38,90 zł
Nawet w najmroczniejszych czasach można dostrzec w drugim człowieku światło.
Amsterdam, rok 1941. Profesor Josef Held, samotny i zamknięty w sobie matematyk, żyje w rytmie okupowanego miasta – w świecie, w którym każdy oddech może być zdradą, a każdy dźwięk na ulicy zwiastunem zagrożenia. Gdy do jego drzwi puka młody Żyd, Michael Blum, prosząc o schronienie, Josef podejmuje decyzję, która odmieni życie ich obu. W ciasnym mieszkaniu, wysoko nad ulicami Amsterdamu, między nieufnością a wzajemnym zrozumieniem rodzi się więź, która daje obu mężczyznom siłę, by przetrwać.
Michael nosi jednak w sercu inną historię – swoją miłość do Elke, młodej kobiety, z którą wojna rozdzieliła go brutalnie i ostatecznie. Wspomnienie czułości, namiętności i utraconej nadziei staje się jego jedynym światłem w mroku.
Uczucie Michaela i Elke splata się z wojenną rzeczywistością pełną lęku i poświęcenia, tworząc wzruszającą panoramę ludzkich emocji w czasach, gdy miłość była aktem odwagi.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 423
Holandia, kwiecień 1921
Eleganckie obłoki dryfowały po idealnie błękitnym niebie, rzucając cienie na pola szkarłatnych i złotych tulipanów. Błądził nad nimi wietrzyk i tylko on ośmielał się mącić doskonały bezruch, a jego odwaga sprawiała, że kwiaty kłaniały się i kołysały niczym ustawione w rzędzie panny. W oddali przy wydeptanej miedzy stał stary wiatrak, uroczyście strzegący pola. Górował nad swoimi rozkwitającymi poddanymi, ściany z brunatnych desek miał mocne, choć zniszczone, łuszczyły się, lecz niezmordowanie przeciwstawiały się upływowi czasu. Czerwone skrzydła, teraz wyblakłe do różu, złapały wiatr i mozolnie skrzypiały w rytmicznej pieśni.
W kierunku wiatraka biegła panna młoda, figlarnie uciekając przed swoim świeżo poślubionym mężem poprzez rzędy tulipanów. Sarah, ledwo dwudziestodwuletnia, już przebrała się na miesiąc miodowy. Prosta sukienka z kremowej bawełny spadała luźno z jej delikatnych ramion, sandałki w tym samym kolorze podkreślały kształtne kostki i długie nogi, szczodrze oblewane promieniami wczesnowiosennego słońca.
Już w kilka godzin po wymianie przysiąg małżeńskich prawie cały ślubny strój Sarah został starannie spakowany w miękką białą bibułkę. Starsze krewne i młode niezamężne przyjaciółki z namaszczeniem schowały satynowe pantofelki zapinane na kostce i długą do połowy łydki jedwabną suknię z obniżoną talią do mahoniowego kufra, by tam w pogotowiu czekały, aż zachwycą kolejne panny młode w rodzinie.
Z jednym tylko Sarah nie była gotowa się rozstać. O tym, że właśnie wyszła za mąż, poza złotą obrączką na lewej dłoni świadczył unoszący się za nią, tańczący na wietrze welon – starodawny, upięty sękatymi palcami babci, kunsztowny niczym bukiet złożony z haftu łańcuszkowego i miniaturowych perełek.
Kiedy tak biegła barwną ścieżką, zerwał się wiatr, usiłując pokrzyżować igraszki młodej pary. Nagle psotny powiew otoczył Sarah, pociągnął za welon i skręcił go w beztroską spiralę unoszącą się ku niebu. Josef dogonił żonę i skoczył przed nią. Miał na sobie lniane spodnie i niebieską koszulę z podwiniętymi do łokci rękawami, które odsłaniały długie muskularne przedramiona. Był smukły, ale silny, burza kruczoczarnych włosów otaczała twarz z przenikliwymi, pełnymi wyczekiwania oczami.
Objął ją w talii i przyciągnął do siebie, ręce złapał jej z tyłu, by mieć ją jeszcze bliżej. Jej krótki urywany oddech ogrzewał mu policzek.
– Nareszcie – oznajmił triumfalnie.
W odpowiedzi Sarah zachichotała i zaczęła się wyrywać, gdy Josef chciał odpiąć jej welon.
– Nie rezygnuję z welonu, Josefie. Mam zamiar nosić go przez cały pierwszy rok małżeństwa!
Oczy Josefa rozszerzyły się ze zdumienia.
– Moja mama byłaby wstrząśnięta, gdyby to usłyszała, bo wiesz, już planuje wykorzystać go do ozdobienia chrzestnych ubranek naszych dzieci.
– Dzieci? – powtórzyła Sarah. – Jesteśmy małżeństwem dopiero od czterech godzin.
– W takim razie nie mamy czasu do stracenia – oznajmił zdecydowanym tonem. Puścił ją, ujął w dłonie jej twarz i pokrył pocałunkami oczy, usta i szyję. Chichocząc i wiercąc się, Sarah próbowała uciec przed jego pieszczotami.
– Tylko nie w szyję, Josefie. Wiesz, jak to na mnie działa.
Z porozumiewawczym uśmiechem objął ją i odnalazł jej usta w namiętnym pocałunku. Z oddali dobiegło ich wołanie.
Sarah złapała Josefa za kołnierz koszuli i pociągnęła go w zagłębienie pomiędzy tulipanami. Poderwany przez powiew wiatru welon otulił ich oboje.
– Cii – szepnęła. – Jeśli się schowamy i nie będziemy się ruszać, mama nas nie znajdzie.
– Nie narzekam – odszepnął Josef, ściągając z twarzy wydymającą się koronkę. Ułożył się wygodniej i podłożył ramię pod głowę Sarah, by ochronić ją przed kamienistą ziemią.
Leżeli twarzami do siebie i bez słowa czekali, aż kroki ucichną. Oddychali w jednym tempie. W samym sercu pola aromat tulipanów odurzał. Sarah podparła się na łokciu i z namysłem spojrzała na Josefa.
– Bardzo mi się podobał prezent twojego ojca – powiedziała.
Josef pokręcił głową i uśmiechnął się.
– Ojciec był i jest romantykiem. Wierzy głęboko w moc słów i miłości. – Przekręcił się na plecy i splótł dłonie pod głową, zapatrzony w puszyste chmury. – W głowie mi się nie mieści, że czytał wiersze na naszym ślubie. A ja przecież jestem matematykiem! Do czego mi to potrzebne? Według mnie tata żywi nadzieję, że pewnego dnia jego bezcenna poezja jakimś cudem znajdzie drogę do mojego serca. Chociaż mam już dwadzieścia osiem lat.
Sarah zacisnęła usta i zadarła brodę.
– Jak możesz tak mówić? Czym jest życie bez sztuki, muzyki czy poezji? One pomagają nam uczyć się, jak odczuwać, kochać i żyć! – Przetoczyła się na plecy i skupiła wzrok na chmurze wyglądającej jak galopujący kucyk. Nieśmiało mówiła dalej: – Kiedy słuchałam twojego ojca recytującego wiersz, zaczęłam się w nim zakochiwać. Sposób, w jaki patrzył na twoją matkę, świadczył o miłości, którą od dawna do siebie czują. – Przez twarz Josefa przemknął wyraz szczerego zaskoczenia. Sarah westchnęła. – Nie jestem pewna, jak długo nasza miłość przetrwa, skoro nie umiesz w taki sposób jej podsycać. Jakoś sobie nie wyobrażam, żeby równania matematyczne budziły we mnie podobne uczucia.
Odwrócił się do niej i odgarnął rudy lok z jej twarzy w kształcie serca.
Sarah z zamkniętymi oczami i zmarszczonym nosem pokręciła głową, demonstrując swoje niezadowolenie.
Przyciągnął ją do siebie i wyszeptał jej do ucha:
– Jak przed zetknięciem się z twoją duszą mogę zachować własną duszę? Ponad tobą ku innym rzeczom jakże ją przeniosę?2
Sarah otworzyła oczy i z szerokim uśmiechem słuchała Pieśni miłosnej współczesnego poety Rainera Marii Rilkego. Swoje uznanie wyraziła, pokrywając twarz Josefa leciutkimi jak piórko pocałunkami, potem powoli rozpięła mu koszulę.
Nadal szepcząc słowa wiersza, całował ją w szyję i pieścił ciało.
– Dobrze – powiedziała cicho – możesz zabrać welon. Jak nazwiemy naszego syna?
Spojrzał jej głęboko w oczy, dopiero potem odpowiedział:
– Sarah. – Uśmiechnął się z przekonaniem. – To będzie córka i damy jej na imię Sarah.
Zaczęła protestować, ale pocałował ją w usta. Kiedy ich akt miłosny nabrał łagodnego rytmu, słychać było tylko ciche skrzypienie wiatraka, którego skrzydła obracały się na tle ciemniejącego o zachodzie słońca nieba.
Spojrzenia jej znużyła mijająca krata,że już nie zatrzymują nic mdlejące.Czuje, jak gdyby było sztab tysiące,a za sztabami już nie było świata.
