Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Alan Mere ma wszystko: dobrze płatną pracę, luksusowy apartament na sto trzydziestym drugim piętrze, przyjaciela idealnego w postaci sztucznej inteligencji o imieniu Fred… oraz życie, którego nie znosi.
Pewnego dnia spotyka piękną nieznajomą, Syntię, i od tej chwili nie może przestać o niej myśleć. Inne sprawy powoli tracą znaczenie, produktywność Alana w pracy gwałtownie spada, a jego rozkojarzenie natychmiast zostaje zauważone przez przełożonych.
Podczas jednego z bezcelowych spacerów mężczyzna ponownie widzi Syntię. Udaje mu się z nią porozmawiać. Ta rozmowa zmienia wszystko. Alan dostrzega, jak naprawdę wygląda otaczająca go rzeczywistość: ludzie szpiegowani są we własnych domach, zamykani w złotych klatkach, przekonani o swojej wolności i szczęściu, bombardowani nachalnymi reklamami, ogłupieni przez telewizję, otoczeni niepotrzebnymi gadżetami oraz zaawansowaną technologią, której do końca nie rozumieją.
Wreszcie Alanowi udaje się zrzucić kajdany, którymi krępował go bezduszny system. Tylko czy poza murami multikondygnacyjnych wieżowców jest miejsce dla takich jak on? Miejsce, które mógłby nazwać domem i poczuć się wolny? Naprawdę wolny…
„Wolność urojona” to antyutopia będąca ostrą krytyką konsumpcyjnego stylu życia. Powieść w bezkompromisowy sposób obnaża wady współczesnego kapitalizmu i przedstawia przyszłość tego systemu w czarnych barwach, zadając równocześnie pytanie: dokąd nas to zaprowadzi?
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 293
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Dlaczego małpa ta
nie mogła nadal tylko małpą pozostać?
Co sprawiło, że człowiekiem
dumnie się nazwała?
I wyruszył ów człowiek w podróż daleką,
By odnaleźć samego siebie,
Lecz wnet drogę zgubił,
I zapomniał, czego ma szukać.
Dzień pierwszy
– Budzę się rano i od razu czuję, że jestem królową życia. Myślisz, że jestem wyjątkowa? Lecz ty również możesz się tak czuć! Wystarczy jedna tabletka Mertix Total Humor Plus Podwójna Dawka, a każda twoja chwila przepełniona będzie szczęściem i radością.
Alan Mere powoli otworzył oczy i spojrzał bezmyślnie na zawieszony tuż pod sufitem głośnik, z którego wydobywał się ten krzykliwy, pełen entuzjazmu głos. Jego świadomość przez parę sekund balansowała na granicy dwóch światów: jawy oraz snu. Wciąż widział obrazy, które podsuwał mu umysł – były takie wyraźne, niemal żywe, prawdziwsze niż ta sypialnia i ten głośnik pod sufitem. Pamiętał dobrze każdy szczegół ze swojego snu: stał na korytarzu pośród gwaru i zgiełku; ludzie wokół niego biegli gdzieś na oślep, trącając go barkami; ich twarze były bez wyrazu, jakby puste; oczy patrzyły w dal, w jakieś nieokreślone, odległe punkty. Byli to mężczyźni i kobiety. Krzyczeli do siebie… Coraz głośniej i głośniej. Wrzawa, tumult, hałas. Alan zatkał uszy dłońmi, lecz to nie pomogło. Przez palce do jego umysłu wdzierały się tysiące ludzkich głosów i wierciły dziurę w czaszce jakby od wewnątrz. I nagle… Nagle wszyscy ci ludzie znikli, a on został sam… Zupełnie sam. Ogarnął go strach. Rozglądał się nerwowo, biegał tam i z powrotem po pustych korytarzach, nawoływał, lecz odpowiadało mu tylko bezduszne echo, a za każdym rogiem czekała jedynie pustka. Nigdzie nie było żywego ducha. „Wszyscy odeszli” – pomyślał i poczuł ulgę. Spacerował po tarasach widokowych, przechadzał się po pasażach i napawał się tą samotnością, chłonął ją, wciągał głęboko do płuc, niczym świeże powietrze. Wytężał słuch, lecz wszędzie wokół słyszał tylko ciszę… Błogą, przepiękną ciszę. „Jak tu spokojnie” – myślał.
– Mertix Total Humor Plus Podwójna Dawka dostępny jest bez recepty w każdej aptece. Jednak przed zażyciem skonsultuj się z lekarzem lub farmaceutą, gdyż każdy lek niewłaściwie stosowany może zagrażać twojemu życiu bądź zdrowiu.
Ostatnie zdanie wypowiedziane zostało z szybkością dorównującą serii z karabinu maszynowego, lecz Alan nie słuchał. Jego umysł po pierwszym szoku, spowodowanym nagłym przerwaniem głębokiego snu, zaczął już funkcjonować poprawnie i mężczyzna zorientował się, że jak co dzień powitał go obowiązkowy, poranny blok reklamowy.
– Ziomal, ale rurę dziś zarwałem! – z głośnika zagrzmiał kolejny podniecony głos, tym razem męski. – Nie uwierzysz, ale tak się napaliła, że chciała od razu przejść do konkretu.
– Jasne, bujasz – odpowiedział z niedowierzaniem drugi mężczyzna.
– Nie bujam! Odkąd używam dezodorantu Prixon Plus Orzeźwienie Morza, wszystkie laseczki są moje, a funfle mi zawiszczą.
Alan leżał na plecach w bezruchu, a jego oczy na powrót zaczęły się zamykać. Wtedy krzykliwe reklamy stopniowo ucichły, a pomieszczenie wypełnił łagodny, pełen ciepła ton:
– Witaj, Alanie. Wiem, że nie lubisz wcześnie wstawać i chciałbyś jeszcze trochę pospać, jednak dochodzi już dwadzieścia po siódmej i musisz wstać, bo inaczej spóźnisz się do pracy.
