Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
115 osób interesuje się tą książką
Słowik.
Uwięziona. Niestrudzona. Królowa.
Wrogowie odebrali ją mężczyźnie, który zamieszkał w jej sercu. Być może uważają ją za słabe ogniwo, za pionka w ich bezwzględnej grze, lecz z całą pewnością nie doceniają Wiecznej Królowej.
Niech myślą, że zwyciężyli. Ona należy do króla i nie spocznie, dopóki nie powróci w ramiona pięknego potwora.
Wąż.
Porywacz. Nikczemnik. Król.
Śmiertelni wrogowie porwali kobietę, która zawładnęła jego duszą. Zdradzili go z chciwości i pragnienia korony, lecz nie zginą za tę zdradę. Zginą za to, że skrzywdzili królową.
Serce Węża należy do oszałamiającego Słowika. Jest jego światłem i drogowskazem, na morzu i na lądzie. Nie spocznie, dopóki krew wrogów nie spłynie u jej stóp, a ona nie założy naszyjnika wykonanego z ich kości.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 591
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Zakończenie nie miało się zmienić. Prawdę mówiąc, zawsze wiedział, że właśnie w ten sposób przebiegnie jego historia – tak to bywa, gdy przegrywa się wojnę.
Woda delikatnie uderzała o brzeg za plecami chłopaka. Wojownicy stali między nim a domem. Wilgotny piasek wbijał się w jego brudne spodnie zakrywające posiniaczone kolana, ale chłód morza przynosił ulgę i pozwalał mu znów oddychać.
Noce spędzone w ciasnych, kamiennych ścianach celi dobiegły końca. Teraz czekał go niepewny los.
U jego boku inny chłopak oczekiwał na taką samą karę – chłopak, którego młody król miał nienawidzić. Ale nie mógł całkowicie pogardzać drugim morskim fae. Kolejna porażka – powinien ją dopisać do długiej listy oczekiwań swego ojca, którym nie potrafił sprostać.
Ten drugi, poobijany i brudny, był jedynym pozostałym z rodzinnego królestwa. Inni już dawno uciekli na swoich tandetnych statkach z kości i miękkiego drewna, z czarno-niebieskimi żaglami. W chwili gdy walka dobiegła końca, zniknęli pod gwałtownym nurtem morskim.
Młodociany król czuł strach przed ludźmi na brzegu, bał się ostrzy w ich kaburach, krwi pod ich paznokciami. Ale wciąż miał w sobie odrobinę mocy – widział ich miarowo zaciskające się szczęki, czujną postawę, sposób, w jaki na niego patrzyli, jakby mógł niechybnie zaatakować. Obawiał się ich, lecz nie było wątpliwości, że ziemscy fae również czuli lęk przed królem morza.
Słuchając z przerażeniem, jak srogą karę wymierzono drugiemu morskiemu fae, młody król zacisnął posiniaczone palce wokół swojego nowego, małego amuletu. Dziewczyna próbowała uczynić go bardziej wartościowym, niż był w rzeczywistości – srebro byłoby zbyt doniosłym określeniem, a mała jaskółka raczej sprawiała wrażenie, że została wykonana z cyny.
Jednak od chwili, gdy ptaszyna odleciała, czmychając pośród tataraku, chłopak przylgnął do pożegnalnego prezentu. Nienawiść do wrogiego ludu zawrzała w jego krwi niczym trucizna, ale… nie mógł pozbyć się myśli o Słowiku, który w najciemniejszą noc opowiadał mu wspaniałe historie.
Ostatnie spojrzenie. Mógł je skraść dziewczynie, nim zostanie uwięziony pod wodą. Zamiast tego, gdy podniósł wzrok, napotkał wroga – zniszczonego wojną, lecz śmiertelnie niebezpiecznego i odzianego w czerń.
Ciemne oczy króla ziemskich fae, który potrafił wygiąć skałę, zaabsorbowały jego uwagę niczym noc pochłaniająca słońce. Być może końcem chłopaka wcale nie będzie wygnanie. Być może ziemski król ochoczo splami piasek wybrzeża trującą krwią Krwawego Śpiewaka.
– Nie stanowiłeś żadnego wyzwania, chłopcze – oznajmił wrogi król.
Wyzwanie. Główny cel przybycia króla mórz do ziemskiej krainy. Jak ostatni głupiec zhańbił swoje królestwo. Jedna chwila słabości, jedna uzdrawiająca pieśń zaoferowana konającemu wrogowi i zaprzepaścił szansę na odzyskanie władzy, którą stracił wiele wiosen wcześniej.
– Okazja została wykorzystana w inny sposób – odparł młody władca.
Tkwił w nim strach, ale nie chciał go okazywać. Słabość nie miała prawa bytu u Wiecznych Królów. Chłopak uniósł więc podbródek, czekając na cios tego samego mrocznego, śmiercionośnego topora, który wyciął serce jego ojca.
Dreszcz niepokoju przemknął mu wzdłuż kręgosłupa, gdy ziemski król ukląkł, by zrównać się z młodym władcą twarzą w twarz.
Dlaczego zwycięski król zechciał zniżyć się do poziomu pokonanego? Mógł przecież skręcić mu kark, a jednak wypowiedział łagodnym i niemal uprzejmym głosem zaskakujące słowa:
– Mógłbyś tu zostać. Byłbyś mile widziany wśród naszego ludu, do tego nadal przewodziłbyś swojemu, gdybyś zechciał. Są tu królowie i królowe, którzy cię pokierują.
Zostać? Ojciec jego ptaszyny – wróg, człowiek, którego miał zabić – chce, żeby… został?
Chłopak rzucił przez ramię wrogiego króla spojrzenie szybsze niż lśnienie gwiazdy spadającej na nocnym firmamencie. Dziewczyna stała tuż obok swojej bladej jak śnieg matki. Ubrana była w piękną zieloną suknię, ze złotym łańcuszkiem przewiązanym przez delikatne, ciemne loki. Wyglądała dostojnie. Zupełnie inaczej niż w prostej nocnej koszuli ukrytej pod obszerną futrzaną peleryną, które miała w zwyczaju nosić, kiedy wymykała się do przydzielonej mu celi.
Szafirowe oczy napotkały jego spojrzenie i chłopak poczuł zmianę. Jakieś nieopisane uczucie – którego nigdy wcześniej nie doznał – zakiełkowało gdzieś głęboko w piersi.
Zostać.
Mógłby zostać i słuchać kolejnych jej opowieści, podczas gdy… królowie mieliby nad nim pełną kontrolę. To był cel propozycji. Kolejna szansa na nową wersję Haralda lub Thorvalda; okazja, by ukształtować go na posłusznego i uległego władcę.
Skrzywiwszy wargę, chłopak odwrócił się z powrotem do wroga.
– Wiem, co oznacza przewodnictwo królów – warknął.
– Nie jestem twoim wujem, chłopcze. Ani twym ojcem.
Bogowie, czy on potrafił czytać w myślach? Młody król wstrzymał oddech, niepewny, co zrobić, gdy jego wróg, człowiek, który w tej chwili powinien poderżnąć mu gardło, ponownie zniżył głos.
Mówił jeszcze łagodniej, jeszcze życzliwiej, w sposób sugerujący, że król ziemskich fae znał wszystkie sekrety chłopca i wyczuł jego pociąg do małego Słowika stojącego tuż obok matki. Jak gdyby władca ziemi nie miał nic przeciwko, by wąż morski zaprzyjaźnił się z ptaszyną.
– Zostań, Eriku, Krwawy Śpiewaku – rzekł. – Są tu osoby, którym wyjdzie to na dobre.
Chłopak jeszcze raz spojrzał na dziewczynę. Osoby, którym wyjdzie to na dobre? Czy wyszłoby jej na dobre, gdyby pozostał w tym świecie? Wątpliwe. A mimo to rozważał, czy przystać na tę propozycję. Desperacko pragnął zapomnieć o pogardzie ojca, o nienawiści, i pozostać z małą ptaszyną oraz jej opowieściami.
Nienawiść bywała jednak kapryśna. Płomień pragnienia i pożądania mógł zgasnąć, kiedy dominowały emocje takie jak nienawiść czy strach.
Świadomie wybrał swoje zakończenie. Postanowił opuścić krainę, gdzie słowiki śpiewają swe prorocze pieśni. Poprzysiągł zemstę i krew, kiedy wróg oferował pomoc i pokój. Zadbał o to, by władca ziemskich fae nie miał innego wyboru, jak tylko go zamknąć.
Wzburzone emocje kłębiły się w głowie młodego Wiecznego Króla, gdy gwałtowne prądy ciągnęły go w stronę domu; wciąż myślał o niej.
I o tym, że pewnego dnia może znaleźć sposób na zakończenie opowieści, którą rozpoczął na ziemi swoich wrogów. Mógłby odbić ją z rąk wrogiego króla, ponieważ, jak zrozumiał, nie należała już do nich.
Miała być jego. Na zawsze.
Dla Livii.
Jej imię powracało w mojej głowie z każdym kopnięciem, z każdym uderzeniem ziemskich wojowników. Musiałem żyć dla niej. Musiałem wrócić na pokład Wiecznego Statku i ją odnaleźć. Musiałem tylko wytrwać wystarczająco długo, by Aleksi przemówił w moim imieniu.
Jonas, książę jednego z królestw ziemskich fae, szydził ze mnie, gdy jego ludzie wepchnęli mi do ust brudny kawałek skóry. Przełknąłem stęchły smak jakby wyciśnięty z przesiąkniętych potem spodni, usmażonych następnie na gorącym słońcu.
Książę chwycił mnie za ramiona i zmusił do podniesienia się. Udo zapłonęło, a uczucie bólu było zbliżone do kości z wolna trawionej przez ogień.
– Wyślij sygnał do straży nabrzeżnej – rozkazał Jonas. – Przypływ może sprowadzić tu więcej tych drani.
Jeszcze trochę. Muszę wytrwać jeszcze trochę. Dwóch wojowników zmierzało w kierunku pułapki, w którą wpadli Alek i Tait. Wkrótce zrozumieją swój błąd. Zmierzę się z królem ziemskich fae nawet na kolanach, jeśli zajdzie taka potrzeba, i odpłyniemy z powrotem do Wiecznego Królestwa, by odnaleźć moją królową.
Nie protestowałem, gdy Jonas nakazał dwóm wojownikom związać mi nadgarstki. Nie zrobiłem nic, kiedy zaciągnęli mnie przed rząd ziemskich ogierów oczekujących na swoich jeźdźców. Wyglądały dziwnie. Widziałem je już wcześniej. W przeciwieństwie do rasy hortenów z moich rodzimych stron, ziemskie bestie były kompletnie niezdolne do pływania na głębszych wodach. Tępe zęby, zaokrąglone kopyta i ogony przypominające włosy niewieścich fae.
