Widok ponad dachami - Suzanne Kelman - ebook

Widok ponad dachami ebook

Suzanne Kelman

0,0
38,90 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Nawet w najmroczniejszych czasach można dostrzec w drugim człowieku światło.

Amsterdam, rok 1941. Profesor Josef Held, samotny i zamknięty w sobie matematyk, żyje w rytmie okupowanego miasta – w świecie, w którym każdy oddech może być zdradą, a każdy dźwięk na ulicy zwiastunem zagrożenia. Gdy do jego drzwi puka młody Żyd, Michael Blum, prosząc o schronienie, Josef podejmuje decyzję, która odmieni życie ich obu. W ciasnym mieszkaniu, wysoko nad ulicami Amsterdamu, między nieufnością a wzajemnym zrozumieniem rodzi się więź, która daje obu mężczyznom siłę, by przetrwać.

Michael nosi jednak w sercu inną historię – swoją miłość do Elke, młodej kobiety, z którą wojna rozdzieliła go brutalnie i ostatecznie. Wspomnienie czułości, namiętności i utraconej nadziei staje się jego jedynym światłem w mroku.

Uczucie Michaela i Elke splata się z wojenną rzeczywistością pełną lęku i poświęcenia, tworząc wzruszającą panoramę ludzkich emocji w czasach, gdy miłość była aktem odwagi.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 423

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Prolog

Holan­dia, kwie­cień 1921

Ele­ganc­kie obłoki dry­fo­wały po ide­al­nie błę­kit­nym nie­bie, rzu­ca­jąc cie­nie na pola szkar­łat­nych i zło­tych tuli­pa­nów. Błą­dził nad nimi wie­trzyk i tylko on ośmie­lał się mącić dosko­nały bez­ruch, a jego odwaga spra­wiała, że kwiaty kła­niały się i koły­sały niczym usta­wione w rzę­dzie panny. W oddali przy wydep­ta­nej mie­dzy stał stary wia­trak, uro­czy­ście strze­gący pola. Góro­wał nad swo­imi roz­kwi­ta­ją­cymi pod­da­nymi, ściany z bru­nat­nych desek miał mocne, choć znisz­czone, łusz­czyły się, lecz nie­zmor­do­wa­nie prze­ciw­sta­wiały się upły­wowi czasu. Czer­wone skrzy­dła, teraz wybla­kłe do różu, zła­pały wiatr i mozol­nie skrzy­piały w ryt­micz­nej pie­śni.

W kie­runku wia­traka bie­gła panna młoda, figlar­nie ucie­ka­jąc przed swoim świeżo poślu­bio­nym mężem poprzez rzędy tuli­pa­nów. Sarah, ledwo dwu­dzie­sto­dwu­let­nia, już prze­brała się na mie­siąc mio­dowy. Pro­sta sukienka z kre­mo­wej bawełny spa­dała luźno z jej deli­kat­nych ramion, san­dałki w tym samym kolo­rze pod­kre­ślały kształtne kostki i dłu­gie nogi, szczo­drze oble­wane pro­mie­niami wcze­sno­wio­sen­nego słońca.

Już w kilka godzin po wymia­nie przy­siąg mał­żeń­skich pra­wie cały ślubny strój Sarah został sta­ran­nie spa­ko­wany w miękką białą bibułkę. Star­sze krewne i młode nie­za­mężne przy­ja­ciółki z namasz­cze­niem scho­wały saty­nowe pan­to­felki zapi­nane na kostce i długą do połowy łydki jedwabną suk­nię z obni­żoną talią do maho­nio­wego kufra, by tam w pogo­to­wiu cze­kały, aż zachwycą kolejne panny młode w rodzi­nie.

Z jed­nym tylko Sarah nie była gotowa się roz­stać. O tym, że wła­śnie wyszła za mąż, poza złotą obrączką na lewej dłoni świad­czył uno­szący się za nią, tań­czący na wie­trze welon – sta­ro­dawny, upięty sęka­tymi pal­cami babci, kunsz­towny niczym bukiet zło­żony z haftu łań­cusz­ko­wego i minia­tu­ro­wych pere­łek.

Kiedy tak bie­gła barwną ścieżką, zerwał się wiatr, usi­łu­jąc pokrzy­żo­wać igraszki mło­dej pary. Nagle psotny powiew oto­czył Sarah, pocią­gnął za welon i skrę­cił go w bez­tro­ską spi­ralę uno­szącą się ku niebu. Josef dogo­nił żonę i sko­czył przed nią. Miał na sobie lniane spodnie i nie­bie­ską koszulę z pod­wi­nię­tymi do łokci ręka­wami, które odsła­niały dłu­gie musku­larne przed­ra­miona. Był smu­kły, ale silny, burza kru­czo­czar­nych wło­sów ota­czała twarz z prze­ni­kli­wymi, peł­nymi wycze­ki­wa­nia oczami.

Objął ją w talii i przy­cią­gnął do sie­bie, ręce zła­pał jej z tyłu, by mieć ją jesz­cze bli­żej. Jej krótki ury­wany oddech ogrze­wał mu poli­czek.

– Naresz­cie – oznaj­mił trium­fal­nie.

W odpo­wie­dzi Sarah zachi­cho­tała i zaczęła się wyry­wać, gdy Josef chciał odpiąć jej welon.

– Nie rezy­gnuję z welonu, Jose­fie. Mam zamiar nosić go przez cały pierw­szy rok mał­żeń­stwa!

Oczy Josefa roz­sze­rzyły się ze zdu­mie­nia.

– Moja mama byłaby wstrzą­śnięta, gdyby to usły­szała, bo wiesz, już pla­nuje wyko­rzy­stać go do ozdo­bie­nia chrzest­nych ubra­nek naszych dzieci.

– Dzieci? – powtó­rzyła Sarah. – Jeste­śmy mał­żeń­stwem dopiero od czte­rech godzin.

– W takim razie nie mamy czasu do stra­ce­nia – oznaj­mił zde­cy­do­wa­nym tonem. Puścił ją, ujął w dło­nie jej twarz i pokrył poca­łun­kami oczy, usta i szyję. Chi­cho­cząc i wier­cąc się, Sarah pró­bo­wała uciec przed jego piesz­czo­tami.

– Tylko nie w szyję, Jose­fie. Wiesz, jak to na mnie działa.

Z poro­zu­mie­waw­czym uśmie­chem objął ją i odna­lazł jej usta w namięt­nym poca­łunku. Z oddali dobie­gło ich woła­nie.

Sarah zła­pała Josefa za koł­nierz koszuli i pocią­gnęła go w zagłę­bie­nie pomię­dzy tuli­pa­nami. Pode­rwany przez powiew wia­tru welon otu­lił ich oboje.

– Cii – szep­nęła. – Jeśli się scho­wamy i nie będziemy się ruszać, mama nas nie znaj­dzie.

– Nie narze­kam – odszep­nął Josef, ścią­ga­jąc z twa­rzy wydy­ma­jącą się koronkę. Uło­żył się wygod­niej i pod­ło­żył ramię pod głowę Sarah, by ochro­nić ją przed kamie­ni­stą zie­mią.

Leżeli twa­rzami do sie­bie i bez słowa cze­kali, aż kroki ucichną. Oddy­chali w jed­nym tem­pie. W samym sercu pola aro­mat tuli­pa­nów odu­rzał. Sarah pod­parła się na łok­ciu i z namy­słem spoj­rzała na Josefa.

– Bar­dzo mi się podo­bał pre­zent two­jego ojca – powie­działa.

Josef pokrę­cił głową i uśmiech­nął się.

– Ojciec był i jest roman­ty­kiem. Wie­rzy głę­boko w moc słów i miło­ści. – Prze­krę­cił się na plecy i splótł dło­nie pod głową, zapa­trzony w puszy­ste chmury. – W gło­wie mi się nie mie­ści, że czy­tał wier­sze na naszym ślu­bie. A ja prze­cież jestem mate­ma­ty­kiem! Do czego mi to potrzebne? Według mnie tata żywi nadzieję, że pew­nego dnia jego bez­cenna poezja jakimś cudem znaj­dzie drogę do mojego serca. Cho­ciaż mam już dwa­dzie­ścia osiem lat.

Sarah zaci­snęła usta i zadarła brodę.

– Jak możesz tak mówić? Czym jest życie bez sztuki, muzyki czy poezji? One poma­gają nam uczyć się, jak odczu­wać, kochać i żyć! – Prze­to­czyła się na plecy i sku­piła wzrok na chmu­rze wyglą­da­ją­cej jak galo­pu­jący kucyk. Nie­śmiało mówiła dalej: – Kiedy słu­cha­łam two­jego ojca recy­tu­ją­cego wiersz, zaczę­łam się w nim zako­chi­wać. Spo­sób, w jaki patrzył na twoją matkę, świad­czył o miło­ści, którą od dawna do sie­bie czują. – Przez twarz Josefa prze­mknął wyraz szcze­rego zasko­cze­nia. Sarah wes­tchnęła. – Nie jestem pewna, jak długo nasza miłość prze­trwa, skoro nie umiesz w taki spo­sób jej pod­sy­cać. Jakoś sobie nie wyobra­żam, żeby rów­na­nia mate­ma­tyczne budziły we mnie podobne uczu­cia.

Odwró­cił się do niej i odgar­nął rudy lok z jej twa­rzy w kształ­cie serca.

Sarah z zamknię­tymi oczami i zmarsz­czo­nym nosem pokrę­ciła głową, demon­stru­jąc swoje nie­za­do­wo­le­nie.

Przy­cią­gnął ją do sie­bie i wyszep­tał jej do ucha:

– Jak przed zetknię­ciem się z twoją duszą mogę zacho­wać wła­sną duszę? Ponad tobą ku innym rze­czom jakże ją prze­niosę?2

Sarah otwo­rzyła oczy i z sze­ro­kim uśmie­chem słu­chała Pie­śni miło­snej współ­cze­snego poety Rainera Marii Ril­kego. Swoje uzna­nie wyra­ziła, pokry­wa­jąc twarz Josefa leciut­kimi jak piórko poca­łun­kami, potem powoli roz­pięła mu koszulę.

Na­dal szep­cząc słowa wier­sza, cało­wał ją w szyję i pie­ścił ciało.

– Dobrze – powie­działa cicho – możesz zabrać welon. Jak nazwiemy naszego syna?

Spoj­rzał jej głę­boko w oczy, dopiero potem odpo­wie­dział:

– Sarah. – Uśmiech­nął się z prze­ko­na­niem. – To będzie córka i damy jej na imię Sarah.

Zaczęła pro­te­sto­wać, ale poca­ło­wał ją w usta. Kiedy ich akt miło­sny nabrał łagod­nego rytmu, sły­chać było tylko ciche skrzy­pie­nie wia­traka, któ­rego skrzy­dła obra­cały się na tle ciem­nie­ją­cego o zacho­dzie słońca nieba.

Część pierwsza

Rozdział pierwszy

Spoj­rze­nia jej znu­żyła mija­jąca krata,że już nie zatrzy­mują nic mdle­jące.Czuje, jak gdyby było sztab tysiące,a za szta­bami już nie było świata.

Rainer Maria Rilke, Pan­tera3

Amster­dam, luty 1941 rok

Dokucz­liwy śnieg spa­dał nie­ubła­ga­nie lodo­wa­tymi płat­kami na roz­darte wojną ulice oku­po­wa­nej Holan­dii, two­rząc kopce sza­rego błota pośnie­go­wego, dusząc mia­sto już ogo­ło­cone z czło­wie­czeń­stwa. Wzgórki barwy stali zna­czyły brzyd­kie roz­bry­zgi nagro­ma­dzone po tygo­dniu niskich tem­pe­ra­tur, zabło­co­nych dróg i kamieni strze­la­ją­cych spod kół samo­cho­dów pro­wa­dzo­nych przez nie­szczę­snych kie­row­ców. Szary śnieg na sza­rych uli­cach dła­wio­nych nie­bem w tym samym przy­gnę­bia­ją­cym kolo­rze. Dla Holen­drów ta posępna pogoda sta­no­wiła odzwier­cie­dle­nie świata, który w ich oczach wyglą­dał tak samo.

