszerne_smoothie.
Chcę pokazać wiadomość Poppy i zapytać ją, czy wie, co matka robi na Instagramie i od jak dawna stosuje koszerną dietę, ale siostra mnie wyprzedza:
– Słyszałaś, że z łatwością moglibyśmy odgryźć sobie palec, jak marchewkę, ale jakaś część naszego mózgu nam na to nie pozwala?
– Każdy to słyszał – odpowiadam.
Siadamy na ławce. Poppy wyciąga telefon.
– Dlaczego mnie nie oznaczyłaś?
– Nie znosisz, gdy cię oznaczam.
– Racja, ale mimo wszystko mogłaś.
Słyszymy odgłosy zamieszania dobiegające z boiska. Jedno z dzieci leży na ziemi, trzymając się za nogę. Kiedy trener odsuwa jego dłonie, aby sprawdzić, co się stało, widać krew.
– Moja kość! – krzyczy dziecko. – Widzę kość!
– Dobra – odzywa się Poppy. – Chodźmy.
Wstaję razem z nią, ale nadal wpatruję się w dziecko i obserwuję przebieg wydarzeń.
– Poczekaj – odpowiadam. – Chcę tylko zobaczyć...
– Jesteś nienormalna. Chodź.
Zaskoczona ruszam za nią w kierunku wyjścia z parku. Zwykle to ona lubi oglądać różne okropieństwa. Pewnego razu, gdy chodziłyśmy jeszcze do liceum, wstałam w środku nocy, żeby skorzystać z naszej wspólnej łazienki. W środku zastałam Poppy siedzącą na toalecie ze swoim szkolnym laptopem. Z głośnika dochodziło wołanie: „O Boże, kurwa, o Boże, o mój Boże!”. Szybko zamknęłam drzwi i wróciłam do łóżka. Poppy ruszyła za mną, usiadła na mnie, odsunąwszy kołdrę, a następnie odwróciła ekran laptopa w moim kierunku, na wpół krzycząc, na wpół szepcząc: „To nie było porno, to nie było porno, to nagranie z jedenastego września. Chodzi o skoczków. Ludzie filmowali skaczących z okien”.
W drodze powrotnej do mieszkania Poppy chce zajrzeć do sklepu z pamiątkami, który mieści się w Muzeum Brooklyńskim, więc tam idziemy. Wybiera koszulkę za czterdzieści dolarów z napisem CITY OF NEW YORK i macha do mnie.
– Myślisz, że tacie by się spodobała? – pyta.
– Prawdopodobnie nie – odpowiadam. – Ale ty znasz go lepiej.
– Sama nie wiem. Jest już taki stary, że trudno stwierdzić, co mu się podoba, a co nie. – Niedbale składa koszulę i odkłada ją na półkę. – Wymienił wszystkie światła w domu na żarówki LED i teraz każdy pokój przypomina salę operacyjną. Przez trzy dni łaził z drabiną z pokoju do pokoju i za każdym razem, gdy skończył, wołał mnie, włączał światła i pytał: „No i? Co ty na to? To dopiero coś, prawda? To dopiero coś”. Od tamtej pory, gdy leżę w łóżku, a w pokoju zapalone jest górne światło, mam wrażenie, że czeka mnie za chwilę operacja.
Nasz ojciec, dermatolog, ma obsesję na punkcie dobrego oświetlenia. Jeszcze kilka lat temu relacje między nami były całkiem dobre, w miarę normalne. Potem jednak zaczęłam się interesować zabiegami i teraz co kilka miesięcy ojciec bierze moją twarz w dłonie, ocenia ją i określa, która jej część mogłaby być większa, mniejsza, gładsza czy też piękniejsza. „Mam nowy laser, który usunie te włoski na szyi. Mam nowy wypełniacz, który wypełni blizny po ospie wietrznej. Mam nowy neuromodulator, który otworzy trochę twoje małe oko”.
Śmieję się, a potem podnoszę koszulkę i składam ją nieco staranniej. Zdejmuję z niej kłaczek w kolorze brzydkiego szalika Poppy.
– Zawsze podważasz mój autorytet – stwierdza Poppy i przed wyjściem ze sklepu jeszcze raz muska koszulkę tylko po to, by być ostatnią osobą, która jej dotknie.
Jedna z mormońskich mamusiek blogerek, którą obserwuję na Instagramie, oznajmia, że ma crusha na swojego chłopczyka, mając na myśli swoje miesięczne dziecko. Jest jak mini mąż, którego mogę trzymać na biodrze! Pyta, czy inne mamy doświadczają podobnych odczuć, i zachęca je do zamieszczania odpowiedzi w komentarzach. Filtr, którego użyła do edycji zdjęcia, sprawia, że dopiero co otwarte oczy noworodka mają lodowaty, jasnoniebieski kolor.
Potrzebujemy więcej niebieskookich dzieci, takich jak Twoje!!!!!, brzmi jeden z komentarzy.
Amen!!!, odpowiada mamuśka blogerka.
Omg, pisze ktoś inny, bez przerwy mam ochotę całować mojego chłopczyka!!!!! Czy to normalne?, po czym wstawia trzy płaczące ze śmiechu buźki.
TO CHORE, stwierdza ktoś inny.
Nieprawda, nie ma w tym nic nienormalnego, to kwestia hormonów, pisze jeszcze ktoś inny. To jak dotykanie sutków: zaczynasz wtedy odczuwać tęsknotę za domem.
Mam drugie konto, którego używam tylko po to, by obserwować dziewczyny zafiksowane na religię. Kilka lat temu używałam go do stalkowania kont marek, które lubiłam, ale na które nie było mnie stać, a także młodszych ode mnie pisarzy, których kariery tak bardzo się rozwinęły, że nie miałam szans im dorównać, najbardziej szalonych kuzynów i ich równie szalonych znajomych oraz najbardziej znienawidzonych ludzi z liceum. Potem jednak w sekcji „Odkrywaj” na Instagramie zaczęły się pojawiać filmiki mormońskich blogerek, które dołączałam do obserwowanych i kolekcjonowałam jak pluszaki Beanie Babies: dani_baranekbozy, uleglazona1515 i tak dalej. Każda streszczała swoje życie w kolejnych postach, prezentując w zachwycający sposób i w ilościach hurtowych najbardziej chore i obłąkane treści, jakie można sobie wyobrazić.
Nie wszystkie mamuśki, które obserwuję, to mormonki – niektóre są wyznawczyniami Kościoła ewangelickiego, fundamentalizmu lub tradycjonalizmu katolickiego, czy też członkiniami religijnych wspólnot rolniczych. Kilka dni temu, gdy byłam na haju i przeglądałam w nocy konta różnych mamusiek, natknęłam się na baletnicę, która stała się surwiwalistką i w dodatku bardzo przypominała moją matkę. Wybuchnęłam wówczas płaczem, niewiarygodnie intensywnym i niekontrolowanym. Obserwowanie życia tych kobiet stanowi dopełnienie mojego życia.
