When We Were Young - Angelika Kołodziej - ebook
NOWOŚĆ

When We Were Young ebook

Angelika Kołodziej

5,0

81 osób interesuje się tą książką

Opis

Prequel powieści „In Another Life”. Historia losów Marianne Coleman i Williama Clintona. 

 

Marianne to pesymistyczna nastolatka pochodząca z ubogiego, ale szczęśliwego domu. William stanowi jej przeciwieństwo – wywodzi się z bogatej rodziny, jest w stałym konflikcie z ojcem, a mimo to w każdej sytuacji potrafi odnaleźć pozytywy.

 

Chłopak jest zakochany w Marianne i próbuje zwrócić na siebie jej uwagę, ale ona odrzuca wszystkie jego starania. Sytuacja ulega zmianie, gdy tata dziewczyny ulega wypadkowi, przez co staje się niezdolny do pracy. Na pomoc przychodzi William i przez parę następnych miesięcy pomaga panu Colemanowi w porcie, dzięki czemu dziewczyna zaczyna odkrywać w nim coś wartego uwagi.

 

Między Williamem i Marianne pojawia się nić porozumienia, ale na drodze staje im ojciec chłopaka. 

Czy jedna sprzeczka przekreśli szansę na szczęście?

 

Książka zawiera treści nieodpowiednie dla osób poniżej szesnastego roku życia.                                               Opis pochodzi od Wydawcy.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 466

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
5,0 (2 oceny)
2
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
martapompa83

Nie oderwiesz się od lektury

Piękna książka i wzruszająca
00
Zmorkatoja

Nie oderwiesz się od lektury

JEZU TO JEST TAK ŚWIETNA KSIĄŻKA 🥹🥹 kocham marienne i możliwość przeczytania jej historii jest wspaniała
00



Copyright © for the text by Angelika Kołodziej

Copyright © for this edition by Wydawnictwo NieZwykłe, Oświęcim 2026

All rights reserved • Wszystkie prawa zastrzeżone

Redakcja: Alicja Chybińska

Korekta: Katarzyna Dziedzicka, Kamila Grotowska, Iwona Wieczorek-Bartkowiak

Skład i łamanie: Paulina Romanek

Oprawa graficzna książki: Paulina Klimek

ISBN 978-83-8418-581-0 • Wydawnictwo NieZwykłe • Oświęcim 2026

Grupa Wydawnicza Dariusz Marszałek

Fragment

Od Autorki

Akt 1

Dla dziewczyny, która pisze o mnie w swoim pamiętniku

Prolog

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Akt 2

Dla dziewczyny, która odważyła się kochać

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Rozdział 16

Rozdział 17

Rozdział 18

Rozdział 19

Rozdział 20

Rozdział 21

Rozdział 22

Rozdział 23

Rozdział 24

Rozdział 25

Rozdział 26

Rozdział 27

Rozdział 28

Rozdział 29

Rozdział 30

Rozdział 31

Rozdział 32

Rozdział 33

Rozdział 34

Akt 3

Dla dziewczyny, która nadała imię mojemu sercu

Rozdział 35

Rozdział 36

Rozdział 37

Rozdział 38

Rozdział 39

Rozdział 40

Rozdział 41

Rozdział 42

Rozdział 43

Rozdział 44

Rozdział 45

Rozdział 46

Rozdział 47

Epilog

Podziękowania

Przypisy

Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.

Dla Lavender i Forresta – za to, że uczynili coś, czego Marianne i William nigdy nie zdołali

OD AUTORKI

When We Were Young to prequel, książka opisująca wydarzenia mające miejsce przed akcją In Another Life. To opowieść o Marianne (znanej już czytelnikom jako pani Fisher) i Williamie. Powieści można czytać w dowolnej kolejności, a do pełnego zrozumienia When We Were Young nie jest potrzebna znajomość jakiejkolwiek innej mojej historii.

Seabrook – miejscowość zamieszkiwana przez głównych bohaterów – zostało przeze mnie wymyślone, a jeśli gdzieś na świecie istnieje miejsce o takiej nazwie, to to ukazane w tej książce nie ma z nim nic wspólnego.

Akt 1

I’ve loved you from the moment I saw you1

DLA DZIEWCZYNY, KTÓRA PISZE O MNIE W SWOIM PAMIĘTNIKU

PLAYLISTA

Big Thief – Velvet Ring

Phoebe Bridgers – Waiting Room

Gigi Perez – Please Be Rude

The Goo Goo Dolls – Iris

Mac DeMarco – My Kind of Woman

Alphaville – Forever Young

The Rare Occasions – Notion

Pinegrove – Alaska

Neutral Milk Hotel – In the Aeroplane Over the Sea

Jome – Cinnamon

Pinegrove – Size of the Moon

Briston Maroney – June

Yoke Lore – Beige

Fleet Foxes – Mykonos

Foxing – The Medic

Lady Lamb – Dear Arkansas Daughter

The Backseat Lovers – Snowbank Blues

The Beatles – Yesterday

PROLOG

Najdroższa Marianne,

gdy mnie poznałaś, wydawało Ci się, że jestem pozbawionym trosk chłopakiem z głupkowatym uśmiechem na stałe przyklejonym do twarzy. I choć wiem, że nie lubisz, gdy ktoś wytyka Ci błędy, nie miałaś racji.

Byłem taki wówczas dzięki Tobie.

Dziś mija dwadzieścia lat od chwili, gdy zobaczyłem Cię po raz pierwszy, ale nadal doskonale pamiętam tamten dzień, każdą jego sekundę.

Dostrzegłem Cię na pomoście. Twoje włosy wyglądały jak czekolada, a skóra mieniła się złotem. Twój uśmiech, choć niedoskonały i nie do końca szczery, gwałtownie rozjaśnił pustkę w moim sercu.

To przypominało uderzenie pioruna. W jednej chwili stałem Ci się całkowicie oddany. Już wtedy obiecałem sobie, że pewnego dnia sprawię, że ten uśmiech okaże się szerszy i pełniejszy życia.

Przepraszam, że mimo usilnych starań nigdy nie udało mi się tego dokonać.

Mimo upływu lat nie potrafię wyrzucić Cię z pamięci. Życie toczy się dalej, każdy dzień niesie nowe wyzwania i możliwości. Wszystko wydaje się zupełnie normalne, ale nic ani nikt nie potrafi Cię zastąpić. Twoją nieobecność odczuwam jak brak jednej kończyny. Jestem niezdolny do życia, odkąd za pomocą paru drastycznych słów sprawiłaś, że wszystkie nasze plany i marzenia zostały wdeptane w ziemię.

Tak bardzo żałuję. Żałuję, że nie walczyłem wystarczająco mocno. Zarzucam sobie tak wiele. Tak wiele rzeczy, moja Kochana.

Pragnę wierzyć, że pewnego dnia ujrzę Cię w progu moich drzwi. Że znów postanowisz wywrócić moje życie do góry nogami.

Nie miałbym nic przeciwko. Naprawdę.

Jestem gotów kochać Cię o każdej porze dnia i nocy, bez względu na to, ile lat przyjdzie mi na Ciebie czekać. Pocieszam się myślą, że to nie koniec, nawet jeśli wiem, że prawda wygląda inaczej.

Prawdopodobnie nigdy nie wyślę tego listu, ale żywię nadzieję, że wiesz.

Wiesz, że moje serce nadal nosi Twoje imię.

Bo naznaczyłaś je, gdy byliśmy jeszcze młodzi.

Oddany Tobie na wieki

William

ROZDZIAŁ 1

Marianne

Gdybym miała wskazać swój osobisty koszmar, bez wahania skierowałabym palec na Williama Clintona – beznadziejnie, wręcz katastrofalnie optymistycznego gnojka.

No dobra, wcale nie był aż takim gnojkiem. Większość ludzi go uwielbiała. Z racjonalnego punktu widzenia, niezmąconego przez tkwiącą głęboko we mnie niechęć, wiedziałam, że wcale się co do niego nie mylili. To dobry chłopak. O takich jak on pisało się w lokalnych magazynach tuż pod wyrażającymi podziw nagłówkami. Był ambitny, życzliwy i całkiem zabawny.

Tyle że – jak dla mnie – trochę zbyt wesoły.

I głośny.

I cwany.

Boże, gardziłam cwaniaczkami.

Poza tym, odkąd mniej więcej rok temu zepchnęłam go z pomostu do morza, udawał, że jest we mnie zakochany.

I…

Biała piłka do gry w siatkówkę chyba po raz setny w ciągu minionej godziny wylądowała niebezpiecznie blisko koca z pętelkowej bawełny, na którym siedziałam z przyjaciółkami, sprawiając, że chmura piachu okryła nasze stopy. Bethany i Sophia posłały sobie rozbawione spojrzenia, a po chwili zaniosły się gromkim śmiechem. Na ten dźwięk aż ścisnęło mnie w dołku.

– To nie jest zabawne – burknęłam. – Mogła trafić jedną z nas w głowę.

