Opis

Bogata w wątki autobiograficzne powieść, której akcja rozgrywa się na Wileńszczyźnie w latach 1939 - 1942. Według Mariana Hemara: "Uderzająca to rzecz, jak spowinowaceni są ze sobą Józef, bohater powieści Sergiusza Piaseckiego, i James Bond, bohater dreszczowców Fleminga, obaj z dwóch różnych światów, obaj stworzeni dla innych celów i dla innego rodzaju czytelników, ale według podobnej, chyba tej samej »archetypalnej« recepty".

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 433

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Sergiusz Piasecki

Dla honoru organizacji

Warszawa 2014

Rozdział 1

Szedł wolno lasem w kierunku na północ. Wiedział, że tam jest szosa do Wołkowyska. Wolał unikać bocznych dróg, żeby nie trafić na patrol bolszewicki albo milicjantów. Postanowił przedostać się jak najprędzej do dużego miasta. Tam mógłby odegrać rolę uchodźcy. Natomiast gdzie indziej potraktowano by go jak żołnierza z rozbitego oddziału, starającego się gdzieś wymknąć. 
Przed godziną leżał na wzgórzu, wśród sosen, i grzał w słońcu kolano. Dobrze wyspał się w nocy i był wypoczęty. Noga nie bolała go wcale; opuchnięcie się zmniejszyło. Ale dokuczał głód. 
Wyjął z kieszeni w marynarce portfel i obejrzał dokumenty. Nie mógł nimi się posługiwać podczas wędrówki na północ. Natomiast zaświadczenie, które mu dał kolega, chociaż było przedawnione, mogło się przydać. Wydano je w Warszawie. Była na nim pieczęć meldunkowa. Znał tę ulicę: Chmielna. Zdawało mu się nawet, że pamięta wygląd kamienicy numer dwadzieścia siedem. Zaczął studiować dokument, starając się zapamiętać imię, nazwisko i wszystkie dane personalne. Spodobał mu się zawód: introligator, bo przed wielu laty wyuczył się oprawiania książek. Mógł więc, w razie podchwytliwych pytań, dotyczących jego „fachu”, dobrze na nie odpowiedzieć. 
„Szkoda, że nie mam do tego nic więcej! – pomyślał. – Ale cóż, jestem uchodźcą. Niektórym z nich mogły przecież zginąć nawet wszystkie dokumenty.”
Wyjął z portfela kopertę, zgniótł ją i wybrudził. Potem włożył do niej zaświadczenie. 
Około godziny drugiej chmury przesłoniły słońce. Józef obciągnął nogawkę i wstał. Obejrzał się dookoła. Tamto miejsce, gdzie wczoraj wieczorem zakopano broń, nie wyróżniało się niczym; okrywała je równa warstwa igliwia. Zebrał jednak trochę suchych gałązek i szyszek. Porozrzucał je z wierzchu. „Tak będzie jeszcze lepiej”. 
Zszedł powoli do wąwozu. Znalazł miejsce, gdzie strumień wyżłobił kotlinkę. Ukląkł, aby napić się wody. Zobaczył, jak w lustrze, odbicie wymizerowanej twarzy, okrytej ciemnym zarostem. „Marnie wyglądam – pomyślał. – A może to i lepiej? Uchodźca nie powinien dobrze wyglądać.”
Napił się wody, potem długo mył ręce i twarz. Brudną chusteczką do nosa osuszył dłonie, policzki i czoło. Wyjął z kieszeni wojskowego płaszcza złożoną wzdłuż cyklistówkę. Wyprostował ją i włożył na głowę. Znów spojrzał w wodę. „Teraz jestem cywilem… Tylko ten wojskowy płaszcz… Ale i cywil mógł wziąć skądś albo kupić taką rzecz.”
Wyjął z portfela pieniądze, a zostawił w nim dokumenty i włożył to do wojskowej furażerki. Rozejrzał się dookoła. Szukał miejsca, gdzie mógłby dobrze to schować. Znalazł pochylony nad wąwozem pień zmurszałej olchy. Ziemia pod jej korzeniami była zupełnie sucha. Wykopał, wziętym z dna strumienia płaskim kamieniem, podłużne wgłębienie pod pniem i włożył tam furażerkę z portfelem. Przysypał wszystko suchym piaskiem i zatarł ślady, które zostawił na brzegu wąwozu. 
Z daleka doleciał go wystrzał karabinowy. Wyszedł z wąwozu i skierował się ku wzgórzu, skąd mógł ogarnąć wzrokiem szeroką przestrzeń pól. Od strony wsi znów rozległ się wystrzał karabinowy, a potem kilka słabszych – chyba z pistoletu. „Może kogoś ścigają i on się broni? Trzeba się stąd wynosić!”
Poszedł w las – prosto na północ. Chora noga nie bolała, ale nie zginała się w kolanie tak swobodnie jak zdrowa. Po dwóch godzinach marszu zaczął odróżniać ruch na szosie: turkot samochodów i motocykli. Wyszedł na skraj szerokiej, prawie białej od pyłu drogi. Znalazł boczną ścieżkę i skierował się nią w prawo. Zdjął płaszcz i złożył go kilkakrotnie, rękawami i kołnierzem do środka, aby jak najmniej był podobny do wojskowego. 
Niebawem zobaczył starego chłopa, jadącego mu naprzeciw drabiniastym wozem, zaprzężonym w nędzną szkapinę. Dwa koła wozu toczyły się szosą, a dwa po trawie obok. Chłop był gotów w każdej chwili skręcić z drogi w bok. Józef zbliżył się do wozu, pozdrowił chłopa i spytał: 
– Czy ta droga do Wołkowyska? 
Chłop zatrzymał konia. 
– Co mówisz? – rzekł. – Słabo słyszę. 
– Czy Wołkowysk w tamtym kierunku? – Józef wskazał ramieniem przed siebie. 
– Tak… Prosta droga…
– Daleko? 
– Pięćdziesiąt wiorst… Może więcej… Ja nie mierzyłem…
– A spokojnie tam? 
– Jaki tam spokój, sam wiesz… – chłop splunął w bok i targnął za lejce. – Nooo! Poszła! 
Wóz potoczył się dalej. Józef zrozumiał, że stary nie chciał mówić z nim szczerze. Ale upewnił się przynajmniej, że idzie w dobrym kierunku. 
Rozległ się hałas motorów. Zza zakrętu wyłonił się motocyklista. Za nim siedział cywil z czerwoną opaską na rękawie. Dalej pędziły dwie ciężarówki, pełne uzbrojonych krasnoarmiejców. Jechały w kierunku na Białystok. Uniosły w powietrze chmurę kurzu i znikły za nią. 
„Pojechali polować na ludzi! – pomyślał Józef. – A cywil to pewnie ich informator. Może zrobią obławę na jakiś nieszczęśliwy polski oddziałek.”
Gdy wyszedł za zakręt drogi, zobaczył stojący na drodze, w odległości około pół kilometra, szereg ciężarówek. Obok nich kręcili się krasnoarmiejcy. Zastanawiał się: iść dalej czy skręcić w las? Po krótkim namyśle postanowił iść szosą. Był głodny, zmęczony i nie chciał znów tułać się po wertepach. Szedł dalej i powtarzał w myśli dane personalne ze swego zaświadczenia. Pamiętał je dobrze. 
Zbliżył się do kolumny ciężarowych aut z okrytymi szarym brezentem budami. Obok pierwszego wozu siedziało na trawie dwóch szeregowych i podoficer. Między nimi leżała duża płachta gazety, na której było widać pół bochenka chleba, połeć słoniny i blaszany czajnik. Żołnierze jedli. Jeden z nich pił z kubka. 
Ścieżka, którą szedł Józef, przebiegała obok krasnoarmiejców. „Przepuszczą czy zatrzymają?” – myślał, zbliżając się do aut. Ale nie czuł trwogi. Szedł spokojnie, równym krokiem, starając się nie kuleć. Zbliżył się do żołnierzy i jakby nie zwracając na nich uwagi, przeszedł obok. 
– Ej, pan! Dokąd idziesz? – spytał jeden z krasnoarmiejców, który miał okrągłą twarz i przypłaszczony koniec krótkiego nosa. 
– Do Wołkowyska… Czy nie można??…
– Ja tobie pozwalam – powiedział żołnierz i roześmiał się, zapewne traktując te słowa jako dowcip. 
– A skąd? – spytał podoficer. 
– Z Warszawy. 
– Oho!… A czemu w Warszawie nie siedziałeś? 
– Kazali wyjść. 
– Kto? 
– Władze. 
– Niemieckie? 
– Nie, nasze. 
– Głupie władze… A dlaczego ciebie wypędzili? 
– Nie mnie jednego. Wiele tysięcy mężczyzn wyszło z miasta. 
– I dokąd teraz pójdziesz? 
– W Wilnie mam brata. Do niego pójdę. 
– Burżuj? 
– Robotnik. Stolarz. 
– A ty kto? 
– Introligator. 
Rozmawiając, spojrzał kilka razy na chleb i poczuł, że głód dręczy go jeszcze mocniej. Trzeci żołnierz, o ciemnych, smutnych oczach i regularnych rysach twarzy, który nie brał udziału w rozmowie, dostrzegł jego spojrzenia. Wziął leżący na gazecie składany nóż, odciął grubą pajdę chleba i kawałek słoniny. 
