Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
16 osób interesuje się tą książką
Zaskakująca i mało znana historia procesów o czary, którą trzeba przypomnieć.
Morawy, rok 1678. Tydzień przed Wielkanocą w jednym z kościołów niedaleko spokojnego miasta Szumperk podczas mszy pewna uboga staruszka, pchana głodem, dopuszcza się skandalicznego czynu. Ten w gruncie rzeczy niewinny incydent, sprowokuje ambitnego księdza do rozpętania piekła, w które zostaną wciągnięte niewinne kobiety. Podżegana zazdrością hrabina Angela z możnego rodu Żerotoninów zaprasza do udziału w procesie czarownic okrytego złą sławą sędziego inkwizycyjnego, którego mroczny sekret z przeszłości znają miejscowa zielarka Anna oraz pustelnica matka Walpurgis zamieszkująca Uroczysko Martagonów.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 428
Data ważności licencji: 2/28/2031
Copyright © Monika Raspen
Copyright © Wydawnictwo Replika, 2026
Wszelkie prawa zastrzeżone
Redaktor
Małgorzata Burakiewicz
Redakcja techniczna
Joanna Podolska
Korekta
Joanna Podolska, Anna Zientek
Projekt okładki i elementów graficznych
Urszula Gireń
Skład i łamanie
Izabela Szewczyk-Martin
Konwersja publikacji do wersji elektronicznej
Dariusz Nowacki
Wydanie elektroniczne 2026
eISBN 978-83-68742-51-0
Wydawnictwo Replika
ul. Szarotkowa 134, 60-175 Poznań
[email protected] www.replika.eu
– Za pozwoleniem – rzekł podejrzany – ja tego nie podpisałem i nie udowodnią mi, żebym to zrobił.
– Jeśli się nie podpisałeś, to musiałeś mieć na myśli jakieś łajdactwo, bo inaczej byś się podpisał, jak każdy uczciwy człowiek!
Lewis Carroll
Każdy, kto chciałby zgasić księżyc lub zmienić kierunek chmur, naraziłby się na śmieszność. Teraz księżyc świeci i iskrzy się jak roztopione złoto, ale za chwilę nadejdzie chmura i jasność zniknie. Czy dlatego chmura jest silniejsza od księżyca? Nie! Chmura odleci, wyparuje, a księżyc zostanie. Światło jest silniejsze od ciemności. Ale teraz, niestety, jest ciemno…
Václav Kaplický
Dlaczego czasami taka ciemność przychodzi na świat, gdy ludzie zabijają się bez powodu, dlaczego są chwile, gdy nawet najmądrzejsi ludzie nie odróżniają tego, co sprawiedliwe, od tego, co niesprawiedliwie, dlaczego nawet uczciwi ludzie kłaniają się mordercom i rabusiom, uważając ich za dobroczyńców?[1]
Václav Kaplický
[1] Przekład autorki
Powieść dedykuję wszystkim ofiarom hejtu, który
jest dzisiejszym odpowiednikiem dawnych procesów o czary
Słowo od autorki
Naprawdę mało kto słyszał o procesach czarownic w Szumperku. Prawie nikt nie pamięta imion ani nazwisk ofiar tego barbarzyńskiego procederu. Wszystkie zginęły okrutną śmiercią, nie mają swoich grobów. Ich ciała spłonęły na stosach, a prochy rozwiał sudecki wiatr. Pozostały po nich jedynie wymuszone torturami zeznania i rachunki. Tak, rachunki, które musiały opłacić ich rodziny: za więzienny chleb, za tortury, za pracę kata przy egzekucji, nawet za drewno i słomę na stos. Historia bywa okrutna, ale rzadko kiedy aż tak cyniczna. Inkwizytor, który rozpętał to piekło, zmarł jako zamożny, szanowany obywatel. Dwukrotnie spotkałam się z przekazem – nie ma niestety potwierdzonego źródła – że ożenił się i doczekał córki, dla której był bardzo dobrym ojcem.
Kiedy po raz pierwszy natknęłam się na wzmiankę o tych procesach, uderzyło mnie nie tylko ich okrucieństwo, lecz także cisza, jaka po nich pozostała. Ponad osiemdziesiąt osób – kobiet i mężczyzn – usunięto z tego świata, stawiając im zarzuty tak absurdalne, że dziś powinny wywoływać jedynie niedowierzanie. A jednak pojawił się historyk, który uparcie głosi, że skoro protokoły zeznań torturowanych osób zostały przez nie podpisane, są tym samym pełnoprawnymi dowodami w sprawie. Nie będę podawała nazwiska tego człowieka, żeby nie robić mu reklamy. Dodam tylko, że był pracownikiem naukowym Uniwersytetu Karola w Pradze, na szczęście uczelnia rozwiązała już z nim umowę.
To właśnie cisza – brak śladu po tych ludziach, brak w przestrzeni publicznej i pamięci ich imion i nazwisk, brak mogił, brak głosu – stała się dla mnie początkiem książki. Bo gdzieś pomiędzy udokumentowaną grozą a pustką kryło się ich życie: codzienność, nadzieje i rozpacz. Chciałam przywrócić ich obecność, którą odebrał im niesprawiedliwy sąd i makabryczna śmierć na stosie. Chciałam przypomnieć ich imiona i nazwiska i opowiedzieć o społeczeństwie, które wydało na nich wyrok.
I właśnie wtedy, kiedy kończyłam pisać Wiedźmę z Sudetów, 18 września 2025 roku, po trzystu czterdziestu latach, Krzysztof Lautner, najbardziej znana postać szumperskich procesów o czary, został oficjalnie zrehabilitowany przez biskupa Ołomuńca. Ten gest – choć spóźniony i symboliczny – był dla mnie znakiem. Skoro dziekan Lautner mógł odzyskać należny mu szacunek, może i inni zasługują na to, by ich dramat wybrzmiał jeszcze raz jako prawda o mechanizmach polityki i ludzkiej natury: podłości, chciwości, uległości, strachu.