Rainer Maria Rilke, Pantera3
Amsterdam, luty 1941 rok
Dokuczliwy śnieg spadał nieubłaganie lodowatymi płatkami na rozdarte wojną ulice okupowanej Holandii, tworząc kopce szarego błota pośniegowego, dusząc miasto już ogołocone z człowieczeństwa. Wzgórki barwy stali znaczyły brzydkie rozbryzgi nagromadzone po tygodniu niskich temperatur, zabłoconych dróg i kamieni strzelających spod kół samochodów prowadzonych przez nieszczęsnych kierowców. Szary śnieg na szarych ulicach dławionych niebem w tym samym przygnębiającym kolorze. Dla Holendrów ta posępna pogoda stanowiła odzwierciedlenie świata, który w ich oczach wyglądał tak samo.
Z mrocznej ulicy dobiegło echo podkutych butów, tak teraz znajomy odgłos maszerujących nazistów. Ich stopy waliły w jezdnię, a kadencja w swej rytmiczności stawała się złowieszcza, każdy krok wysyłał sieć złych przeczuć, niczym potrząsane z rozmachem blaszane pudełko za stalowymi gwoździami. W ciągu dziewięciu miesięcy okupacji Trzecia Rzesza już udowodniła, że jest dziką bestią, z którą nie należy igrać, krwiożerczym szakalem w najlepszym okresie życia, czujnym i gotowym powalić i pożreć wszystko, co stało między nim a zwycięstwem dla Führera.
Amsterdam, niegdyś pełen życia i beztroski, bogaty i wspaniały, najświetniejsze miasto Holandii, żywił wielkie nadzieje na pokonanie najeźdźców, niestety jednak razem z całym krajem poddał się po czterech dniach niemieckiego Blitzkriegu. Jego serce teraz było rozdarte, zranione na zawsze, niezmącony optymizm, całkiem podobnie jak zwały śniegu na ulicy, nieodwołalnie zbrukany i zdławiony przez mroczne siły zła, które przybyły odziane w szarość.
Gdy odgłos stał się ogłuszający na cichych ulicach, za zamkniętymi drzwiami i okiennicami przerażone twarze zastygły, a powieki opadły w cichej modlitwie. Zdjęte lodowatym lękiem dusze miały nadzieję, że akt pozostawienia okiennic nieotwartych będzie znakiem ich zjednoczonego oporu, umożliwiając im czepianie się resztek godności. Kroki ucichły, ale strach utrzymywał się dłużej niż ich echo. Dopiero kiedy zapadła absolutna cisza, ludzie pozwolili sobie na luksus zaczerpnięcia głębokiego oddechu i powrót do starań o przetrwanie. Po raz kolejny dziękowali Bogu – nie ta ulica, nie ten dzień.
W całym mieście tykanie zegara współgrało z rytmem maszerujących oddziałów. Profesor Held patrzył na białą tarczę i ostre czarne wskazówki, nieświadome, jak niebezpieczne jest tempo, którym odmierzają czas. Zegar wisiał wysoko na ścianie, obserwując wielką salę wypełnioną studentami. Wysoki sufit podtrzymywany ozdobnymi gipsowymi gzymsami z jednej strony kończył się zakurzonymi, acz uporządkowanymi regałami z książkami, z drugiej eleganckim rzędem okien.
Profesor Held w milczeniu sprawdzał prace przy biurku. Niezręczny czterdziestosiedmioletni mężczyzna, który wyraźnie czuł się źle we własnej skórze, rzadko podnosił wzrok, a kiedy to robił, jego idealnie błękitne oczy i czarne włosy dopiero nieznacznie siwiejące na skroniach świadczyły o dawnej urodzie. I chociaż spędził życie pochylony nad tym biurkiem, jakimś cudem jego ciało zdołało zachować coś z młodzieńczej jędrności, bardziej kojarzącej się z emerytowanym sportowcem niż skromnym profesorem matematyki.
W jego sali rządy maszerujących żołnierzy wydawały się odległe, gdy studenci sumiennie zabrali się do pracy z rękawami podwiniętymi do łokci i głowami pochylonymi nad ciężkimi dębowymi stołami. Poza tykaniem zegara ciszę przerywały jedynie okazjonalne kaszlnięcia albo skrobanie ołówka po papierze. Wydawało się, że czas stoi tu w miejscu, godziny nigdy się nie kończą. Gdy wskazówki zegara wreszcie spotkały się na dwunastej, słabe promienie słońca przedarły się przez beznadziejnie szare chmury i musnęły wysokie okna.
Held odłożył jedną pracę, wziął kolejną i znieruchomiał. Arkusz nie zawierał odpowiedzi na ponumerowane problemy matematyczne, ale wiersz Pantera, napisany przez ulubionego poetę zmarłej żony profesora. Pokręcił głową i westchnął z frustracją, bo nie chciał dzisiaj myśleć o Sarah. Zdjął okulary w srebrnych oprawkach, doskonały rekwizyt dla człowieka, który chciał się odgrodzić od świata. Delikatnie położył je na biurku, potarł oczy i założył najpierw jeden druciany uchwyt za ucho, potem drugi. Spojrzał na zegar i odchrząknął.
– Koniec zajęć. Panie Blum, muszę z panem zamienić słowo.
Studenci spokojnie ruszyli do drzwi, uciekając przed duszącą ciszą w sali. Jedna z nich, Elke Dirksen, której śliczne oczy wypełniała troska, czekała w progu i obserwowała Michaela Bluma zbliżającego się do biurka profesora. Był przystojny i dzięki temu wyglądał jak uosobienie tego, co najlepszego do zaoferowania ma młodość. Dwudziestodwuletni, tryskający energią i charyzmą. Z błyskiem przekornego poczucia humoru mrugnął znacząco do stojącej na korytarzu Elke.
Czekając, aż sala opustoszeje, profesor układał papiery na biurku w schludny stos. Gdy zapadła cisza i drzwi się zamknęły, wyjął pracę Michaela i nie podnosząc na niego wzroku, powiedział:
– Ma pan świadomość, panie Blum, że to jest kurs matematyki wyższej.
Michael się roześmiał. Po wielu latach pracy ze studentami bezczelność już nie robiła wrażenia na Heldzie.
– Nie po raz pierwszy prowadzimy tę rozmowę. Znowu zapisał pan arkusz zamiast rozwiązać zadanie.
Michael drgnął.
– Jak to? Nie lubi pan Rilkego?
– To nie ma nic do rzeczy – ciągnął profesor. – Miejsce poezji jest w książkach, nie na arkuszach z zadaniami matematycznymi.
Michael ze świstem wciągnął powietrze, po czym odparł tonem, w którym gorycz wzbierała tuż pod powierzchnią:
– Już nie jest mi łatwo kupować… książki. Czy pan w ogóle wie, kto to jest?
Po raz pierwszy starszy mężczyzna podniósł na niego wzrok.
– Słucham?
– Rainer Maria Rilke. – Michael mówił z ożywieniem, wręcz z entuzjazmem. – Poeta? Uważany za jednego z najbardziej romantycznych… – Held usiłował go powstrzymać, unosząc dłoń. Na twarzy chłopaka pojawiła się gniewna frustracja. – Proszę posłuchać, to i tak wszystko bez znaczenia, bo dzisiaj jestem tu ostatni raz.
Profesor Held spuścił wzrok i przysunął ku sobie nowy stos arkuszy, po czym popchnął pracę Michaela po uporządkowanym blacie.
– Proszę dokończyć to zadanie.
Michael pokręcił głową.
– Dzisiaj jestem tu po raz ostatni – powtórzył z naciskiem. – Nie mam zamiaru siedzieć i czekać, aż po mnie przyjdą. I nie dam się wziąć do Arbeitseinsatz.
Held obrzucił go krótkim spojrzeniem. Tak wielu młodych ludzi zmuszono do pracy w niemieckich fabrykach, a sprzeciw mógł być niebezpieczny. Chciał to powiedzieć, ale wycofał się poza zapewniający mu bezpieczeństwo mur.
– Mimo to musi pan napisać tę pracę.
Michael złapał kartkę. Gdy się pochylił, z jego torby na biurko wypadła ulotka z oderwanym rogiem. Najwyraźniej Michael ją zerwał, przypuszczalnie w gniewie. Była to instrukcja nakazująca wszystkim Żydom rejestrację. Obaj spojrzeli na nią i zastygli. Tykanie zegara i stłumione odgłosy z korytarza zapełniły przestrzeń między nimi. Held w tej chwili uświadomił sobie, że Michael jest Żydem, i poczuł się bezradny, zabrakło mu słów. Chciał cofnąć swoje surowe zachowanie, zanim jednak zdążył coś powiedzieć, Michael złapał arkusz z zadaniami, po czym bez pośpiechu, buntowniczo zgniótł go w kulkę i rzucił na biurko.
– Naprawdę pan uważa, że cokolwiek z tego jest ważne? Odwaga, by walczyć i kochać – tylko to w tej chwili się liczy. Nie znajdzie jej pan w matematycznych wzorach.
Powoli poprawiając okulary na nosie, profesor wpatrywał się w zgnieciony papier.
Elke otworzyła drzwi.
– Michael! Chodź już!
W holu rozległ się odgłos maszerujących w kierunku sali kroków. Michael szybko ruszył do drzwi.
Held otworzył szufladę biurka i wyjął z niej książkę. Był to zaczytany tom Nowych wierszy Rilkego. Gestem dał znak studentowi.
– Zanim pan pójdzie, panie Blum…
Michael odwrócił się, a Held przesunął książkę po blacie. Zaciekawiony chłopak wbrew sobie podszedł do biurka. Widząc tytuł, otworzył tom z szacunkiem. Held patrzył, jak czyta dedykację, którą na pierwszej stronie napisał ojciec profesora: Josefowi. Czasami najodważniejsza miłość wyznawana jest szeptem w najcichszych chwilach.