– Henrik. – Jonas skinął na wojownika. – Po dłuższym namyśle pozwólmy reszcie morskich fae trochę pocierpieć. Teraz chcę się skupić na królu.
Wojownik pochylił głowę i stanął dziesięć kroków od zapadliska. Cholera. Zostawiali Aleksiego.
Z pułapki właśnie dobiegały stłumione okrzyki pojmanych, lecz były całkowicie niezrozumiałe. Być może sprawiło to zaklęcie lub klątwa losu, ale brzmiały jak wrzaski dobiegające zza odległych, mosiężnych drzwi. Ludzie Aleka nie zdawali sobie sprawy, kogo usidlili – księcia, którego głosu i wsparcia rozpaczliwie potrzebowałem.
Napływ paniki ścisnął mnie w piersi. Chrząknąłem i zaprotestowałem przez cuchnący knebel. Jonas wydał z siebie tylko jadowity i pełen pogardy rechot, dosiadł swojego wierzchowca i szarpnął za więzy wokół moich nadgarstków. Potknąłem się.
Książę się pochylił, mrużąc oczy.
– Patrz pod nogi, Krwawy Śpiewaku.
Byłem prawie martwy.
Jonas ponownie pociągnął za linę. Zacząłem utykać, a ciężar przytłaczającej porażki naciskał na moją duszę z każdym kolejnym krokiem.
Co stanie się z Livią, jeśli do niej nie dotrę? Czy Gavyn ją odnajdzie? Może mógłby sprowadzić ją do domu, uwolnić od kłopotów Wiecznego Królestwa.
Odzyskałaby spokój i równowagę, którą zburzyłem.
Zwróciłem twarz ku niebu. Gwiazdy były tutaj inne. Mógłbym rozpoznać chyba tylko Wędrowiec Bez Celu, lecz akurat miałem go za plecami; unosił się nad powierzchnią morza.
Szczerze wierzyłem, że gdybym odszedł w Zaświaty, bogowie pozwolą mi żyć na firmamencie niebios po obydwu stronach, tak jak Wędrowca Bez Celu. W ten sposób nigdy nie straciłbym jej z oczu.
Wojownicy utrzymywali stałe tempo. Od czasu do czasu się potykałem, a książę ziemi nie zwalniał, tylko kazał mi wstać i przyspieszyć kroku.
Kiedy wreszcie dotarliśmy do złowieszczych wrót głównej fortecy, pot oblał mi czoło, a piekący ból w nodze już dawno przeszedł w drętwiejące i obezwładniające kłucie; miałem wrażenie, że igły wbijały się w każdy jej zakamarek.
Na jednej z wież wartownik zadął potężnie w zakrzywiony róg. Procesja zatrzymała się na chwilę przed bramą, dając mi czas na złapanie oddechu przez spoconą skórę. Żelazne łańcuchy zabrzęczały, gruba lina naciągnęła się z głośnym łoskotem, a ciężka krata została wyrwana z miejsca, umożliwiając wojownikom wejście na dziedziniec. Dziesiątki par oczu śledziły każdy nasz ruch, gdy wchodziliśmy, a szmery podążały za nami jak cienie. Ludzie na placu rozpoznawali mnie, jeden po drugim.
Zatrzymaliśmy się przy szerokich, łukowatych drzwiach prowadzących do głównej sali. Jonas zsunął się z wierzchowca na ziemię. Pochylił się do strażnika przy drzwiach.
– Gdzie jest król Valen?
– W wieży, mój panie.
– Poślij po niego. To pilne.
Mężczyzna wydawał się zaskoczony ostrym tonem księcia. Nie trzeba było wielkiej spostrzegawczości, by odgadnąć, że nie wyrażał się w taki sposób na co dzień. Bez wątpienia większość ziemskich fae, odkąd odebrałem im księżniczkę, zachowywała się inaczej.
Nie tak dawno temu okna dziedzińca zostały ozdobione wstążkami i kwiatami, a stoły stojące wokoło uginały się pod stosami lepkiego pieczywa i lukrowanych słodyczy. Teraz jednak meble ustawiono w sali, a słodycze zastąpiono kuflami z piwem oraz różnej maści bronią i zbrojami; tu i ówdzie walały się zwoje niedbale nakreślonych map Wiecznego Królestwa.
Ewidentnie zostały one przygotowane przez amatorów. Nigdy nie znaleźliby Livii, korzystając z nich, i nigdy nie przedostaliby się przez Otchłań tymi swoimi wątłymi statkami, które bardziej przypominały morskie węże aniżeli bojowe okręty.
Nie mogłem tu zginąć, bo wówczas zginęłaby też ona.
Wiedziałem, że Larsson potrafi zabijać, i to bezlitośnie. Widziałem wystarczająco dużo, by nadać mu przydomek Kolekcjoner Kości.
Rozmowa ucichła, gdy Jonas pociągnął za linę.
– Mamy Krwawego Śpiewaka!
Nastąpiło kilka westchnień i sapnięć. Ostrza zostały ściągnięte ze stołu. Jonas potężnym pchnięciem powalił mnie na kolana. Cuchnąca skóra wypadła mi z ust, a nad głową wybrzmiał najpierw rechot, a później szyderczy śmiech. Stanęły przede mną dwa zdarte i pokryte błotem buty.
– Podnieś go, Stieg! – krzyknął ktoś z tłumu.
Mężczyzna uklęknął. Powoli uniosłem wzrok i spojrzałem na wojownika. Blizny na szczęce nadal wyłaniały się spod splecionej brody. Jedna ze szram, którą miał, odkąd został uwięziony ze mną w mrocznej i wilgotnej celi wiele wiosen wcześniej, przecinała mu brew.
Jeśli ktokolwiek miałby mnie wysłuchać, byłby to on.
– Nie skrzywdziłem jej – wydusiłem z siebie, wycieńczony i głodny. – Nie skrzywdziłem żadnego z nich. Musisz pozwolić mi to wyjaśnić.
– Ostrzegałem cię – odparł Stieg z nutką smutku i rozczarowania w tonie. – Nie mogę teraz już cię chronić, Wieczny Królu.
– Wysłuchaj mnie – wycedziłem. – Twój książę jest uwięziony na wzgórzu, Stieg.
Na dźwięk swojego imienia zmarszczył brwi.
Wojownik wstał i postawił mnie na nogi. Chwycił za ramię, obrócił twarzą do korytarza i wskazał ręką na dwóch mężczyzn przy wąskich drzwiach. Gdy opuścili salę, ośmieliłem się zachować resztki nadziei.
Zaledwie dwa kroki dalej stał Jonas, z parszywym uśmieszkiem wciąż przyklejonym do twarzy. Tuż obok niego przyglądał mi się mężczyzna o identycznych rysach. Bliźniacy. Tak, Livia wspominała o książętach bliźniakach.
Czerń głęboka jak najgęstszy atrament rozlewała się w białkach ich oczu za sprawą mrocznej magii. Wokół książąt zebrali się wojownicy, którzy ściskali ostrza tak mocno, że ich knykcie aż pobielały. Mężczyźni, kobiety – wszyscy wpatrywali się we mnie tak intensywnie, jakby mieli nadzieję, że ich srogie spojrzenia zedrą skórę z mych kości. Nieopodal Jonasa stała kobieta, która towarzyszyła Livii w noc, gdy ją porwałem.
Stukała sztyletem o swoją delikatną dłoń. Jej czoło, brodę i gardło zdobiły wyryte tuszem runy. Wyglądała na najbardziej dziką i porywczą spośród nich wszystkich.
Drzwi po mojej stronie trzasnęły o ścianę tak mocno, że aż dwie tarcze spadły z haków, a sala ucichła niczym potężna fala opuszczająca kamieniste wybrzeże.
W drzwiach stał zdyszany król ziemian, z toporem w dłoni, unosząc i opuszczając ramiona w rytm ciężkich, gniewnych oddechów. Oczy, które niegdyś litowały się nad chłopcem po zakończonej wojnie, teraz płonęły w gniewie, którego mogłem skosztować.
Zostań, Eriku, Krwawy Śpiewaku.
Mężczyzna stojący po drugiej stronie korytarza nie szukał pokoju. Był żądny zemsty.
Jego czarne oczy aż czerwieniły się od żądzy krwi. Kosmyki ciemnych włosów opadały mu na czoło, zmierzwione i nieczesane od dawna. Król prawości i godności podczas wojny, teraz wydawał się bardziej bestią niż człowiekiem.
Nie zdążyłem nawet mrugnąć, nim Valen Ferus, zabójca mojego ojca, obrócił w ręku jeden ze swoich toporów bojowych, wykonanych z najwytrzymalszej czarnej stali. Długie, charakterystyczne dla klanu Nocnego Ludu nogi pokonały obszerny korytarz mniej niż tuzinem kroków.
Stieg opuścił mnie w momencie, w którym moje plecy uderzyły o kamienną ścianę. Powietrze uszło mi z płuc i nie miałem możliwości wzięcia kolejnego wdechu, gdy Valen użył rękojeści topora, by zmiażdżyć me gardło.
– Gdzie ona jest?! – ryknął mi prosto w twarz.
Jego łagodne słowa sprzed wielu wiosen przeszyły mój umysł.
Zostań.
Byłem pewien, że tym razem ziemski król dopilnuje, bym pozostał tu na zawsze. Sprawi, że moje kości będą zaśmiecać pobliskie pola i łąki, dopóki nie obrócą się w proch.
Powietrze było dziwne, gładkie i obfitujące w aromat przypraw, takich jak kardamon i cytrusy. Zrobiłam kolejny długi wdech, szukając w dobiegającej od królewskiego miasta bryzie posmaku czystego morza. Jęknęłam, gdy przesunęłam się po powierzchni przypominającej miąższ.
Pod moimi plecami znajdował się miękki mech, lecz ból przeszywał klatkę piersiową, jakby ktoś wziął zardzewiały kolec i wbił go wprost w ciało, unieruchamiając mnie w miejscu.
Z trudem uchyliłam jedno oko. Rzęsy miałam sklejone i pokryte solą – od łez bądź morza – choć nie byłam w stanie sobie przypomnieć prawdziwej przyczyny płaczu. Prawdę mówiąc, przez kilka oddechów niewiele pamiętałam aż do… Larssona.
Larsson.
Otworzyłam drugie oko, trzepocząc wysuszonymi rzęsami. Wyprostowałam się, licząc, że zostanę szarpnięta w tył przez żelazne łańcuchy, kajdany lub obrożę na gardle, jednak nic takiego nie nastąpiło. Dookoła znajdowały się łukowate okna. Zostały otwarte i wpuszczały poranną bryzę do środka… pokoju? Zaokrąglone krawędzie wieży zwężały się ku solidnym krokwiom spiczastego dachu. Gdzie ja, do cholery, byłam?