W ciągu ostatnich kilku lat moja matka również stała się religijna, ale traktuje religię w osobliwy sposób. To dziwne, gdy postępowi Żydzi nagle odnajdują religię. Matka nie uważa siebie za wyznawczynię judaizmu mesjanistycznego, ale właściwie nią jest. Dawniej podczas kolacji moi rodzice naśmiewali się z takich ludzi. Teraz matka uczestniczy w nabożeństwach w mesjanistycznej kongregacji w Boynton Beach, przed której siedzibą widnieje szyld: „Kongregacja L’Chaim. Gdzie Żydzi i goje w CHRYSTUSIE łączą serca swoje!”. Niedawno wyznała mi, roniąc łzy: „Kiedy dorastałam, zawsze myślałam, że Jezus umarł za wszystkich oprócz mnie. Czułam się przez to mniej ważna. Gorsza od zwierzęcia. Ale teraz wiem, że umarł także za mnie”.
Czasami matka wysyła do mnie i Poppy mejle z linkami do nagrań nabożeństw na YouTubie prowadzonych przez faceta w kiepskim tupeciku, którego nazywają Pastor Bruce. Zawsze dołącza do nich komentarz w stylu: Niesamowita mądrość, gdybyście chociaż chciały z tego skorzystać. Jeden z filmików nosił tytuł „NAJLEPSZE JESZCZE PRZED NAMI”! Nigdy nie znałam Żyda, który myśli w ten sposób.
– Jezu! – woła Poppy, gdy dowiaduje się ode mnie o sekretnym koncie na Instagramie, nocnym przeglądaniu nagrań z L’Chaim i o atmosferze, jaka tam panuje, a także o tym, jak bardzo się niepokoję o matkę. – Nie zawracaj sobie tym głowy. Odpuść. Bawi cię to?
Chcę wyjaśnić Poppy, że nie chodzi o zabawę, ale się powstrzymuję, bo tak naprawdę jeszcze nie wiem, co mnie do tego pcha. Mogłabym jej opowiedzieć o byłej baletnicy, o tym, jakie emocje wywołał we mnie jej widok. Mogłabym spróbować opisać uczucie, które towarzyszy mi w środku nocy przy słuchaniu wykładów Bruce’a oraz przeglądaniu zakładki NAUKI na stronie L’Chaim (Rozważanie numer cztery: Zachowujemy żydowską kulturę i żydowskie praktyki, które nie są sprzeczne ze Słowem Bożym). Mogłabym jej powiedzieć, że czasami doświadczam tego samego uczucia, gdy wyskakuje mi na ekranie reklama Krewetkowych Poniedziałków bez Limitu w Red Lobster, kiedy próbuję obejrzeć na YouTubie film z Zapruderem o zamachu na Kennedy’ego, którego był świadkiem, lub gdy widzę post firmy produkującej lnianą odzież, z którego dowiaduję się, że „energia wibracyjna” lnu wynosi pięć tysięcy herców, dlatego nosząc ją, magnetycznie przyciągamy do siebie innych ludzi. Czasami, kiedy oglądam różne treści w internecie – zwłaszcza hasła antysemickie, dziwne infografiki społeczno-polityczne, mamuśki blogerki śliniące się na widok swoich blond chłopczyków z modnym irokezem na głowie – mam wrażenie, że patrzę na luki w strukturze czasu, które tylko ja jestem w stanie dostrzec. Jeśli jeszcze nie jestem naćpana, to dzięki nim zaczynam się tak czuć. Widzę koniec sztuki i kultury, a czasem nawet, jeśli wystarczająco długo przeglądam dane strony, dostrzegam również koniec ludzkiego życia. Są chwile, że czuję się jak własny przodek. Albo jak Tamagotchi. Nie potrafię opisać tego uczucia ani Poppy, ani nikomu innemu. Zamiast tego pokazuję siostrze post opublikowany niedawno przez kobietę, która świętowała odwróconą wazektomię męża. Wrzuciła zdjęcie mężczyzny w papierowym fartuchu śpiącego w szpitalnym łóżku i opatrzyła je podpisem: Dziś jest ten dzień!!! Nie mogę się doczekać, aż mój niesamowity mężczyzna się obudzi i zaczniemy starać się o dziecko! Jeśli macie wolną chwilę, pomódlcie się za nas!, a następnie dodała dwie buźki z zamkniętymi oczami i wywalonym językiem oraz emotkę całującej się białej pary z sercem pomiędzy ich twarzami.
– Dobra, poczekaj – mówi Poppy, po czym wyrywa mi telefon z rąk.
Uśmiecham się, widząc, jak jej palce łączą się na ekranie, by powiększyć zdjęcie.
Zabieram siostrę na powitalną kolację na Brooklynie, przeganiając ją przez tunele metra i uciszając, gdy zaczyna coś mówić w wagonie.
– Ludzie zazwyczaj starają się zachować ciszę w środkach transportu publicznego – wyjaśniam. – Z szacunku do siebie nawzajem.
Na dźwięk moich słów Poppy marszczy brwi i przenosi wzrok na faceta stojącego nieopodal, który na Samsungu ogląda Gladiatora – maksymalna głośność, brak słuchawek.
– Dobrze wychowani ludzie – dodaję – starają się zachować ciszę.
W restauracji wszystkie stoliki są zajęte.
– Dziś chyba nie znajdziemy niczego dla pań – wyjaśnia hostessa.
Jest dziewiętnasta.
– Przez cały wieczór nie będzie ani jednego wolnego stolika? – pytam, próbując zmrużyć oczy.
– Jak widać. – Hostessa posyła mi uśmiech.
Mijamy kilka przecznic, aż dochodzimy do lokalu, który zdaniem Poppy wygląda dobrze – restauracja poke fusion z irytującym szyldem przedstawiającym ohydnego, źle narysowanego kredą pokemona lewitującego nad miską ryżu.
– Ile ty masz lat? Pięć? – pytam, ale Poppy stoi już na progu lokalu i wystawia dwa palce w kierunku hostessy.
Mężczyzna z blond włosami przyjmuje przy stoliku nasze zamówienie. Irytuje mnie sposób, w jaki buja się w przód i w tył.
– A jakie białko do tego? – zwraca się do mnie.
Nie chcę tutaj jeść żadnych ryb ani mięsa. Nie podoba mi się wygląd blatów. Odkąd jako dziewięciolatka po raz pierwszy i jedyny spróbowałam obrzydliwej zupy rybnej, czuję żałosny lęk przed jedzeniem. Istnieją potrawy, które są bezpieczne, i takie, których lepiej unikać. Lokale bezpieczne i takie, które lepiej omijać z daleka. Restauracja, do której chciałam zabrać Poppy, jest bezpieczna. Odwiedzam ją od lat. Zaczynałam od próbowania niewielkich porcji bezmięsnych dań i stopniowo, jedna po drugiej, sięgałam po potrawy, po których spożyciu – jak zapewniałam sama siebie – nic mi nie będzie. Kiedy jogurt jest przeterminowany choćby o jeden dzień, kiedy wnętrze zakrętki słoika z korniszonami pokrywa zbyt dużo skroplin, kiedy sos pomidorowy się rozwarstwia, kiedy przepis wymaga użycia udek z kurczaka, kiedy na główce brokułu pojawiają się żółte kwiatuszki i kiedy we wtorkowy wieczór ktoś zamawia kalmary – wtedy właśnie w moim odczuciu pojawia się problem.