Pozbawione sensu słowa z odległej przeszłości, pomyślał Held. Wrócił do pracy i odprawiając chłopaka gestem dłoni, mruknął:
– Niech pan ją zatrzyma.
Michael przycisnął książkę do piersi.
– Naprawdę? Dziękuję panu. Bardzo, bardzo dziękuję.
Czując się niezręcznie wobec tego pokazu emocji, Held poprawił okulary i kiwnął głową. Znowu zaczął układać papiery na biurku.
Michael ruszył do wyjścia, ale w progu przystanął.
– Teraz chyba mogę już bezpiecznie panu powiedzieć, że nienawidzę matematyki.
Held prychnął, po czym mruknął bardziej do siebie niż do niego:
– Tak jak przypuszczałem.
W progu Elke pociągnęła Michaela na korytarz.
Held spojrzał na puste miejsce, gdzie leżała książka, której od wielu lat nie otwierał. Zaczerpnął głęboko powietrza i zamknął szufladę. Już miał wrócić do sprawdzania prac, kiedy dostrzegł, że na biurku coś leży. Ostrożnie podniósł zostawioną przez Michaela ulotkę.
Drzwi sali się otworzyły.
– Panie Blum, zapomniał pan… – zawołał profesor, ale urwał, bo zamiast Michaela ze zdumieniem zobaczył Hannah Pender. Nową sekretarkę, olśniewającą kobietę z pięknymi kośćmi policzkowymi i myślącymi oczami rzadko widywano poza recepcją. Zauważył, że dzisiaj była ubrana w rozszerzaną dołem granatową spódnicę otulającą biodra i podkreślającą kształtne nogi oraz bluzkę barwy kości słoniowej z dekoltem obszytym koronką. Idąc, mówiła w doskonałej niemczyźnie do poważnie wyglądającego niemieckiego oficera, który jej towarzyszył.
Kilku żołnierzy stanęło na baczność przed drzwiami, ich surowe szare mundury miały ostre kanty i wydawały się nie na miejscu na tle eleganckich wysokich okien i korytarza wykładanego boazerią.
– To jest profesor Held – powiedziała Hannah. – Prowadzi kurs matematyki wyższej. – Zbliżyła się do biur-ka. – Dzień dobry, profesorze. Sprawdzamy pańskich studentów.
– Moich studentów? – odparł z niedowierzaniem. – Sala jest pusta.
W dłoni schowanej pod biurkiem ściskał ulotkę. Niepotrzebne mu były pytania, dlaczego ją miał ani z jakiego powodu była podarta.
Hannah uśmiechnęła się nerwowo i skinęła głową.
Major z determinacją obszedł salę, przyglądając się każdemu szczegółowi. Przystanął przy wielkim łukowym oknie i spojrzał w górę, najwyraźniej zahipnotyzowany pająkiem tkającym sieć w górnym rogu z zewnętrznej strony. Owad podskakiwał, splatając cieniutkie nitki, i nagle łagodny powiew wiatru zakołysał pajęczyną niczym hamakiem nad morzem. W sali tykanie zegara budowało napięcie każdą odmierzaną sekundą. Na nosie Helda pod okularami wystąpiły krople potu, które szybko wytarł wolną dłonią. Major odwrócił się ku niemu powoli.
– Profesor Held? Interesujące nazwisko.
Profesor nieznacznie skinął głową.
Oficer podszedł do biurka i powiedział po niemiecku:
– Jak mi się wydaje, to słowo i po holendersku, i po niemiecku oznacza „bohatera”. Mam nadzieję, że nie planuje pan nim zostać.
Held metodycznie przesunął okulary w górę nosa, po czym spojrzał na wojskowego i odpowiedział po holendersku:
– Obawiam się, że jednak tak.
Po twarzy Niemca przemknął dziwny wyraz, któremu towarzyszył wymuszony uśmiech. Zmarszczył brwi, jakby oceniał profesora.
– Uczę studentów literatury – ciągnął Held swoją starannie skomponowaną odpowiedź – którzy o wiele bardziej woleliby uczyć się języków klasycznych niż podstaw algebry.
Oficer pojął, że profesor żartuje, i roześmiał się. Był to przesadzony, teatralny śmiech na pokaz, kontrolujący i domagający się uwagi. Szybko się opanował, po czym przesunął uważnym spojrzeniem po blacie biurka i skinął głową.
Profesor Held poprawił się na krześle i spojrzał na ścienny zegar.
– Jeszcze coś, pani Pender? Jeśli pani pozwoli, muszę się przygotować. Wkrótce zaczynam zajęcia z następną grupą.
Ignorując go, major wrócił do okna i raz jeszcze wyjrzał na pokryty lodem dziedziniec. Na tle słabych promieni słońca znowu zaczął padać śnieg. Pani Pender z zakłopotaniem uśmiechnęła się do profesora. Kiedy oboje czekali, wydawało się, że powietrze między nimi wypełnia się napięciem. W końcu major się odwrócił.
– Jak myślę, nauczanie jest świetną profesją i o ile ograniczy pan swoje bohaterstwo do algebry, sprawy dobrze się dla pana ułożą.
Po tych słowach skinął głową i wyszedł z sali. Pani Pender podążyła za nim. Held poczekał, aż odgłos kroków ucichnie, dopiero potem odetchnął. Zgniótł ulotkę i wrzucił ją do kosza.
Wstał i przeciągnął się, po czym ruszył do szafy na końcu sali. Wyjął z kieszeni kamizelki kluczyk i otworzył drzwi. W szafie nie było nic poza radioodbiornikiem w idealnym stanie w obudowie pokrytej bogatym mahoniowym fornirem. Held przekręcił wielką gałkę. Oko się rozżarzyło, radio z trzaskiem wróciło do życia. Spokojna muzyka klasyczna wypełniła przestrzeń i przedarła się przez suche powietrze. Profesor wrócił na fotel za biurkiem, zdjął okulary, zamknął oczy i głęboko odetchnął.
Na koniec dnia Held zapisał na tablicy równanie, które nazajutrz miała rozwiązać pierwsza grupa, owinął ciasno szyję wełnianym szalem i włożył płaszcz. Z kapeluszem i torbą w dłoni wyszedł z sali. Przemierzając korytarze w milczeniu, ze spuszczonym wzrokiem, sprawiał wrażenie, że rozmyślnie się izoluje. W rezultacie nikt do niego nie zagadał ani nawet go nie pozdrowił. Jakby był niewidzialny. Zbliżając się do recepcji, zauważył, że Hannah Pender wprowadza młodą dziewczynę w obowiązki.
– O, a to jest profesor Held – powiedziała do swojej koleżanki. – Dobry wieczór, profesorze. Zapewne chce pan odebrać pocztę.
Held potaknął.
Hannah skierowała dziewczynę do odpowiedniej przegródki. Kiedy krzątała się za recepcją, Held udawał, że skupia uwagę na książce matematycznej w swojej dłoni, nie potrafił się jednak powstrzymać od rzucania na kobietę spojrzeń z ukosa. Jest bardzo atrakcyjna, myślał, o wiele bardziej pociągająca niż jej poprzedniczka, która niedawno przeszła na emeryturę. Tamta była kwadratowa, miała sztywne włosy, wyraz ciągłego rozczarowania na twarzy i początki wąsika. Pani Pender bardzo się od niej różniła.
– Tak mi przykro, że dzisiaj panu przeszkodziliśmy, profesorze – ciągnęła, odwracając się ku niemu. Held pośpiesznie spuścił wzrok na swoje dłonie. – Mamy tyle pracy i jeszcze musimy realizować niemieckie rozporządzenia. Jakbyśmy bez tego nie były zajęte. Teraz przydzielono mi tę młodą dziewczynę, Isabelle, tylko ją mogli mi dać, i muszę ją wyszkolić, a przecież pan wie, że sama jestem tu dopiero od kilku tygodni…
Hannh mówiła, a Held czekał i dokładał starań, by to, że przygląda się uważnie jej twarzy w kształcie serca i kasztanowym lokom, nie było zbyt oczywiste.
Isabelle, nieśmiała dziewczyna z cienkimi brązowymi włosami spiętymi zapinką, pojawiła się u boku Hannah i podała jej stos korespondencji, który ta wręczyła Heldowi. Przeglądał listy, a ona wciąż opowiadała o pogodzie, nawale pracy i spadku liczby nowych studentów. Kiedy pochyliła się ku niemu, oczekując na polecenia, poczuł zapach jej perfum – fiołki lub może bez. Nie chciał, by się zorientowała, jak bardzo go rozprasza, odłożył więc kilka kopert na biurko, resztę schował do torby, po czym pośpiesznie się odwrócił i powiedział:
– Do widzenia, pani Pender.
Hannah z uśmiechem wzięła zostawione przez niego koperty.
– Do widzenia, profesorze.
Held skinął głową, włożył kapelusz i szybkim krokiem skierował się do wyjścia.
Na ulicy stwierdził, że chłód z rana powrócił, by obwieścić wieczór. Mocniej nacisnął kapelusz i bez słowa ruszył dobrze znaną trasą do domu. Po zrobieniu zakupów skręcił w Staalstraat, gdzie w uszy uderzył go gwar gniewnych, agresywnych głosów. Młoda para próbowała dyskutować z niemieckim żołnierzem. Ludzie przystawali i obserwowali zajście z bezpiecznej odległości. W powietrzu wisiała bezsilna rozpacz tak gęsta jak otaczające ich zimno. Held zanotował wyraz na twarzy ludzi: szok i przerażenie, ale też strach, jakby każdy mógł być następny.