Poniżej dołączam skan oficjalnego dokumentu rehabilitacyjnego wydanego przez biskupa Ołomuńca i przeczytanego w kościołach archidiecezji ołomunieckiej:
Pisząc Wiedźmę z Sudetów, kierowałam się nie tylko chęcią opowiedzenia historii o ludziach niesprawiedliwie skazanych. Chciałam przede wszystkim pokazać, jak się to wszystko w Szumperku zaczęło. Jak ludzka zawiść i złość stworzyły plotkę, jak plotka zmieniała się w kłamliwe oskarżenie, jak kłamstwo stawało się dowodem. Chciałam uzmysłowić Czytelnikom, co dzieje się ze społecznością, gdy zasiana nienawiść pożera rozum, a bezprawie kwitnie w majestacie prawa, karmiąc czyjeś chore ego.
To była moja motywacja. Mój obowiązek wobec tych, którzy umarli bez grobu, straciwszy dobre imię. W tej książce próbuję opowiedzieć ich historię tak, jak na to zasługują: z powagą, empatią i świadomością, że… podobne rzeczy dzieją się w ludzkich społecznościach i dziś.
Co konkretnie mam na myśli?
Im dłużej studiuję dzieje procesów o czary, tym wyraźniej widzę, że nie były one wyłącznie aberracją religijną czy wynaturzeniem prawa. Były przede wszystkim uniwersalnym, ponadczasowym mechanizmem społecznym. I im częściej patrzę na współczesność, tym dotkliwiej rozpoznaję te same odruchy, te same gesty, te same „prawdy objawione”, które wystarczy wypowiedzieć głośno, a natychmiast znajdą wyznawców.
Tak. Wtedy wystarczały złe słowa. I dziś również. Wystarczy jeden post, jeden komentarz, jedno dobrze „klikające się” kłamstwo, które rozpędza się jak śniegowa kula. Z tą różnicą, że w epoce cyfrowej nienawiść płonie dużo szybciej niż stos.
Wtedy oskarżonym odbierano głos dosłownie – kneblami, więzami, torturą, strachem. Dziś odbiera się go podobnie: hejtem i nagonką.
W tamtych czasach bardzo często po torturach, po publicznym odarciu z godności, ofiary odbierały sobie życie. Dziś także są ludzie, którzy po tygodniach, miesiącach czy latach nękania – tego cyfrowego, rozproszonego, ale nie mniej okrutnego – poddają się, znikają, milkną. Czasem na zawsze.
Dlatego, Czytelniku, proszę nie jako autorka, ale jako człowiek: przeczytaj tę książkę, a potem odpowiedz sobie szczerze, głęboko, bez uciekania przed własnym sumieniem – czy naprawdę godzisz się na to, by tuż obok Ciebie, w Twojej pracy, w Twojej rodzinie, w Twoim świecie rzucano oskarżenia na ludzi, którzy nie mają jak się bronić? Czy chcesz być częścią tłumu, który klika, powtarza i podaje dalej, nie dlatego, że wie, lecz dlatego, że łatwiej mu wierzyć w czyjąś winę niż w swoją własną nieuważność? Czy chcesz milczeć, gdy znów – po wiekach – rozgrywa się ta sama historia, tylko stosy już nie płoną? Czy wiesz, że milczenie wtedy było współdziałaniem? I dziś jest nim również.
Piszę o Szumperku, ale tak naprawdę piszę o nas. O tym, jak łatwo potrafimy uwierzyć w kłamstwo, jeśli pozwala nam poczuć się lepszym, bezpieczniejszym, stojącym po właściwej stronie. Albo po prostu odwraca uwagę od naszej własnej niedoskonałości.
Odpowiedzmy sobie szczerze: czy w każdej sprawie koniecznie musimy zabierać głos i wygłaszać własną opinię? Często można przeczytać:„Mam prawo do własnej opinii. Skoro ktoś pokazuje się publicznie, to wystawia się na ocenę”. Ale to tylko wygodne usprawiedliwienie. Nikt, kto pracuje, tworzy, żyje swoim życiem, nie „wystawia się” na niczyją agresję. Nikt nie prosi wszystkich dookoła o komentarz. To, że ktoś publikuje książkę, gra w filmie, koncertuje, bloguje, pokazuje swoją twarz w mediach, nie oznacza, że daje komukolwiek pozwolenie na dowolną ingerencję w jego wybory, uczucia czy duchowość.
To nie jest część umowy społecznej! To jest ogromne nadużycie! Kiedy ktoś twierdzi: „Pokazujesz się, więc musisz znosić ocenę”, w istocie mówi: „Moja ciekawość, moja frustracja i moje potrzeby są ważniejsze niż twoje granice. Niż przyzwoitość i zasady dobrego wychowania”.
Idąc tym tropem, możemy stwierdzić, że każdy człowiek, w każdym miejscu i okolicznościach może być bezkarnie oceniany, krytykowany i opiniowany. A przecież wiemy, że to byłoby nieludzkie, że byłby to świat nie do zniesienia. Dlaczego więc w przestrzeni wirtualnej tolerujemy to, czego nie zaakceptowalibyśmy w świecie realnym?
Wyobraźmy sobie sytuację zupełnie codzienną, prostą, absurdalną, a jednak tak boleśnie bliską temu, co dzieje się dziś w Internecie. Idziesz ulicą. Obca osoba zatrzymuje Cię, patrzy na Ciebie z góry i mówi:„Źle wyglądasz. Przebiorę Cię. Zmienimy fryzurę. Makijaż masz fatalny”. W jednej sekundzie każdy poczułby się oburzony, zszokowany, upokorzony. I słusznie.