– Głodny jesteś… – raczej stwierdził, niżeli zapytał. 
– Tak. Dziś nic jeszcze nie jadłem. 
– Masz! 
– Dziękuję bardzo – powiedział Józef. 
– Usiądź! – rzekł podoficer. 
Józef położył płaszcz na trawie i usiadł na nim. Zaczął jeść. 
– I co, pan, przegrałeś wojnę? – powiedział krasnoarmiejec z przypłaszczonym nosem. 
– Ja nie przegrałem, bo nie wojowałem. 
– Ale wasi kapitaliści przegrali! – wtrącił podoficer. – To was Anglicy naszczuli na Germańców. A Germańcy to siła. Teraz waszej Polsce koniec. 
– Nie wiem – powiedział Józef. – Ja na tych sprawach się nie znam. 
– A jak wy żyliście: dobrze czy źle? 
– Różnie. Niektórym było dobrze, a niektórym źle. 
– A ty jak żyłeś? 
– Średnio. 
Zaczęto wypytywać Józefa o zarobki, o ceny produktów, ubrań, obuwia. Odpowiadał zgodnie z prawdą, ale dostrzegł, że nie wierzą. Zaczął więc mówić niechętnie, a nawet unikał odpowiedzi na pytania. Zrozumiał, że rozmawia z ludźmi z innej planety. 
Na przedzie kolumny rozległ się gwizdek. Żołnierze zakrzątali się koło aut. Józef zwrócił się do podoficera: 
– Weźcie mnie do Wołkowyska. Jestem bardzo zmęczony. 
– Nie wolno! – odparł krótko i poszedł w kierunku szoferki. 
Żołnierz z przypłaszczonym nosem zawinął w gazetę chleb i słoninę, wziął czajnik i udał się za podoficerem. Wleźli do szoferki i zatrzasnęli drzwiczki. 
Krasnoarmiejec, który dał Józefowi jeść, wszedł do auta z tyłu. Spojrzał na Józefa, mrugnął i przyłożył palec do warg. Potem, stojąc, wychylił się z wozu i patrzył naprzód. Kolumna ruszyła z miejsca. Wówczas krasnoarmiejec skinął dłonią na Józefa. Tamten podbiegł do jadącego wolno auta, wrzucił do niego płaszcz i wskoczył do środka. 
Jechali coraz prędzej. Z obu stron i z dołu auta leciały chmury pyłu. Krasnoarmiejec, siedząc na stosie brezentów, wyjął z kieszeni paczkę machorki, urwał podłużny strzęp gazety i zaczął skręcać w nim tytoń. Potem podał Józefowi machorkę i papier. Tamten niezbyt zgrabnie uformował podobną cygaretkę. Zapalili. 
Po godzinie wjechali na przedmieście Wołkowyska. Wyminęła ich długa kolumna wozów, pełna uzbrojonych krasnoarmiejców, jadąca w kierunku Białegostoku. 
Żołnierz wstał i dał znak Józefowi, by opuścił auto. Ujął go za ramię i powiedział cicho: 
– Kiedy wyskoczysz, to ja ci płaszcz rzucę... Czekaj jeszcze... Czy masz palenie? 
– Nie. 
– Weź! – wsunął mu do ręki paczkę machorki. Potem skinął głową w kierunku szoferki i dodał: – Tamci dwaj to sobaki. 
Józef wyskoczył z auta i w powietrzu pochwycił rzucony mu płaszcz. Krasnoarmiejec skinął dłonią na pożegnanie. Józef mu odpowiedział. Z wdzięcznością patrzył na oddalającą się sylwetkę żołnierza. 
„I między nimi są dobrzy ludzie – pomyślał. – Mam szczęście, że nie trafiłem na gorszych.”
Wypytując przechodniów o drogę, udał się na dworzec. Był zdziwiony, że nie widzi porządnie ubranych ludzi. Poprzednio obawiał się, że w brudnym i zgniecionym garniturze będzie wyglądał podejrzanie – jak włóczęga. Teraz stwierdził, że dobrze pasuje do otoczenia. Tylko ten wojskowy płaszcz. Ale szkoda było go się pozbyć. Mógł przydać się do okrycia w nocy. Tyle dni chronił go od chłodu. 
Dworzec zalegały tłumy ludzi. Pociągi odchodziły rzadko i nieregularnie. Wielu podróżnych nie mogło stąd wyruszyć. Spali na podłodze, pod ławkami, siedzieli przy ścianach. Przeciskali się ku wyjściu z dworca albo na peron. A ze ścian patrzyły na ten nędzny, zmęczony, wystraszony tłum portrety wodzów ZSRR. 
Józef starał się zorientować w sytuacji. Wypytywał budzących zaufanie podróżnych, lecz nikt nie mógł dać mu dobrych informacji. Byli to bezradni, zrozpaczeni ludzie, którzy nie wiedzieli, co począć. Jedni chcieli wydostać się za granicę: na Łotwę, Litwę, do Rumunii lub na Węgry. Inni uchodzili spod okupacji niemieckiej. „Bo Rosjanie to nie hitlerowcy! U nich socjalizm!” Niektórzy, przeciwnie, przedzierali się ze wschodu na zachód. „Niemcy, rzecz oczywista, są kulturalnym narodem. A tu, proszę popatrzyć: dzicz, Azjaci!” Wielu udawało się do rodzin, z którymi wojna ich rozłączyła. Ci mieli spojrzenia spokojniejsze. Wiedzieli, czego chcą i dokąd dążą. 
Dopiero po północy przyszedł pociąg. Ale był pełen. Dla tłumu, czekającego na peronie, nie było miejsc. Ludzie włazili na dachy, na pomosty między wagonami, na bufory, stawali na schodach. 
Józef zdołał wcisnąć się przez okno do jednego z przepełnionych przedziałów. Musiał stać, ściśnięty między innymi pasażerami. Tam dopiero się dowiedział, że pociąg idzie do Baranowicz. „Szkoda, że nie do Lidy – pomyślał. – Ale może z Baranowicz będzie łatwiej wyjechać. Odwiedzę Janka. Wypocznę u niego. Może coś dobrego mi doradzi.”
* * *
Z trudem poznał żonę kolegi, dawniej elegancką i uprzejmą. Teraz zobaczył kobietę zaniedbaną, zdenerwowaną, która prawie wrogo patrzyła na niego rozbieganymi oczami. Wyczuł, że ona chce jak najprędzej go się pozbyć. Żałował bardzo, że przyszedł tu tak daleko z dworca, zmęczony po nocy, którą spędził w ścisku w przedziale wagonu. Ale był pewien wówczas, że zastanie przyjaciela w domu. 
– Czy pan wie, co się dzieje?! – mówiła, załamując dłonie. – Toż zgroza! Iluż ludzi aresztowano! I za co? Za nic! Po Janka też przychodzili! 
– Kto? 
– Kto?… Dawni bandyci z więzień. Teraz to się nazywa milicja! I jakieś aroganckie wyrostki z czerwonymi kokardkami. Robili tu rewizję. Przewrócili wszystko w mieszkaniu. Jeden mnie uderzył. Zabrali maszynę do pisania…
Zaczęła płakać. 
– O co im chodziło? Przecież Janek był chory, od wojska zwolniony, do polityki się nie mieszał…
– Może miał jakiegoś wroga… Czy ja wiem? Teraz różni łajdacy załatwiają swoje porachunki. Donosy robią…
– A gdzie on jest? 
– Poszedł na wieś do krewnych. Znajomy milicjant uprzedził, że po niego przyjdą. I przyszli… Boże, co za życie! Czy pan wie, że ludzi wywożą! 
– Wiem. Widziałem na kolei pociągi z eskortą. Wszystko jechało na wschód. A pani co zamierza robić? – spojrzał po rozrzuconych wszędzie rzeczach. 
– Też zbieram się na wieś. Jak tu żyć? Ja ani spać, ani jeść nie mogę. A pan bardzo nieostrożnie postąpił, że przyszedł tutaj!… I mnie pan naraża!…
Na policzkach Józefa pojawiły się wypieki. Miał ochotę wyjść bez pożegnania, ale starał się zachować spokój. 
– Wcale pani nie narażam. 
– A jeśli przyjdą milicjanci i zastaną pana u mnie? 
– Więc co? Do mieszkania każdy może wejść. Wstąpiłem tu jako głodny uchodźca z Warszawy. Poprosiłem o cokolwiek do zjedzenia. Nie wiem, kto pani jest, i pani mnie nie zna…. A jeśli przyjdą specjalnie po panią, to czy ja tutaj jestem, czy mnie nie ma, panią wezmą. Zresztą zaraz pójdę. 
– Ależ pan musi zrozumieć moją sytuację! 
– Rozumiem. Jest pani zdenerwowana i przestraszona. Ma mi pani za złe, że tutaj wstąpiłem. Ale nie wiedziałem, co u was się dzieje. Przypadkiem znalazłem się w Baranowiczach. Od dwóch tygodni nie zjadłem ani nie wypiłem nic ciepłego. Całą noc stałem w ścisku w wagonie. Dlatego przyszedłem tutaj. Chciałem pomówić z Jankiem, wypocząć, coś zjeść i jechać dalej. Ale jeśli pani tak przestraszona, to ją pożegnam. 