Niemiec wrzeszczał coś o Identiteitsdocumenten, młoda kobieta z płaczem wyjaśniała, że idzie do lekarza i po prostu zapomniała zabrać dowód. Held odwrócił się i ruszył dalej, z rozmysłem patrząc w przeciwnym kierunku, gdy kobieta zaczęła krzyczeć. Zapewniał się w duchu, że to wszystko szybko się skończy. Musi się skończyć. Przyśpieszył kroku, skręcając w swoją ulicę. Wciąż słyszał echa krzyków Żydówki, owinął więc szal ciaśniej na uszach, by się od tego odgrodzić.
Wyjął klucz, gdy dotarł do kamiennych schodów prowadzących do prostych brązowych drzwi trzykondygnacyjnego domu. Kroki dwóch żołnierzy maszerujących chodnikiem skłoniły go, by jak najszybciej wejść do środka.
Odłożył teczkę i małą torbę z zakupami, po czym zapalił światło, które wydobyło z mroku wnętrze schludne i funkcjonalne, ale pozbawione ciepła. Młody szary kot pędem pokonał hol, miaucząc na powitanie. Held się ożywił.
– Cześć, Kat, przyniosłem ci przekąskę z targu. Jak ci minął dzień? Mój był interesujący.
Kat podążył za Heldem do kuchni, a potem z natężeniem patrzył, jak jego pan wykłada skrawki ryby do miski, po czym robi sobie herbatę.
Held spojrzał na zegar na kuchennej ścianie.
– Już prawie pora – poinformował kota. – Ciekawe, co dzisiaj będzie.
Odryglował ciężkie okiennice na oknie nad zlewem i otworzył je szeroko. Starannie ustawił fotel twarzą do okna i usiadł, okrywając kolana wełnianym kocem. Z kubkiem w dłoni czekał.
Kot wskoczył mu na kolana. Ostatnie promienie wieczornego światła rozpraszały ciemność i padały na twarz profesora. I nagle wyczekiwane wydarzenie się rozpoczęło. Cudowna muzyka grana na pianinie wpadła do kuchni.
– Ach, Chopin, jeden z jego nokturnów – poinformował kota, gładząc jego smukłe ciało.
Zamknął oczy i wziął głęboki oddech.
Michael wpatrywał się w Elke: oczy miała zamknięte, miękkie brązowe rzęsy były nieruchome. Długie kasztanowe włosy z końcówkami mokrymi od potu leżały ciężko na jej klatce piersiowej, zasłaniając nagie piersi. Pochylił się i pocałował ją w usta. Kiedy się odsunął i przyciągnął pościel pod jej brodę, jęknęła.
– Już nie, Michaelu, jestem zmęczona.
Wsunął dłonie pod pościel i opuszkami palców zaczął gładzić jej ciało.
– Przestań. – Jej oczy gniewnie błysnęły. – Nie wiesz, że trwa wojna? Powinniśmy oszczędzać siły.
Michael delikatnie położył się na niej, rozkoszując się dotykiem ich nagich ciał przyciśniętych do siebie.
– Właśnie dlatego powinniśmy się kochać – szepnął w jej włosy. – Kto wie, ile czasu nam zostało.
Zepchnęła go żartobliwie i znowu okryła piersi. Usiadła i przesunęła dłonią po zmierzwionych włosach.
– Masz ochotę na kawę?
Michael westchnął, przetoczył się na plecy i kiwnął głową.
– Skoro lepszej propozycji nie masz.
Elke ze śmiechem zerwała się na nogi, biorąc ze sobą pościel i owijając się nią jak togą. Michael został na łóżku.
Idąc na dziób barki, obejrzała się przez ramię. Leżał wyciągnięty i udawał, że wcale się nie przejmuje swoją nagością.
– Nie ruszę się stąd, dopóki nie ulegniesz nieodpartemu czarowi mojego niewiarygodnego ciała i nie zaczniesz mnie błagać, żebym znowu się z tobą kochał – oznajmił.
Pokręciła głową i poszła do kuchni zrobić kawę. Kiedy czekała, aż woda się zagotuje, krytycznym okiem mierzyła swój ostatni obraz, niedokończony wazon ze słonecznikami. Michael dostrzegł, że dziewczyna drży, jej ciało zareagowało na zapadający wraz z dokuczliwym chłodem wieczór. Słysząc, że woda się gotuje, wstał i włożył pomarańczowy szlafrok Elke, wiszący na drzwiach. Z nocnego stolika wziął tom poezji, który dostał od profesora Helda, i poszedł do wąskiej kuchni.
Elke uśmiechem skwitowała jego kreację, ale wyraz jej twarzy uległ zmianie, gdy zobaczyła, co Michael trzyma w ręce.
– Musisz być ostrożny. Wiesz, że nie wolno ci mieć książek.
Michael wydął policzki, przerzucając strony.
– Niech tylko spróbują mi je odebrać. Mogą odebrać mi wolność, ale nie dadzą rady zdławić moich myśli i rozumu. Jednego i drugiego im nie oddam, odmawiam.
– Ale co teraz zrobisz? – W jej ton wkradła się troska. – Według nowego prawa nie możesz wychodzić po dziewiątej wieczorem, czytać książek, studiować…
Michael z namysłem zamknął książkę.
– Nie zastanawiałem się nad tym, choć może zostanę tutaj, całymi dniami będę pisał wiersze i gotował dla ciebie. Wyobraź sobie czysty luksus ciągłego tworzenia poezji w ukryciu.
– Nie, mówię poważnie. Myślałeś o wyjeździe? Może to trudne, ale wydaje mi się, że powinieneś spróbować.
– I dokąd mam pojechać? Jestem Żydem, a chociaż nie praktykuję religii od śmierci mojej babki, to dla naszych niemieckich gości niczego to nie zmienia. Nigdzie nie ma dla mnie miejsca. Poza tym nigdy bym nie opuścił mojego ukochanego Amsterdamu ani ciebie.
Uśmiechnęła się i splotła palce z jego palcami.
– Po raz pierwszy słyszę, jak mówisz o swojej wierze. Martwi cię, że ja nie jestem Żydówką?
Spojrzał na nią zaskoczony.
– Sam ledwo czuję się Żydem. Owszem, to mój naród. I tak, w dzieciństwie chodziłem do synagogi. Przypuszczam, że podobał mi się sposób, w jaki rabin recytował Torę, ale przestałem wierzyć w Boga, kiedy zabrał mi całą rodzinę. – Michael stwierdził, że trudno mu ukryć ból brzmiący w jego głosie. – Jak wiesz, mój ojciec walczył w Wielkiej Wojnie, więc nie było dla nas szokiem to, że umarł wskutek ran, ale kiedy rok później mama zachorowała na gruźlicę i musiałem patrzeć, jak walczy o każdy oddech, a babcia odeszła kilka tygodni po niej, wiedziałem już, że nie będę w stanie znowu uwierzyć w sprawiedliwego i dobrego Boga. Tym bardziej teraz, kiedy trwa wojna i moi pobratymcy są prześladowani.
Ucichł, wciąż owładnięty emocjami, bo po raz kolejny poczuł izolację i samotność, których doświadczał, gdy stracił całą rodzinę przed wybuchem wojny.
– Zawsze będziesz miał mnie – szepnęła Elke. – A jeśli nasz związek rozwinie się w coś bardziej… – lekko się zarumieniła – stałego, to jestem gotowa zmienić wiarę, gdybyś tego chciał.
– Bardziej stałego – powtórzył z udawanym zaskoczeniem, biorąc ją w ramiona. – Brzmi cudownie. Chociaż byłbym zdziwiony, gdyby pozostał choć jeden rabin, który mógłby udzielić nam ślubu. Myślę, że wszyscy już się poukrywali. – Pochylił się i wargami musnął jej zziębnięte usta. – Nie zamartwiaj się tak bardzo. Cała ta sprawa musi niedługo się skończyć, a na razie nadal będziemy zwalczać nienawiść miłością.
Znowu chciał ująć jej pierś, ale Elke chwyciła jego błądzącą dłoń i wsunęła w nią kubek z kawą.
– Jesteś niepoprawny.
Tego samego wieczoru Hannah Pender wracała z uniwersytetu, ubrana w kapelusz z granatowego filcu, płaszcz i skórzane rękawiczki; jej wąską talię podkreślał szeroki pasek z czarnej lakierowanej skóry. Szła śpiesznie w obłokach własnego oddechu, które mroziły jej policzki. Na rogu ulicy przystanęła. Mimo zimna poświęciła chwilę, by spojrzeć w niebo. To był piękny zmierzch. Hannah podziwiała stado ptaków wracających po zimie i tworzących długie czarne pasy na czerwonym niebie.
– Red sky at night, shephard’s delight – powiedziała na głos do siebie i uśmiechnęła się. Jej prababka była Angielką i Hannah wiele razy słyszała, jak powtarzała to przysłowie o czerwonym wieczornym niebie zapowiadającym radość dla pasterza. Gdy tak stała i patrzyła, podbiegł ku niej rozpromieniony mały chłopiec.
– Hannah, Hannah, zobacz, wypadł! – zawołał z entuzjazmem. Wskazał lukę w ustach, gdzie jeszcze wczoraj był ząb.
Z uśmiechem przykucnęła.