Z mrocz­nej ulicy dobie­gło echo pod­ku­tych butów, tak teraz zna­jomy odgłos masze­ru­ją­cych nazi­stów. Ich stopy waliły w jezd­nię, a kaden­cja w swej ryt­micz­no­ści sta­wała się zło­wiesz­cza, każdy krok wysy­łał sieć złych prze­czuć, niczym potrzą­sane z roz­ma­chem bla­szane pudełko za sta­lo­wymi gwoź­dziami. W ciągu dzie­wię­ciu mie­sięcy oku­pa­cji Trze­cia Rze­sza już udo­wod­niła, że jest dziką bestią, z którą nie należy igrać, krwio­żer­czym sza­ka­lem w naj­lep­szym okre­sie życia, czuj­nym i goto­wym powa­lić i pożreć wszystko, co stało mię­dzy nim a zwy­cię­stwem dla Führera.

Amster­dam, nie­gdyś pełen życia i bez­tro­ski, bogaty i wspa­niały, naj­świet­niej­sze mia­sto Holan­dii, żywił wiel­kie nadzieje na poko­na­nie najeźdź­ców, nie­stety jed­nak razem z całym kra­jem pod­dał się po czte­rech dniach nie­miec­kiego Blitz­kriegu. Jego serce teraz było roz­darte, zra­nione na zawsze, nie­zmą­cony opty­mizm, cał­kiem podob­nie jak zwały śniegu na ulicy, nie­odwo­łal­nie zbru­kany i zdła­wiony przez mroczne siły zła, które przy­były odziane w sza­rość.

Gdy odgłos stał się ogłu­sza­jący na cichych uli­cach, za zamknię­tymi drzwiami i okien­ni­cami prze­ra­żone twa­rze zasty­gły, a powieki opa­dły w cichej modli­twie. Zdjęte lodo­wa­tym lękiem dusze miały nadzieję, że akt pozo­sta­wie­nia okien­nic nie­otwar­tych będzie zna­kiem ich zjed­no­czo­nego oporu, umoż­li­wia­jąc im cze­pia­nie się resz­tek god­no­ści. Kroki uci­chły, ale strach utrzy­my­wał się dłu­żej niż ich echo. Dopiero kiedy zapa­dła abso­lutna cisza, ludzie pozwo­lili sobie na luk­sus zaczerp­nię­cia głę­bo­kiego odde­chu i powrót do sta­rań o prze­trwa­nie. Po raz kolejny dzię­ko­wali Bogu – nie ta ulica, nie ten dzień.

W całym mie­ście tyka­nie zegara współ­grało z ryt­mem masze­ru­ją­cych oddzia­łów. Pro­fe­sor Held patrzył na białą tar­czę i ostre czarne wska­zówki, nie­świa­dome, jak nie­bez­pieczne jest tempo, któ­rym odmie­rzają czas. Zegar wisiał wysoko na ścia­nie, obser­wu­jąc wielką salę wypeł­nioną stu­den­tami. Wysoki sufit pod­trzy­my­wany ozdob­nymi gip­so­wymi gzym­sami z jed­nej strony koń­czył się zaku­rzo­nymi, acz upo­rząd­ko­wa­nymi rega­łami z książ­kami, z dru­giej ele­ganc­kim rzę­dem okien.

Pro­fe­sor Held w mil­cze­niu spraw­dzał prace przy biurku. Nie­zręczny czter­dzie­sto­sied­mio­letni męż­czy­zna, który wyraź­nie czuł się źle we wła­snej skó­rze, rzadko pod­no­sił wzrok, a kiedy to robił, jego ide­al­nie błę­kitne oczy i czarne włosy dopiero nie­znacz­nie siwie­jące na skro­niach świad­czyły o daw­nej uro­dzie. I cho­ciaż spę­dził życie pochy­lony nad tym biur­kiem, jakimś cudem jego ciało zdo­łało zacho­wać coś z mło­dzień­czej jędr­no­ści, bar­dziej koja­rzą­cej się z eme­ry­to­wa­nym spor­tow­cem niż skrom­nym pro­fe­so­rem mate­ma­tyki.

W jego sali rządy masze­ru­ją­cych żoł­nie­rzy wyda­wały się odle­głe, gdy stu­denci sumien­nie zabrali się do pracy z ręka­wami pod­wi­nię­tymi do łokci i gło­wami pochy­lo­nymi nad cięż­kimi dębo­wymi sto­łami. Poza tyka­niem zegara ciszę prze­ry­wały jedy­nie oka­zjo­nalne kaszl­nię­cia albo skro­ba­nie ołówka po papie­rze. Wyda­wało się, że czas stoi tu w miej­scu, godziny ni­gdy się nie koń­czą. Gdy wska­zówki zegara wresz­cie spo­tkały się na dwu­na­stej, słabe pro­mie­nie słońca przedarły się przez bez­na­dziej­nie szare chmury i musnęły wyso­kie okna.

Held odło­żył jedną pracę, wziął kolejną i znie­ru­cho­miał. Arkusz nie zawie­rał odpo­wie­dzi na ponu­me­ro­wane pro­blemy mate­ma­tyczne, ale wiersz Pan­tera, napi­sany przez ulu­bio­nego poetę zmar­łej żony pro­fe­sora. Pokrę­cił głową i wes­tchnął z fru­stra­cją, bo nie chciał dzi­siaj myśleć o Sarah. Zdjął oku­lary w srebr­nych opraw­kach, dosko­nały rekwi­zyt dla czło­wieka, który chciał się odgro­dzić od świata. Deli­kat­nie poło­żył je na biurku, potarł oczy i zało­żył naj­pierw jeden dru­ciany uchwyt za ucho, potem drugi. Spoj­rzał na zegar i odchrząk­nął.

– Koniec zajęć. Panie Blum, muszę z panem zamie­nić słowo.

Stu­denci spo­koj­nie ruszyli do drzwi, ucie­ka­jąc przed duszącą ciszą w sali. Jedna z nich, Elke Dirk­sen, któ­rej śliczne oczy wypeł­niała tro­ska, cze­kała w progu i obser­wo­wała Micha­ela Bluma zbli­ża­ją­cego się do biurka pro­fe­sora. Był przy­stojny i dzięki temu wyglą­dał jak uoso­bie­nie tego, co naj­lep­szego do zaofe­ro­wa­nia ma mło­dość. Dwu­dzie­sto­dwu­letni, try­ska­jący ener­gią i cha­ry­zmą. Z bły­skiem prze­kor­nego poczu­cia humoru mru­gnął zna­cząco do sto­ją­cej na kory­ta­rzu Elke.

Cze­ka­jąc, aż sala opu­sto­szeje, pro­fe­sor ukła­dał papiery na biurku w schludny stos. Gdy zapa­dła cisza i drzwi się zamknęły, wyjął pracę Micha­ela i nie pod­no­sząc na niego wzroku, powie­dział:

– Ma pan świa­do­mość, panie Blum, że to jest kurs mate­ma­tyki wyż­szej.

Michael się roze­śmiał. Po wielu latach pracy ze stu­den­tami bez­czel­ność już nie robiła wra­że­nia na Hel­dzie.

– Nie po raz pierw­szy pro­wa­dzimy tę roz­mowę. Znowu zapi­sał pan arkusz zamiast roz­wią­zać zada­nie.

Michael drgnął.

– Jak to? Nie lubi pan Ril­kego?

– To nie ma nic do rze­czy – cią­gnął pro­fe­sor. – Miej­sce poezji jest w książ­kach, nie na arku­szach z zada­niami mate­ma­tycz­nymi.

Michael ze świ­stem wcią­gnął powie­trze, po czym odparł tonem, w któ­rym gorycz wzbie­rała tuż pod powierzch­nią:

– Już nie jest mi łatwo kupo­wać… książki. Czy pan w ogóle wie, kto to jest?

Po raz pierw­szy star­szy męż­czy­zna pod­niósł na niego wzrok.

– Słu­cham?

– Rainer Maria Rilke. – Michael mówił z oży­wie­niem, wręcz z entu­zja­zmem. – Poeta? Uwa­żany za jed­nego z naj­bar­dziej roman­tycz­nych… – Held usi­ło­wał go powstrzy­mać, uno­sząc dłoń. Na twa­rzy chło­paka poja­wiła się gniewna fru­stra­cja. – Pro­szę posłu­chać, to i tak wszystko bez zna­cze­nia, bo dzi­siaj jestem tu ostatni raz.

Pro­fe­sor Held spu­ścił wzrok i przy­su­nął ku sobie nowy stos arku­szy, po czym popchnął pracę Micha­ela po upo­rząd­ko­wa­nym bla­cie.

– Pro­szę dokoń­czyć to zada­nie.

Michael pokrę­cił głową.

– Dzi­siaj jestem tu po raz ostatni – powtó­rzył z naci­skiem. – Nie mam zamiaru sie­dzieć i cze­kać, aż po mnie przyjdą. I nie dam się wziąć do Arbe­it­se­in­satz.

Held obrzu­cił go krót­kim spoj­rze­niem. Tak wielu mło­dych ludzi zmu­szono do pracy w nie­miec­kich fabry­kach, a sprze­ciw mógł być nie­bez­pieczny. Chciał to powie­dzieć, ale wyco­fał się poza zapew­nia­jący mu bez­pie­czeń­stwo mur.

– Mimo to musi pan napi­sać tę pracę.

Michael zła­pał kartkę. Gdy się pochy­lił, z jego torby na biurko wypa­dła ulotka z ode­rwa­nym rogiem. Naj­wy­raź­niej Michael ją zerwał, przy­pusz­czal­nie w gnie­wie. Była to instruk­cja naka­zu­jąca wszyst­kim Żydom reje­stra­cję. Obaj spoj­rzeli na nią i zasty­gli. Tyka­nie zegara i stłu­mione odgłosy z kory­ta­rza zapeł­niły prze­strzeń mię­dzy nimi. Held w tej chwili uświa­do­mił sobie, że Michael jest Żydem, i poczuł się bez­radny, zabra­kło mu słów. Chciał cof­nąć swoje surowe zacho­wa­nie, zanim jed­nak zdą­żył coś powie­dzieć, Michael zła­pał arkusz z zada­niami, po czym bez pośpie­chu, bun­tow­ni­czo zgniótł go w kulkę i rzu­cił na biurko.

– Naprawdę pan uważa, że cokol­wiek z tego jest ważne? Odwaga, by wal­czyć i kochać – tylko to w tej chwili się liczy. Nie znaj­dzie jej pan w mate­ma­tycz­nych wzo­rach.

Powoli popra­wia­jąc oku­lary na nosie, pro­fe­sor wpa­try­wał się w zgnie­ciony papier.

Elke otwo­rzyła drzwi.

– Michael! Chodź już!

W holu roz­legł się odgłos masze­ru­ją­cych w kie­runku sali kro­ków. Michael szybko ruszył do drzwi.

Held otwo­rzył szu­fladę biurka i wyjął z niej książkę. Był to zaczy­tany tom Nowych wier­szy Ril­kego. Gestem dał znak stu­den­towi.