Słowa płynęły powoli z głośników i były niczym anielska muzyka; niemal pieszczotliwie łechtały Alanowi bębenki. Ów dźwięczny głos o przepięknej barwie i nieskazitelnej dykcji należał do Freda, Komputerowego Systemu Obsługi Personalizowanej (w skrócie KSOP). Fred nie był człowiekiem, lecz nie można było go nazwać również zwykłą aplikacją obsługową mieszkania. Potrafił samodzielnie myśleć, podejmować decyzje, uczyć się na swoich błędach i wyciągać wnioski. Wyposażony we własną, niepowtarzalną osobowość, za którą odpowiedzialne były skomplikowane, wielopętlowe algorytmy, egzystował jako odrębny, niezależny byt. W wielu kwestiach miał autonomiczne poglądy, częstokroć bardzo odmienne od tych, które reprezentował Alan. Ale, co najważniejsze, Fred potrafił okazywać emocje – i to na tyle naturalnie, że Alan zapominał często, iż ma do czynienia ze sztuczną inteligencją, przez co traktował go jak prawdziwego przyjaciela… Chyba nawet jedynego. „W tym pieprzonym świecie trudno o przyjaciół” – myślał wielokrotnie, ale ta myśl nie przygnębiała go wcale, bo tak naprawdę nie potrzebował nikogo innego. „Żaden człowiek nie potrafi być tak wierny i oddany jak ta maszyna”. A Fred był kompanem naprawdę doskonałym – musiał być właśnie taki, ponieważ nad oprogramowaniem odpowiedzialnym za jego charakter pracowali najlepsi specjaliści. Alan słono za to wszystko zapłacił i na dodatek przeszedł przez prawdziwą mękę. Został poddany niezliczonym testom, podczas których psychologowie zadawali mu coraz to dziwniejsze i bardziej niedorzeczne pytania, dotyczące niemal każdego aspektu jego życia, a wszystko tylko po to, by stworzyć portret charakterologiczny istoty doskonałej dla Alana. Potem programiści obdarzyli algorytmy cechami charakteru zgodnymi z profilem psychologicznym Alana, dbając skrupulatnie o to, by żadna z nich nie była zbytnio przerysowana i aby wszystkie razem tworzyły dopracowaną całość. Dzieła dopełnili graficy i dźwiękowcy, którzy nadali Fredowi niepowtarzalny wygląd i głos, oczywiście stosując się do ścisłych zaleceń psychologów. Dzięki temu Fred był dla Alana przyjacielem idealnym, syntetycznym bytem stworzonym specjalnie dla niego… i tylko dla niego.
Alan odchylił powoli kołdrę i wstał. Rozejrzał się po sterylnie niebieskiej sypialni, a następnie chwiejnym krokiem ruszył w kierunku łazienki. Gdy przeszedł przez jej próg, światło wewnątrz zapaliło się automatycznie. Spojrzał obojętnie na swe odbicie w lustrze – wyglądał na typowego gościa po trzydziestce: na jego czole pojawiły się pierwsze, subtelne zmarszczki, kruczoczarne włosy lekko się przerzedziły, a zmęczone, zaspane jeszcze oczy patrzyły na świat z niechęcią, zdradzając jednak przy tym pewien przebłysk mądrości, charakterystyczny dla dojrzałego mężczyzny; takiego, który niejedno w życiu widział i naprawdę trudno już go zadziwić. Sięgnął po pudełko, z którego wydobył soczewki kontaktowe, przemył je ostrożnie specjalnym płynem, a następnie założył. Robił to mechanicznie, w zasadzie dłonie same wykonywały poszczególne ruchy, nie obarczając nimi mózgu. Czynności te powtarzał każdego dnia, przez co jego ciało działało niczym bezbłędnie zaprogramowany automat. Gdy tylko soczewki znalazły się na swoich miejscach, oczom od razu ukazał się zawieszony w przestrzeni, półprzeźroczysty napis, niemal eteryczny, jakby utworzony z delikatnej mgły:
ŁADOWANIE
PROSZĘCZEKAĆ
Po kilku sekundach litery rozpłynęły się w powietrzu, a w ich miejscu pojawiły się nowe:
SYNCHRONIZACJA URZĄDZEŃ DŹWIĘKOWYCH I NAWIĄZYWANIE POŁĄCZENIA Z SIECIĄ
Ten tekst również szybko zniknął. Wtedy, w samym środku pola widzenia Alana, rozbłysnął wielki, błękitny prostokąt w białej obwódce. Wewnątrz widniał komunikat:
SYSTEMZAŁADOWANYPOPRAWNIE
SUKCES
GRATULACJE!
– Masz trzy nowe wiadomości – powiedział delikatny, acz nazbyt syntetyczny głos, który Alan słyszał dzięki mikroskopijnym głośnikom wszczepionym w małżowiny uszne.
„Później” – pomyślał.
System natychmiast przyjął polecenie. Alan powoli otworzył szafkę, wydobył z niej elektryczną szczoteczkę do zębów i raz jeszcze spojrzał niechętnie w lustro.
„Co ja osiągnąłem? – zapytał siebie w myślach. – Co w ogóle mogłem osiągnąć? Każdy dzień taki sam. Każdy poranek podobny do wszystkich poprzednich. Czy w życiu chodzi tylko o to, by wciąż powtarzać ten sam codzienny cykl i przerwać go dopiero w chwili śmierci?” Westchnął głośno i wycisnął pastę z tubki. Czasem dopadało go takie dziwne uczucie zwątpienia połączonego z niemocą i nie mógł nic na to poradzić. Jednak nie widział powodów, by za ten stan rzeczy obwiniać kogokolwiek, a tym bardziej tego gościa po drugiej stronie lustra. „Takie już musi być to zafajdane życie – myślał. – Najważniejsze, by nie stracić szacunku do samego siebie”. Był pewien, że jemu ta sztuka na razie się udawała.
Nagle jego rozważania zostały brutalnie przerwane przez świdrujący dźwięk, dobiegający z nanogłośników. Przed oczyma ujrzał wielki napis:
WIADOMOŚĆ Z OSTATNIEJ CHWILI
– Do serii wybuchów doszło w Zachodniej Guberni! – krzyczał reporter, a w lewym dolnym rogu Alan zobaczył trójwymiarowe zdjęcia budynków w płomieniach oraz ludzi uciekających przed pożarem. Obrazy te były wyświetlane przez grafenową powłokę soczewek i, co za tym idzie, przypisane do określonego obszaru rogówki, który precyzyjnie wyznaczały piezoelektryczne nanoczujniki. Owe mikroskopijne urządzenia stale monitorowały zmiany wielkości źrenicy i zebrane w ten sposób informacje natychmiast przesyłały do procesora operacyjnego, który na bieżąco korygował położenie wyświetlanych filmów. Dzięki temu obrazy zawsze ukazywały się w konkretnym miejscu pola widzenia, tak by użytkownik mógł obserwować je kątem oka, a jednocześnie nie ograniczały mu w większym stopniu widoczności. Miało to jednak swoją wadę: odbiorca nie mógł skupić wzroku na wyświetlanych filmach, gdyż poruszały się one razem z jego gałką oczną. Dla kogoś nieprzyzwyczajonego do takiej technologii mogło być to nieco uciążliwe, ponieważ migające, kolorowe obrazki przykuwały wzrok i chciałoby się instynktownie spojrzeć wprost na nie. Te jednak, przy próbie skierowania oczu w ich stronę, uciekały uparcie z centrum pola widzenia. Alan był od dziecka przyzwyczajony do soczewek iCompact i wiedział, że nie ma sensu gonienie wzrokiem wskakujących okienek. By powiększyć i przywołać obraz do środka pola widzenia, wystarczyło tylko w myślach wypowiedzieć komendę: „powiększ”.