– Pokaż – powiedziała z błyskiem w oku.
Chłopiec, chociaż usta miał otwarte, nie przestawał mówić:
– Rano znalazłem pięciocentówkę, leżała pod poduszką.
Hannah się wyprostowała.
– Dobra robota, Albercie. Musiałeś mu pomóc?
Pokręcił głową zbyt energicznie, a potem, wyczuwając jej niedowierzanie, z ociąganiem wyznał:
– No, może troszeczkę.
Hannah zmierzwiła mu włosy i Albert pobiegł oznajmić o swoim osiągnięciu kolejnej osobie. Zauroczył ją, przypomniał, że nie wszystko zostało zmiecione przez te rozpaczliwe czasy, niewinność wciąż zwyciężała. Dzieciom wypadały zęby, jaskółki wciąż budowały gniazda na wiosnę.
Skręciła za róg i zobaczyła stojącą w progu kobietę, która zamaszyście do niej machała. Była to stara przyjaciółka matki, pani Oberon, przez wszystkie dzieci z okolicy nazywana Omą, czyli babcią. Drobna staruszka, okutana w szal z frędzlami, w ciemnej ciężkiej spódnicy, na nogach miała grube czarne pończochy i tradycyjne drewniane chodaki. Kiedy Hannah szła ścieżką, kobieta schowała kilka pasm siwych, tłustych włosów pod przetartą chustkę, palcami przesuwając po owiniętej w brązowy papier paczce, którą ściskała w ciemnych pomarszczonych dłoniach. Hannah ze swoimi stu sześćdziesięcioma sześcioma centymetrami wzrostu i w butach na wysokich obcasach znacznie nad nią górowała.
– Włóczka dla twojej mamy – powiedziała pani Oberon, odsłaniając w uśmiechu dziąsła. – Sama bym zaniosła, ale mam gulasz na piecu.
Hannah wzięła pakunek i pochyliła się, żeby uściskać staruszkę.
– Dziękuję, pani Oberon. Nie musiała pani. Mama będzie bardzo wdzięczna.
Oma skwitowała podziękowania machnięciem dłoni.
– Clara tak wiele dla mnie robiła przez wszystkie te lata, zwłaszcza kiedy umarł mój mąż. A poza tym i tak musiałam czekać w kolejce.
Serdecznie ucałowała Hannah w oba policzki. Młoda kobieta ruszyła w dalszą drogę, a Oma zawołała za nią:
– Pozdrów ją ode mnie!
W odpowiedzi Hannah do niej pomachała.
Kiedy czekała na możliwość przejścia przez ulicę, zahamowała przed nią ciężarówka, zatrzymana nagle przez korek. Kłęby czarnego dymu i kwaśny odór spalin sprawiły, że Hannah zrobiła krok w tył, oddalając się od kołyszącego się przed nią pojazdu. Należał do okupantów i na pace wiózł stosy rowerów.
Hannah westchnęła na myśl o takim marnotrawstwie. Rzekomo metal i guma były potrzebne do celów wojennych, ale wszyscy wiedzieli, że to tylko kolejny pretekst wykorzystywany przez Niemców do stłamszenia Holendrów i odebrania im kolejnego aspektu niezależności i wolności.
Ciężarówka ruszyła i coś ze szczękiem uderzyło w bruk. Był to pedał, który odpadł od wystającego poza pakę roweru. Hannah instynktownie się po niego schyliła. Schowała pedał do kieszeni i poszła dalej.
Podziwiała nieposkromioną odwagę krokusów przedzierających się przez zmarzniętą glebę po obu stronach ścieżki. Koło jej drzwi stał czerwono-niebieski dzbanek na mleko zamieniony w doniczkę dla żonkili.
Wsunęła klucz do zamka i przekroczyła próg. Przywitało ją wesołe i ciepłe wnętrze domu. Wyłożony boazerią hol pomalowano na delikatny odcień cytrynowej żółci, ręcznie malowane niebieskie talerze zajmowały honorowe miejsca na wysokich półkach. Gdy zamknęła za sobą drzwi, mahoniowy stojący zegar, który królował w holu, wybił melodyjnymi, głębokimi tonami piątą, otulając ją znajomym dźwiękiem.
– Witaj, kochanie! – zawołała z salonu zmęczonym głosem starsza kobieta.
Hannah zdjęła płaszcz i powiesiła na drewnianym haczyku.
– Witaj, mamo – odpowiedziała śpiewnie.
Znalazła matkę siedzącą jak zwykle w fotelu i pochyloną nad najnowszą robótką. Jej włosy podobne do puszystej bawełny otaczały pomarszczoną twarz, na której teraz pojawił się szeroki uśmiech podobny do uśmiechu córki. Uniosła pełne zadumy niebieskie oczy w tym samym co u Hannah odcieniu błękitu.
– Wciąż jest tak zimno – powiedziała, kręcąc głową.
– Tak – zgodziła się Hannah. Podniosła z podłogi gruby wełniany szal i okryła nim ramiona matki, potem dołożyła drewna do kominka.
– Dostałaś dzisiaj coś nowego? – zapytała Clara; dostrzegła paczkę, którą Hannah położyła na podłodze, zajmując się kominkiem.
– Tak, mam coś dla ciebie od pani Oberon.
Clara upuściła druty do dziergania na kolana, a w jej oczach zabłysło wyczekiwanie. Hannah uwielbiała, gdy matka była tak podekscytowana.
– No – powiedziała Clara zniecierpliwiona – zobaczę wreszcie, co to jest?
Hannah przeszła przez pokój i położyła paczkę na wyciągniętych dłoniach matki. Mimo że palce wykręcił jej artretyzm, jakimś cudem zdołała odwinąć papier w rekordowym czasie. Klasnęła z radości.
– Zielona. Doskonale. Świetnie się nada na nową czapkę dla Pietera, o ile uda mi się przekonać tego łobuziaka, żeby ją nosił!
Hannah spojrzała na miękkie motki wełny, które Clara gładziła swymi zręcznymi mimo choroby dłońmi.
– Mamo – roześmiała się – czy w Holandii pozostały jakieś dzieci, które nie noszą twoich wyrobów?
Clara zachichotała, po czym wróciła do porzuconej robótki.
– To mój osobisty akt oporu – wyznała. – Zamierzam zadbać, żeby wszystkim chłopcom w Holandii było ciepło, skoro nie mogę zapewnić im bezpieczeństwa.
Hannah pokręciła głową i poszła do kuchni postawić czajnik na piecu. Po powrocie do salonu zobaczyła, że matka zaciska dłonie na poręczy fotela.
– Muszę wstać, całkiem zesztywniałam – oznajmiła. Odgoniła córkę, która chciała jej pomóc, i powoli się podniosła. Trochę trwało, zanim się wyprostowała, a jej pierwsze kroki były niepewne. Potem, opierając się na lasce, sztywno podeszła do okna.
– Jak było na uniwersytecie, kochanie?
Hannah się zamyśliła; zastanawiała się, ile matce powiedzieć.
– Właściwie po staremu – zdecydowała wreszcie. – Mniej studentów, więcej zasad.
Clara odsunęła zasłony i wyjrzała na zapadający zmierzch.
– Ludziom trudno oddychać, w powietrzu tyle jest smutku. Czasami się cieszę, że nie mogę wychodzić z domu. Nie wiem, czy zdołałabym to znieść. Gdybym kiedykolwiek wyszła, to zaraz pierwszego dnia na pewno by mnie zamknęli za zdradzanie tajemnic Brytyjczykom albo pobicie laską niemieckiego żołnierza.
Hannah uśmiechnęła się, porządkując salon.
– Byłabyś bez dwóch zdań najwspanialszą sekretną bronią Amsterdamu, mamo. Kto by się spodziewał, że białowłosa pani z robótką jest szpiegiem? Nie wątpię, że w pojedynkę pokonałabyś całą niemiecką armię, gdybyś miała taką okazję.
Clara zgodziła się z nią, machając laską. Podeszła do drugiej zasłony i zaciągnęła ją.
Hannah zdjęła czajnik z pieca i zalała herbatę, później odwinęła z brązowego papieru cienki kawałek mięsa i położyła na talerzu razem z ciemnym chlebem i owocami. Gdy skończyły jeść kolację przy kominku, Hannah poszła do holu po podziemną gazetę „Het Parool”, którą od jednego z wykładowców wzięła dla Clary. Szukając w kieszeni płaszcza ołówka, na wypadek gdyby matka chciała zaznaczyć dla niej artykuły, trafiła na pedał. Podniesienie go na ulicy było instynktowne, jakby odbierała Niemcom coś, co należało do niej. Kiedy jednak teraz mu się przyglądała, do głowy wpadła jej pewna myśl.
– Idę do warsztatu taty! – zawołała przez ramię, gdy już podała gazetę Clarze, która przysunęła się bliżej kominka. Ta kiwnęła głową, przebiegając wzrokiem po nagłówkach.