– Zanim pan pój­dzie, panie Blum…

Michael odwró­cił się, a Held prze­su­nął książkę po bla­cie. Zacie­ka­wiony chło­pak wbrew sobie pod­szedł do biurka. Widząc tytuł, otwo­rzył tom z sza­cun­kiem. Held patrzył, jak czyta dedy­ka­cję, którą na pierw­szej stro­nie napi­sał ojciec pro­fe­sora: Jose­fowi. Cza­sami naj­od­waż­niej­sza miłość wyzna­wana jest szep­tem w naj­cich­szych chwi­lach.

Pozba­wione sensu słowa z odle­głej prze­szło­ści, pomy­ślał Held. Wró­cił do pracy i odpra­wia­jąc chło­paka gestem dłoni, mruk­nął:

– Niech pan ją zatrzyma.

Michael przy­ci­snął książkę do piersi.

– Naprawdę? Dzię­kuję panu. Bar­dzo, bar­dzo dzię­kuję.

Czu­jąc się nie­zręcz­nie wobec tego pokazu emo­cji, Held popra­wił oku­lary i kiw­nął głową. Znowu zaczął ukła­dać papiery na biurku.

Michael ruszył do wyj­ścia, ale w progu przy­sta­nął.

– Teraz chyba mogę już bez­piecz­nie panu powie­dzieć, że nie­na­wi­dzę mate­ma­tyki.

Held prych­nął, po czym mruk­nął bar­dziej do sie­bie niż do niego:

– Tak jak przy­pusz­cza­łem.

W progu Elke pocią­gnęła Micha­ela na kory­tarz.

Held spoj­rzał na puste miej­sce, gdzie leżała książka, któ­rej od wielu lat nie otwie­rał. Zaczerp­nął głę­boko powie­trza i zamknął szu­fladę. Już miał wró­cić do spraw­dza­nia prac, kiedy dostrzegł, że na biurku coś leży. Ostroż­nie pod­niósł zosta­wioną przez Micha­ela ulotkę.

Drzwi sali się otwo­rzyły.

– Panie Blum, zapo­mniał pan… – zawo­łał pro­fe­sor, ale urwał, bo zamiast Micha­ela ze zdu­mie­niem zoba­czył Han­nah Pen­der. Nową sekre­tarkę, olśnie­wa­jącą kobietę z pięk­nymi kośćmi policz­ko­wymi i myślą­cymi oczami rzadko widy­wano poza recep­cją. Zauwa­żył, że dzi­siaj była ubrana w roz­sze­rzaną dołem gra­na­tową spód­nicę otu­la­jącą bio­dra i pod­kre­śla­jącą kształtne nogi oraz bluzkę barwy kości sło­nio­wej z dekol­tem obszy­tym koronką. Idąc, mówiła w dosko­na­łej niem­czyź­nie do poważ­nie wyglą­da­ją­cego nie­miec­kiego ofi­cera, który jej towa­rzy­szył.

Kilku żoł­nie­rzy sta­nęło na bacz­ność przed drzwiami, ich surowe szare mun­dury miały ostre kanty i wyda­wały się nie na miej­scu na tle ele­ganc­kich wyso­kich okien i kory­ta­rza wykła­da­nego boaze­rią.

– To jest pro­fe­sor Held – powie­działa Han­nah. – Pro­wa­dzi kurs mate­ma­tyki wyż­szej. – Zbli­żyła się do biur-ka. – Dzień dobry, pro­fe­sorze. Spraw­dzamy pań­skich stu­den­tów.

– Moich stu­den­tów? – odparł z nie­do­wie­rza­niem. – Sala jest pusta.

W dłoni scho­wa­nej pod biur­kiem ści­skał ulotkę. Nie­po­trzebne mu były pyta­nia, dla­czego ją miał ani z jakiego powodu była podarta.

Han­nah uśmiech­nęła się ner­wowo i ski­nęła głową.

Major z deter­mi­na­cją obszedł salę, przy­glą­da­jąc się każ­demu szcze­gó­łowi. Przy­sta­nął przy wiel­kim łuko­wym oknie i spoj­rzał w górę, naj­wy­raź­niej zahip­no­ty­zo­wany pają­kiem tka­ją­cym sieć w gór­nym rogu z zewnętrz­nej strony. Owad pod­ska­ki­wał, spla­ta­jąc cie­niut­kie nitki, i nagle łagodny powiew wia­tru zako­ły­sał paję­czyną niczym hama­kiem nad morzem. W sali tyka­nie zegara budo­wało napię­cie każdą odmie­rzaną sekundą. Na nosie Helda pod oku­la­rami wystą­piły kro­ple potu, które szybko wytarł wolną dło­nią. Major odwró­cił się ku niemu powoli.

– Pro­fe­sor Held? Inte­re­su­jące nazwi­sko.

Pro­fe­sor nie­znacz­nie ski­nął głową.

Ofi­cer pod­szedł do biurka i powie­dział po nie­miecku:

– Jak mi się wydaje, to słowo i po holen­der­sku, i po nie­miecku ozna­cza „boha­tera”. Mam nadzieję, że nie pla­nuje pan nim zostać.

Held meto­dycz­nie prze­su­nął oku­lary w górę nosa, po czym spoj­rzał na woj­sko­wego i odpo­wie­dział po holen­der­sku:

– Oba­wiam się, że jed­nak tak.

Po twa­rzy Niemca prze­mknął dziwny wyraz, któ­remu towa­rzy­szył wymu­szony uśmiech. Zmarsz­czył brwi, jakby oce­niał pro­fe­sora.

– Uczę stu­den­tów lite­ra­tury – cią­gnął Held swoją sta­ran­nie skom­po­no­waną odpo­wiedź – któ­rzy o wiele bar­dziej wole­liby uczyć się języ­ków kla­sycz­nych niż pod­staw alge­bry.

Ofi­cer pojął, że pro­fe­sor żar­tuje, i roze­śmiał się. Był to prze­sa­dzony, teatralny śmiech na pokaz, kon­tro­lu­jący i doma­ga­jący się uwagi. Szybko się opa­no­wał, po czym prze­su­nął uważ­nym spoj­rze­niem po bla­cie biurka i ski­nął głową.

Pro­fe­sor Held popra­wił się na krze­śle i spoj­rzał na ścienny zegar.

– Jesz­cze coś, pani Pen­der? Jeśli pani pozwoli, muszę się przy­go­to­wać. Wkrótce zaczy­nam zaję­cia z następną grupą.

Igno­ru­jąc go, major wró­cił do okna i raz jesz­cze wyj­rzał na pokryty lodem dzie­dzi­niec. Na tle sła­bych pro­mieni słońca znowu zaczął padać śnieg. Pani Pen­der z zakło­po­ta­niem uśmiech­nęła się do pro­fe­sora. Kiedy oboje cze­kali, wyda­wało się, że powie­trze mię­dzy nimi wypeł­nia się napię­ciem. W końcu major się odwró­cił.

– Jak myślę, naucza­nie jest świetną pro­fe­sją i o ile ogra­ni­czy pan swoje boha­ter­stwo do alge­bry, sprawy dobrze się dla pana ułożą.

Po tych sło­wach ski­nął głową i wyszedł z sali. Pani Pen­der podą­żyła za nim. Held pocze­kał, aż odgłos kro­ków ucich­nie, dopiero potem ode­tchnął. Zgniótł ulotkę i wrzu­cił ją do kosza.

Wstał i prze­cią­gnął się, po czym ruszył do szafy na końcu sali. Wyjął z kie­szeni kami­zelki klu­czyk i otwo­rzył drzwi. W sza­fie nie było nic poza radio­od­bior­ni­kiem w ide­al­nym sta­nie w obu­do­wie pokry­tej boga­tym maho­nio­wym for­ni­rem. Held prze­krę­cił wielką gałkę. Oko się roz­ża­rzyło, radio z trza­skiem wró­ciło do życia. Spo­kojna muzyka kla­syczna wypeł­niła prze­strzeń i przedarła się przez suche powie­trze. Pro­fe­sor wró­cił na fotel za biur­kiem, zdjął oku­lary, zamknął oczy i głę­boko ode­tchnął.

Na koniec dnia Held zapi­sał na tablicy rów­na­nie, które naza­jutrz miała roz­wią­zać pierw­sza grupa, owi­nął cia­sno szyję weł­nia­nym sza­lem i wło­żył płaszcz. Z kape­lu­szem i torbą w dłoni wyszedł z sali. Prze­mie­rza­jąc kory­ta­rze w mil­cze­niu, ze spusz­czo­nym wzro­kiem, spra­wiał wra­że­nie, że roz­myśl­nie się izo­luje. W rezul­ta­cie nikt do niego nie zaga­dał ani nawet go nie pozdro­wił. Jakby był nie­wi­dzialny. Zbli­ża­jąc się do recep­cji, zauwa­żył, że Han­nah Pen­der wpro­wa­dza młodą dziew­czynę w obo­wiązki.

– O, a to jest pro­fe­sor Held – powie­działa do swo­jej kole­żanki. – Dobry wie­czór, pro­fe­sorze. Zapewne chce pan ode­brać pocztę.

Held potak­nął.

Han­nah skie­ro­wała dziew­czynę do odpo­wied­niej prze­gródki. Kiedy krzą­tała się za recep­cją, Held uda­wał, że sku­pia uwagę na książce mate­ma­tycz­nej w swo­jej dłoni, nie potra­fił się jed­nak powstrzy­mać od rzu­ca­nia na kobietę spoj­rzeń z ukosa. Jest bar­dzo atrak­cyjna, myślał, o wiele bar­dziej pocią­ga­jąca niż jej poprzed­niczka, która nie­dawno prze­szła na eme­ry­turę. Tamta była kwa­dra­towa, miała sztywne włosy, wyraz cią­głego roz­cza­ro­wa­nia na twa­rzy i początki wąsika. Pani Pen­der bar­dzo się od niej róż­niła.

– Tak mi przy­kro, że dzi­siaj panu prze­szko­dzi­li­śmy, pro­fe­so­rze – cią­gnęła, odwra­ca­jąc się ku niemu. Held pośpiesz­nie spu­ścił wzrok na swoje dło­nie. – Mamy tyle pracy i jesz­cze musimy reali­zo­wać nie­miec­kie roz­po­rzą­dze­nia. Jak­by­śmy bez tego nie były zajęte. Teraz przy­dzie­lono mi tę młodą dziew­czynę, Isa­belle, tylko ją mogli mi dać, i muszę ją wyszko­lić, a prze­cież pan wie, że sama jestem tu dopiero od kilku tygo­dni…

Hannh mówiła, a Held cze­kał i dokła­dał sta­rań, by to, że przy­gląda się uważ­nie jej twa­rzy w kształ­cie serca i kasz­ta­no­wym lokom, nie było zbyt oczy­wi­ste.

Isa­belle, nie­śmiała dziew­czyna z cien­kimi brą­zo­wymi wło­sami spię­tymi zapinką, poja­wiła się u boku Han­nah i podała jej stos kore­spon­den­cji, który ta wrę­czyła Hel­dowi. Prze­glą­dał listy, a ona wciąż opo­wia­dała o pogo­dzie, nawale pracy i spadku liczby nowych stu­den­tów. Kiedy pochy­liła się ku niemu, ocze­ku­jąc na pole­ce­nia, poczuł zapach jej per­fum – fiołki lub może bez. Nie chciał, by się zorien­to­wała, jak bar­dzo go roz­pra­sza, odło­żył więc kilka kopert na biurko, resztę scho­wał do torby, po czym pośpiesz­nie się odwró­cił i powie­dział:

– Do widze­nia, pani Pen­der.

Han­nah z uśmie­chem wzięła zosta­wione przez niego koperty.

– Do widze­nia, pro­fe­so­rze.

Held ski­nął głową, wło­żył kape­lusz i szyb­kim kro­kiem skie­ro­wał się do wyj­ścia.

