Wiejskie dzieci. Kiedy nasi przodkowie byli mali - Aneta Godynia - ebook

Wiejskie dzieci. Kiedy nasi przodkowie byli mali ebook

Aneta Godynia

0,0
67,00 zł

-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Dlaczego Polacy nie wstydzą się już wiejskiego pochodzenia " PRZECZYTAJ

"Łatwiej o dzieciątko niż o cielątko". Prawdziwe życie wiejskich dzieci " PRZECZYTAJ

Klątwa zrośniętych owoców. W co wierzyły nasze prababki, będąc w ciąży? " PRZECZYTAJ

Te imiona nadawano tylko nieślubnym dzieciom. "Miała to być przestroga dla innych" " PRZECZYTAJ

Dzieciństwo bez beztroski. Tak wyglądała codzienność najmłodszych na dawnej wsi " PRZECZYTAJ

Dzieciństwo odarte z mitów. Jak wyglądało życie wiejskich dzieci w XIX wieku i na początku XX stulecia? " PRZECZYTAJ

Polska wieś przełomu XIX i XX wieku to miejsce, w którym dzieciństwo - rozumiane jako szczególny, chroniony okres życia, przeznaczony na naukę i zabawę - praktycznie nie istniało. Małe dzieci w chłopskich rodzinach żyły w zasadzie tymi samymi sprawami, którymi żyli dorośli. Tak samo dotyczyła ich praca, obowiązki i lęk przed głodem czy śmiertelnymi chorobami. Brzmi przygnębiająco? Niewątpliwie. Tym bardziej gdy uświadomimy sobie, że tamte niedożywione, przemęczone, pozbawione beztroski maluchy były naszymi prababkami i pradziadkami.

W swojej książce Aneta Godynia spogląda na koniec XIX, początek XX wieku i na II Rzeczpospolitą oczami wiejskich dzieci. Pokazuje między innymi codzienny znój, którym przede wszystkim wypełniona była ich egzystencja. Pisze również o zabawach, edukacji, karach, ówczesnym podejściu do wychowania oraz o relacjach dzieci z dorosłymi. Opowiada o emocjach, marzeniach i tęsknotach. Przywraca głos najmłodszym sprzed ponad stulecia - tym, z których codzienności wyrosły nasze korzenie.

Dla czytelników, którzy chcą lepiej zrozumieć losy swoich przodków i przyjrzeć się codzienności, w jakiej dorastały wcześniejsze pokolenia Polaków, książka ta będzie cennym źródłem wiedzy o dzieciństwie w XIX-wiecznych chłopskich rodzinach.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI
PDF

Liczba stron: 541

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Aneta Godynia

Wiejskie dzieci.

Kiedy nasi przodkowie byli mali

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione. Wykonywanie kopii metodą kserograficzną, fotograficzną, a także kopiowanie książki na nośniku filmowym, magnetycznym lub innym powoduje naruszenie praw autorskich niniejszej publikacji.

Wszystkie znaki występujące w tekście są zastrzeżonymi znakami firmowymi bądź towarowymi ich właścicieli.

Autor oraz Helion S.A. dołożyli wszelkich starań, by zawarte w tej książce informacje były kompletne i rzetelne. Nie biorą jednak żadnej odpowiedzialności ani za ich wykorzystanie, ani za związane z tym ewentualne naruszenie praw patentowych lub autorskich.

Autor oraz Helion S.A. nie ponoszą również żadnej odpowiedzialności za ewentualne szkody wynikłe z wykorzystania informacji zawartych w książce.

Redaktor prowadzący: Magdalena Dragon-Philipczyk

Skład: Adrian Partyka

Helion S.A.

ul. Kościuszki 1c, 44-100 Gliwice

tel. 32 230 98 63

e-mail: [email protected]

WWW: wydawnictwosploty.pl

ISBN: 978-83-289-9941-1

Copyright © Aneta Godynia 2026

Kup w wersji papierowej

Poleć książkę na Facebook.com

Oceń książkę

Księgarnia internetowa

Lubię to! » Nasza społeczność

Melanii

Wstęp

Kiedyś, wcale nie tak dawno, dzieciństwo nie oznaczało wcale beztroski, zabawy, edukacji i planowania przyszłości. Dzieci, które przyszły na świat na polskiej wsi na przełomie XIX i XX wieku, szybko wchodziły w krąg dorosłych spraw, od najmłodszych lat pracowały, miały swoje obowiązki, doświadczały lęku przed głodem. Ta książka jest podróżą przez wszystkie etapy życia dziecka urodzonego na wsi pod zaborami, a także w młodej niepodległej Polsce: od chwili gdy matka nosiła je pod sercem, przez poród i rytuał chrztu, pierwsze zabawy i obowiązki, aż po wejście w dorosłość — często przedwczesne, narzucone przez los, biedę i tradycję.

Nie znajdziemy w tej książce jednej opowieści o dzieciństwie, wspólnej dla całych pokoleń naszych dziadków i pradziadków. Wspomnienia różnią się w zależności od regionu, zaboru, wyznania i statusu społecznego. Inaczej się żyło w galicyjskiej chacie pod Tarnowem, a inaczej w wielkopolskiej wsi pod zaborem pruskim. Jedno pozostaje wspólne — dzieci, choć w oficjalnej historii raczej o nich cicho, były jej nieodłączną częścią.

Książka stanowi próbę przybliżenia realiów życia naszych przodków — takiego, jakim naprawdę było. O tym, jak wyglądało życie dzieci na przestrzeni dziejów, opowiadali już etnografowie, nauczyciele, duchowni, badacze i pisarze. Tutaj jednak spojrzymy na dzieciństwo na wsi w XIX wieku i w okresie II Rzeczypospolitej również z ich perspektywy — oczami dziecka. To opowieść o dzieciństwie — nie z perspektywy wielkiej historii, ale z punktu widzenia najmłodszych, których losy zwykle giną w cieniu doświadczeń dorosłych.

Zajmuję się genealogią, ale wiem, że ludzkie historie to nie tylko daty, nazwiska i miejscowości. Za każdym aktem urodzenia czy zgonu stoi prawdziwy człowiek. Jako genealożka nauczyłam się, że historia osobista nie istnieje w oderwaniu od historii społecznej. Każda metryka i każde nazwisko w spisie ludności kryją za sobą życie konkretnej osoby, jej codzienność, przekonania, lęki i nadzieje. To nie są jedynie urzędowe wpisy, to tropy i fragmenty większej opowieści. Mnie potrzeba czegoś więcej niż dat i imion — chcę zrozumieć rzeczywistość, w której ci ludzie żyli.

Wieś Bronowice. Fotografia wykonana najprawdopodobniej w okresie międzywojennym

W książce przyglądam się więc dawnemu życiu wiejskich dzieci z podejściem kogoś, kto nie tylko patrzy w metryki, ale też uwzględnia kontekst. Opowiadam o dzieciństwie od jego początku — od momentu poczęcia, który w ludowej wyobraźni obudowany był przesądami, któremu towarzyszyły zaklęcia i amulety. Przypatruję się pracy wiejskich akuszerek, porodom odbywającym się w domowych izbach, rytuałom przeprowadzanym w pierwszych dniach po narodzinach. Zależy mi na tym, by pokazać codzienność — nie tylko obowiązki, lecz także zabawy, kary, sposób wychowania i relacje z dorosłymi. Próbuję uchwycić to, co często wymyka się statystykom i suchej faktografii — emocje, marzenia i tęsknoty wiejskiego dziecka. Chcę oddać głos tym, którzy rzadko mieli okazję, by opowiedzieć swoją historię, i zrobić to z szacunkiem — aby pokazać ich rzeczywistość w pełnym świetle i zrozumieć, skąd przyszliśmy.

Fragment rynku i zabudowań w Tyrawie Wołoskiej, 1936

Opowieść o życiu naszych przodków nie może być jednorodna. Ludzie byli różni — wychowywali się w innych domach, należeli do rodzin o odmiennych tradycjach, wartościach i przekonaniach. Różniły ich status majątkowy, pochodzenie, dostęp do edukacji, a często nawet język, jakim mówili na co dzień. W obrębie jednej wsi mogło się mieścić całe spektrum — od dzieci boso biegających po pastwiskach, przez sieroty wychowywane przez dalszych krewnych, po posyłanych do szkół synów i córki zamożniejszych gospodarzy. Mierzenie wszystkich jedną miarą zubaża obraz przeszłości i odbiera jej ludzki wymiar. Dlatego w książce staram się ująć różne doświadczenia i zjawiska, także te mniej oczywiste, niepasujące do prostych schematów, i pokazać życie wiejskich dzieci takie, jakim naprawdę było — jako historię wielogłosową, niejednoznaczną, pełną kontrastów i zależności, których nie widać na pierwszy rzut oka.

Nie chcę budować fałszywego obrazu dawnej wsi — ani jako sielanki, ani jako krainy krzywdy. Chcę wejść w jej środek, wsłuchać się w tamten rytm, w którym ciężka praca mieszała się ze śmiechem, a troska z surowością. Chcę dotknąć tej sprzeczności, a nie ją rozwiązywać, ponieważ to właśnie w niej, między tym, co trudne, a tym, co piękne, kryje się prawda o dzieciństwie naszych przodków. Zadaję więc pytania, one bowiem mogą mnie poprowadzić bliżej odpowiedzi. Przez te pytania — szczere, czasem niewygodne — próbuję zrozumieć czasy, które przeminęły, ale wciąż kształtują naszą pamięć.

Helenka i Władek

W wyprawie w przeszłość, do dziecięcego świata sprzed dekad, towarzyszyć nam będzie dwoje przewodników: Helenka 1 i Władek 2. Snują oni dwie niezależne narracje, w których nie uświadczymy prób wyrównania doświadczeń ani szukania wspólnego mianownika. Każda z tych opowieści układa się zgodnie z tym, jak oni pamiętają swoje dzieciństwo — z jego indywidualnymi odcieniami, radościami i bolesnymi przeżyciami. Helenka i Władek zapraszają do zanurzenia się w autentyczne osobiste historie; losy będące udziałem wielu innych osób żyjących na przełomie XIX i XX wieku i w międzywojniu.

Wieś Tonie, 1926

Historia chłopca, którego marzenia i dziecięce troski zderzyły się z ciężarem pracy, chorobami i ze społecznym odrzuceniem, jest świadectwem wiejskiego życia pełnego kontrastów. Opowieść Helenki, przesycona kobiecą wrażliwością i niezłomnością ducha, porusza takie wątki jak wyłamywanie się ze schematów i opuszczenie wsi, co dało jej obietnicę lepszego życia, ale też przyniosło nieodwracalne straty — osobiste, rodzinne, emocjonalne.