Hannah włożyła płaszcz i przez kuchenne drzwi wyszła na kamienną ścieżkę prowadzącą w głąb niewielkiego ogródka. Holenderskie domy z reguły nie miały tylnych ogródków, ale ich dom graniczył z małym lasem i ojcu udało się wynegocjować dodatkowo zakup działki. Otwierając wielkie skrzydła drewnianych drzwi, Hannah przeniosła się w czasie. Zapach oleju i kurzu witał ją, odkąd była małą dziewczynką. Pociągnęła za łańcuszek lampy wiszącej tuż za progiem. Pojedyncza żarówka zakołysała się, uderzając o łańcuszek, i oświetliła pomieszczenie. Do środka wleciała zabłąkana ćma i skrzydłami musnęła żarówkę, powodując cichy trzask. Hannah się rozejrzała i głęboko zaczerpnęła powietrza. Jak zawsze, gdy tu wchodziła, otoczyły ją wspomnienia i napełniły ogromnym podziwem. Osobowość ojca, wielka i dominująca, nadal była wyczuwalna, jakby wciąż zajmował to miejsce. Spojrzała na swoje dłonie, po czym jeden po drugim rozprostowała palce i popatrzyła na pedał roweru.
Zaskoczyły ją łzy płynące po policzkach. Czas, w którym teraz żyli, ta wojna, tak na nią oddziaływał w połączeniu ze wspomnieniami o zmarłych mężu i ojcu. Było tak, jakby jej uczucia wciąż kryły się tuż pod powierzchnią.
Zamknęła oczy i wyobraziła sobie wielką jak niedźwiedzia łapa dłoń ojca odbierającą od niej pedał, jego krzaczaste ciemne brwi marszczące się, gdy spogląda ponad oprawkami okularów do czytania na rzecz, którą mu przyniosła. „Co dla mnie masz, Misiaczku?” – zapytałby swym głębokim głosem. Ostrożnie odebrałby od niej przedmiot i przyjrzałby się mu uważnie, jakby to był skarb z odległej krainy. Niezależnie od tego, jak mało istotny byłby ten prezent, ująłby oburącz jej dłonie i powiedział: „Dziękuję ci, kochanie”.
Hannah wytarła łzy i podeszła do warsztatu, którego nikt nie używał od śmierci ojca. Położyła pedał obok jego ostatniego projektu, trójkołowego rowerka dla dziecka z sąsiedniej ulicy.
Obchodząc szopę i sprawdzając, co w niej jest, zadrżała i mocniej otuliła się płaszczem. Ojciec był entuzjastą rowerów. Na hakach wisiały łańcuchy i pozbawione powietrza dętki, w kącie wznosił się stos kół ze szprychami i skórzanych siodełek. Każde wolne miejsce na ścianach zajmowały pożółkłe plakaty zapowiadające imprezy kolarskie i reklamy. Chwiejne ciemnozielone półki zapchane były puszkami z farbą, smarami i klejem do skóry.
Kiedy tak krążyła po warsztacie, zahipnotyzował ją jaskrawy plakat z mężczyzną z sumiastymi wąsami, ubranym w bermudy i melonik, balansującego niebezpiecznie na bicyklu. Czytając podpis pod reklamą: „Właśnie tego potrzebuje!”, wpadła na pomysł. Był ekscytujący i momentalnie nią zawładnął.
Podeszła do zakurzonej, ale uporządkowanej biblioteczki i poszukała książki, o którą jej chodziło. Uśmiechając się do siebie, wyjęła ją z półki i z satysfakcją oczyściła okładkę. Odwróciła się na pięcie, wyszła z szopy i zgasiła światło. Może jednak jest coś, dzięki czemu poradzi sobie z całym tym smutkiem.
Nazajutrz, w sobotę rano, Held wyszedł z domu, zamknął drzwi na klucz i ruszył do centrum Amsterdamu. W każdy weekend spotykał się na lunchu z Ingrid. Była jedyną córką jego zmarłego brata Marcusa i czuł, że jest mu winien udział w życiu dziewczyny. Już tak wiele przeszła. W dzieciństwie straciła oboje rodziców, którzy umarli na grypę, i było to dla niej druzgoczącym ciosem. Mający dobre zamiary krewni jej matki wysyłali ją do dobrych szkół, ale w każdej słyszeli, że nie całkiem tam pasuje, bo nie przykłada się do nauki i zupełnie nie dba o swoje wykształcenie. Z wielkim trudem nawiązywała przyjaźnie i usiłowała znaleźć swoje miejsce w świecie. Teraz, gdy miała dwadzieścia parę lat, całe to odrzucenie poskutkowało otoczeniem się twardą skorupą. Mimo to Josef nadal nie tracił nadziei, że pewnego dnia dziewczyna zmięknie, stanie się łagodniejszą osobą, bardziej podobną do jego kochanego spokojnego brata.
Kiedy szedł Jodenbuurt, przekonał się, że dzisiaj rano kolejka do piekarni jest długa. Przygnębione kobiety, okutane ciasno chustkami i szalami, ściskały kurczowo puste koszyki na zakupy i cicho rozmawiały. Skręcił za róg i minął poczerniały budynek, w którym mieściła się koszerna jatka. Sklep zabito deskami po tym, jak został opuszczony, a później podpalony. Na deskach widniało świeżo wymalowane czarną farbą słowo: „Juden”. Held westchnął. Brakowało mu dobrodusznego rzeźnika, pana Wolffa. Był to potężny, szczęśliwy człowiek z piersiastą żoną i dwiema uroczymi córkami. Pogwizdywał, gdy oddzielał spore kawałki wołowiny od kości, a potem kroił je zręcznie ostrymi nożami. Kładł na wielkiej wadze czerwone mięso i zabawiał przy tym klientów, po raz kolejny opowiadając nowy kawał.
Held się zastanawiał, gdzie jest teraz Wolff i jego rodzina. Usiłował nie myśleć o najgorszym ani nie wierzyć krążącym pogłoskom. Wolał wyobrażać sobie, jak ten sympatyczny człowiek opowiada dowcipy nowym klientom w bezpiecznym miejscu, które nazywa się Manhattan albo może Cincinnati.
Kiedy skręcił na Amstelstraat w kierunku Café Schiller, dostrzegł, że brudne hałdy zlodowaciałego śniegu na poboczu w końcu zaczęły topnieć. Temperatura musiała się podnieść o kilka stopni, chociaż gdy wypuścił powietrze z płuc, chłód, który osiadł na jego policzkach, zdawał się temu przeczyć.
Dotarłszy pod niebiesko-białą markizę kawiarni, zajrzał przez okno do środka. Ingrid już była, siedziała z papierosem uniesionym wysoko w jednej dłoni, z uwodzicielsko założonymi nogami, przez co jej spódnica zadarła się na udzie bardziej, niż było to konieczne. Gęste blond włosy miała ułożone w modne fale, a zbyt mocny makijaż sprawiał, że wyróżniała się na tle innych smutnych nieszczęśliwych gości.
Kiedy wszedł do środka, zerwała się i pocałowała go w policzek.
– Wujek Josef! – Zaraz jednak posłała spojrzenie dwóm niemieckim żołnierzom, którzy weszli za nim.
Held automatycznie wyjął z kieszeni kamizelki czystą chusteczkę, by wytrzeć ślad czerwonej szminki; dobrze wiedział, że ma go na policzku.
Usiedli i Ingrid bez wstępów zaczęła opowiadać o swoim życiu i nowej pracy, którą właśnie dostała. Często zmieniała posady, nigdy nie potrafiła nigdzie osiąść i jakimś cudem w każdym miejscu zdawała się drażnić ludzi. Held słuchał, tymczasem posępna kobieta przyniosła mu szklankę wody i jak zwykle kanapkę.
W oczy rzucał się entuzjazm, który budziła w Ingrid nowa praca.
– Mam własny gabinet i wszyscy, a zwłaszcza major Heinrich von Strauss, są dla mnie mili.
Held, który do tej pory słuchał jednym uchem, przestał jeść. Kiedy Ingrid przerwała, żeby zaciągnąć się papierosem, wyraził na głos swoją najgorszą obawę.
– Ingrid, pracujesz dla… nich?
Wydmuchała niebieski dym, po czym z oburzeniem odpowiedziała:
– Och, na litość boską. Już nie ma podziału na „my” i „oni”. I tylko mi nie mów, że słuchasz tych wszystkich plotek. Jesteś profesorem, myślałam, że będziesz miał więcej rozsądku. To zwykli ludzie, poza tym lubią Holendrów, a my jesteśmy tacy jak oni.
Niemieccy żołnierze, którzy siedzieli przy sąsiednim stoliku, roześmiali się głośno i Held poprawił się na krześle. Ingrid spojrzała na nich i posłała im promienny uśmiech.
Profesor dał sobie minutę na uspokojenie. Spojrzał przez okno, gdzie młoda rodzina ze spuszczonymi głowami – Żydzi, jak sądził – wyraźnie dokładała starań, by idąc powoli chodnikiem, nie zwracać na siebie uwagi. Co Marcus powiedziałby córce, gdyby żył? Held zdawał sobie sprawę, że Ingrid ma silny charakter i bywa bardzo uparta. Jeśli nie będzie ostrożny, popchnie ją w złym kierunku, gdy spróbuje ją kontrolować. Zamknął oczy i w uszach zabrzmiał mu krzyk Żydówki z poprzedniego dnia. Nie, musi coś powiedzieć. Zniżając głos i patrząc prosto na nią, głową wskazał młodą rodzinę:
– Jak możesz się na to zgadzać?
Dłonią rozpędziła dym przed twarzą.
– Wujku Josefie! Wszystko będzie dobrze! Myślę o wstąpieniu do partii. Jeśli wszyscy będziemy robili to, co chcą, sprawy dobrze się ułożą. Heinrich mi to powiedział.
– Żydowskie dzieci i młodzież nie mogą się uczyć.
– Heinrich mówi, że mają własne szkoły – odparła obronnym tonem Ingrid.
Heldowi zabrakło słów.