Wokół czterech imponująco rzeźbionych słupków łóżka wisiały grube, zielono-złote zasłony. Tkany dywan w odcieniach różu, pomarańczy i błękitu pokrywał chropowatą drewnianą posadzkę, a do jednej ze ścian przysunięta była kasztanowa toaletka, na której znajdowały się srebrne szczotki i grzebienie oraz olejki do perfumowania skóry.
Ktoś ubrał mnie w cienką, czystą koszulę z ręcznie przędzonego jedwabiu. Włosy miałam splątane na ramieniu, a to, jak wyglądały, sugerowało, że spałam na nich kilka nocy z rzędu. Wymagały solidnego rozczesania. Na moim biodrze nadal widniały nikłe siniaki po tym, jak zostałam rzucona na pokład łodzi Larssona.
Jak dawno temu mnie porwał? I w jakiej perfidnej grze brałam udział?
Spodziewałam się wilgotnych cel, szczyn i śmieci dookoła stóp, może nawet przebudzenia w Zaświatach. Z pewnością luksusowa komnata przypominająca pokoje w Karmazynowym Forcie była ostatnim miejscem na liście mych oczekiwań.
Przez chwilę unosiłam stopy nad deskami, jakby jakieś łuskowate, zębate, morskie stworzenie mogło ich dosięgnąć i je pożreć, aż w końcu pozwoliłam im opaść, szukając palcami podłoża. Fragmenty wspomnień, w których zostałam wyrwana z królewskiego miasta, zaczęły się układać w logiczną całość.
Larsson wyciągnął mnie z komnat króla podstępem, ale… Bogowie, Tait!
Wykrywacz Serc broczący krwią na kamiennych schodach w pobliżu doków – ten obraz był tak wyraźny w moim umyśle, że miałam pewność, iż czuję smak krwi na czubku języka.
Zacisnęłam dłonie i przycisnęłam je do czoła. Tait, ten cholerny drań. Zawsze myślałam, że mną gardzi, lecz on wiedział, że coś jest nie tak… i mimo wszystko przybył mnie chronić.
Pochyliłam się, zaciskając palce. Ale dlaczego Larsson?
– Bracia. – To jedno słowo wyślizgnęło mi się z ust jak cicha deklaracja wobec pustego pomieszczenia. Mój puls przyspieszył, a umysł zaprzątnęły kłębiące się, trujące myśli.
Larsson nazwał Erika bratem.
Pogłoski o tym, że poprzedni Wieczny Król spłodził jeszcze jedno dziecko, nie zaniepokoiły Erika; był przekonany, że gdyby istniał inny potomek Thorvalda, jego pozycja jako króla zostałaby już dawno zakwestionowana. Ale ja to wyczuwałam – posmak goryczy i zgryzoty, roszczenie sobie prawa do bycia pierwszym w kolejności do przejęcia tronu – wszystko to skrzętnie ukryte pod ciemniejącą od zarazy glebą.
Na bogów, wszyscy zostaliśmy oszukani.
W kąciku moich ust pojawił się nieznajomy uśmieszek, iskierka nadziei, bo kiedy Erik dopadnie Larssona, oskalpuje go bez względu na to, czy jest jego bratem, czy też nie. Tym razem, gdy ta mroczniejsza strona mego serca podniosła głowę, nie wyparłam się jej. Przycisnęłam kciuki do czoła, łagodząc ból w czaszce, i dalej skrzętnie analizowałam to, co kolidowało z prawdą. Larsson wierzył, że jest prawdziwym królem, i bynajmniej nie był w tym osamotniony. Opuściłam dłonie na kolana, zgrzytając zębami. Zacisnęłam szczękę. Pewne postacie pomogły mu w tej zdradzie, a im klarowniej mój umysł funkcjonował, tym wyraźniejsza stawała się jedna twarz.
Dźwięk otwieranego zamka sprawił, że skupiłem uwagę na łukowatych drzwiach na końcu komnaty. Rzeźbione konstelacje wzdłuż szerokiej framugi rozstąpiły się, gdy tylko drzwi stanęły otworem. Przeturlałam się na drugą stronę łóżka, desperacko szukając ostrza: odłamka drewna bądź szkła lub czegokolwiek, czego mogłabym użyć do obrony.
Choć spodziewałam się raczej przebiegłej twarzy Larssona, w nikłym świetle napotkałam błyskotliwe spojrzenie całkowicie obcej mi kobiety. Włosy w kolorze srebrnego zmierzchu spływały wzdłuż jej smukłych pleców. Uszy były ostro zakończone i przekłute delikatnymi złotymi łańcuszkami. Lecz tak naprawdę to oczy mnie oszołomiły – jasne jak rozświetlona gwiazda i niebieskie do granic możliwości. Jej pełne, pomalowane ciemnym kolorem usta drgnęły.
– Nie śpisz. Nie ufałam morskiej czarownicy, że odpowiednio się tobą zajmie, więc pozwoliłam sobie sama dostarczyć ci kilka leczniczych ziół.
– Pracujesz z Fioną – wycedziłam, wciąż rozpaczliwie szukając czegoś ostrego, czym mogłabym zadać cios.
Morska czarownica.
Bez wątpienia była częścią tego misternego planu. Nie wiedziałam tylko, w jakim celu i do jakiego stopnia. Jeśli Erik miałby zemścić się na Larssonie, to mroczne zakamarki mego serca z pewnością pragnęły przelewu jego krwi.
– Nie pracuję dla nikogo. – Kobieta dosłownie wkręciła się do pokoju jak w kunsztownym tańcu. Miała delikatne dłonie i rysy, lecz jej ciało wydawało się wystarczająco potężne, by dzierżyć miecz i uśmiercić niejednego silniejszego od siebie łotra. – Prawdę mówiąc, uważam, że morska czarownica jest dość nudna, a może i nawet trochę odrażająca.
Uniosłam brew.
– Kim jesteś?
Kobieta podeszła do jednego z okien i rozsunęła cienkie, opalizujące zasłony, odsłaniając czarną, rześką noc. Wzięła wdech, napełniając płuca, po czym wypuściła powietrze z kapryśnym westchnieniem, zanim ponownie stanęła przede mną.
– Jestem bardziej podobna do ciebie, niż ci się wydaje.
Podeszła o krok bliżej, a ja odsunęłam się o dwa.
– Larsson cię porwał?
– Och, nie. Niezupełnie. – Srebrne pierścionki zdobiły każdy z jej palców, odbijając ogień ze świec, gdy nimi machała. – To jest mój dom. Choć nie przepadam za niektórymi gośćmi. – Była dziwnie spokojna, lecz w jej błękitnych oczach iskrzyła irytacja.
– Gdzie jestem?
– W pałacu Natthaven.
– To niczego nie wyjaśnia.
– Nie jestem pewna, czy wyjaśnianie czegokolwiek ma jakieś znaczenie.
Zwarła palce i podeszła bliżej. Zatrzymała się dopiero pośrodku pokoju.
– Moim celem jest dopilnowanie, by nie stała ci się krzywda. W wielu kwestiach nie miałam wyboru, ale nie będę tolerować bezsensownej przemocy.
Zaśmiałam się cynicznie.
– Mówisz tak, jakbym powinna być ci wdzięczna. Nie, nie jestem. Larsson chce skrzywdzić Wiecznego Króla, człowieka, którego kocham, i skraść mu koronę. Jeśli stoisz po stronie kogoś takiego, nie jesteś moim przyjacielem.
– Jeśli faktycznie jest pierworodnym synem, czy to doprawdy kradzież? A może coś, co mu się należy?
– Erik Krwawy Śpiewak z radością powitałby brata – odparłam niepewnym i łamiącym się głosem. – Jeśli ty i Larsson uważacie, że to wszystko było konieczne, to chyba nie znacie swojego króla.
Kobieta zadrwiła:
– Król mórz nie jest moim królem.
– Zapamiętam to. I z pewnością wymienię cię wśród plejady zdrajców.
Jej usta się rozchyliły, ukazując białe zęby. Nie był to jednak uśmiech okrucieństwa, a jedynie sugerujący, że powiedziałam coś zabawnego.
– Kiedy on doprawdy nie jest moim królem. Nie jestem fae.
Przyjrzałam się uważniej jej rysom.
Przypominała morską fae, lecz nie miała wyostrzonych kłów ani charakterystycznej morskiej skóry.
– Cóż, za to ja jestem księżniczką ziemskich fae. Bez względu na to, po której stronie stoisz, zdradziłaś kogoś, współpracując z Kolekcjonerem Kości.
– Więc nie dopuszczasz do siebie faktu, że mogę wcale nie być fae? – Ponownie rozejrzała się uważnie po pomieszczeniu. – Mówiłam ci, że ten pałac jest moim domem. Jestem zaszczycona, mogąc poznać kolejną księżniczkę.
– Królową, jak już. – Splunęłam jej pod stopy. – Jestem królową. – Przez chwilę stałam nieruchomo z zaciśniętymi pięściami, lecz powoli wypuściłam gorzkie powietrze z płuc. – Jeśli nie jesteś fae, to…
– Nazwałabyś mnie elfką – przerwała. – Choć konkretnie pochodzę z klanu Dokkalfar, elfów cienia.
Zamrugałam.
– Elfów?
Dokkalfar. Elfy.
Ileż to nocy moja matka, ojciec i dziadkowie czytali mi opowieści o wybrańcach bogów, przodkach fae.
– Wojny i spory między innymi krainami tysiące wiosen temu sprawiły, że klany elfów osiedliły się w swoich odległych zakątkach, by żyć w pokoju. – Kobieta uśmiechnęła się i usiadła na brzegu łóżka. – Ale my zawsze tu byliśmy. Bliżej nam do morskich fae niż waszemu ludowi, ponieważ również preferujemy życie na wyspach i pośród mórz. Zresztą wasz lud jest najmłodszą z kultur. Niewiele wiecie o elfiej historii.
Przesunęłam się na drugą stronę łóżka, krzyżując jedną kostkę pod nogą, i odwróciłam się do kobiety. Mój puls przyspieszył. Czy była niebezpieczna? Czy mogłaby zaatakować? Oblizałam wargi, suche jak rozgrzany piasek, i odezwałam się ostrożnie:
– Skoro jesteś księżniczką elfów, dlaczego jesteś w zmowie z Larssonem Kolekcjonerem Kości?
Kobieta nie mogła być wiele starsza ode mnie, lecz w jej spojrzeniu widać było ciężar; jakby życie nie zawsze było dla niej łaskawe.
– Czy twoje rany się zagoiły? – Elfka zebrała swoją suknię, podeszła do materaca i usiadła obok mnie, by przeprowadzić oględziny kilku siniaków na mojej szyi.
Odsunęłam się.
– Nic mi nie jest. Unikasz odpowiedzi na moje pytania.
Fasada obojętności na jej twarzy pękła. Z ciężkim westchnieniem wpatrywała się w dłonie, obracając jeden ze złotych pierścieni.
– A uwierzyłabyś mi, gdybym ci powiedziała, że wcale nie cieszy mnie myśl o twojej niedoli?