Wspomnienia Helenki i Władka — o rodzicach, ciężkiej pracy i walce o godność — pokazują, że przekazu o dzieciństwie i młodości przypadających na przełom XIX i XX wieku nie da się sprowadzić do jednej schematycznej opowieści. On, chłopak ze wsi pod Podhajcami, ona, pochodząca z przygranicznej galicyjskiej wioski dziewczyna, która w młodym wieku wyemigrowała do Stanów — oczami tych dwojga patrzymy na dzieciństwo tamtych czasów, na rodzinę, pracę, szkołę, zabawę, choroby i samotność, a to ze świadomością, że takich obrazów mogłoby powstać więcej. Wspomnień z dzieciństwa może być bowiem tyle, ile jest osób, które je przeżyły. I żadna z tych wersji nie jest mniej prawdziwa, nawet jeśli przeczy innej. Nie próbuję tu wyciągać jednej prawdy i nie narzucam interpretacji. Daję materiał i klucz — odczytanie tego zostawiam Czytelnikom. Myślcie. Stawiajcie pytania. Porównujcie.

Kobieta przed chatą na Polesiu Wołyńskim, 1934

Zapraszam do lektury — nie po to, by odnaleźć jedną wersję przeszłości, ale po to, by spotkać się z jej różnorodnością i głębią.

Klucz do książki: hierarchia ludności wiejskiej

Dawna wieś była społecznością złożoną i nierówną. Nie do każdego domu przynależało pole o takiej samej powierzchni jak inne, nie każda rodzina miała tyle samo zwierząt czy takie samo zabezpieczenie na gorsze czasy. Od zamożnych gospodarzy po bezrolnych komorników rozciągała się wyraźna drabina ekonomiczna i społeczna, która wpływała na każdą dziedzinę życia, w tym — na dzieciństwo.

Gospodarstwo w Jabłonce w województwie stanisławowskim, 1938

Dlatego w kolejnych rozdziałach wybrzmiewają bardzo różne wspomnienia. Jedni pamiętają zabawy w rozległej przestrzeni własnego obejścia, inni — wykonywaną od wczesnych lat życia pracę u obcych ludzi. Komuś pozwalano dłużej się uczyć, drugiemu szybko powierzano obowiązki przekraczające jego siły. Ktoś wspomina dzieciństwo w cieple dużej chaty i zabawy po pracy, ktoś inny codzienną walkę o jedzenie i wykonywanie obowiązków, które zaczynały się jeszcze przed wschodem słońca. To, co zapamiętali nasi przodkowie, zależało od miejsca, jakie zajmowali w wiejskiej hierarchii — to dlatego nie usłyszymy tu jednej wspólnej historii „dziecka ze wsi”. Zrozumienie, skąd się brały te różnice, wymaga przyjrzenia się najpierw układowi tej hierarchii: kto stał w niej najwyżej, kto najniżej i jakie zasoby mieli do dyspozycji. Ta wiedza jest kluczem do dalszej lektury — bez niej różnorodność doświadczeń opisanych w książce może wyglądać na przypadkową, a nie wynikającą z realnych uwarunkowań ekonomicznych i społecznych. Struktura społeczna wsi przed I wojną światową była niczym żywy obraz, na którym wyrysowane były stare podziały, jeszcze z okresu pańszczyźnianego. W tamtych czasach różnorodność gospodarstw i ich wielkość decydowały o tym, jak wielka była służebność chłopa względem pana we dworze. U progu XX wieku echa tej podległości wciąż były wyraźne i rzutowały na sposób funkcjonowania wiejskiej wspólnoty, kształtowały relacje między jej członkami. Oto co w 1917 roku pisał o polskiej wsi Ignacy Tadeusz Baranowski 3:

Rodzina przed chatą w strojach łowickich, 1924

Nie należy też przypuszczać, że nawet w granicy jednej wsi ludność była zupełnie jednolita. Przeciwnie, chłopi we wsi polskiej, podobnie zresztą jak i w Niemczech, dzielą się na kilka warstw, z których najwyższą stanowią kmiecie, zwani na Mazowszu gburami, w Małopolsce rolnikami. Kmiecie tworzą rodzaj arystokracji wiejskiej. Są to potomkowie jednostek pod względem materialnym silnych, odrabiają pańszczyznę sprzężajną, odrabiają gospodarstwa zarówno swoje, jak i sąsiadów, tworzących drugą z kolei warstwę ludności wiejskiej, to jest tak zwanych zagrodników. Zagrodnicy siedzą zwykle na gospodarstwach znaczniej mniejszych od gospodarstwa kmiecych i odrabiają dla dworu pańszczyznę pieszą. Kmiecie i zagrodnicy cieszą się jednakowymi prawami obywatelskimi […], natomiast najniższa warstwa ludności wiejskiej — komornicy — jest już w niektórych wsiach ograniczona w prawach i uzależniona od gospodarzy. Odrębną grupę chłopską stanowią chałupnicy, posiadający po parę zagonów uprawnych, zajmujący się rzemiosłem, a więc szewstwem, tkactwem, kowalstwem 4.

Wieś Bronowice, 1932

Przytoczony cytat stanowi jedynie wstęp do złożonego zagadnienia, jakim jest struktura społeczna wsi. Dalej objaśniam pokrótce zarysowaną przez Baranowskiego hierarchię, co, mam nadzieję, pozwoli zrozumieć realia wiejskiego życia w XIX wieku — zarówno przed zniesieniem pańszczyzny, jak i potem, pod koniec XIX i na początku XX wieku.

Ilu właściwie było chłopów w Galicji czy w Królestwie Polskim? Czy da się ich policzyć? A jeśli tak — ilu z nich było samodzielnymi gospodarzami, ilu żyło na skrawku ziemi, a ilu nie miało jej wcale? Gdzie przebiegały granice między biedą a względną zamożnością? Odpowiedzi na te pytania pozwalają zrozumieć strukturę społeczności wiejskiej i ukrytą w niej hierarchię; nie są proste, ale dzięki źródłom statystycznym z przełomu XIX i XX wieku można uchwycić zasadniczy obraz. Spis ludności Galicji z 1900 roku 5 podaje, że rodzin rolniczych było ponad 1 170 000. Z 7 300 000 mieszkańców Galicji ponad 5 600 000 mieszkało na wsi. To imponująca liczba, ale za nią kryje się coś więcej niż tylko skala — przede wszystkim skrajna nierówność w dostępie do ziemi. Aż 84 procent gospodarstw miało mniej niż 5 hektarów, w tym niemal połowa nie przekraczała nawet 2 hektarów.

Utrzymanie rodziny, złożonej z 5–7 osób z dochodu 8-morgowego gospodarstwa staje się coraz trudniejsze. Brak gospodarczy pokrywają zarobki własne i oszczędności przesyłane z Ameryki. Budżet takiego gospodarstwa nie przeniesie w zwykłych warunkach kwoty 900 koron […]. Jeżeli jeszcze przyjdzie gospodarzowi wywianować córkę lub opłacić koszta nauki syna, to już dochody z gospodarstwa na to nie starczą 6.

Taki niewielki areał nie pozwalał na utrzymanie rodziny — ziemi było zbyt mało, by wyżywić domowników, nie mówiąc już o jakimkolwiek zapasie. Drobni gospodarze musieli więc szukać dodatkowych źródeł dochodu. Dane z 1902 roku 7 pokazują, że spośród właścicieli najmniejszych gospodarstw (do 2 hektarów) zdecydowana większość — ponad 325 000 — podejmowała pracę poza własnym gospodarstwem; najczęściej jako najemnicy u większych gospodarzy, ale też w rzemiośle i drobnym przemyśle domowym. Tym samym fundusze na zakup podstawowych środków do życia z rzadka pochodziły z dochodu z samej uprawy:

Co kobieta w swojem domowem gospodarstwie dorobi z kur, jaj, sera, masła, to idzie na kupno soli, nafty, kawy i cukru, czasem mięsa lub słoniny i na drobne potrzeby domowe. Co dzieci dorobią na zarobku, mają na kupno przyodziewku. Gospodarz wydaje na podatek, 30 do 40 kor. na kościół, na zakupienie mszy św., na kupno butów lub skóry na buty, na kowala […] 8.

Drobne gospodarstwa były rozproszone, nisko wydajne, nie mogły więc zapewnić rodzinie utrzymania. Dodatkowo, co było specyfiką Galicji, ich dalszy podział w kolejnych pokoleniach prowadził do skrajnego rozdrobnienia ziemi.

Podobną strukturę obserwowano w Królestwie Polskim. W analogicznym okresie — pod koniec XIX wieku — ludność wiejska stanowiła tam niespełna 69 procent ogółu mieszkańców. Spośród około 9 000 000 ludzi ponad 6 000 000 żyło na wsi. Chłopi zatem stanowili nie tylko podstawową warstwę społeczną, ale też siłę nośną całego systemu gospodarczego i społecznego regionu. Struktura agrarna również tutaj była silnie rozwarstwiona. Najmniejsze gospodarstwa, podobnie jak w Galicji, dominowały liczebnie, choć nie powierzchniowo. Według danych z 1904 roku gospodarstwa o powierzchni nieprzekraczającej 10 mórg (czyli około 5,6 hektara) stanowiły aż 61,5 procent wszystkich gospodarstw. Oznacza to, że większość chłopów z Królestwa Polskiego żyła i pracowała na niewielkich działkach, które, tak jak po drugiej stronie zaborowej granicy, rzadko pozwalały na pełne utrzymanie rodziny 9.

Fragment wsi Podkamień w województwie stanisławowskim, 1938

Choć rozdrobnienie w Królestwie Polskim nie było aż tak duże jak w Galicji, obraz społeczny wsi pozostawał bardzo podobny. Przyjmuje się, że ogółem na ziemiach polskich w 1900 roku chłopi stanowili prawie 65 procent ludności 10.

Kmiecie

W społeczności wiejskiej status materialny i pozycja społeczna były ze sobą nierozerwalnie związane. Najwyższą rangą cieszyli się kmiecie — gospodarze posiadający największe i najlepiej prosperujące gospodarstwa, których wpływy wykraczały daleko poza ich własne obejścia. To oni przewodzili w radzie gminnej, decydowali o sprawach istotnych dla całej wsi. W razie potrzeby reprezentowali wspólnotę na zewnątrz, występując w jej imieniu wobec administracji, właścicieli ziemskich czy duchowieństwa. Zdanie kmieciów miało wagę, ich postępowanie stanowiło wzór dla innych mieszkańców danej wsi, a udzielane przez nich rady i wskazówki były respektowane przez pozostałą część społeczności. „Kmiecie to potomkowie dawnych dzierżawców czynszowych. […] Grunt, na którym kmieć siedział, stanowił zawsze bez zmiany, stałą, wieczystą i dziedziczną dzierżawę, której dwór nie miał prawa wypowiedzieć, póki kmieć czynił zadość swoim obowiązkom” 11 — pisał Feliks Koneczny w Skrócie dziejów włościaństwa wPolsce wydanym w 1921 roku.