Ingrid napiła się herbaty i wydęła wargi. Długo milczeli, a potem, żeby przerwać niezręczną ciszę, dziewczyna dodała zniżonym głosem:
– Nie musimy się niczego obawiać. Ty nie musisz niczego się obawiać. Nie jesteś jednym z nich.
Held usiłował zrozumieć sens jej wypowiedzi.
– Nie jestem jednym z nich? – zapytał, kładąc nacisk na ostatni wyraz.
– Nasze pochodzenie jest bez zarzutu! – W głosie Ingrid zabrzmiało znużenie; mówiła tak, jakby miała przed sobą małe dziecko. – Mamy czystą krew! Nie jesteśmy szkodnikami.
Held nie potrafił uwierzyć własnym uszom; troska ustąpiła miejsca gniewowi.
– Szkodniki? Ludzie jak moja sąsiadka… dobra kobieta… nauczycielka gry na pianinie… Dlaczego ktoś miałby uważać ją za szkodnika?
Ingrid rozgniotła papierosa w powyginanej metalowej popielniczce i zainteresowana, automatycznie zapaliła następnego.
– Jest Żydówką? I mieszka na twojej ulicy? Zarejestrowała się? Bo jeśli nie, to może pójść do więzienia albo i gorzej.
Held poczuł, że jego gniew nagle zamienia się w strach. Dłoń lekko mu drżała, gdy podnosił szklankę z wodą do ust. Przez chwilę obserwował, jak zbłąkana mucha siada na stoliku między nimi i pociera tylne odnóża, potem cicho powiedział:
– Uczy muzyki dzieci z okolicy. Cierpi na taką chorobę, przez którą boi się wychodzić z domu, boi się zewnętrznego świata.
Ingrid z namysłem zmarszczyła brwi.
– Mimo to już powinna zostać przeniesiona.
Held rozpaczliwie pragnął zmienić temat.
– Nic o tym nie wiem.
Ingrid spojrzała na niego protekcjonalnie.
– Bo dlaczego miałbyś wiedzieć? – odparła. Widząc, że zwróciła uwagę niemieckich żołnierzy, wydmuchała dym w ich kierunku, a jeden w rewanżu puścił jej oczko.
Held z niesmakiem odsunął talerz z niedojedzoną kanapką. Było mu niedobrze i gorąco, miał wrażenie, że ściany kawiarni napierają na niego. Powinien powiedzieć coś więcej o pani Epstein, ale nie miał pojęcia co. Mógłby oznajmić, że się pomylił, ale nie potrafił kłamać i Ingrid od razu by się zorientowała, a poza tym nadałoby to tej rozmowie większe znaczenie. Spojrzał na nią czujnie: pochłonął ją flirt z żołnierzami. Była lekkomyślna i prawdopodobnie zapomni, o czym mówili. Nie wątpił, że Ingrid nikomu nic nie powie. W końcu bezwzględność nie leżała w jej naturze. Była Holenderką jak oni wszyscy, może naiwną, ale nie okrutną.
Wstał.
– Muszę iść.
Ingrid sprawiała wrażenie, jakby jej ulżyło, i uśmiechnęła się w sposób, który miał go udobruchać.
– Och, wujku Josefie! Żałuję, że po śmierci cioci Sarah nie znalazłeś nikogo, kto by o ciebie zadbał. Pamiętaj, chodź z pochyloną głową, jak zawsze to robisz, i nie trać dobrego humoru. Myślę, że jeśli dasz mu szansę, polubisz nowy Amsterdam.
Held położył pieniądze na stole. Żar krążący w jego żyłach sprawił, że usta miał wyschnięte na wiór, a płaszcz wydał mu się niezwykle ciężki.
Ingrid zerwała się z krzesła i pocałowała go w policzek; znowu zostawiła jaskrawoczerwony ślad, bo zachichotała.
– Lepiej to zmyję, inaczej ktoś pomyśli, że masz dziewczynę! – Wzięła serwetkę, pośliniła ją i zaczęła trzeć. Held poczuł wielki dyskomfort, mimo to stał jak wryty, głęboko wstrząśnięty i zgorszony ich rozmową.
W końcu wróciła mu zdolność ruchu i powoli wyszedł na ulicę. Zimno nie sprawiło mu ulgi. Obejrzał się na Ingrid. Powinien do niej pójść, porozmawiać z nią poważnie. Zanim jednak zdążył swój zamiar wprowadzić w czyn, ona się przesiadła do stolika Niemców i otwarcie z nimi flirtowała.
Poszedł do domu, owładnięty mdlącą troską. Tyle wokół było zła. Czy to możliwe, że zbliżyło się też do progu jego domu? Myślał o Ingrid, przerażonej dziewczynce, która odwiedziła go niedługo po śmierci swojej matki. W prostej sukience w niebieską kratę i brązowym sweterku z dziurą na łokciu tuliła do piersi lalkę w jego kuchni, szukając bohatera. On jednak nie był przygotowany na zaopiekowanie się małym dzieckiem, wciąż opłakiwał śmierć Sarah. Bardzo się ucieszył, kiedy wkroczyli inni krewni i zabrali ją. Ból własnego smutku był tym bardziej nie do zniesienia, kiedy odbijał się w żalu w oczach dziecka. Held pamiętał, jak trzymał jej małą rączkę, zanim wsiadła do pociągu, który odwoził ją do krewnych. Gdy pomachała mu na pożegnanie przez okno przedziału, zastanawiał się, kto teraz zaceruje dziurę w sweterku.
A jeśli ją zawiódł, okazując całkowitą niezdolność do roztoczenia opieki nad nią? I to jego winą była ta ogromna luka w jej wnętrzu, którą mogła zapełnić jedynie złem czyhającym na każdym kroku? Czy tak to się zaczęło, utratą złudzeń przez jedną duszę, łatwy cel dla zła przybywającego w przebraniu przynależności do elity?
Skręcił na swoją ulicę i przyśpieszył kroku. Musiał wrócić do siebie, nabrać powietrza w płuca, poczuć się znowu bezpiecznie.
Wszedł do domu, zdjął płaszcz i poszedł prosto do kuchni. Ignorując błagalne pomiaukiwania Kata, otworzył wielkie drewniane okiennice. Lodowate powietrze zawirowało i wypełniło całe pomieszczenie. Held stał z zamkniętymi oczami, rozpaczliwie łaknąc ulgi. Gdy zimno wreszcie przedarło się przez gruby materiał spodni, dotarło do kości i uspokoiło wewnętrzny dygot, zaczął myśleć jasno.
Porozmawia z Ingrid. Ona go wysłucha. W końcu jest jej wujkiem. Wyjaśni jej niebezpieczeństwo w najprostszych słowach. Sprawi, że dziewczynie wróci rozsądek. Musi to zrobić. Biedna Ingrid, prosta i łatwowierna. Pragnęła jedynie, by ją kochano. Nic dziwnego, że zwiedli ją przystojni oficerowie w błyszczących butach, szermujący połyskliwą propagandą. Była łatwą zdobyczą dla zła.
Powiew mroźnego powietrza przeszedł przez kuchnię, unosząc rogi na stosie studenckich prac ułożonym na stole. Zmierzwił włosy Helda, sprawił, że mężczyzna zadrżał. A potem pani Epstein zaczęła grać. Znajoma obecność muzyki uspokoiła go, był jak dziecko, które słyszy ulubioną kołysankę. Otworzył oczy pełne łez wywołanych pięknem melodii wypełniającej jego kuchnię i dającej mu nadzieję. Pani Epstein ćwiczyła ją od tygodni, Held nie znał tego utworu, ale był kojący i liryczny, kołysał go i pocieszał. Zalała go fala pewności. Wszystko będzie dobrze, musi być.
Nagle ostre pazury przebiły się przez wełnę jego spodni i musiał się uśmiechnąć do wyczekującego, mruczącego szarego łebka. Schylił się i podniósł Kata.
– Chyba jesteś głodny, przyjacielu.
Zaczął się krzątać po kuchni, a muzyka przeniosła jego duszę z nocy w dzień, z beznadziei w poczucie siły. Nałożył jedzenie do kociej miski i zrobił sobie herbatę. Kiedy pani Epstein grała Beethovena, siedział już wygodnie w fotelu pod oknem, otoczony łagodnymi dźwiękami. Znowu zamknął oczy, a w jego sercu i zmysłach zapanował spokój.
Profesor Held wodził wzrokiem po sali. Tak wiele pustych miejsc. Dlaczego zdaniem nazistów aż tylu ludzi trzeba wykluczyć? Pomyślał o części z tych studentów, którzy zniknęli, to byli spokojni, myślący młodzi ludzie, którzy jedynie pragnęli się uczyć. Jakąż to groźbę dla Trzeciej Rzeszy stanowił ktoś, kto chciał zrozumieć podstawy rachunku różniczkowego? Jakie okropne ryzyko niosła dla świata młoda osoba umiejąca dodawać i odejmować?
Pomyślał o Michaelu Blumie. Otworzył szufladę biurka i wyjął pracę Michaela, starannie ją wygładził i zadumał się nad zapisanym tam wierszem o potężnym zwierzęciu więzionym za kratami. W tamtej chwili coś w słowach Rilkego trąciło strunę w jego duszy – sam przez wiele lat czuł się zamknięty we własnej emocjonalnej klatce i poczuł, że rozumie cierpienia pantery przedstawione przez poetę.