 Kobieta się zawstydziła. Może też obawiała się, że mąż będzie niezadowolony z takiego potraktowania jego kolegi. 
– Co ja mogę dla pana zrobić? – spytała. 
– Chcę ogolić się i umyć, bym lepiej wyglądał. Może da mi pani jakieś stare skarpetki Janka, bo moje się zdarły zupełnie i je wyrzuciłem. Może jest u pani jakaś torba albo woreczek, do którego mógłbym włożyć ten płaszcz. Nie chcę go porzucić, ale niebezpiecznie nosić w ręku wojskową rzecz. I jeśli można poproszę o cokolwiek do zjedzenia. Byle co…
 Miał ochotę poprosić o czystą bieliznę, ale się powstrzymał. 
– Dobrze – powiedziała. – Zaraz. 
Zaprowadziła Józefa do umywalni. Dała mu ręcznik i przybory do golenia. Przyniosła konewkę gorącej wody i skarpetki. 
– Usmażę jajecznicę i naparzę kawy. 
– Dziękuję bardzo. 
Po niespełna godzinie wyszedł na ulicę. Był ogolony, miał oczyszczone ubranie i trzewiki. Płaszcz umieścił w starej ceratowej torbie na zakupy. Zjadł dobre śniadanie i był syty. Ale czuł niesmak i żal. Wydało mu się, że postąpił brzydko. Ona również. Szczególnie dlatego, że później starała się być bardzo uprzejma. Zaproponowała mu nawet pieniądze „w formie pożyczki”. Poczuli się oboje zmieszani i lżej odetchnął, gdy opuścił mieszkanie. 
Na skraju miasteczka zobaczył dążącą środkiem ulicy grupę ludzi, po której bokach i z tyłu szli milicjanci z karabinami i czerwonymi opaskami na rękawach. Prowadzono na dworzec, do transportu, aresztowanych. Większość stanowili cywile. Niektórzy nieśli rzeczy: walizki, teczki, toboły, paczki, koszyki. Jeden miał na sobie futro. Ale był i inny, który szedł nawet bez marynarki. Na jego koszuli, rozdartej z tyłu, krzyżowały się szelki. Były tam i dwie kobiety: jedna staruszka, a druga młoda dziewczyna, która niosła duży, turystyczny plecak, zapewne bardzo ciężki, bo pochylała się pod nim naprzód. Na czele grupy szło kilkunastu żołnierzy. Niektórzy z nich byli w mundurach, ale bez pasów. Dwaj mieli cywilne jesionki. Jednego prowadzono pod ręce. Miał obandażowaną głowę, a na opatrunku było widać dużą, ciemną plamę krwi. 
Obok tej grupy szło chodnikami kilkadziesiąt kobiet, kilkoro dzieci i kilku mężczyzn. Prawdopodobnie byli to krewni aresztowanych. Było słychać ich okrzyki i nawet kłótnie z milicjantami. Niektóre kobiety płakały. Jedna klęła. 
Józef poszedł wolniej. Zrównał się z nim starszy mężczyzna, który szedł, podpierając się laską i nieco kulejąc. Wyglądał na rzemieślnika. Z twarzy było widać, że jest podpity. Parę razy zerknął z boku na Józefa, potem powiedział: 
– Widzi pan: socjalizm uskuteczniają! Do raju prowadzą… 
– Ma pan tam kogoś? 
– W raju chyba nie. Może w piekle…
– Wśród aresztowanych? 
– Nie… Ależ to ludzie!… Szkoda… Kilku znam. Ten, co w koszuli idzie, to listonosz. Zostawił żonę i sześcioro dzieciaków. Za co takiego wzięli? To przecież biedota! Może dawniej któremuś z tutejszych „Marksów” listu na tacy nie przyniósł albo się nie ukłonił, to mu teraz przypomniał!… A żołnierzy po co brać? Służyli, bo musieli. Każdy zdrowy w wojsku służył. No nie? 
– Jasna rzecz. 
– Jakby tak za polskich czasów ludzi łapali, cholera wie za co, jak hycle psy, i na śmierć wieźli, to co gazety by pisały? Toż baby z całego miasta by się zebrały i miotłami taką policję do ustępu zagnały! A teraz trzeba milczeć, bo zabiją! Ot, zaraza! 
Na dworcu był pociąg do Lidy. Wagony zapełnione ludźmi. Nawet na buforach, między wagonami, położono deski i na nich, dość wygodnie, chociaż niezbyt bezpiecznie usiedli podróżni. A po peronie miotała się zrozpaczona masa ludzi, którym nie udało się nigdzie wcisnąć. Najgorzej było tym, którzy mieli bagaż albo byli niedołężni. Józef przelazł pod wagonem na drugą stronę toru. Poszedł wzdłuż pociągu, szukając jakiegokolwiek miejsca. Udało mu się wreszcie wleźć na skraj dachu. Torbę z płaszczem powiesił na żelaznym haku i miał wolne ręce. 
Po godzinie pociąg ruszył ze stacji. Na peronie rozległy się krzyki. Ktoś spadł ze schodków. Niektórzy biegli obok wagonów i jeszcze starali się znaleźć dla siebie miejsce. Pasażerów na dachu otoczyły kłęby czarnego dymu z lokomotywy. Pociąg szedł wolno naprzód, jakby ciężko mu było udźwignąć przeładowane wagony. Gdy zwiększył pęd, dachy zaczęły się chwiać, jakby chciały się pozbyć nadmiernego ciężaru. Ludzie starali się położyć obok siebie. Trzymali się za wyloty wentylatorów i zakrywali głowy przed dymem. 
Na każdej stacji pociąg stał długo. Wówczas pasażerowie na dachach byli uprzywilejowani. Siadali i oglądali peron – jak z loży teatralnej. A na dole zamęt. Rozlegały się krzyki, nawoływania. Ludzie starali się wtłoczyć do wagonów, lecz było to niemożliwe. 
– Niewygodnie są urządzone te dachy – powiedział, rozciągając kolana, mężczyzna w szarej jesionce i zmiętym kapeluszu. 
– Brak było w Polsce postępu technicznego! – ironicznie parsknął jego sąsiad. 
– Nie przewidzieli, że Rosjanie przyjdą i na dachach będzie ekstraklasa! – wtrącił ktoś z boku. 
– A ty nie pyskuj! – rzucił wyrostek w kraciastej cyklistówce. – Za darmochę jedziesz, a pyskujesz! Ot, zobacz: „teater” masz! – wskazał ramieniem na sąsiedni wagon. 
Tam, na krańcu dachu, siedziała rozkraczona dziewczyna wiejska. Było widać jej krótkie, wełniane pończochy i grube, różowe uda. 
– Reklamę sobie robi! 
– W gości zaprasza! 
– Za mąż jej się chce! 
Leciały głosy mężczyzn. Dziewucha zmieniła pozę i obciągnęła spódnicę. A dla podkreślenia swej godności rzuciła: „Świntuchy!”. 
Na stacji Nowojelnia, w połowie drogi do Lidy, pociąg utknął na dobre. Wreszcie odstawiono go na boczny tor. Pasażerowie nie chcieli opuszczać z trudem zdobytych miejsc – nawet na dachach. Ale kilku ludzi udało się na wywiad. Powrócili ze złymi wiadomościami. Ani obsługa lokomotywy, ani kolejarze na stacji nie wiedzą, kiedy pociąg ruszy dalej. Zależy to od władz wojskowych – rosyjskich. A władze te są zajęte zalewaniem Polski wojskiem, wywożeniem do Rosji urządzeń fabrycznych, magazynów i ludzi. Czy w głowie im jakiś nieszczęśliwy, cywilny pociąg, wlokący się jak bezpański kundel od stacji do stacji. Dla zilustrowania tych wiadomości głównym torem, co jakiś czas, przelatywały, nie zmniejszając szybkości, zamknięte wagony. Z przodu, z tyłu i w brekach ulokowała się eskorta wojskowa. Na niektórych pociągach, na dachach, były nawet reflektory. 
– Jak oni to sprawnie robią! – podziwiał sąsiad Józefa. 
– Mieli dwadzieścia dwa lata praktyki. 
– Po co im zabierać stąd ludzi? Sami nie mają co żreć! 
– Nie wiesz po co? – wyjaśnił mężczyzna w szarej jesionce. – U nich człowiek jest tańszy od konia. Dadzą mu zupy z brukwi i będzie las rąbał. Na każdym zarobią, póki nie zemrze. 
Z niektórych wagonów leciały, przez szpary, kartki papieru. Błagania o zawiadomienie rodzin o losie wywożonych. Były w nich czułe lub rozpaczliwe słowa pożegnania, niewyraźne, w ciemności napisane, nazwiska i adresy. 