Na ulicy stwier­dził, że chłód z rana powró­cił, by obwie­ścić wie­czór. Moc­niej naci­snął kape­lusz i bez słowa ruszył dobrze znaną trasą do domu. Po zro­bie­niu zaku­pów skrę­cił w Sta­al­straat, gdzie w uszy ude­rzył go gwar gniew­nych, agre­syw­nych gło­sów. Młoda para pró­bo­wała dys­ku­to­wać z nie­miec­kim żoł­nie­rzem. Ludzie przy­sta­wali i obser­wo­wali zaj­ście z bez­piecz­nej odle­gło­ści. W powie­trzu wisiała bez­silna roz­pacz tak gęsta jak ota­cza­jące ich zimno. Held zano­to­wał wyraz na twa­rzy ludzi: szok i prze­ra­że­nie, ale też strach, jakby każdy mógł być następny.

Nie­miec wrzesz­czał coś o Iden­ti­te­its­do­cu­men­ten, młoda kobieta z pła­czem wyja­śniała, że idzie do leka­rza i po pro­stu zapo­mniała zabrać dowód. Held odwró­cił się i ruszył dalej, z roz­my­słem patrząc w prze­ciw­nym kie­runku, gdy kobieta zaczęła krzy­czeć. Zapew­niał się w duchu, że to wszystko szybko się skoń­czy. Musi się skoń­czyć. Przy­śpie­szył kroku, skrę­ca­jąc w swoją ulicę. Wciąż sły­szał echa krzy­ków Żydówki, owi­nął więc szal cia­śniej na uszach, by się od tego odgro­dzić.

Wyjął klucz, gdy dotarł do kamien­nych scho­dów pro­wa­dzą­cych do pro­stych brą­zo­wych drzwi trzy­kon­dy­gna­cyj­nego domu. Kroki dwóch żoł­nie­rzy masze­ru­ją­cych chod­ni­kiem skło­niły go, by jak naj­szyb­ciej wejść do środka.

Odło­żył teczkę i małą torbę z zaku­pami, po czym zapa­lił świa­tło, które wydo­było z mroku wnę­trze schludne i funk­cjo­nalne, ale pozba­wione cie­pła. Młody szary kot pędem poko­nał hol, miau­cząc na powi­ta­nie. Held się oży­wił.

– Cześć, Kat, przy­nio­słem ci prze­ką­skę z targu. Jak ci minął dzień? Mój był inte­re­su­jący.

Kat podą­żył za Hel­dem do kuchni, a potem z natę­że­niem patrzył, jak jego pan wykłada skrawki ryby do miski, po czym robi sobie her­batę.

Held spoj­rzał na zegar na kuchen­nej ścia­nie.

– Już pra­wie pora – poin­for­mo­wał kota. – Cie­kawe, co dzi­siaj będzie.

Odry­glo­wał cięż­kie okien­nice na oknie nad zle­wem i otwo­rzył je sze­roko. Sta­ran­nie usta­wił fotel twa­rzą do okna i usiadł, okry­wa­jąc kolana weł­nia­nym kocem. Z kub­kiem w dłoni cze­kał.

Kot wsko­czył mu na kolana. Ostat­nie pro­mie­nie wie­czor­nego świa­tła roz­pra­szały ciem­ność i padały na twarz pro­fe­sora. I nagle wycze­ki­wane wyda­rze­nie się roz­po­częło. Cudowna muzyka grana na pia­ni­nie wpa­dła do kuchni.

– Ach, Cho­pin, jeden z jego nok­tur­nów – poin­for­mo­wał kota, gła­dząc jego smu­kłe ciało.

Zamknął oczy i wziął głę­boki oddech.

Rozdział drugi

Michael wpa­try­wał się w Elke: oczy miała zamknięte, mięk­kie brą­zowe rzęsy były nie­ru­chome. Dłu­gie kasz­ta­nowe włosy z koń­ców­kami mokrymi od potu leżały ciężko na jej klatce pier­sio­wej, zasła­nia­jąc nagie piersi. Pochy­lił się i poca­ło­wał ją w usta. Kiedy się odsu­nął i przy­cią­gnął pościel pod jej brodę, jęk­nęła.

– Już nie, Micha­elu, jestem zmę­czona.

Wsu­nął dło­nie pod pościel i opusz­kami pal­ców zaczął gła­dzić jej ciało.

– Prze­stań. – Jej oczy gniew­nie bły­snęły. – Nie wiesz, że trwa wojna? Powin­ni­śmy oszczę­dzać siły.

Michael deli­kat­nie poło­żył się na niej, roz­ko­szu­jąc się doty­kiem ich nagich ciał przy­ci­śnię­tych do sie­bie.

– Wła­śnie dla­tego powin­ni­śmy się kochać – szep­nął w jej włosy. – Kto wie, ile czasu nam zostało.

Zepchnęła go żar­to­bli­wie i znowu okryła piersi. Usia­dła i prze­su­nęła dło­nią po zmierz­wio­nych wło­sach.

– Masz ochotę na kawę?

Michael wes­tchnął, prze­to­czył się na plecy i kiw­nął głową.

– Skoro lep­szej pro­po­zy­cji nie masz.

Elke ze śmie­chem zerwała się na nogi, bio­rąc ze sobą pościel i owi­ja­jąc się nią jak togą. Michael został na łóżku.

Idąc na dziób barki, obej­rzała się przez ramię. Leżał wycią­gnięty i uda­wał, że wcale się nie przej­muje swoją nago­ścią.

– Nie ruszę się stąd, dopóki nie ule­gniesz nie­od­par­temu cza­rowi mojego nie­wia­ry­god­nego ciała i nie zaczniesz mnie bła­gać, żebym znowu się z tobą kochał – oznaj­mił.

Pokrę­ciła głową i poszła do kuchni zro­bić kawę. Kiedy cze­kała, aż woda się zago­tuje, kry­tycz­nym okiem mie­rzyła swój ostatni obraz, nie­do­koń­czony wazon ze sło­necz­ni­kami. Michael dostrzegł, że dziew­czyna drży, jej ciało zare­ago­wało na zapa­da­jący wraz z dokucz­li­wym chło­dem wie­czór. Sły­sząc, że woda się gotuje, wstał i wło­żył poma­rań­czowy szla­frok Elke, wiszący na drzwiach. Z noc­nego sto­lika wziął tom poezji, który dostał od pro­fe­sora Helda, i poszedł do wąskiej kuchni.

Elke uśmie­chem skwi­to­wała jego kre­ację, ale wyraz jej twa­rzy uległ zmia­nie, gdy zoba­czyła, co Michael trzyma w ręce.

– Musisz być ostrożny. Wiesz, że nie wolno ci mieć ksią­żek.

Michael wydął policzki, prze­rzu­ca­jąc strony.

– Niech tylko spró­bują mi je ode­brać. Mogą ode­brać mi wol­ność, ale nie dadzą rady zdła­wić moich myśli i rozumu. Jed­nego i dru­giego im nie oddam, odma­wiam.

– Ale co teraz zro­bisz? – W jej ton wkra­dła się tro­ska. – Według nowego prawa nie możesz wycho­dzić po dzie­wią­tej wie­czo­rem, czy­tać ksią­żek, stu­dio­wać…

Michael z namy­słem zamknął książkę.

– Nie zasta­na­wia­łem się nad tym, choć może zostanę tutaj, całymi dniami będę pisał wier­sze i goto­wał dla cie­bie. Wyobraź sobie czy­sty luk­sus cią­głego two­rze­nia poezji w ukry­ciu.

– Nie, mówię poważ­nie. Myśla­łeś o wyjeź­dzie? Może to trudne, ale wydaje mi się, że powi­nie­neś spró­bo­wać.

– I dokąd mam poje­chać? Jestem Żydem, a cho­ciaż nie prak­ty­kuję reli­gii od śmierci mojej babki, to dla naszych nie­miec­kich gości niczego to nie zmie­nia. Ni­gdzie nie ma dla mnie miej­sca. Poza tym ni­gdy bym nie opu­ścił mojego uko­cha­nego Amster­damu ani cie­bie.

Uśmiech­nęła się i splo­tła palce z jego pal­cami.

– Po raz pierw­szy sły­szę, jak mówisz o swo­jej wie­rze. Mar­twi cię, że ja nie jestem Żydówką?

Spoj­rzał na nią zasko­czony.

– Sam ledwo czuję się Żydem. Ow­szem, to mój naród. I tak, w dzie­ciń­stwie cho­dzi­łem do syna­gogi. Przy­pusz­czam, że podo­bał mi się spo­sób, w jaki rabin recy­to­wał Torę, ale prze­sta­łem wie­rzyć w Boga, kiedy zabrał mi całą rodzinę. – Michael stwier­dził, że trudno mu ukryć ból brzmiący w jego gło­sie. – Jak wiesz, mój ojciec wal­czył w Wiel­kiej Woj­nie, więc nie było dla nas szo­kiem to, że umarł wsku­tek ran, ale kiedy rok póź­niej mama zacho­ro­wała na gruź­licę i musia­łem patrzeć, jak wal­czy o każdy oddech, a bab­cia ode­szła kilka tygo­dni po niej, wie­dzia­łem już, że nie będę w sta­nie znowu uwie­rzyć w spra­wie­dli­wego i dobrego Boga. Tym bar­dziej teraz, kiedy trwa wojna i moi pobra­tymcy są prze­śla­do­wani.

Ucichł, wciąż owład­nięty emo­cjami, bo po raz kolejny poczuł izo­la­cję i samot­ność, któ­rych doświad­czał, gdy stra­cił całą rodzinę przed wybu­chem wojny.

– Zawsze będziesz miał mnie – szep­nęła Elke. – A jeśli nasz zwią­zek roz­wi­nie się w coś bar­dziej… – lekko się zaru­mie­niła – sta­łego, to jestem gotowa zmie­nić wiarę, gdy­byś tego chciał.

– Bar­dziej sta­łego – powtó­rzył z uda­wa­nym zasko­cze­niem, bio­rąc ją w ramiona. – Brzmi cudow­nie. Cho­ciaż był­bym zdzi­wiony, gdyby pozo­stał choć jeden rabin, który mógłby udzie­lić nam ślubu. Myślę, że wszy­scy już się poukry­wali. – Pochy­lił się i war­gami musnął jej zzięb­nięte usta. – Nie zamar­twiaj się tak bar­dzo. Cała ta sprawa musi nie­długo się skoń­czyć, a na razie na­dal będziemy zwal­czać nie­na­wiść miło­ścią.

Znowu chciał ująć jej pierś, ale Elke chwy­ciła jego błą­dzącą dłoń i wsu­nęła w nią kubek z kawą.

– Jesteś nie­po­prawny.

Rozdział trzeci

Tego samego wie­czoru Han­nah Pen­der wra­cała z uni­wer­sy­tetu, ubrana w kape­lusz z gra­na­to­wego filcu, płaszcz i skó­rzane ręka­wiczki; jej wąską talię pod­kre­ślał sze­roki pasek z czar­nej lakie­ro­wa­nej skóry. Szła śpiesz­nie w obło­kach wła­snego odde­chu, które mro­ziły jej policzki. Na rogu ulicy przy­sta­nęła. Mimo zimna poświę­ciła chwilę, by spoj­rzeć w niebo. To był piękny zmierzch. Han­nah podzi­wiała stado pta­ków wra­ca­ją­cych po zimie i two­rzą­cych dłu­gie czarne pasy na czer­wo­nym nie­bie.