A jednak w Internecie takie zachowanie uchodzi za tak zwane prawo do opinii. Wystarczy anonimowy profil i już można czuć się uprawnionym do oceniania wszystkiego: czyjegoś wyglądu, relacji, wyborów światopoglądowych, duchowości, tego, co ktoś czyta, co publikuje, jak żyje. Te komentarze dotyczą ludzi, których nigdy się nie spotkało, aktorów, piosenkarzy, pisarzy, polityków, twórców. Dotyczą osób, które nie zmuszają do oglądania filmów z ich udziałem, czytania książek przez nich napisanych, słuchania ich muzyki, nie proszą o akceptację, nie pukają do drzwi. Robią swoje. Po prostu żyją. To ich prawo.
Dlatego proszę – reagujmy. Reagujmy na brak kultury, na chamstwo, na przekraczanie granic, które udaje dziś szczerość lub mówienie, jak naprawdę jest. Kiedy widzisz komentarz wycelowany w kogoś, kto nie może się obronić, zapytaj: „Po co to piszesz? Czemu ma to służyć?Co ci to daje? Czy na pewno tak myślisz?”. Bo milczenie nie jest przejawem godności i „bycia mądrzejszym”. Jest nawozem dla agresji.
Żyjemy w czasach, w których każdy może wykrzyczeć swoją złość w przestrzeni publicznej. Ale to nie oznacza, że każdy powinien to zrobić. Jeśli ktoś żyje po swojemu, nie krzywdzi innych, nie zmusza nas do podpisywania się pod swoją wizją świata, nie narzuca nikomu swoich poglądów, pozwólmy mu istnieć bez konieczności tłumaczenia się z każdego słowa, każdego wyboru. Miejsca starczy dla wszystkich.
Nie powinno być natomiast miejsca na pogardę. Bo pogarda jest pierwszym krokiem do nagonki, a nagonka do współczesnych procesów o czary. A pogarda kryje się często pod przykrywką „troski”: „Nie chcę nikogo urazić, ale…”.
Idealnie podsumowuje to jedna z moich ulubionych medialnych kampanii:
„W internecie bądź sobą. Chyba że jesteś chamem. Wtedy bądź kimś innym”.
Słyszymy czasami, że zaszczute hejtem dzieci odbierają sobie życie. Z dorosłymi również tak się dzieje. Dlatego warto każdemu uświadamiać ciężar słów. Czasami nieprzemyślana uwaga w Internecie, „błyskotliwy” komentarz – przecież złośliwość to w powszechnym mniemaniu oznaka inteligencji – napisany w złym momencie, może kogoś kosztować życie. Czy chcemy być „błyskotliwymi internetowymi osobowościami” mającymi na sumieniu czyjeś życie? Skąd wiemy, w jakiej sytuacji jest osoba, którą opiniujemy? Może właśnie jest ciężko chora i potrzebuje ludzkiego ciepła i dobrego słowa? Może kogoś straciła i nie chce być sama? Może jest w ciężkiej depresji, a złe słowo, komentarz, recenzja, mem będą kroplą, która…
Proszę! Pomyśl o tym, zanim cokolwiek napiszesz!
Zacytuję zdanie Mariana Turskiego, ocalałego z obozu Auschwitz-Birkenau, który nas współczesnych ma ostrzec przed obojętnością: „Auschwitz nie spadło z nieba”. Palenie czarownic i hejt również nie… Opinia mająca kogoś dotknąć czy urazić, to hejt. Brak wyczucia i taktu, co nie ma nic wspólnego z wolnością słowa.
Po raz kolejny podkreślam, że moja powieść to nie monografia czy naukowe opracowanie, a beletrystyka wracająca do prawdziwych historycznych wydarzeń. Jeśli chcecie dowiedzieć się więcej i nie mieć wątpliwości, co jest prawdą, a co fikcją, zachęcam do sięgnięcia po fachową literaturę. Zawęziłam swoje sugestie do książek dotyczących tematu polowań na czarownice, który opisałam w swojej powieści.
Zacznę od polecenia fenomenalnej powieści, którą napisał Václav Kaplický – Kladivo na čarodějnice (1963). Z jej ekranizacji (1969) dowiedziałam się o procesach w Szumperku i tak rozpoczęłam swoje poszukiwania na ten temat.
Jeśli nie widzieliście filmu: Młot na czarownicez 1969 roku, to gorąco Wam go polecam. Wstrząsający, smutny, dramatyczny, ale otwiera oczy na to, czego tak często nie chcemy widzieć.
Zbieranie materiałów do Wiedźmy z Sudetów zaczęłam od dociekań na szerszą skalę. Wszyscy pomyślą od razu o traktacie Młot na czarownice (Malleus Maleficarum) dwóch autorów, Heinricha Kramera i Jakoba Sprengera. Warto wiedzieć, co zwiera, ale jeśli ktoś nie ma zamiaru zgłębiać naukowych aspektów tego zagadnienia, jego lektura nie jest konieczna. Dla mnie to studium ludzkiej głupoty i podłości ubranych w obłudę. Lektura pozostawia ból, niezgodę na niesprawiedliwość i niesmak.
Restitutio honoris autorstwa Johanna Baptista Rottnera i Ruperta Ernsta pokazuje, jak prawo lawiruje i kluczy, jak wykorzystuje umowę społeczną, ludzkie przyzwyczajenia, tradycje – innymi słowy, jak litera prawa pozwala zabić jego ducha. Smutne.
Uczę się czeskiego, wspierał mnie także Rafał, mój dobry kolega, miałam więc komfort korzystania z czeskich źródeł i opracowań. Wielką pomocą okazała się dla mnie praca magisterska z dziedziny prawa złożona przez Petra Křiváčka na wydziale prawa Uniwersytetu Karola w Pradze, Čarodějnické procesy na Šumpersku. To rozległe, udokumentowane opracowanie prawnych, społecznych i źródłowych aspektów procesów w Szumperku i Wielkich Łosinach. Są tam interesujące rozdziały o inkwizytorze Bobligu i jego przeciwniku Krzysztofie Lautnerze.
