49,90 zł
Ona jest przeklęta. On wściekły.
A dla najbardziej magicznego miasteczka w Szkocji, ich konflikt może oznaczać katastrofę.
Sloane MacGregor przysięgła, że nigdy nie wróci do Briarhaven, ale zbliżające się dwudzieste piąte urodziny — dzień, w którym czarownice uzyskują swoją moc — zmuszają ją do powrotu. Babcia żąda od niej wykonania jednego, drobnego zadania: złamać przekleństwo ciągnące się przez wieki w ich rodzie.
Knox Douglas, ponury burmistrz Briarhaven, niestrudzenie pracuje, by uczynić miasteczko azylem dla magicznych istot.
Ostatnią rzeczą, jakiej potrzebuje, jest przeklęta MacGregor, która wszystko zepsuje.
Nieważne, że kiedyś się w niej podkochiwał. Dla dobra Briarhaven Sloane musi odejść.
Ale magia ma własne plany — a w Briarhaven miłość naprawdę jest czarownicą.
„Czarujące, pełne ciepła i urocze – LOVE'S A WITCH to wszystko, czego można sobie życzyć od romantycznej historii o czarownicach – i jeszcze więcej! Pełna rodzinnych więzi, uroku szkockiego miasteczka i absolutnie wspaniałego kota-przewodnika uwielbiającego ser, ta książka wciąga tak bardzo, że nie chce się jej opuszczać!”
– Sarah Beth Durst, autorka bestsellerów The New York Times, “Magia spod lady”
„Gdybym miała opisać Love’s a Witch jednym słowem, byłoby to: ‘czarująca!’ Ta romantyczna komedia fantasy, osadzona w małej szkockiej wiosce, zachwyci każdego, kto szuka gorących facetów w kilcie, błyskotliwych dialogów i pradawnych magicznych klątw. Niezwykle satysfakcjonująca lektura!”
– Elizabeth Hunter, autorka bestsellerów USA Today
„Tricia O'Malley z wdziękiem tka magiczny świat czarownic, romansu i siostrzeństwa w tej przezabawnej komedii romantycznej o wrogach, którzy zostają kochankami. Love's a Witch pełna jest uroku małego miasteczka, błyskotliwych dialogów i ekscentrycznych postaci, w których zakochałam się od pierwszej strony.”
– Helena Hunting, autorka bestsellerów The New York Times
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 372
Tytuł oryginału: Love’s A Witch
Wydawca: Joanna Laprus-Mikulska Redaktor prowadzący: Paulina Kostrzyńska Redakcja: Karolina Saganowska Korekta: Marzena Kłos
Copyright © by Tricia O’Malley, 2025 Copyright © for the Polish translation by Ember Reid, 2025
Producent Dressler Dublin Sp. z o.o. 05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91 e-mail: sekretariat@dressler.com.pl tel. + 48 22 733 50 00 www.dressler.com.pl
Dane do kontaktu Wydawnictwo Świat Książki 02-103 Warszawa, ul. Hankiewicza 2 e-mail: biuro@swiatksiazki.pl tel. + 48 22 45 70 402 www.wydawnictwoswiatksiazki.pl
Warszawa 2026
Księgarnie internetowe: swiatksiazki.pl, ksiazki.pl, czytam.pl
Dystrybucja Dressler Dublin Sp. z o.o. 05-850 Ożarów Mazowiecki ul. Poznańska 91 e-mail: dystrybucja@dressler.com.pl tel. + 48 22 733 50 31/32 www.dressler.com.pl
ISBN 978-83-68812-15-2
Wersję elektroniczną w systemie Zecer przygotowała Róża Rozaxa
Blue – mojemu Anam Cara.
Slán abhaile1
Od autorki:
Anam Cara to gaelicki termin, który można luźno przetłumaczyć jako „przyjaciel duszy” lub „towarzysz duszy”. To idealne określenie dla Blue, mojego słodkiego psiaka, którego straciłam na początku tego roku. Trzymacie w rękach pierwszą książkę, którą napisałam bez moich obu chłopców u boku, ale mam nadzieję, że czujecie zarówno moją, jak i ich miłość na kartach wszystkich moich książek oraz, że będę nadal mogła załączać cząstkę moich piesków w kolejnych opowieściach. Niektórym może wydawać się to dziwne, ale nigdy nie zaczęłabym pisać, gdyby nie moje psy. W mojej pierwszej książce zawarłam historię o tym, jak został mi skradziony mój boston terier Briggs i o tym, jak zdołałam go odzyskać. Opisałam też historię adopcji Blue. Obie płynęły z głębi mojego serca i skłoniły mnie do podjęcia ryzyka i oddania się pisaniu kolejnych książek, w tym tej, którą właśnie czytacie.
Jeśli więc tylko macie dzisiaj okazję: zjedzcie odrobinę sera i uśmiechnijcie się promiennie, myśląc o czystej radości, jaką te słodkie zwierzęta wnoszą do naszego życia.
The heart aye’s the part aye,
That makes us right or wrang.
Robert Burns2
Słowniczek szkockich słów i wyrażeń:
bit o’ banter/byt o banta/ – Szkoci uwielbiają się nawzajem drażnić; dokuczanie sobie jest bardzo mile widziane
bloody/bladi/ – słowo używane dla podkreślenia; przekleństwo
bonnie/boni/ – ładny
brekkie /breki/ – śniadanie
cèilidh/kejli/ – impreza towarzyska ze szkocką muzyką ludową i śpiewem lub tradycyjny szkocki taniec
eejit/idżyt/ – idiota
give it laldy/laldie /gyw yt laldi/ – (tryb rozkazujący) rób coś z energią lub entuzjazmem
gritter/gryter/ – pojazd służący do posypywania dróg solą w warunkach oblodzenia lub potencjalnego oblodzenia
guising /gajzyn/ – zbieranie cukierków
hen – kobieta
Highland coo3/hajland ku/ – krowa
Irn Bru /ajn bru/ – szkocki napój gazowany
„It’s a dreich day”/ytz e drichk dej/ – zimno, wilgotno, ponuro
och – używane do wyrażania wielu emocji, zazwyczaj zaskoczenia, żalu lub niedowierzania
quaich/kłajk/ – małe naczynie z dwoma uchwytami, często używane podczas szkockich wesel
sledging /sledżyn/ – jazda na sankach
stovies/stouwiz/ – danie z ziemniaków duszonych w garnku
tea/ti/ – w Szkocji termin „tea” często odnosi się do posiłku spożywanego w porze kolacji
tetchy/teczi/ – zrzędliwy, rozdrażniony
wee/łi/ – mały, niewielki
wheesht (haud your wheesht) /łiszt (hod yer łiszt)/ – bądź cicho, zamknij się
Prolog
Bonelle MacGregor
Dnia świętowania nie powinno kończyć się klątwą, ale nie zawsze można przewidzieć, co przyniesie przyszłość.
Niezależnie od tego, jak wielką magią się dysponuje.
Mabon4 zwiastował nadejście jesieni, podkreślając równowagę światła i ciemności, lecz dla jednego magicznego miasteczka położonego wśród wzgórz Szkocji oznaczał również długo oczekiwany powrót ich księcia. Briarhaven było domem zarówno dla czarownic, wróżek, jak i śmiertelników i właśnie wrzało z podekscytowania z powodu przybycia ich ukochanego, a co najważniejsze – samotnego, księcia.
Chodziły słuchy, iż to właśnie w tym roku wybierze sobie żonę.
Niejedna panna obudziła się dziś z uśmiechem na ustach i nadzieją w sercu, ponieważ istniała szansa, nieważne jak nikła, że zakończy go z koroną na głowie.
Mieszkała tu też jednak jedna młoda czarownica, dla której powrót księcia nie miał większego znaczenia.
W wieku dwudziestu czterech lat Bonelle MacGregor nie obchodziły ani kapryśne miłostki ani poszukiwanie męża. Zamiast tego z niecierpliwością oczekiwała rozkwitu swojej magii w nadchodzącym roku. Już czuła, jak pierwsze pędy rozwijają się w niej, zapowiadając nadejście mocy. Bonelle z radością, a wręcz niecierpliwością wyczekiwała tego momentu. Spisała wiele grymuarów własnymi zaklęciami, które bardzo chciała jak najszybciej wypróbować. W duchu czuła, że gdy tylko jej magia rozkwitnie, będzie mogła zrobić wiele dobrego dla ludzi ze swojego miasteczka.
Podobnych trosk nie miała bynajmniej jej najlepsza przyjaciółka, Vaila, która nie przejmowała się, czy będzie mogła wykorzystywać swoją magię do pomocy innym, skoro przecież czekał na nią poszukujący małżonki książę. Vaila tak bardzo przeżywała powrót następcy tronu, że tego ranka już dwukrotnie wpadła w histerię, nie mogąc wybrać, którą suknię założyć na tańce przy ognisku. Po trzeciej zmianie wstążek we włosach Vaili, Bonelle czmychnęła na zewnątrz pod byle pretekstem. Musiała zbadać prawdziwość plotki, którą zasłyszała wcześniej tego dnia.