– Bez białka, proszę – odpowiadam, oddając mu menu.
– Och, musi pani coś wybrać.
– Nie chcę żadnego białka.
– Niestety – mówi, kołysząc się w moją stronę – trzeba coś wybrać. W przeciwnym razie będzie to po prostu zwykła miska ryżu.
– A jeśli na to właśnie mam ochotę?
– Niestety, trzeba coś wybrać – powtarza.
– Posłuchaj. – Sama jestem zaskoczona, że w moim głosie pobrzmiewają dzikość i gniew wywołane strachem. – Nie chcę białka. Sorry.
– Takie mamy zasady – wyjaśnia. – Dania są podawane z białkiem. Bez niego nie da się niczego wprowadzić do systemu. – Trzyma długopis nad kartką w oczekiwaniu na moją decyzję.
– Po prostu... nie mam dziś ochoty... na żadne białko.
Czy ten facet czuje to samo co ja na dźwięk słowa „białko”? Wydaje się różowe i śliskie. Po prostu odrażające.
– Proszę podać jej tofu na boku – wtrąca się Poppy, po czym chwyta moją kartę dań i podaje ją kelnerowi.
– Tofu – powtarza, pisząc na swoim zamówieniu. – Na... boku. – Patrzy na mnie, jakby chciał powiedzieć: To takie trudne? Czuję się zawstydzona i spuszczam wzrok.
Po jego odejściu pochylam się nad stołem i szepczę do Poppy:
– Co to, kurwa, było? Jakiś dziwny ten gość. Słyszałaś, jak wypowiadał słowo „białko”? Białko, białko, białko. Nie chcę tu jeść. Dlaczego nie mogłam po prostu postawić na swoim?
Poppy rozwija serwetkę i kładzie ją na kolanach.
– Czasami trzeba po prostu wybrać to pieprzone białko. – Wpatruje się we mnie. Jej oczy są ogromne, bije z nich surowość. Kiedyś wydawały mi się inne. – Przestań utrudniać sobie życie. Nie wszystko musi być tak skomplikowane.
Planowałam kupić saturator SodaStream, ale Poppy nie chce wspierać izraelskiego apartheidu. Stoimy więc bezczynnie pośrodku najgorszego sklepu Target na Brooklynie, wpatrując się w urządzenie. Poppy zwinęła kilka serków Babybel z działu nabiałowego i teraz podjada je podczas zakupów.
– Myślałam, że Pepsi ich wykupiło – zaczynam, a moja chęć zakupu rośnie z każdą sekundą.
– Sankcje nadal obowiązują – wyjaśnia Poppy z ustami pełnymi sera.
– Zapłacisz za to, prawda?
Przewraca oczami i chowa opakowania do torebki.
– O co ci chodzi z tym płaceniem za wszystko?
Wyszukuję w Google hasło sodastream sankcje i moim oczom ukazuje się zdjęcie patrzącej beznamiętnym wzrokiem Scarlett Johansson. Fotografię zrobiono na ceremonii w hotelu Gramercy Park, podczas której aktorka została zaprezentowana jako pierwsza w historii firmy globalna ambasadorka marki. Klikam i otwiera się wywiad, w którym Scarlett – w odpowiedzi na zarzuty po zareklamowaniu SodaStream na Super Bowl – wyjaśnia, że firma jest pomostem pomiędzy Izraelem a Palestyną i może pomóc w zawarciu pokoju, ponieważ wspiera dwie sąsiadujące nacje pracujące razem, zapewnia równe wynagrodzenia, świadczenia oraz prawa.
Pokazuję artykuł Poppy.
– Widziałaś Pod skórą? – pyta.
– Nie.
Chwyta mnie za ramię, wytrzeszczając oczy.
– O Boże! – woła. – Obejrzymy go później. Jak tylko wrócimy do domu. Scarlett Johansson gra w nim kosmitkę... nie chcę niczego zdradzać, ale ona jest kosmitką. To jeden z kulminacyjnych momentów, ale jest też kilka innych. To znaczy w filmie chodzi o coś innego...
– Mam trzydzieści lat – przypominam Poppy, mimo że do trzydziestki brakuje mi jeszcze dwóch lat. – Nie przejmuję się spoilerami. – Oczywiście jestem wściekła, że właśnie zdradziła mi treść całego filmu. Chwytam z półki SodaStream.
– Nie możesz wyłamać się z bojkotu – mówi Poppy.
– Nie obchodzi mnie, gdzie to produkują, nie ma to dla mnie znaczenia. Nie chcę kupować butelkowanej wody gazowanej do końca mojego pieprzonego życia. – Na tylnej ścianie opakowania znajduje się mała izraelska flaga, a pod nią tekst: „Ten produkt został wyprodukowany przez Arabów i Żydów pracujących ramię w ramię w pokoju i harmonii”. – Spójrz, widzisz tę naklejkę?
Poppy przez chwilę przygląda się napisowi.
– Jesteś aż tak głupia? Jeśli się nie przeciwstawisz faszystowskiej propagandzie...
– Źle to wymawiasz. W słowie „propaganda” akcent pada na drugą sylabę. – Od razu czuję się jak suka. To możliwe, a nawet wielce prawdopodobne, że właśnie niepotrzebnie poprawiłam właściwą wymowę. Jednak Poppy nie zaprząta sobie tym głowy, więc biorę się w garść i kontynuuję wypowiedź. – Poza tym nie zamierzam sobie niczego odmawiać tylko dlatego, że nie akceptuję izraelskich bombardowań. Teraz wszyscy wzajemnie się bombardują. Kto produkuje te serki? Może ta firma też wyznaje faszystowskie idee?
– Wyguglałam. Są w porządku. Za to w twoim zachowaniu zauważyłam coś nowego – stwierdza, poruszając rękami niczym mim zamknięty w kartonowym pudle. – Nie przywiązujesz do niczego większej wagi.
– Ponieważ wszystko jest mało istotne.
– Kiedy to się zaczęło?
– Nie wiem.
– Rozmawiałaś z kimś na ten temat?
– Nie.
Poppy wygląda na zadowoloną z siebie.
– Cóż, zrozumiałam, że terapia jest niesłychanie pomocna w odkrywaniu, skąd się biorą niektóre moje poglądy, a także w budowaniu systemu przekonań takich jak na przykład niepopieranie Izraela.
– Nie popieram Izraela.
– Przecież właśnie to, kurwa, robisz.
– Mów ciszej – proszę, gdy mija nas tłum chasydzkich dziewcząt w wieku szkolnym. – Nie możesz publicznie rozmawiać o Izraelu.
Przy kasie samoobsługowej skanuje opakowanie precli w czekoladzie, ale w plastikowej torebce ukrywa jeszcze lakier do paznokci.
– Kosztuje kilkanaście dolców – mówi, gdy widzi moje znaczące spojrzenie.