Online są także dostępne dwa inne teksty, które ułatwiły mi zrozumienie miejscowych realiów. Veronika Cížková napisała pracę Kryštof Alois Lautner, Tereza Krištofovázaś Čarodějnické procesy na severní Moravě v letech 1678-1696. Represe čarodějnictví v českých zemích.
Historyczka Michaela Neubauerová napisała wartościową pracę popularnonaukową Čarodějnické procesy na Jesenicku. To książka, która omawia procesy m.in. w Złotych Górach i Jesioniku. Jej autorstwa (wraz z Drahomírem Poláchem) jest również popularnonaukowe kompendium wiedzy o morawskich procesach o czary: Raport o niewierze. Niestety, książka jest bardzo niedokładnie przetłumaczona, toteż polecam wersję czesko- lub niemieckojęzyczną.
Bedřich Šindelář to autor ważnej publikacji: Hon na čarodějnice: západní a střední Evropa v 16.-17. století, która pokazuje szeroką panoramę procesów o czary.
Na początku drogi bardzo pomógł mi katalog wystawy obejmujący stałą ekspozycję w Geschaderově domě w Szumperku: Čarodějnické procesy, który zawiera opisy lokalnych wydarzeń, listy ofiar.
Esej Igora Lukeša, Hon na čarodějnice v Šumperku 17. století a stalinský monstrproces v Praze, to świetna analiza paralel, jakie istnieją między metodami procesów w XVII wieku a procesami politycznymi XX wieku.
Czarownice – dzieje procesów o czary Kurta Baschwitza to książka, którą naprawdę warto znaleźć w antykwariacie i mieć na półce. Podobnie jak: Wiedźmy i czarownice. Historia prześladowań Nigela Cawthorne’a.
Bardzo polecam Waszej uwadze dwie fenomenalne publikacje wrocławskiego naukowca, doktora Daniela Wojtuckiego: Kat i jego warsztat pracy na Śląsku, Górnych Łużycach i w hrabstwie kłodzkim od połowy XVI do połowy XIX wieku oraz: Magia posthuma. Procesy i egzekucje zmarłych na Śląsku i Morawach w XVI-XVIII wieku. Mimo że to literatura naukowa, obie czyta się jak najlepsze dreszczowce.
Mój literacki Mistrz, Maciej Siembieda, tak powiedział w jednym z wywiadów: „Literatura może być jak modlitwa za tych, których już nikt nie pamięta”. I przypadku Wiedźmy z Sudetów tak właśnie miało być. Pamiętajmy o tych, którzy zginęli z powodu podłości, głupoty i nienawiści innych. Wspomnijmy ich, bo przecież odmówiono im grobów.
Podczas fali procesów o czary, która rozpoczęła się na Morawach w 1678 roku, zostali zamordowani liczni mieszkańcy Szumperka i okolic. Lista ich nazwisk ułożona jest według daty wykonania egzekucji lub daty śmierci w więzieniu, a do jej sporządzenia użyłam spisów zaczerpniętych z wyżej wspomnianej publikacji, Raport o niewierze:
Dorota Davidová
Marina Schuchová
Dorota Groerová
Marketa Züllichová
Zuzana Stubenwolová
Anezka Koppová
Marie Petrová
Anna Föbelová
Barbora Kühnelová
Dorota Biedermannová
Barbara Cóticlicherová
Kateřina Rabowská
Barbara Kranchelová
Hanuš Stubenwol
Barbora Drechslová
Anna Richterová
Barbora Rotterová
Hanuš Axmann
Markéta Prokélová
Barbora Bartelová
Dorota Rotterová
Simon (Šimon) Friedrich
Růžena Schnaubelová
Dorota Axmannová
Kristýna Ottová
Alžběta (Alžběka) Moserová
Růžena Biedermannová
Kristýna Friedrichová
Eva Kruschová
Helena Köhlerová
Katerina Winterová (Wintersová)
Anna Hohlová (Mohlová/Hühlová)
Anna Bartelová (Barcelová)
Valentin Klapper
Uršula Klugová
Uršula Braunerová
Barbora Haunschildová
Barbora Scharfová
Uršula Kolbová
Marina Drechslová
Kateřina Fridrichová
Kristýna Kristová
Matěš (Mates) Göttlicher
Kristýna Köhlerová
Bedřich Pelcz
Hanuš Breyer
Hanuš Göttlicher
Kateřina Koppová
Sibyla Köhlerová
Eva Bittnerová
Kateřina Jackwertová
Martin Hamp
Bartel Klapper
Bedřich Jackwert
Barbora Axmannová
Marina Müllerová
Marie Sattlerová
Zuzana Voglicková
Alžběta Sattlerová
Marie Pešková
Kašpar Sattler
Jan Přerovský
Ester Rohnerová
Magdalena Peschkulinová
Anna Welzelová
Eva Umblaufová z Frankštátu
Alois Kryštof Lautner
Bedřich Winter
Kristína Reinholdová
Dorota Hutterová
Marie Felixová
Anna Weillemannová
Eva Gärtnerová
Anna Kranichlová
Salomena Kurtzová
Dorota Partschová
Jindřich Bittner
Anna Rollepatzová
Salomena Sattlerová
Marie Ottová
Jindřich Peške
Spis postaci
Rodzina Burghardtów
• Anna – żona Stanisława, zielarka, kobieta dobrze urodzona, wykształcona, rozmiłowana w nauce
• Stanisław – mąż Anny, cierpiący na choroby będące następstwem wojennych przeżyć, nobilitowany przez cesarza za uratowanie życia następcy tronu
• Maria – wnuczka Anny i Stanisława
Rodzina Kunze
• Franz – głowa rodziny, wdowiec, ojciec Irmy, dziadek Matyldy
• Irma – córka Franza, całkowicie podporządkowana ojcu