Pasażerowie zaczęli wychodzić z wagonów i złazić z dachów. Niektórzy poszli na dworzec. Inni, zmęczeni jazdą w ścisku, chodzili wzdłuż torów, siadali albo kładli się na trawie obok niskiego parkanu. Józef wyjął płaszcz z torby i rozesłał go na pustym teraz dachu wagonu. Położył się na wznak i patrzył w ciemne niebo, na którym się ukazywały i znikały gwiazdy. Przesłaniały je niewidzialne, płynące w górze chmury. 
„Gdzie jest teraz Julia? – myślał. – Może potrzebuje mej pomocy?”
Ostatni list miał od niej zaraz po wybuchu wojny. Napisała, że musi wyjechać z macochą do jej majątku pod Tarnopolem. Na pewno znalazła się na obszarze zagarniętym przez bolszewików. Nie miał jej nowego adresu, ale ona zazwyczaj pisała do niego pod adresem przyjaciela Józefa, Antoniego, który stale mieszkał w Wilnie. 
„Jeśli będzie mogła – myślał – na pewno tam napisze. A może już jest list od niej? Nie warto błąkać się bez sensu. Trzeba powrócić do Wilna i czekać.”
Zrobiło się chłodno. Pociąg stał pusty. Pasażerowie udali się na dworzec. Po pewnym czasie i Józef tam się skierował. W dużej, jaskrawo oświetlonej sali panował zaduch. Było pełno ludzi. Siedzieli na rzeczach, na ławkach, spali na podłodze. Ściany były oblepione sloganami. Niedaleko wejścia dwaj milicjanci ciągnęli za ręce niemłodą wiejską kobietę. Ona im się wyrywała. 
– Odczepcie się! Nigdzie ja z wami nie pójdę! Nigdy ja żadnego paszportu nie miałam! 
– Taki jest rozkaz! – krzyczał jeden z milicjantów. – Dokumenty muszą być u każdego! 
– Mnie tutaj każdy zna! – wrzeszczała babina. – I ty mnie znasz! Nie pamiętasz, jak w Nowogródku, na rynku, u mnie z wozu garnek masła zabrałeś! 
Na salę weszło jeszcze dwóch milicjantów. Kobietę wyciągnięto z poczekalni. 
Józef przeszedł między siedzącymi i leżącymi na posadzce ludźmi pod ścianę. Znalazł wolną przestrzeń pomiędzy dużym kufrem a plecami śpiącego mężczyzny. Wyjął z torby płaszcz i rozesłał go podwójnie. Potem położył się. Było niewygodnie, ale czuł się zmęczony, bo nie spał drugą noc, zapadł więc wkrótce w ciężki sen. 
* * *
Obudził się od kopnięcia butem w udo. Usiadł i zmrużył oczy, które raziło jaskrawe światło żarówek elektrycznych. 
W pierwszej chwili wydało mu się, że wrócił ból w chorej nodze. 
– Wstawaj! – posłyszał ostry głos. 
Zobaczył dwóch milicjantów – tamtych, którzy wyciągali z poczekalni kobietę. Od razu zorientował się w sytuacji. Zrozumiał też, że boli go nie uderzone dawniej kolano, lecz udo. Wstał, udając zupełny spokój. Ale w piersi narastała złość. 
Zmierzył oczami milicjantów. Bliższy, który kopnął Józefa, był małego wzrostu. Miał okrągłą, spoconą twarz, pełną krost. Uszy mu sterczały na boki, jak wetknięte w glinę łupiny z brukwi. Oczy miał mętne, tchórzliwe. Trzymał karabin, zawieszony na lewym barku. Na rękawie cywilnej marynarki miał czerwoną opaskę. Drugi milicjant był wysoki, chudy, przygarbiony. Miał twarz o zielonkawej cerze i wydęte naprzód, jak do gwizdania, wargi. Karabinek miał też zawieszony na pasku, ale dłonie założył na plecy. 
– Co chcecie? – spytał Józef spokojnie i jakby obojętnie. 
– Dokąd jedziesz? – warknął mały milicjant po białorusku. 
– O co wam chodzi? – powiedział Józef znów po polsku, jakby nie zrozumiał pytania. 
– Tu Białoruska Republika! Rozumiesz! – zaczął krzyczeć mały milicjant. – Jak ja ciebie pytam po białorusku, to ty odpowiadaj po białorusku! Rozumiesz? 
„Zacząć czy jeszcze zaczekać? – myślał Józef. – Jeśli uderzy, to zacznę.”
Miał wystawioną naprzód lewą stopę, prawą rękę zwiesił w dół, lewą trzymał na wysokości brzucha. Rozważał sytuację. Znał boks, był wygimnastykowany, umiał walczyć. Wiedział, że łatwo, jednym ciosem prawej pięści w gardło lub brzuch (aby nie skaleczyć kostek swej dłoni), zmiecie małego milicjanta, a lewą wyrwie mu karabinek. Kolbą załatwi wysokiego. Ale co dalej? Sala pełna ludzi. Czy uda się uciec? 
– Białoruskiego języka nie znam – powiedział spokojnie. – Jeśli chcecie, możemy rozmawiać po rosyjsku. 
Znał dobrze język białoruski i mógł nim posługiwać się lepiej niż mały milicjant, który mieszał słowa białoruskie, polskie i rosyjskie. Chciał jednak zmusić milicjantów – jeśli nie zechcą mówić po polsku – żeby mówili po rosyjsku. Był to język ich panów. 
Wtrącił się wysoki milicjant, mówiąc po rosyjsku w grzecznej formie: 
– Dokąd jedziecie? 
– Do Wilna. 
– Po co? 
– Do brata. 
– A skąd jesteście? 
– Uchodźca z Warszawy. 
– Uchodźca z Warszawy! – przerwał, pryskając śliną, mały milicjant. – A po co tu przyjechałeś? Tu jest Republika Białoruska! 
Na salę wszedł z bocznych drzwi wyrostek lat około osiemnastu. Był w czarnej, skórzanej kurtce i miał na otoku czapki czerwoną gwiazdkę. Na pasie wisiał pistolet w futerale. Mały milicjant podszedł prędko ku niemu i zaczął coś mówić, wskazując, to ruchem głowy, to łokcia, w kierunku Józefa. Potem obaj zbliżyli się ku niemu. Mały milicjant, plącząc słowa, mówił ze złością: 
– To, towarzyszu komisarzu, dobry ptaszek! Ja takich znam! Oficeryszka albo z policji. Ucieka za granicę. Nie chce mówić po białorusku. Wielki hrabia polski! 
– Czekaj – odtrącił go łokciem komisarz i zwrócił się do Józefa po polsku: 
– Kto jesteście? 
– Uchodźca z Warszawy. 
– Zawód? 
– Introligator. 
– Jaki introligator? 
– Pracowałem w warsztacie introligatorskim. Oprawialiśmy książki. 
Mały milicjant nie wytrzymał i zaczął mówić po polsku: 
– On faszystowskie książki oprawiał. Piłsudskiego i różnych generałów. 
Józef powiedział spokojnie, patrząc na „komisarza”, który właściwie był kierownikiem posterunku milicji na dworcu: 
– Oprawialiśmy i Lenina Państwo i rewolucja, i Engelsa, i Marksa. 
– Jemu trzeba kulę w łeb! – pienił się milicjant. 
Józef patrzył ze wstrętem na „badającą” go trójkę. Każdy z nich był ohydny w inny sposób. Ale łączyła ich chęć pastwienia się bezkarnie nad bezbronnym człowiekiem. 
– Dokumenty macie? – spytał komisarz. 
Józef podał mu zaświadczenie. Komisarz obejrzał je nieuważnie. Józef zrozumiał, że nie zadowoli go żaden dokument. Miał sposobność odegrania roli „władzy” i wyżywał się w tym. 
– Byliście w wojsku? – spytał. 
– Nie. Mój rocznik nie był powołany. 
– A skąd macie płaszcz wojskowy! 
– Wziąłem go z rozbitego bombą pociągu, który się palił. Tam było dużo wojskowych rzeczy i ludzie brali, co mogli. 
– Gdzie to było? 
– Na dworcu towarowym w Siedlcach. Widzicie przecież, że mam na sobie cywilne ubranie. 
– Dokąd jedziecie? 
– Do Wilna. 
– To wszystko podejrzane! – zawyrokował komisarz. – Jesteście z Warszawy. Płaszcz wzięliście w Siedlcach. Jedziecie do Wilna, a znaleźliście się w Nowojelni… – wyliczał z miną sędziego śledczego. 
– Bo pociąg tu się zatrzymał i nie szedł dalej. 
– Jesteście aresztowani! – rzekł wyniośle komisarz. – Odeślę was do Nowogródka, do komendy milicji. Tam was zbadają. 
Józef dostrzegł, że wielu ze znajdujących się w pobliżu ludzi ukradkiem patrzyło z nienawiścią na milicjantów i komisarza. Ale byli bezsilni, bo za tą „trójką” stała obca potęga z czołgami i olbrzymim aparatem do niszczenia ludzi. 
„Doskonale! – pomyślał. – Do Nowogródka na pewno mnie nie dowieziecie”. 
Postanowił dawno, że się nie da wywieźć. A w wypadku zatrzymania go będzie uciekał nawet w najgorszych warunkach. Wiedział dobrze, że nie można wierzyć w bolszewicką sprawiedliwość. Obecnie sam fakt zaaresztowania był dowodem jego winy. Znał wypadki kiedy aresztowanym, zupełnie niewinnym ludziom, darto dokumenty, by nie mieli czym się legitymować. 