Jakiś czas temu Poppy próbowała popełnić samobójstwo. Tylko ja o tym wiem. Wcześniej przez wiele lat zmagała się z depresją. W wakacje po zrobieniu licencjatu zamknęła się w sobie. Rodzice przyjechali do regionu zwanego Research Triangle1, gdzie mieszkała, wyprowadzili ją z zapluskwionej kawalerki i zabrali do rodzinnego domu na Florydzie. Mieszkała z nimi przez kilka lat. Uczęszczała na spotkania grup terapeutycznych, podczas których bez użycia nożyczek tworzyła tablice inspiracji ze starych czasopism, borykała się z pokrzywką, która nękała ją od okresu dojrzewania, i każdego dnia myślała o rzuceniu się ze schodów. W tych pierwszych trudnych miesiącach rzadko ją odwiedzałam, prawie nie dzwoniłam. Czułam ogromną irytację na widok Poppy, jakiej jeszcze nie znałam – nieustannie płaczącej z zamkniętymi oczami, zawodzącej jak stary czajnik do herbaty.
Kiedy poczuła się trochę lepiej, znalazła tymczasową pracę w biurze doradztwa zawodowego w tamtejszym prywatnym liceum, gdzie pomagała dzieciakom z bogatych rodzin dostać się na odpowiednie studia. Została w grupie terapeutycznej dłużej niż którakolwiek z osób, z którą zaczynała, znalazła przyjaciół, polubiła terapię, czytała publikacje o funkcjonowaniu mózgu. Mówiła o podjęciu studiów magisterskich. O powrocie do Durham, o znalezieniu tam pracy. Następnie w pewien październikowy piątek, dzień przed swoimi urodzinami, szarpnęła kierownicą Jetty i uderzyła w barierkę ochronną na autostradzie. Nie licząc złamanego nadgarstka, wyszła z wypadku bez szwanku, ale skasowała samochód. Nie powiedziała nikomu poza mną, co planowała zrobić. To było dwa lata temu.
„Proszę, nie rób tego więcej”, błagałam ją wówczas przez telefon. „Dam sobie z tym spokój, przynajmniej na razie, a poza tym raczej nie skorzystam już z auta”, odpowiadała.
Kradzieże sklepowe – będące przejawem zainteresowania materialnymi rzeczami – w połączeniu z przeprowadzką na Brooklyn świadczą zapewne o tym, że Poppy poradziła już sobie z myślami samobójczymi i jest gotowa stawić czoło przyszłości. Osiągnęła równowagę, poczuła się spełniona. Przynajmniej tak sobie powtarzam.
Z drugiej strony – czy ktoś kiedykolwiek wykorzystał całą buteleczkę lakieru do paznokci?
Poppy stoi w drzwiach, trzymając laptopa.
– Chyba znalazłam mieszkanie.
Siadam na łóżku i robię dla niej miejsce, odsuwając komputer oraz ubrania leżące obok. Klęka na materacu i podaje mi laptopa. Na ekranie pojawia się ogłoszenie StreetEasy dotyczące niewielkiego studia w niezbyt ciekawym miejscu na Ósmej Alei w dzielnicy Chelsea. Pod sufitem podwieszone są czerwone rury. Nie da się tego miejsca pomylić z żadnym innym – to moje pierwsze mieszkanie, do którego się wprowadziłam zaraz po przyjeździe do miasta.
– Jest bardzo tanie jak na tę okolicę – zachwala.
– Poppy – zaczynam – to moje poprzednie mieszkanie.
– Nie – odpowiada, odbierając ode mnie laptopa. – Tamto było inne.
– Naprzeciwko Foragers.
– Nie pamiętam, gdzie wcześniej mieszkałaś.
– Zatrzymałaś się u mnie na tydzień w wakacje. Miałam kanapę i spałyśmy naprzemiennie, stopy jednej przy głowie drugiej, jak w filmie Willy Wonka.
– O Boże! – woła, otwierając usta.
– No a teraz udajesz – kontynuuję. – Udajesz, że nie rozpoznałaś mojego dawnego mieszkania. Nie wierzę, że patrząc na zdjęcia, nie zorientowałaś się, że to jest to samo miejsce. – Biorę od niej laptopa. – Podnieśli czynsz o jakieś osiemset dolarów. Tani jak na tę okolicę? O czym ty mówisz? Nie stać cię na nie. Poszukaj mieszkania współdzielonego na Craigslist, jak wszyscy.
„Wszyscy mieszkają w Chelsea, kiedy po raz pierwszy przyjeżdżają do Nowego Jorku”, powiedziałam Poppy wiele lat temu, „nawet jeśli tylko w przenośni”. Myślała, że mówię poważnie?
– Jeśli dostanę dobrze płatną pracę, to będę mogła sobie na nie pozwolić.
– Czy w ciągu nocy zostałaś nagle programistką?
– A może rodzice mi pomogą i przez rok będą dokładać połowę czynszu, a ja w międzyczasie zostanę programistką i wtedy będzie mnie stać.
– Nie pomogą ci – mówię i bardzo chcę w to wierzyć.
– Tobie pomogli, kiedy się tu przeprowadziłaś. A przecież nie wykazywałaś zainteresowania programowaniem, więc może gdybym ja się tym zajęła, zgodziliby się.
– Tak, tylko ja miałam wtedy dwadzieścia jeden lat. Jesteś za stara, by prosić rodziców o pomoc. Poza tym nie opłacali mojego czynszu, tylko udzielili mi poręczenia, i nawet nie musiałam o to prosić. – Kłamię i wszystko ubarwiam. – Pamiętam, że byli okropni. Tata rzucił nawet któregoś razu: „Nie jestem zachwycony, że muszę narażać dla ciebie swój tyłek”.
– Psychiatra powiedział, że jestem opóźniona emocjonalnie o jakieś cztery lata – stwierdza Poppy z nienaturalną wyższością. – I mogę nawet wykazywać oznaki niezdiagnozowanego ASD. Tak bardzo jestem niedorozwinięta emocjonalnie. Więc cztery lata to... Nieważne. Myślę, że zgodziliby się mi pomóc. – Kiedy nie odpowiadam, Poppy wpatruje się we mnie. – ASD to skrót oznaczający zaburzenie autystyczne.
– Chyba naprawdę masz pieprzony autyzm, Poppy – odpowiadam – skoro myślisz, że skłonisz rodziców do płacenia czynszu. – Od razu po wypowiedzeniu tych słów czuję się źle, ale nie na tyle, by przeprosić lub przestać mówić. – Musisz znaleźć mieszkanie ze współlokatorami, na które cię stać, i przestać spać na starym materacu mojego byłego. Musisz znaleźć jebaną pracę i zacząć żyć.
Czuję, jak ukryty we mnie silnik warczy, tnie moje wnętrzności. Jeśli Poppy zajmie moje stare mieszkanie i zacznie w miejscu, w którym ja zaczynałam, powoli przejmie każdy element mojej przeszłości. Wówczas doświadczenia z ostatnich siedmiu lat przestaną być po prostu moim życiem, lecz staną się czymś innym – mapą moich błędów, z której Poppy będzie mogła skorzystać. Staną się przewodnikiem w czasie rzeczywistym po drodze, jaką przebyłam aż do tego miejsca, po drodze, którą Poppy obserwowała i podczas której odnotowywała moje porażki, przygotowując się, by odbyć ją ponownie, ale tym razem unikając pomyłek.
