Wiedźma zwana miłością (edycja kolekcjonerska) - Tricia O'Malley - ebook

Wiedźma zwana miłością (edycja kolekcjonerska) ebook

Tricia O'Malley

0,0
49,90 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Ona jest przeklęta. On wściekły.

A dla najbardziej magicznego miasteczka w Szkocji, ich konflikt może oznaczać katastrofę.

Sloane MacGregor przysięgła, że nigdy nie wróci do Briarhaven, ale zbliżające się dwudzieste piąte urodziny — dzień, w którym czarownice uzyskują swoją moc — zmuszają ją do powrotu. Babcia żąda od niej wykonania jednego, drobnego zadania: złamać przekleństwo ciągnące się przez wieki w ich rodzie.

Knox Douglas, ponury burmistrz Briarhaven, niestrudzenie pracuje, by uczynić miasteczko azylem dla magicznych istot.

Ostatnią rzeczą, jakiej potrzebuje, jest przeklęta MacGregor, która wszystko zepsuje.

Nieważne, że kiedyś się w niej podkochiwał. Dla dobra Briarhaven Sloane musi odejść.

Ale magia ma własne plany — a w Briarhaven miłość naprawdę jest czarownicą.

„Czarujące, pełne ciepła i urocze – LOVE'S A WITCH to wszystko, czego można sobie życzyć od romantycznej historii o czarownicach – i jeszcze więcej! Pełna rodzinnych więzi, uroku szkockiego miasteczka i absolutnie wspaniałego kota-przewodnika uwielbiającego ser, ta książka wciąga tak bardzo, że nie chce się jej opuszczać!”

– Sarah Beth Durst, autorka bestsellerów The New York Times, “Magia spod lady”

„Gdybym miała opisać Love’s a Witch jednym słowem, byłoby to: ‘czarująca!’ Ta romantyczna komedia fantasy, osadzona w małej szkockiej wiosce, zachwyci każdego, kto szuka gorących facetów w kilcie, błyskotliwych dialogów i pradawnych magicznych klątw. Niezwykle satysfakcjonująca lektura!”

– Elizabeth Hunter, autorka bestsellerów USA Today

„Tricia O'Malley z wdziękiem tka magiczny świat czarownic, romansu i siostrzeństwa w tej przezabawnej komedii romantycznej o wrogach, którzy zostają kochankami. Love's a Witch pełna jest uroku małego miasteczka, błyskotliwych dialogów i ekscentrycznych postaci, w których zakochałam się od pierwszej strony.”

– Helena Hunting, autorka bestsellerów The New York Times

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 372

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł ory­gi­nału: Love’s A Witch

Wydawca: Joanna Laprus-Mikul­ska Redak­tor pro­wa­dzący: Pau­lina Kostrzyń­ska Redak­cja: Karo­lina Saga­now­ska Korekta: Marzena Kłos

Copy­ri­ght © by Tri­cia O’Mal­ley, 2025 Copy­ri­ght © for the Polish trans­la­tion by Ember Reid, 2025

Pro­du­cent Dres­sler Dublin Sp. z o.o. 05-850 Oża­rów Mazo­wiecki, ul. Poznań­ska 91 e-mail: sekre­ta­riat@dres­sler.com.pl tel. + 48 22 733 50 00 www.dres­sler.com.pl

Dane do kon­taktu Wydaw­nic­two Świat Książki 02-103 War­szawa, ul. Han­kie­wi­cza 2 e-mail: biuro@swiatk­siazki.pl tel. + 48 22 45 70 402 www.wydaw­nic­two­swiatk­siazki.pl

War­szawa 2026

Księ­gar­nie inter­ne­towe: swiatk­siazki.pl, ksiazki.pl, czy­tam.pl

Dys­try­bu­cja Dres­sler Dublin Sp. z o.o. 05-850 Oża­rów Mazo­wiecki ul. Poznań­ska 91 e-mail: dys­try­bu­cja@dres­sler.com.pl tel. + 48 22 733 50 31/32 www.dres­sler.com.pl

ISBN 978-83-68812-15-2

Wer­sję elek­tro­niczną w sys­te­mie Zecer przy­go­to­wała Róża Rozaxa

Dedykacja

Blue – mojemu Anam Cara.

Slán abha­ile1

Od autorki

Od autorki:

Anam Cara to gaelicki ter­min, który można luźno prze­tłu­ma­czyć jako „przy­ja­ciel duszy” lub „towa­rzysz duszy”. To ide­alne okre­śle­nie dla Blue, mojego słod­kiego psiaka, któ­rego stra­ci­łam na początku tego roku. Trzy­ma­cie w rękach pierw­szą książkę, którą napi­sa­łam bez moich obu chłop­ców u boku, ale mam nadzieję, że czu­je­cie zarówno moją, jak i ich miłość na kar­tach wszyst­kich moich ksią­żek oraz, że będę na­dal mogła załą­czać cząstkę moich pie­sków w kolej­nych opo­wie­ściach. Nie­któ­rym może wyda­wać się to dziwne, ale ni­gdy nie zaczę­ła­bym pisać, gdyby nie moje psy. W mojej pierw­szej książce zawar­łam histo­rię o tym, jak został mi skra­dziony mój boston terier Briggs i o tym, jak zdo­ła­łam go odzy­skać. Opi­sa­łam też histo­rię adop­cji Blue. Obie pły­nęły z głębi mojego serca i skło­niły mnie do pod­ję­cia ryzyka i odda­nia się pisa­niu kolej­nych ksią­żek, w tym tej, którą wła­śnie czy­ta­cie.

Jeśli więc tylko macie dzi­siaj oka­zję: zjedz­cie odro­binę sera i uśmiech­nij­cie się pro­mien­nie, myśląc o czy­stej rado­ści, jaką te słod­kie zwie­rzęta wno­szą do naszego życia.

Cytat

The heart aye’s the part aye,

That makes us right or wrang.

Robert Burns2

Słowniczek szkockich słów i wyrażeń

Słow­ni­czek szkoc­kich słów i wyra­żeń:

bit o’ ban­ter/byt o banta/ – Szkoci uwiel­biają się nawza­jem draż­nić; doku­cza­nie sobie jest bar­dzo mile widziane

blo­ody/bladi/ – słowo uży­wane dla pod­kre­śle­nia; prze­kleń­stwo

bon­nie/boni/ – ładny

brek­kie /breki/ – śnia­da­nie

cèilidh/kejli/ – impreza towa­rzy­ska ze szkocką muzyką ludową i śpie­wem lub tra­dy­cyjny szkocki taniec

eejit/idżyt/ – idiota

give it laldy/lal­die /gyw yt laldi/ – (tryb roz­ka­zu­jący) rób coś z ener­gią lub entu­zja­zmem

grit­ter/gry­ter/ – pojazd słu­żący do posy­py­wa­nia dróg solą w warun­kach oblo­dze­nia lub poten­cjal­nego oblo­dze­nia

guising /gaj­zyn/ – zbie­ra­nie cukier­ków

hen – kobieta

High­land coo3/haj­land ku/ – krowa

Irn Bru /ajn bru/ – szkocki napój gazo­wany

„It’s a dre­ich day”/ytz e drichk dej/ – zimno, wil­gotno, ponuro

och – uży­wane do wyra­ża­nia wielu emo­cji, zazwy­czaj zasko­cze­nia, żalu lub nie­do­wie­rza­nia

quaich/kłajk/ – małe naczy­nie z dwoma uchwy­tami, czę­sto uży­wane pod­czas szkoc­kich wesel

sled­ging /sle­dżyn/ – jazda na san­kach

sto­vies/sto­uwiz/ – danie z ziem­nia­ków duszo­nych w garnku

tea/ti/ – w Szko­cji ter­min „tea” czę­sto odnosi się do posiłku spo­ży­wa­nego w porze kola­cji

tet­chy/teczi/ – zrzę­dliwy, roz­draż­niony

wee/łi/ – mały, nie­wielki

whe­esht (haud your whe­esht) /łiszt (hod yer łiszt)/ – bądź cicho, zamknij się

Rok 1713

Prolog. Bonelle MacGregor

Pro­log

Bonelle Mac­Gre­gor

Dnia świę­to­wa­nia nie powinno koń­czyć się klą­twą, ale nie zawsze można prze­wi­dzieć, co przy­nie­sie przy­szłość.

Nie­za­leż­nie od tego, jak wielką magią się dys­po­nuje.

Mabon4 zwia­sto­wał nadej­ście jesieni, pod­kre­śla­jąc rów­no­wagę świa­tła i ciem­no­ści, lecz dla jed­nego magicz­nego mia­steczka poło­żo­nego wśród wzgórz Szko­cji ozna­czał rów­nież długo ocze­ki­wany powrót ich księ­cia. Briar­ha­ven było domem zarówno dla cza­row­nic, wró­żek, jak i śmier­tel­ni­ków i wła­śnie wrzało z pod­eks­cy­to­wa­nia z powodu przy­by­cia ich uko­cha­nego, a co naj­waż­niej­sze – samot­nego, księ­cia.

Cho­dziły słu­chy, iż to wła­śnie w tym roku wybie­rze sobie żonę.

Nie­jedna panna obu­dziła się dziś z uśmie­chem na ustach i nadzieją w sercu, ponie­waż ist­niała szansa, nie­ważne jak nikła, że zakoń­czy go z koroną na gło­wie.

Miesz­kała tu też jed­nak jedna młoda cza­row­nica, dla któ­rej powrót księ­cia nie miał więk­szego zna­cze­nia.

W wieku dwu­dzie­stu czte­rech lat Bonelle Mac­Gre­gor nie obcho­dziły ani kapry­śne miłostki ani poszu­ki­wa­nie męża. Zamiast tego z nie­cier­pli­wo­ścią ocze­ki­wała roz­kwitu swo­jej magii w nad­cho­dzą­cym roku. Już czuła, jak pierw­sze pędy roz­wi­jają się w niej, zapo­wia­da­jąc nadej­ście mocy. Bonelle z rado­ścią, a wręcz nie­cier­pli­wo­ścią wycze­ki­wała tego momentu. Spi­sała wiele gry­mu­arów wła­snymi zaklę­ciami, które bar­dzo chciała jak naj­szyb­ciej wypró­bo­wać. W duchu czuła, że gdy tylko jej magia roz­kwit­nie, będzie mogła zro­bić wiele dobrego dla ludzi ze swo­jego mia­steczka.

Podob­nych trosk nie miała by­naj­mniej jej naj­lep­sza przy­ja­ciółka, Vaila, która nie przej­mo­wała się, czy będzie mogła wyko­rzy­sty­wać swoją magię do pomocy innym, skoro prze­cież cze­kał na nią poszu­ku­jący mał­żonki książę. Vaila tak bar­dzo prze­ży­wała powrót następcy tronu, że tego ranka już dwu­krot­nie wpa­dła w histe­rię, nie mogąc wybrać, którą suk­nię zało­żyć na tańce przy ogni­sku. Po trze­ciej zmia­nie wstą­żek we wło­sach Vaili, Bonelle czmych­nęła na zewnątrz pod byle pre­tek­stem. Musiała zba­dać praw­dzi­wość plotki, którą zasły­szała wcze­śniej tego dnia.

Do mia­steczka miał przy­być nie­znany wędro­wiec.