Do miasteczka miał przybyć nieznany wędrowiec.
Mając nadzieję na znalezienie nowych ksiąg, szczególnie jeśli zawierałyby egzotyczne zaklęcia z odległych krain, Bonelle wymknęła się z miejsca, gdzie więdnące polne kwiaty zdobiły łąki otaczające wioskę. Dochodzący do jej uszu rytm bębnów dorównywał biciu jej serca. W cieniu drzew stał powóz, a obok niego mężczyzna o szerokich ramionach i szczupłej sylwetce, którą niewątpliwie zawdzięczał trudom życia w podróży. Przybysz wykładał właśnie swoje towary.
– Witajcie, uprzejmy panie. – Skinęła lekko głową. Wóz, choć z daleka wydawał się skromny, z bliska prezentował się okazale.
– Witajcie, szanowna panienko. Czy mogę pozwolić sobie zaprezentować moje dobra? – Mężczyzna był brudny, jak to bywa w przypadku ludzi, którzy życie spędzają głównie na szlaku. Twarz miał pokrytą kurzem, a za paznokciami dojrzała błoto. To jednak od jego niezwykłych błękitnych oczu nie mogła oderwać spojrzenia. Zdawało jej się, że dostrzega w nich wirujące tysiące prawd, a także magię, tajemnicę i władzę. Zabrakło jej słów.
– Może coś błyszczącego dla ślicznej dziewczyny? – Wędrowiec poruszył się, podnosząc kawałek aksamitnej tkaniny, zasłaniającej tacę ze złotą biżuterią. To wystarczyło, by urok prysł. Zmarszczyła nos.
– Nie przepadam za błyskotkami. – Bonelle zacisnęła usta, celowo starając się nie patrzeć wprost na mężczyznę, aby nie zrobić czegoś głupiego. Na przykład zacząć wypytwać o sekrety wszechświata. – Ale uwielbiam książki. Czy ma pan opowieści z dalekich krain? Bardzo chciałabym powiększyć swoją bibliotekę. Książki zawierają nieskończoną ilość światów i tyluż nowych towarzyszy.
– Nie mogę się nie zgodzić, mała czarownico. – Jego łagodny głos sprawił, że przeszedł ją dreszcz, a jakaś niewidząca nić zaczęła ją do niego przyciągać. – Możliwe, że mam coś specjalnie dla ciebie.
Podróżnik wręczył jej trzy oprawione w skórę księgi, których okładki były zabarwione na ten sam piękny niebieski kolor, co jego wagon.
– Jestem pewna, że nie mogę sobie na nie pozwolić – zaoponowała Bonelle, zaskoczona jakością opraw.
– Potraktuj je, jako prezent.
– Ach, nie jestem aż tak naiwna, by przyjmować prezenty od nieznajomych podróżników. – Roześmiała się, wpatrując się w niego. Musiał być wróżem, oni zawsze byli skorzy do psikusów. – Mam pieniądze.
Sięgnęła do kieszeni i położyła trzy srebrne monety w jego dłoni, po czym wzdrygnęła się, poczuwszy iskrę energii przebiegającą po jej ramieniu.
– Skoro nalegasz. – Mężczyzna zamknął palce na monetach, a kiedy ponownie otworzył rękę, nie został po nich nawet ślad. Zanim zdążyła zapytać go o jego podróże po dalekich krainach, za jej plecami rozległy się głosy zbliżających się klientów. Bonelle odwróciła się błyskawiczne i pobiegła w stronę domu, aby schować gymuary w bezpiecznym miejscu w swojej chatce. Chociaż bardzo chciała niezwłocznie zanurzyć się w każdej historii zawartej na tych delikatnych stronach, niechętnie schowała je i wróciła na uroczystości. W końcu obiecała Vaili, że będzie z nią tańczyć wokół ogniska.
– Tu jesteś. – Przyjaciółka chwyciła ją za ramię i poprowadziła w kierunku pląsająych panien. Ogień trzaskał radośnie. – Nie patrz w tamtym kierunku, ale przybył książę! Powiedziano mi, że zaprosi jedną z dziewcząt, aby dziś wieczorem usiadła obok niego przy głównym stole.
– I to jest dobra wiadomość? – zapytała Bonelle z pełną powagą, ale Vaila tylko przewróciła oczami i pociągnęła przyjaciółkę do przodu.
Rozbrzmiały bębny, dołączyły do nich dudy, a Bonelle podniosła głowę, gdy lodowaty wiatr musnął jej policzki, niosąc ze sobą zapowiedź zimy. Pozłacane liście fruwały na wietrze, gdy tancerki zaczęły poruszać się w jednostajnym rytmie. Poczuła dreszcz, przeszywający jej ramiona, a gdy spojrzała za siebie, rozpoznała podróżnika, którego spotkała wcześniej tego dnia. Stał z założonymi rękami i pochyloną głową, zajęty rozmową z mężczyzną, którego rozpoznała równie szybko.
Książę.
Ubrany był w tunikę w kolorze głębokiej czerwieni, a na głowie nosił prostą złotą koronę. Jego miodowo-blond włosy falowały na wietrze, a lodowato niebieskie oczy pozostawały skupione na tancerzach, mimo że pochylał się, by słuchać wędrowca.
Taniec dobiegł końca, zanim zdążyła głębiej zastanowić się, skąd podróżnik może znać księcia. Następca tronu wystąpił naprzód, klaszcząc w dłonie. Bonelle zastygła w miejscu. Za jej plecami trzeszczał ogień.
– To już – syknęła Vaila do jej ucha.
– Dlaczego nie pozwolił nam dokończyć tańca? – zapytała Bonelle z irytacją. Tradycja pozostawała tradycją, a taniec był jej częścią.
– Ponieważ był tak zachwycony moją urodą, że od razu wybierze mnie na swoją damę do towarzystwa podczas dzisiejszej kolacji. A może nawet na swoją żonę. – Paznokcie Vaili wbiły się boleśnie w ramię Bonelle, ale ta powstrzymała grymas na twarzy.
– Moje urocze panie… – Książę wyciągnął ręce przed siebie, uśmiechając się. – Proszę wybaczyć, iż przerywam ten piękny taniec, ale byłem tak zachwycony jedną z was, piękne damy, że po prostu nie mogłem zwlekać z wyborem jej na swoją towarzyszkę podczas dzisiejszego wieczoru.
Ramiona Bonelle napięły się na te słowa. Jej magia zadrżała: obezwładniające emocje wypełniły powietrze i przywołały moc tuż pod powierzchnię. Książę podszedł bliżej i stanął przed nimi, a Vaila wypuściła powoli powietrze, odchylając głowę do tyłu i unosząc wysoko podbródek.
– Moja czarująca pani, czy zechcesz mi towarzyszyć tego wieczoru? – Wyciągnął rękę.
– Ależ oczywiście… – Słowa Vaili zamarły, gdy dłoń księcia zatrzymała się tuż poniżej mostka Bonelle, czekając, aż ona ją ujmie. Dziewczyna wpatrywała się w dłoń, na której u podstawy palca wskazującego spoczywał gruby złoty pierścień z misternym herbem. Z trudem łapała oddech, podczas gdy Vaila sapnęła obok niej.
– Nie. – Ciche, proste słowo porwane przez wiatr, a jednak zdołała je uchwycić. Serce ścisnęło jej się na widok cierpienia Vaili. Po raz kolejny poczuła magię rozgrzewającą się pod skórą, jakby błagającą o uwolnienie, a jednak związaną niemymi zasadami. W przeciwieństwie do Vaili, która wkroczyła w swoją magię rok wcześniej, Bonelle nie wolno było uwolnić swojej magii przed ukończeniem dwudziestu piątego roku życia.
Czas zwolnił.
Bonelle zignorowała konwenanse i podnosząc głowę, zwróciła się do swojej najlepszej przyjaciółki, której twarz wykrzywiona była w gniewie. Ciemna magia wyciekała z jej skóry, gdy zaczęły płynąć słowa:
Na zmory i osty, na cierni pełne dłonie,
Przeklinam twę magię, niech słabnie i płonie.
Nieszczęście nawiedzie każde miejsce, w którym zapuścisz korzenie,
przynosząc smutek, ruinę i nienawistne spojrzenie.
Lepka klątwa spadła na Bonelle, i otoczyła ją, niczym pajęczyna. Zatoczyła się do tyłu i podniosła ręce, usiłując powstrzymać krwawą magię, która wylewała się ze złamanego serca Vaili.
Zaczęły zalewać ją cienie, a chmury, do tej pory jedynie szare, nabrały odcienia morderczej czerni. Krzyk rozdarł niebo, a krew zamarzła w żyłach Bonelle. Odwróciła się, by uciekać, lecz zaczepiła stopą o korzeń i nieomal by się potknęła, gdyby czyjeś ramiona nie przytrzymały jej, zaciągając w cień drzew, gdzie bezceremonialnie upuściły ją na ziemię. Upadła na kolana, palcami chwytając wilgotny mech pokrywający ściółkę lasu. Łzy napłynęły jej do oczu, ale powstrzymała je, łapczywie łapiąc powietrze. W jej głowie wirowały setki myśli.