Rodzina przed chatą we wsi Dąbrówka koło Łodzi, 1916

Kobiety przed chatą krytą strzechą, okres międzywojenny

Jan Popiel 12 w swoich wspomnieniach z okresu, kiedy obowiązywała pańszczyzna 13, opisuje podział chłopów na dwie grupy — kmieci i zagrodników. Pisze, że kmiecie zazwyczaj posiadali od 30 do nawet 60 mórg ziemi, co czyniło ich stosunkowo bogatymi w porównaniu z innymi mieszkańcami wsi. Dzięki temu mogli sobie pozwolić na własną czeladź — parobków i dziewki — która pomagała im w codziennych pracach. Była ona utrzymywana przez kmieci, którzy zapewniali jej jedzenie i wynagrodzenie. Kmiecie nie musieli więc wykonywać większości obowiązków, ponieważ to czeladź zajmowała się pracą w polu i innymi zadaniami. Kmieć odrabiał tzw. pańszczyznę ciągłą, co oznaczało, że pracował na polach dworskich przy użyciu zwierząt pociągowych, które należały do dworu, ale były mu oddawane do stałego użytku. Te zwierzęta nazywano „żelaznym inwentarzem”, a kmieć musiał o nie dbać na własny koszt — to oznaczało karmienie ich, pielęgnowanie i opiekę nad nimi, mimo że formalnie były one własnością dworu. Pańszczyzna była odrabiana przez kmieci w różnym wymiarze czasu — od jednego do nawet sześciu dni w tygodniu, zależnie od wielkości ich gospodarstwa i decyzji dworu. Popiel zauważa, że kmiecie rzadko sami pracowali na dworskich polach — wysyłali do tego swoją czeladź, a sami pojawiali się na nich tylko przy szczególnych okazjach. Taką okazją były na przykład zasiewy, czyli prace wiosenne i jesienne, w których kmiecie osobiście brali udział — z „grzeczności” — jako w symbolicznym i kulturalnie ważnym wydarzeniu. Zwracam tu szczególną uwagę na słowo „grzeczność”, którego używa Popiel, a które można interpretować różnorako. Z jednej strony miał to być symboliczny gest wykonany niejako dla zachowania pozorów panującego układu zależności. Z drugiej — kmieć wcale nie musiał tego robić, ale zwyczaj nakazywał mu takie zachowanie. Z perspektywy dziedzica, który w tym czasie zapewne siedział na koniu, być może w furmance lub po prostu stał z boku, praca w polu wyglądała na wręcz mistyczne i symboliczne przeżycie:

Piękny to był widok takich dziesięciu albo i więcej, jak gdyby ruszających się słowiańskich dębów z workami przez plecy, siejących daleko lepiej, niż dzisiejszy siewnik rzutowy, w takt i w miarę. Zwykle do śniadania zasieli tyle, co ich czeladź z bydłem w ślad za nimi postępująca była w stanie przyorać przez dzień, a potem pokłoniwszy się dziedzicowi lub ekonomowi, wracali do siebie, poczęstowani na polu wódką, albo i nie 14.

Popiel zauważa, że kmiecie wyróżniali się spośród innych chłopów nie tylko statusem, ale także wyglądem. Porównując ich z chłopami z czasów po zniesieniu pańszczyzny, stwierdza, że wyglądali wręcz jak królowie. Pisze, że w czasach pańszczyzny kmiecie prezentowali się znacznie bardziej dostojnie niż chłopi w momencie, gdy spisywał swoje wspomnienia, tj. na początku XX wieku. Jak wyglądali? W XVIII wieku wielu z nich nosiło wąsy i brodę, w XIX wieku zaczęli się golić, ale pozostały charakterystyczne fryzury. Mieli długie włosy, które często spadały na plecy i były obcinane równo nad czołem. Kmiecie byli postrzegani jako mężczyźni poważni, cieszyli się szacunkiem u dziedzica i księdza. Mieli dumne, czasami wręcz wyniosłe usposobienie, patrzyli z góry na tych chłopów, którzy nie należeli do ich klasy. Byli twardzi, pewni siebie, a status społeczny dawał im poczucie wyższości nad innymi.

Zagroda we wsi Dąbrówka koło Łodzi, przed domem wietrzące się poduszki i pierzyny, 1916

Popiel, opisując relacje między ziemiaństwem a chłopami, starał się podkreślać silne więzi społeczne między dworem a bogatymi gospodarzami. W szczególności dotyczyło to sytuacji uroczystych i przełomowych, o znaczeniu symbolicznym, takich jak chrzty czy inne ważne wydarzenia rodzinne. Co ważne, wyraźnie widać w tym przekazie, że te bliskie relacje nie obejmowały wszystkich chłopów, a jedynie tych najzamożniejszych. Popiel wspomina, że nie było niczym nadzwyczajnym, gdy kmieć pełnił funkcję ojca chrzestnego dziecka dziedzica. Takie sytuacje były dobitnym dowodem na bliskie stosunki między dworem a bogatymi chłopami. Podaje przykład z 1837 roku, gdy w Dzikowie podczas chrztu Stanisława Kostki Tarnowskiego kilku wójtów, czyli przedstawicieli lokalnych społeczności wiejskich, zostało wybranych na ojców chrzestnych. Innym dowodem na istnienie takich więzi były sytuacje, kiedy chłopi, przygotowując swoją ostatnią wolę, prosili dziedzica, by ten pomógł im w jej spisaniu lub był świadkiem ich decyzji. Popiel przytacza własne wspomnienie, kiedy „leżący już na ziemi, na prostej (nie targanej) słomie, stary umierający kmieć memu ojcu przytomnie i spokojnie ostatnią swą wolę tłumaczył” 15. Zauważa, że ostatnia wola kmieci dotyczyła zazwyczaj tylko ruchomości, czyli ich dobytku, bo o tym, kto przejmie resztę gospodarstwa, decydował ostatecznie dziedzic. Najczęściej jednak uwzględniał on życzenia kmiecia i jemu pozostawiał wskazanie, który z synów miałby przejąć gospodarstwo. Według Popiela dziedzicowi zależało na utrzymaniu spokoju na wsi, dlatego nie miał interesu w wywoływaniu konfliktów wśród chłopów. Wręcz przeciwnie — dbał o harmonię, ponieważ przynosiło to korzyści całej społeczności i pozwalało uniknąć niepotrzebnych napięć. To wszystko razem miało pokazywać, że relacja między dworem a kmieciami była bliska i opierała się na zaufaniu. W interesie dziedzica bowiem musiało być to, by żyć dobrze z tymi gospodarzami, którzy z racji swojej pozycji we wsi mieli na jej mieszkańców największy wpływ. Naiwne byłoby współżycie w folwarku bez budowania jakiegokolwiek status quo.

Podkreśleniem pozycji kmieci we wsi było również wyróżnianie ich w życiu religijnym i obrzędowym. W kościele kmiecie zajmowali honorowe miejsca — podczas procesji to właśnie oni nieśli chorągwie, a ich córki miały przywilej iść „do obrazu”, co było oznaką szczególnego poważania. „Przecie to kmieć do procesyji mo iść, bo łon mo lepsy mundur, a bez to i parada jest więkso” 16 — mawiali biedniejsi mieszkańcy wsi, wskazując na to, że nie tylko bogactwo, ale też wygląd i dostojeństwo kmiecia podkreślały jego wyjątkową rolę.

Mężczyźni przed chatą we wsi Michałowice, 1939

Również w życiu codziennym kmiecie byli traktowani z większym szacunkiem. To ich najczęściej proszono „w kumy” — wybór chrzestnych miał bowiem wymiar nie tylko religijny, ale i prestiżowy. Poprzez zaproszenie kmiecia lub jego żony do odegrania tej roli manifestowano szacunek dla ich pozycji i statusu społecznego. W czasie uroczystości — czy to rodzinnych, czy wiejskich — kmiecie zawsze siadali razem, tworząc wyraźnie odrębną grupę społeczną, która cieszyła się największym poważaniem.

Rodziny bogatych kmieci miały silny wpływ na lokalne tradycje, często to oni kształtowali lokalne wartości i normy postępowania. Zdarzało się, że ich rodzinne zwyczaje stawały się zwyczajami całej wsi. Ich status społeczny przekazywany był z ojca na syna, z matki na córkę. Siłę kmiecej rodziny widać dobrze w zestawieniu z biedniejszymi warstwami społecznymi — szczególnie tymi mieszkańcami wsi, którzy nie mieli własnej ziemi, wokół której mogli budować swoją pozycję i tożsamość, jak komornicy czy fornale. W ich wypadku struktura rodzinna nie zawsze była uporządkowana i silnie zorganizowana, brak wspólnego gospodarstwa rolnego powodował bowiem często rozluźnienie więzi i słabszą integrację.

Zagrodnicy i chałupnicy

Choć wszyscy chłopi żyli z ziemi, nie wszyscy mieli ją na własny użytek lub posiadali jej tyle samo, a zatem — nie wszyscy żyli podobnie. W sercu tej wiejskiej mozaiki znajdziemy nie tylko zamożnych kmieci, ale też tych, którzy trzymali się ziemi z wysiłkiem: zagrodników i chałupników.

Ten podział nie był może tak ostry, jak chcieliby niektórzy historycy. Nie da się go zmierzyć dokładnie linijką ani ująć w sztywne ramy. Jedno jest pewne: istniał i miał ogromne znaczenie w codzienności naszych przodków. Do zrozumienia ich życia nie trzeba precyzyjnej wiedzy, „ile mórg miał kmieć, a ile zagrodnik”. Wystarczy uchwycić różnice w skali — w wielkości gospodarstw, w możliwościach, w trudach każdego dnia.

Jan Popiel w cytowanych już wspomnieniach, spisanych na początku XX wieku, a obejmujących czasy od pierwszej połowy XIX stulecia, opisuje życie zagrodników — jakże różne od życia kmieci. Zagrodnicy dysponowali znacznie mniejszymi gospodarstwami, liczącymi 3–10 mórg ziemi, co samo w sobie stawiało ich w trudniejszej sytuacji ekonomicznej. Choć badacze próbowali różnie określać, ile ziemi miał przeciętny zagrodnik, jedna liczba powraca najczęściej — 10 mórg. Tyle właśnie, czyli 5–6 hektarów, przyjmują jako górną granicę Krzysztof Groniowski, opisując wieś rzeszowską z końca XVIII wieku 17, i Jan Świętek, pisząc o wsi nadrabskiej 18.