– Mylisz się – odparła Soph, a jej brązowe włosy związane w wysoki kucyk się zakołysały, gdy zaprzeczyła.

– Mylę się? – Spiorunowałam ją ostrym, karcącym spojrzeniem.

– Tak, mylisz się. Will robi to specjalnie, a on w życiu nie uderzyłby nikogo w głowę. Zwłaszcza ciebie.

Zwłaszcza mnie. Jasne.

Wydałam z siebie jęk pod tytułem: „Błagam, nawet nie zaczynajcie tego tematu”, ale dziewczyny pozostawały nieugięte.

– Macha do ciebie – wtrąciła po chwili. – Matko, jakie to słodkie… – z jej ust uciekło rozmarzone westchnienie, jakby zaczytywała się właśnie w jakimś niezwykle uroczym romansie.

– To przez to słońce. – Chwyciłam czysty ręcznik i zdzieliłam ją nim po ramieniu. – Wyżera ci mózg.

– Auć, Marianne! – pisnęła. – Słońce nie może wyżreć mózgu!

– No to najwyraźniej twój jest jakiś specjalny, bo gadasz niezłe głupoty.

Naprawdę uwielbiałam te dziewczyny, uważałam je za świetne przyjaciółki, ale obie zatraciły się w idei romantyzmu i ślepo wierzyły w szczerość zalotów Williama. Nie dostrzegały tego, co mnie wydawało się oczywiste: że w jego oczach to wszystko pozostawało jedynie zabawą, ucieczką od uporządkowanej codzienności. Ja nie dałam się zwieść i nie zamierzałam tego zmieniać, choćby rzucał w moją stronę piłką po kres czasu.

Kto w ogóle próbuje zwrócić na siebie uwagę dziewczyny w taki sposób? Jezu.

– Obawiam się, że jeśli mu nie odmachasz, to on tu podejdzie. I to zaraz – spostrzegła Beth.

Ona w odróżnieniu od Sophii myślała nieco trzeźwiej. Potrafiła zachować równowagę między naiwną wiarą w prawdziwą miłość a realiami naszego świata. Byłam jej za to szalenie wdzięczna. Dzięki niej nie czułam się jak totalna ponuraczka.

– Dobrze! Nie odmachuj mu. Nie odmachuj, Mari, słyszysz?! – Soph prawie się na mnie rzuciła, gestykulując jak szalona.

Z trudem odtrąciłam jej latające mi przed oczami ręce, a potem niechętnie zerknęłam w stronę Clintona.

W przeciwieństwie do swoich równie obrzydliwie idealnych przyjaciół nie angażował się w rozgrywkę. Nie, bo pozostawał zbyt zajęty gapieniem się na mnie, szczerzeniem od ucha do ucha jak skończony idiota i machaniem łapą w powietrzu, jakby chciał wywołać tornado.

Moje usta wykrzywił skwaszony grymas. Nie zamierzałam mu odmachiwać. To jak otwieranie drzwi przed diabłem i zapraszanie go do środka na herbatę i ciasteczka. Zamiast tego zmierzyłam go surowym spojrzeniem, licząc, że ten jeden raz pojmie przekaz i po prostu da sobie spokój.

Że da sobie wreszcie spokójze mną.

Nie miałam ochoty przebywać w pobliżu tego chłopaka, ale on snuł się za mną jak drugi cień. Dokądkolwiek poszłam, on też się tam pojawiał. Nawet dziś, gdy chciałam wykorzystać ostatnie dni wakacji, by spokojnie posiedzieć na plaży z przyjaciółkami, musiał też tu przyleźć. To strasznie wkurzające, że stale przypominał mi o swoim istnieniu.

– Wiesz co? Jesteście siebie warci – syknęłam. – Tak samo szaleni.

– Oj, no weź. Co on ci takiego zrobił? Jest miły i naprawdę mu na tobie zależy…

– On mnie nie zna – zaznaczyłam. – Uroił sobie coś na mój temat i postanowił latać za mną jak pies z wywieszonym jęzorem, ale to mu się w końcu znudzi.

– No nie wiem. Trwa w tym już od roku.

– A zachowujecie się tak, jakby robił do mnie maślane oczy od paru dekad – sarknęłam.

– Niektórzy chłopcy w jego wieku poddają się po tygodniu, Mari.

– To prawda – poparła ją Beth. – Kevin z trzeciego roku zwyzywał mnie, bo nie zgodziłam się pójść z nim na potańcówkę. A zaproponował to tylko dwa razy. To okropne.

– Więc powinnam wpaść Clintonowi w ramiona wyłącznie dlatego, że mnie śledzi i rzuca w moją stronę piłką? Nie macie zbyt wysokich standardów? – skomentowałam z przekąsem, kręcąc głową z niedowierzaniem. Potem wyciągnęłam się na plecach i zakryłam oczy przedramieniem. – Wielkie dzięki. Nie potrzebuję…

– O Boże, ty nic nie rozumiesz!

Zbyłam Sophię milczeniem, żywiąc nadzieję, że brak reakcji zagwarantuje mi chwilowy spokój.

Piasek między moimi palcami wydawał się gorący jak wnętrze pieca, a w powietrzu unosił się zapach frytek z octem pochodzący z pobliskiej budki na molo. Skupiłam się na tych doznaniach, by nie myśleć więcej o Clintonie.

– Mari.

– Nie. Skończyłam ten temat – wycedziłam.

– Ale on tu idzie.

Wydałam zduszony okrzyk.

– Ani chwili wytchnienia od tego nadętego…

– Cześć, Marianne. – Głos Williama przypominał oblanie rozgrzanej skóry lodowatą wodą.

– Zasłaniasz mi słońce, Clinton.

– Machałem do ciebie. Widziałaś? Raczej nie. Musiałaś to przeoczyć, bo inaczej przecież byś mi odmachała, prawda? – trajkotał tym wkurzająco wesołym tonem.

Nadal leżałam z zamkniętymi oczami, wyobrażając sobie, że tak naprawdę znajduję się w zupełnie innym miejscu, w innym wszechświecie – najlepiej tam, gdzie William Clinton nie istnieje.

– Jestem prawie pewna, że widziałeś, w jaki sposób na ciebie popatrzyłam, i wydajesz się dość bystry, by zrozumieć przekaz.

– Kurde, może. Prawdopodobnie. Ale mam jeden problem…

– Próbuję się opalić.

– A, tak.

Na jego szczęście się odsunął. Tyle że niestety postanowił usiąść obok, a żadna z moich przyjaciółek oczywiście nie zaprotestowała nawet słówkiem.

Zdrajczynie.

– Jak wspomniałem, mam pewien problem z tym twoim spojrzeniem i idącym za nim przekazem.

– Świetnie, Clinton, ale twoje problemy to nie moja sprawa.

– Mari – szepnęła karcąco Sophia. – No błagam.

– Dziękuję, Soph. Jesteś przeurocza – skomplementował dziewczynę.

Choć nie widziałam twarzy dziewczyny, miałam stuprocentową pewność, że się zarumieniła. Ten gość tak właśnie działał na ludzi. Urok dobrego chłopca i sypanie pochlebstwami to jego znaki rozpoznawcze. Osiągnął w tym niemal mistrzostwo.

– Więc… Gdyby jednak cię interesowały, no wiesz, chociaż trochę, to pozwól, że ci o nich opowiem – kontynuował, ani trochę niezrażony bijącą ode mnie niechęcią.

– Ale nie interesują – zaznaczyłam.

– Ale gdyby jednak… – Nie tracił zapału. On nigdy go nie tracił. – Słuchaj, wiem, że źle się zrozumieliśmy.

– Tak sądzisz? – mruknęłam znudzona.

– Tak, dlatego pragnę cię przeprosić. Z całego serca.

– Co? – Uchyliłam powieki i obrzuciłam go szybkim spojrzeniem, by sprawdzić, czy nic mu nie doskwierało, bo… Cóż, brzmiał jak obłąkany.

To znaczy, brzmiał tak zawsze, ale tym razem przechodził samego siebie.

Niemal oślepił mnie widok jego muskanej żółtym blaskiem twarzy i złotej czupryny. Clinton to definicja światła. Przywodził na myśl niechciane promienie słońca wdzierające się do sypialni przez odsłonięte okno o zbyt wczesnej porze.

– Wiem, że machanie do dziewczyny jest średnio kulturalne. Powinienem od razu do ciebie podejść i się przywitać, ale… Nie mam nic na swoje usprawiedliwienie, wiesz, Mari? Więc naprawdę, naprawdę gorąco cię przepraszam.

Najgorsze okazało się to, że wyglądał na szczerze skruszonego. Żal kładł się ciężarem na szczytach jego brwi, sprawiając, że się zmarszczyły.

Przewróciłam się na brzuch i wybałuszyłam oczy do swoich zarumienionych i znajdujących się o krok od wybuchnięcia śmiechem przyjaciółek. Przez cały ten czas w milczeniu uważnie przysłuchiwały się naszej wymianie zdań, jakby oglądały serial lub mecz.