Mając nadzieję na zna­le­zie­nie nowych ksiąg, szcze­gól­nie jeśli zawie­ra­łyby egzo­tyczne zaklę­cia z odle­głych krain, Bonelle wymknęła się z miej­sca, gdzie więd­nące polne kwiaty zdo­biły łąki ota­cza­jące wio­skę. Docho­dzący do jej uszu rytm bęb­nów dorów­ny­wał biciu jej serca. W cie­niu drzew stał powóz, a obok niego męż­czy­zna o sze­ro­kich ramio­nach i szczu­płej syl­wetce, którą nie­wąt­pli­wie zawdzię­czał tru­dom życia w podróży. Przy­bysz wykła­dał wła­śnie swoje towary.

– Witaj­cie, uprzejmy panie. – Ski­nęła lekko głową. Wóz, choć z daleka wyda­wał się skromny, z bli­ska pre­zen­to­wał się oka­zale.

– Witaj­cie, sza­nowna panienko. Czy mogę pozwo­lić sobie zapre­zen­to­wać moje dobra? – Męż­czy­zna był brudny, jak to bywa w przy­padku ludzi, któ­rzy życie spę­dzają głów­nie na szlaku. Twarz miał pokrytą kurzem, a za paznok­ciami doj­rzała błoto. To jed­nak od jego nie­zwy­kłych błę­kit­nych oczu nie mogła ode­rwać spoj­rze­nia. Zda­wało jej się, że dostrzega w nich wiru­jące tysiące prawd, a także magię, tajem­nicę i wła­dzę. Zabra­kło jej słów.

– Może coś błysz­czą­cego dla ślicz­nej dziew­czyny? – Wędro­wiec poru­szył się, pod­no­sząc kawa­łek aksa­mit­nej tka­niny, zasła­nia­ją­cej tacę ze złotą biżu­te­rią. To wystar­czyło, by urok prysł. Zmarsz­czyła nos.

– Nie prze­pa­dam za bły­skot­kami. – Bonelle zaci­snęła usta, celowo sta­ra­jąc się nie patrzeć wprost na męż­czy­znę, aby nie zro­bić cze­goś głu­piego. Na przy­kład zacząć wypy­twać o sekrety wszech­świata. – Ale uwiel­biam książki. Czy ma pan opo­wie­ści z dale­kich krain? Bar­dzo chcia­ła­bym powięk­szyć swoją biblio­tekę. Książki zawie­rają nie­skoń­czoną ilość świa­tów i tyluż nowych towa­rzy­szy.

– Nie mogę się nie zgo­dzić, mała cza­row­nico. – Jego łagodny głos spra­wił, że prze­szedł ją dreszcz, a jakaś nie­wi­dząca nić zaczęła ją do niego przy­cią­gać. – Moż­liwe, że mam coś spe­cjal­nie dla cie­bie.

Podróż­nik wrę­czył jej trzy opra­wione w skórę księgi, któ­rych okładki były zabar­wione na ten sam piękny nie­bie­ski kolor, co jego wagon.

– Jestem pewna, że nie mogę sobie na nie pozwo­lić – zaopo­no­wała Bonelle, zasko­czona jako­ścią opraw.

– Potrak­tuj je, jako pre­zent.

– Ach, nie jestem aż tak naiwna, by przyj­mo­wać pre­zenty od nie­zna­jo­mych podróż­ni­ków. – Roze­śmiała się, wpa­tru­jąc się w niego. Musiał być wró­żem, oni zawsze byli sko­rzy do psi­ku­sów. – Mam pie­nią­dze.

Się­gnęła do kie­szeni i poło­żyła trzy srebrne monety w jego dłoni, po czym wzdry­gnęła się, poczuw­szy iskrę ener­gii prze­bie­ga­jącą po jej ramie­niu.

– Skoro nale­gasz. – Męż­czy­zna zamknął palce na mone­tach, a kiedy ponow­nie otwo­rzył rękę, nie został po nich nawet ślad. Zanim zdą­żyła zapy­tać go o jego podróże po dale­kich kra­inach, za jej ple­cami roz­le­gły się głosy zbli­ża­ją­cych się klien­tów. Bonelle odwró­ciła się bły­ska­wiczne i pobie­gła w stronę domu, aby scho­wać gymu­ary w bez­piecz­nym miej­scu w swo­jej chatce. Cho­ciaż bar­dzo chciała nie­zwłocz­nie zanu­rzyć się w każ­dej histo­rii zawar­tej na tych deli­kat­nych stro­nach, nie­chęt­nie scho­wała je i wró­ciła na uro­czy­sto­ści. W końcu obie­cała Vaili, że będzie z nią tań­czyć wokół ogni­ska.

– Tu jesteś. – Przy­ja­ciółka chwy­ciła ją za ramię i popro­wa­dziła w kie­runku plą­sa­ją­ych panien. Ogień trza­skał rado­śnie. – Nie patrz w tam­tym kie­runku, ale przy­był książę! Powie­dziano mi, że zaprosi jedną z dziew­cząt, aby dziś wie­czo­rem usia­dła obok niego przy głów­nym stole.

– I to jest dobra wia­do­mość? – zapy­tała Bonelle z pełną powagą, ale Vaila tylko prze­wró­ciła oczami i pocią­gnęła przy­ja­ciółkę do przodu.

Roz­brzmiały bębny, dołą­czyły do nich dudy, a Bonelle pod­nio­sła głowę, gdy lodo­waty wiatr musnął jej policzki, nio­sąc ze sobą zapo­wiedź zimy. Pozła­cane liście fru­wały na wie­trze, gdy tan­cerki zaczęły poru­szać się w jed­no­staj­nym ryt­mie. Poczuła dreszcz, prze­szy­wa­jący jej ramiona, a gdy spoj­rzała za sie­bie, roz­po­znała podróż­nika, któ­rego spo­tkała wcze­śniej tego dnia. Stał z zało­żo­nymi rękami i pochy­loną głową, zajęty roz­mową z męż­czy­zną, któ­rego roz­po­znała rów­nie szybko.

Książę.

Ubrany był w tunikę w kolo­rze głę­bo­kiej czer­wieni, a na gło­wie nosił pro­stą złotą koronę. Jego mio­dowo-blond włosy falo­wały na wie­trze, a lodo­wato nie­bie­skie oczy pozo­sta­wały sku­pione na tan­cer­zach, mimo że pochy­lał się, by słu­chać wędrowca.

Taniec dobiegł końca, zanim zdą­żyła głę­biej zasta­no­wić się, skąd podróż­nik może znać księ­cia. Następca tronu wystą­pił naprzód, klasz­cząc w dło­nie. Bonelle zasty­gła w miej­scu. Za jej ple­cami trzesz­czał ogień.

– To już – syk­nęła Vaila do jej ucha.

– Dla­czego nie pozwo­lił nam dokoń­czyć tańca? – zapy­tała Bonelle z iry­ta­cją. Tra­dy­cja pozo­sta­wała tra­dy­cją, a taniec był jej czę­ścią.

– Ponie­waż był tak zachwy­cony moją urodą, że od razu wybie­rze mnie na swoją damę do towa­rzy­stwa pod­czas dzi­siej­szej kola­cji. A może nawet na swoją żonę. – Paznok­cie Vaili wbiły się bole­śnie w ramię Bonelle, ale ta powstrzy­mała gry­mas na twa­rzy.

– Moje uro­cze panie… – Książę wycią­gnął ręce przed sie­bie, uśmie­cha­jąc się. – Pro­szę wyba­czyć, iż prze­ry­wam ten piękny taniec, ale byłem tak zachwy­cony jedną z was, piękne damy, że po pro­stu nie mogłem zwle­kać z wybo­rem jej na swoją towa­rzyszkę pod­czas dzi­siej­szego wie­czoru.

Ramiona Bonelle napięły się na te słowa. Jej magia zadrżała: obez­wład­nia­jące emo­cje wypeł­niły powie­trze i przy­wo­łały moc tuż pod powierzch­nię. Książę pod­szedł bli­żej i sta­nął przed nimi, a Vaila wypu­ściła powoli powie­trze, odchy­la­jąc głowę do tyłu i uno­sząc wysoko pod­bró­dek.

– Moja cza­ru­jąca pani, czy zechcesz mi towa­rzy­szyć tego wie­czoru? – Wycią­gnął rękę.

– Ależ oczy­wi­ście… – Słowa Vaili zamarły, gdy dłoń księ­cia zatrzy­mała się tuż poni­żej mostka Bonelle, cze­ka­jąc, aż ona ją ujmie. Dziew­czyna wpa­try­wała się w dłoń, na któ­rej u pod­stawy palca wska­zu­ją­cego spo­czy­wał gruby złoty pier­ścień z mister­nym her­bem. Z tru­dem łapała oddech, pod­czas gdy Vaila sap­nęła obok niej.

– Nie. – Ciche, pro­ste słowo porwane przez wiatr, a jed­nak zdo­łała je uchwy­cić. Serce ści­snęło jej się na widok cier­pie­nia Vaili. Po raz kolejny poczuła magię roz­grze­wa­jącą się pod skórą, jakby bła­ga­jącą o uwol­nie­nie, a jed­nak zwią­zaną nie­mymi zasa­dami. W prze­ci­wień­stwie do Vaili, która wkro­czyła w swoją magię rok wcze­śniej, Bonelle nie wolno było uwol­nić swo­jej magii przed ukoń­cze­niem dwu­dzie­stu pią­tego roku życia.

Czas zwol­nił.

Bonelle zigno­ro­wała kon­we­nanse i pod­no­sząc głowę, zwró­ciła się do swo­jej naj­lep­szej przy­ja­ciółki, któ­rej twarz wykrzy­wiona była w gnie­wie. Ciemna magia wycie­kała z jej skóry, gdy zaczęły pły­nąć słowa:

Na zmory i osty, na cierni pełne dło­nie,

Prze­kli­nam twę magię, niech słab­nie i pło­nie.

Nie­szczę­ście nawie­dzie każde miej­sce, w któ­rym zapu­ścisz korze­nie,

przy­no­sząc smu­tek, ruinę i nie­na­wistne spoj­rze­nie.

Lepka klą­twa spa­dła na Bonelle, i oto­czyła ją, niczym paję­czyna. Zato­czyła się do tyłu i pod­nio­sła ręce, usi­łu­jąc powstrzy­mać krwawą magię, która wyle­wała się ze zła­ma­nego serca Vaili.

Zaczęły zale­wać ją cie­nie, a chmury, do tej pory jedy­nie szare, nabrały odcie­nia mor­der­czej czerni. Krzyk roz­darł niebo, a krew zamar­zła w żyłach Bonelle. Odwró­ciła się, by ucie­kać, lecz zacze­piła stopą o korzeń i nie­omal by się potknęła, gdyby czy­jeś ramiona nie przy­trzy­mały jej, zacią­ga­jąc w cień drzew, gdzie bez­ce­re­mo­nial­nie upu­ściły ją na zie­mię. Upa­dła na kolana, pal­cami chwy­ta­jąc wil­gotny mech pokry­wa­jący ściółkę lasu. Łzy napły­nęły jej do oczu, ale powstrzy­mała je, łap­czy­wie łapiąc powie­trze. W jej gło­wie wiro­wały setki myśli.

– Zbli­żają się żaro­wilki. Musisz ucie­kać. – Na te słowa Bonelle zerwała się na równe nogi, ogar­nięta stra­chem.