Małżeństwo przed bieloną chatą krytą strzechą, we wsi Bronowice Małe, 1912

Z powodu ograniczonych zasobów pańszczyznę odrabiali osobiście, bez zwierząt (koni czy wołów); była to tzw. pańszczyzna piesza. Nierzadko do tej pracy angażowali swoje dzieci. Obowiązki pańszczyźniane obejmowały zazwyczaj 2–3 dni tygodniowo (w niektórych majątkach nawet więcej), mimo to wielu z tej warstwy społecznej żyło w biedzie, a czasami wręcz w skrajnej nędzy. Chałupy zagrodników były kiedyś stawiane przez dwór, który również dostarczał materiały potrzebne do napraw w obejściu. W trudnych latach, gdy plony były słabe, dwór często wspomagał zagrodników, dając im ziarno na zasiew, aby mogli przetrwać. Pomimo tego niejednokrotnie gospodarstwa zagrodników popadały w ruinę. Niska wydajność gospodarstw nie pozwalała na wyżywienie rodziny, a opóźnienia w odrabianiu pańszczyzny skutkowały karami. Zdarzały się sytuacje, gdy zagrodnik nie był w stanie dalej prowadzić gospodarstwa i musiał je opuścić — albo z własnej woli „spadał z gruntu”, albo był z niego wyrzucany przez dwór. Zagrodnicy, będący właścicielami niewielkich jak na ówczesne potrzeby kawałków ziemi, na tej skromnej przestrzeni stali mocno na swoim, choć skromnie. Ich domami były proste drewniane chałupy, składające się zazwyczaj z jednej izby z piecem, sieni i komory. Tyle wystarczało, by przetrwać, ogrzać się zimą i przechować zapasy na trudniejsze dni. Nie każdy zagrodnik mógł sobie pozwolić na pełne zabudowania gospodarskie. Obora czy stodoła — choć przecież uznawane dzisiaj za podstawowe elementy zagrody — nie stały w obejściu każdego zagrodnika. Pod koniec XIX wieku Błażej Pawłowicz, pisząc o chłopach z okolic Tarnowa, zauważał ewidentny podział: obok zamożnych kmieci wyraźnie istniała grupa zagrodników — tych, którzy mieli mniej, ale wciąż byli częścią chłopskiej wspólnoty. Żyli skromniej, z większym trudem, ale również w poczuciu, że są „u siebie” — a to w ich świecie wiele znaczyło 19.

Rodzina przed bieloną zagrodą we wsi Chomranice lub Zakamycze. Dach kryty strzechą, bez komina, z dymnikami, okres międzywojenny

Z drugiej strony pojawia się głos Oskara Kolberga — jednego z najbardziej zasłużonych polskich etnografów, którego nie sposób tu pominąć, choć jego klasyfikacja burzy wszystko, co dotąd zarysowałam. Kolberg bowiem pisze inaczej: według niego chałupnik miał gospodarstwo liczące aż 25–30 mórg, a zagrodnik gospodarstwo mające od 10 do 12 mórg 20. Trudno przejść obojętnie obok takiej rozbieżności, zwłaszcza że mówimy o autorach piszących w tym samym czasie, patrzących na wieś niejako na żywo, nie z oddali i nie przez „mgłę kolejnych pokoleń”. A jednak — ich spojrzenia się różnią. To pokazuje jasno, że nie sposób stworzyć jednego spójnego klucza do dawnego wiejskiego świata. Taka rozbieżność, zwłaszcza wśród autorów żyjących w podobnym czasie, pokazuje, jak trudne — a może wręcz niemożliwe — jest stworzenie jednej ścisłej definicji. Przy czym ta niejednoznaczność wcale nie jest wadą. Przeciwnie — jest cenna i pouczająca. Wiedza o tym, że nie da się wszystkiego zamknąć w sztywnych ramach, uczy nas pokory wobec przeszłości. Kiedy bowiem mówimy o naszych przodkach, musimy pamiętać, że nawet jeśli dwóch z nich było „zagrodnikami”, to ich życie mogło wyglądać zupełnie inaczej — zależnie od regionu, zwyczajów, a zwłaszcza od tego, pod którym zaborem przyszło im żyć. Zagrodnik spod Tarnowa to nie to samo co zagrodnik z Kujaw czy z Podlasia. Dlatego ta różnorodność definicji i spojrzeń nie powinna nas zniechęcać — powinna nas uwrażliwiać. Historia naszych przodków to nie zbiór prostych etykiet. To opowieść pełna odcieni i niuansów, których nie wolno spłaszczać. Pokazuję te różne stanowiska badawcze nie po to, by wprowadzić chaos, lecz by pokazać, że życie wymykało się sztywnym ramom. I właśnie w tym tkwi piękno analizowania historii: nie w porządkowaniu świata jak rzeczy w szufladzie, ale w uważnym pochylaniu się nad jego złożonością, nieoczywistością i barwnością.

Kolejni w społecznej strukturze wsi byli chałupnicy, których położenie było bardziej skomplikowane niż sytuacja kmieci czy nawet zagrodników. Jan Świętek w wydanej pod koniec XIX wieku pracy Zwyczaje ipojęcia prawne ludu nadrabskiego zwraca uwagę na trudny, lecz wcale nie beznadziejny los tej grupy, podkreślając, że chałupnicy, posiadający własne, choć skromne gospodarstwa, byli w stanie zapewnić sobie podstawowe warunki bytowe. Wprawdzie według Świętka mieli tylko chałupę i ogródek, ale „dzierżawili najczęściej mórg, czasem nieco więcej ziemi, dzięki czemu byli w stanie wyżywić siebie i swoje rodziny. Ich sytuację poprawiał również fakt, że mogli utrzymywać choćby jedną czy dwie krowy, które wypasali na gminnych pastwiskach. Choć ich codzienność była niełatwa, mieli przynajmniej namiastkę samodzielności i minimalne zabezpieczenie przed całkowitą nędzą” 21.

Nasuwa się pytanie: kogo we wsi było najwięcej? To zagadnienie może wydawać się proste, jednak odpowiedź odsłania złożoną strukturę społeczności dawnej wsi. Chociaż każda miejscowość miała swoją specyfikę, jedno można zauważyć niemal wszędzie: kmieci, czyli chłopów posiadających największe gospodarstwa, było zawsze najmniej. Tworzyli oni uprzywilejowaną grupę, ale stanowili jedynie niewielki ułamek ludności wiejskiej. Zdecydowaną większość stanowili ci, którzy mieli mniej: zagrodnicy, chałupnicy, komornicy. Trudno dziś precyzyjnie określić proporcje pomiędzy tymi grupami, ponieważ różniły się one w zależności od regionu, majątku czy konkretnej wsi. Mimo to, jeśli spojrzymy na kilka konkretnych przykładów, dostrzeżemy pewną powtarzającą się prawidłowość. W Dzikowie, rodzinnej miejscowości Jana Słomki, pod koniec okresu pańszczyźnianego było nieco ponad 40 domów. Zaledwie 12 z nich należało do kmieci, w 23 zamieszkiwali zagrodnicy 22, a pozostałe przypadały na rodziny komorników, mieszkające kątem i żyjące z dorywczej pracy. Podobną strukturę widzimy w Tenczynku w połowie XIX wieku. W tej wsi było 69 zagrodników, tylko 10 kmieci i aż około 50 komorników 23. Również tutaj widać wyraźnie, że największą grupą byli ci, którzy nie mieli wielkiego majątku ani znaczącej pozycji we wsi. Jakub Bojko, pisząc o Gręboszowie, skąd pochodził, wspominał, że na początku XIX wieku mieszkało tam 30 zagrodników i 11 komorników. Wśród nich, co ciekawe, były dwie kobiety, Agnieszka Knaga i Agnieszka Dąbroś 24.

Te dawne podziały utrzymywały się na polskiej wsi przez całe pokolenia, a w wielu miejscach nawet całe stulecia. Zmieniały się ustroje, granice i prawa, ale hierarchia społeczna w wiejskiej wspólnocie trwała niewzruszenie. Zaskakujące może być to, jak głęboko zakorzeniony był szacunek wobec dawnych gospodarzy, czyli kmieci — nawet wtedy, gdy świat wokół nich zdawał się już całkiem inny. Andrzej Chwalba przytacza przemawiający do wyobraźni przykład tej trwałości. Pisze, że jeszcze w styczniu 1957 roku, podczas wyborów do Sejmu PRL, w niektórych wsiach byłej Galicji rolnicy zbierający się przed lokalami wyborczymi nie odważyli się wejść do środka, dopóki nie pojawił się miejscowy gospodarz — autorytet, którego obecność nadawała sprawie powagę 25.

To nie anegdota, lecz świadectwo siły tradycji, w której przez wieki kmieć — właściciel pola, mąż roztropny i gospodarz z krwi i kości — cieszył się uznaniem i zaufaniem sąsiadów. Nawet jeśli różnice majątkowe między mieszkańcami wsi z czasem się zacierały, pamięć o dawnym porządku społecznym nie znikała szybko. W ten sposób historia nie kończy się w archiwach — wciąż żyje w zachowaniach, gestach i cieniach dawnych relacji, które odciskają piętno na kolejnych pokoleniach.

Komornicy

Fragment inwentarza po zmarłej Barbarze Banaś, zagrodniczce z Bibic koło Krakowa, 1844

Los komorników pod koniec XIX wieku, jak opisywał Świętek, był godny pożałowania. Byli to ludzie pozbawieni zarówno ziemi, jak i jakiegokolwiek majątku, całkowicie zależni od łaski i potrzeb innych. Ich życie sprowadzało się do nieustannego poszukiwania zarobku, dorywczych zajęć i tymczasowego schronienia. Nie mając własnego kąta, szukali przytułku w opuszczonych izbach należących do gospodarzy gruntowych lub wynajmowali miejsce w domach chałupników, za co płacili nie tylko pieniędzmi, ale i pokorą. Każdego dnia stawali przed koniecznością nadskakiwania tym, którzy posiadali choć odrobinę więcej — musieli ustępować, schlebiać, znosić urazy i obelgi, by nie narazić się ani kmieciom, ani chałupnikom. W przeciwnym razie groziło im wypowiedzenie wynajmowanego kąta, a tym samym utrata dachu nad głową i jakichkolwiek źródeł dochodu. Ich życie było więc nieustanną grą o przetrwanie, w której uprzejmość i uległość stawały się walutą wymienną na życzliwość innych.

Szczególnie biegłe w tej trudnej sztuce były komornice — kobiety pozbawione własnego gospodarstwa, które wypracowały sobie specyficzną rolę w społeczności wiejskiej. Ich istnienie opierało się na umiejętności poruszania się wśród potrzeb i oczekiwań innych. Były pierwsze do przynoszenia nowin i pocieszania kmiotek, pośredniczyły w sprawach matrymonialnych, pomagały w chorobie, doradzając przy wyborze lekarstw, a gdy ktoś umierał, zajmowały się przygotowaniem ciała do pochówku i pilnowały porządku wokół pogrzebu. Za swoje usługi nie otrzymywały wynagrodzenia w pieniądzu, lecz w naturze — kwarta mleka, łyżka masła, garniec zboża, odrobina kaszy czy garść jagieł stanowiły ich codzienną zapłatę. Bywało, że w uznaniu szczególnych zasług gospodarze oferowali im „gotowy zagon ziemniaków do odrobku”, co oznaczało, że mogły zebrać dla siebie część plonów, o ile wcześniej obrobiły pole.