– Co on plecie? – wyszeptałam do nich.

– Marianne, to też wypada średnio kulturalnie, wiesz? – zwrócił mi uwagę sztucznie poważnym tonem. – Ja tu jestem i cię słyszę.

– Tak?

– Tak.

– No nie wiem.

Odchylił głowę, jakbym go uderzyła.

– Że co?

– O co ci tak naprawdę chodzi?

– No właśnie! – Klasnął w dłonie i się wyszczerzył. – Mówiłem, że się nie zrozumieliśmy.

– Zdecydowanie. Odnoszę wrażenie, że od roku tkwimy w jednym wielkim nieporozumieniu – wymamrotałam.

– Racja, ale to temat na inną rozmowę. Rzucałem ci piłkę, widziałaś?

– Tę, która kilkukrotnie o mały włos nie sprawiła, że dostałam wstrząśnienia mózgu? Tak, cóż, trudno jej nie zauważyć.

Wesołość w oczach chłopaka delikatnie przygasła.

– Nie uderzyłem cię. Celowałem tak, by trafić kilka metrów od koca, i za każdym razem mi się udawało.

– To prawda – poparła go Soph.

Zamierzałam udusić przyjaciółkę własnymi rękami, a później zawinąć jej ciało w firankę i wyrzucić na samym środku morza.

Tak, zrobię to, gdy tylko uwolnię się od tego popaprańca.

– Właśnie. – Wypuścił najwyraźniej długo wstrzymywane powietrze z płuc i znów się uśmiechnął, tym razem delikatniej; kąciki jego ust ledwo zadrżały. – Nie rzucałem  w   c i e b i e.  Rzucałem  d o   c i e b i e. 

– Okej. Po co?

– Jak to po co? Żebyś z nami pograła.

Prychnęłam.

– Nie, dzięki.

Chwyciłam lipcowe wydanie „NME”. Czytałam ten magazyn już z dziesięć razy, ale William nie musiał o tym wiedzieć. Obecnie zrobiłabym wszystko, by mu pokazać, jak mało obchodziło mnie jego istnienie i te wszystkie dziecinne zaczepki.

– O, naprawdę? Byłem pewny, że się zgodzisz.

– W takim razie tkwiłeś w błędzie.

– Naprawdę?

– Mhm.

– W sensie… Nie przejęzyczyłaś się?

– Na pewno nie, Clinton – wymruczałam z westchnieniem.

– Szkoda.

– Naprawdę wielka szkoda – wtrąciła moja przyjaciółka.

– Soph!

– No co? – Uniosła dłonie w obronnym geście i odwróciła wzrok.

– To znaczy… Wiesz, Marianne, myślałem, że potrafisz grać…

– Co? – fuknęłam, zerkając na niego kątem oka. – Oczywiście, że potrafię grać. Odmówiłam ci, bo teraz nie mam na to ochoty.

– Nie musisz się tego wstydzić, naprawdę. Nie wszyscy żyją w dobrych relacjach z piłkami.

– Clinton – zagrzmiałam ostrzegawczo.

– Tak tylko mówię. – Wzruszył ramionami jak niewiniątko.

– William, idziesz?! – zawołał jeden z jego przyjaciół.

Chłopak nawet na niego nie spojrzał, odkrzykując:

– Zaraz! Próbuję powiedzieć Marianne, że to nic złego, jeśli ktoś nie potrafi…

Nie zdołał dokończyć, bo moja dłoń wylądowała na jego ustach z dość głośnym plaskiem.

– Ani słowa więcej – zagroziłam, mrużąc gniewnie oczy.

Potulnie pokiwał głową.

– Potrafię grać.

Nie, tak naprawdę wcale nie potrafiłam.

Powtórzył gest.

– Zagram z wami tylko raz. Jeden jedyny raz, a potem się odczepisz, dobra?

– Dobra – wybełkotał.

Zabrawszy dłoń, odsłoniłam szeroki uśmiech chłopaka.

– Na te dziesięć sekund znalazłem się w niebie. W prawdziwym niebie, Marianne.

Z obrzydzeniem potrząsnęłam ręką, chcąc pozbyć się ze skóry wszelkich śladów dotyku Clintona. Niestety bezskutecznie.

– I przestaniesz z tymi swoimi tekstami, jasne? To mój ostatni warunek.

– Tak, oczywiście. Co tylko zechcesz.

Ani trochę mu nie wierzyłam. William żywił się działaniem na nerwy, a obrzucanie mnie tekstami na podryw przychodziło mu tak naturalnie jak mruganie.

W jednym momencie poderwaliśmy się do pionu. Nagrzany od słońca piasek parzył mnie w podeszwy stóp i zakręciło mi się w głowie, bo tego dnia zjadłam stanowczo zbyt mało, ale nie zamierzałam tego po sobie pokazać. Ani tego, że trawił mnie strach związany z brakiem umiejętności gry w siatkówkę. Nie wiem, co sobie myślałam, zgadzając się dołączyć do grupy wysportowanych chłopaków. Chyba po prostu… Boże! William to wkurzający przypadek i chciałam utrzeć mu nosa.

– Drogie panie. – Clinton w szarmanckim geście pokłonił się moim przyjaciółkom. – Cudownie było zobaczyć wasze piękne twarze. To prawdziwy dar od losu.

Nie no, litości, błagam.

– Nie mam całego popołudnia – przypomniałam.

– Och, nie musisz być zazdrosna, Marianne. Twoja twarz jest akurat wyjątkowo urodziwa. Prawdę mówiąc, to mój ulubiony widok na świecie.

– Świetnie – burknęłam.

– Jest urocza – skwitował, wskazując na mnie kciukiem.

– Jezu, no chodź już. – Pociągnęłam go za rękaw lnianej koszuli.

Ramię w ramię ruszyliśmy w stronę grupki jego przyjaciół. Grali bez siatki – to znaczy patykiem wyznaczyli sobie punkt, gdzie powinna się znajdować – więc to raczej amatorszczyzna, a i tak dłonie zaczęły mi się pocić ze stresu. Jeśli chodzi o sporty, wolałam indywidualne zajęcia jak bieganie lub pływanie. Rywalizacja i konieczność współpracy nie działały dobrze na mój – teraz skręcający się we wszystkie strony świata – żołądek.

W pobliżu prowizorycznego boiska leżały torby z logo sportowej marki Gola i wielobarwne ręczniki z emblematem drużyn piłkarskich. Chłopcy grali w krótkich spodenkach i koszulkach bez rękawów, a dwaj rybacy palili papierosy bez filtra i przyglądali się rozgrywce.

– Wszystko dobrze, Mari? Zmarkotniałaś.

– Dobrze. Super.

– Więc mnie rozwalisz, tak? – Wybiegł naprzód, by teraz iść tyłem, zwrócony w moją stronę.

Czułam się całkowicie odsłonięta i skazana na jego spojrzenie. Nie chodzi o to, że William zerkał bezczelnie na mój biust lub ślinił się na widok odsłoniętych nóg. Gorzej. Patrzył mi prosto w oczy – zawsze to robił – i to z jakiegoś powodu sprawiało, że przez mój kręgosłup przebiegały paraliżujące dreszcze.

– Tak. Potem ja wrócę do swoich zajęć, a ty do swoich.

– A czym się tak właściwie dziś zajmujesz?

– Och, jestem pewna, że w trakcie tych kilku godzin, gdy nie odrywałeś ode mnie wzroku, zdołałeś odkryć, czym się zajmuję.

– Nie odrywałem od ciebie wzroku, co? – W jego oczach zatańczyły figlarne błyski.

– To prawda.

– Kurde, cóż. Tak, masz rację. To sama prawda. Trudno oderwać od ciebie spojrzenie.

– To wcale nie takie trudne. Wystarczy obrócić głowę i…

– Nie, nie rozumiesz – wtrącił, tym razem nieco poważniej. – Fizycznie nie potrafię przestać cię szukać, ilekroć znajdujemy się blisko.

Choć te słowa brzmiały pięknie, nie pozwoliłam im przedostać się do mojego serca. To po prostu zbyt niebezpieczne.

– William, gamoniu, zaraz nas wszystkich staranujesz! – wrzasnął tyczkowaty szatyn z okularami przeciwsłonecznymi na nosie.

Zacisnęłam usta, by się nie roześmiać, bo Clinton rzeczywiście prawie wszedł w swoich przyjaciół. On jednak zdawał się tym nie przejmować. Puścił do mnie oczko, a potem obrócił się do reszty chłopaków i ogłosił:

– Mamy nową zawodniczkę!

Paru z nich rzuciło mi niemrawe i raczej niechętne „cześć”, a część wyszczerzyła się w zarozumiały sposób, którego nienawidziłam. Wcale nie zdziwiły mnie tak rozbieżne reakcje. William obracał się w kręgach bogatych dzieciaków – bo sam do nich należał – a to towarzystwo pozostawało naprawdę różne. Mogłabym się założyć, że ci zdobywający się teraz na uprzejmość wobec obcej dziewczyny robili to tylko ze względu na Clintona. Po prostu nie chcieli go wkurzyć.