– Red sky at night, she­phard’s deli­ght – powie­działa na głos do sie­bie i uśmiech­nęła się. Jej pra­babka była Angielką i Han­nah wiele razy sły­szała, jak powta­rzała to przy­sło­wie o czer­wo­nym wie­czor­nym nie­bie zapo­wia­da­ją­cym radość dla paste­rza. Gdy tak stała i patrzyła, pod­biegł ku niej roz­pro­mie­niony mały chło­piec.

– Han­nah, Han­nah, zobacz, wypadł! – zawo­łał z entu­zja­zmem. Wska­zał lukę w ustach, gdzie jesz­cze wczo­raj był ząb.

Z uśmie­chem przy­kuc­nęła.

– Pokaż – powie­działa z bły­skiem w oku.

Chło­piec, cho­ciaż usta miał otwarte, nie prze­sta­wał mówić:

– Rano zna­la­złem pię­cio­cen­tówkę, leżała pod poduszką.

Han­nah się wypro­sto­wała.

– Dobra robota, Alber­cie. Musia­łeś mu pomóc?

Pokrę­cił głową zbyt ener­gicz­nie, a potem, wyczu­wa­jąc jej nie­do­wie­rza­nie, z ocią­ga­niem wyznał:

– No, może tro­szeczkę.

Han­nah zmierz­wiła mu włosy i Albert pobiegł oznaj­mić o swoim osią­gnię­ciu kolej­nej oso­bie. Zauro­czył ją, przy­po­mniał, że nie wszystko zostało zmie­cione przez te roz­pacz­liwe czasy, nie­win­ność wciąż zwy­cię­żała. Dzie­ciom wypa­dały zęby, jaskółki wciąż budo­wały gniazda na wio­snę.

Skrę­ciła za róg i zoba­czyła sto­jącą w progu kobietę, która zama­szy­ście do niej machała. Była to stara przy­ja­ciółka matki, pani Obe­ron, przez wszyst­kie dzieci z oko­licy nazy­wana Omą, czyli bab­cią. Drobna sta­ruszka, oku­tana w szal z frędz­lami, w ciem­nej cięż­kiej spód­nicy, na nogach miała grube czarne poń­czo­chy i tra­dy­cyjne drew­niane cho­daki. Kiedy Han­nah szła ścieżką, kobieta scho­wała kilka pasm siwych, tłu­stych wło­sów pod prze­tartą chustkę, pal­cami prze­su­wa­jąc po owi­nię­tej w brą­zowy papier paczce, którą ści­skała w ciem­nych pomarsz­czo­nych dło­niach. Han­nah ze swo­imi stu sześć­dzie­się­cioma sze­ścioma cen­ty­me­trami wzro­stu i w butach na wyso­kich obca­sach znacz­nie nad nią góro­wała.

– Włóczka dla two­jej mamy – powie­działa pani Obe­ron, odsła­nia­jąc w uśmie­chu dzią­sła. – Sama bym zanio­sła, ale mam gulasz na piecu.

Han­nah wzięła paku­nek i pochy­liła się, żeby uści­skać sta­ruszkę.

– Dzię­kuję, pani Obe­ron. Nie musiała pani. Mama będzie bar­dzo wdzięczna.

Oma skwi­to­wała podzię­ko­wa­nia mach­nię­ciem dłoni.

– Clara tak wiele dla mnie robiła przez wszyst­kie te lata, zwłasz­cza kiedy umarł mój mąż. A poza tym i tak musia­łam cze­kać w kolejce.

Ser­decz­nie uca­ło­wała Han­nah w oba policzki. Młoda kobieta ruszyła w dal­szą drogę, a Oma zawo­łała za nią:

– Pozdrów ją ode mnie!

W odpo­wie­dzi Han­nah do niej poma­chała.

Kiedy cze­kała na moż­li­wość przej­ścia przez ulicę, zaha­mo­wała przed nią cię­ża­rówka, zatrzy­mana nagle przez korek. Kłęby czar­nego dymu i kwa­śny odór spa­lin spra­wiły, że Han­nah zro­biła krok w tył, odda­la­jąc się od koły­szą­cego się przed nią pojazdu. Nale­żał do oku­pan­tów i na pace wiózł stosy rowe­rów.

Han­nah wes­tchnęła na myśl o takim mar­no­traw­stwie. Rze­komo metal i guma były potrzebne do celów wojen­nych, ale wszy­scy wie­dzieli, że to tylko kolejny pre­tekst wyko­rzy­sty­wany przez Niem­ców do stłam­sze­nia Holen­drów i ode­bra­nia im kolej­nego aspektu nie­za­leż­no­ści i wol­no­ści.

Cię­ża­rówka ruszyła i coś ze szczę­kiem ude­rzyło w bruk. Był to pedał, który odpadł od wysta­ją­cego poza pakę roweru. Han­nah instynk­tow­nie się po niego schy­liła. Scho­wała pedał do kie­szeni i poszła dalej.

Podzi­wiała nie­po­skro­mioną odwagę kro­ku­sów prze­dzie­ra­ją­cych się przez zmar­z­niętą glebę po obu stro­nach ścieżki. Koło jej drzwi stał czer­wono-nie­bie­ski dzba­nek na mleko zamie­niony w doniczkę dla żon­kili.

Wsu­nęła klucz do zamka i prze­kro­czyła próg. Przy­wi­tało ją wesołe i cie­płe wnę­trze domu. Wyło­żony boaze­rią hol poma­lo­wano na deli­katny odcień cytry­no­wej żółci, ręcz­nie malo­wane nie­bie­skie tale­rze zaj­mo­wały hono­rowe miej­sca na wyso­kich pół­kach. Gdy zamknęła za sobą drzwi, maho­niowy sto­jący zegar, który kró­lo­wał w holu, wybił melo­dyj­nymi, głę­bo­kimi tonami piątą, otu­la­jąc ją zna­jo­mym dźwię­kiem.

– Witaj, kocha­nie! – zawo­łała z salonu zmę­czo­nym gło­sem star­sza kobieta.

Han­nah zdjęła płaszcz i powie­siła na drew­nia­nym haczyku.

– Witaj, mamo – odpo­wie­działa śpiew­nie.

Zna­la­zła matkę sie­dzącą jak zwy­kle w fotelu i pochy­loną nad naj­now­szą robótką. Jej włosy podobne do puszy­stej bawełny ota­czały pomarsz­czoną twarz, na któ­rej teraz poja­wił się sze­roki uśmiech podobny do uśmie­chu córki. Unio­sła pełne zadumy nie­bie­skie oczy w tym samym co u Han­nah odcie­niu błę­kitu.

– Wciąż jest tak zimno – powie­działa, krę­cąc głową.

– Tak – zgo­dziła się Han­nah. Pod­nio­sła z pod­łogi gruby weł­niany szal i okryła nim ramiona matki, potem doło­żyła drewna do kominka.

– Dosta­łaś dzi­siaj coś nowego? – zapy­tała Clara; dostrze­gła paczkę, którą Han­nah poło­żyła na pod­ło­dze, zaj­mu­jąc się komin­kiem.

– Tak, mam coś dla cie­bie od pani Obe­ron.

Clara upu­ściła druty do dzier­ga­nia na kolana, a w jej oczach zabły­sło wycze­ki­wa­nie. Han­nah uwiel­biała, gdy matka była tak pod­eks­cy­to­wana.

– No – powie­działa Clara znie­cier­pli­wiona – zoba­czę wresz­cie, co to jest?

Han­nah prze­szła przez pokój i poło­żyła paczkę na wycią­gnię­tych dło­niach matki. Mimo że palce wykrę­cił jej artre­tyzm, jakimś cudem zdo­łała odwi­nąć papier w rekor­do­wym cza­sie. Kla­snęła z rado­ści.

– Zie­lona. Dosko­nale. Świet­nie się nada na nową czapkę dla Pie­tera, o ile uda mi się prze­ko­nać tego łobu­ziaka, żeby ją nosił!

Han­nah spoj­rzała na mięk­kie motki wełny, które Clara gła­dziła swymi zręcz­nymi mimo cho­roby dłońmi.

– Mamo – roze­śmiała się – czy w Holan­dii pozo­stały jakieś dzieci, które nie noszą two­ich wyro­bów?

Clara zachi­cho­tała, po czym wró­ciła do porzu­co­nej robótki.

– To mój oso­bi­sty akt oporu – wyznała. – Zamie­rzam zadbać, żeby wszyst­kim chłop­com w Holan­dii było cie­pło, skoro nie mogę zapew­nić im bez­pie­czeń­stwa.

Han­nah pokrę­ciła głową i poszła do kuchni posta­wić czaj­nik na piecu. Po powro­cie do salonu zoba­czyła, że matka zaci­ska dło­nie na porę­czy fotela.

– Muszę wstać, cał­kiem zesztyw­nia­łam – oznaj­miła. Odgo­niła córkę, która chciała jej pomóc, i powoli się pod­nio­sła. Tro­chę trwało, zanim się wypro­sto­wała, a jej pierw­sze kroki były nie­pewne. Potem, opie­ra­jąc się na lasce, sztywno pode­szła do okna.

– Jak było na uni­wer­sy­te­cie, kocha­nie?

Han­nah się zamy­śliła; zasta­na­wiała się, ile matce powie­dzieć.

– Wła­ści­wie po sta­remu – zde­cy­do­wała wresz­cie. – Mniej stu­den­tów, wię­cej zasad.

Clara odsu­nęła zasłony i wyj­rzała na zapa­da­jący zmierzch.

– Ludziom trudno oddy­chać, w powie­trzu tyle jest smutku. Cza­sami się cie­szę, że nie mogę wycho­dzić z domu. Nie wiem, czy zdo­ła­ła­bym to znieść. Gdy­bym kie­dy­kol­wiek wyszła, to zaraz pierw­szego dnia na pewno by mnie zamknęli za zdra­dza­nie tajem­nic Bry­tyj­czy­kom albo pobi­cie laską nie­miec­kiego żoł­nie­rza.

Han­nah uśmiech­nęła się, porząd­ku­jąc salon.

– Była­byś bez dwóch zdań naj­wspa­nial­szą sekretną bro­nią Amster­damu, mamo. Kto by się spo­dzie­wał, że bia­ło­włosa pani z robótką jest szpie­giem? Nie wąt­pię, że w poje­dynkę poko­na­ła­byś całą nie­miecką armię, gdy­byś miała taką oka­zję.

Clara zgo­dziła się z nią, macha­jąc laską. Pode­szła do dru­giej zasłony i zacią­gnęła ją.

Han­nah zdjęła czaj­nik z pieca i zalała her­batę, póź­niej odwi­nęła z brą­zo­wego papieru cienki kawa­łek mięsa i poło­żyła na tale­rzu razem z ciem­nym chle­bem i owo­cami. Gdy skoń­czyły jeść kola­cję przy kominku, Han­nah poszła do holu po pod­ziemną gazetę „Het Parool”, którą od jed­nego z wykła­dow­ców wzięła dla Clary. Szu­ka­jąc w kie­szeni płasz­cza ołówka, na wypa­dek gdyby matka chciała zazna­czyć dla niej arty­kuły, tra­fiła na pedał. Pod­nie­sie­nie go na ulicy było instynk­towne, jakby odbie­rała Niem­com coś, co nale­żało do niej. Kiedy jed­nak teraz mu się przy­glą­dała, do głowy wpa­dła jej pewna myśl.

– Idę do warsz­tatu taty! – zawo­łała przez ramię, gdy już podała gazetę Cla­rze, która przy­su­nęła się bli­żej kominka. Ta kiw­nęła głową, prze­bie­ga­jąc wzro­kiem po nagłów­kach.