Komornicy wynajmowali się do pracy najemnej, zarówno kobiety, mężczyźni, jak i dzieci. Celem było przetrwanie, zapewnienie sobie i swojej rodzinie choćby skromnego posiłku i minimalnego zarobku, wystarczającego na codzienne życie. W dawnej wsi najemnik, prócz umówionej zapłaty, oczekiwał również posiłku — i to nie z łaski, lecz z prawa zwyczaju; rzadko który godził się pracować wyłącznie za pieniądze. Gospodyni, która przyjmowała ludzi do pracy, pilnowała, by nie mieć we wsi złej famy, by nie rozeszła się po okolicy opinia, że nie dba o pracowników. To była kwestia nie tylko gościnności, ale i społecznego obowiązku. Bogate gospodynie w sezonie prac polowych spędzały niemal całe dnie przy piecu, przygotowując posiłki dla pracowników najemnych. Istniał też zwyczaj, że w jednym miejscu pracowały całe komornicze rodziny — jeśli oboje rodzice najmowali się do pracy, przyprowadzali ze sobą swoje dzieci, które gospodyni również wypadało nakarmić. Świętek tak opisuje wynagrodzenie, jakie komornicy otrzymywali za pracę:

[…] w czasie żniw i wykopków wynajmują się do roboty przeważnie za zagony pod ziemniaki lub kapustę, rzadko za pieniądze. Za dłuższy zagon pod ziemniaki pracuje podczas żniw sześć lub siedem dni, za krótki zagon pod kapustę pracuje trzy dni. Wynagrodzenie obok jadła podczas żniw i sianobrania to 20 centów dziennie, zimą za młóckę, a jesienią za wykopki tylko 10 centów dziennie. Kosiarze dostają 50 centów i lepsze jedzenie (pierogi, kluski z serem, a jak daleko na pole, to chleb ze smalcem lub masłem, wódkę i 4 centy na tytoń). Wyrobnicy wynajmują się też do wszelkich robót polnych i gospodarskich: do orania (rzadko), okopywania, sadzenia, sieczenia i suszenia siana i koniczyny, rwania konopi, miądlenia konopi i lnu, młocki, rżnięcia sieczki, rąbania drew, wyrębu lasu, zwożenia drzewa, wywożenia i rozrzucania gnoju, pomocy przy budowie, szycia, przędzenia. Ci co wynajmują się jako pastuchowie na lato (od św. Wojciecha do św. Michała) obok jedzenia otrzymują 6–10 reńskich albo dwie lub trzy koszule, tyleż spodni. Jeśli zrzecze się jednego ubrania, to może dostać od gospodarza buty, czapkę i pas. Pasterki, młode dziewczęta, nie otrzymują pieniędzy, a jedynie odzież, dwie lub trzy koszule, dwie lub trzy spódnice i zapaski, jeśli zrezygnują z jednego kompletu ubrań, to dostają buty, chustę na głowę i gorset 26.

Fornale

Jednobudynkowa zagroda we wsi Mników, przełom XIX i XX wieku

Na drugim krańcu społecznej drabiny znajdowali się fornale — najemni robotnicy dworscy, żyjący na marginesie wiejskiej wspólnoty. Ich niska pozycja wynikała nie tylko z tego, że nie posiadali własnej ziemi i byli zależni od pracy na pańskich polach, ale także z ich odmienności społecznej i kulturowej. Fornale zazwyczaj mieszkali w dworskich czworakach, co samo w sobie oddzielało ich od reszty mieszkańców wsi i ograniczało kontakty z gospodarstwami chłopskimi.

Ich izolacja miała swoją przyczynę też w tym, że często byli przybyszami z innych wsi, sprowadzanymi do pracy we dworze. Brak zakorzenienia w lokalnej społeczności sprawiał, że postrzegano ich jako obcych — ludzi bez silnych więzi, mniej godnych zaufania. Nie byli też traktowani jako pełnoprawni uczestnicy wiejskiego życia — nie zajmowali ważnych miejsc w kościele, nie odgrywali istotnych ról w obrzędach i nie byli chętnie wybierani na rodziców chrzestnych.

Dystans społeczny był tak duży, że nawet zachowanie żon fornali odbiegało od tego, co uznawano za stosowne dla gospodyń. Jak wspominała córka kmiecia: „Zachowanie takiej kobiety fornalskiej też inne było niż gospodyni. Taka mniej miała honoru. Powiadali ludzie, że fornalka nieraz na weselu coś po kryjomu wzięła pod fartuch i do domu zaniosła” 27. W tych słowach pobrzmiewało przekonanie o niższej moralności fornali i ich mniejszym poczuciu godności, co dodatkowo pogłębiało przepaść dzielącą tę grupę od reszty wsi.

Brak własnego gospodarstwa przyczyniał się do tego, że rodzina nie stanowiła tu spójnej jednostki opierającej się na wspólnej pracy i podziale obowiązków. Często życie w takich rodzinach pełne było niepewności, a podstawą funkcjonowania stawało się ledwie przeżycie każdego kolejnego dnia. To właśnie z tych rodzin pochodzi duża część najbardziej przejmujących wspomnień o przeżyciach niemalże granicznych, jak ta opowieść mężczyzny z Kujaw:

Już parę dni po urodzeniu pozbawiony zostałem najniezbędniejszej opieki rodziców, gdyż oni oboje uczęszczać musieli do pracy folwarcznej. Ojciec jako fornal przy koniach znajdował się w zajęciu w lecie od godziny 3.30 rano do 10 wieczór, a w zimie od 5.30 do 7.00. […] Matka znów wczesnym rankiem każdego dnia przyrządziwszy śniadanie i po wyniesieniu go ojcu lub zaczekaniu nań w domu szła do pracy zostawiając nas bez żadnej opieki zamkniętych na klucz, byśmy nie odbieżeli od mieszkania lub nie wkradł się złodziej. Dusiło się wtedy całe nasze pięciogronowe rodzeństwo, gdyż jeden brat umarł w wieku 3 mies., w 1 małej, ciasnej izbie, której za podłogę służyła twardo ubita glina. […] Z powodu dużej ciasności mieszkania spaliśmy po 3 i 4 w jednym łóżku 28.

Brak ziemi i stabilnych źródeł dochodu osłabiał więzi rodzinne, a członkowie tych rodzin byli skazani na niepewność i walkę o przetrwanie, nie mieli możliwości budowania wspólnej przyszłości, o silnych więzach rodzinnych nie wspominając.

Relacje w ramach hierarchii

Wewnętrzne relacje w ramach hierarchii wiejskiej były równie skomplikowane jak ona sama. Nie sposób określić ich jednoznacznie, gdyż ilu badaczy, tyle odmiennych spojrzeń na tę kwestię.

Jan Świętek podkreśla, że stosunki między bogatszymi a uboższymi chłopami rzadko wynikały wyłącznie z różnic majątkowych 29. Wspólny los, wielopokoleniowe powiązania rodzinne i wzajemność świadczonych przysług odgrywały tu znacznie większą rolę. „Kmiecie w życiu towarzyskim rzadko uważają się za lepszych od półkmieci i zagrodników, półkmiecie i zagrodnicy gorszymi od kmieci” 30 — pisze, sugerując, że granice społeczne nie były tak sztywne, jak mogłoby się wydawać. Przeciwnie, codzienność wymuszała ścisłą współpracę: kmiecie i półrolnicy orali pola zagrodników, ci zaś w zamian odrabiali przysługę pracą własnych rąk lub wynagradzali ją w pieniądzu.

Józef Mączyński dostrzega jednak w tych relacjach więcej dystansu 31. Według niego kmieć, choć przy kieliszku i w chwilach potrzeby gotów był traktować zagrodnika jak brata, na co dzień patrzył na niego z góry, niczym dawny magnat na uboższą szlachtę. Jeszcze większa przepaść dzieliła kmieci i zagrodników od komorników — ludzi bez ziemi, żyjących z pracy na cudzych gospodarstwach. W oczach zamożniejszych chłopów stanowili oni niemal poddaną warstwę, której obecność akceptowano, ale którą traktowano z nieufnością i poczuciem wyższości. „Kmieciom i zagrodnikom zdaje się, że ci biedacy są ich poddanymi, a oni są toż samo, co dawni Panowie” 32 — pisze Mączyński, wskazując na niezatarty ślad dawnych podziałów społecznych.

Znamienne jest to, że obaj autorzy opisują wsie leżące mniej więcej w tym samym regionie (nie w innych zaborach, nie odległe od siebie o setki kilometrów) — Świętek badał stosunki nad Rabą, Mączyński analizował realia wsi krakowskich. Nie dzieliły ich ani zbyt duża odległość, ani granice zaborów, mimo to ich relacje znacząco się różnią. Kluczową rolę mógł tutaj odegrać czas, w którym powstawały oba opisy. Mączyński pisał w 1858 roku, relatywnie niedługo po zniesieniu pańszczyzny, kiedy poczucie hierarchii pańszczyźnianej było jeszcze żywe, a chłopi wciąż mogli postrzegać siebie nawzajem przez pryzmat dawnych podziałów. Z kolei Świętek, opisując relacje wiejskie pod koniec XIX wieku, przedstawia obraz społeczności, w której hierarchiczność dawnego ustroju może się już zacierać, a współzależność i wspólnota interesów odgrywają większą rolę niż dawne różnice stanowe.

Nie sposób traktować przedstawionej wyżej hierarchii społecznej jako uniwersalnego wzorca, który można mechanicznie zastosować do każdej wsi i każdego okresu. Opis ten nie wyczerpuje złożoności relacji społecznych na wsi — nie był i nie mógł być to jedyny możliwy układ. Hierarchia zmieniała się w czasie, z upływem lat ulegała rozluźnieniu, zależała od lokalnych uwarunkowań, charakterów ludzi i tradycji konkretnej społeczności. Granica między równością a wyższością, wspólnotą a dystansem zacierała się i wyostrzała zależnie od epoki, miejsca i okoliczności. Dlatego nie należy narzucać tej struktury jak formy na całość rzeczywistości wiejskiej. Przedstawione informacje mają być raczej drogowskazem — inspiracją do samodzielnych poszukiwań i zachętą, by z ciekawością przyjrzeć się temu, jak wyglądało to we wsiach, w których żyli nasi przodkowie.

1Zamieszczone w książce informacje dotyczące Helenki pochodzą z: Pamiętniki emigrantów. Stany Zjednoczone, t. 2, red. J. Dziembowska i in., Warszawa 1977.

2Zamieszczone w książce informacje dotyczące Władka pochodzą z: J. Chałasiński, Młode pokolenie chłopów. Procesy izagadnienia kształtowania się warstwy chłopskiej wPolsce, t. 3, Rola kół młodzieży wiejskiej wspołeczno­-kulturalnych przeobrażeniach wsi, Warszawa 1938.

3Cytaty przytoczone w książce — pisownia oryginalna lub w transkrypcji w przypadku tekstów starszych niż XIX­-wieczne.