Mimo to zdążyłam się poczuć niekomfortowo. Oto stałam w otoczeniu ośmiu nadzianych siedemnastolatków, podczas gdy sama pochodziłam z przeciwnej strony miasta, uczęszczałam do publicznej szkoły i nosiłam niemodne ubrania, a w dodatku zamierzałam „rozwalić” chłopaka w grze, choć to okropna nieprawda. Za sukces uznam, jeśli nie wywrócę się przy pierwszym serwie.

– No dobra, jak widzisz, jest nas tylko czterech na drużynę, więc i tak nie gramy zgodnie ze standardowymi zasadami. Tak naprawdę nie dzielimy się na żadne pozycje, po prostu gramy do dwudziestu punktów – wyjaśnił mi William. – Dołączysz do Atlasa, Cedrica, Edwarda i Fabiena.

– W porządku.

– No więc… Powodzenia! – zawołał i przebiegł na drugą stronę, za patyk.

– Chcesz serwować pierwsza? – zapytał jeden z moich współzawodników, chyba Fabien.

On jako jedyny z całej czwórki się do mnie uśmiechnął, więc postanowiłam się go trzymać.

– Nie, ty zacznij.

– Okej.

No więc stanęliśmy do potyczki. Przez kilka pierwszych minut nie potrafiłam nadążyć za piłką. Wszystko działo się bardzo szybko, rozgrywka pozostawała naprawdę dynamiczna, a rywalizacja zacięta. Chłopcy się przekrzykiwali, a ja próbowałam nie zginąć w tym chaosie. Gdy przyszła kolej, bym serwowała, udało mi się podrzucić piłkę w miarę dobrze… To znaczy chyba. Nikt nic nie powiedział na ten temat, ale sądząc po tym, jak kilku graczy wymieniło niechętne spojrzenia, tylko im przeszkadzałam.

Potem coś się zmieniło. Nie dałabym uciąć sobie ręki, ale odnosiłam wrażenie, że Clinton specjalnie podawał piłki tak, bym mogła je łatwo odbić. W ten sposób udało mi się zdobyć dla swojej drużyny kilka punktów. Później chłopak skiepścił parę zagrywek, więc finalnie przegrali. Miałam całkowitą świadomość, że gdyby nie jego pomoc, upokorzyłabym się przed całą jego paczką, ale i tak zamierzałam szczycić się tym zwycięstwem.

Na fali ekscytacji wygraną zerknęłam za siebie i odszukałam wzrokiem przyjaciółki. Dziewczyny się wyszczerzyły i uniosły kciuki.

– No, Marianne… – wydusił zdyszany chłopak, podbiegając do mnie. – Muszę przyznać…

– Wiem – ucięłam, wyginając usta w krzywym uśmiechu. Ledwie łapałam oddech. Uprawianie jakiegokolwiek sportu w tak upalny dzień to niezbyt mądry pomysł i teraz już nie na żarty kręciło mi się w głowie. – Więc to tyle, tak? Teraz dasz mi spokój?

– W porządku? To znaczy z tobą?

– Co? – mruknęłam, wycierając dłonią pot z czoła.

– Wyglądasz, jakbyś miała zemdleć.

– Co?! Nie! Boże! – Ruszyłam w stronę dziewczyn, a on, rzecz jasna, pobiegł moim śladem.

– Naprawdę nie wyglądasz najlepiej.

– Wcześniej mówiłeś coś innego.

– Co? Nie! Nie o to mi chodzi! Przecież wiesz, że jesteś śliczna – wykrztusił, jego głos zabarwiła panika.

– Clinton, błagam, po prostu zostaw mnie w spokoju, dobra? – fuknęłam.

– Masz wodę, prawda? – Całkowicie zignorował prośbę. – I coś do jedzenia? Jadłaś dziś wystarczająco, tak?

– Zachowujesz się gorzej od mojej matki.

– To niedobrze, naprawdę. Mama nie powinna…

– Ani słowa więcej o mojej mamie! – zagrzmiałam.

– Hej, sama zaczęłaś!

– Ja mogę!

– Dobrze! – Uniósł dłonie w poddańczym geście, a potem mnie wyprzedził i podbiegł do zafascynowanych widokiem jego nagiej klatki piersiowej dziewczyn. – Dajcie Mari coś do picia. I do jedzenia. I niech włoży jakiś kapelusz.

O Boże, co za tragedia.

– Mari, wszystko okej? – zapytała zaniepokojona Beth.

– Nie. Nie jest okej. Jakiś szaleniec za mną łazi. – Usiadłam obok Soph, trąciłam ją łokciem i posłałam błagalne spojrzenie.

Powiedz mu, żeby poszedł. Powiedz mu, żeby…

– A może mógłbyś odprowadzić Mari do domu? Rzeczywiście zbladła, a ja muszę pomóc mamie. Beth też ma pewne… obowiązki.

– Obowiązki? – pisnęłam, ogarnięta oburzeniem i żądzą mordu.

– No wiesz…

– Oczywiście, że odprowadzę Mari do domu – wtrącił Clinton.

Odkąd skończyliśmy grać i zobaczył, że źle się czuję, w jego zielonych oczach lśniła troska.

– Oczywiście, że tego nie zrobisz – zastrzegłam. – Jestem dużą dziewczynką i potrafię odprowadzić się sama.

– A jeśli zemdlejesz po drodze? Pomyśl o tym! – upierała się Soph.

– Czemu miałabym zemdleć?!

Zapragnęłam wrzeszczeć z zażenowania i frustracji. William zachowywał się, jakbym leżała na łożu śmierci, a przyjaciółka postanowiła wykorzystać mój kiepski stan, by zrealizować plan zeswatania mnie z tym chłopakiem. Gorzej być nie mogło. To dwoje na jednego. No, prawie troje, bo Beth też się nie paliła, by stanąć po mojej stronie.

– Marianne, nie zachowuj się nierozsądnie – poprosił Clinton. Kucnął tuż obok i znów zajrzał mi głęboko w oczy. – Nie mógłbym spać przez wyrzuty sumienia, gdyby coś ci się stało w drodze do domu.

– Nic. Mi. Się. Nie. Stanie.

– Nie wiesz tego, kochanie.

– O Boże! Nie! Nie mów tak do mnie! – Pokonana zakryłam twarz dłońmi.

Wokół rozbrzmiał miękki śmiech chłopaka.

– Dobrze. Jasne…

Zerknęłam na niego przez palce.

– …kochanie.

Jęknęłam.

– O matko, zabijcie mnie.

– No już. Przestanę cię tak nazywać, jeśli pozwolisz odprowadzić się do domu.

– Ty tak na poważnie?

– Całkowicie poważnie. – Położył sobie dłoń na sercu.

– To nienormalne – fuknęłam, ale, mimo wszelkich zastrzeżeń, zaczęłam się podnosić z ręcznika. – Wszyscy jesteście porządnie rąbnięci.

Cała trójka czekała w ciszy, aż wciągnę spódniczkę na tyłek.

– Okej. Mogę iść – oznajmiłam. – Możesz mnie odprowadzać, ale trzymaj się co najmniej dwa kroki z tyłu, rozumiesz?

– Oczywiście. – Posłał mi szeroki uśmiech.

Oczywiście wcale nie zachował ustalonej odległości. Szedł tyłem dwa kroki przede mną, by znów móc nieustannie wpatrywać się w moją twarz.

Wiedziałam, że gdy tylko zamknę się tego wieczoru w swoim pokoju, wyskrobię w pamiętniku całą stronę o tym, jak bardzo nienawidzę tego beznadziejnie, wręcz katastrofalnie optymistycznego gnojka…

…z równie katastrofalnie pięknymi zielonymi oczami.

ROZDZIAŁ 2

William

Marianne Coleman to najpiękniejsza dziewczyna, jaką kiedykolwiek widziałem.

Poważnie.

Uwielbiałem jej zadziorny charakterek, pozorną gburowatość i fakt, że pod tym wszystkim kryła się łagodna i wrażliwa dusza. Nie pokazywała tej delikatnej strony na co dzień, ale ja zdołałem ją ujrzeć. Obserwowałem Mari wystarczająco często i dość wnikliwie, by dostrzec szczegóły umykające reszcie ludzi.

No i jej oczy…

Szlag, uwielbiałem je. Gdy tylko miałem ku temu okazję, korzystałem i się w nie wpatrywałem. Miały bardzo jasny odcień szarości, a przy odpowiednim oświetleniu wyglądały na zrobione ze szkła i to… To robiło dziwne rzeczy z moim biednym sercem.

Ona cała robiła ze mną dziwne rzeczy.

Rzadko się uśmiechała – a już na pewno nie do mnie – ale gdy na przykład śmiała się z przyjaciółkami, klatka piersiowa dosłownie mi się zapadała i traciłem zdolność swobodnego oddychania.