– Wezwała żaro­wilki? – wykrzyk­nęła. Serce zabiło jej moc­niej, gdy w końcu przyj­rzała się męż­czyź­nie, który zacią­gnął ją do lasu. Nie był to byle straż­nik, ale podróż­nik we wła­snej oso­bie.

– Jej klą­twa je wezwała. Każde mia­sto, w któ­rym się zatrzy­masz, spo­tka nie­szczę­ście.

Bonelle gapiła się na niego z otwar­tymi ustami, po czym odwró­ciła się, by spoj­rzeć w kie­runku miej­sca, gdzie jesz­cze przed chwilą bawili się ludzie. Teraz pozo­stały po nich jedy­nie roz­rzu­cone na tra­wie opa­dłe liście. Skrę­ciło ją w żołądku na widok cie­nia żaro­wilka prze­my­ka­ją­cego przez łąkę.

– Kim jesteś? – Bez­sen­sowne pyta­nie w naj­gor­szym moż­li­wym momen­cie, ale Bonelle musiała poznać imię męż­czy­zny, który wła­śnie ska­zy­wał ją na wygna­nie.

– Eoin Douglas. Pierw­szy Rycerz Zakonu Żela­znego Ostu5, obrońca Briar­ha­ven.

– Obroń mnie. Pro­szę – bła­gała Bonelle.

Zamarł, spo­glą­da­jąc to na nią, to na łąkę, ale kiedy kolejny krzyk zatrząsł gałę­ziami nad ich gło­wami, pod­jął decy­zję.

Bonelle znała ją, jesz­cze zanim się ode­zwał.

– Ucie­kaj, Mac­Gre­gor. Zabie­raj swoją klą­twę i ucie­kaj stąd.

Teraz

Rozdział 1. Sloane MacGregor

Roz­dział 1

Slo­ane Mac­Gre­gor

Witaj­cie w Briar­ha­ven, naj­bar­dziej magicz­nym mia­steczku w całej Szko­cji.

Zer­k­nę­łam na film odtwa­rzany na tele­fo­nie mojej sio­stry Lyry i doj­rza­łam kobietę w różo­wym kostiu­mie i ide­al­nie uło­żo­nych blond wło­sach, szcze­rzącą zęby do kamery. Jej uśmiech kon­tra­sto­wał z napiętą skórą twa­rzy, a sze­roko otwarte oczy miały w sobie coś sza­lo­nego.

– Wydaje się nieco spięta – zauwa­ży­łam, ponow­nie kie­ru­jąc wzrok na drogę wijącą się wśród koron drzew o poskrę­ca­nych gałę­ziach.

– Wygląda, jak jakaś andro­idka – stwier­dziła Nova, naj­młod­sza z naszej trójki, pochy­la­jąc się do przodu z tyl­nego sie­dze­nia.

– Pamię­taj­cie, żeby zare­zer­wo­wać bilety z wyprze­dze­niem, aby móc sko­rzy­stać z oferty VIP, którą ofe­ru­jemy w Briar­ha­ven. Jeśli będzie­cie mieli szczę­ście, może nawet uda wam się otrzy­mać pod­wyż­szony stan­dard naszego Pakietu Pełni Księ­życa! – Głos Różo­wego Kostiu­miku brzmiał tak samo sztucz­nie, jak pre­zen­to­wała się jej twarz.

– Przy­po­mina mi tro­chę ludzi, któ­rzy nama­wiają cię na zakup dodat­ko­wego ubez­pie­cze­nia, gdy kupu­jesz jakiś nowy gadżet elek­tro­niczny – doda­łam.

– I pamię­taj­cie… w Briar­ha­ven wie­rzymy w trzy rze­czy: magię, radość i arkana! Czary-mary odfru­wamy!

– Czary-mary, odfru­wamy? – powtó­rzyła Nova, odchy­la­jąc się do tyłu. Par­sk­nę­łam śmie­chem.

– Arkana? – Lyra powoli cedziła sylaby. – Kiedy ostatni raz sły­sza­ły­ście, żeby ktoś użył słowa „arkana”?

– Zda­rza się – powie­działa Nova, mru­ga­jąc do mnie we wstecz­nym lusterku. – Cho­ciaż moim zda­niem zde­cy­do­wa­nie zbyt rzadko.

Zwol­ni­łam, gdy zbli­ża­ły­śmy się do wąskiego zakrętu na wzgó­rzach.

– Arkana życia i przy­szło­ści. – Lyra spoj­rzała groź­nie, wyda­jąc z sie­bie ciche wes­tchnie­nie i opa­da­jąc na sie­dze­nie.

Uśmiech­nę­łam się do mojej bole­śnie pięk­nej sio­stry. Lyra miała ten typ urody, który spra­wiał, że oglą­dali się za nią zarówno męż­czyźni, jak i kobiety. Zatrzy­mu­ją­cym ją poli­cjan­tom bra­ko­wało słów i ni­gdy nie wysta­wiali jej man­da­tów, a doro­śli męż­czyźni wysy­łali jej eks­tra­wa­ganc­kie pre­zenty. Naj­bar­dziej eks­tra­wa­ganc­kim pre­zen­tem, jaki ja kie­dy­kol­wiek otrzy­ma­łam od chło­paka, był kupon na lody „kup jeden, drugi dosta­niesz gra­tis” w Dairy Queen.

Jak na zawo­ła­nie, zza zakrętu wyło­nił się pokryty pną­czami i cier­niami rusty­kalny drew­niany znak. Zda­wał się cho­wać przy dro­dze pod cie­ni­stą altaną drzew, które sta­wały się gęst­sze i ciem­niej­sze w miarę, gdy zbli­ża­ły­śmy się w ich stronę.

„Briar­ha­ven. Liczba miesz­kań­ców: 3333”.

– Cztery trójki, jakże ory­gi­nalne. – Nie­mal sły­sza­łam, jak Nova prze­wraca oczami na tyl­nym sie­dze­niu.

Nova przy­wo­dziła mi na myśl kolce ukryte wśród róż. Była począt­ku­jącą tatu­ażystką, która zdo­by­wała rze­sze obser­wa­to­rów w mediach spo­łecz­no­ścio­wych i od chwili naro­dzin była o wiele faj­niej­sza, niż ja kie­dy­kol­wiek będę miała szansę się stać.

– Zaraz zaraz, czy wy to widzi­cie? Cho­lera, to mia­sto fak­tycz­nie prze­szło nie­złą meta­mor­fozę. – Lyra pochy­liła się do przodu, gdy opu­ści­ły­śmy tunel drzew i przed nami roz­cią­gnęło się Briar­ha­ven w całej oka­za­ło­ści. Poło­żona u pod­nóża spi­cza­stych gór wio­ska była kolo­rowa i uro­cza, jakby ktoś doma­lo­wał na płót­nie koloru głę­bo­kiej zie­leni tuziny róż­no­barw­nych plam. Złote drzewa, któ­rych liście wła­śnie zaczy­nały przy­bie­rać bursz­ty­nowy odcień, pokry­wały wzgó­rza, a w oddali sre­brzy­ście lśniło jezioro. Od czasu naszej ostat­niej wizyty mia­sto wyda­wało się prze­mie­nić w park roz­rywki. Dosłow­nie przy­po­mi­nało jedną wielką atrak­cję tury­styczną.

Zszo­ko­wane tą prze­mianą, mogły­śmy tylko gapić się z otwar­tymi ustami, powoli prze­jeż­dża­jąc przez rynek. Zło­ci­ste pro­mie­nie słońca prze­bi­jały się przez puszy­ste, śnież­no­białe chmury. Chod­niki były pełne tury­stów: nie­któ­rzy ubrani byli w kostiumy z cza­ro­dziej­skimi kape­lu­szami lub sztucz­nymi uszami wró­żek. Wiatr roz­wie­wał poma­rań­czowe liście po uli­cach, a przy chod­niku usta­wiono stra­gan ze świeżo zebra­nymi jabł­kami. Pla­kat infor­mu­jący o zbli­ża­ją­cym się kon­kur­sie kostiu­mów na Hal­lo­ween był przy­kle­jony do czar­nego słupa ze sta­ro­modną latar­nią na szczy­cie. Pokrę­ci­łam głową. Jak tury­ści mogliby kon­ku­ro­wać z praw­dzi­wymi magicz­nymi isto­tami w kwe­stii prze­bie­ra­nia się na Hal­lo­ween?

– Nie­sa­mo­wite, co zdo­łali osią­gąć w ciągu ostat­nich ośmiu lat. Pra­wie nie poznaję tego miej­sca – rze­kła Nova. Ski­nę­łam głową, czu­jąc nara­sta­jące napię­cie, bo wła­śnie skrę­ci­ły­śmy w ulicę dosko­nale znaną mi z naszego dzie­ciń­stwa. Prze­mknęło mi przez myśl, że wygląda jak aleja wspo­mnień. Zgod­nie zamil­kły­śmy, gdy zatrzy­ma­łam się przed zanie­dbaną chatą ukrytą pośród rzędu domów jed­no­ro­dzin­nych, które prze­szły taką samą rewo­lu­cję, jak reszta mia­steczka. Nasz dom zde­cy­do­wa­nie odsta­wał od reszty i to w nega­tyw­nym tego słowa zna­cze­niu.

– Obraz nędzy i roz­pa­czy.

– Żad­nej nędzy, raczej… – urwa­łam, patrząc przez okno samo­chodu na dom, w któ­rym spę­dzi­ły­śmy więk­szość dzie­ciń­stwa. Dwu­pię­trowy, poro­śnięty blusz­czem zasła­nia­ją­cym szare kamienne ściany, z jedną, ledwo wiszącą i do tego prze­krzy­wioną, okien­nicą. Dosko­nale rozu­mia­łam nie­pewną sytu­ację tej okien­nicy: ja też się ledwo trzy­ma­łam.

– Totalna rudera – zasu­ge­ro­wała Lyra. Nova ski­nęła głową w zgo­dzie, a ja wes­tchnę­łam.

– Poten­cjał. – Odpią­łam pas bez­pie­czeń­stwa, uchy­li­łam drzwi samo­chodu, wsta­łam i prze­cią­gnę­łam się. Rześka jesienna bryza musnęła moje włosy, a kolo­rowe liście opa­dły mi pod stopy. Pre­zent od natury, poże­gnalna feria barw przed zimo­wym snem roślin. Przyj­rzaw­szy się uważ­nie, dostrze­głam nici wspo­mnień owi­ja­jące dom – frag­menty kłótni, nie­udane zaklę­cia, rzad­kie chwile, gdy roz­brzmie­wał tu śmiech. Uwa­ża­łam to miej­sce za dom, ponie­waż to wła­śnie tutaj klan Mac­Gre­go­rów miesz­kał naj­dłu­żej. Udało nam się zostać w tym miej­scu kilka lat, zanim klą­twa, która nękała naszą rodzinę – niczym brzę­czący komar, gdy despe­racko pra­gniesz snu – zmu­siła nas do odej­ścia.

Minęły lata, odkąd ostatni raz były­śmy w Briar­ha­ven i ni­gdy bym tu nie wró­ciła, gdyby nie jeden kon­kretny powód.

Powo­dem była kobieta, któ­rej nie mogłam odmó­wić. Wezwała mnie do domu, abym zła­mała klą­twę rzu­coną na naszą rodzinę.