4I.T. Baranowski, Krótki zarys dziejów wsi polskiej, Warszawa 1917, s. 17–18.

5Berufsstatistik nach den Ergebnissen der Volkszählung vom 31. December 1900 in den im Reichsrathe vertretenen Königreichen und Ländern. Galizien, Österreichische Nationalbibliothek, Historische Rechts- und Gesetzestexte Online, www.alex.onb.ac.at [dostęp: 27.06.2025].

6Ludność rolnicza wGalicyi [!], „Wieniec-Pszczółka”, Bielsko-Biała 1911, nr 6, s. 74.

7Ergebnisse der landwirtschaftlichen Betriebszählung vom 3. Juni 1902 in den im Reichsrate vertretenen Königreichen und Ländern. Bezirksübersicht für Galizien und die Bukowina, Österreichische Nationalbibliothek, Historische Rechts- und Gesetzestexte Online, www.alex.onb.ac.at [dostęp: 27.06.2025].

8Ludność rolnicza…, dz. cyt., s. 74.

9J.K. Janczak, Struktura społeczna wsi wKrólestwie Polskim, „Acta Universitatis Lodziensis. Folia Historica”, Łódź 1992, nr 45.

10T. Łepkowski, Słownik historii Polski, Warszawa 1973, s. 630.

11F. Koneczny, Skrót dziejów włościaństwa wPolsce, Wilno 1921, s. 63.

12Jan Popiel herbu Sulima (1836–1911), właściciel majątku ziemskiego w Wójczy, był człowiekiem o głęboko zakorzenionych poglądach konserwatywnych, które w znacznej mierze ukształtowały jego spojrzenie na życie wiejskie i sytuację chłopów pańszczyźnianych. Wychowany w tradycji konserwatywnej, kontynuował myślenie swojego ojca, Pawła Popiela, który był znanym politykiem.

13Stosunek do pańszczyzny Jan Popiel wyraził w spisanych na początku XX wieku wspomnieniach, w których tak pisał o tym systemie: „Pańszczyzna gniotła, ubożyła, ale nie demoralizowała. Że pogrzebana na wieki, to za to chwała Bogu! Ale sposób jej zniesienia był dla dworów materialnie, dla włościan moralnie szkodliwy”. J. Popiel, Wieś dawna adzisiejsza. Ze wspomnień starego człowieka, Kraków 1910, s. 16.

14Tamże, s. 6.

15Tamże.

16D. Markowska, Rodzina wśrodowisku wiejskim. Studium wsi podkrakowskiej, Wrocław–Warszawa–Kraków 1964, s. 31.

17K. Groniowski, Uwłaszczenie chłopów wPolsce. Geneza–realizacja–skutki, Warszawa 1976, s. 80.

18J. Świętek, Zwyczaje ipojęcia prawne ludu nadrabskiego, Kraków 1897.

19B. Pawłowicz, Kilka rysów zżycia ludu wZalasowej, „Materyały [!] Antropologiczno­-Archeologiczne i Etnograficzne” 1896, t. 1, dz. 2, s. 230.

20O. Kolberg, Lud. Jego zwyczaje, sposób życia, mowa, podania, przysłowia, obrzędy, gusła, zabawy, pieśni, muzyka itańce, ser. 10, Kraków 1876, s. 339.

21J. Świętek, Zwyczaje ipojęcia prawne…, dz. cyt., s. 164–166.

22J. Słomka, Pamiętniki włościanina. Od pańszczyzny do dni dzisiejszych, Kraków 1912.

23K. Zamorski, Folwark iwieś. Gospodarka dworska ispołeczność chłopska Tenczynka wlatach 1705–1845, Wrocław–Kraków 1987.

24J. Bojko, Okruszyny zGremboszowa [!], Lwów 1911.

25A. Chwalba, Odmiany włościańskiego bytu. Polska wieś wczasach feudalnych, „Polityka. Pomocnik Historyczny. Dzieje polskiej wsi” 2024, nr 2.

26J. Świętek, Zwyczaje ipojęcia prawne…, dz. cyt., s. 152.

27D. Markowska, Rodzina…, dz. cyt., s. 32.

28J. Chałasiński, Młode pokolenie…, t. 3, dz. cyt., s. 456.

29J. Świętek, Zwyczaje ipojęcia prawne…, dz. cyt.

30Tamże, s. 143.

31J. Mączyński, Włościanie zokolic Krakowa wzarysie, Kraków 1858.

32Tamże, s. 60.

Rozdział 1Łatwiej o dzieciątko niż o cielątko

Kobieta z dzieckiem, okres międzywojenny

W jakich warunkach nasi przodkowie — 100, 150 lat temu — przychodzili na świat? Czy kobiety rodziły w polu, między jednym a drugim zagonem? Czy każdy poród wyglądał tak samo — niezależnie od regionu, majątku lub tradycji rodzinnej? Te z pozoru proste pytania w rzeczywistości prowadzą do głębszego namysłu nad tym, czym było przyjście na świat na wsi w czasach, gdy nowoczesna medycyna była tam właściwie nieobecna, a życie toczyło się zgodnie z rytmem natury, kalendarzem religijnym i ze zwyczajami lokalnej wspólnoty.

„Nie wiem, czym się zaziębiła, bo już od trzech miesięcy nie mam swojego czasu. Pewnie dlatego, że przeszłam przez wodę” 33 — te słowa chłopki, matki sześciorga dzieci, zanotowała w swoim pamiętniku z międzywojnia lekarka Zofia Karaś. Niepojęte? Czy wszystkie kobiety takie były? Skoro w latach 20. i 30. XX wieku kobieta, która wielokrotnie była w ciąży, nie miała pojęcia, że spodziewa się kolejnego dziecka, to jaki musiał być stan wiedzy w poprzednich dziesięcioleciach? Można by te słowa uznać za wyraz niewiedzy. Można też usłyszeć w nich coś więcej — próbę oswojenia sytuacji, wyparcie, a może ostatnią nadzieję, że to nie to, że to tylko przeziębienie. Może próbowała zaczarować swoją rzeczywistość — nazwać ją inaczej, lżej, mniej zobowiązująco. Ciąża bowiem nie była w świecie chłopskiej kobiety ani romantyczna, ani łatwa. Nie zawsze była chciana. Czasem była niespodziewana, czasem wyczekiwana. A bywało, że była nadzieją. Możemy się również domyślać, że dla jednej wiejskiej kobiety była niezrozumiałą tajemnicą ciała, dla innej — świadomym stanem.

Z drugiej strony, jeśli zajrzeć do zapisków etnografów i badaczy kultury ludowej, można tam znaleźć prawdziwy katalog przekonań, przesądów i nakazów towarzyszących ciąży. Ciąża chłopki jawi się jako stan otoczony systemem precyzyjnych rytuałów: co wolno, czego nie wolno, co przynosi nieszczęście, jak nie „zaczarować” dziecka przez nieostrożny gest lub niewłaściwe spojrzenie. I choć te zapisy różnią się w zależności od regionu, jedno jest pewne — ich liczba i szczegółowość nie pozwalają uznać, że niewiedza czy wyparcie były powszechne. Przeciwnie — stanowią dowód na to, że lud wiejski wypracował własny bogaty system wiedzy o ciąży, przekazywany z pokolenia na pokolenie. Ta wiedza była inna niż lekarska, naukowa, za to pozostawała głęboko osadzona w doświadczeniu i emocjach. Obejmowała fizjologię, ale też lęki, pragnienia i społeczne oczekiwania wobec kobiet. To znak, że ciąża nie była ani czymś ukrywanym, ani całkowicie niezrozumiałym. Odwrotnie — była obiektem troski, narracji, interpretacji, nie tylko indywidualnych, lecz również wspólnotowych. Każda kobieta mogła doświadczać jej inaczej, ale nie przeżywała tego stanu w próżni, a w świecie, który miał na ten temat coś do powiedzenia. A co miał do powiedzenia — to już zupełnie inna opowieść.

Ciąża i narodziny były doświadczeniem silnie wpisanym w ludowe wyobrażenia i przekonania. Kobieta brzemienna nie była jedynie osobą oczekującą dziecka — była też kimś szczególnie „wrażliwym” duchowo, narażonym na działanie sił nadprzyrodzonych. Wierzono, że jej emocje, przeżycia, a nawet sny mogą wpłynąć na zdrowie i los dziecka. Towarzyszyły jej zaklęcia, przesądy, praktyki ochronne i amulety — wszystko po to, by zapewnić szczęśliwy poród, a także ochronę dla niej i noworodka.

W tej rzeczywistości niezastąpione były inne kobiety — wiejskie akuszerki i baby — to one przyjmowały porody. Te drugie bez jakiegokolwiek formalnego wykształcenia, za to z ogromnym doświadczeniem i autorytetem w społeczności. Znały zioła, potrafiły ocenić, kiedy poród „idzie dobrze”, a kiedy trzeba wezwać księdza zamiast lekarza — gdy na nic miał się już zdać ratunek, a potrzebne było ostatnie namaszczenie. Ich rola była zasadnicza, obecność przy rodzącej — konieczna. Poród odbywał się najczęściej w chacie, w otoczeniu kobiet z rodziny lub sąsiedztwa. Brakowało prywatności, nie było odpowiednich warunków sanitarnych ani znieczulenia. Połóg również rządził się własnymi zasadami — matka musiała przejść przez określone rytuały oczyszczenia, a dziecko należało jak najszybciej zanieść do kościoła lub cerkwi, by je ochrzcić i tym samym włączyć do wspólnoty.

W tym rozdziale przyjrzymy się nie tylko samemu momentowi narodzin, ale też ich kontekstowi społecznemu i kulturowemu. Przy czym nie da się tu opowiedzieć jednej uniwersalnej historii. Charakter każdego przypadku zależy bowiem od regionu, statusu majątkowego, dostępu do pomocy, tego, co w danej społeczności było przyjęte, a także czasu, w jakim się rozgrywa. Ta część książki jest próbą zbliżenia się do tamtych doświadczeń — nie za sprawą obserwacji przez szkiełko medyczne, ale poprzez zrozumienie realiów, w jakich nasi przodkowie pojawiali się na świecie.

Stan błogosławiony

Ówczesny świat, podobnie jak dzisiejszy, nie był jednolity. W jednym domu ciężarna mogła liczyć na ciepłe traktowanie, lżejsze obowiązki, lepsze jedzenie, życzliwość sąsiadów. W innym — mimo stanu błogosławionego, który z definicji powinien oznaczać ochronę i otaczanie troską — do samego końca ciąży musiała nosić wodę, prać w rzece, chodzić w pole, wstawać przed świtem i kłaść się po zmroku, nie miała prawa do odpoczynku. To zależało od majątku, ludzi, losu. Od tego, czy w domu była pomoc, czy mąż rozumiał więcej, niż wymagała tradycja, czy sąsiadki gotowe były wyręczać ciężarną, a nie tylko podglądać i oceniać, a także od tego, ile dzieci biegało już po podwórzu. Dlatego zamiast uogólniać, zamiast tworzyć jednorodny obraz — zaakceptujmy, że dzieje naszych przodków opowiadane były wieloma głosami. Tak różnymi, jak różne były kobiety. Każda z nich bowiem nosiła nie tylko dziecko, ale i własną historię: czasem obciążoną lękiem, czasem rozświetloną nadzieją. Ich wspomnienia bywały czułe lub gorzkie, pełne miłości albo przemilczanej samotności, splecione z wiarą, pracą i doświadczeniami starszych kobiet, które przekazywały sobie wiedzę, zanim cokolwiek zapisano w podręcznikach medycznych.