Dwaj milicjanci poprowadzili Józefa na posterunek milicji, który mieścił się w budynku stacji. Józef od razu zaczął udawać, że ledwie idzie. Mały milicjant przynaglał go: 
– Prędzej! Czemu się wleczesz jak krowa? 
– Nie mogę. Mam chore nogi. 
– Ty pewnie autem jeździłeś. Ważny pan! 
Na posterunku kilku milicjantów spało na zsuniętych razem, jak prycza, łóżkach. Dwaj grali przy stole w warcaby. Jeden czyścił karabin. Dwaj siedzieli przy żelaznym piecyku i smażyli na pokrywce od menażki duże kawałki kiełbasy. Po wejściu Józefa i jego eskorty jeden z milicjantów zawołał: 
– Co, jeszcze jednego bociana złapaliście? Do Afryki leciał. Posłać go do nieba. 
– Posadzić go na piecyku. Niech pośpiewa. 
– Wyciąć mu szachownicę na tyłku! 
– Najlepiej węgli za koszulę. 
Józef udawał obojętnego i sennego, ale pilnie obserwował wszystkich dokoła. „Trzeba było dopiero przyjścia bolszewików – myślał – żeby takie szczury, z brudnych kanałów życia, mogły wyleźć na powierzchnię i znęcać się nad ludźmi”. 
Po kwadransie przyszedł komisarz w towarzystwie kierowcy, który zaczął wybierać karabin ze stojaka. Komisarz dał wysokiemu milicjantowi kopertę i powiedział: 
– Doręczycie to w komendzie. Zdacie aresztowanego za pokwitowaniem. Tam w aucie są rzeczy – też weźmiecie pokwitowanie. A wy – zwrócił się do małego milicjanta – będzie pilnować aresztowanego. W razie próby ucieczki strzelać bez uprzedzenia! 
– Tak jest, towarzyszu komisarzu! Ja go dopilnuję. Ja na tym się znam. 
– Nie potrzebuję uciekać – powiedział Józef. – Nic złego nie zrobiłem. Takich uchodźców jak ja jest wiele tysięcy. 
Maskował tymi słowami swą radość. Wyczuwał, że uciec będzie łatwo. 
Komisarz kazał zrewidować Józefa. Zabrano mu zegarek, scyzoryk, grzebień, machorkę, zapałki, pieniądze i kopertę z zaświadczeniem. Wysoki milicjant zapisał wszystko na kartce papieru, którą dołączył do swej koperty, a rzeczy Józefa zawinął w arkusz rosyjskiej gazety, przewiązał paczuszkę sznurkiem i podał małemu milicjantowi, który wsadził ją do skórzanej sumki, zawieszonej na pasku na ukos przez pierś. 
Wyszli na plac przed dworcem. Z boku stała duża ciężarówka. Miała wysoką budę, obitą z zewnątrz pomalowanymi na zielono arkuszami dykty. Wewnątrz, z prawej, stały duże skrzynie, a w głębi leżało kilkadziesiąt tłumoków. Były to ubrania, obuwie, bielizna, związane rzemiennymi paskami albo sznurkami. 
Torem kolejowym przejechał z hałasem długi pociąg towarowy. Wagony pierwszy i ostatni były oświetlone. 
– I ciebie tam powiozą – powiedział do Józefa wysoki milicjant i wskazał ramieniem w kierunku pociągu. 
– Jemu tu miejsce, tu! – zaprzeczył mały milicjant, kierując kciuk w dół, ku ziemi. – Ja powiem komendantowi, kto on jest. Szpieg faszystowski! Tu Białoruska Republika i takim jak on kula w łeb. Jazda do auta! 
Józef udał, że z wielką trudnością wygramolił się na skrzynię samochodu. Wysoki milicjant pomógł wleźć małemu, podał mu karabinek i podniósł drewnianą klapę. Umocował ją żelaznymi zatyczkami na łańcuszkach i poszedł do przodu. 
Mały milicjant kazał Józefowi usiąść na drugiej od brzegu skrzyni. Zasłał pierwszą złożonym podwójnie kocem i też usiadł. Karabinek postawił między kolanami. Potem zdjął zawieszoną przez bark sumkę, wyjął z niej pudełko z tytoniem i zaczął skręcać grubą cygaretkę. Przypalił od zapalniczki i parę razy wydmuchnął dym w bok, w twarz Józefowi. 
Zapuszczono motor. Potem uderzono kilka razy pięścią w ściankę szoferki. 
– Gotowe! – krzyknął mały milicjant. 
Samochód zaczął manewrować po placu przed dworcem, a potem wytoczył się na szeroką, dobrze utrzymaną szosę. Kilka tłumoków potoczyło się w tył. Milicjant kopnął je z powrotem i powiedział: 
– To z takich samych faszystów jak ty! 
Józef nie odezwał się, ale pilnie śledził każdy ruch milicjanta. Uważał swoją sytuację za dobrą. Już mógłby uciec, lecz czekał na jeszcze lepszą sposobność. Chciał, by ciężarówka oddaliła się od stacji. Miał też ochotę na zabranie milicjantowi karabinka i sumki, w której były odebrane Józefowi rzeczy. 
Noc była mglista, ale dość jasna. Szosa wydawała się biała. Za tylnymi kołami samochodu pędziły dwa pasma pyłu. Przy każdym wstrząsie trzaskała głośno, o żebra budy, obluzowana dykta. Po bokach drogi ukazały się zarośla. Potem zaczął się większy las, który jakby biegł ku szosie. Milicjant znów skręcił cygaretkę i zapalił ją. Pudełko z tytoniem schował do sumki i położył ją na skrzyni. Karabin trzymał nadal między kolanami. 
Józef wysunął naprzód prawą stopę. Lewą podciągnął aż do skrzyni. Mógł teraz zadać prawą pięścią w lewo taki cios, o jaki mu chodziło. 
Milicjant zaciągnął się cygaretką, którą trzymał przylepioną do dolnej wargi, puścił kłąb dymu w prawo, w twarz Józefowi i powiedział zjadliwie: 
– Ty pewnie cygara paliłeś, co? 
– Tak. Po dwa naraz – odparł Józef i w tejże chwili, robiąc skręt tułowiem w lewo, uderzył milicjanta pięścią w dół twarzy, prosto w ogień cygaretki. 
W cios ten włożył i siłę mięśni, i ciężar ciała. Był chyba nie słabszy od uderzenia kamieniem. Tułów milicjanta zaczął osuwać się w bok, na skrzynię. Józef ujął go pod pachę i pod prawe kolano, łatwo wyrzucił z samochodu. Milicjant leżał na szosie bez ruchu, gdy ciężarówka się oddalała. 
„Nic nie słyszeli” – pomyślał Józef o kierowcy i wysokim milicjancie. Podjął karabin i sumkę. Położył je na skrzyni. Potem zaczął wyrzucać z samochodu na szosę tłumoki. Nie uświadamiał sobie, po co to robi. Może przypuszczał, że są to rzeczy zamordowanych gdzieś ludzi. „Niech ich oprawcy nie mają z tego korzyści.”
Płaszcz miał na sobie. Komisarz kazał mu go włożyć przed wyjściem z posterunku. Pewnie chciał, żeby Józef wyglądał na wojskowego. 
Wziął sumkę milicjanta i przewiesił ją przez bark. Potem sprawdził karabinek. Był naładowany. Posiadanie broni bardzo go ucieszyło. Miał ochotę przeszyć kulami szoferkę, ale wiedział że to skomplikuje jego sytuację. Żałował też nabojów. Wychylił się z samochodu i czekał na wygodne miejsce do wyskoczenia na szosę. 
Ciężarówka zwolniła pęd i wjechała na drewniany mostek. Teraz Józef wyskoczył. Zatoczył się, przebiegł kilka kroków i upadł, ale zaraz wstał. Obejrzał się dokoła. Samochód oddalał się. W pobliżu nie było nikogo. 
Sytuacja od razu zmieniła się na dobrą. Był wolny. Miał broń. Czuł się teraz nie słabym królikiem, którego może pożreć byle hiena, lecz wilkiem, który będzie się bronił do ostatniego tchu. 
Postanowił iść w kierunku na Lidę. Orientował się, że Nowogródek jest położony na północny wschód od Nowojelni. Trzeba więc udać się na północny zachód. Ale trafnie przypuszczał, że musi być jakaś droga, prowadząca z Nowogródka do Lidy, w kierunku Niemna. Żeby na nią trafić, trzeba było iść prosto na północ. Według gwiazd udało mu się ustalić kierunek. Dopiero wówczas poszedł w las. 
Chciało mu się palić. Znalazł polankę, na której było jaśniej. Usiadł na obalonym pniu, położył karabin na kolanach i zdjął sumkę milicjanta. Otworzył ją i wyjął swoją paczuszkę – depozyt aresztowanego. Ale w sumce były jeszcze rzeczy milicjanta. Namacał zawinięty w jedwabny szalik ciężki przedmiot. Był to zupełnie nowy belgijski brauning, siódemka, i zapasowy magazynek. Pistolet był naładowany i zabezpieczony. W magazynku też były naboje. 