– Biorąc pod uwagę, że jestem tu uwięziona wbrew swojej woli, a ty nie robisz nic, by mnie uwolnić… nie. Absolutnie nie.
Emocje przeplatały się w jej spojrzeniu ze srebrnym błękitem oczu.
– Nie miałam wielkiego wyboru, jak tylko zawrzeć przymierze z tymi, którzy powstali przeciwko tobie.
– Jesteś tu więźniem?
– Nie do końca, lecz są istotne powody, dla których nie mogę powstrzymać buntu przeciwko twemu królowi. – Słowa padające z jej ust kłuły niczym kolce. – Plan był długo i bezbłędnie przygotowywany. Ale… – Przełknęła głośno. – Dopilnuję, aby nie stała ci się krzywda. Na razie po prostu muszą trzymać cię z dala od króla mórz.
– Ale ja pragnę do niego wrócić.
Jej twarz opadła i posmutniała.
– Chodź ze mną, fae. Chciałabym ci pokazać Natthaven. Być może wyjaśnię ci nieco więcej.
Kobieta ruszyła w stronę drzwi. Zrobiła kolejną pauzę, gdy dotarła do zamka.
– Zastanawiam się, czy mogłybyśmy sobie jakoś pomóc.
– Nie ufam ci. – Nie było sensu unikać prawdy. Równie dobrze mogła zaprowadzić mnie wprost w pułapkę, ku śmierci i żądzy krwi zdradzieckiego Larssona.
– Wiem. – Otworzyła drzwi i gestem kazała mi podążać za sobą. – Ale zapewne będziesz planowała ucieczkę, ze mną lub beze mnie. A jeśli chcesz przeżyć, musisz zrozumieć, gdzie jesteś i jakie przeciwności losu cię tu czekają.
– Ty… pomagasz mi uciec?
– Absolutnie nie. – Uśmiechnęła się gorzko przez ramię. – Dostarczam ci tylko informacji, fae. To, co z nimi zrobisz, zależy wyłącznie od ciebie.
Krwista czerwień nienawiści ogarnęła wzrok ziemskiego fae stojącego ze mną twarzą w twarz. Przypomniałem sobie, co niegdyś powiedziała mi Livia – w dawnych czasach jej ojciec padł ofiarą klątwy żądzy krwi. Przekonywała, jakoby miał się od niej uwolnić, lecz patrząc na niego teraz, nie byłem tego wcale taki pewny.
Valen zamierzał mnie udusić, nim zdążyłbym wypowiedzieć choć słowo.
Dość rozważnie z jego strony, gdyż wiedział doskonale, co potrafi moja krew. Bez wątpienia był to najlepszy sposób, aby swobodnie patrzeć, jak zamykam przeklęte oczy.
Król docisnął topór, a usta wykrzywiły mi się w grymasie bólu zadanego przez drewnianą rękojeść.
– Spośród wszystkiego, czego dokonałeś, chłopcze, porwanie Livii było twoim największym błędem. Na szczęście ostatnim. Fakt, że skrzywdziłeś też mojego syna i siostrzeńca, sprawi, że niebawem wyślę twe skruszone kości w Zaświaty.
Próbowałem potrząsnąć głową. Czarne plamki niczym drobinki nocnej mgły rozlały się w kącikach oczu od braku tlenu. Jakimś cudem udało mi się podnieść rękę i chwycić go za nadgarstek, desperacko próbując go odepchnąć. Ciało Valena drżało z wściekłości, udręki i strachu.
– Nie. – Tylko tyle zdołałem z siebie wydusić. To nie wystarczyło, lecz nie byłem w stanie nabrać powietrza, by powiedzieć cokolwiek innego.
– Valen, on nie może umrzeć. – Smukła dłoń owinęła się wokół jego ramienia. Do diabła, to matka Livii. Szarpnęła ramię męża, a jej blade oczy patrzyły na mnie surowo, z lodowatym chłodem. – Jeszcze nie teraz.
– Teraz.
Królowa stanęła między mną a wściekłym mężczyzną.
– Ochłoń. Nie znajdziemy jej, jeśli będzie martwy.
Minęły dwa oddechy, nim król ziemskich fae powoli zaczął rozluźniać uścisk. Jego ciało zesztywniało, a potem napięło się i stwardniało; przypominało to agonię wzbierającą w kończynach z każdym kolejnym krokiem, który oddalał go ode mnie.
Gdy w końcu trzonek topora upadł na ziemię, moje ciało się poddało. Wylądowałem na kolanach, dysząc i sapiąc, czując na języku posmak gorącej krwi. Żółć zawrzała mi w gardle. Bogowie, chciałem zwymiotować na jego przeklęte buty.
Zacząłem szybko oddychać przez nos, aż smak stęchłej mieszanki krwi i kwasu ustąpił. Przetarłem usta grzbietem dłoni. Pozostała na niej czerwona smuga.
Kilkoro ziemskich fae obserwujących to wszystko z boku odetchnęło i cofnęło się o dwa kroki. Nawet król i królowa dali mi więcej przestrzeni.
Bali się mojej krwi. Zamrugałem i wytarłem rękę o spodnie. Noga piekła, jakby ktoś zamienił me kości w płynne żelazo. Usiadłem na piętach, gdyż pozycja pionowa mogłaby stwarzać zagrożenie. Uznano by mnie za wroga, równego sobie, gotowego do ataku.
Dla Livii mógłbym klęczeć na kolanach w komnacie moich wrogów do końca swoich dni. Gdziekolwiek ojciec przebywał teraz w Zaświatach, na ten upokarzający widok spaliłby się ze wstydu.
Thorvald mógł mnie pocałować w tyłek.
– Nie skrzywdziłem ich. – Słowa wyciekły z moich ust z chrapliwym pogłosem, ledwo słyszalnym przez ciężki oddech.
Król ziemskich fae przechylił głowę na bok z dzikim wyrazem twarzy. Upadł na kolana i zakrzywionym ostrzem topora uniósł mój podbródek.
– Oddaj mi ich natychmiast, Krwawy Śpiewaku, a twój koniec będzie bezbolesny. Każda chwila zwłoki to dla ciebie kolejny dzień tortur. Myślisz, że twoja krew mnie przeraża? – Pochylił się bliżej i zniżył głos: – To dzięki tobie nauczyłem się stawiać czoła swoim największym lękom. Nic w tobie mnie już nie przeraża.
Kiedy oderwał topór, rozciął mi skórę. Wierny swym słowom, nawet nie wzdrygnął się na widok mojej krwi ściekającej na drewnianą posadzkę. Jedyną oznaką, że mogła go jednak niepokoić, był fakt, że wyciągnął rękę, aby osłonić królową.
– Nie skrzywdziłem jej. – Tyle zdołałem w tym momencie z siebie wydusić.
– Więc ją zwróć, Wieczny Królu – rzekła królowa, z twarzą kamienną, a zarazem piękną niczym polerowany marmur.
Nad ramieniem matki Livii wyłapałem mroczne spojrzenie postawnej fae o brunatnej skórze, podobnej do tej, jaką miał ziemski król i z identycznymi jak on włosami.
Nigdy nie zapomnę twarzy ojca Aleksiego.
Tego, który groził mi nad ciałem swego małżonka, nie wierząc, że zgodziłem się uleczyć jego umierającą kochankę.
Teraz ojciec Aleksiego patrzył na mnie z pewną dozą osobliwej nienawiści. Uratowałem jego towarzysza, lecz w jego oczach pozbawiłem go również syna.
– Nie licz na mojego brata. Tym razem się za tobą nie wstawi. – Valen znów pochylił się bliżej. – Porywając nasze dzieci, zniweczyłeś resztki zaufania, którym obdarzyłem cię podczas wojny.
– Nie przybyłem tu walczyć, królu. Ja…
– Jeśli przybyłeś negocjować okup, to wiedz, że go nie dostaniesz – warknął. – Wpierw oddasz mi córkę, a następnie zetnę ci głowę.
Valen pchnął moją klatkę piersiową, przewracając mnie na plecy. W następnym oddechu pochylił się nade mną, przyciskając kolano do serca. Przez wypełniony po brzegi korytarz przemknęły gniewne okrzyki żądne krwi.
Zakaszlałem pod ciężarem króla. Właśnie byłem świadkiem tego, jak racjonalne myśli opuszczają jego umysł i ogarnia go mroczny rodzaj szaleństwa, rodzaj dzikiej ekspresji nienawiści, w której skrzętnie planował, w jaki sposób zadać mi najwięcej bólu i wyrwać każdą kość z mojego ciała, aż pozostanę zaledwie stosem mięsa i krwi.
– Wujku Valenie, przestań!
Mężczyzna wciąż przyciskając mnie do podłogi, trzymał ostrze do połowy uniesione nad moją czaszką. Otworzyłem oczy, lecz nie odważyłem się oddychać, przekonany, że jakikolwiek ruch ponownie wywoła w nim pragnienie krwi, widoczne w jego oczach.
– Nie zabijaj go!
Na wszystkich bogów. Aleksi.
Książę przepychał się przez tłum z garstką wiernych wojowników za plecami, z których dwóch trzymało pojmanego Taita. Na widok zabrudzonej twarzy kuzyna w mojej piersi pojawiła się dziwna ulga. Tait przechylił głowę, jakby w milczeniu pytając o rany i ciosy, które przyjąłem.
Żyłem. To był na tę chwilę optymistyczny scenariusz i jedyne, na co mogłem liczyć.
– Alek! – Ojciec księcia przepchnął się przez tłum.
Z tej pozycji mogłem dostrzec Jonasa i jego brata. Książę, który chwilę wcześniej był dziki i ziejący jadem, opuścił podbródek, chowając twarz. Zamknął oczy i gdybym miał zgadywać, powiedziałbym, że targały nim sprzeczne emocje. Po prostu nie chciał, żeby ktokolwiek to zauważył.
Podniosłem głowę na tyle, by dostrzec, jak Alek obejmuje ojca długimi ramionami. Poklepał go po plecach.
– Żyjesz. – Ojciec odciągnął go od siebie, ujmując w dłonie twarz rodzonego syna.
– Żyję. – Książę uśmiechnął się niepewnie. – Gdzie tatko?
– Na dalekiej Północy, wraz z twoimi dziadkami pilnuje granic. Tam… zapanował chaos, odkąd cię nie ma.
Alek zmarszczył brwi. Ścisnęło mi żołądek. To by wyjaśniało, dlaczego fort był strzeżony lżej, niż się spodziewałem. Wojownicy i członkowie rodziny królewskiej sprawiali wrażenie rozproszonych. Dlaczego? Co tu się stało?
Książę obszedł ojca. Twarz miał umazaną brudem, potem i włosami, przyklejonymi do niegolonej od dawna szczęki. Spojrzał na mnie, a później zwrócił się w stronę pomieszczenia.