Jak wyglądało życie ciężarnych kobiet w świecie, który znał brzemienność z doświadczenia, a nie z książek? W świecie, w którym na pytanie „chłopiec czy dziewczynka?” odpowiadano, patrząc na kształt brzucha, zachcianki, sny ciężarnej, a troska była często wyrażana zakazem: „nie siadaj na progu”, „nie patrz na ogień”? Niniejszy rozdział to próba usłyszenia głosów tamtych kobiet oczekujących na narodziny dziecka, pierwszego albo już szóstego lub dziewiątego. Przez wierzenia i zabobony wsłuchujemy się w opowieści, w które wpisane są tradycje i przesądy, ale też ciche emocje: niepokój, radość, oczekiwanie, samotność i siła. To barwny splot ludzkich losów, który warto rozplątywać powoli, z uważnością. Może wtedy zdołamy dostrzec nie tylko to, jak przebiegała ciąża na wsi, lecz również co znaczyła.

Choć w wiejskich społecznościach kobieta zazwyczaj pozostawała w cieniu — podporządkowana mężowi, rodzinie i obarczona obowiązkiem ciężkiej pracy fizycznej — okres ciąży nierzadko gwarantował jej szczególną pozycję. W świecie, w którym narodziny dziecka były wydarzeniem o ogromnym znaczeniu, nie tylko rodzinnym, ale i społecznym, brzemienność często była otoczona aurą wyjątkowości i powagi. Źródła z XIX wieku wskazują, że ciężarna kobieta w większości przypadków cieszyła się specjalnymi względami: mogła liczyć na ulżenie jej w obowiązkach, życzliwość sąsiadów, a nawet na ochronę symboliczną — poprzez gesty, słowa i rytuały mające ją zabezpieczyć przed działaniem złych mocy. Wierzono, że kobieta „nosząca życie” była w szczególnym stanie przejściowym — na styku dwóch światów: cielesnego i duchowego. Jej emocje i doświadczenia mogły wpływać na dziecko, dlatego należało ją chronić przed złem, brzydotą, nieszczęściem. Brzemienność nie zawsze jednak przekładała się na szczególne traktowanie kobiety, zależało to w dużej mierze od uwarunkowań rodzinnych, ekonomicznych i społecznych. Zamożniejsze rodziny, zwłaszcza jeśli korzystały z pomocy służby, mogły zwolnić ciężarną kobietę z najbardziej wyczerpujących obowiązków. W takim środowisku brzemienność wiązała się z większym prestiżem, a narodziny dziecka były wydarzeniem oczekiwanym i celebrowanym. W ubogich rodzinach chłopskich ciężarne często były zmuszone pracować aż do porodu. Życie na granicy ubóstwa i konieczność zaspokojenia podstawowych potrzeb rodziny sprawiały, że ciąża nie była traktowana jako szczególny czas — liczył się każdy wkład w utrzymanie gospodarstwa. Sytuacja kobiet była więc zróżnicowana, w biedniejszych rodzinach nierzadko trudna, jednak samo to, że ciężarne były społecznie „uprzywilejowane”, sporo mówi o wiejskim systemie wartości. Na pewien czas kobieta zyskiwała we wspólnocie centralne miejsce jako ta, która ma dać nowe życie.

Wspólnota wiejska odgrywała fundamentalną rolę w sytuacji kobiety brzemiennej, a wsparcie, którego jej udzielała, wynikało często z powiązań rodzinnych i silnego poczucia solidarności. W społecznościach wiejskich większość mieszkańców łączyły bliskie relacje rodzinne — czy to poprzez więzy krwi, czy małżeństwa — wzajemna pomoc była więc naturalnym elementem codziennego życia i toczyła się w obrębie de facto własnej rodziny. Kobiety ciężarne mogły liczyć na radę i pomoc ze strony doświadczonych matek, babek czy ciotek, a także sąsiadek, które nierzadko też były jej krewnymi albo spowinowaconymi — bratowymi czy szwagierkami (powtarzana współcześnie prawda, że do wychowania dziecka potrzebna jest cała wioska, w istocie oznacza, że potrzebna jest rodzina). Kobiety, które nie czuły się zobowiązane więzami rodzinnymi, rzadko przedkładały potrzeby innych kobiet nad swoje; to nie byłoby pragmatyczne, a pamiętajmy, że tamtymi czasami rządził pragmatyzm. Przy czym nie każda ciężarna mogła liczyć na równe traktowanie we wspólnocie, w której funkcjonowała. Wspólnota, choć oparta na bliskich więzach, nie była wolna od napięć, uprzedzeń czy konfliktów, które mogły wpływać na poziom wsparcia.

O traktowaniu kobiety ciężarnej przez społeczność wiejską pisze etnograf Henryk Biegeleisen:

Od kiedy kobieta z ludu ukraińskiego poczuje się matką, mąż jej spełnia za nią wszelkie ciężkie roboty, daje jej też lepsze pożywienie, ustają wszelkie kłótnie i spory w chacie dla jej spokoju. Kobieta w ciąży zażywa na Czerwonej Rusi 34 wszelkiego poważania nie tylko ze strony męża i rodziny, ale całego otoczenia, choć nieraz twarde warunki materialne nie pozwalają na ulżenie jej w ciężkich robotach 35.

Przykład dotyczy Rusinek 36, ale będące w ciąży mieszkanki polskich wsi też mogły liczyć na specjalne traktowanie ze strony swoich mężów. Wynikało to nie tylko z troski o dobro ciężarnej kobiety, ale także z głęboko zakorzenionych wierzeń ludowych związanych z wpływem emocji matki na rozwój płodu. Na przykład przekonanie, że sprzeciwienie się ciężarnej żonie lub niezaspokojenie jej zachcianek może zaszkodzić dziecku, było na terenach wiejskich powszechne. W Małopolsce zachcianki kobiet ciężarnych nazywano „bażeniem”, w innych częściach Polski „zabażką”. Istnienie tych określeń wskazuje na wagę, jaką przywiązywano do tego zjawiska, a także na jego szeroką akceptację w kulturze ludowej.

Biegeleisen wspomina, że podobne przekonanie panowało wśród polskich Żydów 37 — niespełnienie zachcianki ciężarnej Żydówki na jakiś pokarm miało spowodować, że dziecko po urodzeniu nie będzie chciało ssać piersi, dopóki nie dostanie do zjedzenia tego, na co matka miała wówczas ochotę. Odmówienie ciężarnej kobiecie, niezależnie od tego, czy chodziło o jedzenie, rzeczy materialne, czy jakiekolwiek inne życzenie, było traktowane przez lud jako poważne przewinienie. Wierzono, że mogło to ściągnąć na odmawiającego konsekwencje, które miały charakter nadprzyrodzony i symbolizowały wpływ zignorowania potrzeb kobiety w stanie brzemiennym. Jednym z najbardziej rozpowszechnionych przesądów wśród Polaków, Ukraińców i Żydów był ten, że odmowa mogła skutkować zemstą polegającą na tym, iż myszy zjedzą odzież osoby, która nie spełniła życzenia ciężarnej.

Łemkini z dziećmi. Kobieta ma na głowie charakterystyczny czepiec, 1935

W wierzeniach ludowych skłonność ciężarnej kobiety do określonych potraw była traktowana bardzo poważnie — zaspokojenie tych pragnień miało korzystnie wpływać na zdrowie matki i dziecka, zarówno na poziomie fizycznym, jak i duchowym. Zwraca uwagę silnie magiczny charakter tych przesądów. Przykładowo w Polsce, ale także w innych częściach Europy, wierzono, że kobieta ciężarna nie powinna spożywać ryb, ponieważ miało to prowadzić do głuchoty u dziecka. Uważano też, że taka praktyka powodowała wystąpienie u niego wady wrodzonej, jaką była zajęcza warga. Jan Świętek wspomina o panującym wśród ludu nadrabskiego wierzeniu, że ciężarna kobieta nie powinna jeść zrośniętych owoców. Ich spożycie miało się przyczyniać do narodzin bliźniąt, co było postrzegane jako nieszczęście (ciąża bliźniacza zwiększała ryzyko powikłań przy porodzie i śmierci zarówno dzieci, jak i matki) 38.

Łemkowskie kobiety i dzieci ze wsi Krempna, 1937

Z leżącego u podstaw wierzeń ludowych przekonania o istnieniu tajemniczych, niewidzialnych sił rządzących światem wynikały drobne, lecz istotne zasady, które miały chronić przyszłą matkę i jej jeszcze nienarodzone dziecko. Jedną z nich było to, by kobieta brzemienna nie piła z wyszczerbionych naczyń. Z pozoru będące wyrazem zwyczajnej troski o odpowiednio bezpieczne naczynie ostrzeżenie kryje mądrość ludową, czy — szerzej — życiową, według której wszelkie, choćby najmniejsze niedostrzeżone zmiany w rzeczywistości otaczającej kobietę mogły wpłynąć na rozwój dziecka. Nie chodziło wyłącznie o to, co kobieta spożywała, ale także o to, co ją otaczało, gdy była w tym szczególnym stanie. Każda drobnostka, każdy gest, każde słowo — wszystko to mogło kształtować przyszłość dziecka.