– Zbliżają się żarowilki. Musisz uciekać. – Na te słowa Bonelle zerwała się na równe nogi, ogarnięta strachem.
– Wezwała żarowilki? – wykrzyknęła. Serce zabiło jej mocniej, gdy w końcu przyjrzała się mężczyźnie, który zaciągnął ją do lasu. Nie był to byle strażnik, ale podróżnik we własnej osobie.
– Jej klątwa je wezwała. Każde miasto, w którym się zatrzymasz, spotka nieszczęście.
Bonelle gapiła się na niego z otwartymi ustami, po czym odwróciła się, by spojrzeć w kierunku miejsca, gdzie jeszcze przed chwilą bawili się ludzie. Teraz pozostały po nich jedynie rozrzucone na trawie opadłe liście. Skręciło ją w żołądku na widok cienia żarowilka przemykającego przez łąkę.
– Kim jesteś? – Bezsensowne pytanie w najgorszym możliwym momencie, ale Bonelle musiała poznać imię mężczyzny, który właśnie skazywał ją na wygnanie.
– Eoin Douglas. Pierwszy Rycerz Zakonu Żelaznego Ostu5, obrońca Briarhaven.
– Obroń mnie. Proszę – błagała Bonelle.
Zamarł, spoglądając to na nią, to na łąkę, ale kiedy kolejny krzyk zatrząsł gałęziami nad ich głowami, podjął decyzję.
Bonelle znała ją, jeszcze zanim się odezwał.
– Uciekaj, MacGregor. Zabieraj swoją klątwę i uciekaj stąd.
Rozdział 1
Sloane MacGregor
Witajcie w Briarhaven, najbardziej magicznym miasteczku w całej Szkocji.
Zerknęłam na film odtwarzany na telefonie mojej siostry Lyry i dojrzałam kobietę w różowym kostiumie i idealnie ułożonych blond włosach, szczerzącą zęby do kamery. Jej uśmiech kontrastował z napiętą skórą twarzy, a szeroko otwarte oczy miały w sobie coś szalonego.
– Wydaje się nieco spięta – zauważyłam, ponownie kierując wzrok na drogę wijącą się wśród koron drzew o poskręcanych gałęziach.
– Wygląda, jak jakaś androidka – stwierdziła Nova, najmłodsza z naszej trójki, pochylając się do przodu z tylnego siedzenia.
– Pamiętajcie, żeby zarezerwować bilety z wyprzedzeniem, aby móc skorzystać z oferty VIP, którą oferujemy w Briarhaven. Jeśli będziecie mieli szczęście, może nawet uda wam się otrzymać podwyższony standard naszego Pakietu Pełni Księżyca! – Głos Różowego Kostiumiku brzmiał tak samo sztucznie, jak prezentowała się jej twarz.
– Przypomina mi trochę ludzi, którzy namawiają cię na zakup dodatkowego ubezpieczenia, gdy kupujesz jakiś nowy gadżet elektroniczny – dodałam.
– I pamiętajcie… w Briarhaven wierzymy w trzy rzeczy: magię, radość i arkana! Czary-mary odfruwamy!
– Czary-mary, odfruwamy? – powtórzyła Nova, odchylając się do tyłu. Parsknęłam śmiechem.
– Arkana? – Lyra powoli cedziła sylaby. – Kiedy ostatni raz słyszałyście, żeby ktoś użył słowa „arkana”?
– Zdarza się – powiedziała Nova, mrugając do mnie we wstecznym lusterku. – Chociaż moim zdaniem zdecydowanie zbyt rzadko.
Zwolniłam, gdy zbliżałyśmy się do wąskiego zakrętu na wzgórzach.
– Arkana życia i przyszłości. – Lyra spojrzała groźnie, wydając z siebie ciche westchnienie i opadając na siedzenie.
Uśmiechnęłam się do mojej boleśnie pięknej siostry. Lyra miała ten typ urody, który sprawiał, że oglądali się za nią zarówno mężczyźni, jak i kobiety. Zatrzymującym ją policjantom brakowało słów i nigdy nie wystawiali jej mandatów, a dorośli mężczyźni wysyłali jej ekstrawaganckie prezenty. Najbardziej ekstrawaganckim prezentem, jaki ja kiedykolwiek otrzymałam od chłopaka, był kupon na lody „kup jeden, drugi dostaniesz gratis” w Dairy Queen.
Jak na zawołanie, zza zakrętu wyłonił się pokryty pnączami i cierniami rustykalny drewniany znak. Zdawał się chować przy drodze pod cienistą altaną drzew, które stawały się gęstsze i ciemniejsze w miarę, gdy zbliżałyśmy się w ich stronę.
„Briarhaven. Liczba mieszkańców: 3333”.
– Cztery trójki, jakże oryginalne. – Niemal słyszałam, jak Nova przewraca oczami na tylnym siedzeniu.
Nova przywodziła mi na myśl kolce ukryte wśród róż. Była początkującą tatuażystką, która zdobywała rzesze obserwatorów w mediach społecznościowych i od chwili narodzin była o wiele fajniejsza, niż ja kiedykolwiek będę miała szansę się stać.
– Zaraz zaraz, czy wy to widzicie? Cholera, to miasto faktycznie przeszło niezłą metamorfozę. – Lyra pochyliła się do przodu, gdy opuściłyśmy tunel drzew i przed nami rozciągnęło się Briarhaven w całej okazałości. Położona u podnóża spiczastych gór wioska była kolorowa i urocza, jakby ktoś domalował na płótnie koloru głębokiej zieleni tuziny różnobarwnych plam. Złote drzewa, których liście właśnie zaczynały przybierać bursztynowy odcień, pokrywały wzgórza, a w oddali srebrzyście lśniło jezioro. Od czasu naszej ostatniej wizyty miasto wydawało się przemienić w park rozrywki. Dosłownie przypominało jedną wielką atrakcję turystyczną.
Zszokowane tą przemianą, mogłyśmy tylko gapić się z otwartymi ustami, powoli przejeżdżając przez rynek. Złociste promienie słońca przebijały się przez puszyste, śnieżnobiałe chmury. Chodniki były pełne turystów: niektórzy ubrani byli w kostiumy z czarodziejskimi kapeluszami lub sztucznymi uszami wróżek. Wiatr rozwiewał pomarańczowe liście po ulicach, a przy chodniku ustawiono stragan ze świeżo zebranymi jabłkami. Plakat informujący o zbliżającym się konkursie kostiumów na Halloween był przyklejony do czarnego słupa ze staromodną latarnią na szczycie. Pokręciłam głową. Jak turyści mogliby konkurować z prawdziwymi magicznymi istotami w kwestii przebierania się na Halloween?
– Niesamowite, co zdołali osiągąć w ciągu ostatnich ośmiu lat. Prawie nie poznaję tego miejsca – rzekła Nova. Skinęłam głową, czując narastające napięcie, bo właśnie skręciłyśmy w ulicę doskonale znaną mi z naszego dzieciństwa. Przemknęło mi przez myśl, że wygląda jak aleja wspomnień. Zgodnie zamilkłyśmy, gdy zatrzymałam się przed zaniedbaną chatą ukrytą pośród rzędu domów jednorodzinnych, które przeszły taką samą rewolucję, jak reszta miasteczka. Nasz dom zdecydowanie odstawał od reszty i to w negatywnym tego słowa znaczeniu.
– Obraz nędzy i rozpaczy.
– Żadnej nędzy, raczej… – urwałam, patrząc przez okno samochodu na dom, w którym spędziłyśmy większość dzieciństwa. Dwupiętrowy, porośnięty bluszczem zasłaniającym szare kamienne ściany, z jedną, ledwo wiszącą i do tego przekrzywioną, okiennicą. Doskonale rozumiałam niepewną sytuację tej okiennicy: ja też się ledwo trzymałam.
– Totalna rudera – zasugerowała Lyra. Nova skinęła głową w zgodzie, a ja westchnęłam.
– Potencjał. – Odpiąłam pas bezpieczeństwa, uchyliłam drzwi samochodu, wstałam i przeciągnęłam się. Rześka jesienna bryza musnęła moje włosy, a kolorowe liście opadły mi pod stopy. Prezent od natury, pożegnalna feria barw przed zimowym snem roślin. Przyjrzawszy się uważnie, dostrzegłam nici wspomnień owijające dom – fragmenty kłótni, nieudane zaklęcia, rzadkie chwile, gdy rozbrzmiewał tu śmiech. Uważałam to miejsce za dom, ponieważ to właśnie tutaj klan MacGregorów mieszkał najdłużej. Udało nam się zostać w tym miejscu kilka lat, zanim klątwa, która nękała naszą rodzinę – niczym brzęczący komar, gdy desperacko pragniesz snu – zmusiła nas do odejścia.
Minęły lata, odkąd ostatni raz byłyśmy w Briarhaven i nigdy bym tu nie wróciła, gdyby nie jeden konkretny powód.