Szalałem za nią i choć miałem niemal stuprocentową pewność, że ona nigdy nie odwzajemni tych uczuć, nie potrafiłem przestać się o to starać. Rok wcześniej ta drobna szatynka zepchnęła mój tyłek z pomostu do morza i od tamtej pory nie byłem zdolny do myślenia o jakiejkolwiek innej dziewczynie. Fabien – mój najlepszy kumpel – śmiał się, że nie pociągają mnie urocze i lubiące mnie dziewczyny, tylko te opryskliwe i pałające czymś w rodzaju nienawiści.

Nie. Marianne wcale mnie nie nienawidziła. Nie lubiła mnie i pewnie uważała za głupka, ale „nienawiść” to zbyt mocne słowo.

W jej oczach nie uchodziłem za interesującego chłopaka, lecz jedynie za schemat, stereotyp, wydmuszkę. Nie miałem jej tego za złe. Nie tak do końca. Istniały podstawy, by myślała o mnie w najgorszy z możliwych sposobów. Pewnie nawet nie wierzyła, że rzeczywiście się nią zauroczyłem. Sądziła, że to tylko zabawa.

No cóż, tkwiła w błędzie.

Rzadko mieliśmy okazję zostawać sam na sam – właściwie to prawie nigdy – więc dziękowałem w myślach jej przyjaciółkom, że uknuły plan, dzięki któremu mogłem odprowadzić ją do domu. Nie liczyło się nawet to, że uparcie unikała patrzenia mi w oczy i że wyraz jej twarzy pozostawał grobowy.

Wystarczy, że znajdowała się obok. A konkretniej przede mną, więc mogłem się jej przyglądać, nieskrępowany.

– Więc o co chodziło? Za mało piłaś? Nie zjadłaś wystarczająco? Czy to słońce i wysiłek cię pokonały? – dociekałem, bo naprawdę wyglądała kiepsko, gdy skończyliśmy rozgrywkę.

Teraz nie wydawała się już aż tak blada, ale w jej oczach nadal czaiło się zmęczenie. Bardzo się o nią martwiłem. Troskliwość przychodziła mi naturalnie – odziedziczyłem to po mamie – więc ta obawa to pewnie nic dziwnego.

– Gorzej.

– Tak? – Czułem, że wszystkie kolory odpłynęły mi z twarzy. – Jesteś chora? Coś ci dolega, Marianne?

Na samą myśl serce ścisnęło mi się tak mocno, jakby ktoś obwiązał je ważącymi tonę łańcuchami.

– Nie. To znaczy tak jakby.

– Tak jakby? – Głośno przełknąłem ślinę.

Zwolniliśmy tempo. To znaczy ja zwolniłem, a ona się dopasowała, bo szedłem przed nią, więc gdyby nadal przebierała nogami jak zawodowa atletka, to pewnie by na mnie wpadła. A, znając ją i jej podejście do mojej obecności, wolała tego uniknąć.

Osobiście bym nie narzekał.

– Ta choroba nazywa się: „Mam dość pewnego łażącego za mną gnojka” – uściśliła, unosząc kąciki ust w złośliwym uśmieszku.

Uderzenie ulgi niemal zwaliło mnie z nóg.

– Ja pierniczę, Mari, nie strasz ludzi w ten sposób – fuknąłem i przyłożyłem sobie dłoń do serca. – Prawie zszedłem na zawał, widziałaś? To strasznie wredne z twojej strony. Nie powinnaś…

– Clinton. – Westchnęła. – Potrafisz mówić… mniej?

– Mówić mniej? – powtórzyłem tonem zagubionego szczeniaka. – Nie, chyba nie wiem, co to znaczy.

– Tak sądziłam.

– Wróćmy do tego, że jesteś wredna…

– Hej! – obruszyła się.

– Twoje zachowanie było wredne – sprostowałem. – Bo ty sama w sobie wcale taka nie jesteś.

– Nie?

– Nie.

– Bo tak dobrze mnie znasz?

– Och, nie masz pojęcia.

W końcu spojrzała mi w twarz, a ja znów zapatrzyłem się w te piękne, niemal nienaturalnie jasne oczy.

Boże…

– Nie, mylisz się. Nie znasz mnie ani trochę. – Pokręciła głową z dezaprobatą.

– Wydaje ci się, że nabrałem się na to chłodne podejście…

– Jest szczere.

– …ale sądzę, że w głębi serca naprawdę mnie lubisz – uzupełniłem.

Marianne prychnęła i skrzyżowała ramiona na klatce piersiowej, jakby chciała się bronić przed prawdziwością moich słów.

– Przestań żyć marzeniami. To trochę niezdrowe.

– Nic na to nie poradzę. Taki jestem.

– Mhm – mruknęła.

– I znam cię.

– Wcale nie.

– No dobra, może nie znam cię aż tak dobrze, jak bym tego chciał, ale pewnego dnia to się zmieni.

– Tak? Niby dlaczego?

– Ponieważ zostaniesz moją żoną – rzuciłem swobodnie.

Doskonale zdawałem sobie sprawę, że robiłem z siebie strasznego głupka, ale gdy otulił nas jej lekko chropowaty śmiech, znalazłem się blisko omdlenia ze szczęścia. Naprawdę. Jeszcze nigdy nie udało mi się jej rozbawić, nie tak naprawdę. W reakcji na moje zaczepki zazwyczaj wyrzucała z siebie jakieś ironiczne parsknięcia, ale ten śmiech… To brzmiało szczerze. I pięknie. Rety, jak pięknie.

– Masz poważny problem, Clinton – skwitowała, kręcąc głową.

– No przecież mówiłem, że mam.

Nasze spojrzenia znów się skrzyżowały. W zaledwie dwie sekundy uśmiech na jej twarzy zredukował się do wąskiej kreski. Potem szarpnęła moje ramię i zmusiła, bym szedł obok niej.

– Zaraz w kogoś wejdziesz. Albo wpadniesz pod samochód.

– A tobie zrobiłoby się wtedy bardzo smutno, bo tak naprawdę mnie lubisz i nie poradziłabyś sobie z moją śmiercią.

– Wolałabym po prostu nie stać się świadkiem czyjejś śmierci, wiesz?

– Bo wcale nie jesteś wredna ani gburowata – oznajmiłem dumnie. – Pod tą całą skorupą pozostajesz miękką i wrażliwą…

– Clinton. Słowa. Mniej słów, błagam.

– Okej, jak sobie życzysz.

Przez kilka następnych minut szliśmy w milczeniu, choć na język pchało mi się z tysiąc wyrazów na sekundę. Nie uważałem się za fana ciszy. Zazwyczaj miałem wiele do powiedzenia, a poza tym, skoro to jedna z niewielu szans, by pobyć z tą dziewczyną, to chciałem ją należycie wykorzystać. Czułem jednak, że zaczynam przekraczać próg jej cierpliwości, więc zmusiłem się do zasznurowania ust.

Zmierzaliśmy w kierunku jej domu. Otaczały nas promienie chylącego się ku zachodowi słońca, woń świeżo skoszonej trawy i gwar rozmów. Miasto o tej porze roku i dnia tętniło życiem. Ludzie wychodzili na zewnątrz i korzystali z ostatnich słonecznych chwil. Minęliśmy starego Austina 1100, z czerwoną maską pokrytą grubą warstwą kurzu. Z uchylonych okien domów dolatywały brzmienia piosenek Eltona Johna puszczanych z gramofonu. Seabrook w letnie wieczory pachniało solą, rybami i dymem papierosowym. W powietrzu unosiły się drobiny piasku i pyłki.

Rzadko zapuszczałem się w te strony miasteczka. Podzielono je na dwie części i różnica między nimi była dość drastyczna. Po jednej stronie mieściły się wypasione posiadłości z długimi na kilometr podjazdami, a po drugiej szare szeregowe domki, brudne ulice i zaniedbane przystanki. Unosił się tu też odór ryb – to za sprawą znajdującego się nieopodal portu. I nie chodzi o to, że trzymałem się z daleka od tych okolic z powodu jakichś uprzedzeń, to nie w moim stylu. Po prostu nie działo się tu zbyt wiele.

Kątem oka spojrzałem na Marianne. Zazwyczaj w mojej obecności stawała się zniechęcona, ale teraz wydawała się wręcz spięta. Zacząłem się zastanawiać, czy to okolica, z której pochodziła, tak ją zawstydzała, czy naprawdę coś jej doskwierało.

– Mari?

– Znów się odzywasz?

– Ponieważ się martwię.

– Martwisz?

– Tak. Na pewno nie robi ci się słabo? – Mój głos brzmiał miękko, niemal krucho.

– Na pewno.

– To dobrze. – Pokiwałem głową. – Ale na pewno?

– Boże…

– Okej, już zamykam usta.

Weszliśmy na gęsto zabudowane osiedle, skrywając się w cieniu.

– A nie jest ci na przykład zimno? – zagaiłem i od razu poczułem się jak jeszcze większy idiota, bo to jeden z najgorętszych dni tego lata.

– Zimno? – powtórzyła drwiąco.

– No… Po całym dniu opalania może się zrobić zimno. To znaczy…

– Nie jest mi zimno, Clinton.