– To był cios poniżej pasa – stwierdza Poppy – i wiem, że tak naprawdę nie miałaś tego na myśli, bo nie jesteś aż tak podła. Kiedy będziesz gotowa pogadać bez podejmowania prób zranienia mnie, a także siebie, odbędziemy normalną rozmowę i może uda nam się uniknąć choć w niewielkim stopniu okrucieństwa, wulgaryzmów i przepełnionego wściekłością ableizmu. – Wstaje i wychodzi, zostawiając otwarte drzwi.
– Nie mów do mnie, jakbyś była jednym z twoich pięciu terapeutów! – krzyczę za nią. Nie łapie przynęty.
PRZEPROWADZA SIĘ DO MOJEGO STAREGO MIESZKANIA, piszę do mamy. Wiem, że nie powinnam, ale czuję się wspaniale, kiedy mogę z nią być w jednej drużynie, mimo że coraz częściej odnoszę wrażenie, iż jest to możliwe wyłącznie wtedy, gdy gramy przeciwko Poppy.
Minutę później nadchodzi odpowiedź: Kiedy miałaś 12 lat, mówiłam ci, żebyś przestała zachęcać ją do spędzania z tobą czasu, jeśli nie masz na to ochoty. Ale ty i tak to robiłaś.
Nie przychodzi mi do głowy żaden moment w moim życiu, w którym zachęcałam Poppy do spędzania ze mną większej ilości czasu. Wręcz przeciwnie, zawsze błagałam, by zostawiła mnie w spokoju. Nigdy nie rozumiałam, dlaczego nie mogła bawić się sama tak jak ja, dlaczego musiała dołączać do klubów, których byłam członkinią, dlaczego przed wyborem swojego stroju zawsze czekała, żeby zobaczyć, w co ja się ubrałam.
ona po prostu próbuje zrozumieć samą siebie, pisze matka.
masz rację, zaczynam, ale zanim zdążę dokończyć zdanie, przychodzi kolejna wiadomość: ale nigdy jej się to nie uda i zostaniesz już z nią na zawsze.
Jon, facet, z którym się spotykam, przychodzi na kolację. Lubię spotykać się z rodzeństwem moich znajomych, napisał wcześniej. Przypomina mi się wówczas cytat: „Gdyby nie łaska boża, tam szedłby teraz on”.
Przy przekąskach Jon i Poppy rozmawiają o Sor Juanie Inés de la Cruz, którą uwielbiają, a ja przeglądam telefon. Dziewczyna, z którą chodziłam do liceum, umieściła na Instagramie post o uważności: Twoja częstotliwość energetyczna determinuje to, co cię spotyka. Energia jest wszystkim. Wszystko jest energią. Twój unikalny poziom suwerenności energetycznej znajduje wibracyjne odzwierciedlenie w tym, jacy ludzie i jakie możliwości pojawiają się w twoim życiu. Nie ugrzęźnij w powtarzających się pętlach niskich wibracji. Dostrój serce do własnego prawdziwego energetycznego planu. Kiedy żyjesz w zgodzie z własną energią, wszystko inne nadejdzie.
– Jak myślicie, jaki jest mój poziom energetycznej suwerenności? – pytam, ponieważ nie mam nic sensownego do powiedzenia o Sor Juanie. Ignorują mnie.
– Pewnego dnia też mogę zostać zakonnicą – mówi Poppy do Jona. – Zakonnice są teraz na topie.
Poppy chce we wszystkim naśladować swoje idolki feministki. Chce zostać zakonnicą jak Sor Juana, producentką telewizyjną jak Tina Fey czy też komunistką jak Frida Kahlo.
– Nie zostaniesz zakonnicą – stwierdzam.
– A co, jeśli bycie zakonnicą jest zgodne z moim poziomem energetycznej suwerenności? – pyta zaczepnie.
Więc słuchała. Po prostu uznała, że moje pytanie nie jest warte odpowiedzi. Ponownie spoglądam na ekran smartfona. Nie lubię, gdy Poppy i Jon przebywają w tym samym pomieszczeniu. Nie wiem, jak się wówczas zachować. Czuję się bezbronna i spięta. Jon i Poppy się dogadują i zastanawiam się, czy to nie oni powinni tworzyć parę. Przez takie myśli czuję się jeszcze bardziej bezbronna i spięta.
Korzystam z aplikacji randkowych niemal od roku. Z całych sił staram się odnaleźć choć odrobinę czułości, całując się z facetami, którzy nie robią tego zbyt umiejętnie, a to w Washington Square Park, a to na Pier 46 przy rzece Hudson czy też w tym dziwnym trójkącie na skrzyżowaniu alei Atlantic i Washington. Aż tu nagle kilka miesięcy temu pojawił się Jon – nieco lepiej radzi sobie z całowaniem, płynie w nim francuska krew za sprawą matki, jest inteligentny, bogaty, choć nie chce o tym mówić, i nieobrzezany, ale trudno. Ma tytuł magistra z poezji i niedokończony doktorat z poetyki i poezji, a do tego, przynajmniej na razie, nie ma ubytków w owłosieniu na głowie. Udaje, że zna się na winie, a ja się na to godzę. Ja natomiast udaję, że wiem coś o literaturze rosyjskiej, i on się na to godzi. Nasz związek jest jeszcze bardzo niepewny. Zjawiła się jednak Poppy i przycupnęła w centralnym miejscu mojego życia.
W pewnym momencie naszej kolacji Poppy pyta Jona, którego kandydata na prezydenta popiera, a on odpowiada: „Jesteśmy za Berniem Sandersem”. Mówiąc „my”, ma na myśli siebie i mnie. Poppy spogląda na mnie z nienawiścią, bo jest przekonana, że potajemnie popieram Elizabeth Warren. Rzecz w tym, że to nieprawda. Powiedziałam jej tak, aby nie zarzucała mi, że zapałałam sympatią do Berniego, bo po związaniu się z Jonem przeszłam pranie mózgu. Było inaczej – cztery lata temu też byłam za Berniem, ale nigdy się do tego nie przyznałam przed Poppy, bo wtedy z kolei byłam w związku z Gage’em, który był poetą i również popierał Berniego. Gdyby w tamtym czasie Poppy się dowiedziała o moich sympatiach politycznych, również stwierdziłaby, że przeszłam pranie mózgu.
Po kolacji pokazujemy Poppy pierwszy odcinek serialu Rick i Morty. Choć z Jonem oglądamy go z entuzjazmem, moja siostra nie jest nim zainteresowana z powodu opinii zamieszczonych na Reddit. Gdy odcinek dobiega końca, stwierdza, że nie rozumie jego fenomenu.
– Drugi sezon jest lepszy – przyznaje Jon. – Jak w przypadku Community. Wiesz, że zajęło im trochę czasu, aby odnaleźć główny motyw...
– Motyw serialu – kończy Poppy.
– Tak – zgadza się Jon.
– W przypadku każdego serialu zajmuje to trochę czasu – mówię, choć jest mi głupio. – Właśnie dlatego są serialami.
Poppy mnie ignoruje.
– A potem znowu się pogubili.
– By następnie wrócić na właściwe tory... no, powiedzmy.
– Powiedzmy.