Han­nah wło­żyła płaszcz i przez kuchenne drzwi wyszła na kamienną ścieżkę pro­wa­dzącą w głąb nie­wiel­kiego ogródka. Holen­der­skie domy z reguły nie miały tyl­nych ogród­ków, ale ich dom gra­ni­czył z małym lasem i ojcu udało się wyne­go­cjo­wać dodat­kowo zakup działki. Otwie­ra­jąc wiel­kie skrzy­dła drew­nia­nych drzwi, Han­nah prze­nio­sła się w cza­sie. Zapach oleju i kurzu witał ją, odkąd była małą dziew­czynką. Pocią­gnęła za łań­cu­szek lampy wiszą­cej tuż za pro­giem. Poje­dyn­cza żarówka zako­ły­sała się, ude­rza­jąc o łań­cu­szek, i oświe­tliła pomiesz­cze­nie. Do środka wle­ciała zabłą­kana ćma i skrzy­dłami musnęła żarówkę, powo­du­jąc cichy trzask. Han­nah się rozej­rzała i głę­boko zaczerp­nęła powie­trza. Jak zawsze, gdy tu wcho­dziła, oto­czyły ją wspo­mnie­nia i napeł­niły ogrom­nym podzi­wem. Oso­bo­wość ojca, wielka i domi­nu­jąca, na­dal była wyczu­walna, jakby wciąż zaj­mo­wał to miej­sce. Spoj­rzała na swoje dło­nie, po czym jeden po dru­gim roz­pro­sto­wała palce i popa­trzyła na pedał roweru.

Zasko­czyły ją łzy pły­nące po policz­kach. Czas, w któ­rym teraz żyli, ta wojna, tak na nią oddzia­ły­wał w połą­cze­niu ze wspo­mnie­niami o zmar­łych mężu i ojcu. Było tak, jakby jej uczu­cia wciąż kryły się tuż pod powierzch­nią.

Zamknęła oczy i wyobra­ziła sobie wielką jak niedź­wie­dzia łapa dłoń ojca odbie­ra­jącą od niej pedał, jego krza­cza­ste ciemne brwi marsz­czące się, gdy spo­gląda ponad opraw­kami oku­la­rów do czy­ta­nia na rzecz, którą mu przy­nio­sła. „Co dla mnie masz, Misiaczku?” – zapy­tałby swym głę­bo­kim gło­sem. Ostroż­nie ode­brałby od niej przed­miot i przyj­rzałby się mu uważ­nie, jakby to był skarb z odle­głej kra­iny. Nie­za­leż­nie od tego, jak mało istotny byłby ten pre­zent, ująłby obu­rącz jej dło­nie i powie­dział: „Dzię­kuję ci, kocha­nie”.

Han­nah wytarła łzy i pode­szła do warsz­tatu, któ­rego nikt nie uży­wał od śmierci ojca. Poło­żyła pedał obok jego ostat­niego pro­jektu, trój­ko­ło­wego rowerka dla dziecka z sąsied­niej ulicy.

Obcho­dząc szopę i spraw­dza­jąc, co w niej jest, zadrżała i moc­niej otu­liła się płasz­czem. Ojciec był entu­zja­stą rowe­rów. Na hakach wisiały łań­cu­chy i pozba­wione powie­trza dętki, w kącie wzno­sił się stos kół ze szpry­chami i skó­rza­nych sio­de­łek. Każde wolne miej­sce na ścia­nach zaj­mo­wały pożół­kłe pla­katy zapo­wia­da­jące imprezy kolar­skie i reklamy. Chwiejne ciem­no­zie­lone półki zapchane były pusz­kami z farbą, sma­rami i kle­jem do skóry.

Kiedy tak krą­żyła po warsz­ta­cie, zahip­no­ty­zo­wał ją jaskrawy pla­kat z męż­czy­zną z sumia­stymi wąsami, ubra­nym w ber­mudy i melo­nik, balan­su­ją­cego nie­bez­piecz­nie na bicy­klu. Czy­ta­jąc pod­pis pod reklamą: „Wła­śnie tego potrze­buje!”, wpa­dła na pomysł. Był eks­cy­tu­jący i momen­tal­nie nią zawład­nął.

Pode­szła do zaku­rzo­nej, ale upo­rząd­ko­wa­nej biblio­teczki i poszu­kała książki, o którą jej cho­dziło. Uśmie­cha­jąc się do sie­bie, wyjęła ją z półki i z satys­fak­cją oczy­ściła okładkę. Odwró­ciła się na pię­cie, wyszła z szopy i zga­siła świa­tło. Może jed­nak jest coś, dzięki czemu pora­dzi sobie z całym tym smut­kiem.

Rozdział czwarty

Naza­jutrz, w sobotę rano, Held wyszedł z domu, zamknął drzwi na klucz i ruszył do cen­trum Amster­damu. W każdy week­end spo­ty­kał się na lun­chu z Ingrid. Była jedyną córką jego zmar­łego brata Mar­cusa i czuł, że jest mu winien udział w życiu dziew­czyny. Już tak wiele prze­szła. W dzie­ciń­stwie stra­ciła oboje rodzi­ców, któ­rzy umarli na grypę, i było to dla niej dru­zgo­czą­cym cio­sem. Mający dobre zamiary krewni jej matki wysy­łali ją do dobrych szkół, ale w każ­dej sły­szeli, że nie cał­kiem tam pasuje, bo nie przy­kłada się do nauki i zupeł­nie nie dba o swoje wykształ­ce­nie. Z wiel­kim tru­dem nawią­zy­wała przy­jaź­nie i usi­ło­wała zna­leźć swoje miej­sce w świe­cie. Teraz, gdy miała dwa­dzie­ścia parę lat, całe to odrzu­ce­nie poskut­ko­wało oto­cze­niem się twardą sko­rupą. Mimo to Josef na­dal nie tra­cił nadziei, że pew­nego dnia dziew­czyna zmięk­nie, sta­nie się łagod­niej­szą osobą, bar­dziej podobną do jego kocha­nego spo­koj­nego brata.

Kiedy szedł Joden­bu­urt, prze­ko­nał się, że dzi­siaj rano kolejka do pie­karni jest długa. Przy­gnę­bione kobiety, oku­tane cia­sno chust­kami i sza­lami, ści­skały kur­czowo puste koszyki na zakupy i cicho roz­ma­wiały. Skrę­cił za róg i minął poczer­niały budy­nek, w któ­rym mie­ściła się koszerna jatka. Sklep zabito deskami po tym, jak został opusz­czony, a póź­niej pod­pa­lony. Na deskach wid­niało świeżo wyma­lo­wane czarną farbą słowo: „Juden”. Held wes­tchnął. Bra­ko­wało mu dobro­dusz­nego rzeź­nika, pana Wolffa. Był to potężny, szczę­śliwy czło­wiek z pier­sia­stą żoną i dwiema uro­czymi cór­kami. Pogwiz­dy­wał, gdy oddzie­lał spore kawałki woło­winy od kości, a potem kroił je zręcz­nie ostrymi nożami. Kładł na wiel­kiej wadze czer­wone mięso i zaba­wiał przy tym klien­tów, po raz kolejny opo­wia­da­jąc nowy kawał.

Held się zasta­na­wiał, gdzie jest teraz Wolff i jego rodzina. Usi­ło­wał nie myśleć o naj­gor­szym ani nie wie­rzyć krą­żą­cym pogło­skom. Wolał wyobra­żać sobie, jak ten sym­pa­tyczny czło­wiek opo­wiada dow­cipy nowym klien­tom w bez­piecz­nym miej­scu, które nazywa się Man­hat­tan albo może Cin­cin­nati.

Kiedy skrę­cił na Amstel­straat w kie­runku Café Schil­ler, dostrzegł, że brudne hałdy zlo­do­wa­cia­łego śniegu na pobo­czu w końcu zaczęły top­nieć. Tem­pe­ra­tura musiała się pod­nieść o kilka stopni, cho­ciaż gdy wypu­ścił powie­trze z płuc, chłód, który osiadł na jego policz­kach, zda­wał się temu prze­czyć.

Dotarł­szy pod nie­bie­sko-białą mar­kizę kawiarni, zaj­rzał przez okno do środka. Ingrid już była, sie­działa z papie­ro­sem unie­sio­nym wysoko w jed­nej dłoni, z uwo­dzi­ciel­sko zało­żo­nymi nogami, przez co jej spód­nica zadarła się na udzie bar­dziej, niż było to konieczne. Gęste blond włosy miała uło­żone w modne fale, a zbyt mocny maki­jaż spra­wiał, że wyróż­niała się na tle innych smut­nych nie­szczę­śli­wych gości.

Kiedy wszedł do środka, zerwała się i poca­ło­wała go w poli­czek.

– Wujek Josef! – Zaraz jed­nak posłała spoj­rze­nie dwóm nie­miec­kim żoł­nie­rzom, któ­rzy weszli za nim.

Held auto­ma­tycz­nie wyjął z kie­szeni kami­zelki czy­stą chu­s­teczkę, by wytrzeć ślad czer­wo­nej szminki; dobrze wie­dział, że ma go na policzku.

Usie­dli i Ingrid bez wstę­pów zaczęła opo­wia­dać o swoim życiu i nowej pracy, którą wła­śnie dostała. Czę­sto zmie­niała posady, ni­gdy nie potra­fiła ni­gdzie osiąść i jakimś cudem w każ­dym miej­scu zda­wała się draż­nić ludzi. Held słu­chał, tym­cza­sem posępna kobieta przy­nio­sła mu szklankę wody i jak zwy­kle kanapkę.

W oczy rzu­cał się entu­zjazm, który budziła w Ingrid nowa praca.

– Mam wła­sny gabi­net i wszy­scy, a zwłasz­cza major Hein­rich von Strauss, są dla mnie mili.

Held, który do tej pory słu­chał jed­nym uchem, prze­stał jeść. Kiedy Ingrid prze­rwała, żeby zacią­gnąć się papie­ro­sem, wyra­ził na głos swoją naj­gor­szą obawę.

– Ingrid, pra­cu­jesz dla… nich?

Wydmu­chała nie­bie­ski dym, po czym z obu­rze­niem odpo­wie­działa:

– Och, na litość boską. Już nie ma podziału na „my” i „oni”. I tylko mi nie mów, że słu­chasz tych wszyst­kich plo­tek. Jesteś pro­fe­so­rem, myśla­łam, że będziesz miał wię­cej roz­sądku. To zwy­kli ludzie, poza tym lubią Holen­drów, a my jeste­śmy tacy jak oni.

Nie­mieccy żoł­nie­rze, któ­rzy sie­dzieli przy sąsied­nim sto­liku, roze­śmiali się gło­śno i Held popra­wił się na krze­śle. Ingrid spoj­rzała na nich i posłała im pro­mienny uśmiech.

Pro­fe­sor dał sobie minutę na uspo­ko­je­nie. Spoj­rzał przez okno, gdzie młoda rodzina ze spusz­czo­nymi gło­wami – Żydzi, jak sądził – wyraź­nie dokła­dała sta­rań, by idąc powoli chod­ni­kiem, nie zwra­cać na sie­bie uwagi. Co Mar­cus powie­działby córce, gdyby żył? Held zda­wał sobie sprawę, że Ingrid ma silny cha­rak­ter i bywa bar­dzo uparta. Jeśli nie będzie ostrożny, popchnie ją w złym kie­runku, gdy spró­buje ją kon­tro­lo­wać. Zamknął oczy i w uszach zabrzmiał mu krzyk Żydówki z poprzed­niego dnia. Nie, musi coś powie­dzieć. Zni­ża­jąc głos i patrząc pro­sto na nią, głową wska­zał młodą rodzinę:

– Jak możesz się na to zga­dzać?

Dło­nią roz­pę­dziła dym przed twa­rzą.

– Wujku Jose­fie! Wszystko będzie dobrze! Myślę o wstą­pie­niu do par­tii. Jeśli wszy­scy będziemy robili to, co chcą, sprawy dobrze się ułożą. Hein­rich mi to powie­dział.