– Czy żołnierze Armii Ravy są już tak zdesperowani, że stracili resztki rozsądku? – Głos miał chropowaty i szorstki. Podszedł do Jonasa. Drugi książę zamrugał, gdy Aleksi złapał go za potylicę i przyciągnął jego czoło do swojego. – Użyj głowy, przyjacielu.
– Myślałem, że odszedłeś w Zaświaty – wyszeptał Jonas. Proste, klarowne wyznanie zostało wypowiedziane przejętym, zdyszanym głosem.
Alek poklepał go po karku, po czym splótł dłonie z przyjacielem, a następnie objął kobietę stojącą między nimi. Przylgnęła do Aleksiego w milczeniu, lecz jej smukłe ramiona trzęsły się od poruszenia i łez.
Ich udręka osiadła na mej piersi niczym ciężki kamień, utrudniając mi oddychanie. Gorycz i zemsta oraz skupienie się wyłącznie na własnym mrocznym umyśle wykorzeniły ze mnie uczucia względem przyjaciół, rodziny.
Alek odwrócił się do wuja.
– Zadaj sobie pytanie, dlaczego Krwawy Śpiewak przybył do naszych brzegów z garstką nieuzbrojonej załogi po tym, co zrobił. Nie zabijaj go, wuju. To byłby największy błąd, jaki mógłbyś popełnić w tej chwili.
Valen wstał. Oczy miał szeroko otwarte, przez co mogłem podejrzewać, że wciąż był oszołomiony.
– Widziałem, jak żywioł wciągnął cię pod fale. Jak udało ci się przetrwać podróż przez Otchłań?
– Dzięki niemu. – Alek gestem wskazał w moim kierunku. Odchrząknął i ponownie podniósł głos: – Otchłań rozerwałaby mnie na strzępy. Nie przeżyłbym, gdyby nie Erik. Uratował mnie, podobnie jak niegdyś uratował mojego ojca.
– Aleksi. – Ojciec chwycił go za ramię, zdezorientowany. – Ty… wiesz?
– Od zawsze wiedziałem… – odparł książę, po czym znów stanął przed zgromadzonymi. – Bądźcie wojownikami, których od lat podziwiam, i użyjcie swoich cholernych głów. Myślcie. On nie przybył tu po krew i nie zasługuje na jej rozlew. W trakcie mojego pobytu w Wiecznym Królestwie szybko zrozumiałem, że pomimo bólu i udręki tamtej nocy morskie fae przybyły tu nie bez powodu.
– Myślisz, że obchodzą mnie jego powody? Gdzie ona jest? – Valen Ferus tracił cierpliwość z każdym oddechem.
Aleksi opuścił podbródek.
– Livia… nie czuła się zagrożona w Wiecznym Królestwie. Widziałem ją, rozmawiałem z nią. Ale królestwo zostało zaatakowane i… porwali ją wrogowie.
Ledwo zdążyłem stanąć na nogi, a Valen Ferus znów się na mnie rzucił.
– Straciłeś moją córkę?
Jeśli wcześniej chociaż przez chwilę krótką wahał się, czy odebrać mi życie, to teraz wyglądał na w pełni zdecydowanego, aby to zrobić.
– To była zdrada, której nikt z nas się nie spodziewał – oznajmił Aleksi. Jedną ze swoich pokrytych błotem dłoni przycisnął do piersi króla, a potem zniżył ton: – Livia została zdradzona przez naszego przyjaciela.
Zapadło trwające przez dłuższą chwilę milczenie, aż Valen wydał z siebie chrapliwy okrzyk gniewu i nienawiści. Cisnął na oślep toporem. Ostrze wbiło się w drewniane belki tylnej ściany.
– Zabrać mi go, precz! Poza zasięg mego wzroku!
Król się wściekł, lecz to królowa, paraliżująca lodowatym milczeniem, wyglądała jak skryty i bezwzględny zabójca. Matka Livii, być może nawet bardziej przerażająca niż Valen, patrzyła na mnie nieugiętym i żądnym zemsty spojrzeniem. Nie zdziwiłbym się, gdyby potrafiła uśmiercać swe ofiary bez dotykania ich.
– Zabrać Wiecznego Króla, a my wysłuchamy opowieści naszego księcia – oznajmiła szorstkim i bezwzględnym głosem. – Potem zadecydujemy o jego losie.
Od tego momentu wszystko potoczyło się szybko. Strażnicy chwycili mnie za ramiona, a następnie otoczyli Taita i pociągnęli nas obu w stronę bocznych drzwi.
– Nie. – Po raz pierwszy zacząłem oponować. Odrobina paniki i obawy wdarła się do mojego mózgu. – Nie ma chwili do stracenia! Muszę przeprowadzić was przez Otchłań. Nie marnujcie cennego czasu z powodu nienawiści i zemsty, bo inaczej ona zapłaci za to życiem!
Król i królowa nawet na mnie nie spojrzeli, jakbym stał się zaledwie niepożądanym gościem w pomieszczeniu.
Okrutny niepokój i panika ścisnęły mi gardło. Jak długo ziemskie fae mają zamiar pozostawić mnie w celi, podczas gdy Livia będzie torturowana i maltretowana w imię chorej żądzy władzy Larssona?
Strażnicy wyciągnęli mnie na korytarz. Aleksi gorączkowo rozmawiał z wujem, ojcem i ciotką, przekonując kogo tylko mógł do otrzeźwienia. Mamrotali coś, czego nie byłem w stanie usłyszeć, a on jęknął, potrząsając głową.
Szaleństwo skłębionych myśli zawładnęło moim umysłem, a zimny pot oblał czoło, jeszcze zanim zaciągnęli mnie do drzwi.
– Na bogów, nie róbcie tego! – Udało mi się wyswobodzić rękę od jednego ze strażników i desperacko chwycić za framugę drzwi. – Królu, proszę! – Mój głos się załamał; ledwo słyszałem, co mówię. – Ona mnie potrzebuje, muszę ją odnaleźć i pomóc jej uzdrowić królestwo…
Przez chwilę wydawało mi się, że Valen drgnął. Matka Livii zerknęła na niego przez ramię. Jej zimne i blade oczy się zaszkliły. Łzy królowej były ostatnią rzeczą, którą zobaczyłem, nim potężne drzwi zatrzasnęły mi się przed nosem i zostałem wyprowadzony z komnaty.
Kobieta otoczona przez dwóch strażników w srebrnych karwaszach i niebieskich tunikach poprowadziła nas wąskim korytarzem. Belki stropowe, zbiegające się w szpic nad naszymi głowami, pokryte były satynowymi sztandarami z dziwnymi konstelacjami gwiazd, które błyszczały w świetle pochodni. Moje stopy kroczyły po tkanych dywanikach, w każdej chwili gotowe do ucieczki, a oczy rozglądały się dookoła, szukając fałszywego uśmiechu Larssona, którego jeszcze niedawno uważałam za przyjaciela.
– Odtąd pójdziemy same, Dorsanie – rzuciła elfka do strażnika po jej prawej stronie.
Miał młodą twarz, lecz był surowy jak kamień. Jedno skinienie głową i drugi strażnik zatrzymał się w drzwiach, oferując nam swobodne wejście na leśną ścieżkę, która przecinała krzewy i zarośla.
Zielone baldachimy bujnych gałęzi przeplatały się niczym warkocz. Długa ścieżka wyłożona była błyszczącymi czarnymi paprociami, uwięzionymi w aksamitnych liściach, a drewniane chodniki ciągnęły się w górę zbocza oraz w dół wąwozu, jak serpentyny. Każdy chodnik unosił się na palach zanurzonych pod wodą. Na statecznej, spienionej powierzchni fal przypływu zbierały się zielony mech i algi, sprawiając, że gęsta i czarna woda przypominała łąkę w czasie rozkwitu.
– Podążaj tą ścieżką – kobieta gestem wskazała w głąb lasu – aż natrafisz na bagna i moczary. Piękne, choć niebezpieczne, ale tylko jeśli zboczysz z wytyczonej drogi. Słoneczne skrzydełka są jednak na tyle przyjazne, by oświetlić ci niebezpieczne miejsca; pod warunkiem, że nie uznają cię za zagrożenie.
– Słoneczne skrzydełka?
Kobieta przesunęła palcami po twarzy.
– Malutkie owady, które mienią się złotem. Dość urokliwe, choć podejrzane maleństwa.
Mleczne kwiaty unosiły się na wietrze, tworząc mieszankę słodyczy i jedwabiu ukrytą pod solanką pobliskiego morza. Błękitne pływy mieniły się jak ogień pod promykami zachodzącego słońca.
– Możesz próbować uciec – szepnęła – ale twoi wrogowie rzucili dość mocne zaklęcie, kiedy spałaś. Wiąże cię ono z ich obecnością, więc jeśli oni pozostaną na brzegu, ty również. Zapewniam cię, że Zaświaty cię wezwą, gdy tylko spróbujesz go opuścić.
– Słyszę dokładnie to, co powiedziałby mi każdy porywacz: spróbuj uciec, a zginiesz.
Skręciłam w inną ścieżkę, gotowa do szybkiego biegu przez drzewa i zarośla. Dłoń owinęła się wokół mojego ramienia.
– Nie ruszaj się. Zaprowadzę cię.
To musiał być jakiś żart czy sztuczka, ale bez najmniejszych ceregieli kobieta przedarła się przez drzewa i podążyła w stronę brzegu.
Jedno krótkie spojrzenie przez ramię, jeden zmęczony oddech i ruszyłam za nią.
Gdy drzewa się przerzedziły i tylko kolczaste liście nieznanych mi krzewów drażniły moje kostki, osobliwa towarzyszka znów wyciągnęła dłoń.
– Zaczekaj. Głęboko tutaj jest coś zakopane. – Sięgnęła po kawałek gałęzi leżący pośród kniei i rzuciła go za granicę lasu.
Gałąź upadła, a piasek i kamyki pochłonęły ją, aż wystawał tylko jeden ostry koniec. Ziemia uwięziła drewno w miejscu, po czym stwardniała.
Kobieta westchnęła.
– Zaklęcie usidlające. Nie jest śmiertelne, lecz nie wątpię, że morska czarownica czuje do ciebie urazę i pozwoliłaby ci zgnić na słońcu, gdyby cię dopadło.
Rozpacz ścisnęła mnie w piersi.
– Potrafię je znieść – oznajmiła elfka. – To nie jest zaklęcie krwi.
– Znieść?
– Tak. – Kącik jej ust drgnął w uśmiechu. – Zneutralizować. Mam na to swoje sposoby. Zaklęcia, czary, uroki, cała magia to niewidzialna strefa materii. Jeśli chcesz, bym udowodniła, że nie rzucam słów na wiatr, zniosę je, byśmy mogły się przeprawić.
– Dlaczego miałabyś mi pomagać?