Jon i Poppy rozmawiają o kręgach fabuły stosowanych przez Dana Harmona, a ja odrywam odstające cienkimi płatami skórki przy paznokciach, otwierając w ten sposób kilka niewielkich ran.
Poppy czyta książkę o kobiecie, która ma poślubić mężczyznę swoich marzeń – bogatego Brytyjczyka, który jest właścicielem ziemskim i mówi do niej „kochanie”. Główny problem kobiety polega na tym, że jej chłopak okazuje się członkiem rodziny królewskiej, a ona musi zdecydować, czy wychodząc za niego, chce zostać królową. Myślę, że Poppy jest zbyt mądra, by czytać takie książki, więc wyrażam na głos swoje zdanie.
Na jej twarzy pojawia się oburzenie.
– Jak śmiesz oceniać książki, które czytam w wolnym czasie? Co w takim razie według ciebie powinnam czytać? Pieprzony podręcznik? Freuda? Czasami potrzebuję wyciszenia, czasami wiąże się to z chwilowym wyłączeniem myślenia. Powinnaś coś o tym wiedzieć, mamuśkowa stalkerko.
– To co innego.
– Dlaczego?
Nie wiem, co odpowiedzieć.
– Hm – zaczynam. – Powiedzmy, że prowadzę na ich temat badania.
– W jakim celu?
– Piszę esej o Ameryce i Żydach, w którym jest też mowa o asymilacji, bezkompromisowości, Bogu, teoriach spiskowych i jeszcze wielu innych rzeczach.
Tak naprawdę nie piszę żadnego eseju. Niczego nie piszę... przynajmniej na poważnie. Przez jakiś czas tworzyłam teksty reklamowe dla pionu sprzedaży online w przeciętnym czasopiśmie. „Dwadzieścia uroczych puchówek poniżej 200 dolarów”. „33 powody, by sprawdzić Amazon Sale właśnie teraz”. „Oto dlaczego influencerzy kochają HomeGoods”. Teraz pracuję zdalnie dla firmy o nazwie BookSmarts i redaguję opracowania książek takich jak Myszy i ludzie lub Sapiens. Mam rozstrzygać, czy w powieści Myszy i ludzie króliki są symbolem bezcelowości eskapistycznych fantazji w czasach wielkiego kryzysu w świecie zachodnim. W rzeczywistości moja praca to głównie bezmyślne zatwierdzanie wyciągniętych z dupy tekstów, a następnie redagowanie ich w celu umieszczenia na stronie internetowej, tak by licealiści mogli zdobyć czwórki na egzaminach przygotowujących na studia. Kilka lat temu pisałam powieść, podobnie jak wszyscy moi znajomi. Teraz boję się ją skończyć, bo zastanawiam się, jak brzmiałoby jej opracowanie na BookSmarts. Nie potrafię jednak sobie tego wyobrazić. A skoro nie jestem w stanie rozgryźć głównych motywów własnej książki, zapewne nie jest to książka o jakiejkolwiek wartości literackiej.
Wyglądam przez okno. Na ulicy widzę kobietę wyprowadzającą psa. Zwierzę kroczy przodem z nosem przy ziemi, a po chwili garbi się, przyjmując dziwną pozycję, i robi kupę. Kobieta zbiera odchody do zielonej torby, zakręca ją i idzie dalej. Nagle się zatrzymuje. Spogląda na rękaw swojej kurtki. Tupie nogą. Wygląda na to, że usmarowała się gównem. Przez chwilę zatrzymuje wzrok na ubraniu, a potem idzie dalej. Wokół niej wirują płatki śniegu. Za godzinę prawdopodobnie wszystko stopnieje.
– Bardzo chciałabym mieć psa – wyznaje Poppy.
Jon wysyła mi zdjęcie swojego kutasa. Zapisuję plik, nad którym pracowałam, a następnie robię pięciominutową przerwę, by pójść do łazienki i w odpowiedzi przesłać mu fotografię jednego z moich cycków. Lecz gdy unoszę koszulkę, widzę, że mój brzuch pokryty jest różowymi zmarszczkami, które pojawiają się, gdy siedzę zgarbiona przez zbyt długi czas, więc zamiast tego odpisuję: Boże, kocham twojego kutasa i mam nadzieję, że to wystarczy. Oczywiście, kiedy wychodzę z łazienki, widzę, że aplikacja iMessage jest otwarta na moim komputerze i na jego ekranie widnieje kutas Jona. Poppy wpatruje się w niego, kręcąc głową.
– Wy, hetero – wzdycha, a następnie zakładką do książki wskazuje na penisa. – Podoba ci się to? Nie pytam złośliwie. Jestem po prostu ciekawa, czy lubisz patrzeć na coś takiego?
Pospiesznie podchodzę do komputera i zamykam aplikację.
– Wiadomo, że mi się to nie podoba.
– Możesz chcieć czegoś więcej – stwierdza Poppy. – Mamy rok dwa tysiące dziewiętnasty.
Na Instagramie widzę mem o osobach spod znaku Skorpiona. Wysyłam go Poppy, ponieważ to właśnie jej znak. Następnie przesyłam kolejny o pokemonach i aborcji, i jeszcze jeden, w którym zdjęcie gargantuicznych prehistorycznych stawonogów pływających w pierwotnym morzu opatrzono podpisem: Urodziłem się w niewłaściwej epoce♥, a potem następny, w którym ktoś przedstawił psa Blue z serialu edukacyjnego niczym piekielną bestię. POTRZEBUJĘ TYCH ŚLADÓW, STEVEN, mówi Blue z piekła rodem, górując nad skulonym Steve’em. Uważam mem z psem za wyjątkowo zabawny, więc przesyłam go również do Jona. Odpisuje: ????
Śladem Blue!!!!!!!, wyjaśniam.
Odczytuje moją odpowiedź, ale zero reakcji.
Próbuję ponownie: Program dla dzieci!!!!!!!
Nigdy tego nie oglądałem, odpisuje.
Czterdziecha, piszę. „Czterdziecha” – tak zwracam się do Jona, gdy zgrywa się na czterdziestolatka, którym nie jest, ale najwyraźniej chciałby być. Ma trzydzieści dwa lata, jest więc tylko cztery lata starszy ode mnie, ale zawsze udaje, że dzieli nas ogromna przepaść pokoleniowa.
Przyjedź do mnie, pisze.
Boli mnie gardło. Na myśl, że miałabym spędzić ponad godzinę w pociągu do Harlemu tylko po to, by przespać się u Jona na niewygodnym materacu z Ikei – który jest jeszcze bardziej niewygodny niż mój materac z Ikei – ogarnia mnie smutek.
Czuję się paskudnie, odpowiadam. Chyba łapie mnie przeziębienie :-(. Rozmowa staje się zbyt długa, by toczyć się na Instagramie, ale czuję, że jest już za późno, by przejść na esemesy. Jon nie odpowiada na moją wiadomość o prawdopodobnym przeziębieniu. Robię sobie zdjęcie z ramieniem zakrywającym twarz, umieszczam powiększoną buźkę z termometrem w ustach w rogu zdjęcia i publikuję je w moich relacjach. Wyobrażam sobie, jak Jon przynosi mi rosół z tej świetnej restauracji Barneya Greengrassa, a potem wtuleni w siebie oglądamy Stary młyn Disneya, na końcu idziemy spać, nie uprawiając seksu. Mijają godziny. Jon nie reaguje na moją relację. Wpatruję się w rurę zraszacza biegnącą przez sufit i zastanawiam się, gdzie jestem, a gdzie powinnam być. W dzieciństwie myślałam, że zostanę ortodontką.