Wierzono, że to, na co patrzyła kobieta w ciąży, bezpośrednio wpływało na cechy dziecka, które miało przyjść na świat. Zapatrzenie się na określone osobę, zwierzę czy przedmiot rzekomo powodowało, że dziecko dziedziczyło pewne cechy tego obrazu — zarówno fizyczne, jak i duchowe. W rejonie Sandomierza szczególnie silne było przekonanie, że ciężarna nie powinna patrzeć na osoby kalekie. Długotrwałe wpatrywanie się w kogoś fizycznie niedoskonałego miało się przyczynić do narodzin dziecka o podobnych cechach fizycznych. W okolicach Krakowa i wśród Bojków panowało przekonanie, że patrzenie na rzeczy obrzydliwe (na przykład rozpłatane zwierzę) skutkowało tym, że dziecko rodziło się brzydkie. Również Huculi, podobnie jak inne społeczności, kładli duży nacisk na to, czego nie powinny oglądać ciężarne, i wierzyli, że wpatrywanie się w nie­odpowiednie stworzenia czy przedmioty mogło wywołać niepożądane cechy u dziecka. W przypadku nieświadomego zapatrzenia się na coś, co mogło przynieść pecha, ciężarna Hucułka uciekała się do specyficznego rytuału: aby zapobiec złemu wpływowi, spluwała, co miało na celu cofnięcie uroku, odwrócenie złej mocy, którą w sobie zatrzymała. Gdy ujrzała mysz, co miało spowodować pojawienie się na skórze dziecka znamienia, tzw. myszki, by odwrócić niefortunny skutek zapatrzenia się, musiała splunąć i dodatkowo potrzeć brzuch. W ludowych wierzeniach silnie podkreślano potrzebę ochrony kobiety ciężarnej przed widokami i doświadczeniami mogącymi wzbudzać silne emocje, zwłaszcza negatywne. Powszechnie wierzono, że kobieta w stanie błogosławionym nie powinna patrzeć na zmarłych, dotykać ich, a nawet przebywać w tej samej izbie, w której znajdowało się ciało. Wynikało to z głębokiej obawy, że silne uczucia strachu i smutku, jakie mogły ogarnąć matkę w takiej sytuacji, niekorzystnie wpłyną na dziecko w jej łonie. Strach i lęk postrzegano jako szczególnie szkodliwe emocje i starano się je eliminować z życia ciężarnej. Z tego względu zabraniano jej również patrzeć na pożary. Widok płomieni trawiących dom czy stodołę był przerażający, a w ludowej wyobraźni strach spowodowany takim doświadczeniem mógł się odbić na dziecku. Wierzono, że skutkiem takiego wstrząsu mogło być pojawienie się znamienia na ciele dziecka, zwłaszcza na twarzy: „Jeżeli kobieta ciężarna — tak utrzymują górale Podhalańscy — zlęknie się ognia, myszy itp., a chwyci się równocześnie ręką za ciało, to dziecko będzie mieć znak na licu, uchu itp.” 39, „Skoro Rusinka w ciąży przelęknie się podczas pożaru i chwyci się za nogę albo położy rękę na twarzy, to na tem miejscu dziecko jej będzie miało znamię” 40. Przez zapatrzenie się można było też przejąć pożądane cechy — Polki w Galicji Wschodniej wierzyły, że należy się zapatrzeć na piękne osoby, by urodzić ładne dziecko.

Kobieta ciężarna była zobowiązana do przestrzegania licznych nakazów i zakazów, które, choć wydawały się mało istotne, miały chronić płód przed niekorzystnym wpływem różnych czynników. Owa uważność, pełna czułości względem poszczególnych momentów drogi ku macierzyństwu, wynikała z głębokiego przekonania, że każde zachowanie może wpłynąć na życie rozwijającego się dziecka, a także na przebieg porodu. Tylko w ten sposób, zgodnie z mądrością przodków, można było zapewnić potomkowi bezpieczne przyjście na świat i życie wolne od zagrożeń, które czają się w codzienności. Przyszła matka funkcjonowała w rzeczywistości pełnej tajemnic, obaw, niepewności i nie miała innej drogi niż dostosowanie się do porządkujących ten świat reguł. W wierze w moc symbolicznych gestów i czynów kryła się miłość, która, mimo że niewyrażona słowami, leżała u podstaw każdej z tych małych, pozornie nieistotnych decyzji. Była to troska wyrażana w sposób, jaki wówczas był jedynym możliwym — o życie, które rosło w kobiecie, o przyszłość, którą chciano kształtować w zgodzie z porządkiem ustalonym przez przodków. Strach łączył się z pragnieniem ochrony dziecka i zapewnienia mu jak najlepszych warunków rozwoju. W tym wszystkim, pomimo ciężaru zakazów, przesądów, rygorów, widoczne były wola przetrwania i odpowiedzialność, jaką kobieta odczuwała — świadomie lub nie — względem nowego życia.

Praktyką szeroko rozpowszechnioną w wielu kulturach na całym świecie była izolacja kobiety ciężarnej. Przy czym nie należy tego rozumieć dosłownie, jako całkowitego odosobnienia. Przejawiało się to raczej w różnorodnych ograniczeniach społecznych i zakazach, które wynikały z wiary, że określone działania ciężarnej mogą przynieść negatywne skutki dla niej samej, dziecka, a także otoczenia. Przykładem takich ograniczeń było przekonanie, że kobieta brzemienna nie powinna trzymać dziecka do chrztu, gdyż mogłoby ono umrzeć. Z drugiej strony w społecznościach huculskich zdarzało się, że ciężarne kobiety były wręcz o to proszone, wierzono bowiem, że ich stan może przynieść chrzczonemu dziecku szczęście i pomyślność. Niemniej, co ciekawe, wiele Hucułek odmawiało; obawiały się, że mogłoby to zaszkodzić ich własnemu dziecku. Na niektórych terenach zamieszkiwanych przez polski lud nie proszono ciężarnej o bycie druhną na weselu z obawy, że może to przynieść młodej parze trudne życie. Jeszcze dobitniejszym przykładem może być przekonanie panujące w okolicach Brzeska i Wołkowyi, że napotkanie ciężarnej na drodze to zła wróżba, zapowiedź niepomyślnego dnia. W jednym regionie widziano w kobiecie w ciąży zapowiedź szczęścia i pomyślności, w innym jej pojawienie się na progu chałupy uznawano za zwiastun nieszczęścia. Brzemienność, niepojęty stan, wykraczający poza codzienną rzeczywistość, budziła mieszankę szacunku, fascynacji i lęku.

Wyraźny jest dualizm w postrzeganiu kobiety brzemiennej: z jednej strony otaczano ją szczególną troską i szacunkiem, z drugiej — wiązano z nią ryzyko negatywnego oddziaływania, które mogło wpłynąć na losy innych osób. Choć z dzisiejszej perspektywy może się to wydawać zaskakujące i irracjonalne, był to wyraz głęboko zakorzenionej troski wspólnoty o przyszłość rodziny i społeczności.

Wszystkie wspomniane wierzenia i przesądy łączyło jedno — świadomość wyjątkowego, niemal magicznego statusu kobiety brzemiennej. Jej odmienność, zarówno fizyczna, jak i duchowa, była czymś, co wymykało się prostemu rozumieniu, a przez to wymagało szczególnych nakazów, zakazów i rytuałów. W mistycznej aurze brzemienności przez wieki kryła się głęboka więź z przodkiniami, które przez pokolenia kształtowały zbiorową pamięć i systemy wierzeń. To one, nasze przodkinie, ich troski, lęki i mądrość przekazywana w formie opowieści, rytuałów czy zakazów ukształtowały fundamenty, na których budujemy naszą rzeczywistość. Ich codzienny trud, przeżyte radości i cierpienia, troska o nowe życie i pamięć o tych, którzy byli wcześniej, wciąż rezonują w naszych współczesnych doświadczeniach — choć często w sposób podświadomy. Każdy rytuał, zakaz czy przesąd, choćby dziś wydawał się mało rozsądny, był próbą zrozumienia i oswojenia tajemnicy życia; a jednocześnie — świadectwem ogromnej troski o przyszłe pokolenia, o ich zdrowie i pomyślność. Rola naszych przodkiń wykracza więc daleko poza historię — one wciąż żyją w nas, są obecne w naszym myśleniu, we wszelkich działaniach i relacjach.

W przywołanych wierzeniach, obyczajach i codziennych praktykach odbija się nie tylko chłopska duchowość, ale i pewna czułość — czasem nieco zaprawiona surowością, nieumiejętnie wyrażana, ale prawdziwa. Widać w nich, że ciąża była postrzegana jako coś więcej niż stan fizyczny. Przede wszystkim jednak oczekiwanie na przyjście dziecka było okresem pełnym napięcia. Trudno, by było inaczej, skoro wszyscy wiedzieli — z obserwacji i doświadczenia — jak niebezpieczny może być poród, zarówno dla matki, jak i dla dziecka. Choć dziś wiemy więcej — o fizjologii, psychologii, zdrowiu — zrozumienie tego, czym była ciąża dla kobiet sprzed ponad wieku, wymaga czegoś więcej niż wiedzy. Wymaga uważności, pokory i gotowości, by spojrzeć ich oczami. Wówczas ten dawny świat stanie się zrozumiały — i ludzki.

Na przełomie XIX i XX wieku dostęp do fachowej opieki położniczej w Królestwie Polskim był wciąż przywilejem nielicznych. W miastach działały przytułki położnicze, a w Warszawie dodatkowo Instytut Położniczy — placówka założona w 1802 roku, pełniąca jednocześnie funkcję kliniki uniwersyteckiej. Jednak te formy opieki były dostępne głównie dla mieszkanek miast, a pozostawały całkowicie poza zasięgiem kobiet ze wsi. Na terenach wiejskich porody najczęściej przyjmowały babki; tak było też w Galicji. W 1859 roku władze Królestwa Polskiego podjęły decyzję o utworzeniu specjalnego oddziału w warszawskiej szkole akuszerek przy Instytucie Położnictwa. Celem było przygotowanie do pracy położniczej kobiet pochodzących wyłącznie ze wsi, które po szkoleniu miały wracać do swoich społeczności. Kryteria rekrutacyjne były dość surowe — kandydatka musiała od co najmniej pięciu lat mieszkać na wsi, cieszyć się dobrą opinią (lokalna władza wydawała odpowiednie zaświadczenie), a po szkoleniu zobowiązywała się pisemnie do pracy w wyznaczonej wsi przez co najmniej trzy lata. Szkoła działała na koszt państwa, a nadzór nad położnymi powierzono lekarzom powiatowym. W teorii wszystko brzmiało dobrze — w praktyce zmiany postępowały powoli. Na początku XX wieku tylko 20 procent porodów w Królestwie Polskim odbyło się pod okiem wykwalifikowanych położnych. Ten odsetek i tak wydaje się jednak spory, jeśli wziąć pod uwagę, że w 1911 roku w liczącej ponad 11 000 000 mieszkańców Kongresówce pracowało zaledwie 796 wykwalifikowanych położnych (z czego mniej więcej połowa w Warszawie) 41.

Wraz z przejściem z XIX-wiecznego świata tradycyjnych przekonań do XX-wiecznej refleksji społecznej i medycznej można zaobserwować pewną zmianę: wiejska kobieta przestaje być widziana jako istota wymagająca ochrony — staje się „siłą roboczą” 42. Tutaj w szczególny sposób wybrzmiewają słowa Marii Kulczyńskiej:

Mężczyźni u nas, na wsi, na ogół nie zdają sobie sprawy z doniosłości dobrze zachowanego zdrowia kobiety w rodzinie. Latami całymi kobiety nasze wytrzymują wszystkie trudy powszedniego dnia, nawet w tych okresach, w których winny być chronione 43.

Pojawia się pytanie: dlaczego utrwalony przez etnografów z końca XIX wieku obraz kobiety ciężarnej — otoczonej przesądami, chronionej, symbolicznie uprzywilejowanej — tak bardzo się różni od głosów kobiet piszących i mówiących o swoim doświadczeniu w XX