Owa kobieta stała teraz w otwar­tych drzwiach naszego zruj­no­wa­nego domu z cho­dzi­kiem ozdo­bio­nym jedwab­nymi wstąż­kami, w podomce i oku­la­rach, które błysz­czały z daleka. Ele­gancka, siwa fry­zura w stylu boba ota­czała rado­sną twarz, która dopiero zaczy­nała zdra­dzać oznaki wieku, a na jej ramie­niu sie­dział cze­szący swoje pióra sokół. Broca Mac­Gre­gor, panie i pano­wie. Legenda we wła­snej oso­bie.

– Wyglą­dasz, jak­byś cze­kała na wia­do­mość o śmierci swo­jego boga­tego męża w jakichś podej­rza­nych oko­licz­no­ściach – zawo­ła­łam.

– Męża? – zapy­tała Broca tonem, jak­bym wła­śnie poka­zała jej peł­za­ją­cego kara­lu­cha. – Po co brać męża, skoro o wiele wię­cej rado­ści spra­wia samo rand­ko­wa­nie?

– I to mówi kobieta, która ma na kon­cie pię­ciu byłych mężów. – Obe­szłam samo­chód i otwo­rzy­łam bagaż­nik, aby wyjąć nasze torby i walizki, pod­czas gdy Lyra i Nova wysko­czyły z samo­chodu. Pobie­gły uści­skać naszą bab­cię, która przy­je­chała do mia­steczka wcze­śniej tego samego dnia, praw­do­po­dob­nie na tro­nie nie­sio­nym przez kilku krzep­kich osob­ni­ków płci męskiej. Jako matriar­chalna cza­row­nica, Broca była dotknięta tą samą klą­twą, co my i spę­dziła ostat­nie osiem lat meto­dycz­nie prze­ska­ku­jąc od męż­czy­zny, do męż­czy­zny w całej Euro­pie, z któ­rych każdy był bar­dziej eks­cen­tryczny od poprzed­niego.

– I wła­śnie z tego powodu wiem, że faceci są lekko strawni jako kochan­ko­wie, ale ledwo zno­śni jako mężo­wie.

– Czy musimy już roz­ma­wiać o two­ich kochan­kach? Dopiero co przy­je­cha­ły­śmy po cało­nonc­nej podróży, a ja potrze­bo­wa­łam kie­liszka wina, zanim będę w sta­nie pod­jąć się tego typu roz­mowy. Się­gnę­łam do bagaż­nika, wyję­łam swoją torbę i poło­ży­łam ją na ziemi. Obok niej wylą­do­wała chmura płat­ków śniegu.

Shite6.

Jęk­nę­łam, wypro­sto­wa­łam się i zoba­czy­łam, że wszyst­kie trzy kobiety patrzą gniew­nie w niebo. Sokół Broki – jej zwie­rzę opie­kuń­cze o imie­niu Iris – zapro­te­sto­wał gło­śnym skrze­kiem, wzbił się w powie­trze i znik­nął wśród wzgórz.

Kilka stu­leci temu pewna cza­row­nica o zła­ma­nym sercu rzu­ciła na naszą przod­ki­nię nie­zwy­kle pomy­słową, choć bar­dzo iry­tu­jącą klą­twę. W rezul­ta­cie od tam­tej pory żadna z kobiet klanu Mac­Gre­gor nie była w sta­nie osie­dlić się na dłu­żej w jed­nym miej­scu, ponie­waż gdy tylko zamiesz­ki­wa­ły­śmy gdzieś na dłu­żej, mia­sto doty­kały róż­no­ra­kie fatum i klę­ski żywio­łowe. Co wię­cej, kiedy w wieku dwu­dzie­stu pię­ciu lat wkra­cza­ły­śmy w pełni w świat magii, czę­sto musia­ły­śmy radzić sobie z jej nie­prze­wi­dy­wal­nym zacho­wa­niem.

– Czy to musi być aku­rat śnieg? – zapy­tała Lyra, ude­rza­jąc o zie­mię obca­sem szpilki od Chri­stiana Loubo­utina.

– Przy­naj­mniej nie kolejna plaga gąsie­nic. – Nova zapięła skó­rzaną kurtkę i zmru­żyła oczy, patrząc na zgro­ma­dzone nad nami ciemne chmury.

– Fuj. – Lyra odwró­ciła się w jej stronę. – Uzgod­ni­ły­śmy chyba, że ni­gdy wię­cej nie będziemy o tym wspo­mi­nać. Mie­sią­cami nie mogłam spać przez kosz­mary o roba­lach.

– Nic dziw­nego, skoro larwy zagnieź­dziły ci się we wło­sach. Może myślały, że to ich nora.

Lyra sap­nęła i wygła­dziła swoje bujne włosy. Potrze­bo­wała trzy­dnio­wego week­endu w luk­su­so­wym spa, aby upew­nić się, że pozbyła się wszel­kich śla­dów śluzu. Dopiero wtedy była w sta­nie zapo­mnieć o tej kon­kret­nej wer­sji naszej klą­twy.

– Gąsie­nice nie cho­wają się w norach. Two­rzą gniazda i wycho­dząc, prze­obra­żają w zja­wi­skowe pięk­no­ści.

– Nie gniazda, tylko kokony, Lyra.

– Jak dla mnie, to jedno i to samo. – Prze­szedł ją widoczny dreszcz, gdy podmuch wia­tru okrył nasze stopy śnie­giem.

Uśmie­cha­jąc się, bo sprzeczki moich młod­szych sióstr były dla mnie dziw­nym źró­dłem pocie­sze­nia, dotar­łam do drzwi wej­ścio­wych.

– Wejdźmy do środka i włączmy ogrze­wa­nie, Broco. – Wybu­do­wany na pla­nie pro­sto­kątu dom miał cztery sypial­nie i dwie łazienki na pię­trze oraz salon z otwartą kuch­nią i jadal­nią na par­te­rze. Cho­ciaż został zbu­do­wany w cza­sach, gdy pokoje były małe i wszę­dzie wsta­wiano drzwi, praw­do­po­dob­nie w celu zatrzy­ma­nia cie­pła, gdzieś po dro­dze ściany zostały usu­nięte, aby stwo­rzyć jedną prze­stronną strefę miesz­kalną, a dwa ceglane filary peł­niły rolę głów­nych pod­pór fun­da­men­to­wych. Jako dziecko bie­ga­łam wokół tych fila­rów, ucie­ka­jąc przed pró­bu­ą­cym mnie zła­pać tatą, pod­czas gdy mama popi­jała kawę w fotelu przy oknie, przez które przez więk­szą część poranka wpa­dało słońce. Tak wła­śnie pamię­ta­łam dobre dni.

Zosta­wiw­szy torbę przy drzwiach, pode­szłam powoli do Broki, która kie­ro­wała się w stronę fotela z moich wspo­mnień, i pomo­głam jej usiąść. Lyra prze­szła do kuchni, aby przej­rzeć zawar­tość sza­fek, praw­do­po­dob­nie w poszu­ki­wa­niu her­baty, pod­czas gdy Nova spraw­dzała, czy z kra­nów leci bie­żąca woda. Rozej­rza­łam się i wes­tchnę­łam. Pozo­stałe meble pokry­wały zaku­rzone prze­ście­ra­dła, w rogach okien gro­ma­dziły się paję­czyny, a wię­cej niż jedna żarówka już dawno się prze­pa­liła.

Usły­szaw­szy puka­nie do drzwi odwró­ci­ły­śmy się jed­no­cze­śnie w ich stronę. Ktoś wszedł do środka, zanim zdą­ży­łam porząd­nie rozej­rzeć się po pokoju, nie mówiąc już o podej­ściu, by mu otwo­rzyć.

– Kto tak po pro­stu wcho­dzi do cudzego domu? – zapy­ta­łam, prze­cho­dząc przez salon, gotowa do walki.

Zamar­łam z otwar­tymi ustami.

W drzwiach stał naj­sek­sow­niej­szy męż­czy­zna, jakiego kie­dy­kol­wiek widzia­łam na żywo. Twarz miał jak z bajki, musku­larne ramiona ide­al­nie pre­zen­to­wały się w przy­le­ga­ją­cym do ciała T-shir­cie, który miał na sobie, nie zwa­ża­jąc na wiru­jący na zewnątrz śnieg.

Bez­wstyd­nie gapi­łam się na faceta sto­ją­cego w progu, myśląc jedy­nie o tym, jaki był wspa­niały. Nie­po­skro­mione ciemne włosy, prze­ni­kliwe nie­bie­skie oczy i ostro zary­so­wany pod­bró­dek pokryty ciem­nym zaro­stem spra­wiały, że nie chcia­łam ode­rwać od niego wzroku. Tak na wszelki wypa­dek, jakby miało się oka­zać, że znik­nie. Był jak cza­ru­jący książę z bajki, a nie męż­czy­zna z krwi i kości.

– O rany – wes­tchnęła Lyra z dru­giego końca pokoju, a ja ski­nę­łam głową w mil­cze­niu, w pełni się z nią zga­dza­jąc.

– Dro­gie panie – jego głos, słodki niczym whi­sky, spra­wił, że w mojej piersi roz­lało się cie­pło. Moja magia zami­go­tała we mnie, jakby prze­cią­gała się po dłu­gim odpo­czynku, gotowa powi­tać świat. Ona być może była gotowa, ale ja nie. Ostat­nią rze­czą, jakiej potrze­bo­wa­łam, było roz­bu­dze­nie mojej magii dzie­sięć sekund po nie­chcia­nym powro­cie do Briar­ha­ven. Cho­ciaż do moich dwu­dzie­stych pią­tych uro­dzin pozo­sta­wały jesz­cze dwa dni, świa­do­mość, że wkrótce osią­gnę peł­nię mocy, towa­rzy­szyła mi już od lat. Dla więk­szo­ści cza­row­nic był to dzień świę­to­wa­nia. Dla mnie? Coś jak ocze­ki­wa­nie na ude­rze­nie młotka sędziego ogła­sza­ją­cego wyrok.

– Nie­stety, będę musiał pro­sić was o opusz­cze­nie tego miej­sca.

Po tych sło­wach schy­lił się, pod­niósł moją torbę, wyszedł na śnieg i wło­żył ją z powro­tem do bagaż­nika mojego samo­chodu.

Ni­gdy wcze­śniej moja opi­nia o kimś nie zmie­niła się rów­nie szybko. Odwró­ci­łam się i spoj­rza­łam gniew­nie na pozo­stałe kobiety.

– Widzi­cie? Wie­dzia­łam, że powrót był błę­dem. – I wybie­głam na zewnątrz.

Rozdział 2. Sloane

Roz­dział 2

Slo­ane

Nie może­cie tutaj zostać.

Jego głę­boki głos wywo­łał dreszcz na mojej skó­rze. Zatrzy­ma­łam się gwał­tow­nie przy naszym pospiesz­nie zaku­pio­nym samo­cho­dzie, który zde­cy­do­wa­nie swoje dobre dni miał już za sobą. Spoj­rza­łam w górę, w górę i w górę, aż pochmurne, ark­tycz­nie nie­bie­skie oczy spo­tkały moje.