Powodem była kobieta, której nie mogłam odmówić. Wezwała mnie do domu, abym złamała klątwę rzuconą na naszą rodzinę.
Owa kobieta stała teraz w otwartych drzwiach naszego zrujnowanego domu z chodzikiem ozdobionym jedwabnymi wstążkami, w podomce i okularach, które błyszczały z daleka. Elegancka, siwa fryzura w stylu boba otaczała radosną twarz, która dopiero zaczynała zdradzać oznaki wieku, a na jej ramieniu siedział czeszący swoje pióra sokół. Broca MacGregor, panie i panowie. Legenda we własnej osobie.
– Wyglądasz, jakbyś czekała na wiadomość o śmierci swojego bogatego męża w jakichś podejrzanych okolicznościach – zawołałam.
– Męża? – zapytała Broca tonem, jakbym właśnie pokazała jej pełzającego karalucha. – Po co brać męża, skoro o wiele więcej radości sprawia samo randkowanie?
– I to mówi kobieta, która ma na koncie pięciu byłych mężów. – Obeszłam samochód i otworzyłam bagażnik, aby wyjąć nasze torby i walizki, podczas gdy Lyra i Nova wyskoczyły z samochodu. Pobiegły uściskać naszą babcię, która przyjechała do miasteczka wcześniej tego samego dnia, prawdopodobnie na tronie niesionym przez kilku krzepkich osobników płci męskiej. Jako matriarchalna czarownica, Broca była dotknięta tą samą klątwą, co my i spędziła ostatnie osiem lat metodycznie przeskakując od mężczyzny, do mężczyzny w całej Europie, z których każdy był bardziej ekscentryczny od poprzedniego.
– I właśnie z tego powodu wiem, że faceci są lekko strawni jako kochankowie, ale ledwo znośni jako mężowie.
– Czy musimy już rozmawiać o twoich kochankach? Dopiero co przyjechałyśmy po całononcnej podróży, a ja potrzebowałam kieliszka wina, zanim będę w stanie podjąć się tego typu rozmowy. Sięgnęłam do bagażnika, wyjęłam swoją torbę i położyłam ją na ziemi. Obok niej wylądowała chmura płatków śniegu.
Shite6.
Jęknęłam, wyprostowałam się i zobaczyłam, że wszystkie trzy kobiety patrzą gniewnie w niebo. Sokół Broki – jej zwierzę opiekuńcze o imieniu Iris – zaprotestował głośnym skrzekiem, wzbił się w powietrze i zniknął wśród wzgórz.
Kilka stuleci temu pewna czarownica o złamanym sercu rzuciła na naszą przodkinię niezwykle pomysłową, choć bardzo irytującą klątwę. W rezultacie od tamtej pory żadna z kobiet klanu MacGregor nie była w stanie osiedlić się na dłużej w jednym miejscu, ponieważ gdy tylko zamieszkiwałyśmy gdzieś na dłużej, miasto dotykały różnorakie fatum i klęski żywiołowe. Co więcej, kiedy w wieku dwudziestu pięciu lat wkraczałyśmy w pełni w świat magii, często musiałyśmy radzić sobie z jej nieprzewidywalnym zachowaniem.
– Czy to musi być akurat śnieg? – zapytała Lyra, uderzając o ziemię obcasem szpilki od Christiana Louboutina.
– Przynajmniej nie kolejna plaga gąsienic. – Nova zapięła skórzaną kurtkę i zmrużyła oczy, patrząc na zgromadzone nad nami ciemne chmury.
– Fuj. – Lyra odwróciła się w jej stronę. – Uzgodniłyśmy chyba, że nigdy więcej nie będziemy o tym wspominać. Miesiącami nie mogłam spać przez koszmary o robalach.
– Nic dziwnego, skoro larwy zagnieździły ci się we włosach. Może myślały, że to ich nora.
Lyra sapnęła i wygładziła swoje bujne włosy. Potrzebowała trzydniowego weekendu w luksusowym spa, aby upewnić się, że pozbyła się wszelkich śladów śluzu. Dopiero wtedy była w stanie zapomnieć o tej konkretnej wersji naszej klątwy.
– Gąsienice nie chowają się w norach. Tworzą gniazda i wychodząc, przeobrażają w zjawiskowe piękności.
– Nie gniazda, tylko kokony, Lyra.
– Jak dla mnie, to jedno i to samo. – Przeszedł ją widoczny dreszcz, gdy podmuch wiatru okrył nasze stopy śniegiem.
Uśmiechając się, bo sprzeczki moich młodszych sióstr były dla mnie dziwnym źródłem pocieszenia, dotarłam do drzwi wejściowych.
– Wejdźmy do środka i włączmy ogrzewanie, Broco. – Wybudowany na planie prostokątu dom miał cztery sypialnie i dwie łazienki na piętrze oraz salon z otwartą kuchnią i jadalnią na parterze. Chociaż został zbudowany w czasach, gdy pokoje były małe i wszędzie wstawiano drzwi, prawdopodobnie w celu zatrzymania ciepła, gdzieś po drodze ściany zostały usunięte, aby stworzyć jedną przestronną strefę mieszkalną, a dwa ceglane filary pełniły rolę głównych podpór fundamentowych. Jako dziecko biegałam wokół tych filarów, uciekając przed próbuącym mnie złapać tatą, podczas gdy mama popijała kawę w fotelu przy oknie, przez które przez większą część poranka wpadało słońce. Tak właśnie pamiętałam dobre dni.
Zostawiwszy torbę przy drzwiach, podeszłam powoli do Broki, która kierowała się w stronę fotela z moich wspomnień, i pomogłam jej usiąść. Lyra przeszła do kuchni, aby przejrzeć zawartość szafek, prawdopodobnie w poszukiwaniu herbaty, podczas gdy Nova sprawdzała, czy z kranów leci bieżąca woda. Rozejrzałam się i westchnęłam. Pozostałe meble pokrywały zakurzone prześcieradła, w rogach okien gromadziły się pajęczyny, a więcej niż jedna żarówka już dawno się przepaliła.
Usłyszawszy pukanie do drzwi odwróciłyśmy się jednocześnie w ich stronę. Ktoś wszedł do środka, zanim zdążyłam porządnie rozejrzeć się po pokoju, nie mówiąc już o podejściu, by mu otworzyć.
– Kto tak po prostu wchodzi do cudzego domu? – zapytałam, przechodząc przez salon, gotowa do walki.
Zamarłam z otwartymi ustami.
W drzwiach stał najseksowniejszy mężczyzna, jakiego kiedykolwiek widziałam na żywo. Twarz miał jak z bajki, muskularne ramiona idealnie prezentowały się w przylegającym do ciała T-shircie, który miał na sobie, nie zważając na wirujący na zewnątrz śnieg.
Bezwstydnie gapiłam się na faceta stojącego w progu, myśląc jedynie o tym, jaki był wspaniały. Nieposkromione ciemne włosy, przenikliwe niebieskie oczy i ostro zarysowany podbródek pokryty ciemnym zarostem sprawiały, że nie chciałam oderwać od niego wzroku. Tak na wszelki wypadek, jakby miało się okazać, że zniknie. Był jak czarujący książę z bajki, a nie mężczyzna z krwi i kości.
– O rany – westchnęła Lyra z drugiego końca pokoju, a ja skinęłam głową w milczeniu, w pełni się z nią zgadzając.
– Drogie panie – jego głos, słodki niczym whisky, sprawił, że w mojej piersi rozlało się ciepło. Moja magia zamigotała we mnie, jakby przeciągała się po długim odpoczynku, gotowa powitać świat. Ona być może była gotowa, ale ja nie. Ostatnią rzeczą, jakiej potrzebowałam, było rozbudzenie mojej magii dziesięć sekund po niechcianym powrocie do Briarhaven. Chociaż do moich dwudziestych piątych urodzin pozostawały jeszcze dwa dni, świadomość, że wkrótce osiągnę pełnię mocy, towarzyszyła mi już od lat. Dla większości czarownic był to dzień świętowania. Dla mnie? Coś jak oczekiwanie na uderzenie młotka sędziego ogłaszającego wyrok.
– Niestety, będę musiał prosić was o opuszczenie tego miejsca.
Po tych słowach schylił się, podniósł moją torbę, wyszedł na śnieg i włożył ją z powrotem do bagażnika mojego samochodu.
Nigdy wcześniej moja opinia o kimś nie zmieniła się równie szybko. Odwróciłam się i spojrzałam gniewnie na pozostałe kobiety.
– Widzicie? Wiedziałam, że powrót był błędem. – I wybiegłam na zewnątrz.
Rozdział 2
Sloane
Nie możecie tutaj zostać.
Jego głęboki głos wywołał dreszcz na mojej skórze. Zatrzymałam się gwałtownie przy naszym pospiesznie zakupionym samochodzie, który zdecydowanie swoje dobre dni miał już za sobą. Spojrzałam w górę, w górę i w górę, aż pochmurne, arktycznie niebieskie oczy spotkały moje.