– Poradziłabym sobie świetnie w BookSmarts – stwierdza Poppy. – Znam się na książkach. Ty nie jesteś aż tak mądra, zawsze kiepsko ci szło w szkole, nie radziłaś sobie z nauką ani z etyką pracy. To zadziwiające, że jesteś tam zatrudniona, a ja pozostaję bezrobotna.
Jest zalana, gdyż spędziła wieczór z przyjaciółmi ze studiów, z którymi nie rozmawiała od trzech lat. Wszyscy studiują teraz prawo. Przed imprezą Poppy wzięła udział w ostatniej z zaplanowanych rozmów o pracę. Po jej zakończeniu napisała mi, że prowadząca pożegnała ją słowami: „Życzę miłego popołudnia”, co stanowi zaszyfrowaną wiadomość o treści: „Już się nie zobaczymy”. A teraz Poppy jest zamroczona.
– Mam ogromną wiedzę – chwali się. – Muszę ją jakoś wykorzystać. Muszę zacząć zarabiać pieniądze. Ale nie chcę zarabiać pieniędzy. Chcę po prostu mieć kupę szmalu za nic. Mam takie marzenie, ale wstydzę ci się o nim powiedzieć. To takie niewłaściwe, to wbrew... wbrew moim przekonaniom. Ale i tak ci je zdradzę. Więc jestem w galerii Met w środku tygodnia. Upuszczam rękawiczkę w tym wielkim pokoju pełnym marmurowych rzeźb, a miły, wysoki i przystojny nieznajomy podnosi ją i komplementuje, ponieważ jest aksamitna... to aksamitna rękawiczka. Żartuję, a on pyta, czy wybrałabym się z nim na kolację. Nie mam żadnych planów na wieczór, więc idziemy do restauracji, w której panuje półmrok, serwują oliwki, na stołach stoją świece, a w sali obok odbywa się prywatna impreza i co jakiś czas dochodzą do nas wybuchy głośnego śmiechu. Słychać, że wszyscy dobrze się bawią i dzięki temu czujemy się bezpiecznie. Mężczyzna opowiada mi wspaniałe, wyrafinowane polityczne dowcipy, a pod koniec wieczoru całuje mnie na ganku mojego domu, a potem spotykamy się wielokrotnie i na jednej z randek mówi mi, że jest jedynym spadkobiercą ogromnej fortuny... chodzi o miliardy dolarów... ale nadal jest dobrym człowiekiem, a ja po prostu – Poppy wybucha płaczem – jestem niewiarygodnie szczęśliwa i czuję ulgę, bo on się oświadcza. Moja przyszłość jest zabezpieczona i w głębi serca wiem, że nigdy mi niczego nie zabraknie, że mogę mieć wszystko, czego zapragnę, że nowy mąż kupi mi dom szeregowy w mieście pełen zabytkowych naczyń, z szafkami wypełnionymi białą, gładką, cholernie bezużyteczną zastawą, dom w Hamptons z dostępem do plaży oraz obłędną biżuterię na moje urodziny oraz rocznice. Pewnego roku kupi mi też zegarek za czterdzieści tysięcy dolarów. Pójdziemy razem do sklepu, żeby go wybrać, a personel będzie wobec nas uprzejmy i dostaniemy wodę za darmo. – W tym momencie Poppy, przypomniawszy sobie o wodzie, wstaje i rusza do lodówki. – Mąż bardzo mnie kocha, zachodzę z nim w ciążę, co, jak wiesz, budzi moje obrzydzenie, ale potem rodzę bliźniaczki, więc... przepraszam za esencjalizm płciowy, po prostu przypisujemy im płeć żeńską po urodzeniu i obie wyrastają na dziewczynki. A ja ubieram je w piękne ciuchy, a potem wysyłam je do... do koledżu... – Poppy prawie chichocze z radości – ...Barnard... – jęczy – idą do Barnard po osiągnięciu właściwego wieku, a gdy odwozimy je tam przed rozpoczęciem roku, pomagam im odkazić materace, a potem spędzam coraz więcej czasu na Long Island... używam takiego stwierdzenia, aby nie epatować kurewskim bogactwem, choć oczywiście jestem kurewsko bogata, bo mam ogromne szczęście dzięki mężowi, bo nigdy nie musiałam się stresować płaceniem szesnastu dolarów za PRZEKĄSKI W KINIE – mówi Poppy, płacząc, a jej podbródek drży – czy też stu dolarów za wypełnienie zęba, ponieważ mój mąż zapewnia mi dobre życie i jest niewiarygodnie dobrym ojcem dla dziewczynek... no i Maya Rudolph przemawia na uroczystości rozdania dyplomów, na scenie stoją kwiaty. Potem dziewczynki idą do szkoły prawniczej w Princeton i znajdują sobie bogatych mężów, i choć mężowie nigdy nie będą dla nich wystarczająco dobrzy, choć nie zatroszczą się o moje bliźniaczki tak wspaniale jak ja, to będą to czyści, mili chłopcy w mokasynach, którzy nigdy ich nie uderzą, nie nazwą sukami ani nie przelecą innych kobiet bez ich zgody. I moje córki ułożą sobie życie z tymi chłopcami i będą miały własne córki, którymi również ktoś się zaopiekuje, i które również pójdą na uczelnię zaliczaną do Ivy League z powodu pokoleniowego... pokoleniowego bogactwa, wiesz, i nigdy nie będzie żadnych... no, jakichkolwiek... oj... chwileczkę! – woła i idzie do łazienki, żeby zwymiotować.
Zostaje tam przez następnych kilka godzin. Zasypiając, czuję zazdrość na myśl o tym, że potrafi tak jasno i wyraźnie wyrazić to, czego pragnie, że potrafi budować tak szczegółowe fantazje. Za każdym razem, gdy we mnie pojawia się jakieś pragnienie, staram się wybić je sobie z głowy. Zamykam oczy i próbuję odnaleźć najgłębsze życzenie dotyczące przyszłego życia. Powtarzam sobie, że fantazjowanie to nic złego, że jestem bezpieczna we własnej głowie, że moje pragnienia są ważne. Nagle się orientuję, że nastał już ranek, a ja nie pamiętam, żebym o czymkolwiek śniła.
Kiedy wstaję z łóżka, Poppy leży na kanapie przykryta kocem i czyta. Na środku jej czoła dostrzegam pojedynczą zmianę skórną. Poppy zauważa moje spojrzenie i macha ręką w moim kierunku.
– To nic – stwierdza. – To zwykła alergia, wszystko w porządku. Spójrz. – Odwraca książkę, abym mogła zobaczyć okładkę. To publikacja dotycząca psychologicznych teorii traumy.
– Kupiłaś ją, bo przeze mnie poczułaś się głupio, czytając trzecią część Zaskakującego mistycznego wesela królewskiego?