• Matylda – wnuczka Franza, przyjaciółka Marii Burghardt, z którą się wychowywała
Rodzina von Steinów – stara szlachta
• Baltazar – ojciec Rudolfa, mąż Berty, od wielu lat zakochany w Annie Burghardt
• Berta – żona Baltazara, matka Rudolfa
• Rudolf – syn Baltazara i Berty, od zawsze zakochany w Marii Burghardt
Rodzina Żerotinów – arystokraci z majątku Wielkie Łosiny
•Angela Anna Sibylla z Gall – hrabina, siostra Przemysława, która po śmierci jego i jego żony wychowuje swoich dwóch bratanków
• Przemysław III Żerotin – zmarły brat Angeli
• Elżbieta/Eliszka Żerotin – żona Przemysława, bratowa Angeli
• Maksymilian Franciszek – starszy syn Przemysława i Elżbiety, bratanek Angeli
• Jan Joachim – młodszy syn
Rodzina Hayów
• Jakub Hay, zwany Joklem – kat z majątku Wielkie Łosiny, ale pracujący także dla Szumperku, od długiego czasu bezrobotny; ma problem z alkoholem
• Hanusz – syn kata, pogardliwie nazywany „kaciakiem”; nie chce przejmować profesji po ojcu, marzy o studiowaniu medycyny
• Zuzanna – żona Jakuba, zaradna, pracowita
• Bartel – brat kata, jego pomocnik; wolałby być cieślą
Osoby duchowne
• Matka Walpurgis – eremitka mieszkająca w pustelni na Uroczysku Martagonów
• Krzysztof Lautner – dziekan w Szumperku
• Jerzy Lachnit – proboszcz w Rapotinie
• Martin Sartioře z Rapotina – dawny proboszcz
• Jan Pabst – proboszcz w Rymarowie
• Eliasz Schmidt – sekretarz biskupa w Ołomuńcu
• Mateusz Schmidt – proboszcz parafii w Sobotinie, brat Eliasza
• Tomasz König – młody proboszcz w kościele w Wielkich Łosinach
• Karl II von Liechtenstein-Kastelkorn – biskup w Ołomuńcu
Kobiety oskarżone o czary
• Maryna Szuchowa – uboga kobieta cierpiąca głód, która ukradła hostię
• Dorota Groerowa – akuszerka
• Dorota Dawidowa – zielarka
• Małgorzata Zulichowa – współwłaścicielka młyna
Członkowie trybunału inkwizycyjnego
• Henryk Boblig z Edelstadtu – sędzia inkwizytor w stanie spoczynku, wcześniej prowadzący karczmę
• Ferdynand – sekretarz Bobliga, być może jego syn
• Adam Winiarski – zarządca dóbr Żerotinów, utracjusz, hazardzista i pijak
• Krystian Meyer – dzierżawca dóbr hrabiny, uczciwy człowiek; ma żonę, która popadła w obłęd
• Franciszek Wrany – burgrabia, były żołnierz
• Krzysztof Zeidler – leśnik, analfabeta
Mieszczanie
• Zuzanna – gospodyni i ukochana księdza Krzysztofa Lautnera
• Maria Sattlerowa – żona Kacpra Sattlera najbogatszego mieszczanina
• Kacper Sattler – mąż Marii, nazywany Kacprem Farbiarzem, przyjaciel dziekana Lautnera, który ściągnął go do Szumperka
• Maria Peszkowa – żona najbogatszego sukiennika
• Walenty Peszka – mąż Marii
• Franciszek Gaup – prawa ręka Franza Kunzego
PROLOG
Egzekucja
Szumperk[2]
Wóz zaprzężony w woły podskakiwał na wertepach, co powodowało dotkliwy ból każdej cząstki ciała Marii. Najbardziej dawały się jej we znaki powyrywane ze stawów ramiona. Była jednak w stanie utrzymać się na nogach, których piszczele maltretowano przez wiele dni hiszpańskimi butami, bo dobra żona strażnika parzyła dla niej specjalne zioła. Przynosił je z zewnątrz ktoś życzliwy. Skutecznie łagodziły ból i zapewniały ochronę przed zakażeniem ran.
Mistrz Jokl zaniemógł na czas tortur Marii i dzisiejszej egzekucji. Wszyscy wiedzieli dlaczego. Nie mógł przecież torturować kobiety, której babka, dawno temu, uratowała go od śmierci. Maria trafiła na młodego psychopatę ze Złotych Gór[3]. Ten najwyraźniej chciał swoją dokładnością wyjednać sobie łaski u wpływowego inkwizytora. Nadgorliwość kata było widać na każdej części ciała młodej kobiety. Był nadzwyczaj skrupulatny. Wczoraj jednak także zachorował, więc sprowadzono kolejnego, mniej doświadczonego.
Dwóch pomocników kata wzięło ją pod ramiona i zwlekło z wozu. Ręce powykręcane torturami zwisały bezwładnie wzdłuż jej wychudzonego ciała. Zamknęła oczy i skierowała twarz w stronę słońca. Poczuła podmuch wiatru. Przez powieki przebijało różowo-złote światło.
Pomyślała, że jeśli jednak gdzieś tam jest niebo – bo w istnienie Boga zwątpiła podczas tortur wielokrotnie – to pewnie taki sam blask ujrzy, stając u jego bram. W straszenie piekielnym ogniem nigdy nie wierzyła. Jeśli Bóg istniał, to był miłością. I miała pewność, że nie radowały go tortury ani fałszywe zeznania, a już na pewno nie płonące w imię Jego miłości stosy.
Już niedługo! – tysięczny raz pocieszała w myślach samą siebie.
– Wiedźma! – usłyszała jazgotliwy głos i poczuła na twarzy grudki koziego łajna.
Otworzyła oczy i wszystko stało się jasne.