Oczywiście był też nieznośnie wysoki. To naprawdę niesprawiedliwe, że niektórzy ludzie, jak Lyra, trafiają genetyczną szóstkę w totka. Oczywiście piękno jest kwestią subiektywną, ale podejrzewam, że trudno byłoby mi znaleźć kogoś, kto nie uznałby tego mężczyzny za atrakcyjnego.
– Słucham? Mogę robić, co tylko zechcę, dziękuję bardzo. – Zamrugałam, wyciągając torbę z bagażnika i zmusiłam się do przełamania hipnozy, którą piękni ludzie nieświadomie wywierają na innych. Nie mogli nic na to poradzić, czego nauczyłam się, mając Lyrę jako siostrę. Ale jeśli chciało się przeprowadzić sensowną rozmowę, najlepiej było nie patrzeć im bezpośrednio w oczy. Coś, jak z patrzeniem w stronę słońca.
– Nie do końca, nie w tej kwestii. Musicie wyjechać z Briarhaven. – Prawdziwa twarz czarującego księcia z bajki. Gapiłam się na niego, gdy wyrwał mi torbę z ręki i ponownie włożył ją do samochodu.
Jedną z lekcji, jakie wyciągnęłam z częstych przeprowadzek w związku z nękającą nas klątwą, była ograniczona tolerancja na słabe zagrywki ludzi. Nie musiałam akceptować takiego zachowania. W małych miasteczkach ludzie w większości musieli utrzymywać dobre stosunki z sąsiadami, nawet jeśli mieli odmienne poglądy lub byli nieprzyjemni. Ale nie ja. Nigdy nie mieszkałyśmy gdzieś wystarczająco długo, aby musieć dogadywać się z sąsiadami lub polegać na nich podczas katastrofy w mieście lub innej tego typu sytuacji, więc kiedy ludzie zachowywali się jak dupki, mogłam po prostu zwrócić im na to uwagę, nie zastanawiając się, jak może to potencjanie wpłynąć na moją reputację. Dokładnie tak miałam zamiar postąpić ze swoją nową najmniej ulubioną osobą na świecie.
– Masz problemy ze słuchem? Mogę robić, co tylko mi się podoba. Spadaj na drzewo, Czarusiu. – Wyciągnęłam torbę z samochodu i pobiegłam w kierunku domu.
– Uważasz, że jestem czarujący? – Odwróciłam się i zobaczyłam, jak kącik jego ust unosi się w seksownym półuśmiechu, zamrażając mnie w miejscu w próbie zignorowania nagłego przypływu pożądania. Krzyknęłam cicho, gdy przemknął obok, zatrzymując mnie kilka kroków od drzwi i chwytając za uchwyt mojej torby. Wyrywając ją z moich rąk, ruszył z powrotem w stronę samochodu, odpychając mnie jak komara. Ogarnęła mnie wściekłość. Rzuciłam się do przodu i chwyciłam drugą stronę materiału, zmuszając go do zwolnienia tempa. Autentyczne zdziwienie wykwitło na jego twarzy.
– Co ty, do diabła, wyprawiasz? – zapytałam, szarpiąc mocniej.
Czaruś pociągnął bagaż do przodu, jakby przesądzając, że postawi na swoim, a ja ślizgałam się na śniegu, który już zdążył zgromadzić się u naszych stóp.
– Uważaj sobie, kolego. Nie zamierzam…
Poślizgnęłam się po raz kolejny i zabrakło mi tchu, gdy machając rękoma usiłowałam złapać równowagę, po czym prawie wylądowałam w śniegu. Niestety, a może na szczęście, w zależności od punktu widzenia, w panice zdołałam złapać za klejnoty rodowe Czarusia. Sapnął zaskoczony, ale jakimś cudem udało mu się uchwycić mnie jedną ręką, zanim upadłam na chodnik, drugą sięgając w stronę swoich dóbr cielesnych.
I powiem wam, z całkowicie obiektywnego punktu widzenia, jego dobra były wysokiej jakości.
Żaden mężczyzna nie powinien być obdarzony tak wieloma pozytywnymi cechami fizycznymi. Oznaczało to niewątpliwie, że w innych obszarach musiały występować u niego poważne braki. Prawdopodobnie chodziło o jego osobowość. Albo o jego oczywiste oczekiwanie, iż wszyscy powinni wykonywać jego polecenia. Skupiając się na negatywnych aspektach, aby zignorować pragnienie, które trzepotało w mojej piersi jak motyl próbujący uciec, spojrzałam gniewnie na jego idealną twarz. Jego ramię nadal obejmowało moją talię i nie mogłam nie zauważyć, że był zbudowany praktycznie z samych mięśni.
No jakżeby inaczej.
Czaruś delikatnie poprawił swoją pozycję, lekko się skrzywił, a ja posłałam mu swoje najtwardsze spojrzenie.
– Nie zamierzam za to przepraszać. Sam się o to prosiłeś.
– Zrozumiałem. – W jego głosie dało się wyczuć delikatną nutę akcentu północnej Szkocji, a moje wnętrzności skręciły się na ten dźwięk. Mężczyzna miał czelność odwrócić się i ponownie ruszyć w stronę mojej torby, a ja miałam ochotę podetnąć mu nogi szybkim kopniakiem. Powstrzymała mnie świadomość, że prawdopodobnie złamałabym sobie stopę o te jego wszystkie mięśnie. Niemniej jednak może udałoby mi się zadać mu cios karate w obojczyk, aby go odstraszyć. Westchnęłam, stanęłam między nim a torbą i machnęłam mu ręką przed twarzą.
– Halo? Proszę pana? Czy jest tam ktoś?
Uniósł brwi, ale nie odpowiedział.
– Nie? Nic? Jesteś po prostu tym typem silnego, milczącego mężczyzny, co? Jestem pewna, że to działa na większość kobiet w okolicy, ale nie na nas. Cokolwiek wyprawiasz, po prostu przestań. To jest dom naszej babci i mamy pełne prawo ją odwiedzać.
– Wiem dokładnie, kim jesteś, Sloane.
Dlaczego, no dlaczego moje imię brzmiało tak dobrze w ustach tego gościa? Miałam ochotę wygiąć się w łuk jak kotka i przytulić do niego. Absurdalne uczucie.
– W takim razie masz nade mną przewagę, bo ja nie mam pojęcia, kim jesteś ty. – Przeszył mnie dreszcz, gdy zerwał się wiatr, a śnieg topniał na moich policzkach.
– Knox Douglas.
– Knox? – Otworzyłam usta ze zdziwienia. Ostatni raz, kiedy widziałam Knoxa Douglasa, był chudym chłopcem z prywatnej szkoły, ale nawet wtedy wszystkie dziewczyny w mieście były w nim zakochane. To naprawdę niesprawiedliwe, jak bardzo ten mężczyzna rozkwitł od czasu, kiedy widziałam go po raz ostatni. U mnie jedyne „rozkwity” to potówki na twarzy – efekt tego, że Lyra zaciągnęła mnie do siódmego kręgu piekła, czyli na swoje zajęcia pilatesu. Wyszłam stamtąd, łapiąc powietrze i przysięgając, że oddam swoje pierworodne dziecko, byle już nigdy więcej w nich nie uczestniczyć.
Zanim zdążyłam mrugnąć, on ponownie chwycił bagaż. Zablokowałam go, uderzając ręką w jego brzuch i odsuwając od torby.
– Jesteś jedną z tych osób, którym nikt nie odmawia, prawda? – zapytałam.
Na twarzy Knoxa pojawił się wyraz zdziwienia, jakby nigdy wcześniej nie brał pod uwagę możliwości, że ktoś mógłby odmówić wykonania jakiegokolwiek z jego poleceń.
– Ach, lass7, trafiłaś w sedno. W końcu jestem burmistrzem.
– Założę się, że byłeś jedynym kandydatem. – Uśmiechnęłam się sarkastycznie, wyrywając mu bagaż z rąk i wciągając go do środka, gdzie moja rodzina stała kilka kroków dalej, chowając się przed śniegiem wpadającym do środka.
– Aye8, zgadza się. – Potężna sylwetka Knoxa wypełniła nasze drzwi.
– Jestem w szoku. – Mężczyźni tacy jak on irytowali kobiety takie jak ja. Nie irytowali Lyry, ponieważ oboje mówili tym samym językiem świata, w którym drzwi same się przed nimi otwierały, prezenty pojawiały się na progu, a rachunki za kolację były zawsze w cudowny sposób opłacane. Ale ja? Ja nie żyłam w tamtym świecie.
– No proszę, czy to nie wee Knox Douglas, ależ wydoroślałeś. Dawno cię nie widziałam. – Broca podeszła na tyle blisko, na ile pozwalał jej chodzik, a Knox uśmiechnął się do niej. To właśnie ten uśmiech mnie urzekł.
Przestałam myśleć logicznie.
– Czy to nie słynne czarownice z klanu MacGregor powróciły do Briarhaven? Miło cię widzieć, Broco, nawet jeśli wyglądasz na odrobinę poobijaną.