Oczy­wi­ście był też nie­zno­śnie wysoki. To naprawdę nie­spra­wie­dliwe, że nie­któ­rzy ludzie, jak Lyra, tra­fiają gene­tyczną szóstkę w totka. Oczy­wi­ście piękno jest kwe­stią subiek­tywną, ale podej­rze­wam, że trudno byłoby mi zna­leźć kogoś, kto nie uznałby tego męż­czy­zny za atrak­cyj­nego.

– Słu­cham? Mogę robić, co tylko zechcę, dzię­kuję bar­dzo. – Zamru­ga­łam, wycią­ga­jąc torbę z bagaż­nika i zmu­si­łam się do prze­ła­ma­nia hip­nozy, którą piękni ludzie nie­świa­do­mie wywie­rają na innych. Nie mogli nic na to pora­dzić, czego nauczy­łam się, mając Lyrę jako sio­strę. Ale jeśli chciało się prze­pro­wa­dzić sen­sowną roz­mowę, naj­le­piej było nie patrzeć im bez­po­śred­nio w oczy. Coś, jak z patrze­niem w stronę słońca.

– Nie do końca, nie w tej kwe­stii. Musi­cie wyje­chać z Briar­ha­ven. – Praw­dziwa twarz cza­ru­ją­cego księ­cia z bajki. Gapi­łam się na niego, gdy wyrwał mi torbę z ręki i ponow­nie wło­żył ją do samo­chodu.

Jedną z lek­cji, jakie wycią­gnę­łam z czę­stych prze­pro­wa­dzek w związku z nęka­jącą nas klą­twą, była ogra­ni­czona tole­ran­cja na słabe zagrywki ludzi. Nie musia­łam akcep­to­wać takiego zacho­wa­nia. W małych mia­stecz­kach ludzie w więk­szo­ści musieli utrzy­my­wać dobre sto­sunki z sąsia­dami, nawet jeśli mieli odmienne poglądy lub byli nie­przy­jemni. Ale nie ja. Ni­gdy nie miesz­ka­ły­śmy gdzieś wystar­cza­jąco długo, aby musieć doga­dy­wać się z sąsia­dami lub pole­gać na nich pod­czas kata­strofy w mie­ście lub innej tego typu sytu­acji, więc kiedy ludzie zacho­wy­wali się jak dupki, mogłam po pro­stu zwró­cić im na to uwagę, nie zasta­na­wia­jąc się, jak może to poten­cja­nie wpły­nąć na moją repu­ta­cję. Dokład­nie tak mia­łam zamiar postą­pić ze swoją nową naj­mniej ulu­bioną osobą na świe­cie.

– Masz pro­blemy ze słu­chem? Mogę robić, co tylko mi się podoba. Spa­daj na drzewo, Cza­ru­siu. – Wycią­gnę­łam torbę z samo­chodu i pobie­głam w kie­runku domu.

– Uwa­żasz, że jestem cza­ru­jący? – Odwró­ci­łam się i zoba­czy­łam, jak kącik jego ust unosi się w sek­sow­nym pół­u­śmie­chu, zamra­ża­jąc mnie w miej­scu w pró­bie zigno­ro­wa­nia nagłego przy­pływu pożą­da­nia. Krzyk­nę­łam cicho, gdy prze­mknął obok, zatrzy­mu­jąc mnie kilka kro­ków od drzwi i chwy­ta­jąc za uchwyt mojej torby. Wyry­wa­jąc ją z moich rąk, ruszył z powro­tem w stronę samo­chodu, odpy­cha­jąc mnie jak komara. Ogar­nęła mnie wście­kłość. Rzu­ci­łam się do przodu i chwy­ci­łam drugą stronę mate­riału, zmu­sza­jąc go do zwol­nie­nia tempa. Auten­tyczne zdzi­wie­nie wykwi­tło na jego twa­rzy.

– Co ty, do dia­bła, wypra­wiasz? – zapy­ta­łam, szar­piąc moc­niej.

Cza­ruś pocią­gnął bagaż do przodu, jakby prze­są­dza­jąc, że postawi na swoim, a ja śli­zga­łam się na śniegu, który już zdą­żył zgro­ma­dzić się u naszych stóp.

– Uwa­żaj sobie, kolego. Nie zamie­rzam…

Pośli­zgnę­łam się po raz kolejny i zabra­kło mi tchu, gdy macha­jąc rękoma usi­ło­wa­łam zła­pać rów­no­wagę, po czym pra­wie wylą­do­wa­łam w śniegu. Nie­stety, a może na szczę­ście, w zależ­no­ści od punktu widze­nia, w panice zdo­ła­łam zła­pać za klej­noty rodowe Cza­ru­sia. Sap­nął zasko­czony, ale jakimś cudem udało mu się uchwy­cić mnie jedną ręką, zanim upa­dłam na chod­nik, drugą się­ga­jąc w stronę swo­ich dóbr cie­le­snych.

I powiem wam, z cał­ko­wi­cie obiek­tyw­nego punktu widze­nia, jego dobra były wyso­kiej jako­ści.

Żaden męż­czy­zna nie powi­nien być obda­rzony tak wie­loma pozy­tyw­nymi cechami fizycz­nymi. Ozna­czało to nie­wąt­pli­wie, że w innych obsza­rach musiały wystę­po­wać u niego poważne braki. Praw­do­po­dob­nie cho­dziło o jego oso­bo­wość. Albo o jego oczy­wi­ste ocze­ki­wa­nie, iż wszy­scy powinni wyko­ny­wać jego pole­ce­nia. Sku­pia­jąc się na nega­tyw­nych aspek­tach, aby zigno­ro­wać pra­gnie­nie, które trze­po­tało w mojej piersi jak motyl pró­bu­jący uciec, spoj­rza­łam gniew­nie na jego ide­alną twarz. Jego ramię na­dal obej­mo­wało moją talię i nie mogłam nie zauwa­żyć, że był zbu­do­wany prak­tycz­nie z samych mię­śni.

No jak­żeby ina­czej.

Cza­ruś deli­kat­nie popra­wił swoją pozy­cję, lekko się skrzy­wił, a ja posła­łam mu swoje naj­tward­sze spoj­rze­nie.

– Nie zamie­rzam za to prze­pra­szać. Sam się o to pro­si­łeś.

– Zro­zu­mia­łem. – W jego gło­sie dało się wyczuć deli­katną nutę akcentu pół­noc­nej Szko­cji, a moje wnętrz­no­ści skrę­ciły się na ten dźwięk. Męż­czy­zna miał czel­ność odwró­cić się i ponow­nie ruszyć w stronę mojej torby, a ja mia­łam ochotę pode­tnąć mu nogi szyb­kim kop­nia­kiem. Powstrzy­mała mnie świa­do­mość, że praw­do­po­dob­nie zła­ma­ła­bym sobie stopę o te jego wszyst­kie mię­śnie. Nie­mniej jed­nak może uda­łoby mi się zadać mu cios karate w oboj­czyk, aby go odstra­szyć. Wes­tchnę­łam, sta­nę­łam mię­dzy nim a torbą i mach­nę­łam mu ręką przed twa­rzą.

– Halo? Pro­szę pana? Czy jest tam ktoś?

Uniósł brwi, ale nie odpo­wie­dział.

– Nie? Nic? Jesteś po pro­stu tym typem sil­nego, mil­czą­cego męż­czy­zny, co? Jestem pewna, że to działa na więk­szość kobiet w oko­licy, ale nie na nas. Cokol­wiek wypra­wiasz, po pro­stu prze­stań. To jest dom naszej babci i mamy pełne prawo ją odwie­dzać.

– Wiem dokład­nie, kim jesteś, Slo­ane.

Dla­czego, no dla­czego moje imię brzmiało tak dobrze w ustach tego gościa? Mia­łam ochotę wygiąć się w łuk jak kotka i przy­tu­lić do niego. Absur­dalne uczu­cie.

– W takim razie masz nade mną prze­wagę, bo ja nie mam poję­cia, kim jesteś ty. – Prze­szył mnie dreszcz, gdy zerwał się wiatr, a śnieg top­niał na moich policz­kach.

– Knox Douglas.

– Knox? – Otwo­rzy­łam usta ze zdzi­wie­nia. Ostatni raz, kiedy widzia­łam Knoxa Douglasa, był chu­dym chłop­cem z pry­wat­nej szkoły, ale nawet wtedy wszyst­kie dziew­czyny w mie­ście były w nim zako­chane. To naprawdę nie­spra­wie­dliwe, jak bar­dzo ten męż­czy­zna roz­kwitł od czasu, kiedy widzia­łam go po raz ostatni. U mnie jedyne „roz­kwity” to potówki na twa­rzy – efekt tego, że Lyra zacią­gnęła mnie do siód­mego kręgu pie­kła, czyli na swoje zaję­cia pila­tesu. Wyszłam stam­tąd, łapiąc powie­trze i przy­się­ga­jąc, że oddam swoje pier­wo­rodne dziecko, byle już ni­gdy wię­cej w nich nie uczest­ni­czyć.

Zanim zdą­ży­łam mru­gnąć, on ponow­nie chwy­cił bagaż. Zablo­ko­wa­łam go, ude­rza­jąc ręką w jego brzuch i odsu­wa­jąc od torby.

– Jesteś jedną z tych osób, któ­rym nikt nie odma­wia, prawda? – zapy­ta­łam.

Na twa­rzy Knoxa poja­wił się wyraz zdzi­wie­nia, jakby ni­gdy wcze­śniej nie brał pod uwagę moż­li­wo­ści, że ktoś mógłby odmó­wić wyko­na­nia jakie­go­kol­wiek z jego pole­ceń.

– Ach, lass7, tra­fi­łaś w sedno. W końcu jestem bur­mi­strzem.

– Założę się, że byłeś jedy­nym kan­dy­da­tem. – Uśmiech­nę­łam się sar­ka­stycz­nie, wyry­wa­jąc mu bagaż z rąk i wcią­ga­jąc go do środka, gdzie moja rodzina stała kilka kro­ków dalej, cho­wa­jąc się przed śnie­giem wpa­da­ją­cym do środka.

– Aye8, zga­dza się. – Potężna syl­wetka Knoxa wypeł­niła nasze drzwi.

– Jestem w szoku. – Męż­czyźni tacy jak on iry­to­wali kobiety takie jak ja. Nie iry­to­wali Lyry, ponie­waż oboje mówili tym samym języ­kiem świata, w któ­rym drzwi same się przed nimi otwie­rały, pre­zenty poja­wiały się na progu, a rachunki za kola­cję były zawsze w cudowny spo­sób opła­cane. Ale ja? Ja nie żyłam w tam­tym świe­cie.

– No pro­szę, czy to nie wee Knox Douglas, ależ wydo­ro­śla­łeś. Dawno cię nie widzia­łam. – Broca pode­szła na tyle bli­sko, na ile pozwa­lał jej cho­dzik, a Knox uśmiech­nął się do niej. To wła­śnie ten uśmiech mnie urzekł.

Prze­sta­łam myśleć logicz­nie.

– Czy to nie słynne cza­row­nice z klanu Mac­Gre­gor powró­ciły do Briar­ha­ven? Miło cię widzieć, Broco, nawet jeśli wyglą­dasz na odro­binę poobi­janą.