Alan jednak tego nie zrobił. Patrzył wciąż obojętnie na swe odbicie w lustrze, poruszając szczoteczką, która wibrowała delikatnie w jego ustach.
– Niespełna dwadzieścia metrów od miejsca, w którym teraz stoję, wydarzyła się straszliwa tragedia! – wrzeszczał podniecony dziennikarz. Alan kątem oka złowił mężczyznę z mikrofonem. Za jego plecami unosił się dym z dogorywającego jeszcze pogorzeliska. Na wpół zwęglone ściany straszyły rozległymi pęknięciami, z których wyłaniały się nadpalone kable. W samym środku stropu, wygiętego niemal w łuk, przezierał nieregularny otwór o postrzępionych brzegach. Powykręcane karykaturalnie pręty zbrojeniowe uginały się pod naporem odłamków betonu. Z góry wciąż sypał się ciemny pył. Gdzieś w oddali słychać było płacz jakiejś kobiety, a na osmalonej posadzce, nieopodal sterty gruzu, leżało nieruchomo dziecko, do którego właśnie podbiegli sanitariusze. Obok Alan zauważył kałużę krwi. Patrzył na to bez emocji.
– Dosłownie przed piętnastoma minutami doszło tutaj do dwóch wybuchów, które w znacznym stopniu zniszczyły sektor mieszkalny budynku. Agencja Bezpieczeństwa szacuje, że śmierć mogło ponieść nawet pięćset sześćdziesiąt osób, a około tysiąc trzysta czterdzieści zostało poważnie rannych. Wśród ofiar są również dzieci z Przyjaznej Wychowalni Roberta Watsona. Do zamachu przyznało się już pięć organizacji terrorystycznych i anarchistycznych, w tym: Alternative Future, Wolny Świat, Bojownicy Prawdy…
– Zmień kanał – rzucił niechętnie Alan.
Obraz natychmiast się zmienił. Na pierwszym planie pojawiła się kobieta w czerwonym płaszczu, za nią kłęby dymu i jakaś grupka ludzi.
– Co wydarzyło się po tym, jak usłyszał pan pierwszy wybuch? – zapytała dziennikarka i podsunęła mikrofon mężczyźnie, który stał najbliżej.
– Podbiegłem do okna i spojrzałem na sąsiedni wieżowiec. Zauważyłem dym na wysokości mniej więcej sto dwudziestego piętra. Nie wiedziałem, co robić. Wtedy eksplodował kolejny ładunek. Zobaczyłem eksplozję jakieś pięćdziesiąt pięter niżej. Bałem się o swoje życie…
– Przepraszam, że przerywam – kobieta szybkim ruchem odsunęła mikrofon od ust mężczyzny – jednak mam dla państwa wiadomość z ostatniej chwili. Agencja Bezpieczeństwa zwiększyła szacunkową liczbę ofiar. Aktualna wersja to pięćset siedemdziesięciu czterech zabitych i tysiąc czterysta osiemdziesięciu rannych, w tym trzydzieścioro dzieci. Powtarzam: pięćset siedemdziesięciu czterech zabitych i tysiąc czterysta osiemdziesięciu rannych. Do tego straszliwego zamachu doszło dosłownie kilkadziesiąt metrów od miejsca, w którym teraz…
„Zmień kanał” – wydał w myślach polecenie Alan.
– Tutaj, tuż za moimi plecami – przekrzykiwał gwar mężczyzna w garniturze – zginęły pięćset siedemdziesiąt cztery osoby…
– Wyłącz – Alan warknął rozzłoszczony. Obraz natychmiast zniknął, a dźwięki w uszach ucichły.
– Tuż za moimi plecami – powiedział, przedrzeźniając złośliwie dziennikarza. „Po co ta rywalizacja o to, kto będzie bliżej miejsca katastrofy? Przecież to nie ma żadnego wpływu na jakość przekazywanych informacji”.
– Alanie – zabrzmiał łagodny głos Freda – myjesz zęby już od dziesięciu minut. Naprawdę nie mam zamiaru cię ponaglić, jednak czas ucieka. Musisz wyjść z mieszkania za osiem ósma, bo inaczej spóźnisz się do pracy. W kuchni już czeka na ciebie śniadanie. Jajka na miękko, tak jak lubisz.
– Mhm. Dzięki. – Alan odłożył szczoteczkę na swoje miejsce w szafce, przepłukał szybko usta i ruszył w kierunku kuchni.
Światło w łazience zgasło, na chwilę zapaliły się kinkiety w przestronnym hallu, w końcu rozbłysły halogeny nad kuchennymi meblami. Alan otworzył przeszklone drzwiczki eat makera i wydobył dwie kromki chleba z masłem oraz dwa jajka.
Jedząc posiłek, spoglądał przez wielkie, kuchenne okno i podziwiał roztaczający się przed nim krajobraz. O tej porze, tuż przed nastaniem świtu, widok z jego ekskluzywnego apartamentu na sto trzydziestym drugim piętrze był naprawdę imponujący. Tak daleko, jak tylko mógł sięgnąć wzrokiem, widział dziesiątki, a może i setki, multikondygnacyjnych drapaczy chmur, podobnych do tego, w którym mieszkał. W ciemności każdy z nich świecił mrowiem malutkich światełek o różnej jasności i barwie, tworzących nieregularne, abstrakcyjne wzory. Alan lubił przyglądać się tym światełkom. „Jest ich tak wiele – myślał. – Tylu ludzi co dzień rano wstaje o tej samej porze i wykonuje te same czynności. Zupełnie jakby stanowili jeden wielki organizm. Albo ogromne mrowisko, w którym każda mrówka posłusznie wypełnia wyznaczone jej zadania”. Był pewien, że wielu z tych ludzi siedzi teraz gdzieś tam i jedząc śniadanie, spogląda w stronę wieżowca, w którym przy jednym z okien przebywa Alan. Jest on jednak dla nich tylko jedną z milionów lampek, błyszczących wszędzie dokoła aż po widnokrąg.
U podstaw tych ogromnych wieżowców poruszały się inne, nieco mniejsze światełka, czasem zatrzymując się, potem znów ruszając, niekiedy gasnąc zupełnie, by w innym miejscu na powrót rozbłysnąć. Były to światła bezzałogowych pojazdów dostawczych.