Odłożył arkusz na miejsce wcześniej zajmowane przez tom poezji i zamknął szufladę. W gruncie rzeczy nie wiedział, dlaczego zachował tę pracę. Może z jakiejś mglistej nadziei na satysfakcję, którą poczuje, wręczając ją studentowi, kiedy to wszystko się skończy, kiedy wróci normalność i zadania będą mogły być rozwiązane. Pociągała go ta myśl, ta możliwość uporządkowania rzeczy we własnym świecie. Zdjął okulary, potarł oczy i starannie znowu włożył szkła. Odchrząknął.
– Koniec zajęć.
Sala opustoszała, zapadła cisza. Kiedy rozległo się ciche pukanie, pomyślał, że pewnie któryś ze studentów zapomniał podręcznika albo ołówka, ale ku jego zaskoczeniu w progu stanęła Hannah Pender. Gestem zaprosił ją do środka.
Weszła do sali, a jego po raz kolejny uderzyła uroda tej kobiety, ciemne włosy niedawno przycięte do modnej krótszej długości i podkreślające śliczne błękitne oczy. Zauroczył go ich kolor i uświadomił sobie, że od bardzo dawna nie patrzył żadnej kobiecie w oczy. Z szacunkiem wstał na jej powitanie i znowu poczuł ten zapach. Bez, teraz był tego pewien.
– Profesorze.
– Pani Pender. – Stwierdził, że jego głos brzmi dziwnie, niemal piskliwie. Kaszlnął, by go oczyścić i ukryć własne zmieszanie.
Przez kilka sekund się wahała, jakby ważyła słowa, wreszcie powiedziała:
– Jak sądzę, ma pan radioodbiornik.
Wyprostował się.
– Owszem, a o co chodzi?
Hannah ze spuszczonym wzrokiem przeniosła ciężar ciała z nogi na nogę.
– Musimy zebrać wszystkie radioodbiorniki.
Held na sekundę zaniemówił.
– Musicie? – zapytał w końcu.
– Rozkaz Trzeciej Rzeszy.
Held nie odrywał od niej oczu.
– Dlaczego moje radio jest im potrzebne?
Hannah nerwowym gestem wygładziła spódnicę. Nastąpiła pełna napięcia chwila, gdy spojrzeli na siebie. Held usiłował przetrawić informację, a także skutki rezygnacji z czegoś, co tak bardzo sobie cenił. Zauważył, że Hannah sprawia wrażenie równie smutnej, że musi go o to prosić – a może tylko udaje.
– Tak mi przykro – powiedziała.
Held powoli ruszył przez salę. Dłonie mu drżały, gdy szukał klucza, nie tylko z powodu jej prośby, ale też samego spotkania z nią; napomniał się w myśląch, że jest mężatką.
Przekręcając klucz w zamku, poczuł przygnębienie. Aż do teraz otwieranie tych drzwi zawsze poprzedzało radosne wyczekiwanie. Wyjął ze środka radio. Niosąc je przez salę, czuł zapach polerowanego drewna. Wręczył odbiornik Hannah.
Ich dłonie musnęły się przy tym przelotnie i Held usiłował o tym nie myśleć, słuchając, jak Hannah znowu przeprasza.
– Wiem, ile radio dla pana znaczy.
Pokręcił głową, niezdolny wykrztusić słowa. Nie chciał dopuścić do siebie bólu wywołanego stratą, a równocześnie z równowagi wytrąciła go miękkość jej skóry i to, jak bardzo jest świadomy jej obecności.
Śpiesznym krokiem podszedł do biurka i usiadł, udając, że jest zajęty ocenianiem prac.
Hannah najwyraźniej chciała coś powiedzieć, ale zabrakło jej słów. Wierciła się nerwowo, aromat wiosennych kwiatów wypełnił całą jego przestrzeń. Uniósł wzrok, uśmiechnęła się do niego pokrzepiająco. Wyglądało na to, że chciała coś dodać, ale z jakiegoś powodu nie miała odwagi. Znowu spuścił wzrok i dołożył starań, by całą uwagę skupić na biurku, gdy stała tak dłużej, niż było to konieczne, nim wreszcie wyszła. Held odetchnął z ulgą.
Wracając wieczorem do domu, kupił wraz z innymi produktami butelkę wina. Rozmyślał o minionym dniu. Strata była dotkliwa. Zdawał sobie sprawę, że to tylko radioodbiornik, rzecz, przedmiot, ale chodziło o to, czym dla niego ów przedmiot był. Czy naziści już nie odebrali im tak wiele? Miasto, sposób życia, nadzieję. Dlaczego kolejna rzecz była tak ważna? Przecież już zostali pokonani i obrabowani. Jaki sens zabierać jeszcze więcej? I co zrobią z jego radiem? Poczuł niechęć, gdy sobie wyobraził, jak zajmuje ono honorowe miejsce w domu jakiegoś nazisty albo, co gorsza, zbiera kurz na półce w magazynie. Jaką szkodę mógł wyrządzić Niemcom profesor matematyki z radiem nastawionym na stację nadającą muzykę klasyczną?
Gdy skręcił na swoją ulicę, podszedł do niego niemiecki żołnierz i poprosił o dokumenty. Przez myśl przebiegło mu pytanie, czy żołnierz czyta mu w myśląch, wyczuwa gniew, który w tej chwili obudził w nim mundur. Ale zmęczony mężczyzna po prostu sprawdził papiery, podczas gdy Held czekał, mając dość tego dnia. Pragnął znaleźć się w domu. Żołnierz go zwolnił, profesor ruszył do swoich drzwi, myśląc o winie w torbie z zakupami. Nie pił często, zdecydował jednak, że dzisiaj wieczorem potrzebuje kieliszka lub dwóch.
Kiedy niezgrabnie wkładał klucz do zamka, usłyszał dobiegający z bliska przenikliwy krzyk. Okręcił się szybko na pięcie, ale nic nie zobaczył. Po chwili jednak przez żywopłot przedarła się jego sąsiadka pani Epstein z plikiem papierów przyciśniętych do piersi. Wyraz paniki w jej oczach przerażał. Wbiegła po schodach ku Heldowi i całym ciałem rzuciła się na niego, wolną dłonią szukając jego ręki. Held zastygł, zdjęty grozą. Bała się otwartej przestrzeni, nigdy dotąd nie widział jej na ulicy i zdawał sobie sprawę, że sytuacja musiała być rozpaczliwa, skoro opuściła bezpieczeństwo swego domu.
Gorączkowym ruchem złapała go za klapę płaszcza i szarpnęła ku sobie tak mocno, że potykając się, musiał zejść dwa stopnie niżej. Zbliżyła swoją twarz do jego twarzy.
– Pomóż mi, proszę! – krzyknęła przeraźliwie. – Błagam, pomóż!
Zanim zdążył odpowiedzieć, ktoś koło niej był. To stało się tak szybko, że kiedy po wielekroć odtwarzał to zdarzenie, wciąż było burzliwym chaosem nocnego koszmaru, poszarpanym, obłąkanym wspomnieniem. Ramię okryte szarą tkaniną munduru wokół jej szyi, dłoń w czarnej skórzanej rękawiczce. Jej przepełnione paniką oczy wpatrujące się w niego błagalnie jak u zrozpaczonej ofiary złapanej przez żądnego krwi drapieżcę. Krzyk, przeraźliwy i ciągły, rozdzierający raz po raz jego świat.
I w końcu jej gorączkowe słowa, które pozostaną z nim na zawsze: „Nie, puśćcie mnie, proszę, puśćcie mnie”.
A potem ostatnie brutalne szarpnięcie, odrywające jej białe palce zaciśnięte na jego płaszczu. Miała wyraz oszołomionej beznadziei na twarzy, gdy wleczono ją z powrotem przez żywopłot. Ostatni obraz jej postaci to błękitna smuga wełnianej spódnicy i jeden czarny but pozostawiony na ścieżce. Tuż za zaroślami rozległ się trzask wystrzału, potem nastąpiła ogłuszająca cisza. Z tym jednym ostrym dźwiękiem świat Helda się rozpadł.
Nie był świadomy torby wysuwającej się z dłoni, nie słyszał, jak butelka się rozbija, nie widział wina wylewającego się na stopnie. Pojął później, że musiał mieć zamknięte oczy, bo kiedy znowu je otworzył, niebo wypełniały trzepoczące białe arkusze papieru. Na jego głowę nuty padały niczym deszcz. Pamiętał, że myślał, jak hipnotyzujące to było, niczym płatki białych róż poruszane potężnym wiatrem. Patrzył oszołomiony, niewiarygodny koszmar na moment ustąpił, pozwalając mu zakotwiczyć się w pięknie, na ułamek sekundy umożliwiając drobnemu fragmentowi czegoś wspaniałego wsunąć się w szczeliny druzgoczącej świadomości i kwaśnego odoru prochu wiszącego ciężko w powietrzu.
Poprzez zamieć kartek zobaczył zbliżających się ku niemu niemieckich żołnierzy. W chwili ślepej paniki był przekonany, że teraz jego kolej.
Nie potrafił się poruszyć, nogi miał jak zacementowane. Siłą woli próbował nakłonić je do działania. Spuścił wzrok na swoje stopy. Buty pokrywała czerwona ciecz. To było wino czy krew?
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
1. Anne Frank, Dziennik, przeł. Alicja Oczko. Znak, Kraków 2015. [wróć]
2. Przeł. Adam Pomorski. [wróć]
3. Rainer Maria Rilke, Poezje, przeł. Mieczysław Jastrun, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1974. [wróć]