– Ależ to świetnie! – powiedział głośno. – Jestem teraz dobrze uzbrojony. 
Wsadził pistolet do prawej kieszeni marynarki, a magazynek do lewej. Skręcił z tytoniu, który był w pudełku, cygaretkę. Rozwinął paczuszkę ze swoim depozytem i wyjął z niej pudełeczko zapałek. Resztę rzeczy rozmieścił po kieszeniach. Zegarek jeszcze szedł. Nakręcił go i włożył na przegub ręki. Sprawdził czas: było po jedenastej. W sumce namacał jeszcze jakieś rzeczy, ale postanowił, że obejrzy je rano, gdy będzie jasno. 
Zapalił cygaretkę i wypoczywał. Czuł ból w prawej ręce. Kostki dłoni miał spuchnięte, a w jednym miejscu skóra była zdarta. Zaczął lizać skaleczone miejsce i wypluwać ślinę. Potem długo rozcierał dłoń. Spróbował zaciskać palce w pięść. Trochę go bolało. „Tamten dobrze dostał! – pomyślał o milicjancie. – Może dotychczas leży na szosie. A może go znaleziono? Pewnie ma złamany nos. A jeśli upadł z auta na głowę, to mógł kark skręcić. Chyba nie będzie więcej ludzi kopać… a może nawet zabijać!”
Dopalił cygaretkę, wstał i według gwiazd sprawdził kierunek. Potem poszedł powoli lasem. Karabin trzymał w pogotowiu, chociaż czuł się bezpieczny. Oczy, przyzwyczajone do ciemności, widziały daleko. 
Droga z Nowogródka nad Niemen była w odległości kilku kilometrów od miejsca, gdzie Józef wyskoczył z ciężarówki. Ale znalazł ją dopiero po dwóch godzinach, bo szedł na ukos. Ucieszył się, gdy zobaczył między wysokimi ścianami lasu szeroki wyrąb i jasne pasmo piaszczystej drogi, na której było widać głębokie koleiny. 
Przez pewien czas stał w miejscu i nasłuchiwał. Potem poszedł w lewo, trzymając się blisko drzew. Gdy brnął poprzednio po manowcach, przez nieznany las, czuł się bezpieczny. Gdy wyszedł na drogę (dzieło rąk ludzkich) stał się ostrożny. Uświadomił sobie, że jest w dżungli… gorszej niż tamta w Indiach, w Afryce lub nad Amazonką. W tamtych dżunglach istnieją pewne prawa, „prawa dżungli”, prawa silnego, śmiałego, sprytnego. Ale w tej „dżungli” żadnych praw nie ma. W tej „dżungli” małpa idzie do tygrysa i służy mu: zdradza kryjówki innych małp i pomaga je mordować. W tej „dżungli” lew zabija tysiące zwierząt nie po to, by zaspokoić głód, lecz ze strachu przed nimi i aby nasycić swą pychę. A zwierzęta nie tylko nie lżą lwa, lecz mu się kłaniają i nazywają go swym opiekunem. Poza tym lew i tygrys mają prawo naturalne do swego procederu. Natomiast w tej „dżungli”, która się rozlewa ze wschodu na zachód Europy, słaby fizycznie typ, chytry degenerat, korzysta z usług tysięcy szakali, aby mordować zwierzęta silne i dumne! I robi to w imię opieki nad nimi i troski o ich „dobrobyt, wolność i równość”. Takie myśli kotłowały się w głowie Józefa. 
– A ja będę wilkiem! – powiedział głośno i zatrzymał się, jakby przestraszony dźwiękiem własnego głosu. 
* * *
Obudził się, gdy świt zaczął wkradać się między drzewa. Leżał skulony pod łapami olbrzymiej jodły. Był okryty płaszczem. Dotknął dłonią karabinka. Potem długo nasłuchiwał. 
Niedaleko był strumień, z którego w nocy pił wodę. Potem znalazł tę jodłę, tworzącą jakby olbrzymi namiot, otoczony zaroślami. Z trudem wlazł pod gęste, ciężkie, opadające u dołu na ziemię łapy drzewa. Wieloletnie igliwie było suche i sprężyste, ostro pachniało smołą i kadzidłem. Spał tam kilka godzin i był wypoczęty, ale poczuł głód i było mu zimno. Wyczołgał się spod jodły i rozejrzał. Między krzakami pełzły siwe pasma mgły. Na liściach drzew osiadły mętne, chłodne krople rosy. Niebo w górze jaśniało coraz bardziej. Odezwały się ptaki. 
Poszedł w kierunku strumienia. Znalazł wygodny dostęp do wody. Rozebrał się do połowy. Wymył twarz, szyję i ramiona. Potem wytarł się zewnętrzną stroną koszuli. 
Z boku, między drzewami, piął się w górę duży, czerwony dysk słońca. Józef wiedział, że jeśli pójdzie w tamtym kierunku, znajdzie drogę. Lecz udał się w przeciwną stronę. Chciał wyjść na otwarte miejsce, uporządkować rzeczy i ogrzać się w słońcu, bo ziębiła go wilgotna koszula. Po kwadransie zobaczył duży wyrąb. Usiadł na ściętym pniu sosny. Zdjął płaszcz i sumkę. Sprawdził karabinek i oparł go lufą o pień. Potem obejrzał dokładnie brauning. Był w zupełnym porządku. 
Otworzył sumkę milicjanta. Wyjął z niej portfel i zawiniętą w strzęp gazety paczuszkę, w której znalazł złotą obrączkę i zegarek firmy Zenit. Nakręcił go, sprawdził czas według swego zegarka i wciągnął metalową bransoletkę na przegub prawej ręki. Obrączkę schował do kieszeni marynarki. W portfelu nie było ani pieniędzy, ani dokumentów, lecz znalazł w nim fotografię dziewczynki, może dziesięcioletniej, z zaplecionymi w dwa warkocze włosami. Twarz jej była uśmiechnięta, oczy lekko zmrużone. Na odwrocie fotografii przeczytał dedykację, napisaną nierównymi literami: „Kochanemu bardzo Tatuśkowi jego Lilka”. Z boku była data: 12 sierpnia 1939. A pod nią miejscowość: Gdynia. 
„Gdzie teraz jest Lilka, a gdzie jej tatuś? – pomyślał. – Ona może żyje, ale on?”
Wyczuł, że padł na niego cień cudzej tragedii, cięższej niż jego własna. On żył, był wolny, uzbrojony, świadom sytuacji, w jakiej się znajduje. A co się stało z ojcem dziewczynki?… Może i jego rzeczy były w jednym z tamtych tłumoków, które w nocy powyrzucał z ciężarówki na szosę? 
Schował fotografię do portfela i włożył go do bocznej kieszeni marynarki. Potem uporządkował wszystkie rzeczy, które miał przy sobie. Następnie poszedł w stronę drogi. Gdy się do niej zbliżył, znalazł wygodne miejsce, z którego mógł, będąc dobrze ukrytym, obserwować drogę daleko w prawo i w lewo. Miał nadzieję, że zobaczy kogoś budzącego zaufanie i zasięgnie informacji. Przypuszczał, że droga w lewo prowadzi w kierunku Niemna. Natomiast w prawo jest Nowogródek, dokąd milicjanci wieźli go w nocy. Ale chciał to sprawdzić. Chodziło mu również o zdobycie czegoś do jedzenia. 
Około dziewiątej na drodze od strony Nowogródka ukazały się dwa chłopskie wozy. Ale ludzi przy nich było za dużo: trzech mężczyzn i dwie kobiety. Poza tym jechali oni w kierunku, w którym Józef zamierzał iść. Obawiał się, że mogą zawiadomić milicję o jego obecności w lesie. Wiedział co prawda, że ludność wiejska jest wrogo usposobiona do nowych władz, ale wolał zachować ostrożność. Przypuszczał, że jego wyczyn na szosie zaostrzył czujność milicji i że na pewno jest poszukiwany. Wkrótce uzyskał potwierdzenie swych domysłów. Zobaczył jadących na rowerach, również od strony Nowogródka, trzech milicjantów. Podążali ścieżką obok drogi, po tej stronie, gdzie Józef się ukrył. Byli uzbrojeni. Jeden miał karabin, drugi karabinek, a trzeci pistolet. Józef przygotował swój karabinek do strzału. Pomyślał, że mógłby zastrzelić tego milicjanta, który ma pistolet, a zanim jego koledzy zdjęliby karabiny, zdążyłby rozprawić się z nimi. 
Niedługo po przejeździe milicjantów posłyszał, od strony Nowogródka, turkot motoru. Potem na drodze ukazała się wojskowa ciężarówka, pełna uzbrojonych żołnierzy bolszewickich. Józef ukrył się jeszcze lepiej w zaroślach. Ciężarówka przejechała. 
„Czy nie zrobią obławy? – pomyślał. – Ale na obławę w tych lasach nawet dywizji za mało.” Dopiero około południa dostrzegł starszą wieśniaczkę, idącą ścieżką obok drogi. Za nią podążał chłopiec. Przez pewien czas Józef obserwował ich z ukrycia. Gdy się zbliżyli, wyszedł na drogę i powiedział, jak było w zwyczaju na Kresach: 
– Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus! 