„Tylu ludzi pewnie czuje to samo, co ja – pomyślał Alan. – Jednak nie mogą… nie chcą…”
Nagle przed oczami błysnął mu napis:
NOWA OFERTA
KUPIŁEŚ U NASPRODUKT: STEPSUPPORTINGSYSTEMTS 65
MAMYNOWĄOFERTĘ, PRZYGOTOWANĄSPECJALNIEDLACIEBIE
Alan kątem oka złowił filmik, który pojawił się w lewym dolnym rogu jego pola widzenia. Mężczyzna ubrany w elegancki garnitur przyczepił efektownie wyglądające urządzenia do zelówek swych butów, po czym wstał z krzesła i lekkim, zgrabnym krokiem ruszył przed siebie. Można było odnieść wrażenie, że nogi same go niosą. Alan wiedział, że nie jest to tylko wrażenie, ponieważ niedawno zakupił tego typu sprzęt w sklepie na sto pięćdziesiątym piątym piętrze w pasażu handlowym. Człowiek z filmu przechadzał się żwawo, stąpając przy tym niesłychanie płynnie, i jakby zupełnie bez wysiłku odrywał stopy od podłoża. Wyglądało to bardzo efektownie i już samo obserwowanie jego gibkich, sprężystych ruchów mogło sprawiać przyjemność. Wtedy coś dziwnego zaczęło dziać się z ubraniem mężczyzny – z każdą chwilą stawało się ono coraz bardziej przeźroczyste, aż wreszcie znikło zupełnie, a ów jegomość szedł całkowicie nagi. Wówczas ten sam proces objął również skórę, przez którą coraz bardziej prześwitywały poszczególne mięśnie i ścięgna. Tym sposobem spacerujący młodzieniec płynnie przeistoczył się w cyfrowego manekina – anatomiczny model ludzkiego ciała. Manekin szedł wciąż tym samym sprężystym krokiem, którym wcześniej przechadzał się jego ludzki odpowiednik. Niespodziewanie zatrzymał się i stanął w lekkim rozkroku; wyprostował ręce, uniósł je i rozłożył na boki, dzięki czemu śmiało można było obserwować każdy, najdrobniejszy nawet, szczegół jego budowy anatomicznej. Kamera kręciła się wokół niego jednostajnie, powoli, obrót za obrotem, wręcz nieco ospale. Nagle wykonała gwałtowniejszy zwrot, po czym nastąpiło szybkie zbliżenie i cały kadr wypełniły nogi modelu, na których miarowo pulsowało kilkadziesiąt czerwonych punkcików.
– Aż czterdzieści dwa piezoelektryczne nanoczujniki – w uszach Alana zadźwięczał aksamitny baryton – wszczepione pod skórę i przytwierdzone do mięśni ud, łydek i stóp odczytują najdrobniejsze nawet ruchy nóg, a następnie informacje te przesyłają natychmiast do modułu sterującego. Ten z kolei przewiduje dalszą aktywność mięśni i pobudza do działania cały zestaw przymocowanych do zelówek, elektronicznych sprężyn o różnej twardości i sile wybicia. Najnowsze TS 65 Golden Edition wyposażone są w urządzenia przesyłowe i amortyzatory, których łączny czas reakcji nie przekracza nawet trzech pikosekund. To ponad pięciokrotnie szybciej niż reakcja poszczególnych mięśni odpowiedzialnych za stawianie kroków!
– Technologia TS 65 Golden Edition to coś więcej niż tylko zwykłe wspomaganie chodzenia! Dzięki niej będziesz poruszał się znacznie szybciej, niż ci na to pozwala natura i prawie w ogóle się nie zmęczysz podczas wykonywania tej czynności. Wszczepione pod skórę czujniki wysyłają informacje do modułów sterujących za pomocą fal radiowych, dzięki czemu nie ma potrzeby podłączania dziesiątek kabli pod skórę. Po zabiegu implantacji pozostają jedynie maleńkie ranki, które goją się już po paru dniach.
Ręka Alana automatycznie powędrowała w kierunku prawego uda, gdzie niedawno znajdowała się ostatnia z owych „ranek”, lecz, ku jego zadowoleniu, palce nie napotkały ani śladu strupka. Mimo to Alan nie przyzwyczaił się jeszcze do swych nowych step supportów i tak naprawdę wciąż nie lubił w nich chodzić. Był zdania, że to tylko „zbyteczne gadżety”, jak zwykł je często nazywać w myślach. Dlatego też długo wzbraniał się przed ich zakupem i do niedawna, chyba jako ostatni, pojawiał się w pracy bez wspomagaczy chodzenia. W tym czasie wszyscy jego znajomi przechadzali się dumnie w step supportach, które stały się również głównym tematem rozmów podczas przerw regulaminowych, kiedy to stojące na korytarzu, rozbawione grupki ochoczo omawiały nowo wprowadzone na rynek modele, aktualizacje oprogramowania, dodatkowe opcje do dokupienia i tym podobne nowinki. Alan trzymał się z daleka, spacerując samotnie po korytarzach i rozmyślając. Nie doskwierało mu to zbytnio, jednak po jakimś czasie stało się nieco drażniące. Poza tym Alan, jako dobrze wykształcony pracownik trzeciej kategorii, nie mógł już dłużej znosić pełnych wyższości spojrzeń piątaków mijanych na korytarzu, którzy, po krótkim i dyskretnym rzuceniu okiem na jego obuwie, kierowali swój pogardliwy wzrok wprost na jego twarz i biorąc go za pracownika niższej klasy, czekali, aż pierwszy grzecznie się ukłoni. Dlatego też w końcu zdecydował się na zakup step supportów, choć zrobił to z dużą niechęcią. W podjęciu tej decyzji pomogły mu również rozmowy z Fredem, który usilnie przekonywał go, iż nie warto przez własny upór komplikować sobie życia. „Czemu się tak przed tym wzbraniasz?” – pytał wiele razy, a gdy Alan odpowiadał: „Niepotrzebne mi to cholerstwo” albo „Nie muszę robić tego, co wszyscy”, Fred zawsze popadał w zadumę, po czym zadawał retoryczne pytanie: „Dlaczego ludzie są tacy?”. Potem, gdy Alan zdecydował się już na zakup wspomagaczy chodzenia, jego KSOP przekonał go, że powinien zainwestować w jakiś porządny model: „Taki dumny pracownik trzeciej kategorii jak ty, zasługuje na coś więcej niż te tanie podróbki, w których przechadzają się piątacy” – mówił, a Alan wreszcie przyznał mu rację.
Doskonale pamiętał dzień, kiedy po raz pierwszy pojawił się w pracy wyposażony w swój nowy nabytek. Natychmiast zauważył pełne zazdrości spojrzenia kolegów. „Zawistne kutafony” – myślał wtedy. Wcale nie chciał im zaimponować, miał gdzieś, co o nim sądzą, dlatego też już po paru godzinach zaczął zupełnie ignorować te ich dyskretne łypnięcia. Momentami nawet trochę żałował, że po raz kolejny uległ panującej modzie na jakiś „zbyteczny gadżet”; wciąż był zdania, że cały ten szał związany ze step supportami niebawem minie i wszyscy zapomną o wspomagaczach chodzenia, tak jak wcześniej zapomnieli o wielu innych „cudach techniki”.
