Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł lub
0 zł
jeśli wykorzystasz 149 punktów Klubu Mola Książkowego
lub
0 zł
jeśli wykorzystasz 149 punktów Klubu Mola Książkowego
Możesz zamówić 2 tytuły w miesiącu bez dopłaty, wykorzystując punkty. Oferta dla wybranych użytkowników.
Możesz zamówić 2 tytuły w miesiącu bez dopłaty, wykorzystując punkty. Oferta dla wybranych użytkowników.
Autorka bestsellerów New York Timesa
Nic nie jest sugestywniejszym wyznaniem miłości niż wtargnięcie na cudzy teren, publiczne upokorzenie i świąteczne widowisko dla całego miasteczka, by odzyskać swoją sympatię.
Atlas Max Maxheimer wcale się na to nie pisał. W jednej chwili nerwowo próbuje zapobiec klęsce rodzinnej farmy, a w następnej leży nieprzytomny w śniegu po tym, jak dostał w głowę podejrzanie ciężką butelką napoju.
Powitajcie Betty: nowa w mieście, pełna świątecznej energii, pomaga wujkowi otworzyć konkurencyjną farmę choinek tuż obok. Max jest przekonany, że chce zniszczyć wszystko, co reprezentuje Farma Evergreen. Betty uważa, że Max jest niebezpiecznym stalkerem i brakuje mu piątej klepki.
A potem miasteczko pogrąża się w świątecznym chaosie.
Zamieć śnieżna, zrujnowana reputacja, kompletnie chybione plany romantycznych zasadzek i prawdziwie tragiczna historia związana ze świąteczną ozdobą jednym słowem, jest tu wszystko, co sprawia, że małomiasteczkowa opowieść świąteczna przeradza się w coś znacznie bardziej skomplikowanego i wypełnionego namiętnością, niż ktokolwiek mógłby się spodziewać.
Gdy wróg staje się kochankiem, święta nabierają nowego znaczenia
Książka dla czytelników powyżej osiemnastego roku życia.Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 558
Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Meghan Quinn
Wesołych świąt, świntuchu!
Magiczne święta w Kolorado #2
Przekład: Olga Kwiecień
Tytuł oryginału: Merry Christmas, You Filthy Animal (Kringletown Christmas #2)
Tłumaczenie: Olga Kwiecień
ISBN: 978-83-289-9932-9
Copyright © 2025 by Meghan Quinn Published by arrangement with Bookcase Literary Agency and Book/lab Literary Agency. Sourcebooks, Bloom Books, and the colophon are registered trademarks of Sourcebooks.
Cover and internal design © 2025 by Sourcebooks Cover design by Letitia Hasser, RBA designs Cover illustrations by Letitia Hasser, RBA designs & Gerard Soratorio Internal art by Gerard Soratorio
Polish edition copyright © 2026 by Helion S.A.
All rights reserved. No part of this book may be reproduced or transmitted in any form or by any means, electronic or mechanical, including photocopying, recording or by any information storage retrieval system, without permission from the Publisher.
Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione. Wykonywanie kopii metodą kserograficzną, fotograficzną, a także kopiowanie książki na nośniku filmowym, magnetycznym lub innym powoduje naruszenie praw autorskich niniejszej publikacji.
Wszystkie znaki występujące w tekście są zastrzeżonymi znakami firmowymi bądź towarowymi ich właścicieli.
Niniejszy utwór jest fikcją literacką. Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci — żyjących obecnie lub w przeszłości — oraz do rzeczywistych zdarzeń losowych, miejsc czy przedsięwzięć jest czysto przypadkowe.
Drogi Czytelniku!
Jeżeli chcesz ocenić tę książkę, zajrzyj pod adres
editio.pl/user/opinie/wesms2_ebook
Możesz tam wpisać swoje uwagi, spostrzeżenia, recenzję.
HELION S.A.
ul. Kościuszki 1c, 44-100 GLIWICE
tel. 32 230 98 63
e-mail: [email protected]
WWW: editio.pl (księgarnia internetowa, katalog książek)
Printed in Poland.
Narrator: Wśród drzew, na lewo od stodoły, w której mieszkają renifery, i zaledwie kilka kroków od zgiełku świątecznych entuzjastów w całorocznym bożonarodzeniowym miasteczku Kringle, stoi urokliwa, a zarazem imponująca chata z bali należąca do Otto i Idy Maxheimerów.
Otto i Ida mieszkają na porośniętej sosnami Farmie Evergreen ze swoimi trzema synami: Felixem, Anselem i Atlasem.
Pozwólcie, że Wam ich przedstawię.
Felix Joseph Maxheimer, najstarszy z trójki, zapalony obserwator pogody, znany z rozległej wiedzy o lagerach, uwielbia mieć rację we wszystkim i chętnie ogląda mężczyzn w czarnych gumowych butach bez koszulek, najlepiej dzierżących łopatę do śniegu i tańczących do Run Rudolph Run. W miasteczku jest współwłaścicielem Toboggan Tours, czyli firmy turystycznej, która zabiera gości na wycieczki w góry na elektrycznych skuterach śnieżnych oraz na Candy John Hill, gdzie można pojeździć na sankach.
Potem jest Ansel Daniel Maxheimer, środkowy syn, znany ze wszczynania awantur ze wszystkim i wszystkimi, którzy staną mu na drodze. Jest fanem dżemu, bezskrzydłych aniołów i chaotycznych recenzji pizzy (musi mieć dużo sera) w internecie. Czasem określany jako niedojrzały, jest drugim właścicielem Toboggan Tours. Ma szczególny talent do zapewniania rozrywki każdemu pasażerowi na skuterze śnieżnym.
I wreszcie najmłodszy z rodzeństwa, Atlas Peter Maxheimer, znany w miasteczku po prostu jako Max. Ma metr dziewięćdziesiąt wzrostu, prezencję drwala, enigmatyczny urok i talent do wywoływania uśmiechu na twarzach ludzi. Stanowi całkowite przeciwieństwo swojego zrzędliwego najlepszego przyjaciela Cole’a Blacka z Whistler Lane: jest pełen życia, lekko dramatyczny, ale w najlepszym tego słowa znaczeniu, i jak twierdzą niektórzy w miasteczku: trochę przejrzały.
To czyni go idealną postacią, wokół której można zbudować całą historię.
Pozwólcie, że nakreślę Wam sytuację.
(odchrząkuje)
Jest chłodny Dzień Dziękczynienia. Półsuchy indyk oblany sosem został pochłonięty przez gromadę mężczyzn w domu, podobnie jak słynna szarlotka Maxheimerów z kwaśną śmietaną (nie pozostał ani okruszek), dziadek M. śpi przed kominkiem, leżąc na dywaniku uplecionym ze starych ubrań z czasów początków małżeństwa babci i dziadka M.
Ida i Otto toczą zaciętą partię remika przy stole w jadalni, oświetlonym spiralnymi zielonymi świecami w złotych świecznikach w kształcie aniołów.
Felix i Ansel, siedząc na kanapie z piwem w dłoniach, oglądają futbol i rozmawiają o piętnastoosobowej grupie z Illinois, którą mają przyjąć następnego dnia.
W domu panują spokój, cisza i błogi nastrój, wszystko wydaje się na swoim miejscu, aż do momentu, gdy…
***
– Mamo! Tato! – Otwieram gwałtownie drzwi domu, panika ściska mi klatkę piersiową, gdy próbuję złapać oddech. – Najeźdźcy. – Opieram ręce na kolanach, łapiąc powietrze. – Na… jeźdźcy.
W domu zapada cisza, słychać tylko przyciszony dźwięk meczu futbolowego w tle, gdy obaj moi bracia odwracają się w moją stronę.
– Jezu, Atlas – mówi Ansel z kanapy, patrząc na mnie z miną wyrażającą „co jest z tobą, do cholery, nie tak”. – Przestraszyłeś dziadka M. – Ansel wskazuje na dziadka M., który nadal śpi na plecionym dywaniku przed kominkiem.
Dziadek M. mruczy coś pod nosem, po czym przyciąga do siebie realistycznie wyglądającą poduszkę w kształcie kota, którą mama uparcie nazywa uroczą dekoracją, choć wśród mężczyzn w domu panuje powszechna opinia, że kot ożywa w nocy i drapie w drzwi sypialni.
Felix przysięga, że go słyszał.
Ansel zaklina się, że go widział.
– Co tu się dzieje? – pyta tata, wchodząc do salonu w białym swetrze z warkoczowym splotem, z rękami na biodrach.
Prostuję się i opieram o drzwi wejściowe, wciąż nie mogąc złapać tchu po szalonym sprincie przez las na terenie naszej rodzinnej posiadłości. Raz potknąłem się o jakiś pieniek i omal nie rozłupałem sobie czaszki.
– Najeźdźcy na naszej ziemi. To najeźdźcy.
– Najeźdźcy? – powtarza z powątpiewaniem mama, dołączając do nas w swojej sukience w kratę, którą zakłada co roku w Święto Dziękczynienia na rozpoczęcie sezonu bożonarodzeniowego. – O czym ty w ogóle mówisz?
Nie odrywając wzroku od telewizora, mój najstarszy brat Felix cedzi:
– Najwyraźniej na posiadłości są najeźdźcy. Zawiadomcie heroldów. – Podnosi butelkę piwa i pociąga łyk.
Widocznie futbol jest dla niego ważniejszy niż możliwość przejęcia rodzinnej farmy.
– Są najeźdźcy – mówię, oddychając już spokojniej. – Na posiadłości. Słyszałem ich podczas spaceru po posiłku. Rozmawiali i słyszałem ich…
– Rozmawiali, uuu, straszne – kpi Ansel, podnosząc album mamy o jarmarkach bożonarodzeniowych na świecie i przerzucając strony do rozdziału o Francji. – Rozmawiający ludzie to powód, żeby zamknąć wszystkie wejścia i wezwać Gwardię Narodową. Felix, chwyć palnik. Jak gadacze się zbliżą, przypalimy im łby.
– Przypalanie łbów? To dość surowa kara za samo gadanie – protestuje Felix.
Ansel unosi pięść w górę.
– Gadacze muszą ponieść karę.
I oto moja rodzina. Nikt z nich nie traktuje mnie poważnie.
Ze spokojem i nieco zirytowaną miną mówię:
– To nie jest temat do żartów. Rozmawiali o działce za naszą posiadłością. Wiecie, o tym pustym terenie.