– Ale gdyby było, mogę ci oddać swoją koszulę.

Marianne miała na sobie tylko bikini i spódniczkę.

– I wtedy zamierzasz paradować z gołą klatą po ulicy?

– Hej! Myślę, że nikt by nie narzekał. Poza tym już świecę gołą klatą. – To prawda. Miałem na sobie lnianą koszulę, ale rozpiętą.

– Myślę, że ktoś by jednak narzekał.

– Myślę, że tylko ty.

– Na pewno okazałabym się jedną z tych osób.

– A ja myślę…

– Ucisz się. – Tym razem jej słowa zabrzmiały o wiele chłodniej niż kiedykolwiek wcześniej i to zbiło mnie z tropu.

A potem uniosłem wzrok i zobaczyłem uchylone drzwi w jednej z chatek w szeregowcu. Sądząc po zmartwionej minie Marianne, wydarzyło się coś złego.

– O co chodzi?

Zbyła mnie i biegiem ruszyła do środka, a ja nigdy nie odpuszczałem, więc pognałem za nią. Trawiły mnie złe przeczucia.

– Mamo?! – zawołała. – Mamo!

– Tu, kochanie. – Łagodny kobiecy głos rozbrzmiał z głębi domu.

Marianne weszła do środka, a ja zatrzymałem się w progu. Choć korciło mnie, by wejść w samo centrum zamieszania, trzymałem się resztek rozsądku.

Po prostu czekałem na jakieś wieści, rozglądając się na boki.

Ulica zamieszkiwana przez dziewczynę wyglądała dość ponuro. Na całej długości ciągnęły się identyczne szeregowce z wąskimi ogródkami oddzielonymi drewnianymi płotkami. Budynki miały niewykończone elewacje, a chodnik popękał i zaśmiecały go niedopałki. Na jednym z podwórek ktoś właśnie wieszał pranie – kolorowe bluzki z falbankami i dżinsowe dzwony.

Czułem, że mieszkańcy się we mnie wpatrują. Moje nazwisko pozostawało dość popularne w Seabrook i raczej uchodziliśmy za lubianych, ale nie czułem się tu mile widziany. Może to dlatego, że stałem tam niemal półnagi, a może to przez to, że czaiłem się przed wejściem do domu Colemanów jak jakiś bandyta.

Pewnie powinienem sobie pójść i dać jej spokój, ale wtedy usłyszałem jej głos. Brzmiała, jakby kompletnie się załamała, a to z kolei sprawiło, że w głębi mojej piersi utworzyła się bolesna pustka, jakby ktoś wyskrobał mi dziurę w sercu.

– Że co się stało?!

Noga zaczęła mi podrygiwać. Resztkami samokontroli powstrzymywałem się przed wparowaniem do środka.

Marianne zazwyczaj pozostawała twarda jak skała, rzadko okazywała jakiekolwiek uczucia, więc to, że teraz jej głos wydawał się taki smutny, musiało coś znaczyć. Musiało znaczyć coś cholernie wielkiego i, prawdę mówiąc, bardzo mnie to przerażało. Starałem się nie snuć czarnych scenariuszy, ale te dosłownie penetrowały mi czaszkę, wciągnęły mnie w spiralę paniki.

Dziewczyna nagle wyszła na zewnątrz. Prawie dostałem drzwiami w twarz, ale w porę się odsunąłem.

– Mari? Co się stało?

– Nadal tu jesteś? – zagrzmiała.

– No… Tak. Jak zresztą widać.

Zignorowała mnie. Biła od niej taka wściekłość, że sam zacząłem się denerwować. Zrobiło mi się gorąco i poczułem pieczenie w gardle.

Usiadła na krawężniku i ukryła twarz w dłoniach. Nie płakała, ale oddychała bardzo głęboko, najwyraźniej próbując się uspokoić. Jakiekolwiek wieści zostały jej właśnie przekazane, musiały okazać się koszmarne.

Chciałbym ją uściskać i sprawić, że podzieliłaby się ze mną tym problemem, ale…

No właśnie. Tak naprawdę nie byłem dla niej nikim bliskim. Dla niej w ogóle byłem nikim.

Mimo to musiałem spróbować. Stawałem się zawzięty w sprawach związanych z Marianne Coleman, bo moje głupie serce i równie głupi mózg nie potrafiły jej sobie odpuścić.

– Mari…? – podjąłem ostrożnie.

– Idź sobie.

– Co się stało?

– Clinton, to naprawdę nie jest dobry…

– Powiedz mi tylko, o co chodzi i czy mogę jakoś pomóc – poprosiłem żałośnie desperackim tonem.

Nie miałem hamulców. Mama często narzekała na kierującą mną impulsywność, ale gdy na kimś lub na czymś mi zależało, wchodziłem w to całym sobą. Nie zadowalały mnie półśrodki. Zadurzyłem się w tej dziewczynie, dosłownie za nią szalałem, i nie istniał żaden sposób, by to zmienić. Po prostu przepadłem. Cały.

Marianne uniosła podbródek i wlepiła wściekłe spojrzenie w moje oczy. Przeszedł mnie nieprzyjemny dreszcz, bo wiedziałem już, co się święci. Ona zaraz zacznie na mnie krzyczeć, a ja znów poczuję się głupio, bo od roku próbowałem zdobyć uwagę kogoś, kto miał mnie dość.

Taaa, wpakowałem się w niezłe gówno. Moje serce mi to zrobiło. Skazało na to całe cierpienie.

– Mój tata złamał rękę – wykrztusiła. – Zadowolony?

Zmarszczyłem brwi.

Szczerze… Chyba spodziewałem się czegoś gorszego. Sądziłem, że ktoś umarł albo…

Dziewczyna szybko odczytała dezorientację na mojej twarzy i to rozwścieczyło ją jeszcze bardziej.

– Nie rozumiesz? No jasne, że nie – prychnęła. – Nigdy nie zrozumiesz. Właśnie dlatego mówiłam, że wcale mnie nie znasz. Bo nie masz pojęcia o życiu, jakie prowadzę i…

– Marianne…

– Jakbyś nie wiedział, nie każdemu kasa spada z nieba. Nie każdy ma rodziców z wygodną posadą. To tata przynosił do domu pieniądze, cóż, znaczną ich większość, więc to, że złamał rękę…

O Boże. Okazałem się ogromnym idiotą. Miałem ochotę dać sobie w pysk za to, że od razu tego nie rozgryzłem.

Rzeczywiście kasa to nie coś, o co musiałem się martwić, więc to oczywiste, że nie pomyślałem o niej w pierwszej kolejności.

– Mogę jakoś…

– Pomóc?! – uzupełniła wzburzona. – Tak. Możesz sobie stąd pójść i przestać w końcu udawać, że jesteś mną zainteresowany, bo, jak zresztą widać, nie mam czasu na takie bzdety.

Cóż… Okej, zabolało. Starałem się nie brać sobie tych słów do serca, bo Marianne chciała zwyczajnie wyładować na kimś złość, ale i tak się poczułem, jakby próbowano przekroić moje serce na pół tępym nożem.

A niby czego się spodziewałeś, idioto?

– Możesz? Możesz to zrobić? – naciskała. Jej oczy pozostawały suche, ale twarz pokrył wściekły rumieniec.

Nie chcę, ale mogę.

Dla ciebie tak właściwie mogę wszystko.

– W porządku – wydukałem.

Pokiwała głową z wyraźną ulgą.

Wcale nie zamierzałem odpuszczać, na pewno nie na dłuższą metę, bo cechowała mnie zawziętość i zamierzałem sprawić, by ta dziewczyna pewnego dnia zobaczyła we mnie coś więcej niż wiecznie zadowolonego głupka, ale teraz… Teraz mogłem spełnić jej prośbę i po prostu dać jej czas potrzebny na ochłonięcie. Wcale nie potrzebowała mojego towarzystwa i nie miałem jej tego za złe.

Może następnym razem.

Może następnym razem sprawię, że jej serce zabije dla mnie mocniej, tak jak moje bije zawsze dla niej.

ROZDZIAŁ 3

William

Odkąd dwa dni temu zostawiłem załamaną Marianne pod jej domem, nie miałem pojęcia, co ze sobą zrobić. Nawiedzał mnie widok przepełnionych bezradnością oczu dziewczyny. Sądziłem, że ostatnie chwile wakacji wykorzystam na kręcenie się w jej pobliżu, bo wiedziałem, że gdy zacznie się rok szkolny, nie zostanie mi zbyt wiele czasu na… tak właściwie na cokolwiek poza nauką.

Ale ona nie przychodziła już na plażę z przyjaciółkami.

Pewnie powinienem się tego spodziewać. Przecież pan Coleman złamał rękę i cała rodzina znalazła się w trudnej sytuacji, ale naprawdę chciałbym ją zobaczyć – przynajmniej przez moment – i sprawdzić, czy jakoś się trzyma.

Chociaż, znając ją, po tamtej chwili słabości pewnie stanęła na nogi trzy razy silniejsza.