– Chcesz znać prawdę? – Kobieta wygładziła fałdy sukni smukłymi dłońmi. – Irytują mnie te wszystkie zaklęcia na mojej wyspie. Nie można nawet wyjść na spacer po lesie bez narażania się na sidła lub czyhające na nas pułapki. A poza tym… – Kolejny moment zawahania. – W moim sercu gości niepokój. Nie jestem usatysfakcjonowana opowieścią o tym, dlaczego się tu znalazłaś.
Być może byłam naiwna, jeśli chodzi o sztukę wojny, bitwy i wrogów. Przesiąknięte miłością życie dało mi niewiele okazji, by zmierzyć się z oszustwem i podstępem ze strony tych, których znałam. Mogła kłamać, mogła prowadzić mnie wprost w pułapkę. Mimo to jej usposobienie wydawało się przyjazne, a rysy łagodne. Gdzieś w moich żyłach magia lub instynkt podpowiadały, żeby zachować spokój u jej boku.
– Udowodnij więc wiarygodność swoich słów – odparłam. – Zaprowadź nas na brzeg.
– Cierpliwości. Jesteśmy blisko. – Rozpostarła ramiona na wydmach i piasku.
Wraz z kolejnym oddechem ogarnął mnie chłód – bryza przypominająca mroźne powietrze. Drobinki wilgoci spływały po policzkach, rzucając mną w tę i z powrotem, aż wylądowałam twarzą w dół, na ściółce.
Zakaszlałam, otrzepałam się i podniosłam. Wydawało się, że nic nie uległo zmianie. Morze pozostawało w odległości kilkudziesięciu kroków, a las górował nadal, gęsty i niewzruszony.
– Zniknęła. – Kobieta za mną stała ze splecionymi dłońmi, z włosami o blasku gwiazd okalającymi jej rysy. Połysk mgły cofnął się do linii jej dłoni. Podbródkiem wskazała na gałąź, którą rzuciła.
Na bogów – moment wcześniej była zatopiona w stwardniałej ziemi, a teraz leżała pokryta miękkim piaskiem, jakby spadła tam z premedytacją.
Bez zastanowienia wyszłyśmy spomiędzy drzew, docierając do brzegu.
– Złamałaś blokadę? – zapytałam szeptem, bardziej w myślach niż na głos, ale kobieta, usłyszawszy to pytanie, skinęła głową.
– Teraz będziemy mogły bez przeszkód wyjść z lasu na brzeg. – Ruszyła w jego stronę. – Widzisz? No dalej, spróbuj.
W głębi duszy czułam, że logicznie rzecz biorąc, musiała mówić prawdę. Nie ma mowy, aby pozwolono mi tak po prostu odejść. A mimo to nie mogłam się oprzeć; nie było niczego, czego bym nie zaryzykowała, żeby powrócić w objęcia Erika. Rzuciłam się jak szalona w kierunku morza. Gdy woda uderzyła w moje kolana, poczułam ostry ból.
Krzyknęłam i upadłam z powrotem na fale leniwie dobijające do brzegu.
Delikatne dłonie chwyciły mnie pod ramiona i wyciągnęły z morza.
– Jak już wspomniałam, pierwszą rzeczą, którą zrobiono, gdy przekroczyłaś granice Natthaven, było upewnienie się, że nie wyjdziesz poza ich obręb.
– Więc ściągnij zaklęcie tak, jak ściągnęłaś poprzednie. Proszę…
Na jej twarzy pojawił się cień zakłopotania.
– Zaklęcia krwi to inna sprawa. Zawsze są usuwane z bólem, gniewem, okrucieństwem, wszelkiej maści podłością. Nie mogę tego dokonać starym sposobem. Tego zaklęcia po prostu… – Znów spojrzała na morze. – Nie odważę się dotknąć.
Zbyłam jej wywody obojętnością. Usiadłam na płyciźnie, podkuliłam kolana do piersi i krzyknęłam. Ból, wściekłość, rozpacz – wszystko to uniosło się wysoko, aż do błękitnych chmur. Łkając, ze ściśniętym gardłem rzuciłam się na kobietę.
– Dlaczego to robisz? Puść mnie, a przysięgam, że lojalność Wiecznego Królestwa będzie twoja na zawsze. Pomożemy ci.
Nie zważając na wodę, elfka usiadła tuż obok mnie. Jej kolana i suknia przytuliły się do klatki piersiowej. Sprawiała wrażenie, jakby została moją najlepszą przyjaciółką w niedoli. Patrzyła w krwawy blask na horyzoncie, ostatnie okruchy przemijającego dnia, gdy purpurowy zmierzch z pierwszymi gwiazdami na firmamencie zaczynał zdobić ciemniejące niebo.
– Natthaven to spokojna i przyjazna wyspa. Niektórzy nazywają ją nawet zanikającą wyspą.
– Dlaczego?
– Ponieważ może rozpłynąć się we mgle. – Kobieta się uśmiechnęła. W kącikach jej oczu pojawiła się nutka dumy. – Dar od bogów, jak powiadają niektórzy. W razie zagrożenia możemy ukryć cały nasz klan w bezpiecznym miejscu. Albo, jak sądzę, jeśli zostaniemy zmuszeni do zmiany miejsca zamieszkania… – zawahała się, a jej uśmiech przygasł. Coś w tych ostatnich słowach najwyraźniej ją drażniło. – Wówczas Natthaven przeniesie się gdzie indziej.
– To magiczna ziemia?
– A czyż nie każda ziemia jest w pewnym sensie magiczna? – zapytała retorycznie, przechylając głowę. – Powiedziano mi, że twoje zdolności pochodzą z ziemi. Dokonałaś paru istotnych rzeczy w swoich królestwach oraz na morzu. Wierzę, że magia istnieje we wszystkich krainach.
Na moich ustach pojawił się nikczemny grymas.
– A co, jeśli moja jest silniejsza niż twoja? Być może wkrótce się o tym przekonamy, o ile dzięki temu miałabym się stąd wydostać.
– Myślę, że Natthaven poczułoby się urażone, gdybyś spróbowała swoich sztuczek. Lepiej byłoby, jakbyś zwróciła się o pomoc do szlachetnych mieszkańców tej ziemi, zamiast ją niszczyć. Magia jest kapryśna, czyż nie? Jeśli ją urazisz, ukarze cię przy najbliższej okazji. Za dowód niech posłuży zaraza, która owładnęła morskie królestwo.
– Skąd wiesz? – Potrząsnęłam głową. W istocie nie miało większego znaczenia, skąd wiedziała o pewnych rzeczach. – To była klątwa morskiej wiedźmy, która wymknęła się spod kontroli.
– To prawda. W pewnym sensie tak – odpowiedziała niemal z oburzeniem. – Czarownica i Larsson nie byli gotowi na konsekwencje swoich mrocznych zaklęć. Jak już mówiłam, zaklęcia krwi i czarna magia tworzą potężny rodzaj fizycznej materii i mogą być wyjątkowo groźne. Ale zaraza, którą widzisz, jest tylko smutną pozostałością po tym, co zrobiono, by doprowadzić nas do tego momentu.
– A co zrobiono?
Kobieta pogrążyła się w zadumie.
– Mówiłam ci. To nie jest atak przeprowadzony, ot tak, dla czyjegoś kaprysu. Był skrupulatnie planowany od dawna, a morskie królestwo nie jest łatwym celem do podbicia. Potrzebne były silne i umiejętnie rzucone, mroczne zaklęcia.
To prawda. Zaraza była silna, niemal bolesna w odbiorze, gdy wyczułam, co tak naprawdę ją spowodowało. Śmierć, cierpienie, agonia. Wiedziałam, że coś mrocznego w glebie przemawia do mnie, kiedy szukałam głębszej przyczyny. Miało to nawet jakiś sens, że czarna magia pozostawiała po sobie ślady, które sprawiały ból.
– Mówisz, jakby to nie było istotne, lecz widzę obrzydzenie w twoich oczach.
Zawahała się.
– Mogę nie zgadzać się z niektórymi działaniami, ale nie jestem w stanie przejmować się twoimi problemami, gdy zajmują mnie kłopoty własnego ludu.
Potrząsnęłam głową, wzburzona. Nie rozumiałam uprzejmości tej kobiety, a jednocześnie jej odmowy pomocy. Jeśli faktycznie była tu więźniem, to przecież znalazła swojego największego sprzymierzeńca.
– A więc z tego, co się dowiedziałam o waszej wyspie, wiem, że jest niewielka, lecz może rozpłynąć się we mgle. – Spojrzałam przez ramię. Ciemne iglice kamiennego pałacu wznosiły się ponad koronami drzew. – A ty potrafisz zdejmować zaklęcia za pomocą swojej magii.
– Nie do końca – poprawiła mnie pospiesznie. – Potrafię zdjąć każdą fizyczną materię, pod warunkiem, że jest namacalna. Kamień, drewno, ciało, o ile naprawdę się skupię.
– Ale nie zaklęcia krwi.
Poruszyła szczęką.
– Z korzyścią dla wszystkich jest to, bym unikała czegokolwiek, co wywołuje mroczne uczucia, jak żal, ból, zemsta, nienawiść. Trzymam się z dala od takich emocji, a zaklęcia krwi są właśnie tworzone przez mroczne pragnienia, życzenia śmierci, nieczyste motywacje. One zawsze odciskają piętno na kimś, kto z nimi obcuje.
Sposób, w jaki to mówiła, jak gdyby wszystko było tak cholernie oczywiste, niemal mnie bawił.
– No cóż, nie mam już ani odrobiny wątpliwości.
– Nie jestem najlepszą nauczycielką, jeśli chodzi o wyjaśnianie pewnych zawiłych kwestii, gdyż na co dzień komunikuję się tylko z moim ludem. – Przez moment jej usta skrywały cyniczny uśmieszek. – Potraktuj moją moc jako wezwanie. Elfy cienia potrafią używać swojego daru podobnie jak ja, w większości przypadków.
– Co masz na myśli, mówiąc „w większości przypadków”?
Jej oczy stały się szkliste.
– Zdradzę ci jedno, fae. Istnieje moc, a może bardziej przekleństwo, którym bogowie uznali za stosowne mnie obdarować, a które nigdy nie powinno zostać użyte.
Włoski zjeżyły mi się na ramionach. Chciałam wyciągnąć od niej coś więcej, lecz ona natychmiast przybrała swój beztroski, rozważny ton, tłamsząc moją ciekawość.
– Niektóre elfy nie zaciemniają obrazu magii, jaką dysponują, tak jak ja. Część z nich gromadzi światło, co wyraźnie widać na ich dłoniach, gdy używają swojego daru. Inne zaś potrafią nawet wyrzeźbić przejście w blasku pomieszczenia i przechodzić do innego obszaru światła. To trudne i strasznie wyczerpujące.
– Wydaje się dziwne, aby elfy cienia używały do czegokolwiek światła.