– Och, to tylko nie­wielki siniak. Nie ma się czym przej­mo­wać. – Uio­słam brwi, przy­słu­chu­jąc się babci flir­tu­ją­cej z Kno­xem. Nie wyda­wało mi się, że wymianę stawu bio­dro­wego można by zakwa­li­fi­ko­wać do kate­go­rii nie­wiel­kiego siniaka.

– Skoro tak miło jest ją widzieć, to dla­czego pró­bu­jesz nas wyrzu­cić?

Knox odwró­cił się w moją stronę, a uśmiech znik­nął z jego twa­rzy. W duchu pochwa­li­łam swoją umie­jęt­ność iry­to­wa­nia nawet naj­przy­stoj­niej­szych męż­czyzn.

– Cie­szy mnie, że wszystko u was dobrze – popra­wił się Knox. – Ale Briar­ha­ven nie wydaje się mieć dobrze przy waszej obec­no­ści, w związku z czym naprawdę muszę nale­gać, aby­ście wyje­chały.

– Kto powie­dział, że Briar­ha­ven nie ma się dobrze? – zapy­tała Nova, która swoim ponu­rym spoj­rze­niem i z wyta­tu­owa­nymi ramio­nami wyglą­dała na praw­dziwą twar­dzielkę. Mogła dodać zaczep­nym tonem: „Masz pro­blem, koleś?” i praw­do­po­dob­nie uszłoby jej to na sucho.

Ja wyglą­da­ła­bym jak zrzę­dliwa biblio­te­karka, który karci kogoś za odda­nie książki z opóź­nie­niem.

– No wła­śnie, kto tak twier­dzi? – Wow, świetna odzywka, brawo ja.

Spoj­rze­nie Knoxa powró­ciło w moją stronę, a mnie zaparło dech w pier­siach i poczu­łam, że pochy­lam się, naprawdę pochy­lam, do przodu, jakby jego bli­skość w jakiś spo­sób przy­cią­gała mnie swoją siłą gra­wi­ta­cyjną. Czyżby sto­so­wał na mnie jakąś magiczną sztuczkę, która miała mnie do niego prze­ko­nać? Jeśli tak, to tylko potę­go­wało to moją iry­ta­cję, ponie­waż nie cier­pia­łam, gdy ludzie uży­wali na mnie magii, czy jakich­kol­wiek innych środ­ków przy­musu. Knox odwró­cił się i wska­zał na fron­towe drzwi, za któ­rymi sza­lał śnieg.

– Dowód rze­czowy A.

– Nic nie­zwy­kłego w Szko­cji – prych­nęła Nova, krzy­żu­jąc ręce na piersi.

– A może odro­bina śniegu wystar­czy, żebyś uciekł z powro­tem do swo­jego zamku peł­nego prze­cią­gów?

– Nie ucie­kam, a mój zamek jest wystar­cza­jąco szczelny, bym nie przej­mo­wał się mroź­nymi, zimo­wymi nocami.

Zapo­mnia­łam, że mieszka w zamku. Moja iry­ta­cja się­gnęła zenitu.

– Dro­gie panie, rozu­miem, że chce­cie być w domu, aby pomóc Broce, ale wasza obec­ność tutaj ma nega­tywny wpływ na tury­stykę. Minęło już tro­chę czasu, odkąd rodzina Mac­Gre­go­rów miesz­kała w mie­ście, a od czasu waszego wyjazdu wiele się tu zmie­niło. Ciężko pra­co­wa­li­śmy, aby zbu­do­wać naszą repu­ta­cję, zapro­jek­to­wać sta­ran­nie prze­my­ślane i dobrze zapla­no­wane mia­sto, któ­rego motyw prze­wodni pozwala ludziom takim jak my bez­piecz­nie tu miesz­kać, a także zachęca tury­stów do wyda­wa­nia pie­nię­dzy. To sytu­acja, na któ­rej wszy­scy zyskują, a o którą ciężko wal­czy­li­śmy. Ostat­nią rze­czą, jakiej potrze­bu­jemy lub chcemy, jest trio roz­trze­pa­nych cza­row­nic, które wszystko nam zepsują.

– Roz­trze­pa­nych? – Unio­słam brew, odsu­wa­jąc Lyrę na bok i zbli­ża­jąc się do niego. Przy­po­mi­na­jąc sobie coś z dzie­ciń­stwa, szturch­nę­łam Knoxa w klatkę pier­siową. – Nie jesteś już mile widziany w tym domu.

Ku mojej ogrom­nej rado­ści magia sta­rego domu na­dal dzia­łała. Knox został wyrzu­cony ze środka na ganek, a drzwi zatrza­snęły się z hukiem przed jego nosem.

– No, cał­kiem fajna sztuczka – stwier­dziła Nova.

– Czy on jest wam­pi­rem? Myśla­łam, że to działa tylko na wam­piry. – Lyra odwró­ciła się do mnie, a na jej ślicz­nej twa­rzy malo­wało się zdzi­wie­nie.

– To zaklę­cie ochronne – powie­działa Broca, pod­cho­dząc do nas. – Nała­do­wa­łam bariery, kiedy wró­ci­łam, i muszę przy­znać, że jestem z sie­bie bar­dzo zado­wo­lona. Zadzia­łało świet­nie. Dobra robota, Slo­ane.

Roz­le­gło się puka­nie do drzwi.

– Idź sobie! – krzyk­nę­ły­śmy rów­no­cze­śnie.

– Dro­gie panie, musimy poroz­ma­wiać. Wasza klą­twa znisz­czy mia­sto, a ja nie mogę na to pozwo­lić. Podaj­cie swoją cenę.

Spoj­rza­ły­śmy po sobie.

– Czy on wła­śnie pró­buje nas prze­ku­pić? – Nie kry­łam zdzi­wie­nia.

– Cie­kawe, ile zaofe­ruje. Mia­łam na oku nowy robot kuchenny. – Lyra dotknęła wypie­lę­gno­wa­nym paznok­ciem swo­ich ust. Była uro­dzoną influ­en­cerką, a jej talen­tem była umie­jęt­ność świet­nego goto­wa­nia. Pro­wa­dziła popu­larny kanał kuli­narny na YouTube, dzięki czemu mogła sobie pozwo­lić na tyle robo­tów kuchen­nych, ile tylko pra­gnęła.

– Może wystar­cza­jąco, żeby otwo­rzyć salon tatu­ażu? – zasta­na­wiała się Nova.

– Nie potrze­bu­jemy jego pie­nię­dzy – przy­po­mniała im Broca. Bycie cza­row­nicą miało swoje zalety, a jedną z nich była nie­zwy­kła umie­jęt­ność traf­nych inwe­sty­cji na prze­strzeni lat. Może nie nazwa­ła­bym tego kon­kret­nie wyko­rzy­sty­wa­niem pouf­nych infor­ma­cji, ale nie powie­dzia­ła­bym też, że nasze inwe­sty­cje nie były tu i ówdzie dodat­kowo wspie­rane przez magiczne zdol­no­ści.

Puka­nie nie usta­wało.

– Ni­gdzie się nie wybie­ram.

Wyobra­zi­łam sobie, jak sie­dzi na naszym ganku, aż cały pokrywa się śnie­giem i tro­chę zro­biło mi się go żal. Wes­tchnę­łam, uchy­li­łam drzwi i wyj­rza­łam na zewnątrz. Śnieg na­dal padał, grube, puszy­ste płatki tań­czyły w świe­tle latarni, osa­dza­jąc się na ide­al­nej linii szczęki Knoxa.

– Ktoś mógłby powie­dzieć, że głu­potą byłoby sie­dze­nie na ganku i zamar­z­nię­cie na śmierć pod­czas śnie­życy, więc chcia­ła­bym wie­rzyć, że masz wystar­cza­jąco dużo instynktu samo­za­cho­waw­czego, aby wró­cić do domu.

– Pójdę sobie, gdy wy sobie pój­dzie­cie. – Knox uniósł brodę, a w jego oczach poja­wił się uparty błysk.

– Ile ty masz lat, dwa­na­ście? Pójdę, jeśli ty pój­dziesz? – Pod­nio­słam ręce. – Ty serio mówi­łeś prawdę: ludzie ni­gdy ci nie odma­wiają, co? – Zamru­gał, a w jego oczach poja­wiła się fru­stra­cja.

– Jak już wspo­mnia­łem, nie zda­rza się to tutaj zbyt czę­sto.

– A więc potrak­tuj to jako lek­cję życia. – Bez­czel­nie się­gnę­łam przez drzwi i pokle­pa­łam go po policzku w naj­bar­dziej pro­tek­cjo­nalny spo­sób, jaki tylko potra­fi­łam. Fru­stra­cja na jego przy­stoj­nej twa­rzy zmie­niła się w iry­ta­cję, a ja nie mogłam być bar­dziej zado­wo­lona z sie­bie. – Dla two­jej wia­do­mo­ści, jeste­śmy tu, aby prze­ła­mać klą­twę. Wkrótce wszystko napra­wimy, a twoje cenne mia­sto nie ucierpi. W mię­dzy­cza­sie pro­po­nuję wycią­gnąć łyżwy i cie­szyć się wcze­sną zimą.

Jego oczy zwę­ziły się.

– Cudowny pomysł. – Sar­kazm wycie­kał z każ­dego słowa. – Cho­ciaż zde­cy­do­wa­nie wolę łatwiej­sze roz­wią­za­nie – wasz wyjazd.

– Nie zawsze możemy dostać to, czego chcemy, czyż nie?

– Powta­rzam, że zazwy­czaj nie spo­ty­kam się z tego typu pro­ble­mem.

– Mówił ci ktoś kie­dyś, że jesteś aro­gancki? – Czy on naprawdę nie zamie­rzał zosta­wić nas w spo­koju? Cała sytu­acja prze­stała być iry­tu­jąca i stała się wku­rza­jąca.

– Nie przy­po­mi­nam sobie. – Knox skrzy­żo­wał ramiona, roz­wa­ża­jąc moje słowa. Naprawdę je roz­wa­żał, a nie tylko uda­wał, żeby mnie zbyć. – Po pro­stu zazwy­czaj wszystko idzie po mojej myśli. – Nie mia­łam co do tego wąt­pli­wo­ści, bio­rąc pod uwagę jego urok i przy­stojną apa­ry­cję.

– Potra­fię to zro­zu­mieć – zgo­dziła się Lyra za moimi ple­cami.

– Posłu­chaj, Knox. Jeste­śmy w Briar­ha­ven od około trzech sekund. W tym cza­sie ledwo zdą­ży­łam przy­tu­lić bab­cię, nie mówiąc już o tym, żeby wymy­ślić, jak i kiedy prze­ła­mać klą­twę. Czy mogę więc uprzej­mie zasu­ge­ro­wać, żebyś się odcze­pił i dał nam chwilę na zła­pa­nie odde­chu? Z praw­nego punktu widze­nia nie masz pod­staw, aby nas eks­mi­to­wać, a jeśli będziesz na­dal spra­wiał kło­poty, zadzwo­nię na poli­cję.

W odpo­wie­dzi uśmiech­nął się sze­roko, ujaw­nia­jąc dołe­czek w jed­nym z policz­ków. Wes­tchną­łam i lekko ude­rzy­łam głową o fra­mugę drzwi.

– Pro­szę, nie mów mi, że jesteś też poli­cjan­tem?

– Nie ma tu zbyt­niego zapo­trze­bo­wa­nia na poli­cję, Slo­ane.