Dziadek M. kaszle, całym jego ciałem wstrząsają konwulsje, aż w końcu przewraca się na plecy i zaczyna chrapać w sufit.
Tata pociera czoło.
– Atlas, nie możesz tak wpadać do domu, strasząc nas wszystkich tylko po to, żeby powiedzieć, że jacyś ludzie rozmawiają na drugim końcu posiadłości.
– Naprawdę, kochanie – dodaje mama. – Kochamy cię, ale odkąd wygrałeś konkurs na Świątecznego Kringle’a w zeszłym roku, twoje skłonności do dramatyzowania chyba jeszcze bardziej się nasiliły.
Co ty mówisz, mamo?
Prostuję się i pytam:
– Co to ma znaczyć?
Mama delikatnie kładzie mi rękę na ramieniu.
– Wydaje się, że masz skłonność do… ubarwiania rzeczywistości. A zaczęło się to, gdy w zeszłym roku zgłosiłeś się do konkursu, po czym zacząłeś zwracać się do wszystkich w mieście per „pan” i „pani”, nosić cylinder i uchylać go przed każdym przechodniem… a potem wyszedłeś na scenę jako pies, dysząc w szortach zdecydowanie za krótkich jak na ciebie. – Szeptem dodaje: – Sherry i Tanya wciąż wspominają o twoich trzęsących się partiach ciała.
Narrator: Pozwólcie, że na chwilę wtrącę się do opowieści. Matka rodu mówi o corocznym miejskim konkursie bożonarodzeniowym, który ma wyłonić najbardziej świąteczną osobę ze wszystkich. W konkursie bierze udział sześciu zawodników, którzy rywalizują w kilku mniejszych konkurencjach, zdobywając punkty. Dwa lata temu Cole, najlepszy przyjaciel Maxa, walczył ze swoją obecną żoną, Storee. W zeszłym roku to Max wziął udział w tym zaszczytnym konkursie i wygrał. Od tamtej pory jego ego wciąż nie opadło, zwłaszcza że Cole nie zdobył korony, gdy sam startował.
– Nic mi się nie trzęsie – mówię urażony.
– Mam nagranie, które dowodzi czegoś innego – odpowiada Ansel, przeglądając stronę w książce i wodząc palcem po konturach Wieży Eiffla.
Wzdycham sfrustrowany.
– Słuchajcie, niczego nie ubarwiam i nie dramatyzuję. W lesie byli ludzie, którzy rozmawiali o zagospodarowaniu terenu. Zagospodarowaniu – akcentuję. – Nie obchodzi was to?
Tata robi krok do przodu i mówi:
– Atlas, doceniam twoją troskę, ale nie ma powodu, żebyś wpadał do naszego spokojnego domu w taki sposób tylko po to, by powiedzieć nam, że ludzie rozmawiają o ziemi obok naszej. Nie masz pojęcia, czy to tylko pogawędka, czy naprawdę są zainteresowani, a poza tym i tak nie będzie to miało na nas żadnego wpływu.
– Eee, uważam, że wpadanie jest konieczne, skoro mogą próbować skopiować nasz pomysł. Wiesz, ile ma ta działka? Trzydzieści akrów, tato. Trzydzieści akrów doskonałej przestrzeni, gotowej, by przejąć to, co stworzyliśmy.
– Jezu, Atlas – mówi Felix, wpatrując się w telewizor. – Po pierwsze, ta ziemia stoi pusta od lat. Nikt nawet nie wie, kto jest jej właścicielem. Po drugie, w Kringle obowiązują surowe przepisy, które zabraniają firmom kopiowania innych firm w mieście, więc nawet jeśli ci ludzie, którzy rzekomo rozmawiają po drugiej stronie posiadłości, myślą o kupnie tej ziemi, nie mają możliwości ani prawa, by powielić Farmę Evergreen.
– Ma rację – dodaje Ansel. – Co oznacza, że ty się mylisz, Atlas. – Odchrząkuje i odwraca książkę w moją stronę. – Atlas, jesteś tym, co Francuzi nazywają les imbéciles.
Co za palant. Po prostu powiedz, że jestem imbecylem, ty bałwanie.
Ignorując braci, podnoszę głos.
– Nie żartuję. Słyszałem, jak mówili o farmie. Zakładają farmę.
– Atlas…
– Tato, mówię poważnie, okej? Zamierzają przejąć Farmę Evergreen!
Dziadek M. budzi się gwałtownie i prawie dławi się własną śliną. Siada i kaszle głośno.
Ansel natychmiast rzuca się na podłogę, klepie dziadka M. po plecach i podtrzymuje go.
– Podaj mi piwo – mówi do Felixa, który spełnia jego prośbę. Pomagając dziadkowi M. napić się łyk, Ansel zerka na mnie przez ramię. – Patrz, co narobiłeś, palancie. Dziadek M. obudził się ze swojej drzemki.
Pocieram palcami skronie, czując się, jakbym wylądował w alternatywnym wszechświecie, gdzie to, co mówię, nie ma żadnego znaczenia. Halo, to ja, Atlas. Nikogo to nie obchodzi? Nikt się nie martwi? Farma Evergreen była przekazywana z pokolenia na pokolenie: przeszła z rąk dziadka M. na moich rodziców, a wkrótce trafi do mnie.
Ostatnią rzeczą, jakiej chcę, jest bycie tym, który spieprzy rodzinny biznes, nie ostrzegając przed potencjalnymi wrogami.
– Atlas – zaczyna tata łagodnie. – Myślę, że powinieneś pójść na górę i po prostu… ochłonąć. To był długi dzień, a jutro zaczyna się pracowity sezon świąteczny. Może powinieneś się przespać.
– Tato – mówię błagalnym tonem. – Nie kłamię. Tam byli jacyś ludzie.
– Wiem. – Klepie mnie po ramieniu pobłażliwie. – Wiem. Ale lepiej się prześpij.
– Ale miałem odwieźć dziadka M. do domu.
– Chłopaki się tym zajmą. Ty po prostu… po prostu idź na górę.
Rozglądam się po rodzinie i widzę, że wszyscy na mnie patrzą: jedni z irytacją, inni z rozbawieniem. Uznaję to za znak, że może naprawdę powinienem zniknąć… przynajmniej na tę noc.
Z wysoko uniesioną głową kieruję się w stronę schodów.
– Zapamiętajcie moje słowa: kiedy ktoś zacznie zagospodarowywać tę ziemię i założy własną plantację choinek, usiądę wygodnie i powiem: „Trzeba było mnie słuchać”.
Po tych słowach idę na strych, gdzie tymczasowo mieszkam, oszczędzając na budowę własnej drewnianej chatki na rodzinnej posiadłości.
Będą się czuć jak idioci, kiedy to się skończy. Zobaczycie. Z satysfakcją zaśmieję im się w twarz i wytknę palcem.
Wyciągam telefon i piszę do Cole’a, bo jeśli ktokolwiek mi uwierzy, to właśnie mój najlepszy przyjaciel.
On mnie uspokaja.
Wspiera.
Jest kimś, z kim mogę teraz porozmawiać.
Max: Dzisiaj byli najeźdźcy na naszej ziemi! Pieprzone łobuzy, którym się wydaje, że mogą przejąć Farmę Evergreen. Możesz w to uwierzyć? Niezbyt w duchu Święta Dziękczynienia, jakby mnie ktoś pytał.
Wyciągam się na moim łóżku z czterema pionowymi kolumnami i pozwalam, by gruby czerwony koc wciągnął mnie w swoje ciepło, podczas gdy wpatruję się w sufit strychu. Jeszcze pożałują, że mnie nie posłuchali.
Pożałują!
Mój telefon brzęczy, sygnalizując odpowiedź.
Uśmiechając się, otwieram wiadomość, gotowy na współczucie i zrozumienie.
Cole: Jesteś cholerną zarazą, stary.
Rozdymając nozdrza, odkładam telefon i zamykam oczy.
Kretyni. Wszyscy.
Narrator: W domu panuje cisza.
Nie ma nikogo w zasięgu wzroku, a Max leży, na wpół zwisając z łóżka, wciąż w butach po nocnym spacerze. Słońce zagląda przez okrągłe okienko po prawej stronie.
Jego usta są suche jak pieprz.
Mięśnie ma rozciągnięte w najbardziej niewygodny sposób.
I nie jest nawet w połowie gotowy na rozpoczęcie sezonu choinkowego. Bo mimo że wszyscy mówili mu, że zwariował, nie mógł przestać myśleć o intruzach z poprzedniej nocy, co prowadziło do koszmarów sennych i wizji bankructwa Farmy Evergreen.
Pamiętacie, jak mówiłem, że ma skłonność do dramatyzowania? Sami widzicie.
***
– Naprawdę tak myślisz?
Narrator: Hm, nie powinieneś ze mną rozmawiać.
– Rozumiem, ale z czystej ciekawości, będziesz tu przez cały czas?
Narrator: Tak.
– Dobrze wiedzieć. W takim razie mogę o coś zapytać?
Narrator: Pewnie.
– Ta cała sytuacja z intruzami naprawdę miała miejsce, czy jednak stajesz po stronie mojej rodziny i uważasz, że zwariowałem?
Narrator: Naprawdę miała miejsce.
– Wiedziałem, kurwa!
Narrator: A teraz wróćmy do naszej opowieści, proszę.
***
Przecieram oczy, bo słońce niemal mnie oślepia, wpadając przez okrągłe okienko, i powoli siadam na łóżku.
– Kurwa mać – mówię, chwytając się za dolną część pleców. – Jezu. Czemu tak spałem?
Opuszczam stopy na podłogę, zdając sobie sprawę, że spałem w butach i kurtce. Czy moja rodzina jakoś strzeliła we mnie środkiem usypiającym, a ja tego nie zauważyłem?
Zrzucam kurtkę i buty, kierując się do prowizorycznej łazienki, którą zbudowaliśmy z tatą, gdy wprowadziłem się z powrotem do rodzinnego domu.
W wieku trzydziestu lat ostatnią rzeczą, jaką chcesz zrobić, to zaczynać nowy rozdział, zamieszkując ponownie z rodzicami, ale kiedy tata przedstawił mi pomysł przejęcia kiedyś farmy i zbudowania własnego domu na posesji, wiedziałem, że mam tylko jedną opcję: wrócić do nich, żeby zaoszczędzić na własne cztery kąty.