– Nie powiedziałam, że to mój lud używa światła. Istnieje podział na klany. – Jej ramiona zesztywniały. – Elfy światła, lub Ljosalfar, używają światła i ognia. Zresztą wkrótce sama się przekonasz, o czym mówię.
– Dlaczego odnoszę wrażenie, że ciągle o czymś wspominasz, czynisz aluzje, ale nigdy nie wyjaśniasz niczego wprost?
– No właśnie: dlaczego?
Bogowie, ależ była irytująca. Przyjrzałam się jej. Urocza i krnąbrna, trochę złośliwa, kiedy się uśmiechała. Lecz coś uderzyło mnie wraz z następnym oddechem. Byłam tu uwięziona. A co, jeśli ją spotkał ten sam los? Możliwe, że nie mogła mi powiedzieć zbyt wiele. A jednak, nawet gdyby była to prawda, tajemnicza nieznajoma siedziała tuż obok mnie, subtelnie próbując mi pomóc. To był jej sposób na pomoc.
W mojej piersi zapłonęła nowa nadzieja.
– Z królem łączy nas więź serca. Czy rzucone zaklęcie chroni ją w jakiś sposób?
– Zaklęcia, które nas chronią, są wystarczająco silne, by odgrodzić nas od całego świata, gdybyśmy tylko chcieli – rzekła tak, jakby śniła na jawie lub po prostu recytowała słowa z podręcznika.
– Ale musi być jakiś sposób, by je złamać.
Potrząsnęła głową.
– Zaklęcia krwi są nie do ruszenia. Tylko naznaczeni mogą teraz stąpać po ziemi Natthaven. A tylko morska czarownica dokonuje naznaczenia.
– W takim razie jednak możliwe jest opuszczenie tego miejsca.
– Naznaczyli tylko jedną duszę, która może opuścić to miejsce. Larsson ma zdolność przekraczania barier, ale nie opuszczenia wyspy. Przynajmniej jeszcze nie teraz. Jesteś połączona z morską czarownicą, fae. Jednakże gdybyś, powiedzmy, została w jakiś sposób zmuszona do opuszczenia wyspy, to zniszczyłoby rzucone zaklęcie. Choć to byłoby strasznie bolesne i potencjalnie śmiertelne.
Zaryzykowałabym śmierć, byle tylko uwolnić się z tego przeklętego miejsca.
– Ponadto oczywiście śmierć zaklinacza zaklęć sprawia że magia traci swą moc.
– Zabić Fionę? Chętnie.
– Nie rozumiesz. Zabijanie tych, którzy stoją przeciwko tobie, nie wchodzi w grę. – Wyraz twarzy elfki zmienił się w coś mrocznego, niemal przerażającego. Zerknęła na chwilę przez ramię, po czym zniżyła głos: – Zakazane zaklęcia sprawiły, że stali się twoimi wrogami, a kiedy raz posmakuje się zakazanego, to przestaje być zakazane.
– Nic z tego nie rozumiem.
– Nie możesz ich zabić – szepnęła. – Kolekcjoner Kości jest chroniony przez morską czarownicę. Nie może umrzeć, dopóki działa zaklęcie. A ona obwarowała się zaklęciami tak mocno, że można ją zabić tylko przy pomocy ostrza z białego żelaza.
– Co to jest?
Kolejne spojrzenie w stronę drzew.
– Elfie rzemiosło. Ostrze, które nie zabija przez cios czy dźgnięcie, nie rozlewa nawet krwi. Ale powoduje, że gnije serce, wysysa magię z każdej kości i tkanki, aż krew zastyga. Bolesna śmierć.
– Elfie rzemiosło! – wrzasnęłam. – Skoro posiadasz te ostrza, dlaczego jeszcze ich nie użyłaś?
– No właśnie: dlaczego? To dobre pytanie. – Usta kobiety się zacisnęły, a wargi posiniały.
Nie mogła. Coś powstrzymywało ją przed działaniem lub ktoś stanowił dla niej zagrożenie. Wspominała już wcześniej, że byt jej ludu jest dla niej priorytetem. A co, jeśli Larsson skrzywdził kogoś, kogo kochała?
– W jaki sposób opanowali twoją wyspę?
– Nie została opanowana. Kolekcjoner Kości jest znany wśród elfich klanów, więc nie przeczuwałam niczego, gdy tutaj przybył.
– Znany?
– Jest po części elfem – odparła, lekko zdezorientowana, poniekąd oszołomiona, że jestem tego nieświadoma.
Cholera jasna.
– A więc cię oszukał. Przybył jako przyjaciel, a potem cię zdradził.
– Nie mogę powiedzieć, żeby kogokolwiek zdradził – mruknęła, wodząc palcami po płytkiej wodzie. – Niewiele mówił. Chociaż morska czarownica i morskie fae, które do nich dołączyły, nie przypadły mi do gustu.
Dołączyły? Czyżby było tu więcej morskich fae? Larsson co prawda nasłał kiedyś zabójców, by zabili Erika, lecz nie zastanawiałam się nigdy nad tym, czy ma większe wsparcie i posłuch wśród ludu.
– Czy jest ktoś jeszcze oprócz Larssona i Fiony?
– Jest.
Za naszymi plecami rozległ się ochrypły dźwięk. Stojący na skraju lasu mężczyzna, o włosach w kolorze zachodzącego słońca, spoglądał na nas.
– Skadinio. – Uśmiechnął się szyderczo do kobiety. – Co to wszystko ma znaczyć?
Wstała szybko i odsunęła się od fal.
– Arion. Zgodnie z naszą umową powierzono mi dbanie o jej samopoczucie.
– Masz utrzymać ją przy życiu, a nie oprowadzać po wyspie i rozwodzić się o elfich klanach.
– Fae była zrozpaczona. Postanowiłam opowiedzieć jej odrobinę o Natthaven. Nic więcej.
– Zdradź mi więc, dlaczego tak źle wyrażałaś się o moim kuzynie, chridhe?
Nie znałam określenia, którego użył, ale sprawiło ono, że Skadinia zmarszczyła nos.
– Powiedziałam wprost, co myślę o Kolekcjonerze Kości. Jeśli uważasz, że to coś złego, to może powinien jeszcze raz przemyśleć swoje postępowanie.
Arion był postawnym mężczyzną. Uszy miał ostre i pokryte złotem, a brwi gęste i wyraziste, lecz to jego oczy mnie zaniepokoiły. Przy ciepłej cerze i włosach głęboki brąz jego oczu był zimny i nieprzejednany. Jakby należał do miejsca, które wabi nadzieję, a następnie pozwala jej umrzeć.
To tego się obawiała, to nie była pomyłka. Przez cały ten czas ani Fiona, ani Larsson nie potrafili wpłynąć na nastawienie Skadinii. Dopiero gdy zasugerowała coś więcej, wzdrygnęła się. To Arion był tym, który sprowadził Larssona na jej wyspę. To on w jakiś sposób ją uwięził.
Kolejny elf?
Cholera. Jeśli to prawda i ludzie Larssona byli elfami, to jego koneksje miały niebagatelne znaczenie.
– Już czas – rzekł mężczyzna. – Przyprowadź ją na salę. I, Skadinio, zrób to dyskretnie.
Zakrztusiłam się śliną, gdy Arion machnął ręką i złocista smuga przemknęła przez gasnące strzępy promieni zachodzącego słońca, aż zdawało się, że firmament rozdarł się wpół. Arion wstąpił w nią i zniknął, opuszczając brzeg.
Oddychaj głęboko. Skup się.
– Chodźmy – szepnęła elfka, chwytając mnie za ramię. – Powiedziałam ci już wszystko, co mogłam o Natthaven.
– Skadinio…
– Skadi – poprawiła niskim głosem. – Tylko jedna osoba zwraca się do mnie pełnym imieniem i nie jest to książę Arion.
Książę? Kolejny cholerny arystokrata.
– Zatem, Skadi – powiedziałam. – Najwyraźniej coś cię z nimi wiąże, ale możemy…
– Nie, nie możesz mi pomóc – odpowiedziała stanowczo, przerywając mi w pół zdania. – Nie rozumiesz elfich zwyczajów. Posłuchaj mnie uważnie, fae. Nic więcej nie mogę dla ciebie zrobić, dopóki Arion dotrzymuje zawartych umów. To on jest głosem Natthaven.
Tak wiele słów pozostało niewypowiedzianych. Chciałam nią potrząsnąć, wyszarpać kolejne informacje wprost z jej gardła, lecz wraz z następnym oddechem pojawiło się dwóch strażników, których zostawiłyśmy przy bramie.
Ramiona Skadi opadły.
– Będę u twego boku. On chce krwi, fae, ale nie pozbawi cię życia.
Splotła swoje ramię z moim, tak jak mogłyby to zrobić Mira lub Celine, i delikatnie popchnęła mnie w górę krętej ścieżki, gdzie z posępną miną czekał już na nas Larsson Kolekcjoner Kości.
Pięknie rzeźbione belki i krokwie zdobiły korytarz, wzdłuż którego rozciągały się mistyczne obrazy przedstawiające spowite poświatą gwiazd klify oraz rozbijające się o brzeg morskie fale, oświetlone pełnią księżyca.
Skadi trzymała głowę wysoko i dumnie, a tempo jej chodu przypominało niespieszny taniec po marmurowej posadzce. Była dystyngowana, lecz w drganiach jej szczęki dało się dostrzec swoisty niepokój.
Pomieszczenie z długim dębowym stołem na parterze było szerokie i z jakiegoś powodu odgrodzone na górnym poziomie. Połowa kamiennych ścian sugerowała, że ta część pałacu została wbudowana w rozległe klify rozciągające się na zewnątrz.
Z paleniska unosił się osobliwy, acz intrygujący zapach dymu drzewnego i popiołu. Część ścian wykonano z naturalnej skały, inne zaś zaizolowano gliną i miękkim, porośniętym wilgotnym mchem drewnem.
Na stole z czarnego drewna rozłożono obrusy z namalowanymi niebieskimi, oszronionymi szczytami górskimi i runami, których wzoru nie potrafiłam rozszyfrować. Na srebrnych talerzach podane zostały wędzone ryby nieznanego mi gatunku oraz tarta z galaretką, a nad głową migotał rozległy, mahoniowy żyrandol z tuzinem woskowych świec.
Siedzący na drugim końcu stołu mężczyzna w niebieskim trikornie na głowie łapczywie nabierał do ust grzybowe puree i najsoczystsze kawałki wędzonej ryby. Moje serce płonęło dla Erika. Musiał się dowiedzieć. Musiał zostać ostrzeżony.
– Lordzie Hesh.
Hesh, lord Rodu Ostrzy, ugryzł kolejny kęs. Krępy jak zaprawiony w bojach wojownik, z niewiarygodnie kwadratową szczęką, drań przypominał bardziej ogra niż fae.
– Ziemska fae.
– Chyba zdążyłeś mnie poznać jako królową.