– Och, to tylko niewielki siniak. Nie ma się czym przejmować. – Uiosłam brwi, przysłuchując się babci flirtującej z Knoxem. Nie wydawało mi się, że wymianę stawu biodrowego można by zakwalifikować do kategorii niewielkiego siniaka.
– Skoro tak miło jest ją widzieć, to dlaczego próbujesz nas wyrzucić?
Knox odwrócił się w moją stronę, a uśmiech zniknął z jego twarzy. W duchu pochwaliłam swoją umiejętność irytowania nawet najprzystojniejszych mężczyzn.
– Cieszy mnie, że wszystko u was dobrze – poprawił się Knox. – Ale Briarhaven nie wydaje się mieć dobrze przy waszej obecności, w związku z czym naprawdę muszę nalegać, abyście wyjechały.
– Kto powiedział, że Briarhaven nie ma się dobrze? – zapytała Nova, która swoim ponurym spojrzeniem i z wytatuowanymi ramionami wyglądała na prawdziwą twardzielkę. Mogła dodać zaczepnym tonem: „Masz problem, koleś?” i prawdopodobnie uszłoby jej to na sucho.
Ja wyglądałabym jak zrzędliwa bibliotekarka, który karci kogoś za oddanie książki z opóźnieniem.
– No właśnie, kto tak twierdzi? – Wow, świetna odzywka, brawo ja.
Spojrzenie Knoxa powróciło w moją stronę, a mnie zaparło dech w piersiach i poczułam, że pochylam się, naprawdę pochylam, do przodu, jakby jego bliskość w jakiś sposób przyciągała mnie swoją siłą grawitacyjną. Czyżby stosował na mnie jakąś magiczną sztuczkę, która miała mnie do niego przekonać? Jeśli tak, to tylko potęgowało to moją irytację, ponieważ nie cierpiałam, gdy ludzie używali na mnie magii, czy jakichkolwiek innych środków przymusu. Knox odwrócił się i wskazał na frontowe drzwi, za którymi szalał śnieg.
– Dowód rzeczowy A.
– Nic niezwykłego w Szkocji – prychnęła Nova, krzyżując ręce na piersi.
– A może odrobina śniegu wystarczy, żebyś uciekł z powrotem do swojego zamku pełnego przeciągów?
– Nie uciekam, a mój zamek jest wystarczająco szczelny, bym nie przejmował się mroźnymi, zimowymi nocami.
Zapomniałam, że mieszka w zamku. Moja irytacja sięgnęła zenitu.
– Drogie panie, rozumiem, że chcecie być w domu, aby pomóc Broce, ale wasza obecność tutaj ma negatywny wpływ na turystykę. Minęło już trochę czasu, odkąd rodzina MacGregorów mieszkała w mieście, a od czasu waszego wyjazdu wiele się tu zmieniło. Ciężko pracowaliśmy, aby zbudować naszą reputację, zaprojektować starannie przemyślane i dobrze zaplanowane miasto, którego motyw przewodni pozwala ludziom takim jak my bezpiecznie tu mieszkać, a także zachęca turystów do wydawania pieniędzy. To sytuacja, na której wszyscy zyskują, a o którą ciężko walczyliśmy. Ostatnią rzeczą, jakiej potrzebujemy lub chcemy, jest trio roztrzepanych czarownic, które wszystko nam zepsują.
– Roztrzepanych? – Uniosłam brew, odsuwając Lyrę na bok i zbliżając się do niego. Przypominając sobie coś z dzieciństwa, szturchnęłam Knoxa w klatkę piersiową. – Nie jesteś już mile widziany w tym domu.
Ku mojej ogromnej radości magia starego domu nadal działała. Knox został wyrzucony ze środka na ganek, a drzwi zatrzasnęły się z hukiem przed jego nosem.
– No, całkiem fajna sztuczka – stwierdziła Nova.
– Czy on jest wampirem? Myślałam, że to działa tylko na wampiry. – Lyra odwróciła się do mnie, a na jej ślicznej twarzy malowało się zdziwienie.
– To zaklęcie ochronne – powiedziała Broca, podchodząc do nas. – Naładowałam bariery, kiedy wróciłam, i muszę przyznać, że jestem z siebie bardzo zadowolona. Zadziałało świetnie. Dobra robota, Sloane.
Rozległo się pukanie do drzwi.
– Idź sobie! – krzyknęłyśmy równocześnie.
– Drogie panie, musimy porozmawiać. Wasza klątwa zniszczy miasto, a ja nie mogę na to pozwolić. Podajcie swoją cenę.
Spojrzałyśmy po sobie.
– Czy on właśnie próbuje nas przekupić? – Nie kryłam zdziwienia.
– Ciekawe, ile zaoferuje. Miałam na oku nowy robot kuchenny. – Lyra dotknęła wypielęgnowanym paznokciem swoich ust. Była urodzoną influencerką, a jej talentem była umiejętność świetnego gotowania. Prowadziła popularny kanał kulinarny na YouTube, dzięki czemu mogła sobie pozwolić na tyle robotów kuchennych, ile tylko pragnęła.
– Może wystarczająco, żeby otworzyć salon tatuażu? – zastanawiała się Nova.
– Nie potrzebujemy jego pieniędzy – przypomniała im Broca. Bycie czarownicą miało swoje zalety, a jedną z nich była niezwykła umiejętność trafnych inwestycji na przestrzeni lat. Może nie nazwałabym tego konkretnie wykorzystywaniem poufnych informacji, ale nie powiedziałabym też, że nasze inwestycje nie były tu i ówdzie dodatkowo wspierane przez magiczne zdolności.
Pukanie nie ustawało.
– Nigdzie się nie wybieram.
Wyobraziłam sobie, jak siedzi na naszym ganku, aż cały pokrywa się śniegiem i trochę zrobiło mi się go żal. Westchnęłam, uchyliłam drzwi i wyjrzałam na zewnątrz. Śnieg nadal padał, grube, puszyste płatki tańczyły w świetle latarni, osadzając się na idealnej linii szczęki Knoxa.
– Ktoś mógłby powiedzieć, że głupotą byłoby siedzenie na ganku i zamarznięcie na śmierć podczas śnieżycy, więc chciałabym wierzyć, że masz wystarczająco dużo instynktu samozachowawczego, aby wrócić do domu.
– Pójdę sobie, gdy wy sobie pójdziecie. – Knox uniósł brodę, a w jego oczach pojawił się uparty błysk.
– Ile ty masz lat, dwanaście? Pójdę, jeśli ty pójdziesz? – Podniosłam ręce. – Ty serio mówiłeś prawdę: ludzie nigdy ci nie odmawiają, co? – Zamrugał, a w jego oczach pojawiła się frustracja.
– Jak już wspomniałem, nie zdarza się to tutaj zbyt często.
– A więc potraktuj to jako lekcję życia. – Bezczelnie sięgnęłam przez drzwi i poklepałam go po policzku w najbardziej protekcjonalny sposób, jaki tylko potrafiłam. Frustracja na jego przystojnej twarzy zmieniła się w irytację, a ja nie mogłam być bardziej zadowolona z siebie. – Dla twojej wiadomości, jesteśmy tu, aby przełamać klątwę. Wkrótce wszystko naprawimy, a twoje cenne miasto nie ucierpi. W międzyczasie proponuję wyciągnąć łyżwy i cieszyć się wczesną zimą.
Jego oczy zwęziły się.
– Cudowny pomysł. – Sarkazm wyciekał z każdego słowa. – Chociaż zdecydowanie wolę łatwiejsze rozwiązanie – wasz wyjazd.
– Nie zawsze możemy dostać to, czego chcemy, czyż nie?
– Powtarzam, że zazwyczaj nie spotykam się z tego typu problemem.
– Mówił ci ktoś kiedyś, że jesteś arogancki? – Czy on naprawdę nie zamierzał zostawić nas w spokoju? Cała sytuacja przestała być irytująca i stała się wkurzająca.
– Nie przypominam sobie. – Knox skrzyżował ramiona, rozważając moje słowa. Naprawdę je rozważał, a nie tylko udawał, żeby mnie zbyć. – Po prostu zazwyczaj wszystko idzie po mojej myśli. – Nie miałam co do tego wątpliwości, biorąc pod uwagę jego urok i przystojną aparycję.
– Potrafię to zrozumieć – zgodziła się Lyra za moimi plecami.
– Posłuchaj, Knox. Jesteśmy w Briarhaven od około trzech sekund. W tym czasie ledwo zdążyłam przytulić babcię, nie mówiąc już o tym, żeby wymyślić, jak i kiedy przełamać klątwę. Czy mogę więc uprzejmie zasugerować, żebyś się odczepił i dał nam chwilę na złapanie oddechu? Z prawnego punktu widzenia nie masz podstaw, aby nas eksmitować, a jeśli będziesz nadal sprawiał kłopoty, zadzwonię na policję.
W odpowiedzi uśmiechnął się szeroko, ujawniając dołeczek w jednym z policzków. Westchnąłam i lekko uderzyłam głową o framugę drzwi.
– Proszę, nie mów mi, że jesteś też policjantem?