Więc oto jestem.
Mieszkam na strychu rodziców, bo mój dziecięcy pokój jest teraz pracownią rękodzielniczą mamy, a ja wolę prywatność strychu z niskimi sufitami, nawet jeśli mam ponad metr dziewięćdziesiąt i każdej nocy boję się, że znajdę w łóżku pająka. I nawet jeśli mam tu jedynie prowizoryczny prysznic, czyli wannę ze słuchawką prysznicową i zasłonką dookoła, to wszystko aż krzyczy, że świetnie sobie radzę w życiu i wcale nie jestem na dnie.
Ciekawostka: używam prysznica jako umywalki i miejsca do kąpieli. Naprawdę luksusowo tutaj.
Nie martwcie się, jest też toaleta. Odmówiłem używania wiadra, które Ansel żartobliwie mi dał, gdy usłyszał, że wprowadzam się na strych.
Włączam prysznic i zabieram się za poranną toaletę, szczególnie starannie myjąc zęby. Potem używam nici dentystycznej i dwukrotnie płuczę usta płynem. Po wytarciu się wciągam bokserki i zielony szlafrok. Moja poranna rutyna zwykle polega na siedzeniu przy kuchennej wyspie w szlafroku z koktajlem proteinowym i oglądaniu na telefonie tego, co dziadek M. nazywa bzdurami.
Wsuwam stopy w kapcie i schodzę skrzypiącymi drewnianymi schodami na piętro, gdzie zauważam, że drzwi do sypialni rodziców są szeroko otwarte. Dziwne. O tej porze mama zwykle się szykuje.
Może wyszła wcześniej.
Schodząc na parter, zatrzymuję się w przedpokoju, gdzie gazeta została wrzucona przez szczelinę w drzwiach, ale tata, który zwykle to robi, jej nie podniósł.
To dziwne.
Podnoszę gazetę, wsuwam ją pod pachę i idę do kuchni, w której nie ma żywej duszy. Żaden talerz nie jest nie na swoim miejscu, toster nie jest rozgrzany.
Drapię się po głowie i robię obrót o trzysta sześćdziesiąt stopni, rozglądając się po całej kuchni.
– Tato? – wołam, kładąc gazetę na blacie. Zaglądam za róg do gabinetu, szukając jakichkolwiek oznak jego obecności przy biurku, może przeglądającego księgi rachunkowe farmy. Ale nic.
Prostuję się i idę w stronę stołu w jadalni, wołając:
– Mamo?
Jedyną odpowiedzią jest szum pieca.
Drapię się po policzku, mocniej zawiązuję szlafrok i wychodzę na tylną werandę, gdzie moi rodzice czasem piją poranną kawę, podziwiając rozległość naszej plantacji choinek.
Kiedy otwieram drzwi, zimne górskie powietrze sprawia, że całe moje ciało pokrywa się gęsią skórką, a wszystko zaczyna się… kurczyć.
Tak, kurczyć. Dobra, nie boję się tego powiedzieć. Mieszkam w miasteczku położonym na wysokości prawie trzech tysięcy metrów nad poziomem morza, w samym sercu Gór Skalistych w Kolorado, a jedyne, co chroni moje okolice lędźwiowe przed odmrożeniem, to bawełniane bokserki i dziesięcioletni szlafrok.
Wyglądam zza rogu i wołam:
– Mamo? Tato? Jesteście tu?
Odpowiada mi tylko szum wiatru w wysokich świerkach, więc szybko sprawdzam garaż, gdzie stoją oba samochody, a potem na palcach wracam do domu, bo zimno wciąż wnika w moje ciało.
– No kurwa. Gdzie oni są?
Potrzebuję telefonu, więc wracam do swojego pokoju, siadam na łóżku i wysyłam im wiadomość.
Max: Hej, gdzie jesteście?
Obserwuję, jak wiadomość zostaje wysłana. Czekam na potwierdzenie dostarczenia, ale po kilku sekundach, gdy nic się nie pojawia, włoski na karku zaczynają mi się jeżyć.
Okej, to dziwne.
Powinien pojawić się komunikat Wiadomość dostarczona.
– Nie panikujmy – mówię do siebie. – Bo właśnie tego by się spodziewali, że wpadnę w histerię i zacznę zakładać najgorsze, szczególnie po tym, o czym rozmawialiśmy wczoraj wieczorem. Spokojnie.
Wypuszczam powietrze i schodzę na parter.
Piszę zbiorczą wiadomość do braci.
Max: Hej, nie wiecie przypadkiem, gdzie mama i tata poszli rano? Obudziłem się i nigdzie ich nie było.
Odkładam telefon i podchodzę do lodówki, skąd wyciągam karton mleka, a potem sięgam po odżywkę białkową i shaker.
Zatrzymuję się na chwilę, podnoszę telefon, ale moja wiadomość do braci też nie została dostarczona.
Co jest, kurwa?
Postanawiam napisać do kogoś innego, żeby sprawdzić, czy to może wina mojego telefonu.
Max: Widzisz to?
Otwieram shaker i zaczynam nalewać mleko z kartonu, gdy nagle rozlega się pukanie do drzwi wejściowych, przez co aż podskakuję. Upuszczam mleko i rozlewam je po całym blacie kuchennym.
– Kurwa. – Odstawiam karton z mlekiem i ruszam do drzwi.
Otwieram je i cofam się o krok, gdy Cole wchodzi do środka, wyciągając do mnie telefon.
– Czemu mi to wysłałeś?
Spoglądam na ekran, a potem nawiązuję kontakt wzrokowy z moim niezbyt czarującym najlepszym przyjacielem. Prawie moje lustrzane odbicie z rozczochranymi brązowymi włosami i brązowym zarostem na szczęce. Różnica jest taka, że jestem wyższy, znacznie bardziej atrakcyjny, z nienagannymi kośćmi policzkowymi i o wiele bardziej lubiany dzięki mojemu olśniewającemu uśmiechowi i pogodnemu usposobieniu.
– Chciałem się upewnić, że mój telefon działa.
– A czemu miałby nie działać? – Mierzy mnie wzrokiem od góry do dołu. – I czemu jesteś w szlafroku? Stary, jest prawie dziesiąta.
– Czekaj, serio?
– No. Co ty, do cholery, robiłeś przez cały ranek?
– Eee, panikuję – przyznaję. – Nie chcę, żebyś myślał, że zachowuję się jak świr, bo tak nie jest, ale stary, myślę, że… – Boże, pomyśli, że jestem pieprzonym idiotą, ale przełykam dumę i dodaję: – Myślę, że moja rodzina zniknęła.
– Jezuu… Chryste – mruczy, ściskając nasadę nosa. – Właściwie to chyba pójdę do reniferów i zacznę swoje dzisiejsze obowiązki. Nie dam rady tego ogarnąć.
Odwraca się w stronę drzwi, ale chwytam go za ramię i obracam z powrotem w moją stronę.
– Stary, nie żartuję. Nie ma ich nigdzie…
– Pewnie dlatego, że są na farmie i pomagają wszystkim przygotować się do jednego z najbardziej pracowitych dni sezonu, podczas gdy ty włóczysz się po domu w szlafroku. – Szarpie za materiał. – Ta rzecz jest obrzydliwa. Potrzebujesz nowego. Jest cały zmechacony.
– Jest w porządku – protestuję, odsuwając się od niego. – Spełnia swoje zadanie.
– Na pewno? Bo chyba widzę twoje lewe jajo.
– Co? – Spoglądam w dół, a Cole chichocze pod nosem. Kiedy spoglądam w górę, czuję, że mógłbym go spopielić wzrokiem. – To nie jest, kurwa, śmieszne. I nie, nie są na farmie, bo gdyby byli, moje wiadomości by do nich dotarły, a nie dotarły.
– O czym ty mówisz?
Ujmuję przyjaciela za ramię i prowadzę go przez salon do kuchni, gdzie mleko ścieka teraz po frontach szafek.
– Co ty tu, do cholery, wyprawiasz? – Cole patrzy mi w oczy. – Twoja mama cię zabije, jak zobaczy ten bałagan.
Chwytam garść czerwonych serwetek, które zostały z wczoraj, i rzucam mu je.
– Pomóż mi.
Niechętnie zaczyna wycierać mleko, a przynajmniej próbuje.
– Te serwetki są do niczego. Podaj mi ręcznik papierowy.
Sięgając po płyn uniwersalny, łapię też papierowy ręcznik i mu rzucam.
Obaj zabieramy się za sprzątanie rozlanego mleka, a Cole zagaduje:
– No dobra, teraz mi powiedz, o co ta cała panika.
– Moich rodziców nie ma w domu – odpowiadam, wiedząc, że brzmię jak wariat, ale serio, czemu nie zostawili chociaż jakiejś kartki? – Myślisz, że… myślisz, że zostali porwani?
Cole wypuszcza głęboko powietrze i odrywa jeszcze kilka kawałków ręcznika papierowego, żeby mi pomóc.
– Może są zajęci i nie mogą odpisać.
– Stary, wiadomości nie dochodzą. To znaczy, że w ogóle ich nie dostają. A oni zawsze mają włączone telefony. Pisałem też do braci, ale też nie odpowiedzieli i wiadomości do nich też są niedostarczone. Naprawdę myślę, że coś się stało.
Cole podnosi z blatu nasiąkniętą gazetę i odkłada ją na bok, po czym bierze do ręki kopertę i pyta:
– A co to?
Wzruszam ramionami.
– Nie wiem.
– Jest na niej twoje imię.
– Serio? – Wyrywam mu kopertę. – To pismo mojego taty.
– Hmm, może to wskazówka do tej zagadki, którą próbujesz rozwiązać – mówi Cole, przewracając oczami.
– Może i tak – odpowiadam z wysoko uniesioną głową. Nie pozwolę, żeby jego kwaśny nastrój mnie dobił. Otwieram kopertę, podczas gdy Cole kończy wycierać blat. Czytam na głos: – „Atlas, kiedy to czytasz, jesteśmy w samolocie lecącym do Europy”. – Podnoszę wzrok znad listu. – Do Europy? Czemu lecą do Europy?
– Nie wiem. Może czytaj dalej, to się dowiesz?
Odchrząkuję i kontynuuję.