Znów to samo: moje imię na jego ustach. Dla­czego brzmiało tak dobrze?

– Pro­szę, po pro­stu odejdź. Bła­gam cię. Jecha­ły­śmy tutaj całe wieki. Poin­for­muję cię o postę­pach w znie­sie­niu klą­twy, jak tylko będę cokol­wiek wie­działa. Wiesz, co na pewno nie będzie pomocne?

– Co takiego? – Knox skrzy­żo­wał ręce na piersi.

– Ty. Twoja obec­ność tutaj. Prze­szka­dza­nie nam. – Po tych sło­wach zamknę­łam drzwi, a kiedy zapa­dła cisza, wypu­ści­łam drżący oddech. Tępy ból pul­so­wał mi w czole i zda­łam sobie sprawę, że nie pra­gnę niczego bar­dziej, niż zanu­rzyć twarz w poduszce na jakieś dzie­sięć godzin.

– Idę do łóżka. Uprzej­mie pro­szę wszyst­kich, aby zosta­wili mnie w spo­koju.

Wbie­głam po scho­dach, kie­ru­jąc się auto­ma­tycz­nie do swo­jego pokoju z dzie­ciń­stwa, a głos Novy cią­gnął się za mną.

– Nie przej­muj się Slo­ane, Broco. Ma po pro­stu zły humor. I, szcze­rze mówiąc, pro­wa­dziła samo­chód przez wiele godzin. Wyśpi się, to poczuje się lepiej.

– Nie przy­pusz­czam, aby to jazda samo­cho­dem wpra­wiła ją w taki nastrój.

Rozdział 3. Sloane

Roz­dział 3

Slo­ane

Prze­bu­dzi­łam się, jak zwy­kle, bar­dzo szybko. Nawyk bły­ska­wicz­nego prze­cho­dze­nia ze snu do stanu peł­nego roz­bu­dze­nia wyro­bi­łam sobie przez lata spę­dzone w podróży. Zamru­ga­łam, patrząc na przy­kle­jone do sufitu pla­sti­kowe gwiazdy świe­cące w ciem­no­ści i poświę­ci­łam chwilę na ponowne zorien­to­wa­nie się w sytu­acji.

Byłam w Briar­ha­ven.

Leża­łam w moim dzie­cię­cym łóżku, które oka­zało się zaska­ku­jąco wygodne, bio­rąc pod uwagę, jak wiele czasu minęło, odkąd spa­łam w nim po raz ostatni. Zapach śnia­da­nia draż­nił mi noz­drza, a przez lekko uchy­lone drzwi sypialni docie­rały do mnie strzępki roz­mów. Przez chwilę pozwo­li­łam swoim myślom wędro­wać w stronę wspo­mnień z dzie­ciń­stwa.

W te dobre poranki grała muzyka disco, a ubrana w coś kolo­ro­wego lub błysz­czą­cego Broca śpie­wała, a może nawet tań­czyła, poru­sza­jąc bio­drami, w rytm pio­se­nek z radia. Była okropną kucharką, ale kochaną bab­cią, a moja miłość do muzyki i nie­wy­bred­nych posił­ków pocho­dziła bez­po­śred­nio od niej. Więk­szość ludzi zapy­tana o swoje ulu­bione śnia­da­nie z dzie­ciń­stwa, praw­do­po­dob­nie myślała o czymś w rodzaju nale­śni­ków lub gofrów. Moim ulu­bio­nym daniem był ser w tubce – oczy­wi­ście naj­le­piej marki Pri­mula9 – na kra­ker­sach Ritza z jed­nym małym kawał­kiem bekonu na wierz­chu. W połą­cze­niu z fili­żanką paru­ją­cej her­baty sta­no­wiło to moje ide­alne śnia­da­nie. Broca nie była osobą, która zwra­ca­łaby uwagę na szcze­góły, jak prze­pisy kuli­narne, czy wyko­ny­wa­nie nud­nych prac domo­wych. Po co mia­łaby to robić, skoro cze­kały przy­jem­niej­sze rze­czy, na przy­kład taniec czy naucza­nie magii?

W poranki, któ­rych nie wspo­mi­nam naj­le­piej, moja matka krzy­czała na ojca lub to on krzy­czał na nią i przy­naj­mniej jedno naczy­nie zawsze zosta­wało stłu­czone. Moja matka miała talent do dra­ma­ty­zo­wa­nia i cza­sami zasta­na­wia­łam się, czy lubiła się kłó­cić tylko po to, żeby mieć pre­tekst do roz­bi­cia cze­go­kol­wiek. Jej magia zaj­mo­wała się sprzą­ta­niem bała­ganu, więc roz­bi­ja­nie tale­rzy nie miało żad­nych kon­se­kwen­cji poza abso­lut­nie nie­pa­su­jącą do sie­bie zastawą sto­łową. No i prze­ra­że­niem córek. Nie­któ­rzy ludzie chyba roz­bi­jali rze­czy dla czy­stej potrzeby rzu­ce­nia czym­kol­wiek.

Zauwa­żyw­szy moją torbę u stóp łóżka, wes­tchnę­łam z ulgą. Nova praw­do­po­dob­nie zmie­rzyła się ze śnie­giem i wcią­gnęła ją po scho­dach. Prze­cią­ga­jąc się, narzu­ci­łam na sie­bie koc i pode­szłam do okna, aby przyj­rzeć się Briar­ha­ven w świe­tle dzien­nym. Śnieg na­dal padał, ale nieco mniej inten­syw­nie, niż poprzed­niego wie­czoru. Star­szy męż­czy­zna odśnie­ża­jący chod­nik przed swoim domem doj­rzał mnie w oknie, wypro­sto­wał się i uniósł dwa palce, by­naj­mniej nie w geście pokoju. Przy­glą­dał mi się spod krza­cza­stych brwi, więc uśmiech­nę­łam się pro­mien­nie, macha­jąc do niego entu­zja­stycz­nie, celowo błęd­nie inter­pre­tu­jąc jego nie­grzeczny gest.

Nocą musiało gęsto sypać, bo śnieg osią­gnął co naj­mniej kil­ka­ście cen­ty­me­trów głę­bo­ko­ści, a w miej­scach, gdzie wiatr zepchnął go w zaspy, musiało być go jesz­cze wię­cej. Pia­skarki roz­rzu­cały sól na uli­cach. Prze­je­chał Śnie­go­żerca i wybuch­nę­łam śmie­chem, przy­po­mi­na­jąc sobie skłon­ność Szko­tów do nada­wa­nia pia­skar­kom zabaw­nych nazw. Moim ulu­bio­nym był Harry Pług­ger, cho­ciaż Lyra wolała Eda Śnie­żana. Nova pre­fe­ro­wała Pług Vadera i Płu­gi­na­tora i nie mogłam jej za to winić. Obie nazwy mogły śmiało kon­ku­ro­wać o tytuł naj­ory­gi­nal­niej­szej. Sól roz­sy­py­wała się na świeżo oczysz­czo­nej ulicy, ale śnieg padał coraz inten­syw­niej, jakby ziry­to­wany fak­tem, że ktoś pró­bo­wał zruj­no­wać jego ciężką pracę.

Wes­tchnę­łam. Byłam przy­zwy­cza­jona do życia z klą­twą, co nie ozna­czało, że w pełni ją akcep­to­wa­łam. Nie mogłam winić Broki za naka­za­nie nam powrotu do domu, aby spró­bo­wać prze­ła­mać tę prze­klętą… no cóż, klą­twę, i żyć bez zasad narzu­co­nych nam przez pewną bar­dzo roz­gnie­waną cza­row­nicę o zła­ma­nym sercu. Tym bar­dziej że cała sytu­acja miała miej­sce wieki temu. Czę­ste prze­pro­wadzki sta­wały się męczące, a była to tylko część pro­blemu, z któ­rym zmu­szona była mie­rzyć się moja rodzina.

Nie­źle się zapo­wiada, prawda? No wła­śnie nie bar­dzo.

Otu­li­łam się moc­niej kocem, czu­jąc nie­po­kój w głębi serca. Pomy­śla­łam o kolej­nej czę­ści klą­twy, która, według wszyst­kich zna­ków na nie­bie i ziemi, miała mnie dopaść już następ­nego dnia.

Dwu­dzie­ste piąte uro­dziny. Dzień, kiedy wszyst­kie cza­row­nice osią­gały peł­nię mocy.

Z miej­sca, z któ­rego spo­glą­da­łam na mia­sto, Briar­ha­ven roz­cią­gało się krę­tymi ulicz­kami, two­rząc swego rodzaju labi­rynt, a nad wszyst­kim góro­wał wysta­jący zza wzgó­rza zamek. W świe­tle dzien­nym, z pokry­tymi śnie­giem dachami, dymem wydo­by­wa­ją­cym się z komi­nów i słoń­cem prze­świ­tu­ją­cym przez cięż­kie chmury, mia­sto wyglą­dało uro­czo i przy­tul­nie. Sank­tu­arium dla magicz­nych istot – cza­row­nic, wró­żek, skrza­tów i wielu innych – o któ­rym zwy­kli ludzie nie mieli poję­cia, a także jedyne miej­sce, w któ­rym Mac­Gre­go­ro­wie zdo­łali miesz­kać dłu­żej niż rok. W tej chwili część mnie pra­gnęła się tu osie­dlić, głów­nie dla­tego, że byłam zmę­czona cią­głym podró­żo­wa­niem. Jed­no­cze­śnie przy­gnę­bia­jące wspo­mnie­nia z dzie­ciń­stwa spra­wiały, że nie mogłam się docze­kać, aby wyje­chać.

Może Broca miała rację. Może jej wizja o trzech sio­strach łamią­cych klą­twę mogła się speł­nić. Nie byłaby to pierw­sza sytu­acja, w któ­rej Broca miała rację, cho­ciaż sta­ra­łam się, żeby ni­gdy jej o tym nie wspo­mi­nać. Nie ma potrzeby kar­mić jej i tak już wybu­ja­łego ego.

Moje oczy skie­ro­wały się w stronę zamku. Czy Knox stał wła­śnie w oknie? Może patrzył w mil­cze­niu na swoje mia­sto i z daleka posy­łał nam nie­na­wistne spoj­rze­nie?

Ku mojej nie­zmier­nej iry­ta­cji, poja­wił się w moich snach.

Przy­ci­snął mnie do samo­chodu, a jego grzeszne usta wędru­jące po mej szyi spra­wiały, że lodo­waty śnieg top­niał na naszej roz­grza­nej skó­rze.

– Slo­ane? Nie śpisz? – Dobiegł mnie głos Novy sto­ją­cej u pod­nóża scho­dów.

– Nie, już scho­dzę. – Naj­le­piej będzie od razu prze­rwać myśle­nie o nim, ponie­waż brak męż­czyzn w moim życiu miał na mnie naj­wy­raź­niej bar­dzo zgubny wpływ. Wło­ży­łam podartą bluzę z kap­tu­rem – pre­zent od Broki, którą zosta­wi­łam w swoim pokoju lata temu. Cekiny na przo­dzie ukła­dały się w świe­cący napis „Mam różdżkę i nie zawa­ham się jej użyć”. Wcią­gnę­łam na nogi leg­ginsy i grube weł­niane skar­pety, po czym zeszłam na pogrą­żony w cha­osie par­ter domu.