– Nie ma tu zbytniego zapotrzebowania na policję, Sloane.
Znów to samo: moje imię na jego ustach. Dlaczego brzmiało tak dobrze?
– Proszę, po prostu odejdź. Błagam cię. Jechałyśmy tutaj całe wieki. Poinformuję cię o postępach w zniesieniu klątwy, jak tylko będę cokolwiek wiedziała. Wiesz, co na pewno nie będzie pomocne?
– Co takiego? – Knox skrzyżował ręce na piersi.
– Ty. Twoja obecność tutaj. Przeszkadzanie nam. – Po tych słowach zamknęłam drzwi, a kiedy zapadła cisza, wypuściłam drżący oddech. Tępy ból pulsował mi w czole i zdałam sobie sprawę, że nie pragnę niczego bardziej, niż zanurzyć twarz w poduszce na jakieś dziesięć godzin.
– Idę do łóżka. Uprzejmie proszę wszystkich, aby zostawili mnie w spokoju.
Wbiegłam po schodach, kierując się automatycznie do swojego pokoju z dzieciństwa, a głos Novy ciągnął się za mną.
– Nie przejmuj się Sloane, Broco. Ma po prostu zły humor. I, szczerze mówiąc, prowadziła samochód przez wiele godzin. Wyśpi się, to poczuje się lepiej.
– Nie przypuszczam, aby to jazda samochodem wprawiła ją w taki nastrój.
Rozdział 3
Sloane
Przebudziłam się, jak zwykle, bardzo szybko. Nawyk błyskawicznego przechodzenia ze snu do stanu pełnego rozbudzenia wyrobiłam sobie przez lata spędzone w podróży. Zamrugałam, patrząc na przyklejone do sufitu plastikowe gwiazdy świecące w ciemności i poświęciłam chwilę na ponowne zorientowanie się w sytuacji.
Byłam w Briarhaven.
Leżałam w moim dziecięcym łóżku, które okazało się zaskakująco wygodne, biorąc pod uwagę, jak wiele czasu minęło, odkąd spałam w nim po raz ostatni. Zapach śniadania drażnił mi nozdrza, a przez lekko uchylone drzwi sypialni docierały do mnie strzępki rozmów. Przez chwilę pozwoliłam swoim myślom wędrować w stronę wspomnień z dzieciństwa.
W te dobre poranki grała muzyka disco, a ubrana w coś kolorowego lub błyszczącego Broca śpiewała, a może nawet tańczyła, poruszając biodrami, w rytm piosenek z radia. Była okropną kucharką, ale kochaną babcią, a moja miłość do muzyki i niewybrednych posiłków pochodziła bezpośrednio od niej. Większość ludzi zapytana o swoje ulubione śniadanie z dzieciństwa, prawdopodobnie myślała o czymś w rodzaju naleśników lub gofrów. Moim ulubionym daniem był ser w tubce – oczywiście najlepiej marki Primula9 – na krakersach Ritza z jednym małym kawałkiem bekonu na wierzchu. W połączeniu z filiżanką parującej herbaty stanowiło to moje idealne śniadanie. Broca nie była osobą, która zwracałaby uwagę na szczegóły, jak przepisy kulinarne, czy wykonywanie nudnych prac domowych. Po co miałaby to robić, skoro czekały przyjemniejsze rzeczy, na przykład taniec czy nauczanie magii?
W poranki, których nie wspominam najlepiej, moja matka krzyczała na ojca lub to on krzyczał na nią i przynajmniej jedno naczynie zawsze zostawało stłuczone. Moja matka miała talent do dramatyzowania i czasami zastanawiałam się, czy lubiła się kłócić tylko po to, żeby mieć pretekst do rozbicia czegokolwiek. Jej magia zajmowała się sprzątaniem bałaganu, więc rozbijanie talerzy nie miało żadnych konsekwencji poza absolutnie niepasującą do siebie zastawą stołową. No i przerażeniem córek. Niektórzy ludzie chyba rozbijali rzeczy dla czystej potrzeby rzucenia czymkolwiek.
Zauważywszy moją torbę u stóp łóżka, westchnęłam z ulgą. Nova prawdopodobnie zmierzyła się ze śniegiem i wciągnęła ją po schodach. Przeciągając się, narzuciłam na siebie koc i podeszłam do okna, aby przyjrzeć się Briarhaven w świetle dziennym. Śnieg nadal padał, ale nieco mniej intensywnie, niż poprzedniego wieczoru. Starszy mężczyzna odśnieżający chodnik przed swoim domem dojrzał mnie w oknie, wyprostował się i uniósł dwa palce, bynajmniej nie w geście pokoju. Przyglądał mi się spod krzaczastych brwi, więc uśmiechnęłam się promiennie, machając do niego entuzjastycznie, celowo błędnie interpretując jego niegrzeczny gest.
Nocą musiało gęsto sypać, bo śnieg osiągnął co najmniej kilkaście centymetrów głębokości, a w miejscach, gdzie wiatr zepchnął go w zaspy, musiało być go jeszcze więcej. Piaskarki rozrzucały sól na ulicach. Przejechał Śniegożerca i wybuchnęłam śmiechem, przypominając sobie skłonność Szkotów do nadawania piaskarkom zabawnych nazw. Moim ulubionym był Harry Pługger, chociaż Lyra wolała Eda Śnieżana. Nova preferowała Pług Vadera i Pługinatora i nie mogłam jej za to winić. Obie nazwy mogły śmiało konkurować o tytuł najoryginalniejszej. Sól rozsypywała się na świeżo oczyszczonej ulicy, ale śnieg padał coraz intensywniej, jakby zirytowany faktem, że ktoś próbował zrujnować jego ciężką pracę.
Westchnęłam. Byłam przyzwyczajona do życia z klątwą, co nie oznaczało, że w pełni ją akceptowałam. Nie mogłam winić Broki za nakazanie nam powrotu do domu, aby spróbować przełamać tę przeklętą… no cóż, klątwę, i żyć bez zasad narzuconych nam przez pewną bardzo rozgniewaną czarownicę o złamanym sercu. Tym bardziej że cała sytuacja miała miejsce wieki temu. Częste przeprowadzki stawały się męczące, a była to tylko część problemu, z którym zmuszona była mierzyć się moja rodzina.
Nieźle się zapowiada, prawda? No właśnie nie bardzo.
Otuliłam się mocniej kocem, czując niepokój w głębi serca. Pomyślałam o kolejnej części klątwy, która, według wszystkich znaków na niebie i ziemi, miała mnie dopaść już następnego dnia.
Dwudzieste piąte urodziny. Dzień, kiedy wszystkie czarownice osiągały pełnię mocy.
Z miejsca, z którego spoglądałam na miasto, Briarhaven rozciągało się krętymi uliczkami, tworząc swego rodzaju labirynt, a nad wszystkim górował wystający zza wzgórza zamek. W świetle dziennym, z pokrytymi śniegiem dachami, dymem wydobywającym się z kominów i słońcem prześwitującym przez ciężkie chmury, miasto wyglądało uroczo i przytulnie. Sanktuarium dla magicznych istot – czarownic, wróżek, skrzatów i wielu innych – o którym zwykli ludzie nie mieli pojęcia, a także jedyne miejsce, w którym MacGregorowie zdołali mieszkać dłużej niż rok. W tej chwili część mnie pragnęła się tu osiedlić, głównie dlatego, że byłam zmęczona ciągłym podróżowaniem. Jednocześnie przygnębiające wspomnienia z dzieciństwa sprawiały, że nie mogłam się doczekać, aby wyjechać.
Może Broca miała rację. Może jej wizja o trzech siostrach łamiących klątwę mogła się spełnić. Nie byłaby to pierwsza sytuacja, w której Broca miała rację, chociaż starałam się, żeby nigdy jej o tym nie wspominać. Nie ma potrzeby karmić jej i tak już wybujałego ego.
Moje oczy skierowały się w stronę zamku. Czy Knox stał właśnie w oknie? Może patrzył w milczeniu na swoje miasto i z daleka posyłał nam nienawistne spojrzenie?
Ku mojej niezmiernej irytacji, pojawił się w moich snach.
Przycisnął mnie do samochodu, a jego grzeszne usta wędrujące po mej szyi sprawiały, że lodowaty śnieg topniał na naszej rozgrzanej skórze.
– Sloane? Nie śpisz? – Dobiegł mnie głos Novy stojącej u podnóża schodów.
– Nie, już schodzę. – Najlepiej będzie od razu przerwać myślenie o nim, ponieważ brak mężczyzn w moim życiu miał na mnie najwyraźniej bardzo zgubny wpływ. Włożyłam podartą bluzę z kapturem – prezent od Broki, którą zostawiłam w swoim pokoju lata temu. Cekiny na przodzie układały się w świecący napis „Mam różdżkę i nie zawaham się jej użyć”. Wciągnęłam na nogi legginsy i grube wełniane skarpety, po czym zeszłam na pogrążony w chaosie parter domu.