Matylda, z którą wychowywały się razem, wspólnie pobierały nauki, chodziły do szkółki niedzielnej, na zabawy i jarmarki. Matylda, która przez lata udawała przyjaźń, żeby potem zabrać Marii Rudolfa. Widać nie wystarczyło jej odprowadzenie rywalki wprost na szubienicę. Chciała odebrać Marii resztki godności i pozbawić współczucia, które widziała na twarzy wielu zgromadzonych.
Dwie służące trzymały w rękach wiklinowe koszyki wypełnione nieczystościami, którymi miały obrzucać Marię.
– Joanka? Katka? Czy takiego zachowania Pan Bóg od was oczekuje? – zwróciła się do nich Maria.
Obydwie zaczerwieniły się i zawstydzone opuściły głowy. Ich pani, podtrzymywana przez męża, Rudolfa, gramoliła się na ostatnich nogach na szubieniczne wzgórze.
Przez zmaltretowaną twarz Marii przemknął cień uśmiechu. Co trzeba mieć w głowie, żeby na egzekucję włożyć suknię z kosztownej materii i z wielkim brzuchem wlec się na górę?
Po chwili Matylda znalazła się tak blisko skazanej, że Maria poczuła zapach lawendowego olejku. Sama cuchnęła jak zwierzę, bo przez wiele dni nie zmieniano słomy w jej celi i mieszkała w gnoju. A ludzki gnój cuchnął najokropniej i Maria wiedziała, że wszystkie zwierzęta, którymi opiekowała się w przeszłości, były traktowane znacznie lepiej.
Jej dawna przyjaciółka demonstracyjnie przyłożyła do nosa perfumowaną chustkę. Po chwili odjęła ją jednak od twarzy, żeby skazana zobaczyła jej kpiący uśmiech. Maria dostrzegła jednak coś jeszcze.
Szata Matyldy podwinęła się na jej wielkim brzuchu, a jej dawna przyjaciółka ujrzała futrzane podbicie. To był kuni błam. Maria nie miała wątpliwości – było to futerko Lukrecji, ukochanej kuny, którą znalazła w lesie jako nagie maleństwo, a potem sama wykarmiła kozim mlekiem. Ta kuna przez lata chroniła ich dom przed gryzoniami i była jej nieodłączną towarzyszką.
Gdyby nie to, że palce miała zmiażdżone torturami, to zacisnęłaby dłonie w pięści.
– Jak mogłaś? – szepnęła zrozpaczona.
Odpowiedzią była potworna, zimna nienawiść, która malowała się w oczach ciężarnej kobiety. I wtedy w sercu Marii obudził się gniew.
– Przyszłaś popatrzeć, jak mnie spalą? – zapytała. – A nie boisz się, że twoje dziecko będzie miało na twarzy ogniste znamię?
Dawna przyjaciółka zbladła ze strachu i zrobiła kilka kroków w tył, prawie się przewracając.
Młodemu katu drżały ręce. Maria miała wrażenie, że spogląda na nią z litością. Zawiesił na jej szyi ciężką sakiewkę na skórzanym rzemyku.
– Co to jest?
– Prezent od przyjaciela – szepnął, przełykając ślinę. – Żebyś nie cierpiała.
Domyśliła się. Proch. Nikt nie ma tyle hartu ducha, żeby z godnością znieść spalenie żywcem.
– Czas już – szepnął kat.
Usłyszała w jego głosie współczucie. Ostatni raz powiodła wzrokiem dookoła. Miała nadzieję, że pomoże jej opat, dawny przyjaciel rodziny. Zawiodła się. Wszyscy bali się inkwizytora – prostaka i chciwego durnia, który doskonale potrafił wykorzystać władzę, jaką dawało mu stanowisko. Teraz stał kilka metrów dalej ze swoim adlatusem[4]i przyglądał się jej z ciekawością.
– Dobro jest dobrem, nawet gdy nikt go nie czyni. Zło jest złem, nawet gdy wszyscy je czynią. Tak mówił święty Augustyn. – Popatrzyła na niego wyzywająco. – Pana Boga nie oszukasz, sędzio Boblig.
– Ucisz ją! – warknął inkwizytor do kata.
– Ma prawo powiedzieć ostatnie słowo, panie!
Popatrzyła na niego i na trzęsącą się ze złości i płaczu Matyldę. Westchnęła.
– Kończmy, mistrzu – szepnęła.
Młody kat zadrżał. Maria miała być pierwszą osobą, którą spali na stosie. To też była zemsta Matyldy, bo kiedy kolejny kat zaniemógł, to właśnie jej dziadek, Franz Kunze, zaproponował tego – młodzieńca, który jeszcze nigdy nikomu nie odebrał życia. Maria miała nadzieję, że dzięki temu stos został porządnie przygotowany i może z pomocą prochu umieszczonego na szyi nie będzie cierpiała długo.
Niespodziewanie z tłumu wysunęła się postać w białym habicie, z czarnym szkaplerzem i w czarnym kapturze, który zakrywał całą twarz. Do skazanej i trybunału szybkim krokiem podszedł cysters.
– Co to znaczy? – zapytał skonsternowany Boblig.
– Żałuj za grzechy! – mnich donośnym głosem zwrócił się do skazanej, ignorując pytanie inkwizytora.
– Hanusz[5]?! – szepnęła spękanymi ustami.
Zakonnik podszedł bliżej i chwycił ją za ramiona, aż syknęła z bólu. Nachylił się tak, żeby tylko ona słyszała jego słowa.
– Trzeba przedłużyć egzekucję, ile tylko się da. Powiedz teraz głośno, że żałujesz za grzechy. Przeproś tego bydlaka i poproś go o łaskę kolejnej spowiedzi. Płacz, że zgrzeszyłaś myślą i bluźnierstwem dziś w nocy!
– Po co? – jęknęła.
– Błagam, Mario! Zrób to!