– „Zabrałem Twoją mamę na wycieczkę niespodziankę, żeby zwiedzić najsłynniejsze jarmarki bożonarodzeniowe w Europie”. – Przerywam. – Ach, zawsze chciała to zrobić. Jaki miły gest ze strony mojego taty.
– Tak, wyobraź sobie. Nie zniknęli, po prostu wyjechali na wycieczkę. – Cole kręci głową.
– Wiesz co, mogę się obejść bez tego sarkazmu.
– A ja mógłbym się obejść bez tej głupoty, a jednak tu jesteśmy.
Ignorując go, czytam dalej.
– „Nie powiedziałem ci, bo mimo że ufam ci, jeśli chodzi o farmę, nie ufam ci w kwestii dochowania tajemnicy”.
– Święta prawda – mruczy Cole.
Zerkam z ukosa na mojego najlepszego przyjaciela.
– „Wrócimy przed świętami”. – Podnoszę wzrok. – Przed świętami?! – krzyczę. – Co do cholery? Nie będzie ich aż do świąt?
Zirytowany Cole wyrywa mi kartkę z ręki i czyta dalej.
– „Wszyscy zostali poinformowani o swoich obowiązkach w tym sezonie. Mitch będzie nadzorował codzienne sprawy, a Kate przejmie obowiązki mamy związane z dostawcami. Są w trakcie szkolenia i będą zwracać się do ciebie z wszelkimi pytaniami. To twoja szansa, żeby nam udowodnić, że naprawdę możesz przejąć farmę. Ufam, że dasz sobie radę… Wiem, że tak będzie. Będziemy w kontakcie. Kocham Cię. Tata”. – Cole odrzuca list na bok i siada przy wyspie kuchennej. – Proszę bardzo, szansa, na którą czekałeś. Cała farma jest twoja.
Pociągam się za włosy.
– Tak, ale… to znaczy, trochę uprzedzenia by się przydało. Wszyscy zostali poinformowani, tylko nie ja? Nie sądził, że potrafię dochować tajemnicy?
– Nie zostałem poinformowany, więc może uznał, że żaden z nas nie potrafi dochować tajemnicy. Ale w moim przypadku chodzi o to, że twoja mama zawsze wie, kiedy kłamię. Ty po prostu nie potrafisz trzymać języka za zębami.
Nienawidzę tego, że ma rację.
– Po prostu… Czuję się taki nieprzygotowany.
– Nieprzygotowany? Pracujesz na farmie prawie całe życie. Gdyby pan Maxheimer dał mi tę rolę, mógłbym to robić z zamkniętymi oczami, tylko dlatego, że obserwowałem ciebie przy pracy.
– Nie wiem, czy to komplement czy obraza.
– Kogo to obchodzi? – mówi Cole. – Po prostu wykorzystaj tę okazję. Od dawna chciałeś, żeby twój tata przeszedł na emeryturę, więc teraz jest czas, żeby mu pokazać, że może zostawić ci farmę i wreszcie odpocząć.
Kiwam głową.
– Wiesz co, chyba masz rację. – Wypycham pierś, pozwalając klapom szlafroka odsłonić nieco więcej moich mięśni. – Chyba wezmę sprawy w swoje ręce i uczynię tę farmę swoją.
– Świetnie – stwierdza Cole bez emocji. – Ale czy mógłbyś to zrobić w jakichś ubraniach? Bo… – zaczyna, wskazując na mnie – stary, błagam.
Narrator: Podczas gdy Max idzie do pracy (po włożeniu jakichś ubrań), w miasteczku dzieje się coś jeszcze.
Coś, co zdecydowanie może zagrozić Maxowi w tym świątecznym okresie.
Pamiętacie tych najeźdźców? Cóż, nie byli wytworem wyobraźni Maksa. Nie, byli jak najbardziej prawdziwi. I właśnie mamy się dowiedzieć, kim dokładnie są.
I czego chcą.
***
– Dzień dobry. – Wujek Dwight unosi filiżankę kawy na powitanie, kiedy wchodzę do kuchni, już w pełni ubrana.
Po porannym biegu, podczas którego zimne górskie powietrze niemal zamroziło mi płuca, a lód na chodnikach o mało nie przyprawił mnie o złamaną nogę, doszłam do wniosku, że powinnam zapisać się na siłownię. No, jeśli można to tak nazwać. To pomieszczenie z tyłu Polar Freeze z trzema bieżniami, jedną ławką do ćwiczeń i kilkoma hantlami w różnych rozmiarach, z których żadne nie tworzą pary.
– Dzień dobry – odpowiadam, sięgając po filiżankę z wieszaka obok ekspresu, i nalewam sobie bardzo mi potrzebnej kawy.
– Jak ci się biegało? – Wujek Dwight siedzi przy kuchennym stole, a przed nim stoi pojemnik na wynos z jajkami, bekonem i tostami. Najwyraźniej każdego ranka robi sobie spacer do miasteczka po śniadanie. To jego sposób na „ćwiczenia”, mimo że droga zajmuje dwie minuty. Ale nie zamierzam krytykować czyichś nawyków.
– Dobrze – mówię, opierając się o blat.
Jest ode mnie starszy tylko o pięć lat. Należymy do „tych” rodzin, w których wujek jest prawie w tym samym wieku co siostrzenica. I dziwnym trafem dorastałam, nazywając go wujkiem Dwightem, bo moja rodzina uważała to za zabawne i tak już zostało. Teraz byłoby mi dziwnie mówić do niego inaczej.
– Aczkolwiek muszę przyznać, że być może to nie był najmądrzejszy pomysł. Prawie zginęłam, skręcając za róg tuż przed Bombkami i Opakowaniami. Poślizgnęłam się na lodzie i przewróciłam metalową figurę Świętego Mikołaja. Runęła z hukiem.
– Wiem dokładnie, o której figurze mówisz. Zawsze ją tam stawiają.
– Dlaczego? Moim zdaniem to zagrożenie.
– Dankworthowie, właściciele sklepu Bombki i Opakowania, co roku płacą karę za wystawianie jej na rogu, bo stwarza zagrożenie. Bob Krampus prosił ich już kilka razy, żeby się jej pozbyli, ale nie chcą. Więc teraz po prostu płacą mandaty.
– A Bob Krampus to…
– Czasem zapominam, że nie znasz jeszcze wszystkich w miasteczku. To nasz Mikołaj i nieoficjalny burmistrz Kringle.
– Jasne – mówię, kiwając głową. – Wciąż się tego wszystkiego uczę. Czyli Dankworthowie nie mają nic przeciwko płaceniu kar?
– Tak. Bob Krampus bierze pieniądze z mandatów i inwestuje je w sól na ten róg, którą jego syn, Bob Krampus Junior, rozsypuje każdego ranka.
– No to dziś rano tego nie zrobił – stwierdzam.
– Poszłaś pobiegać, zanim cokolwiek się otworzyło.
– Fakt. – Zastanawiam się przez chwilę. – Ale statua już stała. Nie zabierają jej na noc? A skoro jest takim zagrożeniem, to czemu ludzie jej po prostu nie ukradną?
– Dobre pytanie. Mają na nią skierowane kamery przez całą dobę. Nikt nie odważy się jej tknąć. Dankworthowie to jedna z zamożniejszych rodzin w miasteczku i lepiej z nimi nie zadzierać.
– Brzmi jak scena z Ojca chrzestnego.
– Można tak powiedzieć. – Upija łyk kawy. – Więc co myślisz o propozycji, którą ci wczoraj przedstawiłem?
Siadam przy kuchennym stole i zakładam nogę na nogę.
– Jak tak to ujmujesz, brzmi to, jakbyś pytał, czy przyjmę twoje oświadczyny.
Przewraca oczami.
– Wiesz, o co mi chodzi, Betty.
– Wiem. Po prostu zwlekam z odpowiedzią.
Odkłada filiżankę kawy i wyciera palce w serwetkę, po czym siada wygodniej na krześle.
– Powiem ci szczerze, Betty, bo wygląda na to, że nikt inny w twoim życiu nie mówi ci prawdy prosto w oczy.
Ma rację.
– Jesteś obecnie bezrobotna. Jesteś singielką. I mieszkasz z rodzicami w ich piwnicy, szydełkujesz, bo nie masz nic lepszego do roboty poza odwiedzaniem domu spokojnej starości w czwartkowe wieczory, gdzie układasz puzzle z ludźmi, którzy noszą imiona takie jak Murgatroyd, Harold czy Henrietta.
– Murgatroyd, Harold i Harriet – poprawiam go.
– Mój błąd.
– Wybaczone.
– Serio, Betty. Co takiego robisz ze swoim życiem, że nie możesz przyjąć mojej propozycji?
Nic.
Absolutnie nic mnie nie powstrzymuje, poza strachem. Strachem przed nieznanym. Strachem przed przeprowadzką. Ale przede wszystkim strachem przed kolejną porażką.
Po tym, jak po niespełna roku działalności musiałam zamknąć swój prowadzony w Fort Collins całoroczny sklep z ozdobami świątecznymi, który był moim ukochanym dzieckiem, nie jestem pewna, czy jestem w stanie znieść kolejny projekt, który może się skończyć niepowodzeniem.
Nie wspominając o tym, że nie byłam mentalnie przygotowana na taką propozycję. Kiedy moja rodzina przyjechała do Kringletown na Święto Dziękczynienia, myślałam, że to będzie miłe rodzinne spotkanie, podczas którego pogramy w gry, zjemy ciasto i zaśniemy przy meczu futbolowym. Ale wtedy wujek Dwight zapytał, czy chcę iść na spacer, a ponieważ zjadłam cztery kawałki ciasta, pomyślałam, że dobrze będzie trochę tego spalić. Nie miałam pojęcia, że zabierze mnie na działkę, którą kupił dziesięć lat temu, jeszcze jako dwudziestolatek szukający sposobu na zainwestowanie pieniędzy odziedziczonych po dziadku ze strony matki.
I jest to naprawdę niezwykła działka.
Wysokie, rozłożyste sosny, malowniczy widok na góry w miejscu, gdzie drzewa się rozstępują, i mnóstwo hektarów, na których można zrobić praktycznie wszystko.
Ale wujek Dwight ma plan. Chce zbudować świąteczną farmę.