Tymczasem mięśnie manekina zaczęły na powrót okrywać się skórą. Po chwili pojawiło się również jego ubranie. Wtedy mężczyzna, znów odziany w ten sam co wcześniej, elegancki garnitur, ruszył przed siebie. Szedł sprężystym krokiem, stąpając lekko, bez wysiłku. Spojrzał wprost do kamery i powiedział:
– Mam zaszczyt zaprezentować ci – mówił niesłychanie szybko, jakby strzelał kolejnymi sylabami z karabinu – jako jednemu z naszych najlepszych klientów, nowy produkt: Step Supporting System TS 65 Golden Edition. Najnowszy model wprowadza wiele udoskonaleń, które zadowolą nawet najbardziej wymagającego użytkownika: system potrójnych sprężyn wspomaganych elektronicznie dopasuje idealnie siłę wybicia do twojego naturalnego kroku, powodując, że mięśnie nóg będą pracować w znikomym zakresie, a chodzenie w ogóle nie będzie wymagało wysiłku; porty SSHDM i SHDM zapewnią pełną kompatybilność z najnowszymi modelami soczewek iCompact…
– Wyłącz – warknął Alan, który w przechadzającym się mężczyźnie rozpoznał od razu Yashia Guzika, największą osobowość telewizyjną cieszącą się ogromną popularnością. Yashio Guzik był wszędzie. Nawet nie chcąc go zobaczyć, Alan był skazany na wielokrotne oglądanie go w coraz to nowszych reklamach, serialach, teleturniejach, na okładkach gazet i stronach w sieci.
Alan uwinął się ze śniadaniem, by nie wysłuchiwać kolejnych ponagleń Freda i po kilkunastu minutach stał w drzwiach, ubrany w elegancki garnitur, gotowy do wyjścia. Na butach miał nowe step supporty, a do klapy marynarki, w widocznym miejscu, wpiął urządzenie sterujące soczewkami iCompact.
– Do zobaczenia wieczorem – rzucił na odchodne i nie czekając nawet na odpowiedź Freda, wyszedł.
Znalazł się w szerokim korytarzu, przedzielonym wzdłuż rzędem masywnych kolumn. Chciał już iść przed siebie, gdy nagle zauważył, że klamka sąsiednich drzwi się poruszyła. Wiedział, iż jakiś czas temu do mieszkania obok wprowadził się nowy lokator i ciekawość kazała mu poczekać chwilę, by go zobaczyć. Po sekundzie na korytarz wyszła kobieta. Rozejrzała się i, gdy go zauważyła, szybkim ruchem zamknęła za sobą drzwi. Wtedy spojrzała na niego raz jeszcze, a w jej wzroku było coś tak niesamowitego i płochliwego zarazem… Coś, co sprawiło, że Alan nagle znieruchomiał; stanął niczym olśniony, wpatrując się w nią bezwstydnie, i przez tę krótką chwilę był pewien, że obcuje z czymś niesłychanie ulotnym. Nie śmiał poruszyć nawet małym palcem u nogi w obawie, że dziewczyna nagle gdzieś przepadnie, zwyczajnie zniknie bez śladu, a cały ten czar pryśnie. Patrzył oniemiały w jej wielkie, szare oczy i marzył o tym, by ta chwila trwała w nieskończoność. Kobieta odgarnęła nerwowo kosmyki czarnych włosów, opadające jej na czoło. Była piękna i jakoś nie pasowała do tego miejsca, w którym znajdowały się same luksusowe apartamenty pracowników trzeciej kategorii. Alan nie potrafiłby powiedzieć, dlaczego nie pasowała, jednak takie przeświadczenie od razu zakorzeniło się gdzieś głęboko w jego podświadomości. Może to przez jej strój, który pomimo że był elegancki, odstawał od ekskluzywnych i bardzo sztampowych ubiorów kobiet mieszkających tutaj. Może to nawet nie sam strój, a sposób, w jaki go nosiła – bluzka rozpięta pod szyją odsłaniała dekolt i pozwalała podziwiać kształtne piersi, żakiet niedbale przewieszony przez ramię świadczył o tym, że nie spędziła wiele czasu przed lustrem, nim wyszła z mieszkania… i ten subtelny makijaż… a może nawet jego brak – Alan nie potrafił jednoznacznie określić. Wiedział tylko na pewno, że była piękna.
– Dzień dobry – dziewczyna odezwała się cicho.
Alan stał jak wryty.
– D… dobry – wydukał po chwili.
Nieznajoma uśmiechnęła się do niego, odwróciła się na pięcie i ruszyła w kierunku wind. Alan stał jeszcze chwilę i patrzył, jak odchodzi, kołysząc delikatnie biodrami. Była taka piękna…
WIADOMOŚĆ Z OSTATNIEJCHWILI
– Agencja Bezpieczeństwa zwiększyła szacowaną liczbę ofiar dzisiejszego zamachu do pięćset osiemdziesięciu trzech zabitych i tysiąc sześćset pięćdziesięciu rannych. – Alan kątem oka zobaczył kobietę z mikrofonem, stojącą na tle zniszczonego budynku. – Za moimi plecami ratownicy wciąż wydobywają spod gruzów kolejne zwłoki. Szansa na odnalezienie żywych jest coraz mniejsza.
– Wyłącz – wypowiedział komendę na głos.
„Jakie, tak naprawdę, znaczenie ma to, czy zginęło kilka osób więcej czy mniej? – rozważał w myślach. – Przecież to w żaden sposób nie umniejsza ani nie powiększa tragedii tych ludzi”.
Tak rozmyślając, ruszył w kierunku wind. Zapomniał, że na podeszwach ma nowe step supporty, do których jeszcze nie przywykł, i pierwszych kilka kroków w jego wykonaniu musiało wyglądać dosyć komicznie. Siła, z jaką zwykle unosił nogę, zsumowała się z wybiciem elektronicznych sprężyn, sprawiając, że kolana wystrzeliły nienaturalnie wysoko w górę. Wyglądało to niczym marsz początkującego szeregowca. Alan rozejrzał się nerwowo dokoła, chcąc się upewnić, że nikogo nie ma w pobliżu. Spostrzegł jedynie jakąś damulkę na drugim końcu korytarza, która była zbyt pochłonięta szukaniem czegoś w torebce, by zauważyć jego śmieszne zachowanie. Rzucił jeszcze tylko niechętnie okiem na najbliższą kamerę monitoringu i westchnął cicho. Cóż mógł na to poradzić? Wszystkie korytarze, pasaże, windy, parki i inne miejsca publiczne w wieżowcu były stale monitorowane. „Taką cenę płacimy za nasze bezpieczeństwo” – pomyślał.
Był już nieco spóźniony, więc postanowił udać się krótszą drogą – na przełaj przez wewnętrzny park. Zazwyczaj wybierał mniej zatłoczoną trasę, prowadzącą korytarzem okalającym skwer, ale tym razem zdecydował się na odstępstwo od tej reguły. Przynajmniej tyle mógł zrobić, by zerwać z monotonią, która dzisiaj wyjątkowo mocno dawała mu się we znaki. Krok jednak wciąż miał niepewny.