I tak się składa, że właśnie zyskałem na to dowód.

Tego popołudnia samotnie spacerowałem przy porcie, bo nie miałem ochoty łazić po mieście z kumplami. Zazwyczaj się dogadywaliśmy, ale bywali męczący. Nie znajdowałem się w nastroju do żartów, odwiedzania knajpek czy gry w siatkówkę. Głowę przepełniały mi myśli o zbliżającym się roku szkolnym i dziewczynie, tej cholernej dziewczynie trzymającej moje serce w garści.

I wtedy ją zobaczyłem. Wiedziałem, że jej tata pracuje w porcie, ale nie przypuszczałem, że Marianne go zastąpi. Fakt, zdradziła mi, że posada jej ojca stanowiła główne źródło dochodu w rodzinie, mimo to… zwyczajnie sam fakt, że nastoletnia córka pana Colemana wzięła na siebie jego robotę, trochę mnie zdziwił.

A jednak tu była. Ubrana w dżinsowe spodenki i białą bluzkę wiązaną na szyi przyjmowała dostawę ryb. Jej skóra i długie, brązowe włosy lśniły w promieniach popołudniowego słońca, a szczupłe ręce drżały od ciężaru dźwiganych skrzyń.

Poczułem mocne szarpanie w klatce piersiowej, a potem w nogach, aż – w zupełnej niezgodzie ze zdrowym rozsądkiem – ruszyłem w stronę Mari. Dłonie zaczęły mi się pocić ze zdenerwowania, bo wiedziałem, po prostu wiedziałem, że tym razem zaczepki i żarty nie zdadzą egzaminu. Nie żeby kiedykolwiek robiły na niej wrażenie, ale czułem, że dziś mógłbym ją nimi naprawdę rozwścieczyć, a to ostatnie, czego chciałem.

Pragnąłem jej pomóc.

Może porozmawiać.

Po prostu ją zobaczyć. Popatrzeć w te moje ulubione oczy i liczyć, że tym razem okażą się nosić w sobie nieco mniej zmartwienia.

– Szybciej, mała Coleman, nie mamy na to całego popołudnia – usłyszałem, że zwrócił się do niej jeden z pracowników łodzi.

To jakiś starszy mężczyzna z plackiem siwizny na głowie i twarzą obsypaną czerwonymi plamami oraz piegami. Wysoki, szczupły i… wpatrzony w pośladki Mari.

To chyba jakieś żarty.

– Hej, Marianne – rzuciłem, po czym zgromiłem surowym wzrokiem tego obleśnego typa.

Mina od razu mu zrzedła. Dobrze.Niechętnie odwrócił spojrzenie, a ja skupiłem się na dziewczynie.

Na dźwięk mojego głosu obróciła głowę i głęboko westchnęła. Drewniana skrzynia zakołysała się w jej ramionach, więc szybko przejąłem od niej pojemnik. Okazał się dokładnie tak ciężki i szorstki w dotyku, na jaki wyglądał. Wypełniały go kilogramy cuchnących ryb.

– Ubrudzisz się – skomentowała mrukliwie, skrzyżowała ręce na klatce piersiowej i spuściła wzrok.

– Też się cieszę, że cię widzę. Gdzie to zanieść?

Kiwnęła głową, wskazując małą budkę znajdującą się na drugim końcu pomostu. Ruszyłem w tamtą stronę, a ona poszła za mną.

Nie potrafiłem tego wyjaśnić, ale sama świadomość, że znów znajdowała się obok, zadziałała na moje serce pokrzepiająco. Ostatnie dwa dni byłem humorzasty, wręcz gburowaty, ale jedno spojrzenie na jej twarz wystarczyło, bym odzyskał energię.

– Co tu robisz? – zapytała z wyraźną niechęcią.

– Spacerowałem.

– Przy porcie?

– To zabronione?

Kątem oka dostrzegłem, że wzrusza ramionami.

– Tamten staruszek na łodzi gapił ci się na… – Przełknąłem z trudem ślinę. – No, po prostu się gapił.

– Na mnie?

– Tak właściwie to na twoje pośladki. – Odstawiłem skrzynię, wytarłem dłonie w spodnie, a potem popatrzyłem na Marianne. – Poważnie. Co ty tu robisz?

Wyglądała na zmarnowaną, podirytowaną i niezmiennie zmartwioną. Brązowe włosy lepiły się do zroszonego potem czoła dziewczyny, pod oczami widniały szare worki, a usta miała spierzchnięte, jakby nie piła od wielu godzin.

– Nudziło mi się, więc dla zabawy postanowiłam przenieść kilka skrzyń – burknęła.

Oookej, przynajmniej pozostawała sobą i nadal posługiwała się sarkazmem, jakby był jej językiem ojczystym.

– Tak właśnie sądziłem – odparłem z przekąsem, a potem ze śmiertelną powagą zapytałem: – Pracujesz za ojca?

– Ktoś musi.

– I padło na ciebie?

Na samą myśl, że to rodzice ją do tego zmusili, na dnie mojego żołądka wykiełkowała wściekłość.

– A na kogo innego, geniuszu? – Wygięła brew w drwiącym wyrazie. – Kiedy ostatnio sprawdzałam, nie miałam żadnego rodzeństwa ani…

– Twoja mama? – podsunąłem.

– Moja mama ma inną pracę.

No tak. Oczywiście, że miała inną pracę. Może nie tak dochodową jak ta ojca, ale wciąż.

Nie do końca wiedziałem, co powiedzieć i jak wybrnąć z tego niewygodnego tematu. Przyszedłem tu z dobrymi zamiarami, ale – jak zwykle zresztą – w relacji z tą dziewczyną nie potrafiłem dobrze oszacować, gdzie powinienem postawić granicę.

– Pomogę ci – wypaliłem, a Marianne, jak mogłem się tego spodziewać, prychnęła i pokręciła głową.

– Niby dlaczego?

– A dlaczego nie? Mam wolne popołudnie.

– I mógłbyś je spożytkować w ciekawszy sposób.

– Może. – Nieporadnie wzruszyłem ramionami. – Ale wolę je spędzić z tobą.

– Posłuchaj… – Westchnęła, spojrzała w bok i zmrużyła oczy. – Naprawdę chcesz mi pomóc?

– Przecież to właśnie powiedziałem.

– Ale tak serio?

– Przyrzekam.

Przez chwilę zerkała to na mnie, to na czekające na nią pojemniki. Kalkulowała, a ja modliłem się w duchu, by nie odrzuciła propozycji. Ona pewnie żyła w przekonaniu, że traktuję to jak zabawę, ale ja dosłownie tonąłem z pragnienia znajdowania się blisko niej, choćby to miało się równać z dźwiganiem ton ryb.

– W porządku – zawyrokowała wreszcie.

Nadal wyglądała na nieprzekonaną, ale się zgodziła.

Dotarło do mnie wtedy, że musiało jej doskwierać prawdziwe zmęczenie. Opadła z sił, opuściła maskę, a fragment otaczających ją murów się ukruszył. W innym przypadku już dawno kazałaby mi się wynosić. Prawdopodobnie wolałaby własnoręcznie wyławiać ryby z morza, zamiast przyjąć moją pomoc.

A jednak.

Trochę się z tego cieszyłem, a trochę smuciłem. Ta cała sytuacja z jej tatą musiała naprawdę dać jej w kość.

– Zostało nam kilkanaście skrzyń – oznajmiła, prowadząc mnie z powrotem do krawędzi pomostu.

– Wszystkie są tych samych rozmiarów?

– Tak.

– Ile mogą ważyć?

– A jakie to ma znaczenie?

– Bo są naprawdę, ale to naprawdę ciężkie.

Marianne zatrzymała się w pół kroku i zmierzyła mnie surowym spojrzeniem.

– Przecież nikt nie zmusza cię do…

– Jezu, nie o to mi chodzi – fuknąłem urażony.

– A o co?

– O ciebie.

– O mnie?

– No tak.

– Chyba nie rozumiem – przyznała, wyraźnie zbita z tropu.

Patrzyła mi w twarz, promienie słońca rozjaśniały jej oczy, a moje serce… Moje słabe serce pominęło kilka uderzeń. Zaschło mi w gardle. Ta dziewczyna wywierała na mnie niesamowity wpływ. Nie wiedziałem, czy to dobrze, czy źle, ale przebywanie z nią uzależniało.

– Chodzi o to… Nie są dla ciebie za ciężkie?

Brwi dziewczyny podjechały niemal pod linię czoła. Dopiero wtedy zrozumiałem swój błąd.

– Znaczy… Nie chodzi mi o to, że…

– Clinton – zagrzmiała. – Albo mi pomagasz, albo nie i uwierz, że doskonale dałabym sobie radę bez ciebie.

– Wiem. Po prostu… Nie musisz.

– Nie muszę czego?

– Wcale nie musisz dawać sobie rady sama.