Opisuje ją jako miejsce, gdzie ludzie mogą przyjechać i celebrować sezon świąteczny, delektować się gorącą czekoladą kupioną przy barze, siedząc przy kominku, i słuchać muzyki na żywo. Miejsce, gdzie goście mogliby zobaczyć, jak wygląda pracownia Świętego Mikołaja od środka, zajrzeć na Biegun Północny, ze sklepikami i atrakcjami. Właściwie brzmi to jak świetny pomysł. A najbardziej szalone jest to, że Dwight chce, żebym to ja tym wszystkim kierowała.
Szturcha mnie stopą pod stołem.
– No dalej. Powiedz tak.
Kręcę głową.
– Ja… nie wiem. To wszystko takie nagłe. Mam życie w Fort Collins. Ja…
– Opowiedz mi jeszcze raz o tym swoim życiu. – Unosi pytająco brew.
– Moja rodzina jest w Fort Collins.
– Do którego można dojechać samochodem – odparowuje Dwight. – To nie tak, że przeprowadzasz się na Alaskę.
– Tak, ale… Buzz jest w Fort Collins.
– A kim jest Buzz? – pyta wujek Dwight.
– Moją tarantulą – odpowiadam. – I on nie może beze mnie żyć. Założę się, że ledwo teraz daje radę, będąc sam.
– Czy Buzz jest w klatce przybetonowanej do podłogi?
– Nie – odpowiadam.
– W takim razie Buzz może się przeprowadzić razem z tobą.
Tak, spodziewałam się takiej odpowiedzi, ale pomyślałam, że spróbuję.
– A co z… co z moimi ubraniami? Mam ubrania w Fort Collins.
To bardzo słaby argument. Nawet ja to wiem. Ale chwytam się brzytwy.
Wujek Dwight mierzy mnie wzrokiem.
– Betty, potrzebujesz tego. Wiem, co zrobiła z tobą utrata sklepu. Widziałem, jak to złamało twojego ducha. I tak, wszyscy daliśmy ci czas na przepracowanie emocji związanych z utratą czegoś tak ważnego, ale teraz pora się pozbierać i zrobić coś nowego. Spróbować znowu tworzyć i budować.
Boże, zaraz się rozkleję.
Nie chcę okazywać emocji, nie przy wujku Dwighcie.
Odwracam wzrok i biorę głęboki oddech, zanim mówię:
– Nie sądzę… Nie sądzę, żebym była odpowiednią osobą do tej roboty. Nie udało mi się utrzymać mojego małego sklepiku, więc jak niby mam sprawić, żeby twoje plany stały się rzeczywistością? To jest o wiele większe, wymaga o wiele więcej pracy, ma o wiele więcej zmiennych.
– Tym nie musisz się martwić. Mam zasoby, których potrzebujesz, a ty będziesz budować biznes w miasteczku, gdzie przez cały rok panuje świąteczna atmosfera i do którego ludzie przyjeżdżają, żeby poczuć ducha świąt. W tym miasteczku zamknęły się tylko dwa biznesy. – Unosi palce. – Pierwszy to było biuro rachunkowe, które zamknęło lokal, bo ich główny klient postanowił włączyć je do wewnętrznych struktur firmy. Drugi to sieciowa restauracja, która próbowała wcisnąć się do naszego uroczego miasteczka. Mieszkańcy z zasady tam nie chodzili, więc zbankrutowała. Każdy inny właściciel, który otworzył tu biznes, odniósł sukces. Uwierz mi, szanse na powodzenie są tutaj bardzo wysokie.
Przez chwilę to rozważam, bo ma rację. Za każdym razem, gdy przyjeżdżałam z wizytą, zawsze były tu te same restauracje, te same biznesy, rok po roku.
– A naprawdę przydałaby mi się twoja pomoc. Masz świetne wyczucie w tworzeniu uroczej estetyki, ogarniasz media społecznościowe, potrafisz prowadzić biznes w cyfrowej erze.
– Taa, a potem wbijam go prosto w ziemię – prycham.
– Hej – ucina ostro. Gdy nasze spojrzenia się spotykają, mówi: – Twój biznes nie upadł przez ciebie, tylko przez lokalizację. Gdybyś otworzyła ten sklep tutaj, w miasteczku, świetnie by ci szło. To nie był zły pomysł. Gdyby był zły, nie miałabyś ponad pięćdziesięciu tysięcy obserwujących na Instagramie.
Odmawiam przyjęcia tego argumentu do wiadomości, bo wciąż doskwiera mi poczucie porażki. Chociaż faktycznie mam tylu obserwujących i nadal karmię ich treściami, mimo że nie mam już sklepu. Czy ich liczba wzrosłaby, gdybym otworzyła działalność tutaj, w Kringle? Czy część z nich stałaby się klientami? Czy nadal wierzyliby we mnie i moje marzenia?
– Nie wiem…
– Podaj mi jeden powód, dla którego nie możesz tego zrobić. Jeden konkretny powód.
Wykrzywiam usta, zastanawiając się. Wiem, że cokolwiek powiem, nie uzna tego za wystarczający argument, więc decyduję się powiedzieć to, co naprawdę czuję.
– Boję się.
Kiwa głową.
– To akurat uznaję za ważny powód, ale taki, który da się pokonać. Tym razem nie będziesz musiała robić tego sama. Będę słuchał twoich pomysłów i oceniał je, zajmę się też organizacją, gdy przyjdzie czas na budowę. Ty będziesz głową pełną pomysłów, a ja mam kapitał, żebyś mogła je realizować. Pomysł już jest. Musimy go tylko wcielić w życie, a nie znam nikogo lepszego do tej roli niż ty.
Przygryzam wargę.
– No dalej. Po prostu powiedz „tak”. Obiecuję, że nie pożałujesz.
Wypuszczam ciężko powietrze, zamykam oczy i mówię:
– Dobra, wchodzę w to.
Narrator: Max nie ma pojęcia, że w mieście pojawiła się nowa dziewczyna i nowe pomysł. Jeszcze nie wie, co go czeka i, o dziwo, jest mi go żal. To nie będzie dla niego łatwe, a wszyscy chyba wiemy, jaki się robi, kiedy jest zestresowany.
Choć czymże byłaby historia bez odrobiny napięcia i intrygi?
I zestresowanego Maxa.
***
Max: Chcesz coś z „Warm Your Spirits”?
Czekam na odpowiedź od Cole’a, idąc chodnikiem i omijając oblodzone miejsca w drodze do kawiarni. Wiatr zrywa się znad gór i podnosi śnieg z ziemi, wiejąc prosto w twarze przechodniów.
Jezu, ale dziś zimno.
Telefon wibruje mi w dłoni – przyszła wiadomość.
Cole: Dlaczego nie jesteś w pracy?
Max: Musiałem wpłacić pieniądze do banku. Nie martw się, niedługo będę z powrotem. A więc nie chcesz kawy?
Cole: Po prostu wracaj, do cholery.
– Uznaję to za „nie”.
Chowam telefon do kieszeni i skręcam za róg i w tym momencie ktoś wpada prosto na mnie.
– Auć, uważaj na klejnoty – mówię, gdy czyjeś kończyny omal nie trafiają mnie we wrażliwe miejsca.
– O Boże, tak mi przykro – odzywa się kobieta przytłumionym głosem. Ma na sobie maskę narciarską i czapkę, które ukazują jedynie jej niebieskie oczy. Mądre posunięcie z tą maską przy takim wietrze jak dziś rano. – Nic ci nie jest?
– Chyba wszystko jest na swoim miejscu. A u ciebie?
Klepie się po ciele, a potem mówi:
– Wszystko się zgadza. Chyba że… – Patrzy na mnie figlarnie. – Wpadłeś na mnie specjalnie, żeby coś ukraść? Może jesteś kieszonkowcem?
Widzę uśmiech w jej oczach, więc gram dalej.
– Droga pani, to pani na mnie wpadła, i jak pani śmie oskarżać mnie o tak karygodny czyn?
– Nie, to ty na mnie wpadłeś. Wiadomo, że na zakręcie trzymasz się swojej strony „drogi” – mówi, robiąc palcami cudzysłów, a potem spogląda w dół. – Sądząc po naszym ustawieniu, to ty przekraczasz pasy.
Też spoglądam w dół i hej, popatrzcie tylko na to.
– No dobra, masz mnie. – Podnoszę dłoń. – Przyznaję się do winy.
Dziewczyna się śmieje.
– Więc oddaj. – Wyciąga w moją stronę dłoń w rękawiczce.
– Co mam oddać?
– No wiesz, to co zabrałeś.
Śliczne niebieskie oczy.
Cięta riposta.
Można uznać, że jestem zaintrygowany.
Zwiesiwszy głowę, sięgam do kieszeni i wyciągam nic.
– W porządku, ale nie rozumiem, po co ci harpun. W końcu to okres świąteczny.
Dlaczego harpun? Pierwsza rzecz, która przyszła mi do głowy, więc zobaczmy, co z tym zrobi.
Udaje, że chwyta wspomniany harpun, a potem, ku mojemu zaskoczeniu, zaczyna go polerować.
– Mój harpun to nie twoja sprawa.
Kurde, ale słodka.
Przyglądam się jej podejrzliwie.
– Musisz być tu w odwiedzinach, bo harpuny zostały w Kringle zakazane jakieś dziesięć lat temu.
– Nie przyjechałam w odwiedziny. Jestem tu nowa. – Wkłada fałszywy harpun za pasek. – I mam pozwolenie na noszenie go w celach, o których nie wolno mi mówić. Więc lepiej zajmij się swoimi sprawami, sir.
– Nowa w mieście, tak? – pytam, coraz bardziej lubiąc tę kobietę. – Podzielisz się imieniem?
Powoli mierzy mnie wzrokiem od stóp do głów, a potem widzę, że się uśmiecha. Gdyby tylko nie miała na sobie tej maski, mógłbym zobaczyć ten uśmiech w całości.
– Podzielić się imieniem z kimś, kto próbował ukraść mój harpun? – Kręci głową. – Absolutnie nie. – Zaczyna mnie mijać, ale zatrzymuję ją, kładąc rękę na jej ramieniu, i sięgam do tylnej kieszeni.
Wyciągam do niej rękę i mówię:
– Nie zapomnij też swojej harmonijki.
Jej oczy rozszerzają się figlarnie i wyrywa mi powietrze z dłoni. Wskazuje na mnie palcem i mówi:
– Będę cię miała na oku, sir.