– Kiedy w końcu nauczę się chodzić w tym cholernym dziadostwie? – zamruczał pod nosem.
Skręcił w lewo, opuściwszy stalowoszary korytarz, i niebawem znalazł się na zatłoczonej alejce parkowej. Wkroczył w rejon zieleni, gdzie bujna, lecz w pełni okiełznana roślinność rozkwitała dzięki sztucznemu oświetleniu lamp. Alan spojrzał obojętnie na równy żywopłot i nienagannie przystrzyżone drzewka, rosnące w regularnych odstępach. „Ciekawe, jak często je przycinają – przemknęło mu przez myśl. – Nawet rośliny nie mają tutaj ani krzty swobody. Wszystko trzeba zawczasu ukrócić”. Gęsta trawa, ledwie odstająca od ziemi, wyglądała niczym wielki, zielony dywan. Tylko donice, obsadzone pięknymi kwiatami, nadawały jakiegoś kolorytu temu miejscu.
Wreszcie dotarł do celu. Po paru sekundach jedna z wind nadjechała, a jej stalowe, zimne drzwi rozsunęły się z cichym łoskotem. Wewnątrz stało kilku mężczyzn. Alan rzucił na nich obojętnie okiem, wszedł do środka i wystukał numer 242 na klawiszach. Mógł być dumny z tego, że jedzie tak wysoko. W wieżowcu obowiązywała ścisła hierarchia zaszeregowania pracowników, mająca odzwierciedlenie w piętrze, na którym dany osobnik mieszkał i pracował. Zasada była prosta – im wyższa klasa, tym wyższe piętro. Szybkie spojrzenie na zapamiętane przez windę numery oraz na garnitury pozostałych podróżnych pozwalało Alanowi bezbłędnie ocenić, że poza nim byli tu sami szóstacy i piątacy. „Ci ludzie nie mają nawet wstępu do sektora mieszkalnego trójek, a o pracy na tak wysokim piętrze mogą sobie jedynie pomarzyć”. Winda ruszyła niemal bezgłośnie. Jej boki były częściowo przeszklone, dzięki czemu można było obserwować mijane po drodze kondygnacje. Alan jednak tego nie robił; znał na pamięć całą trasę i dobrze wiedział, co będzie po sobie następowało: najpierw sektor mieszkalny trójek; na sto pięćdziesiątym piątym pasaż handlowy; powyżej apartamenty jedynek i dwójek (tutaj nawet Alan nie miał wstępu); następnie sektor rekreacyjny z basenem, siłowniami, kortami, kręgielnią; dalej szpital; potem wyższe uczelnie… Alan westchnął głośno.
– Kurwa, znowu trza iść do tej jebanej roboty – jęknął jakiś szóstak, stojący w rogu.
Jego kolega odpowiedział mu na to posępnym, przeciągłym spojrzeniem.
Winda zatrzymywała się parokrotnie, szóstacy i piątacy wysiadali, a dosiadali się pracownicy wyższych klas. Alan nie zwracał na to uwagi; rozmyślał o niedawnym spotkaniu z piękną nieznajomą. „Dlaczego dziewczyna była tak speszona, gdy mnie zauważyła?” – to pytanie wciąż nie dawało mu spokoju. „Dlaczego tak szybko zamknęła za sobą drzwi?”
ZAPOWIEDŹPROGRAMU
– Dziś wieczorem rusza nowa edycja programu „Łóżkowe sekrety gwiazd”, w którym seksowne gwiazdy zdradzą intymne szczegóły ze swojego życia. Gośćmi pierwszego odcinka będą Yashio Guzik i Ella Capusta.
Alan kątem oka zauważył mężczyznę w krzykliwym garniturze oraz kobietę o blond włosach, ubraną w bardzo krótką, obcisłą sukienkę i buty na wysokim obcasie.
– Yashio Guzik wyzna otwarcie, jaki ma sposób na zaspokojenie kobiety – krzyczał dalej lektor przez głośniki wszczepione w uszy Alana – a niezwykle seksowna Ella Capusta zdradzi, że tylko kilka razy w życiu przeżyła prawdziwy orgazm. Jeśli jesteś ciekaw, ilu partnerów seksualnych miały gwiazdy i w jakim wieku straciły dziewictwo, oglądaj koniecznie program pierwszy o godzinie ósmej wieczorem.
Na dużym wyświetlaczu, nad drzwiami windy pojawiła się liczba 242, dzwonek cicho zadzwonił, drzwi rozsunęły się z delikatnym łoskotem i Alan znalazł się wreszcie na właściwym piętrze. Przez to nieplanowane spotkanie z nieznajomą i przygodę z nowymi step supportami dotarł do pracy kilkanaście sekund za późno. Nie zwlekając zatem, przyłożył nadgarstek prawej ręki do czytnika i drzwi firmy stanęły przed nim otworem. Gdy tylko przeszedł przez próg, soczewki iCompact wyświetliły komunikat:
DOSTĘPDOSIECIOGRANICZONY
POWÓD: POLITYKAFIRMY
PORADA: W CELUWYJAŚNIENIAPROBLEMUSKONTAKTUJSIĘ Z ADMINISTRATOREMSIECILOKALNEJ
Alan zupełnie zlekceważył tę informację, ponieważ widywał ją każdego dnia; dobrze wiedział, że większość serwerów sieci jest zablokowana na terenie firmy.
Przeszedł śpiesznie długi korytarz, kłaniając się grzecznie paru mijanym po drodze pracownikom drugiej kategorii i, gdy wreszcie dotarł do swojego biurka, spostrzegł, że osobisty komputer czeka na niego już włączony. Spojrzał na ekran monitora z niechęcią.
„Znowu te pieprzone cyferki” – pomyślał.
Alan pracował w DZIALE FINANSÓW SEKTORA TRZECIEGO SZCZEBLA ANALIZ STRATEGICZNYCH, STATYSTYK RYNKU ORAZ MONITOROWANIA PŁYNNOŚCI FINANSOWEJ POSZCZEGÓLNYCH KOMÓREK STRUKTURALNYCH. On sam często twierdził, że jego praca polega na przepisywaniu cyferek z jednej kolumny do drugiej, jednak było to znaczne uproszczenie. W ciągu każdego dnia z sektora niższego szczebla napływały do niego tysiące danych, które następnie wprowadzał do specjalistycznych programów komputerowych. Jego komputer wykonywał miliardy skomplikowanych obliczeń, po czym wypluwał szczegółowe wyniki w postaci niezliczonych wykresów, nomogramów, ciągów liczbowych i różnego rodzaju współczynników. Wszystkie otrzymane rezultaty Alan wysyłał natychmiast do sektora drugiego szczebla, gdzie były poddawane dalszej obróbce. Nie miał zielonego pojęcia, co dalej dzieje się z opracowanymi przez niego wynikami i nawet nie chciał tego wiedzieć.
– Siemka, Alan – wyszeptał ktoś obok.