– Na wieki wieków! – odparła kobieta, pilnie mu się przyglądając. Potem dodała: – Pewnikiem z wojska do domu idziesz? 
– Tak – rzekł Józef. 
– A mój syn nie wrócił – powiedziała. – Może go gdzieś zabili, a może do Rosji powieźli. A ten – wskazała dłonią na chłopca – jego syn. Sierotką zostanie. 
– Tatka przyjdzie! – niespodziewanie grubym głosem wtrącił chłopiec. – Też chowa się w lesie. 
– Zejdźmy z drogi – powiedział Józef. – Tędy milicja jeździ i wojsko. Proszę mnie się nie bać. 
– My się nie boimy – rzekła kobieta. – Widzimy, że ratunku szukasz. A my odpoczniemy. 
– Daleko idziecie? 
– Do Nowogródka, do siostry. 
– Nie pracujecie? 
– Cóż ty! – zgorszyła się kobieta. – Dziś przecież niedziela! 
– Ach, tak! A ja i rachubę dni straciłem. 
Zaprowadził kobietę i chłopca w głąb lasu. Tam usiedli na mchu. 
– Czy macie coś do jedzenia? – spytał. 
– Mam kawałek sera i trochę chleba, to ci dam. 
– Ja zapłacę. 
– Nie trzeba. Teraz za pieniądze nic nie kupisz. 
Kobieta i chłopiec chętnie poinformowali Józefa o wszystkim, co sami wiedzieli. Niemen znajduje się w odległości pięciu kilometrów stąd. Z prawej strony od drogi, nad samą wodą, jest wieś Ruda. Z lewej stacja Niemen i większa wieś, Sielec. Promów i mostów pilnują wszędzie milicja i żołnierze bolszewiccy. Sprawdzają dokumenty, rewidują wozy i przechodniów. Dużo ludzi aresztowano. 
Doradzono Józefowi, by przekroczył trakt i szedł kilka kilometrów na północ, a potem skręcił na zachód. W ten sposób może dojść lasem aż do Niemna. 
Dał kobiecie skórzaną sumkę milicjanta. Nie chciała jej wziąć jako zapłaty za kawałek chleba i sera. Powiedział wówczas, że zamierza wyrzucić sumkę, bo mu zawadza, a im się przyda, bo skóra dobra. Ale muszą ją schować. 
Wyprowadził kobietę i chłopca na drogę. Tam się pożegnali. Chłopiec powiedział z powagą dorosłego wygi: 
– Ty lasu trzymaj się, bo „oni” lasu się 

Rozdział 2

Istnieje tajna międzynarodówka: rybaków−amatorów. Nad Wołgą, Wisłą, Sekwaną, Tamizą, nad wszystkimi jeziorami, rzekami, morzami świata można zobaczyć dziwnych ludzi, którzy w milczeniu spędzają dużo czasu nad wodą. Przeważnie nie mają z tego korzyści, bo więcej kosztuje ich sprzęt rybacki i stracony czas, niż mają zysku z połowów. Ludzie ci mają cztery wspólne cechy, o których nie wiedzą i do których się nie przyznają. Pierwsza: każdy z nich ma zadrę w duszy, ból, który próbuje złagodzić, usuwając się od ludzi, gwaru – źródeł zamętu i niepokoju. Druga: każdy kocha przyrodę i tęskni do niej. Trzecia: każdy jest filozofem – nawet jeśli czytać nie umie i nie wie, co znaczy wyraz „filozofia”. Czwarta: każdy jest poetą, który nie chce lub nie umie się wypowiadać, lecz w którego duszy dzwonią tak dziwne i piękne tony zaczarowanej lutni, że tylko w ciszy i samotności może je słyszeć. 
Takiego właśnie członka szlachetnej i bezinteresownej (w odróżnieniu od innych) międzynarodówki zobaczył Józef, gdy okryty błotem i pyłem, po przeprawieniu się przez Niemen i po nocy błądzenia po wertepach, wydostał się, daleko za torem kolejowym, na brzeg małej zatoki nad rzeką Dzitwa. Rybak siedział obrócony do niego plecami i patrzył ku wodzie, na której widniały dwa spławiki wędek. Dalej stały różowe od słońca szuwary i zastygła woda – jak roztopiona, dymiąca miedź. Obok rybaka leżały na trawie różne sprzęty: brezentowy plecak, wiaderko, kilka wędek. 
– Boże dopomóż! – powiedział Józef. 
Rybak obrócił ku niemu szeroką, opaloną w słońcu twarz. 
– Dziękuję. Proszę do towarzystwa – rzekł życzliwie. 
– Jak rybka się łowi? – spytał Józef. 
– Rybka tu, panie łaskawy, mądra, ostrożna, no i syta też. Bo rzeka ta, mój panie, to rybi raj. Jedzenia pełno, więc na przynętę nie idzie. Ja wczoraj pod wieczór tam – wskazał ramieniem w kierunku mostu – drobiazgu nałowiłem i na noc „żerlice” na szczupaków zastawiłem. Dwanaście sztuk, w najlepszych miejscach. A rano tylko jednego wziąłem. Z kilo sztuka. Dziesięć „żerlic” pustych. A jedną to mi łajdak razem z drągiem na rzekę ściągnął i w szuwarach zaplątał. Tam musi być ważny numer, ale wziąć go nie sposób. O, spójrz pan! 
Wstał i wskazał ramieniem na przesmyk między dwiema ścianami szuwarów, po drugiej stronie rzeki. Obok jednej z nich było widać na wodzie czarny koniec długiego drąga. 
– Czemu pan go nie wyciągnie? – spytał Józef. 
– A jak, panie drogi? Tu ani łódki, ani tratwy. A płynąć nie ma jak. Na dnie są karcze i stanąć nie można. Albo głębina, albo muł. Zresztą i pływak ze mnie marny. No i reumatyzm dokucza. 
– Ja pływam bardzo dobrze. Mógłbym przyciągnąć drąg do brzegu. 
– Ale sznur jest zaplątany. 
– Warto jest spróbować. Zresztą chciałem się wykąpać – rzekł Józef, chociaż nie miał tego zamiaru, ale chciał dopomóc rybakowi, który zrobił na nim sympatyczne wrażenie, w odzyskaniu straconej zdobyczy. 
Poszli do następnej zatoki, naprzeciw ściągniętego do wody drąga. Rybak nadal odradzał Józefowi wyprawę po szczupaka. Uważał ją za trudną i nawet niebezpieczną. Ale Józef powiedział, że może pływać tak samo łatwo jak chodzić i że nie ma żadnego niebezpieczeństwa. Zaraz rozebrał się (a rybak dostrzegł, że chował pod płaszczem karabinek) i wszedł do wody. Od razu zaczynało się grząskie, muliste dno. Położył się na wodzie i – pamiętając o karczach – popłynął płasko i powoli przez zatokę. Zbliżył się do szuwarów. Ostrożnie manewrując, wyciągnął drąg i rozplątał sznur. Potem, jeszcze wolniej, zaczął holować drąg ku brzegowi. Poczuł kilka razy szarpnięcie ryby na końcu sznura. 
– Szczupak jest – powiedział, wychodząc z wody i podając rybakowi koniec drąga. 
Wytarł się trochę koszulą i ubrał. „Czy dostrzegł karabinek? – pomyślał. – Zresztą to nieważne. Widać od razu, że człowiek porządny.”
Rybak tymczasem powoli, sprawnie podciągnął rybę ku brzegowi. Starał się, by szczupak znów nie rzucił się w szuwary. Lekko popuszczał linkę, gdy ryba się szarpała, lecz nie zwalniał jej. Poprosił Józefa, żeby przyniósł z pierwszej zatoki siatkę na kiju. Po wielu zabiegach wyciągnięto z wody dużego szczupaka, który już na brzegu groźnie otworzył potężną, kwadratową paszczę. 
– Zmęczyłeś się, kochanie, i nas zmęczyłeś – pieszczotliwie przemawiał do żarłoka rybak. – Ale ja nie bardzo go żałuję, bo szczupak to rozbójnik. Żadnej rybie pardonu nie da. Nawet okonia, który jest dobrze uzbrojony i też korsarz, zeżre. A jak głodny, to i szczupaka mniejszego chwyci. Rybi kanibal. A pan, panie drogi, też pływa jak rybka. No i budowa wspaniała. Z twarzy na to nie wygląda. Ale jak z wody pan wyszedł, myślałem, że rzeźba Praksytelesa ożyła i raczyła zstąpić nad brzeg tej zatoczki, by rybakowi staremu dopomóc. 
Józef był zdziwiony, że marnie ubrany rybak mówi inteligentnie. Ale wkrótce zagadka się wyjaśniła, gdy tamten mu się przedstawił, trochę uroczyście, ale drwiąco: 
– Akuła jestem – powiedział. – Po polsku: rekin. Może stąd moja pasja do łowienia rybki się wywodzi. Rzecz jasna, nazwisko paskudne, lecz uczciwe. Z dawnej białoruskiej szlachty jesteśmy. A zawód mój bardzo niemiły, szczególnie dla dorastającej młodzieży szkolnej. Nawet wstyd się przyznać: nauczyciel greki i łaciny. Na szczęście od trzech lat na emeryturze. Okoliczność łagodząca. 