[2] oryg. Šumperk (czeski)
[3] oryg. Zlaté Hory (czeski)
[4] adlatus (łac.) – zaufana osoba, pomocnik, przyboczny
[5] oryg. Hanuš (czeski)
Spokojne miejsce
Szumperk
Dawno, dawno temu, na Morawach, w pięknym i bogatym mieście Szumperk, żyli szczęśliwi ludzie. Miasto leżało nad potokiem, u wrót malowniczych Jesioników[6], gdzie świerkowe lasy pachniały żywicą, a strumienie spływające ze wzgórz niosły krystaliczną wodę. Niemieccy koloniści założyli tu w roku 1269 osadę i nazwali ją Schönberg – Piękna Góra. Z biegiem czasu nazwa czeska, zrodzona z pierwotnej, przyjęła się na dobre.
Dzięki położeniu na szlaku handlowym i bogactwu ziemi, z której wydobywano miedź, Szumperk szybko się bogacił. Słynął bowiem w całej Europie ze wspaniałych wytworów ludzkich rąk: płócien i kilku rodzajów sukna, których tajniki produkcji miejscowi rzemieślnicy trzymali w sekrecie, przekazując je z pokolenia na pokolenie. Jednostajny stukot krosien dobiegający z warsztatów odmierzał kolejne szczęśliwe dni mieszkańców. Na rynku miasteczka pachniało piwem, miodem, woskiem i barwnikami do tkanin. Kilka razy dziennie rozlegało się bicie dzwonu z Kościoła Farnego pod wezwaniem św. Jana Chrzciciela, gdzie dziekanem w roku pańskim 1678 był uwielbiany przez wszystkich mieszkańców ksiądz Krzysztof Lautner[7].
Kiedyś świątynia ta stanowiła dumę miejscowych mieszczan, posiadała bowiem wieżę zwieńczoną trzynastoma iglicami. Teraz zostały tylko jej szczątki. Zniszczył ją wielki pożar, który w 1669 roku strawił większość mieszczańskich kamienic Szumperku. Obywatele potraktowali to jako ostrzeżenie. Odbudowywali kościół pieczołowicie, nie szczędząc licznych datków, mieli bowiem nadzieję, że dobry Bóg nadal będzie błogosławił Szumperkowi i jego mieszkańcom.
Odnawiano zatem zniszczone miasto piękniej, dostojniej, z wdzięcznością za ocalenie. Kamienice znów miały jasne, gładkie fasady, a ich dachy połyskiwały łupkiem układanym w misterne, koronkowe wzory, i nową czerwoną dachówką przypominającą łuski karpia.
Między domami rosły lipy i klony, których pąki nabrzmiewały teraz od wiosennego słonka. W szczelinach pod murami kwitły mniszki lekarskie. Po ich młode listki sięgały na przednówku zaradne szumperskie gospodynie i podawały je z tłuszczem jako jarzynę. Dzięki wiedzy przekazywanej przez matki i babki odróżniały je od łudząco podobnych polnych mleczy, które nie miały odżywczych właściwości.
Wiosna roku pańskiego 1678 była łagodna i ciepła. Śniegi stajały szybko, ziemia napiła się ich wody do syta. Łąki i zbocza gór już obeschły, pokrywając się pierwszą szmaragdową zielenią. Trawa miała tutaj naprawdę kolor tych szlachetnych kamieni. Uczeni ludzie mawiali, że dzieje się to za sprawą substancji, które zawiera ta błogosławiona ziemia.
W sadach jabłonie, wiśnie i czereśnie miały już pąki, a pszczoły wracały do uli oblepione pyłkiem śnieżyc, przylaszczek, miodunek i lepiężników. Skowronki śpiewały wysoko nad polami, jaskółki podlatywały pod kalenice i naprawiały zeszłoroczne gniazda, a czasami budowały nowe. Nad Bratruszowskim Potokiem[8] kobiety robiły pranie, a dzieci puszczały statki z kory, które często im się wymykały i znikały w oddali. Kto wie, czy nie docierały aż do morza? Żaby i kumaki w stawach dawały wieczorne koncerty. Ropuchy rozpoczęły swoją wędrówkę w stronę mokradeł, nad którymi krzyczały czajki, a czarne bociany wracały do swoich siedzib na torfowiskach. Ich przylot był znakiem, że nadeszła prawdziwa wiosna.
Matka Walpurgis
Uroczysko Martagonów
Za torfowiskami, gdzie ziemia była miękka jak poduszka i wiosną drżała od tysięcy niewidzialnych źródeł pulsujących pod jej powierzchnią niczym krew, znajdowało się miejsce niezwykłe. Nazywano je Uroczyskiem Martagonów, bo w czerwcu i lipcu w miejscu tym kwitły w ogromnej liczbie prawdziwie królewskie kwiaty: lilie złotogłów. Mówiono, że zanim nastała wiara w jedynego Boga, zanim Morawy przyjęły chrzest, oddawano tu cześć pogańskim bóstwom.
Obok, w skalnym ostańcu, wykuta była pustelnia. Żyła tu święta kobieta, zwana przez okoliczną ludność matką Walpurgis. Wszyscy wyrażali się o niej z czułością, z szacunkiem, z wdzięcznością, bo niosła pomoc i pocieszenie, znała moc ziół oraz modlitw i dzieliła się tą wiedzą z potrzebującymi, nie oczekując podziękowań. Jej głos i spojrzenie koiły tak samo, jak napar z lipowych kwiatów słodzony miodem z pasieki, którą się zajmowała. Niewielu znało do niej drogę, a ci, którzy raz tam trafili, wracali do swoich domów odmienieni – jakby dotknęli innego, lepszego świata.