– Żydow­skie dzieci i mło­dzież nie mogą się uczyć.

– Hein­rich mówi, że mają wła­sne szkoły – odparła obron­nym tonem Ingrid.

Hel­dowi zabra­kło słów.

Ingrid napiła się her­baty i wydęła wargi. Długo mil­czeli, a potem, żeby prze­rwać nie­zręczną ciszę, dziew­czyna dodała zni­żo­nym gło­sem:

– Nie musimy się niczego oba­wiać. Ty nie musisz niczego się oba­wiać. Nie jesteś jed­nym z nich.

Held usi­ło­wał zro­zu­mieć sens jej wypo­wie­dzi.

– Nie jestem jed­nym z nich? – zapy­tał, kła­dąc nacisk na ostatni wyraz.

– Nasze pocho­dze­nie jest bez zarzutu! – W gło­sie Ingrid zabrzmiało znu­że­nie; mówiła tak, jakby miała przed sobą małe dziecko. – Mamy czy­stą krew! Nie jeste­śmy szkod­ni­kami.

Held nie potra­fił uwie­rzyć wła­snym uszom; tro­ska ustą­piła miej­sca gnie­wowi.

– Szkod­niki? Ludzie jak moja sąsiadka… dobra kobieta… nauczy­cielka gry na pia­ni­nie… Dla­czego ktoś miałby uwa­żać ją za szkod­nika?

Ingrid roz­gnio­tła papie­rosa w powy­gi­na­nej meta­lo­wej popiel­niczce i zain­te­re­so­wana, auto­ma­tycz­nie zapa­liła następ­nego.

– Jest Żydówką? I mieszka na two­jej ulicy? Zare­je­stro­wała się? Bo jeśli nie, to może pójść do wię­zie­nia albo i gorzej.

Held poczuł, że jego gniew nagle zamie­nia się w strach. Dłoń lekko mu drżała, gdy pod­no­sił szklankę z wodą do ust. Przez chwilę obser­wo­wał, jak zbłą­kana mucha siada na sto­liku mię­dzy nimi i pociera tylne odnóża, potem cicho powie­dział:

– Uczy muzyki dzieci z oko­licy. Cierpi na taką cho­robę, przez którą boi się wycho­dzić z domu, boi się zewnętrz­nego świata.

Ingrid z namy­słem zmarsz­czyła brwi.

– Mimo to już powinna zostać prze­nie­siona.

Held roz­pacz­li­wie pra­gnął zmie­nić temat.

– Nic o tym nie wiem.

Ingrid spoj­rzała na niego pro­tek­cjo­nal­nie.

– Bo dla­czego miał­byś wie­dzieć? – odparła. Widząc, że zwró­ciła uwagę nie­miec­kich żoł­nie­rzy, wydmu­chała dym w ich kie­runku, a jeden w rewanżu puścił jej oczko.

Held z nie­sma­kiem odsu­nął talerz z nie­do­je­dzoną kanapką. Było mu nie­do­brze i gorąco, miał wra­że­nie, że ściany kawiarni napie­rają na niego. Powi­nien powie­dzieć coś wię­cej o pani Epstein, ale nie miał poję­cia co. Mógłby oznaj­mić, że się pomy­lił, ale nie potra­fił kła­mać i Ingrid od razu by się zorien­to­wała, a poza tym nada­łoby to tej roz­mo­wie więk­sze zna­cze­nie. Spoj­rzał na nią czuj­nie: pochło­nął ją flirt z żoł­nie­rzami. Była lek­ko­myślna i praw­do­po­dob­nie zapo­mni, o czym mówili. Nie wąt­pił, że Ingrid nikomu nic nie powie. W końcu bez­względ­ność nie leżała w jej natu­rze. Była Holen­derką jak oni wszy­scy, może naiwną, ale nie okrutną.

Wstał.

– Muszę iść.

Ingrid spra­wiała wra­że­nie, jakby jej ulżyło, i uśmiech­nęła się w spo­sób, który miał go udo­bru­chać.

– Och, wujku Jose­fie! Żałuję, że po śmierci cioci Sarah nie zna­la­złeś nikogo, kto by o cie­bie zadbał. Pamię­taj, chodź z pochy­loną głową, jak zawsze to robisz, i nie trać dobrego humoru. Myślę, że jeśli dasz mu szansę, polu­bisz nowy Amster­dam.

Held poło­żył pie­nią­dze na stole. Żar krą­żący w jego żyłach spra­wił, że usta miał wyschnięte na wiór, a płaszcz wydał mu się nie­zwy­kle ciężki.

Ingrid zerwała się z krze­sła i poca­ło­wała go w poli­czek; znowu zosta­wiła jaskra­wo­czer­wony ślad, bo zachi­cho­tała.

– Lepiej to zmyję, ina­czej ktoś pomy­śli, że masz dziew­czynę! – Wzięła ser­wetkę, pośli­niła ją i zaczęła trzeć. Held poczuł wielki dys­kom­fort, mimo to stał jak wryty, głę­boko wstrzą­śnięty i zgor­szony ich roz­mową.

W końcu wró­ciła mu zdol­ność ruchu i powoli wyszedł na ulicę. Zimno nie spra­wiło mu ulgi. Obej­rzał się na Ingrid. Powi­nien do niej pójść, poroz­ma­wiać z nią poważ­nie. Zanim jed­nak zdą­żył swój zamiar wpro­wa­dzić w czyn, ona się prze­sia­dła do sto­lika Niem­ców i otwar­cie z nimi flir­to­wała.

Poszedł do domu, owład­nięty mdlącą tro­ską. Tyle wokół było zła. Czy to moż­liwe, że zbli­żyło się też do progu jego domu? Myślał o Ingrid, prze­ra­żo­nej dziew­czynce, która odwie­dziła go nie­długo po śmierci swo­jej matki. W pro­stej sukience w nie­bie­ską kratę i brą­zo­wym swe­terku z dziurą na łok­ciu tuliła do piersi lalkę w jego kuchni, szu­ka­jąc boha­tera. On jed­nak nie był przy­go­to­wany na zaopie­ko­wa­nie się małym dziec­kiem, wciąż opła­ki­wał śmierć Sarah. Bar­dzo się ucie­szył, kiedy wkro­czyli inni krewni i zabrali ją. Ból wła­snego smutku był tym bar­dziej nie do znie­sie­nia, kiedy odbi­jał się w żalu w oczach dziecka. Held pamię­tał, jak trzy­mał jej małą rączkę, zanim wsia­dła do pociągu, który odwo­ził ją do krew­nych. Gdy poma­chała mu na poże­gna­nie przez okno prze­działu, zasta­na­wiał się, kto teraz zace­ruje dziurę w swe­terku.

A jeśli ją zawiódł, oka­zu­jąc cał­ko­witą nie­zdol­ność do roz­to­cze­nia opieki nad nią? I to jego winą była ta ogromna luka w jej wnę­trzu, którą mogła zapeł­nić jedy­nie złem czy­ha­ją­cym na każ­dym kroku? Czy tak to się zaczęło, utratą złu­dzeń przez jedną duszę, łatwy cel dla zła przy­by­wa­ją­cego w prze­bra­niu przy­na­leż­no­ści do elity?

Skrę­cił na swoją ulicę i przy­śpie­szył kroku. Musiał wró­cić do sie­bie, nabrać powie­trza w płuca, poczuć się znowu bez­piecz­nie.

Wszedł do domu, zdjął płaszcz i poszedł pro­sto do kuchni. Igno­ru­jąc bła­galne pomiau­ki­wa­nia Kata, otwo­rzył wiel­kie drew­niane okien­nice. Lodo­wate powie­trze zawi­ro­wało i wypeł­niło całe pomiesz­cze­nie. Held stał z zamknię­tymi oczami, roz­pacz­li­wie łak­nąc ulgi. Gdy zimno wresz­cie przedarło się przez gruby mate­riał spodni, dotarło do kości i uspo­ko­iło wewnętrzny dygot, zaczął myśleć jasno.

Poroz­ma­wia z Ingrid. Ona go wysłu­cha. W końcu jest jej wuj­kiem. Wyja­śni jej nie­bez­pie­czeń­stwo w naj­prost­szych sło­wach. Sprawi, że dziew­czy­nie wróci roz­są­dek. Musi to zro­bić. Biedna Ingrid, pro­sta i łatwo­wierna. Pra­gnęła jedy­nie, by ją kochano. Nic dziw­nego, że zwie­dli ją przy­stojni ofi­ce­ro­wie w błysz­czą­cych butach, szer­mu­jący poły­skliwą pro­pa­gandą. Była łatwą zdo­by­czą dla zła.

Powiew mroź­nego powie­trza prze­szedł przez kuch­nię, uno­sząc rogi na sto­sie stu­denc­kich prac uło­żo­nym na stole. Zmierz­wił włosy Helda, spra­wił, że męż­czy­zna zadrżał. A potem pani Epstein zaczęła grać. Zna­joma obec­ność muzyki uspo­ko­iła go, był jak dziecko, które sły­szy ulu­bioną koły­sankę. Otwo­rzył oczy pełne łez wywo­ła­nych pięk­nem melo­dii wypeł­nia­ją­cej jego kuch­nię i dają­cej mu nadzieję. Pani Epstein ćwi­czyła ją od tygo­dni, Held nie znał tego utworu, ale był kojący i liryczny, koły­sał go i pocie­szał. Zalała go fala pew­no­ści. Wszystko będzie dobrze, musi być.

Nagle ostre pazury prze­biły się przez wełnę jego spodni i musiał się uśmiech­nąć do wycze­ku­ją­cego, mru­czą­cego sza­rego łebka. Schy­lił się i pod­niósł Kata.

– Chyba jesteś głodny, przy­ja­cielu.

Zaczął się krzą­tać po kuchni, a muzyka prze­nio­sła jego duszę z nocy w dzień, z bez­na­dziei w poczu­cie siły. Nało­żył jedze­nie do kociej miski i zro­bił sobie her­batę. Kiedy pani Epstein grała Beetho­vena, sie­dział już wygod­nie w fotelu pod oknem, oto­czony łagod­nymi dźwię­kami. Znowu zamknął oczy, a w jego sercu i zmy­słach zapa­no­wał spo­kój.

Rozdział piąty

Pro­fe­sor Held wodził wzro­kiem po sali. Tak wiele pustych miejsc. Dla­czego zda­niem nazi­stów aż tylu ludzi trzeba wyklu­czyć? Pomy­ślał o czę­ści z tych stu­den­tów, któ­rzy znik­nęli, to byli spo­kojni, myślący mło­dzi ludzie, któ­rzy jedy­nie pra­gnęli się uczyć. Jakąż to groźbę dla Trze­ciej Rze­szy sta­no­wił ktoś, kto chciał zro­zu­mieć pod­stawy rachunku róż­nicz­ko­wego? Jakie okropne ryzyko nio­sła dla świata młoda osoba umie­jąca doda­wać i odej­mo­wać?

Pomy­ślał o Micha­elu Blu­mie. Otwo­rzył szu­fladę biurka i wyjął pracę Micha­ela, sta­ran­nie ją wygła­dził i zadu­mał się nad zapi­sa­nym tam wier­szem o potęż­nym zwie­rzę­ciu wię­zio­nym za kra­tami. W tam­tej chwili coś w sło­wach Ril­kego trą­ciło strunę w jego duszy – sam przez wiele lat czuł się zamknięty we wła­snej emo­cjo­nal­nej klatce i poczuł, że rozu­mie cier­pie­nia pan­tery przed­sta­wione przez poetę.