– A ja jestem introligatorem – rzekł Józef i wymienił nazwisko, które miał w warszawskim zaświadczeniu. Ufał staremu, ale w obecnej sytuacji nie chciał posługiwać się prawdziwym nazwiskiem. 
– Więc koledzy jesteśmy – powiedział Akuła. – Ja książki studiowałem i z nich wykładałem. Pan zaś im wygodną i piękną formę tworzył. W starożytności te dwie kwestie z jednego źródła płynęły: dążenia do prawdy i piękna. A teraz, panie drogi, źródło to gruzem zawalono. Humanizm potraktowano jak wroga. Zastąpiono go ideałami i ideologiami. I jakoś tak wychodzi, że im więcej krzyku o ideałach, tym więcej leje się krwi, wyrasta nędzy i poniewierki człowieka…
Po godzinie Akuła wiedział o sytuacji, w jakiej się znalazł Józef. Zaraz zagotował w kociołku wodę i zaparzył herbatę. Dał Józefowi pajdę chleba i kilka plasterków boczku. A potem powiedział, że mu pomoże. Zaraz ułożył plan działania. Do Lidy pójdą razem. Józef poniesie plecak, rybę i wędki, jako nałogowy rybak, wracający z połowu do domu. Akuła włoży na siebie płaszcz Józefa, bo na starego nikt uwagi nie zwróci, i poniesie resztę rzeczy. Zresztą pójdą nie szosą, lecz bocznymi ścieżkami, które Akuła zna jak swoją dłoń. Pójdą o godzinie trzeciej, aby przed szóstą być w domu. Bo teraz szósta to po bolszewicku dziewiąta. A o dziewiątej godzina policyjna. Więc na dworze biały dzień, a obywatelom nosa na ulicę wysadzić nie wolno. Od razu zaczęło się „radosne życie socjalistyczne”. A w Lidzie, na przedmieściu, u Akuły domek z ogrodem jest. Tam Józef wypocznie i rozejrzy się w sytuacji. A teraz ma iść w tamte oto łozy. Tam nad wodą jest pomost z żerdzi ułożony, a chrustem i łozą zasłany. Na nim Józef wygodnie, jak w hotelu u George’a, się prześpi. Płaszczem się nakryje. A on, Akuła, tymczasem spróbuje kilka linków złowić. Bo to, mój panie, najciekawsza ryba na świecie. A mądra jak żadna inna. I smaczna też, jeśli dobrze przyrządzona. Tu właśnie, z prawej strony, za ajerkiem swój główny sztab ma. 
Józef z trudnością przedarł się przez gęstą ścianę wysokiej łozy i znalazł pomost, z którego rybak w księżycowe noce łowił ostrożne leszcze. Okrył się płaszczem i położył obok siebie karabinek. Było mu wygodnie, spokojnie. A stary belfer wydał mu się aniołem stróżem. „Jednak i w tej dżungli są ludzie!” – myślał, zapadając w mocny, zdrowy sen. 
Gdy się obudził i wyszedł z ukrycia, Akuła pakował rzeczy. Doradził Józefowi, by schował karabinek w dziupli w pobliskim lasku. Potem udali się w drogę. Szli polnymi ścieżkami, miedzami. Niedaleko Lidy wstąpili do większego lasu. Gdy z niego wyszli, zobaczyli przedmieście. Stamtąd było blisko do domku Akuły. 
Przez furtkę w niskim ogrodzeniu skierowali się na podwórko. Z lewej strony od ganku rósł olbrzymi krzak piwonii, osypany ciężkimi, soczystymi kwiatami. Z prawej, obok ogrodu, stał wojowniczy szereg wysokich słoneczników. Na daszku ganku wygrzewały się w zachodzącym słońcu pękate dynie. 
Zza rogu domku wyszedł boso syn Akuły, Feliks. 
– A ja myślałem, że bolszewicy tatę na łańcuch wzięli! – powiedział. 
– Potrzebny im stary dziad? 
– W wojskowym płaszczu tatka na ważnego generała wygląda. 
– Ty uważaj, żeby ciebie nie capnęli. Takich oni szukają. O tatę się nie troszcz. 
Dał synowi większego szczupaka, aby zaniósł go do sklepu i wymienił na produkty. Potem poprowadził Józefa dokoła budynku. Z otwartych drzwi do kuchni waliła para, a na podwórku młoda dziewczyna prała bieliznę w dużej balii. 
– Moja młodsza córka, Anna! – powiedział Akuła. – Mam jeszcze jedną, starszą, w Wilnie. A to mój gość! – wskazał ruchem głowy na Józefa. – Wypocznie u nas. 
Dziewczyna się wyprostowała. Było widać, że jest trochę zmieszana. Wytarła przedramieniem spocone czoło. Od tego ruchu na koszuli gwiazdki piersi się zaznaczyły. 
– Trzeba coś pomóc? – spytała. 
– Nic. Rybę później oczyścisz. Włożę do wiadra w kuchni. 
Wprowadził Józefa do małego pokoju, który zastępował i jadalnię, i salonik. Kazał mu tam zaczekać. Niezadługo powrócił i położył na krześle czystą bieliznę i parę skarpet. 
– Niech pan się przebierze, oczyści ubranie i się ogoli – powiedział. – Trzewiki pańskie oddamy jutro do naprawy. 
– Sprawiam panu dużo kłopotów. 
– Tak trzeba. Ludzie powinni sobie pomagać, jeśli mogą. Akurat ja mogę. A bieliznę pańską zaraz oddam do wyprania. 
– Bardzo brudna. Trzy tygodnie nie zmieniałem. 
– Najwyższy czas, żeby ją wyprać. 
Stary nie uznawał żadnego sprzeciwu. Kierował Józefem tak, jakby i on był jego synem. Nawet sam podstrzygł mu maszynką włosy na szyi. 
Wieczorem długo siedzieli przy kolacji. Józef poznał nieco dzieje rodziny Akuły. Syn jego, Feliks, służył jako podchorąży w saperach. Udało mu się prędko i szczęśliwie powrócić do domu. Córka, Anna, w zeszłym roku ukończyła gimnazjum. Zamierzała iść na studia medyczne. Teraz to się odwlecze. Druga córka, Janina, mieszkała z mężem w Wilnie. Powołano go do wojska i nie wiadomo, czy powrócił. 
A nowiną najważniejszą dla Józefa jest wiadomość, że bolszewicy zamierzają przekazać Litwie Wilno i część Wileńszczyzny. Z tego można wnioskować, że stamtąd wyjdą. Dlatego wielu mieszkańców Lidy, którzy mają tam krewnych, już zaczyna wyjeżdżać. Akuła też nad tym się zastanawiał i Feliks zaraz po wyborach pojedzie do Wilna, aby tę sprawę zbadać na miejscu. Józef wyraził chęć udania się w drogę razem z Feliksem. Ale Akuła radził mu zaczekać jeszcze. Feliks ma dobre dokumenty. Będzie miał pieczątkę w paszporcie. Do Wilna pojedzie do siostry. Może więc bezpiecznie odbyć tę podróż. Dowie się wszystkiego. Wówczas Józef postanowi, co robić: czy jechać do Wilna, czy mieszkać pod okupacją sowiecką, czy przedostać się na obszar zajęty przez Niemców. 
Józef uznał takie planowanie starego za mądre. Nie chciał jednak korzystać zbyt długo z gościnności Akuły. Powiedział szczerze: 
– Przykro mi obciążać was swoim pobytem. 
– Żadnego obciążenia! – zaprotestował Akuła. – Spać będzie pan w tym pokoju na tapczanie. Jedzenia wystarczy. Pójdziemy parę razy na rybki. A niebezpieczeństwo? Cóż, przyjąłem uchodźcę z Warszawy, jak to zrobiło wiele innych rodzin. Ma pan tamten świstek z warszawskimi pieczęciami. Dla mnie to wystarczyło. Zresztą nasza dzielnica spokojna. Szpiclów nie ma. 
W nocy Józef długo nie spał. Zastanawiał się, do kogo w Wilnie napisać list. Chodziło mu o znalezienie miejsca, gdzie mógłby zamieszkać, zanim nie zdobędzie lepszych dokumentów. Miał w Wilnie wielu znajomych, ale nie wiedział, kto obecnie mógłby go przyjąć. Chętnie napisałby do Antoniego, z którym się przyjaźnił. Ale przypuszczał, że on się ożenił w sierpniu i chyba zamieszkał w jednym pokoju razem z żoną. 
Wtem przypomniała mu się osoba, na którą dawniej najmniej mógł liczyć, bo nie łączyła go z nią ani przyjaźń, ani sympatia. Wyczuwał jednak, że ona mu na pewno dopomoże. 
„Napiszę do Luby – pomyślał. – Ma ona niezależne mieszkanie. Usilnie zapraszała mnie w gościnę. Oczywiście będzie to moja kapitulacja. Ale w obecnej sytuacji... Trzeba napisać do niej miły list… Chodzi mi przecież tylko o schronienie na jakiś czas… Później można będzie znaleźć coś innego.”
* * *