Broca sie­działa w fotelu z nogami wycią­gnię­tymi do góry, ubrana w jaskra­wo­ró­żowy szla­frok z pió­rami na man­kie­tach i dokle­jo­nymi sztucz­nymi dia­men­tami. Rów­nie dobrze mogłaby wyle­gi­wać się na pokła­dzie eks­klu­zyw­nego jachtu, a nie na wybla­kłym fotelu pod oknem w salo­nie. W tle roz­brzmie­wała muzyka disco, a bab­cia trzy­mała rękę w powie­trzu, lekko manew­ru­jąc naczy­niami za pomocą magii, pod­czas gdy Lyra i Nova cho­wały się w kuchni.

– Nie poma­gasz – wark­nęła Lyra z iry­ta­cją.

Wszystko opa­dło na blat, gdy roz­le­gło się puka­nie do drzwi.

– Kto, u licha, ma czel­ność pukać do naszych drzwi przed ósmą rano? Nie mają nic lep­szego do roboty? Na przy­kład pójść do pracy? – Uda­łam, że posy­łam komuś prawy sier­powy, wyobra­ża­jąc sobie Knoxa ponow­nie sto­ją­cego na naszym ganku. Prze­szłam przez pokój i otwo­rzy­łam drzwi, gotowa powie­dzieć mu, co o nim myślę, ale zamiast niego ujrza­łam kobietę w jasno­ró­żo­wym kostiu­mie z ide­al­nie uło­żo­nymi blond wło­sami i sztucz­nym uśmie­chem na twa­rzy. Za nią stały jesz­cze dwie kobiety, jedna uśmiech­nięta, druga patrząca na śnieg z nie­ukry­waną iry­ta­cją.

– Witamy w Briar­ha­ven!

– O cho­lera, to ta andro­idka – syk­nęła Nova, sta­jąc za moimi ple­cami i kła­dąc mi rękę na ramie­niu.

– Jeste­śmy sza­le­nie rade, iż cza­row­nice z klanu Mac­Gre­gor w końcu powró­ciły, tym bar­dziej że były­śmy zmu­szone wziąć na swoje barki cię­żar waszych obo­wiąz­ków w Uro­kach. Na pewno jeste­ście zmę­czone podróżą, a bio­rąc pod uwagę stan tego domu… – kobieta spoj­rzała ponad naszymi ple­cami na zaku­rzone prze­ście­ra­dła pokry­wa­jące więk­szość mebli w salo­nie, a jej twarz wyra­żała nie­skry­waną dez­apro­batę – …pomy­śla­łam, że nie będzie­cie miały sił, by cokol­wiek ugo­to­wać. Przy­nio­słam wam zapie­kankę, powinna wystar­czyć na dzi­siaj.

– Uroki? – szep­nęła Nova. Wzru­szy­łam tylko ramio­nami, nie­pewna, czy bez­piecz­nie jest wyko­ny­wać jakie­kol­wiek gwał­towne ruchy w pobliżu andro­idki. Cof­nę­łam się, gdy wszyst­kie trzy kobiety weszły do środka i unio­słam brwi, gdy Różowy Kostiu­mik się­gnęła do swo­jej małej torebki i wyjęła z niej paru­jącą zapie­kankę. Pojem­nik był co naj­mniej trzy razy więk­szy od torebki.

– Przy­znaję, sprytna sztuczka – rze­kła Lyra.

– Nazy­wam się Mandy Meadows, jestem przy­wód­czy­nią Uro­ków i chcia­łam wraz z moim komi­te­tem ofi­cjal­nie was powi­tać – wykrzyk­nęła Mandy rado­snym, mecha­nicz­nym gło­sem. – Co prawda wasza bab­cia zdo­łała zacho­wać należne wam miej­sca, uczest­ni­cząc w naszych spo­tka­niach przez Zoom, ale o ileż lepiej będzie spo­ty­kać się na żywo, teraz, gdy jeste­ście na miej­scu.

Nie do końca rozu­mia­łam papla­ninę Mandy, za bar­dzo sku­pia­jąc się na jej sztucz­nym uśmie­chu i wytrzesz­czo­nych nie­bie­skich oczach.

– Chwi­leczkę, co pro­szę? Należne nam miej­sca gdzie? – Obró­ci­łam się, aby spoj­rzeć na Brocę. – O czym ona mówi?

– Och, kocha­nien­kie, o waszym saba­cie oczy­wi­ście.

– Naszym saba­cie? – Lyra z pod­eks­cy­to­wa­niem nabrała powie­trza. Zawsze naj­bar­dziej z naszej trójki inte­re­so­wała się opo­wie­ściami o cza­row­ni­cach, które ser­wo­wała nam mama. Mnie na rękę było igno­ro­wa­nie naszego pocho­dze­nia, ponie­waż jak dotąd przy­no­siło nam ono tylko nie­szczę­ście i zakłó­cało codzienną rutynę. Poja­wie­nie się Mandy Meadows, wyglą­da­ją­cej jak człon­kini eli­tar­nego klubu dla wyż­szych sfer, w dodatku na lek­kim haju, przy­wró­ciło nas do rze­czy­wi­sto­ści i przy­po­mniało o naszym dzie­dzic­twie.

– Wasza matka nie opo­wia­dała wam o naszym saba­cie? – Broca zmarsz­czyła brwi.

– Nie. – Nie­omal wark­nę­łam.

– Ależ nie ma mowy o pomyłce. – Mandy uśmiech­nęła się pro­mien­nie i kiwała głową, moim zda­niem nieco zbyt entu­zja­stycz­nie, jak jedna z tych figu­rek z ruchomą głową, które kupuje się na sta­cjach ben­zy­no­wych i przy­cze­pia do deski roz­dziel­czej. – Przy­słu­gują wam dzie­dziczne miej­sca w naj­bar­dziej eli­tar­nym saba­cie w Briar­ha­ven – Uro­kach.

Dobra, czas zdu­sić to nie­po­ro­zu­mie­nie w zarodku.

– Nie mam poję­cia, o czym mówisz. – Pode­szłam do Mandy, deli­kat­nie chwy­ci­łam ją za ramię i popchną­łam w stronę drzwi. – Ale jestem pewna, że znaj­dziemy inny moment, żeby o tym poroz­ma­wiać. Mamy za sobą kilka dłu­gich dni w podróży i nie widzia­ły­śmy naszej babci od lat. – Mama zro­biła wszystko, co mogła, żeby odciąć nas od Broki, cią­ga­jąc nas za sobą po Sta­nach Zjed­no­czo­nych, a kiedy byłam już wystar­cza­jąco doro­sła, aby zająć się moimi sio­strami, sku­pi­łam się po pro­stu na pró­bie usa­mo­dziel­nie­nia. I szcze­rze mówiąc, żadna z nas nie była wtedy gotowa na powrót do Szko­cji. Teraz, widząc Brocę ponow­nie, zda­łam sobie sprawę, jak bar­dzo za nią tęsk­ni­ły­śmy.

– Znam świetną panią od sprzą­ta­nia – padło z ust jed­nej z kobiet, która wyglą­dała, jakby koniecz­nie chciała jakoś pomóc. Ubrana była w neo­no­wo­ró­żowy kostium. Stała z roz­czo­chraną fry­zurą i ogromną torbą na ramie­niu, która wyglą­dała, jakby mogła pomie­ścić broń wystar­cza­jącą do poko­na­nia małej armii.

– Jestem Feli­city She­ri­dan, wice­pre­ze­ska Uro­ków. Zero dramy, tylko czary! – Przy­się­gam, że pra­wie zasa­lu­to­wała. Spoj­rza­łam przez ramię na Novę, która bez­gło­śnie powtó­rzyła: „Zero dramy, tylko czary”. Posła­łam jej ostrze­gaw­cze spoj­rze­nie, po czym odwró­ci­łam się ku trze­ciej kobie­cie, patrzą­cej na mnie z wyra­zem zro­zu­mie­nia. – Tam Sul­li­van. Skarb­nik i twar­dzielka w każ­dym calu, jeśli wypada mi tak o sobie powie­dzieć. – Tam uści­snęła moją dłoń z taką siłą, że aż zatrzesz­czały mi kości. Była kobietą po pięć­dzie­siątce, ubraną w dres Adi­dasa, z krótko przy­strzy­żo­nymi wło­sami i błysz­czą­cymi, inte­li­gent­nymi oczami. – Nie pozwól tym dwóm zro­bić sobie pra­nia mózgu.

– Na litość boską, Tam. Dopiero co je pozna­łaś – syk­nęła Mandy, posy­ła­jąc kole­żance gniewne spoj­rze­nie.

– Ktoś musi przy­go­to­wy­wać ludzi na wasz tem­pe­ra­ment.

– Doprawdy? Czyż­by­śmy miały aż tak trudne cha­rak­tery? Lubię myśleć, że wszy­scy nas lubią. Jak watę cukrową czy lizaki. – Feli­city poło­żyła ręce na bio­drach, przy­po­mi­na­jąc wście­kłego gnoma z nie­chluj­nym kokiem na gło­wie.

– Od kiedy to wszy­scy lubią watę cukrową? – Tam scho­wała ręce w kie­sze­niach.

Feli­city jęk­nęła, jakby Tam wła­śnie powie­działa jej, że codzien­nie przed śnia­da­niem topi kocięta.

– Austra­lij­czycy nazy­wają watę cukrową wróż­ko­wymi nit­kami – zauwa­żyła Lyra. Kiedy były­śmy dziećmi, nie było żad­nych rado­snych rodzin­nych wycie­czek do cyrku. Gdy tylko prze­pro­wa­dzi­ły­śmy się do Sta­nów Zjed­no­czo­nych i prze­ję­łam obo­wiązki opieki nad sio­strami, sta­ra­łam się to zmie­nić. Teraz nie mogłam ode­rwać wzroku od tych trzech oso­bli­wych kobiet.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

1.Slán abha­ile – zwrot w języku irlandz­kim. Uży­wany, gdy życzymy komuś bez­piecz­nej drogi do domu. Wszyst­kie przy­pisy pocho­dzą od tłu­maczki. [wróć]

2.Jedy­nie z serc pły­nie – Robert Burns Z wier­szy szkoc­kich, Pierw­szy list do Daviego kolegi po pió­rze, Pań­stwowy Insty­tut Wydaw­ni­czy, War­szawa 1956, s. 32. [wróć]

3. High­land coo – krowa szkoc­kiej rasy High­land, samiec teo­re­tycz­nie nazywa się High­land bull, ale powszech­nie używa się nazwy High­land coo rów­nież dla sam­ców. [wróć]

4. Mabon – święto rów­no­nocy jesien­nej. [wróć]

5. Oset to naro­dowy kwiat Szko­cji i jeden z jej sym­boli. [wróć]

6. Shite – (czyt. szajt) szkocka wer­sja angiel­skiego słowa shit, które w tym kon­tek­ście prze­tłu­ma­czy­li­by­śmy na nasze „cho­lera”. [wróć]

7.Lass – dziew­czyna (słowo uży­wane powszech­nie w Szko­cji). [wróć]

8.Aye – tak (słowo uży­wane powszech­nie w Szko­cji). [wróć]

9. Pri­mula – bry­tyj­ska marka znana z pro­duk­cji serów topio­nych w tub­kach, zało­żona w 1924. [wróć]