Zaśmiał się głośno i cynicznie.
– Myślę, że oboje zdajemy sobie sprawę, iż ten dostojny tytuł od początku skazany był na niepowodzenie, ziemska fae.
Zacisnęłam szczękę, by uspokoić oddech. Nie obawiał się odwetu ze strony Erika? Co to, do diabła, miało znaczyć? Czy całe królestwo nagle wystąpiło przeciwko mojemu Wężowi?
Gdzieś w szoku i odrętwieniu serca tłumione przerażenie wynurzyło się na powierzchnię.
Ten strach przejmuje kontrolę nad twoimi myślami. Masz do niego pełne prawo, ale przypominam ci, kim jesteś. Potężnym i niezłomnym przeciwnikiem.
Erik udowodnił swoje zaufanie wobec mnie zarówno słowem, jak i czynem. Mogłam tu umrzeć. Jeśli taki miał być mój los, zrobiłabym to, chroniąc Wiecznego Króla, stając w jego obronie, walcząc o życie, o którym marzyliśmy. To był piękny sen i zasługiwał na walkę, nawet jeśliby miała być przegrana.
Larsson wszedł tylnymi drzwiami. Żołądek podszedł mi do gardła. Niegdyś przyjaciel, człowiek, który śmiał się razem z nami, który pomógł wyrwać mnie spod uroku morskiego pieśniarza, nagle stał się okrutnikiem i łajdakiem. Jego urokliwy uśmiech rozdziawił się na zarośniętym podbródku, a ciemne włosy opadały mu na twarz.
– Witaj, pani. – Larsson zajął krzesło z wysokim oparciem u szczytu stołu. – Jakże się cieszę, że się obudziłaś, choć jestem rozczarowany, że nie poinformowano mnie o tym fakcie nieco wcześniej.
Jego chłodne spojrzenie padło na Skadinię. Elfka nawet się nie wzdrygnęła.
– Taka obojętna? – Mlasnął językiem. – Jesteśmy prawie krewnymi.
– Jeszcze nie – odparła zdawkowo kobieta.
Drzwi, których chwilę wcześniej użył Larsson, trzasnęły głośno o futrynę. Do środka weszło kilku strażników dzierżących miecze, a między nimi książę elfów z Fioną przy ramieniu.
Morska czarownica była niebezpiecznie piękna. Jasne włosy opadały jej na szyję. Miała na sobie czarną suknię z satyny i koronek i poruszała się z godną pozazdroszczenia gracją, jakby tańcząc pośród fal łagodnego przypływu.
– Cóż za przyjemność widzieć ziemską fae we właściwym dla niej miejscu – rzekła i kiwnęła na mnie, obejmując dłoń Larssona. – Zdana na naszą łaskę.
– Sprytnie, Fiono. – Zacisnęłam zęby. – Teraz, kiedy skończyłaś już tęsknić za królewskim łożem, miałaś sporo czasu, żeby doszlifować swoje cięte riposty.
– Daj spokój, kobieto – wtrącił Larsson, a ona zasiadła przy stole. – Krytykujesz Fionę, podczas gdy sama wcale nie jesteś inna.
– Jestem królową.
– Chyba w swoich urojeniach – odciął się mężczyzna. – Jesteś wymysłem mojego młodszego brata, który ubzdurał sobie, że ktoś zechce go takim, jakim jest.
Sposób, w jaki deprecjonował więź z Wiecznym Królem, był zdumiewający. Larsson spędził tygodnie z Erikiem i ze mną. Znał nasze oddanie oraz uczucia względem siebie.
Skinieniem ręki wskazał krzesło.
– Siadaj, mamy wiele do omówienia. Widzę, że poznałaś już księżniczkę tej wyspy, ale czy poznałaś jej narzeczonego? Księcia Ariona, mojego kuzyna? – Wygiął wargę, chyba liczył na to, że będę pod wrażeniem.
Nie byłam.
– Narzeczonego? – szepnęłam do Skadi.
Księżniczka zadrżała, ale po prostu odwróciła wzrok i wpatrzyła się w posadzkę. Nie otrzymam od niej więcej pomocy, bynajmniej nie w otoczeniu innych. Skadi wierzyła w to, że poznanie tego miejsca pozwoli mi się z niego wydostać. Wzięłam sobie to do serca. Im więcej wiedziałam o Larssonie i jego kompanach, tym bardziej mogłam wykorzystać tę wiedzę przeciwko niemu.
– Jesteś elfem – powiedziałam szeptem.
Larsson chwycił wilgotny, zielony owoc z półmiska pośrodku stołu.
– W połowie tak.
– Erik… – Przełknęłam ból jego imienia na mym języku. – Erik nie wiedział?
– Nikt poza Fioną nie wiedział. – Larsson wytarł palce w lnianą szmatkę. – Jestem synem upadłego Wiecznego Króla i szlachetnej elfiej kobiety z klanu Ljosalfar, który…
– Znam klany. Skadi trochę mi o nich opowiedziała – przerwałam mu nagle.
– Całkiem potężna mieszanka, nieprawdaż?
Gniew, który tlił się w moich wnętrznościach od samego poranka teraz stał się nie do zniesienia.
– A jednak nie masz morskiego głosu.
Larsson uderzył dłonią w krawędź stołu. Rozległ się śmiech. Arion wydął wargi i odstawił puchar ze słodko pachnącym napojem. Następny był Hesh. Chichot, parsknięcie i rechot.
Lord rodu brzmiał bardziej jak wieprz morski niż arystokrata.
– Mam głos, pani. Po prostu zapomniałem go ujawnić. – Larsson pomachał palcami z boku głowy. – Musiało mi to umknąć. Gdyby Fiona go nie blokowała, nie mam wątpliwości, że Wykrywacz Serc poczułby każde pragnienie i poznał prawdę.
Na wzmiankę o Taicie ścisnęło mnie w piersi.
– On też był twoim kuzynem.
– Prawda, prawda. – Uśmiech Larssona przygasł. – Doprawdy, nie miałem mu niczego za złe. Było sporo powodów, przez które wyjątkowo niechętnie pozbawiłem go życia, ale był tak cholernie lojalny wobec Krwawego Śpiewaka… że było to jedyne rozwiązanie. Nigdy nie poznał siły mojego głosu. Zabawne, że obaj synowie Thorvalda mają dar krwi. Kolekcjoner Kości może i jest tylko przydomkiem, lecz ten dar nie ma nic wspólnego z kośćmi.
Ton mojego głosu był stłumiony, gdy odparłam:
– Cudownie, choć jednak do niczego się nie przyznajesz.
– Elfia krew jest interesująca – kontynuował Larsson. – Mój kuzyn czerpie ze światła, tak jak jego przyszła żona czerpie z ciemności. A ja, będąc zarówno morskim fae, jak i elfem, czerpię z krwi.
– Czerpiesz co? – Zlekceważyłam drżenie podbródka.
– Zdolności. Magię. – Larsson zmarszczył brwi. Jakby oczekiwał, że będę zachwycona tym, co mówi…
– Kradniesz magię krwi.
– Tak. Im więcej krwi pożeram, tym dłużej mogę kraść zdolności innych. Działa to doskonale na morskie fae. – Uniósł łańcuch z kości, który wisiał u jego szyi. – Uśmiercenie kogoś to najlepszy sposób na zdobycie krwi. Po pewnym czasie zacząłem kolekcjonować kości jako swoiste pamiątki.
Bogowie, był obłąkany.
– Zastanawiam się, jakim cudem elfy mogą ci ufać i nie obawiać się, że wykorzystasz ich magię.
– Sojusz został przypieczętowany krwią. – Larsson zmarszczył brwi. – Ale nawet i bez tego przymierza nie skrzywdziłbym Ariona ani nikogo z jego dworu. Ani jego narzeczonej. Jesteśmy krewnymi.
– A kim w tej układance jest twój brat?
Odwrócił wzrok, w pewnym sensie zakłopotany lub zawstydzony.
– Drobną przeszkodą na drodze do mojej korony. Zachowaj swój gniew dla Thorvalda, pani. To on jest wszystkiemu winny.
Bez wątpienia Larsson, w swej moralności, nigdy nie uznałby samego siebie za złoczyńcę.
– Jaki jest zatem twój plan?
– Odzyskać moje dziedzictwo. Powiedziałem ci to już na łodzi.
– Nie możesz odebrać korony krwi, wiesz o tym. Nie możesz przejąć Wiecznego Królestwa. Erik nigdy na to nie pozwoli.
Korona Wiecznego Króla nie była zwykłą koroną. Przerażająca, jak wiele innych aspektów królestwa, uwierałaby, płonęła i ropiała na skórze każdego, kto odważyłby się ją przywdziać, nie będąc prawowitym spadkobiercą wywodzącym się z linii krwi.
Twarz Larssona sposępniała.
– Krwawy Śpiewak naprawdę nie będzie miał wyboru. Pozostało mi jeszcze jedno zadanie, nim zabezpieczenia przede mną znikną i będę w stanie przywdziać koronę krwi bez najmniejszych obrażeń.
– Zabezpieczenia przed tobą?
– Cóż. Taki miłosny dar od mojego ojca. – Szczęka Larssona zadrgała. – Wygląda na to, że wolał słabszego dziedzica, takiego jak Krwawy Śpiewak, więc zadbał o to, bym nigdy nie był w stanie powrócić do królestwa.
Fiona prychnęła.
– Co za głupiec.
– Tak, to prawda – odparł Kolekcjoner Kości. – Przebijaliśmy się przez zabezpieczenia Thorvalda już od wielu wiosen. Gdybym wiedział, że będę musiał tyle czekać, aż ta przeklęta Otchłań się otworzy, być może już dawno zabiłbym Śpiewaka i zaryzykował, że korona w naturalny sposób przejdzie na mnie. Oszczędziłoby mi znoszenia jego licznych fanaberii oraz obsesji na punkcie księżniczek ziemskich fae.
Musiałam wydostać się z tej przeklętej wyspy. Musiałam ostrzec Erika. Przyciskając dłoń do serca, próbowałam przywołać ciepło i komfort.
Wężu, proszę, wysłuchaj mnie.
Odpowiedziały mi nicość i pustka.
– Więc potrzebowałeś otwarcia Otchłani?
– Potrzebowałem cię tak samo jak Krwawego Śpiewaka. – Oczy Larssona rozgrzały się do czerwoności.
– Ironia losu, prawda? – Policzki Ariona zarumieniły się od rumu i rozbawienia. Ponownie napełnił kielich, polewając sobie sowicie z dzbana, po czym wypił haustem do dna i zagryzł nieznanym mi owocem.
Znów spojrzałam na Kolekcjonera Kości.
– A gdzie w tej całej intrydze miejsce dla elfów?
Arion wydawał się w pełni usatysfakcjonowany wspólnym knuciem z Larssonem, lecz Skadi wyraźnie tego nie chciała.