Alan spojrzał w tym kierunku i zobaczył Artura, który stał oparty o przepierzenie dzielące ich biurka.
– Cze… – odmruknął niechętnie.
Artur uśmiechnął się do niego, szczerząc zęby, co nadało gładko ogolonej twarzy wygląd jeszcze bardziej groteskowy niż zwykle. Jego łysina świeciła w świetle jarzeniówek, a nienaturalnie wielki, w porównaniu z resztą drobnej sylwetki, brzuch wystawał zza przepierzenia.
– Przenieśli mnie tutaj. Od dziś będziemy siedzieć obok siebie – oznajmił z zadowoleniem.
– Taa… Super. – Alan spojrzał na najbliższą kamerę monitoringu. Mógłby przysiąc, iż ta skierowana jest wprost na niego. Przez chwilę poczuł nawet drobny niepokój, który dodatkowo potęgowała świadomość, że spóźnił się dziś do pracy, przez co teraz pewnie jest obserwowany ze szczególną uwagą. Alan wiedział, że za rozmowę w regulaminowym czasie pracy może zostać ukarany dodatkowymi godzinami do odpracowania. Poza tym nie lubił Artura i nie miał ochoty z nim dyskutować, tym bardziej w tej chwili.
– Masz jakieś plany na piątek? – ten uparcie kontynuował szeptaną konwersację.
Alan uniósł się na krześle i rozejrzał nerwowo. Ogromna sala aż roiła się od przylegających do siebie boksów, upchniętych ciasno tak, by pomieściło się ich tu jak najwięcej i poprzedzielanych jedynie niskimi, sięgającymi do ramion parawanami. W każdym z nich stało jedno biurko, przy którym siedział jeden człowiek. Całe to mrowie ludzi trwało w milczeniu, wpatrzone w ekrany monitorów, a ciszę zakłócały jedynie setki uderzanych równocześnie klawiszy. Nikt nie zwracał uwagi na rozmawiających.
– Dlaczego pytasz? – odpowiedział machinalnie Alan i od razu tego pożałował, bo zorientował się, że tylko przedłuża niewygodną dla siebie rozmowę.
– Lenina, Eugene, Pete i ja wybieramy się do kina na sto sześćdziesiątym pierwszym. Może chciałbyś pójść z nami?
Alan popatrzył na niego z nieukrywaną niechęcią. Jeszcze dwa tygodnie temu Artur w ogóle nie utrzymywał z nim żadnych kontaktów, a podczas przerw regulaminowych wręcz udawał, że go nie zauważa. Stał zazwyczaj z grupką znajomych, a gdy Alan przechodził w pobliżu, odwracał wzrok, dyskutując zawzięcie, czasem żywo gestykulując. Wystarczyło, że Alan pojawił się w pracy z markowymi step supportami na butach, a sytuacja uległa nagłej zmianie.
– Niestety piątek wieczór mam zajęty.
– No przestań. Nie ściemniaj – rzucił poufale Artur i nieco podniósł przy tym głos, co tylko jeszcze bardziej poirytowało Alana. Odruchowo popatrzył w kierunku przeszklonego pomieszczenia na końcu sali. Tam, na wysokim piedestale, górującym zdecydowanie nad równymi rzędami biurek, siedział menedżer zmiany. Był to wysoki, barczysty mężczyzna o kanciastej twarzy i przenikliwym spojrzeniu. Alanowi czasem zdawało się, także w tej chwili, że jego majestatyczny cień zasnuwa niemal w całości przednią część hali, lecz musiało być to tylko złudzenie, ponieważ blask jarzeniówek, padający pionowo z góry, nie pozwalał na taką grę światła. Złudzeniem na pewno nie były surowe, przeszywające oczy menedżera, wpatrzone nieustannie w uwijających się na dole pracowników… I w tej właśnie chwili Alan odniósł wrażenie, że ów autorytarny, nieznający sprzeciwu wzrok skierowany jest wprost na niego. Nie mógł jednak mieć co do tego pewności, bo odległość, która dzieliła go od pokoju kierownika, była zbyt duża. Skulił się na krześle, mając nadzieję, że dzięki temu przełożony go nie dostrzeże.
– Mam już plany na piątkowy wieczór – wycedził przez zęby, zupełnie nie ukrywając podenerwowania. Arturowi to jednak nie przeszkodziło i indagował dalej:
– A jakież to plany masz? Będziesz grał ze swoim KSOP-em w najnowsze Pride and Glory?
– Mój KSOP ma na imię Fred. – Alan nie lubił, gdy ktoś nazywał Freda jego KSOP-em.
Nagle oczom Alana ukazał się wielki napis:
ROZMOWA W CZASIEREGULAMINOWYCHGODZINPRACY
SĄDKOLEŻEŃSKI W TRYBIENATYCHMIASTOWYMZASĄDZAKARĘDWÓCHDODATKOWYCHGODZINPRACY W DNIUDZISIEJSZYMZGODNIE Z ART. 63 § 3 KODEKSUWEWNĄTRZZAKŁADOWEGO
Oraz drobniejszym druczkiem nieco poniżej:
ODKARYPRZYSŁUGUJEODWOŁANIE W TERMINIEDWÓCHGODZINODNADANIA
DOWÓDWINY, O KTÓRYMMOWA W ART. 152 § 5: FILMZAREJESTROWANYMONITORINGIEMWEWNĘTRZNYM
W dolnym lewym rogu pola widzenia Alan zauważył filmik z kamery monitoringu, na którym zobaczył siebie rozglądającego się nerwowo oraz Artura opartego o przepierzenie.
– Kurwa mać – zaklął pod nosem.
– Tak, też to dostałem – rzucił Artur i już bez słowa odwrócił się i usiadł na swoim miejscu.
Alan niechętnie zabrał się do pracy. Zaczął mozolnie wybijać na klawiaturze kolejne ciągi liczb, lecz mimo jego szczerych chęci, nie szło mu to za dobrze. Myślami wciąż był gdzie indziej – stał, patrząc wprost w płochliwe oczy pięknej nieznajomej i podziwiał jej czarne, długie włosy, których kosmyki opadały niedbale na czoło. Zastanawiał się, jaką tajemnicę mogła skrywać w swym mieszkaniu, skoro, gdy tylko go spostrzegła, tak szybko zamknęła za sobą drzwi. I co robiła na sto trzydziestym drugim piętrze, do którego zupełnie nie pasowała? Te myśli nie pozwalały mu pracować, bo, choć starał się ze wszystkich sił, jego umysł co rusz odlatywał do miejsca i czasu spotkania z nieznajomą. Wiedział, że jego opóźnienie wciąż się powiększa i będzie miał duży problem, by wypracować dzienną normę. Nie potrafił jednak zmusić się do szybszej pracy.
Tak udało mu się dotrwać do przerwy regulaminowej. Po zjedzeniu lunchu chciał jak zwykle pospacerować samotnie po korytarzach, ale gdy przechodził obok jednej z grupek, usłyszał wołanie:
– Alanie! Chodź do nas. Pogadamy.