Odło­żył arkusz na miej­sce wcze­śniej zaj­mo­wane przez tom poezji i zamknął szu­fladę. W grun­cie rze­czy nie wie­dział, dla­czego zacho­wał tę pracę. Może z jakiejś mgli­stej nadziei na satys­fak­cję, którą poczuje, wrę­cza­jąc ją stu­den­towi, kiedy to wszystko się skoń­czy, kiedy wróci nor­mal­ność i zada­nia będą mogły być roz­wią­zane. Pocią­gała go ta myśl, ta moż­li­wość upo­rząd­ko­wa­nia rze­czy we wła­snym świe­cie. Zdjął oku­lary, potarł oczy i sta­ran­nie znowu wło­żył szkła. Odchrząk­nął.

– Koniec zajęć.

Sala opu­sto­szała, zapa­dła cisza. Kiedy roz­le­gło się ciche puka­nie, pomy­ślał, że pew­nie któ­ryś ze stu­den­tów zapo­mniał pod­ręcz­nika albo ołówka, ale ku jego zasko­cze­niu w progu sta­nęła Han­nah Pen­der. Gestem zapro­sił ją do środka.

Weszła do sali, a jego po raz kolejny ude­rzyła uroda tej kobiety, ciemne włosy nie­dawno przy­cięte do mod­nej krót­szej dłu­go­ści i pod­kre­śla­jące śliczne błę­kitne oczy. Zauro­czył go ich kolor i uświa­do­mił sobie, że od bar­dzo dawna nie patrzył żad­nej kobie­cie w oczy. Z sza­cun­kiem wstał na jej powi­ta­nie i znowu poczuł ten zapach. Bez, teraz był tego pewien.

– Pro­fe­so­rze.

– Pani Pen­der. – Stwier­dził, że jego głos brzmi dziw­nie, nie­mal piskli­wie. Kaszl­nął, by go oczy­ścić i ukryć wła­sne zmie­sza­nie.

Przez kilka sekund się wahała, jakby ważyła słowa, wresz­cie powie­działa:

– Jak sądzę, ma pan radio­od­bior­nik.

Wypro­sto­wał się.

– Ow­szem, a o co cho­dzi?

Han­nah ze spusz­czo­nym wzro­kiem prze­nio­sła cię­żar ciała z nogi na nogę.

– Musimy zebrać wszyst­kie radio­od­bior­niki.

Held na sekundę zanie­mó­wił.

– Musi­cie? – zapy­tał w końcu.

– Roz­kaz Trze­ciej Rze­szy.

Held nie odry­wał od niej oczu.

– Dla­czego moje radio jest im potrzebne?

Han­nah ner­wo­wym gestem wygła­dziła spód­nicę. Nastą­piła pełna napię­cia chwila, gdy spoj­rzeli na sie­bie. Held usi­ło­wał prze­tra­wić infor­ma­cję, a także skutki rezy­gna­cji z cze­goś, co tak bar­dzo sobie cenił. Zauwa­żył, że Han­nah spra­wia wra­że­nie rów­nie smut­nej, że musi go o to pro­sić – a może tylko udaje.

– Tak mi przy­kro – powie­działa.

Held powoli ruszył przez salę. Dło­nie mu drżały, gdy szu­kał klu­cza, nie tylko z powodu jej prośby, ale też samego spo­tka­nia z nią; napo­mniał się w myśląch, że jest mężatką.

Prze­krę­ca­jąc klucz w zamku, poczuł przy­gnę­bie­nie. Aż do teraz otwie­ra­nie tych drzwi zawsze poprze­dzało rado­sne wycze­ki­wa­nie. Wyjął ze środka radio. Nio­sąc je przez salę, czuł zapach pole­ro­wa­nego drewna. Wrę­czył odbior­nik Han­nah.

Ich dło­nie musnęły się przy tym prze­lot­nie i Held usi­ło­wał o tym nie myśleć, słu­cha­jąc, jak Han­nah znowu prze­pra­sza.

– Wiem, ile radio dla pana zna­czy.

Pokrę­cił głową, nie­zdolny wykrztu­sić słowa. Nie chciał dopu­ścić do sie­bie bólu wywo­ła­nego stratą, a rów­no­cze­śnie z rów­no­wagi wytrą­ciła go mięk­kość jej skóry i to, jak bar­dzo jest świa­domy jej obec­no­ści.

Śpiesz­nym kro­kiem pod­szedł do biurka i usiadł, uda­jąc, że jest zajęty oce­nia­niem prac.

Han­nah naj­wy­raź­niej chciała coś powie­dzieć, ale zabra­kło jej słów. Wier­ciła się ner­wowo, aro­mat wio­sen­nych kwia­tów wypeł­nił całą jego prze­strzeń. Uniósł wzrok, uśmiech­nęła się do niego pokrze­pia­jąco. Wyglą­dało na to, że chciała coś dodać, ale z jakie­goś powodu nie miała odwagi. Znowu spu­ścił wzrok i doło­żył sta­rań, by całą uwagę sku­pić na biurku, gdy stała tak dłu­żej, niż było to konieczne, nim wresz­cie wyszła. Held ode­tchnął z ulgą.

Wra­ca­jąc wie­czo­rem do domu, kupił wraz z innymi pro­duk­tami butelkę wina. Roz­my­ślał o minio­nym dniu. Strata była dotkliwa. Zda­wał sobie sprawę, że to tylko radio­od­bior­nik, rzecz, przed­miot, ale cho­dziło o to, czym dla niego ów przed­miot był. Czy nazi­ści już nie ode­brali im tak wiele? Mia­sto, spo­sób życia, nadzieję. Dla­czego kolejna rzecz była tak ważna? Prze­cież już zostali poko­nani i obra­bo­wani. Jaki sens zabie­rać jesz­cze wię­cej? I co zro­bią z jego radiem? Poczuł nie­chęć, gdy sobie wyobra­ził, jak zaj­muje ono hono­rowe miej­sce w domu jakie­goś nazi­sty albo, co gor­sza, zbiera kurz na półce w maga­zy­nie. Jaką szkodę mógł wyrzą­dzić Niem­com pro­fe­sor mate­ma­tyki z radiem nasta­wio­nym na sta­cję nada­jącą muzykę kla­syczną?

Gdy skrę­cił na swoją ulicę, pod­szedł do niego nie­miecki żoł­nierz i popro­sił o doku­menty. Przez myśl prze­bie­gło mu pyta­nie, czy żoł­nierz czyta mu w myśląch, wyczuwa gniew, który w tej chwili obu­dził w nim mun­dur. Ale zmę­czony męż­czy­zna po pro­stu spraw­dził papiery, pod­czas gdy Held cze­kał, mając dość tego dnia. Pra­gnął zna­leźć się w domu. Żoł­nierz go zwol­nił, pro­fe­sor ruszył do swo­ich drzwi, myśląc o winie w tor­bie z zaku­pami. Nie pił czę­sto, zde­cy­do­wał jed­nak, że dzi­siaj wie­czo­rem potrze­buje kie­liszka lub dwóch.

Kiedy nie­zgrab­nie wkła­dał klucz do zamka, usły­szał dobie­ga­jący z bli­ska prze­ni­kliwy krzyk. Okrę­cił się szybko na pię­cie, ale nic nie zoba­czył. Po chwili jed­nak przez żywo­płot przedarła się jego sąsiadka pani Epstein z pli­kiem papie­rów przy­ci­śnię­tych do piersi. Wyraz paniki w jej oczach prze­ra­żał. Wbie­gła po scho­dach ku Hel­dowi i całym cia­łem rzu­ciła się na niego, wolną dło­nią szu­ka­jąc jego ręki. Held zastygł, zdjęty grozą. Bała się otwar­tej prze­strzeni, ni­gdy dotąd nie widział jej na ulicy i zda­wał sobie sprawę, że sytu­acja musiała być roz­pacz­liwa, skoro opu­ściła bez­pie­czeń­stwo swego domu.

Gorącz­ko­wym ruchem zła­pała go za klapę płasz­cza i szarp­nęła ku sobie tak mocno, że poty­ka­jąc się, musiał zejść dwa stop­nie niżej. Zbli­żyła swoją twarz do jego twa­rzy.

– Pomóż mi, pro­szę! – krzyk­nęła prze­raź­li­wie. – Bła­gam, pomóż!

Zanim zdą­żył odpo­wie­dzieć, ktoś koło niej był. To stało się tak szybko, że kiedy po wie­le­kroć odtwa­rzał to zda­rze­nie, wciąż było burz­li­wym cha­osem noc­nego kosz­maru, poszar­pa­nym, obłą­ka­nym wspo­mnie­niem. Ramię okryte szarą tka­niną mun­duru wokół jej szyi, dłoń w czar­nej skó­rza­nej ręka­wiczce. Jej prze­peł­nione paniką oczy wpa­tru­jące się w niego bła­gal­nie jak u zroz­pa­czo­nej ofiary zła­pa­nej przez żąd­nego krwi dra­pieżcę. Krzyk, prze­raź­liwy i cią­gły, roz­dzie­ra­jący raz po raz jego świat.

I w końcu jej gorącz­kowe słowa, które pozo­staną z nim na zawsze: „Nie, puść­cie mnie, pro­szę, puść­cie mnie”.

A potem ostat­nie bru­talne szarp­nię­cie, odry­wa­jące jej białe palce zaci­śnięte na jego płasz­czu. Miała wyraz oszo­ło­mio­nej bez­na­dziei na twa­rzy, gdy wle­czono ją z powro­tem przez żywo­płot. Ostatni obraz jej postaci to błę­kitna smuga weł­nia­nej spód­nicy i jeden czarny but pozo­sta­wiony na ścieżce. Tuż za zaro­ślami roz­legł się trzask wystrzału, potem nastą­piła ogłu­sza­jąca cisza. Z tym jed­nym ostrym dźwię­kiem świat Helda się roz­padł.

Nie był świa­domy torby wysu­wa­ją­cej się z dłoni, nie sły­szał, jak butelka się roz­bija, nie widział wina wyle­wa­ją­cego się na stop­nie. Pojął póź­niej, że musiał mieć zamknięte oczy, bo kiedy znowu je otwo­rzył, niebo wypeł­niały trze­po­czące białe arku­sze papieru. Na jego głowę nuty padały niczym deszcz. Pamię­tał, że myślał, jak hip­no­ty­zu­jące to było, niczym płatki bia­łych róż poru­szane potęż­nym wia­trem. Patrzył oszo­ło­miony, nie­wia­ry­godny kosz­mar na moment ustą­pił, pozwa­la­jąc mu zako­twi­czyć się w pięk­nie, na uła­mek sekundy umoż­li­wia­jąc drob­nemu frag­men­towi cze­goś wspa­nia­łego wsu­nąć się w szcze­liny dru­zgo­czą­cej świa­do­mo­ści i kwa­śnego odoru pro­chu wiszą­cego ciężko w powie­trzu.

Poprzez zamieć kar­tek zoba­czył zbli­ża­ją­cych się ku niemu nie­miec­kich żoł­nie­rzy. W chwili śle­pej paniki był prze­ko­nany, że teraz jego kolej.

Nie potra­fił się poru­szyć, nogi miał jak zace­men­to­wane. Siłą woli pró­bo­wał nakło­nić je do dzia­ła­nia. Spu­ścił wzrok na swoje stopy. Buty pokry­wała czer­wona ciecz. To było wino czy krew?

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

1. Anne Frank, Dzien­nik, przeł. Ali­cja Oczko. Znak, Kra­ków 2015. [wróć]

2. Przeł. Adam Pomor­ski. [wróć]

3. Rainer Maria Rilke, Poezje, przeł. Mie­czy­sław Jastrun, Wydaw­nic­two Lite­rac­kie, Kra­ków 1974. [wróć]