– Nie – mówi Poppy, choć sposób, w jaki odpowiada, potwierdza, że mam rację. – Czytam ją, bo chcę rozwiązać tajemnicę naszego dzieciństwa.
Przypominam Poppy, że nasze dzieciństwo nie było traumatyczne.
– Moje było – odcina się.
– Bo musiałaś... co... nosić rajstopy do synagogi?
Poppy wskazuje na mnie palcem.
– Dobrze wiesz, że matka kontrolowała moją ekspresję płciową – mówi to półżartem, półserio, a jej mina, ton głosu i spojrzenie wyrażają wściekłość wynikającą z faktu, że jej płeć jest przedmiotem kontroli. Po chwili jednak wybucha śmiechem i czeka, aż do niej dołączę.
Robię Nespresso, a Poppy włącza Hulu. Przez kolejnych pięć godzin oglądamy Czarodziejkę z Księżyca, a potem zdajemy sobie sprawę, że nastała noc.
– Cholera – mówi Poppy.
– Zmarnowałyśmy cały dzień – zauważam, mając poczucie straty.
– Widocznie tego potrzebowałyśmy. Po prostu nic nie robić.
Czuję, że potrzebowałam jednak wyjść na długi spacer, przeczytać coś intensywnego, nudnego i imponującego, napić się soku, pogadać z sąsiadem, pogłaskać psa lub porozmawiać z baristą w kawiarni znajdującej się nieopodal. W swojej wizji przyszłości widzę Poppy i siebie siedzące cały czas na kanapie i oglądające Czarodziejkę z Księżyca. Nie myjemy się, nie wychodzimy z domu, starzejemy się, dostajemy odleżyn.
– Możesz u mnie zostać jeszcze trzy tygodnie – oświadczam. – Chcę, abyś pamiętała, że mieszkasz ze mną tylko do czasu znalezienia mieszkania.
– Wiem o tym.
– Ale tak naprawdę możesz tu zostać tylko trzy tygodnie. To absolutny maks.
Poppy marszczy brwi i gestem wskazuje na nieużywane pomieszczenie.
– Tam jest wolna sypialnia.
Wielokrotnie powtarzałam jej, by tak go nie nazywała.
– To nie sypialnia – odpowiadam. – To mój gabinet.
– Tak, twój gabinet – stwierdza Poppy, palcami wykonując w powietrzu gest cudzysłowu, choć zdaje sobie sprawę, że jest on dla mnie niesłychanie irytujący. – Tworzysz taką... narrację – wstaje i mówi, machając ręką w powietrzu, jakby sugerowała tworzenie narracji – w której jestem pijawką, nie chcę się od ciebie wyprowadzić, karmię się tobą i nie robię nic ze swoim życiem. Ale to nieprawda.
– Więc jak wygląda prawda? Co ty tu robisz?
Poppy nie odpowiada na moje pytanie. Wsuwa laptopa w zgięcie łokcia, zakłada okulary na głowę i podnosi kubek z zimną kawą. Zaczyna iść w stronę wolnej sypialni, przy okazji wylewając trochę zawartości na podłogę.
– Posprzątaj to! – krzyczę, niemal plując.
– Sama sobie posprzątaj – odpowiada, tupiąc.
Idę za nią aż do drzwi pokoju. Kiedy je zamyka, widzę, że z dziurawego materaca całkowicie zeszło powietrze. Napieram na drzwi. Poppy robi to samo z drugiej strony. Żadna z nas nie ustępuje przez kilka sekund. Zaczynam płakać. W końcu odpuszczam i Poppy uderza w drzwi całym swoim ciężarem.
– Kurwa! – krzyczy z bólu.
– Co? – pytam, wchodząc do pokoju. – No co?
Poppy opiera stopę na kolanie. Trzyma swój duży palec, który jest umazany krwią, po czym odrywa z niego paznokieć i unosi go w górę.
– Uważaj, aby nie zaplamić podłogi w moim gabinecie – ostrzegam.
Gdy Poppy mija mnie w drodze do łazienki, rzuca paznokciem i trafia w moją głowę, a ja nie protestuję.
Siedząc w ciemności w swoim pokoju, przeglądam profile mamusiek. Wszystkie są częścią piramid finansowych. Jedna handluje kosmetykami do włosów, druga do paznokci. Jeszcze inna sprzedaje kursy na temat tego, jak być lepszą żoną. W swoich relacjach przedstawia najważniejsze pytania zadane przez obserwujące ją kobiety o to, jak zachęcić mężów do „rozwoju”.
Jakieś rady w kwestii przygotowań do sytuacji kryzysowych (apokalipsy), w przypadku gdy mąż nie uważa tego za konieczne, a żona wręcz przeciwnie, ale jednocześnie chce się podporządkować jego woli?, zapytała jedna z kobiet.
Kochana, odpisała mamuśka, jedziemy na tym samym wózku. Nie przeciwstawiaj się. Wyraź swoją troskę i odczytaj mu wspierające wersety z Pisma. Módl się o miłosierdzie i wsparcie Ojca. Módl się i bądź posłuszna. Kliknij w darmowy link do podkastu znajdujący się w bio.
Najbardziej niepokojący przekręt dotyczy olejków eterycznych sprzedawanych przez ogromną firmę z Utah o nazwie WayLife. Na moim feedzie partnerki marki – WayLadies, jak same się nazywają – twierdzą, że olejki te leczą choroby i zapewniają bliskość Pana. Ostatniej nocy gorączka Madysyn sięgała 40 stopni... 2 krople mieszanki Obfitość na klatkę piersiową i temperatura od razu spadła... On jest Bogiem!
Kiedyś moja mama wysłała mi link do środka do dezynfekcji rąk sprzedawanego na stronie WayLife. Odpisałam jej: nie kupuj tego!!!!!!!!! W odpowiedzi przesłała mi zdjęcie paragonu potwierdzającego zakup dwunastu opakowań, a następnie parskającą śmiechem buźkę. Nigdy mi nie mów, co mam robić, przeczytałam w wiadomości, która przyszła godzinę później. Ja jestem rodzicem, a ty dzieckiem.
Zasypiam przy filmiku przedstawiającym dziewczynkę, na oko trzy-, czteroletnią, która na prośbę swojej matki znajdującej się poza kadrem przytacza opowieść biblijną o Danielu w jaskini lwów.
– „Daniel nie psestrasył się lwów – recytuje dziewczynka – poniewas był odwazny, a Bóg powiedział, zeby był odwazny i ulatował go psed lwami i klólem Daliusem”.
– „Tak – słychać głos mamy. – Tak, Myla! Bardzo dobrze! Myla... Myla! – woła, ponieważ dziewczynka zaczęła się bawić lalką. – Myla, posłuchaj kochanie. Czy możesz mi powiedzieć, jaki jest morał tej opowieści?”.
– „Nalezy być posłusnym wobec Boga” – odpowiada Myla.
– „Amen! – kończy mama. – Amen!”
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
1 Obszar w Karolinie Północnej skupiający placówki badawcze, firmy technologiczne i uniwersytety (Raleigh, Durham i Chapel Hill), które na mapie tworzą kształt trójkąta (przyp. tłum.). ↩
