Werdeański czajniczek - Małgorzata Lisińska - ebook

Werdeański czajniczek ebook

Gosia Lisińska

0,0

Opis

Krasnoludzki książę przybywa do smoka z uprzejmą prośbą, w zamian obiecując wybawić adwersarza z kłopotu. Obaj nie są do końca szczerzy, obaj próbują oszukać przeciwnika... Który będzie sprytniejszy?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 22

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Werdeański czajniczek

Zielonooki smok ziewnął ostentacyjnie. Machnął długim srebrzystym ogonem, całkiem od niechcenia strącając śnieg z drzew.

– Wiesz, co robię z takimi, co budzą mnie z zimowej drzemki? – zapytał miękkim gardłowym głosem, od którego krasnoludowi, tak, dałby głowę, że tak, posiwiało z dwadzieścia długich pokręconych włosów w brodzie. Przestąpił z nogi na nogę i nadal, jak radziła leśna wróżka, nie patrząc w zielone ślepia, cofnął się o krok.

– No niby słyszałem – odpowiedział cicho.

– No niby… – Smok uśmiechnął się szeroko, prezentując dwa przerażające rzędy zębów, białych i śmiertelnie ostrych. – Bajki słyszałeś, drogi mój maluszku. Prawdy nie miałby kto ci powiedzieć.

Krasnolud cofnął się o kolejny krok. Bystry był i zrozumiał, co smok miał na myśli. Nadal jednak, mimo strachu, nie podniósł głowy.

– Pohandlować chciałem… – zaczął ponownie cicho.

– I nie mogło to poczekać do wiosny?

– Nie mogło. Czas mnie nagli…

Smok ponownie ziewnął i łagodnie postąpił o krok ku gościowi. Z trąconych olbrzymim cielskiem drzew sypnął śnieg i migocząc w porannym słońcu ciężkimi płatkami, opadł na srebrne łuski, a po nich topiąc się pod wpływem nadal rozgrzanego snem gada, zsunął na ziemię. Stwór, prawie jak wielki pies, którego krasnolud pamiętał z dzieciństwa, liznął skórę, ścierając mknące ku ziemi płatki śniegu i zwróciwszy nieco już poirytowane spojrzenie na mężczyznę, zapytał miękko:

– Cóż takiego mógłbyś mi zaoferować, mój drogi maluszku, czego nie mógłbym sobie zabrać sam, urywając ci wpierw tą kudłatą łepetynę?

– Nie przyniosłem żadnej cennej rzeczy na wymianę, nie jestem głupi – burknął krasnolud.

– Fakt, że mnie wybudziłeś, nie świadczy o twej mądrości. – Smok roześmiał się. Cmoknął głośno i zmrużywszy skośne powieki, wbił wzrok w gościa. Ten jednak wciąż wpatrywał się w śnieg u swych stóp. – Powiedz no mi, maluszku, kto ci podpowiedział, żebyś na mnie nie patrzył?

– Nie powiem. – Krasnolud wzruszył ramionami. – Obudziłem was, boście mi niezbędni, nie z głupoty. Wyjawienie imienia przyjaciela… tak, to by była głupota.

Ledwie przebrzmiały ostatnie słowa, a potężny cień błyskawicznie zasłonił świat brodacza, gorący gadzi oddech owionął natomiast pochyloną twarz.

– Zabiję cię, a nim zjem, wyciągnę z twego ducha wszystko, czego nie chcesz mi teraz powiedzieć – obiecał miękko stwór. – I każdą myśl, którą możesz mi zaoferować.

Tym razem krasnolud nie cofnął się. Nogi mu zmiękły, ale twardo stał w miejscu. Nie bardzo jednak wiedział, czy stoi, bo galaretowate kolana nie pozwalają mu się ruszyć, czy też z innego powodu.

– Możecie to zrobić… nie przeczę. Słyszałem, że smoki umieją zatrzymać ducha ofiary przez wiele dni w drodze w zaświaty. Słyszałem – przytaknął drżącym głosem. – Winniście jednak wiedzieć, że moja babka była kochanką Stroidarusa… Nic z mojego ducha nie wyciągniecie.

Smok cofnął się wolno i z zastanowieniem pokręcił łbem.

– Stroidarusa, mówisz? Nie jesteś przypadkiem wnukiem Benerii?

– Ano jestem.

– To musisz być de Gra Yudherthardere? Krasnoludzki książę?

De Gra wyprostował się dumnie, jakby naraz przybyło mu ze dwa palce wzrostu i równie dumnie uniósł głowę, zamykając jednocześnie oczy, by nie skrzyżować ich z gadzim spojrzeniem.

– Jestem Arde de Gra Yudherthardere.