Broca siedziała w fotelu z nogami wyciągniętymi do góry, ubrana w jaskraworóżowy szlafrok z piórami na mankietach i doklejonymi sztucznymi diamentami. Równie dobrze mogłaby wylegiwać się na pokładzie ekskluzywnego jachtu, a nie na wyblakłym fotelu pod oknem w salonie. W tle rozbrzmiewała muzyka disco, a babcia trzymała rękę w powietrzu, lekko manewrując naczyniami za pomocą magii, podczas gdy Lyra i Nova chowały się w kuchni.
– Nie pomagasz – warknęła Lyra z irytacją.
Wszystko opadło na blat, gdy rozległo się pukanie do drzwi.
– Kto, u licha, ma czelność pukać do naszych drzwi przed ósmą rano? Nie mają nic lepszego do roboty? Na przykład pójść do pracy? – Udałam, że posyłam komuś prawy sierpowy, wyobrażając sobie Knoxa ponownie stojącego na naszym ganku. Przeszłam przez pokój i otworzyłam drzwi, gotowa powiedzieć mu, co o nim myślę, ale zamiast niego ujrzałam kobietę w jasnoróżowym kostiumie z idealnie ułożonymi blond włosami i sztucznym uśmiechem na twarzy. Za nią stały jeszcze dwie kobiety, jedna uśmiechnięta, druga patrząca na śnieg z nieukrywaną irytacją.
– Witamy w Briarhaven!
– O cholera, to ta androidka – syknęła Nova, stając za moimi plecami i kładąc mi rękę na ramieniu.
– Jesteśmy szalenie rade, iż czarownice z klanu MacGregor w końcu powróciły, tym bardziej że byłyśmy zmuszone wziąć na swoje barki ciężar waszych obowiązków w Urokach. Na pewno jesteście zmęczone podróżą, a biorąc pod uwagę stan tego domu… – kobieta spojrzała ponad naszymi plecami na zakurzone prześcieradła pokrywające większość mebli w salonie, a jej twarz wyrażała nieskrywaną dezaprobatę – …pomyślałam, że nie będziecie miały sił, by cokolwiek ugotować. Przyniosłam wam zapiekankę, powinna wystarczyć na dzisiaj.
– Uroki? – szepnęła Nova. Wzruszyłam tylko ramionami, niepewna, czy bezpiecznie jest wykonywać jakiekolwiek gwałtowne ruchy w pobliżu androidki. Cofnęłam się, gdy wszystkie trzy kobiety weszły do środka i uniosłam brwi, gdy Różowy Kostiumik sięgnęła do swojej małej torebki i wyjęła z niej parującą zapiekankę. Pojemnik był co najmniej trzy razy większy od torebki.
– Przyznaję, sprytna sztuczka – rzekła Lyra.
– Nazywam się Mandy Meadows, jestem przywódczynią Uroków i chciałam wraz z moim komitetem oficjalnie was powitać – wykrzyknęła Mandy radosnym, mechanicznym głosem. – Co prawda wasza babcia zdołała zachować należne wam miejsca, uczestnicząc w naszych spotkaniach przez Zoom, ale o ileż lepiej będzie spotykać się na żywo, teraz, gdy jesteście na miejscu.
Nie do końca rozumiałam paplaninę Mandy, za bardzo skupiając się na jej sztucznym uśmiechu i wytrzeszczonych niebieskich oczach.
– Chwileczkę, co proszę? Należne nam miejsca gdzie? – Obróciłam się, aby spojrzeć na Brocę. – O czym ona mówi?
– Och, kochanienkie, o waszym sabacie oczywiście.
– Naszym sabacie? – Lyra z podekscytowaniem nabrała powietrza. Zawsze najbardziej z naszej trójki interesowała się opowieściami o czarownicach, które serwowała nam mama. Mnie na rękę było ignorowanie naszego pochodzenia, ponieważ jak dotąd przynosiło nam ono tylko nieszczęście i zakłócało codzienną rutynę. Pojawienie się Mandy Meadows, wyglądającej jak członkini elitarnego klubu dla wyższych sfer, w dodatku na lekkim haju, przywróciło nas do rzeczywistości i przypomniało o naszym dziedzictwie.
– Wasza matka nie opowiadała wam o naszym sabacie? – Broca zmarszczyła brwi.
– Nie. – Nieomal warknęłam.
– Ależ nie ma mowy o pomyłce. – Mandy uśmiechnęła się promiennie i kiwała głową, moim zdaniem nieco zbyt entuzjastycznie, jak jedna z tych figurek z ruchomą głową, które kupuje się na stacjach benzynowych i przyczepia do deski rozdzielczej. – Przysługują wam dziedziczne miejsca w najbardziej elitarnym sabacie w Briarhaven – Urokach.
Dobra, czas zdusić to nieporozumienie w zarodku.
– Nie mam pojęcia, o czym mówisz. – Podeszłam do Mandy, delikatnie chwyciłam ją za ramię i popchnąłam w stronę drzwi. – Ale jestem pewna, że znajdziemy inny moment, żeby o tym porozmawiać. Mamy za sobą kilka długich dni w podróży i nie widziałyśmy naszej babci od lat. – Mama zrobiła wszystko, co mogła, żeby odciąć nas od Broki, ciągając nas za sobą po Stanach Zjednoczonych, a kiedy byłam już wystarczająco dorosła, aby zająć się moimi siostrami, skupiłam się po prostu na próbie usamodzielnienia. I szczerze mówiąc, żadna z nas nie była wtedy gotowa na powrót do Szkocji. Teraz, widząc Brocę ponownie, zdałam sobie sprawę, jak bardzo za nią tęskniłyśmy.
– Znam świetną panią od sprzątania – padło z ust jednej z kobiet, która wyglądała, jakby koniecznie chciała jakoś pomóc. Ubrana była w neonoworóżowy kostium. Stała z rozczochraną fryzurą i ogromną torbą na ramieniu, która wyglądała, jakby mogła pomieścić broń wystarczającą do pokonania małej armii.
– Jestem Felicity Sheridan, wiceprezeska Uroków. Zero dramy, tylko czary! – Przysięgam, że prawie zasalutowała. Spojrzałam przez ramię na Novę, która bezgłośnie powtórzyła: „Zero dramy, tylko czary”. Posłałam jej ostrzegawcze spojrzenie, po czym odwróciłam się ku trzeciej kobiecie, patrzącej na mnie z wyrazem zrozumienia. – Tam Sullivan. Skarbnik i twardzielka w każdym calu, jeśli wypada mi tak o sobie powiedzieć. – Tam uścisnęła moją dłoń z taką siłą, że aż zatrzeszczały mi kości. Była kobietą po pięćdziesiątce, ubraną w dres Adidasa, z krótko przystrzyżonymi włosami i błyszczącymi, inteligentnymi oczami. – Nie pozwól tym dwóm zrobić sobie prania mózgu.
– Na litość boską, Tam. Dopiero co je poznałaś – syknęła Mandy, posyłając koleżance gniewne spojrzenie.
– Ktoś musi przygotowywać ludzi na wasz temperament.
– Doprawdy? Czyżbyśmy miały aż tak trudne charaktery? Lubię myśleć, że wszyscy nas lubią. Jak watę cukrową czy lizaki. – Felicity położyła ręce na biodrach, przypominając wściekłego gnoma z niechlujnym kokiem na głowie.
– Od kiedy to wszyscy lubią watę cukrową? – Tam schowała ręce w kieszeniach.
Felicity jęknęła, jakby Tam właśnie powiedziała jej, że codziennie przed śniadaniem topi kocięta.
– Australijczycy nazywają watę cukrową wróżkowymi nitkami – zauważyła Lyra. Kiedy byłyśmy dziećmi, nie było żadnych radosnych rodzinnych wycieczek do cyrku. Gdy tylko przeprowadziłyśmy się do Stanów Zjednoczonych i przejęłam obowiązki opieki nad siostrami, starałam się to zmienić. Teraz nie mogłam oderwać wzroku od tych trzech osobliwych kobiet.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
1.Slán abhaile – zwrot w języku irlandzkim. Używany, gdy życzymy komuś bezpiecznej drogi do domu. Wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki. [wróć]
2.Jedynie z serc płynie – Robert Burns Z wierszy szkockich, Pierwszy list do Daviego kolegi po piórze, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1956, s. 32. [wróć]
3. Highland coo – krowa szkockiej rasy Highland, samiec teoretycznie nazywa się Highland bull, ale powszechnie używa się nazwy Highland coo również dla samców. [wróć]
4. Mabon – święto równonocy jesiennej. [wróć]
5. Oset to narodowy kwiat Szkocji i jeden z jej symboli. [wróć]
6. Shite – (czyt. szajt) szkocka wersja angielskiego słowa shit, które w tym kontekście przetłumaczylibyśmy na nasze „cholera”. [wróć]
7.Lass – dziewczyna (słowo używane powszechnie w Szkocji). [wróć]
8.Aye – tak (słowo używane powszechnie w Szkocji). [wróć]
9. Primula – brytyjska marka znana z produkcji serów topionych w tubkach, założona w 1924. [wróć]