Od razu rozpoznał głos Artura. „Czy on nigdy nie odpuści?” – pomyślał. Podszedł niechętnie i szybko się przywitał. Wszystkich obecnych znał, jednak większość tylko z widzenia. Był zaskoczony serdecznością, z jaką go powitali. „Banda snobów” – ta myśl uparcie tkwiła mu w głowie, gdy kolejno podawał rękę zgromadzonym. „Wystarczy mieć drogie step supporty na butach i już jesteś ich najlepszym przyjacielem”. Prócz Artura byli tutaj Lenina, Eugene, Peter oraz dwaj mężczyźni, których imion Alan nie pamiętał albo po prostu nigdy nie poznał. Chwilę po jego przyjściu zapanowało kłopotliwe milczenie. Pierwsza odezwała się Lenina:
– Słyszeliście, że agencja zwiększyła liczbę ofiar dzisiejszego zamachu?
– Tak? Do ilu? – zapytał znany Alanowi tylko z widzenia mężczyzna.
– Pięćset osiemdziesięciu pięciu zabitych i tysiąc sześćset pięćdziesięciu trzech rannych. – Lenina wyrecytowała szybko i zadarła głowę tak, jakby była dumna z tego, że udało jej się zapamiętać tyle liczb.
– Eee, to masz nieaktualne dane – rzucił z lekceważeniem Artur. – Ja słyszałem, że potwierdzili już śmierć pięćset osiemdziesięciu siedmiu osób.
– Podobno odpowiedzialni za to są ci pieprzeni bojownicy z Alternative Future.
– Taa, to pewnie oni. Skurwysyny! – W oczach Pete’a pojawiła się autentyczna nienawiść.
– Gdy tak patrzę na to, co dzieje się na zewnątrz, to myślę sobie, że naprawdę strach opuszczać nasz wieżowiec. Tutaj jesteśmy przynajmniej bezpieczni. – Lenina wypowiedziała te słowa z ogromnym zaangażowaniem, po czym spojrzała na Alana, jakby oczekując od niego jakiejś reakcji. Ten jednak stał nieruchomo, ręce chowając w kieszeniach, a na jego twarzy malowała się zupełna obojętność.
Znów zapadło kłopotliwe milczenie. Wreszcie przemówił Artur:
– Alanie, a jak sprawują się nowe step supporty?
– Heh – Alan na moment się zawahał. – Dobrze – odparł po chwili, lecz Artur od razu zadał kolejne pytanie, w ogóle nie zwracając uwagi na jego odpowiedź:
– Słyszeliście, że Microhard wypuścił nowy model i to na dodatek limitowany, Golden Edition?
Wśród zgromadzonych od razu podniósł się zgodny chór potakiwań:
– Taa.
– Jasne.
– Oczywiście.
– To musi być niezły sprzęt – rzucił Eugene, a w odpowiedzi można było usłyszeć głosy pełne zachwytu:
– No, super.
– Ekstra jest.
– Rewelka.
– W reklamie występuje sam Yashio Guzik. – W oczach Leniny pojawił się charakterystyczny błysk. – On jest taki seksowny.
Komentarz ten został zignorowany przez resztę towarzystwa i rozmowa nadal krążyła wokół najnowszego modelu step supportów. Alan już nie słuchał. Myślami wrócił do spotkania z piękną nieznajomą. Rozważał raz jeszcze całą sytuację i…
– A ty co o tym sądzisz?
Alan zorientował się, że Lenina patrzy na niego.
– Heh – jęknął niepewnie i po chwili dodał z rozbrajającą szczerością: – Wybacz, ale nie słuchałem. Zamyśliłem się.
– Pytałam, co sądzisz o moich nowych wstawkach na step supporty? Czy wystarczająco uwypuklają buty na wysokim obcasie? I czy moje nogi wyglądają w nich seksownie?
– Tak, jasne – odparł bez namysłu.
– Pewnie mówisz tak, by nie sprawić mi przykrości.
– Ależ skądże – żachnął się. – Twoje nogi wyglądają naprawdę… wspaniale.
Alan mówił prawdę. Nogi Leniny podobały mu się bardzo. Były smukłe, idealnie proporcjonalne, a wysokie szpilki, które zawsze nosiła, ładnie podkreślały ich nienaganny kształt. Oczywiście, zdaniem Alana, wstawki na step supporty, których nawet by nie zauważył, nie miały w tym względzie żadnego znaczenia.
– Cieszę się, że ci się podobają. – Lenina uśmiechnęła się do niego, a jej niebieskie oczy przypatrywały mu się uważnie.
Alana zaskoczyło to nagłe zainteresowanie jego osobą. Do tej pory dziewczyna raczej nie zwracała na niego uwagi; podczas przerw regulaminowych przebywała zazwyczaj w towarzystwie Artura i jego przyjaciół, przez co wydawała mu się nieco zbyt wyniosła – taka „dziewczyna z wyższych sfer”, jak zwykł ją często nazywać w myślach. Teraz jednak zaczął się jej dokładnie przyglądać i musiał obiektywnie przyznać, że urodę miała niezwykle efektowną. Blond włosy opadały jej fantazyjnie na ramiona, wydatne usta zdawały się być wiecznie uśmiechnięte, a jędrne piersi sterczały bezczelnie pod cienką bluzką. Wtedy Alanowi przypomniało się, że na jego butach tkwią drogie step supporty i ta myśl była niczym kubeł zimnej wody, bo w ułamku sekundy uprzytomniła mu, czemu zawdzięcza nagły wzrost zainteresowania u tej kobiety. Od razu popatrzył na nią jakoś inaczej. Zauważył, że te fantazyjne loki to zapewne efekt długotrwałego, starannego układania przy użyciu niewyobrażalnych ilości lakieru, makijaż zdaje się być nazbyt wyzywający, a usta przesadnie nadęte, tak że nie sposób uwierzyć, iż powstały bez interwencji chirurga. To samo zresztą tyczyło się piersi, które wulgarnie sterczały pod bluzką. I ten jej sztuczny, wyuczony uśmiech… Zresztą cała była tak sztuczna i „wyuczona”, jak to przeklęte trójkowe środowisko, pełne pozerów i efekciarskiego szpanu. „Efekciarska – pomyślał Alan – to najlepsze słowo, by opisać jej urodę. Nie jest efektowna, lecz efekciarska”.
Rozmowa trwała jeszcze chwilę. W tym czasie Alan zauważył, że Lenina co jakiś czas zerka w jego stronę. Chociaż wiedział, że zawdzięcza to w dużej mierze nowym step supportom, to jednak nie potrafił ukryć, że nieco mu to schlebiało. „Gdybym nie był choć trochę przystojny, pewnie nie zwróciłaby na mnie uwagi” – tłumaczył sobie w myślach, karmiąc tym swoją próżność.