Śmiejąc się, odpowiadam:
– Tak, miejmy nadzieję, że znowu na mnie nie wpadniesz.
– Miejmy nadzieję. Mogłabym być zmuszona złożyć doniesienie na policję.
– Eee tam, zbyt mnie lubią, żeby mnie aresztować.
– Ach, korupcja w małym miasteczku. Wygląda na to, że jednak będę musiała użyć harpuna.
Śmieję się.
– Strażniczka sprawiedliwości. To mi się podoba. – Nachylam się do niej. – Potrzebujesz pomocnika?
– Może. – Znów mnie taksuje wzrokiem. – Jakie masz kwalifikacje na pomocnika, bo szukam tylko najlepszych? Nie możesz mnie spowalniać.
– Kwalifikacje. – Stukam się w brodę, próbując wymyślić coś dobrego, co mógłbym wnieść do spółki. Coś wyjątkowego. – No cóż, po pierwsze, jestem wysoki. – Nie jest to nic wyjątkowego, ale dopiero się rozkręcam.
– W jaki sposób twój wzrost miałby mi pomóc? Jeśli już, to będzie nam przeszkadzał, bo będziesz się wyróżniał.
– Nie dałaś mi skończyć. Jestem wysoki, ale mam zdolność kurczenia się.
– Kurczenia się gdzie? W zimnej wodzie?
Prycham tak głośno, że muszę zasłonić nos.
– Skąd wiedziałaś?
Jej oczy przesuwają się po mnie, mierząc mnie powoli od stóp do głów.
– Trafne przypuszczenie. Ale muszę powiedzieć, że nie mam żadnego zastosowania dla… kurczenia się, więc jeśli nie masz nic więcej do zaoferowania, chyba powinnam już iść.
Żeby się z nią podroczyć, wkładam ręce do kieszeni i uśmiecham się z przekąsem.
– Myślę, że to wszystko. Kurczenie się.
Po iskierkach w jej oczach widzę, że też się uśmiecha.
– Cóż, to było pouczające, ale muszę już iść.
– Czyli to tyle, jeśli chodzi o dzielenie się harpunem?
– Hm, może zrobimy tak: jeśli znowu na ciebie wpadnę, uznam to za przeznaczenie i rozważę pozwolenie ci na używanie harpuna.
– A co z harmonijką?
Znowu widzę w jej pozbawionych makijażu oczach skierowany do mnie uśmiech.
– Harmonijka oczywiście będzie twoja.
Kiwam głową z aprobatą.
– W takim razie nie mogę się doczekać, aż znowu na siebie wpadniemy.
– Tylko jeśli będziesz miał szczęście. – I z tymi słowami odchodzi.
Łał… Spodobała mi się… I to bardzo.
Mam nadzieję, że znowu na nią wpadnę, poznam jej imię… i może też numer telefonu.
Chętnie zobaczyłbym, co kryje się pod tą narciarską maską.
***
– Proszę, gotowa, żeby pojechać do nowego domu. – Poklepuję dach czarnego vana, do którego właśnie przywiązałem choinkę.
– Jest pan pewien, że nie potrzebujemy siatki? – pyta ojciec rodziny. – Każda choinka, którą kupowałem na innych farmach, była pakowana w siatkę.
Zachowując uśmiech na twarzy, mówię:
– Siatka to tylko chwyt marketingowy. Niech pan mi zaufa, sposób, w jaki przywiązałem to drzewo, sprawia, że nie ruszy ono i wszystkie gałązki pozostaną na swoim miejscu. Poza tym siatka nie pozwala drzewu oddychać i najprawdopodobniej spłaszcza gałęzie, szarpiąc igły. – Do tego siatka zazwyczaj kończy na wysypisku albo w oceanie. Nie zamierzam być powodem, dla którego jakiś żółw morski straci łapę.
Łapę?
Czy to właściwe słowo?
Narrator: Właściwym terminem byłaby płetwa, odnosząca się do przednich i tylnych kończyn.
– Boże, jesteś nieoceniony. Dziękuję.
Narrator: Nie ma za co. A teraz wróćmy do naszej historii.
– No cóż, trzymam pana za słowo – zapewnia ostrzegawczo mężczyzna, wskazując na mnie palcem.
Kładę ręce na biodrach.
– Proszę bardzo. – Poklepuję tego gamonia po ramieniu i kieruję się do drewnianej budki, żeby trochę odpocząć.
Kate obsługuje kasę, czym zwykle zajmuje się moja mama, więc siadam za nią i sięgam po butelkę z wodą.
Akurat nie ma klientów, więc pytam:
– Jak leci?
– Całkiem nieźle – mówi, odwracając się w moją stronę i opierając o ladę. Kate to ładna dziewczyna, z krótkimi włosami wystrzyżonymi po bokach i dłuższymi na górze. Układa je w taki sposób, że opadają jej ukosem na czoło. Przyznam szczerze, że kilka lat temu byłem w niej mocno zadurzony… dopóki Cole nie poinformował mnie, że ma dziewczynę. Byłem zdruzgotany i zazdrosny jednocześnie. – Właściwie non stop byli tu ludzie, ale dałam radę. Tylko jedno pytanie mnie zaskoczyło, więc dobrze, że miałeś włączoną krótkofalówkę i mogłam zapytać.
Kiwam głową i odkładam butelkę z wodą.
– Tak, wszystkie informacje o sprzedawcach znajdziesz w szufladzie.
– Teraz już wiem – odpowiada.
– Kto pytał o sprzedawców? – dopytuję. – Chciał tu coś sprzedawać?
– Chciała listę sprzedawców. Powiedziała, że mogłaby po prostu pochodzić i spisać nazwy, bo i tak planowała się rozejrzeć.
– Co chciała zrobić z tymi nazwami? – pytam, czując, jak włoski na karku stają mi dęba.
Kate wzrusza ramionami.
– Nie wiem.
– Jak wyglądała?
Kate patrzy na mnie dziwnie, po czym chichocze.
– Boisz się, że możesz mieć konkurencję?
Wiem, że dla niej to zabawny żart, bo Farma Evergreen jest bardzo głęboko zakorzeniona w miasteczku i stanowi jeden z filarów Kringle, wzorcową instytucję podtrzymującą ideę, że Boże Narodzenie to pora nieustającej nadziei. Ale dla mnie… moje dolne partie ciała znowu zaczynają drżeć.
Bo (i nie osądzajcie mnie za to, co powiem – przysięgam, że jestem normalny) znowu przypominają mi się najeźdźcy.
– Nie, po prostu jestem ciekawy – odpowiadam swobodnie, starając się nie zdradzać niepokoju, który mną targa.
– Miała jasne blond włosy, prawie białe, i naprawdę intensywnie niebieskie oczy w oprawie czarnych rzęs pokrytych tuszem. Nie wstydzę się przyznać, że trochę mnie zafascynowały. Była raczej niska i miała na sobie czerwony sweter.
– Niższa od ciebie? – pytam Kate, która ma jakieś metr pięćdziesiąt.
Chichocze.
– Nie, powiedziałabym, że o kilka centymetrów wyższa ode mnie.
Kiwam głową, chowając tę informację w pamięci.
– Dobrze wiedzieć. Jeśli znowu ją zobaczysz i będzie miała pytania, po prostu daj mi znać przez krótkofalówkę, a się z nią spotkam.
– Jasne – zgadza się Kate, kiedy wstaję z krzesła.
– No cóż, znowu wychodzę. Daj znać, jeśli będziesz czegoś potrzebować.
– Dobrze.
Z uśmiechem macham jej na pożegnanie i wychodzę z budki. W momencie, gdy uderza mnie lekki podmuch wiatru, ogarnia mnie panika, pchając w stronę stodoły z reniferami.
Farma Evergreen to jedno z tych miejsc, gdzie klienci zwykle spędzają co najmniej pół dnia. Mamy nie tylko plantację choinek, gdzie ścinamy i sadzimy drzewa, ale jesteśmy też domem dla reniferów Świętego Mikołaja, prowadzimy warsztaty pieczenia pierników, oferujemy przejażdżki skuterami śnieżnymi, lodowisko wśród wysokich sosen i całą strefę handlową, gdzie można znaleźć mnóstwo wyjątkowych świątecznych prezentów. Ucieleśniamy ducha Bożego Narodzenia i robimy to od lat, więc ktoś węszący po okolicy dzień po tym, jak usłyszałem najeźdźców na terenie posiadłości? Nie na mojej warcie.
Spieszę do stodoły z reniferami, mijając rodzinę ciągnącą sanki na mały dziecięcy pagórek, który utrzymujemy dla tych, którzy chcą się poślizgać. Farma tętni życiem i cieszę się, że mamy mnóstwo pracowników do pomocy, szczególnie przy pakowaniu choinek, bo ja mam do załatwienia ważną sprawę.
Otwieram drzwi stodoły i szybko zamykam je za sobą. Mój najlepszy przyjaciel zamiata siano, które spadło na ziemię, wyraźnie w swoim żywiole, nieprzygotowany na mój huragan neurotycznych zachowań.
Gdybyście trzynaście lat temu powiedzieli mi, że mój najlepszy przyjaciel będzie pracował na mojej rodzinnej farmie jako opiekun reniferów, poradziłbym wam, żebyście lepiej sprawdzili jeszcze raz swoją szklaną kulę, bo Cole miał iść na studia i zdobyć dyplom z czegoś, co nie wiąże się ze sprzątaniem reniferowego gówna. Nie sądzę, żeby planował zostać w Kringle, ale kiedy stracił rodziców w Wigilię, wszystko się zmieniło. Stał się odludkiem i przestał świętować Boże Narodzenie, a wtedy mój tata wkroczył do akcji i zaproponował mu pracę. Wiem, że chodziło o to, żeby Cole miał zajęcie, ale myślę też, że tata chciał mieć go na oku. Moi rodzice przyjaźnili się z rodzicami Cole’a i wiem, że ich śmierć była dla nich równie bolesna.
Jakieś dwanaście lat później Cole nadal pracuje w stodole z reniferami, ale teraz jest trochę inaczej, bo przyprowadza swoją córkę Florence, żeby mu pomagała.
– Cole, musimy pogadać.
Z ciężkim westchnieniem podnosi wzrok znad miotły.