Zawisło między nami milczenie – z rodzaju tych lekko niekomfortowych. Czułem uderzenia gorąca pod skórą, bo wzrok Marianne wyraźnie złagodniał. To trwało chwilę, chyba nawet mniej niż sekundę, ale zdołałem to dostrzec i ten widok wyrył w moim zafiksowanym na jej punkcie umyśle trwały ślad. To jak znak, drobna sugestia, że może wszystkie te moje starania nie są jednak tak głupie.

Nadzieja bardzo nieśmiało połaskotała moje trzewia.

– Chodźmy – wymamrotała, puszczając zapewnienie w niepamięć.

Przez następne trzydzieści minut nosiliśmy skrzynie – to znaczy ja nosiłem, a dziewczyna mnie nawigowała, bo mimo narzekań nie pozwoliłem jej dłużej dźwigać.

Pracowaliśmy w milczeniu i to wymagało ode mnie sporo wysiłku. Ale ona to doceniła. Chyba potrzebowała ciszy i czasu, by pobyć sam na sam z własnymi myślami. Pewnie zamartwiała się wodospadem niekończących się czarnych myśli i choć pragnąłem ją jakoś zająć i to przerwać, nie miałem odwagi. Nie miałem, ponieważ Marianne w każdej chwili mogła mnie zmusić, żebym sobie poszedł, a naprawdę dobrze się czułem w jej towarzystwie.

Została nam do przeniesienia ostatnia skrzynia i gdy się obok niej znaleźliśmy, dziewczyna, ku mojemu niezadowoleniu, schyliła się po nią.

– O nie, nie ma mowy – rzuciłem i przesunąłem pojemnik w swoją stronę. – Umowa była inna. Ja noszę, ty nawigujesz.

– Na nic się z tobą nie umawiałam – fuknęła.

– Okej, to prawda. Ale i tak ja to przeniosę.

– Nie.

– Mari…

Pochyliła się nad skrzynią.

– Przestań – zażądałem.

– Ty przestań.

Nie wiem, jak do tego doszło. W jednej chwili trzymałem skrzynię, a w następnej ona mi ją wyszarpywała. A potem znowu ja przyciągnąłem pojemnik do siebie, to znaczy chciałem to zrobić, i…

Marianne poleciała do tyłu, chwyciła mnie za rękę i razem z pluskiem wylądowaliśmy w morzu. Zaskoczony, zakrztusiłem się wodą. Poczułem kopnięcie w udo, a potem się wynurzyłem i natknąłem na spojrzenie czerwonej z wściekłości dziewczyny.

Szlag.

Wszystkie te wyszczerbienia w murze obronnym Coleman znów się zasklepiły, bo okazałem się na tyle głupi i nieuważny, że dosłownie wepchnąłem ją do wody. Co prawda sam też w niej wylądowałem, ale tylko dlatego, że ona się mnie złapała.

Jezu.

– Ani słowa – wycedziła. – Nawet nie waż się odzywać.

Całkiem lubiłem swoje życie, więc wolałem się nie narażać i zachowałem milczenie. W ciszy obserwowałem wychodzącą na pomost Marianne. Serce podchodziło mi do gardła w obawie przed tym, w jaki sposób potoczy się kilka następnych minut.

Boże, żeby starać się o dziewczynę przez rok, a potem wepchnąć ją do wody… Co za idiota.

W końcu udało jej się wydostać z morza i wtedy posłała mi kolejne wrogie spojrzenie przyprawiające mnie o ciarki.

– Zamierzasz spędzić tam resztę dnia?

Nie odpowiedziałem. Pomimo okoliczności nie mogłem przestać się na nią gapić, bo z włosami przyklejonymi do policzków i ubraniami przylegającymi do niej jak druga skóra wyglądała olśniewająco. Stała tam w złotej smudze słońca, wydawała się wściekła, ale nie potrafiłem przejmować się kierującą nią antypatią, gdy prezentowała się tak boleśnie ślicznie.

Gdy moje milczenie przeciągnęło się w mniej więcej minutę, Mari prychnęła i się odwróciła. Dłońmi powędrowała do kieszeni spodenek, a potem, gdy najwyraźniej nie znalazła w nich tego, czego szukała, znów zwróciła się przodem do mnie i mocno zmarszczyła brwi.

– Moje klucze.

– Co?

– Klucze do domu – wymamrotała, sunąc teraz palcami po całym ciele. – Musiały mi wypaść.

Rozdziawiłem usta.

– Clinton, przysięgam, że jeśli…

– Poczekaj. Daj mi chwilę – rzuciłem błagalnie, po czym zanurzyłem się pod taflą.

W miejscu, gdzie się znajdowałem, nie było głęboko, więc istniały realne szanse, że uda mi się wyłowić jej klucze. Szorowałem rękami po dnie, mimo to nie natknąłem się na nic ostrego. Spróbowałem kilka razy, co jakiś czas wynurzałem się ponad wodę, by zaczerpnąć powietrza, a zniecierpliwiona Mari obserwowała te poczynania z pomostu.

Gdy po kilku minutach nadal nie udało mi się znaleźć tych cholernych kluczy, zapragnąłem na siebie nawrzeszczeć. Albo dać sobie w twarz. Albo pobiec szybko do domu i rozpocząć plan tworzenia wehikułu czasu, by cofnąć wydarzenia tego dnia.

– Nie masz ich, prawda? – Jej oczy zasnuło rozczarowanie.

William, ty debilu!

Pokręciłem głową.

– Świetnie.

– Posłuchaj, może po prostu…

– Nieważne. Wciąż mamy ostatnią skrzynię do przeniesienia.

Zanim wyszedłem z wody, ona zdążyła już zabrać balast i odejść. W myślach urządzałem sobie prawdziwą tyradę wyzwisk, bo to wszystko nie miało się tak skończyć. Chciałem jej pomóc, może nawet wierzyłem, że sobie tym u niej zapunktuję, a tymczasem… Tymczasem wszystko spieprzyłem. Koncertowo.

Mimo to podbiegłem do Mari.

– Posłuchaj, naprawdę bardzo cię…

– Nie chcę twoich przeprosin – mruknęła pod nosem.

– Dorobię ci klucz. Możemy teraz pójść do ciebie i…

– Moich rodziców nie ma w domu.

– Nie?

– Nie. Pojechali za miasto do lekarza. Wrócą późnym wieczorem.

– To znaczy, że nie masz jak dostać się do środka?

– Brawo. Wspaniała dedukcja – zadrwiła.

Zignorowałem ten przytyk.

– Okej, no to chodź do mnie. Dam ci coś suchego do przebrania, a potem cię odprowadzę.

Wytrzeszczyła oczy z niedowierzaniem, jakbym właśnie oznajmił, że ziemia jest płaska, a słońce zielone.

– Mam iść do ciebie?

– Tak. Co w tym dziwnego?

– Ty tak serio?

– Tak. Nie rozumiem w czym problem. Przeze mnie jesteś mokra i nie masz jak dostać się do siebie. Zamierzasz czekać pod drzwiami do wieczora i marznąć?

– Zaraz wyschnę. Jest ciepło. I mogę pójść do Bethany albo Sophii.

– Możesz też pójść do mnie i pozwolić, bym trochę odpokutował i pozbył się wyrzutów sumienia.

– Wyrzutów sumienia?

– W związku z całą tą – machnąłem ręką w kierunku morza – sytuacją.

Spojrzała na mnie niepewnie. Gdybym jej nie znał, pomyślałbym, że się zawstydziła, ale to przecież Mari.

– Podziękuję.

– Proszę – nalegałem.

Przestąpiła z nogi na nogę.

– Coleman! – zawołał jeden z pracowników. – Przeniosłaś wszystkie skrzynie?!

– Tak!

– Dobrze! Przyjdź jutro o tej samej porze!

Pokiwała głową z roztargnieniem.

– Twoi rodzice o tym wiedzą? – zapytałem.

Otworzyła usta i równie szybko je zamknęła.

Czyli nie.

Nie powinna spędzać ostatnich dni wakacji na urabianiu się po łokcie w porcie. Gdyby jej rodzice się o tym dowiedzieli, pewnie wybiliby jej ten pomysł z głowy. A ona pewnie i tak dalej by tu przychodziła, bo to najbardziej uparta osoba na świecie.

I właśnie w tym tkwił jej urok.

Była chłodna, obcesowa i często zwyczajnie niemiła, ale troszczyła się o dobro rodziny i przyjaciółek.

– Proszę. Chodź ze mną. Nie będę rzucał żadnych głupich tekstów. Po prostu dam ci coś do przebrania, a potem się rozejdziemy – zapewniłem.

Rozważała dostępne opcje. Nadal się wahała, ale z jakiegoś powodu czułem, że wygrałem to starcie.

Gdy chwilę później uzyskałem upragnione skinienie głową, prawie omdlałem ze szczęścia.

Bo to oznaczało więcej czasu sam na sam z Mari. I to w moim domu.

1 Fragment piosenki For You Blue autorstwa The Beatles, tłum.: „Kocham cię od chwili, kiedy cię zobaczyłem” (przyp. aut.).