Izba wykuta w skale była prosta, a jednak wygodna. Ciepła i sucha zimą, przyjemnie chłodna podczas upałów. Przed wejściem do pustelni zaś rozciągał się ogród. Pod potężnymi dębami, które podczas burz chwytały w swe konary pioruny, i pod lipami rozłożystymi jak sklepienia katedr znajdowały się kwatery pełne ziół i kwiatów. Herbularius zgromadził na swoich grządkach macierzankę, szałwię, miętę, rutę, melisę, kozłek lekarski i dziesiątki innych.
W koronach drzew huczała wielka pszczela rodzina – rój, który dostarczał złotego miodu, lekarstwa i błogosławieństwa przyjemności zarazem. Ogród nie mógł istnieć bez pszczół, a one nie mogły żyć bez ogrodu. Na miód trzeba było jednak jeszcze poczekać, mimo że pracowite owady uwijały się już na pierwszych kwiatach.
O tej porze roku miejsce to udekorowane było krokusami, narcyzami i tulipanami, niegdyś przywiezionymi z odległych Niderlandów. Były wśród nich odmiany osobliwe i rzadkie. Niezwykle cenne w wielkim świecie, ale tu nieprzedstawiające żadnej materialnej wartości.
Walpurgis, która w swoim szarym habicie stała zapatrzona w otaczające ją piękno, poruszyła się bezszelestnie jak zjawa. Zrobiła kilka kroków i pochyliła się nad tulipanem, którego płatki były prawie czarne i, co zaskakujące, obwiedzione delikatnym różowym rąbkiem. Westchnęła, patrząc na kwiat. Delikatne tulipany, które przybyły z Imperium Osmańskiego, zachwyciły mieszkańców Europy. A potem do głosu doszły emocje, rywalizacja i chciwość, które zagłuszyły całkowicie boskie i ludzkie prawa, i przeważyły nad zdrowym rozsądkiem. Ludzie oszaleli na punkcie cebul tulipanów. Wybuchła tulipanowa gorączka. Pojawili się tacy, którzy dla jednego tulipana gotowi byli sprzedać dom, ogród, całe swoje życie.
Jakiż to obłęd – pomyślała. Jaki człowiek jest głupi. Czemu pragnie poprawiać naturę, zamiast cieszyć się prostotą czerwieni, żółci i bieli? Dlaczego śni mu się kwiat czarny albo błękitny – kaleka hybryda, nieodporna na przymrozki, ataki owadów i gryzoni?
Odwróciła wzrok od tulipanowej grządki, bo ta przypominała jej o ludzkiej pysze, o ślepcach mylących wyrafinowanie z wynaturzeniem, a degenerację ducha z jego wysublimowaniem. Odeszła od tulipanów, których bezcenne cebulki lata temu dostała w podarunku za uratowanie życia żony pewnego wysoko urodzonego człowieka.
Eremitka podeszła do wonnych różowych kalin, jeszcze bez liści, lecz już rozwiniętych w białoróżowe, koronkowe baldachy napełniające powietrze zapachem słodkim jak najdroższe kadzidło. Obok, niczym strażnik mrocznego wspomnienia matki Walpurgis, kwitł wawrzynek wilczełyko – krzew piękny, acz śmiercionośny. Posadziła go świadomie przy wejściu do swej pustelni. Jako pokutę. Wiedziała, że choć wawrzynek może uśmiercić człowieka, to jednak ptaki – jarząbki, grubodzioby i dzwońce – w jego owocach znajdują pokarm. Wiedziała też, że kwiaty bogate w nektar jako jedne z pierwszych wiosną sycą pszczoły i motyle. W dawnych czasach medycy podawali korę wawrzynka trędowatym, by ukoić ich cierpienia. Sama Walpurgis przyrządzała z niego maści i odwary, którymi kurowała choroby skóry, łuszczycę, egzemy, a także przynosiła ulgę cierpiącym w reumatyzmie i febrze.
Odpędziła od siebie myśl o pokucie. Od wielu lat niosła zdrowie i pomoc, a jej dłonie i słowa dawały ludziom ukojenie. Ileż można pokutować…?
Anna, najbliższa jej osoba, będąca dla niej posłańcem między samotnią a wielkim światem pełnym ludzkiej marności, często zadawała Walpurgis pytanie: „Czy ty sama już sobie wybaczyłaś?”.
Matka Walpurgis pochodziła z zamożnej rodziny. Była wysoko urodzona i wychowana w dostatku, a jednak od młodości podążała własną drogą, co nie podobało się szczególnie jej ojcu, który inaczej zaplanował swej córce życie. Znała łacinę i grekę, nieobce były jej astronomia, matematyka i fizyka, ale, o dziwo, dopiero tu, na tym odludziu, mogła w pełni korzystać z piękna swego umysłu dla wspólnego dobra. Tam, w wielkim świecie, musiała ukrywać swoją wiedzę, tutaj ludzie ciągnęli do niej jak spragnieni wędrowcy do źródła. W tym miejscu jej myśli były wreszcie wolne i bez lęku czytała to, co zdaniem wielu było zakazane. Jej oczy – wielkie, żywe, nadal młode – zdradzały niezwykły umysł i niespokojne serce. Choć skończyła już sześćdziesiąt lat, twarz jej była piękna i gładka, jakby upływ czasu zaledwie ją musnął.
To mogło zaskakiwać, bo życie matki Walpurgis, to, które zostawiła za sobą, boleśnie ją doświadczyło. Nie rozmawiała o tym z nikim, ale przeszłość nie rozwiała się niczym mgła. O nie! Wracała w najgorszy możliwy sposób każdej nocy. Od kilkudziesięciu lat. Wiedzieli o tym tylko mieszkający po przeciwnej stronie mokradeł Anna Burghardt i jej mąż Stanisław. Wspólne sekrety połączyły ich mocniej niż więzy krwi.
Ciąg dalszy w wersji pełnej
[6] pasmo górskie Jesioniki, oryg. Jeseníky (czeski)
[7] oryg. Kryštof Alois Lautner (czeski)
[8] oryg. Bratrušovski Potok (czeski)