– Stary, jeśli znowu chodzi o najeźdźców, to dzisiaj nie mam na to siły. Jestem zmęczony i chcę wrócić do domu, żeby po prostu posiedzieć z żoną i córkami.
– Wiesz, boli mnie to, że nie jestem już osobą, z którą najbardziej chcesz spędzać czas.
– Tak, bo ciągle gadasz o zniknięciu rodziców i o obcych próbujących przejąć twoją farmę.
– Cieszę się, że o tym wspomniałeś – mówię, podchodząc do niego. – Właśnie rozmawiałem z Kate przy budce i posłuchaj: jakaś kobieta kręci się tu i wypytuje o sprzedawców.
Chwyta się dramatycznie za pierś.
– O nie, tylko nie kobieta. Co my teraz zrobimy?
Moja mina rzednie.
– Zachowujesz się dokładnie jak moi bracia, którzy swoją drogą celowo mi nie odpowiadali, żeby mi dopiec. Ale wracając do ciebie, nie musisz być cały czas taki sarkastyczny.
– I tak jak mówiłem wcześniej, nie musisz cały czas zachowywać się jak idiota.
– Nie zachowuję się jak idiota. Mówię ci, że coś tu jest nie tak. Coś jest… – Wciągam gwałtownie powietrze. – Kurwa, myślisz, że moi rodzice to wszystko ustawili, żeby mnie przetestować? Sprawdzić, jak radzę sobie z presją konkurencji, kiedy ich nie ma?
– Nie, nie sądzę.
– Dlaczego nie?
– Bo nigdy by mi tego nie zrobili. – Wskazuje na swoją klatkę piersiową. – Doskonale wiedzą, jak byś zareagował na coś takiego, co z kolei wpłynęłoby na mnie, tak jak wpływa na mnie teraz. Więc nie, nie sądzę, żeby to zrobili. Chcieliby, żebyś skupił się na opiece nad farmą, a nie na rozwiązywaniu jakiejś niejasnej, nieistotnej zagadki o ludziach, których słyszałeś rozmawiających w lesie.
Ma rację.
Więc skreślamy to z listy.
– Okej, to kim jest ta kobieta, która chodzi i pyta o sprzedawców? Hmm?
– Nie wiem. Pewnie ktoś odwiedzający farmę, kto szuka prezentów dla znajomych. Lista sprzedawców jest pomocna, bo można mieć ogólny obraz tego, co ludzie sprzedają, zanim zacznie się bezcelowo szukać.
Drapię się po głowie.
– No tak, nie pomyślałem o tym w ten sposób.
– Właśnie dlatego, że twój umysł od razu przeskakuje do absurdów. Serio, Max, wyluzuj, dobra? Zajmij się farmą tak, jak potrafisz, a kiedy twoi rodzice wrócą, pokażesz im, że dałeś sobie radę sam.
– Masz rację. – Wypuszczam powietrze, chociaż gdzieś z tyłu głowy wciąż mam to dręczące uczucie, że coś jest nie tak. – Skupię się na farmie.
– Dzięki. A teraz weź tę szufelkę i mi pomóż.
– Pod warunkiem że opowiem ci o kobiecie, którą spotkałem dziś rano w mieście. Ukradłem jej harpun i harmonijkę.
Cole przekrzywia głowę, z wyraźną irytacją na twarzy.
– O czym ty, do cholery, mówisz?
Schylam się i zaczynam:
– No więc słuchaj…
***
Siedząc na ławce pośrodku Farmy Evergreen, wyciągam telefon i robię zdjęcie stoisk, tak jak prosił mnie o to Dwight. Obfotografowałam już chyba wszystko z listy, poza wyjściem, które jest w tym samym miejscu co wejście.
Po naszej porannej rozmowie przy stole wujek Dwight od razu przeszedł w tryb planowania. Powiedział, że pierwszą rzeczą, którą muszę zrobić, jest obejrzenie Farmy Evergreen. Nigdy tu nie byłam, co jest dziwne, bo wielokrotnie odwiedzałam Kringletown. Po prostu nigdy nie było tego w planach. Kiedy zapytałam, czy idzie ze mną, odparł, że ma robotę do zrobienia, więc z radością wzięłam jego samochód i podjechałam tu na krótką wycieczkę. Byłam zaskoczona, jak pełny był parking, gdy przyjechałam.
A potem, gdy weszłam, zrozumiałam dlaczego. Poczułam się, jakbym wkroczyła na niemiecki jarmark bożonarodzeniowy, z piernikami zwisającymi ze stoisk, zapachem świeżo ściętych drzew unoszącym się w powietrzu i szczęśliwymi rodzinami przemykającymi od jednej atrakcji do drugiej, podczas gdy w tle cicho grała świąteczna muzyka.
Wujek Dwight chciał, żebym się nie spieszyła, robiła zdjęcia wszystkiego i notatki, bo powiedział, że chce się upewnić, że wiem, czego szuka w biznesie.
Moje jedyne pytanie brzmi: po co mielibyśmy otwierać firmę identyczną jak Farma Evergreen tuż obok? To chyba nie jest dobra praktyka biznesowa, by otwierać konkurencyjną farmę świąteczną obok tak dobrze prosperującej, prawda? Znaczy, tak, jest kilka rzeczy, które mogliby tu dodać, żeby zapewnić jeszcze bardziej kompleksowe usługi, na czym zależy Dwightowi, ale mimo wszystko nasz biznes zapowiada się bardzo podobnie.
Muszę go o to zapytać, jak wrócę.
Wstaję i chowam telefon do kieszeni. Jest mi zimno i mam ochotę usiąść przed kominkiem i zacząć planować przeprowadzkę. Wujek Dwight powiedział, że ma idealny pomysł na moje mieszkanie, którym zajmuje się dzisiaj, i że załatwi też firmę przeprowadzkową, która przywiezie wszystkie moje rzeczy i samochód, żebym nie musiała wracać do Fort Collins i mogła się skupić na nowym projekcie. Brzmi to niemal zbyt pięknie, żeby było prawdziwe.
Kieruję się do wyjścia, myśląc o ciepłym kominku, gdy widzę kobietę idącą w moją stronę, trzymającą na rękach uroczą dziewczynkę, której właśnie upada na ziemię pluszowy renifer.
– Ups, upuściłaś – mówię, podnosząc renifera, i podaję go dziewczynce.
– O Boże, bardzo dziękuję – dziękuje kobieta, gdy nasze oczy się spotykają. – Niedobrze by było, gdybyśmy to zgubili. Nie wiem, kto byłby bardziej zrozpaczony, moja córka czy mąż.
Chichoczę.
– Stawiam na waszą córkę, ale nie znam twojego męża, więc nie jestem w stanie tego ocenić.
– Ach, czyli nie jesteś stąd.
– Mam tu rodzinę, ale tak, nie jestem miejscowa… jeszcze.
– Jeszcze? – pyta. – Planujesz nią zostać?
– Cóż – zaczynam, gotowa zwierzyć się kompletnie obcej osobie. – Właśnie przyjęłam tu pracę i moje rzeczy są w tej chwili przewożone.
– Naprawdę? – pyta kobieta i przekłada dziewczynkę na drugie biodro. – Pozwól, że będę jedną z pierwszych osób, które cię przywitają. Jestem Storee, a to moja córka Florence. Moja druga córka, Evelyn, jest z ciocią w domu.
– Bardzo mi miło – mówię. – Jestem Betty.
– Betty, uwielbiam to imię.
– Dziękuję.
– Mój mąż to Cole Black. Opiekuje się reniferami na farmie. Mieszkamy na Whistler Lane, naprzeciwko Dankworthów.
– Dankworthowie. Czy to nie oni są właścicielami sklepu Bombki i Opakowania? – pytam.
– Tak, to oni.
– Ach, podczas porannego biegu przewróciłam tę figurę, którą mają przed sklepem.
Storee uroczo chwyta się za serce.
– O Boże, i jeszcze żyjesz?
– Najwyraźniej – potwierdzam ze śmiechem.
– To szokujące. Bardzo chronią tę statuę.
– Tak słyszałam.
– Tu jesteś – rozlega się głęboki męski głos, gdy wysoka, ciemna sylwetka staje obok Storee. Obserwuję z fascynacją, jak bardzo atrakcyjny mężczyzna o sylwetce greckiego boga obejmuje ramieniem Storee i Florence, i składa delikatne pocałunki na ich głowach. – Zabierz mnie stąd.
Storee chichocze.
– Atlas doprowadza cię dziś do szału?
– Nawet sobie nie wyobrażasz. – Bierze Florence od Storee i wtedy mnie zauważa. – Czy Evelyn jest z twoją siostrą?
– Jest u cioci Cindy. – Potem Storee odwraca się do mnie. – Ależ jestem nieuprzejma. Cole, to jest Betty. Jest nowa w mieście, właśnie dostała tu pracę.
– Mam nadzieję, że nie na Farmie Evergreen – prycha Cole.
– Przestań. – Storee szturchnęła go łokciem. – Wystraszysz ją.
– Kochanie, nie masz pojęcia, jaki dzień miałem. Jeśli przyjęła tu pracę, powinna uciekać.
Śmieję się i kręcę głową.
– Nie, nie tutaj.
– Dobrze to słyszeć. – Kiwa głową w stronę parkingu. – Zabiorę ją do samochodu.
– Okej, zaraz przyjdę – zapewnia Storee, a kiedy Cole odchodzi na tyle daleko, że nas nie słyszy, kontynuuje: – Przepraszam za niego. Jest trochę marudny.
– W porządku. Nie musisz przepraszać.
– Ma dobre serce.
– Wierzę w to. Po tym, jak patrzył na ciebie i waszą córkę, od razu to widać.
Storee się uśmiecha.
– Dziękuję. – Spogląda w kierunku parkingu. – Cóż, powinnam już iść, ale mam nadzieję, że będziemy się widywać w mieście. Florence, Evelyn i ja ciągle gdzieś wychodzimy. Jeśli nie jest zbyt zimno, to prawie codziennie zabieram je do Ornament Park, żeby Florence mogła się wybiegać do woli. Evelyn ma dopiero kilka miesięcy, więc po prostu cieszy się świeżym powietrzem.
– Świetnie. Może was tam spotkam.
– Tak, a jeśli kiedykolwiek będziesz potrzebowała przyjaciółki, wiesz, gdzie mnie szukać. Moja siostra też tu mieszka, więc śmiało nas odwiedzaj.
– Dziękuję, to wiele dla mnie znaczy.
– Nie ma za co. I powodzenia w nowej pracy.
– Dzięki. – Macham do niej, gdy odchodzi.
Jest naprawdę miła.
Wszyscy w tym miasteczku wydają się mili.
Ten facet, na którego wpadłam dziś rano, żartujący, jakbyśmy byli przyjaciółmi od lat, a teraz Storee.
Może naprawdę wszystko ułoży się lepiej, niż mogłabym się spodziewać.
Narrator: Spodziewaliście się, że już będą mieli swoje pierwsze romantyczne spotkanie? Takie, podczas którego faktycznie zobaczą swoje twarze i poznają swoje imiona? Może on poszukałby jej na farmie, wypatrując dziewczyny w czerwonym swetrze? Cóż, myślałem o tym, ale potem zdecydowałem, że to, co zaplanowałem, może być ciekawsze, bo w końcu chodzi o Maxa. Przypadkowe wpadnięcie na nią na farmie byłoby zbyt proste.
Ich pierwsze prawdziwe spotkanie musi być bardziej ekscytujące.
Bardziej nieoczekiwane.
Bardziej… w stylu Maksa.
Ale nie martwcie się. W międzyczasie trochę się z nimi pobawię.
***
– Okej, czy powinnam się denerwować? – pytam, gdy wujek Dwight wyjeżdża z głównej części miasta w kierunku działki.
Minęły dwa dni, odkąd przyjęłam jego ofertę, a jedyne, co udało mi się w tym czasie osiągnąć, to zrobienie kilku zdjęć farmy i narysowanie mnóstwa choinek w moim notatniku.
– Dlaczego miałabyś się denerwować? – pyta wujek Dwight.
– Eee, bo powiedziałeś, że pokażesz mi mój nowy dom, a tymczasem wieziesz mnie w las. Czy w bagażniku jest jakiś namiot, o którym nie wiem? Nie mam nic przeciwko życiu na świeżym powietrzu, ale nie jestem przyzwyczajona do przetrwania w tak surowych warunkach.
– Naprawdę myślisz, że wsadziłbym cię do namiotu i zostawił?
– Chciałabym powiedzieć, że nie…
– Nie, Betty. – Śmieje się. – Kiedy rozmawiałem z tatą o tym pomyśle, jego pierwszą reakcją było powiedzenie mi, żebym zadbał o ciebie za wszelką cenę, i zamierzam się tego trzymać.
– Doceniam to, ale dlaczego my…
Moje słowa zostają urwane, gdy wujek Dwight skręca na podjazd posiadłości, którą mi pokazywał, a potem w polu widzenia pojawia się mały domek z zielonym dachem.
Wszystkie światła w środku są zapalone, dając mi widok na wnętrze przez okna. Wygląda jak coś z bajki, z bawarskim wykończeniem, czerwonymi listwami i skrzynką na kwiaty pełną zimozielonych roślin.
– Czy to… Czy to ten dom? – pytam, czując lekki zachwyt.
– Tak – mówi wujek Dwight, pękając z dumy.
– Ale go tu nie było trzy dni temu, kiedy pokazywałeś mi tę działkę.
– Wiem. Przywiózłbym cię tu wczoraj, ale wciąż podłączali wodę i szambo. Chciałem, żeby wszystko było gotowe na twój przyjazd.
– Zaraz, czy to nie trwa zwykle dłużej?
– Nie, kiedy wszystko jest już na posesji. Uwierz mi, planowałem to od dłuższego czasu. Potrzebowałem tylko twojego „tak”, żeby wszystko podłączyć.
– A dom, skąd się wziął? – pytam, gdy zatrzymuje się przed nim. Boże, jest naprawdę uroczy.
– To jeden z tych domów z prefabrykatów. Jest firma tuż za górą, która je sprzedaje. Pomyślałem, że to będzie idealne miejsce dla ciebie, żebyś mogła się tu zadomowić, podczas gdy będziemy planować ten projekt. Pomyślałem też, że chciałabyś być na terenie posiadłości, żebyś mogła być blisko i mieć oko na budowę.
– To znaczy… tak, ale to wszystko jest takie… Zaraz, czy to mój samochód? – pytam, wskazując na moją Hondę CR-V za rogiem.
– Tak. I wszystkie twoje ubrania też są w domku. Twoja mama pomogła ekipie przeprowadzkowej spakować wszystko, czego możesz potrzebować. Ale rozpakowywanie tego to już twoja robota.
– Ja… nie mogę w to uwierzyć – wyznaję, patrząc przez szybę na uroczy domek. – To wszystko wydaje się zbyt piękne, żeby było prawdziwe. – Odwracam się do wujka w samochodzie i pytam: – Dlaczego to wszystko robisz?
– Co masz na myśli? – pyta, wyglądając na szczerze zdziwionego. – Jesteś rodziną. A rodzinie się pomaga.
– Ale to jest naprawdę duża pomoc. Dajesz mi pracę, pensję, miejsce do mieszkania… To więcej niż tylko pomoc.
– Nie tylko ty coś z tego masz – mówi wujek Dwight. – Pamiętaj, że pomagając mi, zamieniasz marzenie w rzeczywistość. Trzymałem tę ziemię przez długi czas, czekając, aż coś z nią zrobię, i teraz nadszedł ten moment. Więc potraktuj to jako wzajemną pomoc.
– Cóż, wydaje mi się, że ja wychodzę na tym lepiej, ale chyba nie będę się kłócić i po prostu to przyjmę.
Wysiadam z samochodu i podchodzę do małego drewnianego ganku, gdzie przesuwam dłonią po wiecznie zielonych krzewach w skrzynce na kwiaty.
Drzwi są pomalowane na głęboki czerwony kolor, czego nie zauważyłam, dopóki nie podeszłam bliżej, a na drzwiach wisi wieniec, zapraszając mnie do środka.
Wujek Dwight trzyma przede mną klucze do domku.
– Proszę bardzo. Wejdź sama.
Czując podekscytowanie, przekręcam klucz w zamku i otwieram drzwi. Od razu uderza mnie fala ciepła. Cały domek jest urządzony w drewnie: podłogi, ściany, szafki kuchenne, ale jest to przełamane akcentami zieleni i czerwieni w formie dywaników, mebli i zasłon.
Przesuwam palcami po oparciu zielonego aksamitnego fotela.
– Mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko świątecznemu wystrojowi, ale zdawało mi się, że to będzie pasować.
– Uwielbiam go – zapewniam, przechodząc do małej otwartej kuchni, w której stoją lodówka, kuchenka z piekarnikiem, zmywarka i wyspa z widokiem na salon. Za kuchnią jest łazienka z umywalką, prysznicem i, o dziwo, pralko-suszarką. To naprawdę miły dodatek.
W salonie w rogu stoi piec, który generuje ciepło, a po prawej stronie schody prowadzące na antresolę z sypialnią.
– To jest… to jest niesamowite – stwierdzam, rozglądając się dookoła z zachwytem.
– Kuchnia jest w pełni wyposażona we wszystko, czego możesz potrzebować do gotowania. W łazience są podstawowe rzeczy. A łóżko na górze jest dwuosobowe, bo przy tej wysokości sufitu i tak nie zmieściłoby się tam nic więcej.
– Idealnie – mówię, robiąc jeszcze jeden obrót. – O mój Boże, przywiozłeś też Buzza! – Podbiegam do akwarium mojej tarantuli, ozdobionego szalikiem, który zrobiłam na szydełku przed wyjazdem.
– Tak, cudem udało się przenieść jego terrarium.
Przytulam akwarium, czując ogromną radość.
– Dziękuję, wujku Dwight. To jest… to jest niesamowite.
Uśmiecha się.
– Cieszę się, że ci się podoba. Tylko uprzedzam, że jutro przyjadą hydraulicy z Oh-Kay Plumbing, żeby dokończyć instalację w prysznicu. Brakowało im jakiejś części, więc nie korzystaj z prysznica, dopóki nie skończą, bo możesz zalać cały dom.
– Oj, tego bym nie chciała. W takim razie wpadnę do ciebie wziąć prysznic.
– Jak najbardziej. Dodałem też biurko pod schodami, żebyś mogła pracować nad wszystkimi planami dotyczącymi posiadłości. Chciałem dać ci własną przestrzeń jak najszybciej, bo wiem, że mój dom niekoniecznie sprzyja kreatywności.
Można to powtórzyć. To jak mieszkanie w domu zaprojektowanym przez Delię Deetz z Soku z żuka. Wnętrza sprawiają wrażenie zimnych i pozbawionych charakteru, dlatego ten domek jest dla mnie takim zaskoczeniem. Jest ciepły, przytulny, uroczy i o niebo lepszy od piwnicy moich rodziców, gdzie piec żyje własnym życiem. Nie chcę brzmieć jak wariatka, ale przysięgam na swoją lewą pierś, że pewnej nocy piec wyszeptał moje imię.
– Jest cudowny – mówię. – Bardzo dziękuję.
– Nie ma za co. Mam nadzieję, że uda ci się tu rozpocząć zupełnie nowy rozdział życia.
Kiwam głową, rozglądając się ponownie.
– Myślę, że tak będzie.
***
Kończę wiązać buty i owijam szalik wokół głowy, zakrywając odsłoniętą skórę twarzy; w końcu muszę chronić to, co zarabia na chleb. Potem zakładam ulubioną dzianinową czapkę zimową z czerwonymi reniferami, upewniając się, że mam uszy zakryte podszytymi wełną nausznikami. Jak to zwykle w Kolorado bywa, pogoda zmieniła się w mgnieniu oka. Zamiast zwykłej flanelowej koszuli, którą nosiłem wcześniej, jestem opatulony od stóp do głów w warstwy grubej odzieży, jakbym wybierał się na biegun.
Po farmie krążą plotki, że na działce za naszą słychać było jakieś hałasy, jakby odgłosy budowy. I znowu poczułem, jak włosy jeżą mi się na karku, więc poczekałem na zamknięcie farmy, zjadłem porządny posiłek złożony z resztek po Święcie Dziękczynienia, a potem ułożyłem plan.
Moi bracia pewnie myślą, że zwariowałem.
Mój najlepszy przyjaciel może kwestionować mój zdrowy rozsądek.
