Weksel na szczęście. Pożegnania i powroty tom 2 - Magdalena Buraczewska-Świątek - ebook

Weksel na szczęście. Pożegnania i powroty tom 2 ebook

Magdalena Buraczewska-Świątek

0,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Czy tytułowy weksel okaże się ceną za zdradę, czy przepustką do szczęścia, którego nikt nie potrafił przewidzieć?

Warszawa i Kraków, rok 1879. Klara Zawadzka nie jest zwykłą panną z dobrego domu. Do tej pory, w tajemnicy przed wszystkimi, publikowała pod męskim pseudonimem artykuły w „Kurierze Warszawskim”. Kiedy zobowiązania zmuszają ją do wyjazdu do Krakowa, zostawia za sobą Juliana Korzyńskiego – błyskotliwego literata, który zamiast walczyć o jej miłość, wykorzystuje darowany mu weksel, by kupić własną wolność i uciec do Paryża.

W cieniu Wawelu Klara próbuje zacząć od nowa jako nauczycielka w przyklasztornej szkole. Podczas gdy jej matka planuje dla niej stabilną przyszłość u boku szanowanego lekarza, a siostra Rozalia walczy o zdrowie i uczucie mężczyzny, którego serce wciąż bije dla innej, Klara odkrywa, że najtrudniejsza bitwa dopiero przed nią.

Poruszająca opowieść o kobietach, które miały odwagę myśleć głośno, o mężczyznach rozdartych między honorem a pragnieniem wolności oraz o miłości, która – niczym zakazany list – zawsze znajduje drogę do adresata.

Idealna lektura dla miłośników klimatu „Lalki” Bolesława Prusa.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 300

Data ważności licencji: 4/13/2031

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



 

 

 

 

Copyright © Magdalena Buraczewska-Świątek

Copyright © Wydawnictwo Replika, 2026

 

Wszelkie prawa zastrzeżone

 

Redakcja

Joanna Podolska

Korekta

Natalia Ziółkowska

 

Projekt okładki

Iza Szewczyk

 

Skład i łamanie

Izabela Szewczyk-Martin

 

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

Dariusz Nowacki

 

Wydanie elektroniczne 2026

 

eISBN 978-83-68923-17-9

 

Wydawnictwo Replika

ul. Szarotkowa 134, 60–175 Poznań

[email protected]

www.replika.eu

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Dojrzała miłość zaczyna się tam, gdzie kończy się potrzeba bycia ratowanym.

 

 

 

 

 

 

Przezroczysty jak muślin

 

 

 

 

 

Ignacy Morawski służył w sklepie Korzyńskich od lat dwudziestu i zdążył już przywyknąć do różnych nastrojów swoich chlebodawców. Znał na pamięć dni, gdy stary pan Korzyński zamykał się w gabinecie, by w samotności układać rachunki. Pamiętał wybuchy gniewu młodego Juliana, gdy jakiś towar nie przybył na czas. Ale czegoś takiego, co wydarzyło się tego majowego poranka, nie widział jeszcze nigdy.

Julian Korzyński stał w drzwiach gabinetu, blady jak płótno, które Ignacy właśnie rozkładał przed panną Zawadzką. Jeszcze rano siedział przy biurku przekonany, że ona jest już w drodze do Krakowa – przynajmniej tak twierdziła jego matka. „Cała rodzina Zawadzkich wyjechała” – te słowa dźwięczały mu w uszach. A jednak stała tu, w jego sklepie, tak rzeczywista jak poranny promień słońca na jedwabnych tkaninach.

Jego ręka, wciąż spoczywająca na klamce, drżała ledwo dostrzegalnie. Panna Klara udawała, że nie dostrzega jego obecności, choć jej palce przesuwające się po muślinie zatrzymały się na moment.

– Ten wydaje się odpowiedni… – powiedziała cicho, bardziej do siebie niż do Ignacego. – Lekki, a jednak…

– Klaro… – Julianowi wyrwało się mimowolnie. W jego głosie brzmiała nuta niedowierzania. – Myślałem… słyszałem, że wyjechałyście do Krakowa.

Podniosła wzrok znad tkaniny. W jej oczach błysnęło coś na kształt urazy.

– Jak widać plotki nie zawsze są prawdziwe – odpowiedziała chłodno. Jej palce nerwowo gładziły materiał. – Zostałam jeszcze na kilka tygodni. Sprawy stancji…

– Trwały – dokończył Julian jej poprzednią myśl o muślinie, podchodząc do kontuaru, jakby te kilka kroków miało zmniejszyć dzielący ich dystans, nie tylko fizyczny. – Ten materiał jest trwały, choć wydaje się taki delikatny.

Ignacy dyskretnie się wycofał. Przez dwadzieścia lat służby nauczył się nie tylko rozkładać tkaniny, ale i wyczuwać te szczególne momenty, gdy najlepszą przysługą jest zniknięcie.

Julian obszedł kontuar i stanął obok Klary. Jego palce, te same, które jeszcze niedawno przewracały kartki jej pamiętnika, teraz dotknęły muślinu.

– Dlaczego mi nie powiedziałaś… – zaczął, ale urwał, gdy ich dłonie się spotkały.

Klara cofnęła rękę tak gwałtownie, jakby się oparzyła. Koronkowa stora za oknem rzucała na jej twarz delikatny wzór cieni, maskując rumieniec, który wypłynął na policzki.

– Nie muszę się tłumaczyć z każdego mojego kroku – odpowiedziała, prostując się. – Zresztą, niedługo i tak…

Nie dokończyła. Przez witrynę sklepową Julian zobaczył znajomą sylwetkę – jego matka, Jadwiga Korzyńska, wysiadała właśnie z dorożki. W drugim powozie, który właśnie zatrzymał się za pierwszym, siedziała córka Pietrowów. Klara też je zauważyła. Jej palce zacisnęły się na muślinie tak mocno, że tkanina się zmarszczyła.

– Dziękuję – powiedziała szybko. – Wezmę tylko ten muślin. Pan Morawski z pewnością…

– Zaczekaj! – Głos Juliana zabrzmiał niemal błagalnie. – Musimy porozmawiać. Ja…

Ale dzwoneczek nad drzwiami już dźwięczał. Jadwiga Korzyńska przekraczała próg sklepu, wpuszczając do środka powiew świeżego powietrza. Jej żałobna suknia, zbyt ciężka jak na majowy poranek, nie pasowała ani do jej jasnej cery, ani do wiosennego dnia. Wydawała się bardziej kostiumem niż strojem – jakby żałoba po mężu była czymś, co pani Jadwiga starannie odgrywała przed światem. Za to towarzysząca jej panna Pietrowa olśniewała paryską elegancją – jej jasna suknia z trenem i kapelusz z błękitną wstążką zdawały się krzyczeć o swojej zagranicznej proweniencji. Ignacy pomyślał, że te dwie kobiety – jedna w żałobnej czerni, druga w wiosennych barwach – wyglądają jak dwa różne światy, które przypadkiem spotkały się w drzwiach sklepu.

– Panna Zawadzka? – W głosie pani Jadwigi zabrzmiało szczere zdumienie, które jednak szybko zamaskowała uprzejmym uśmiechem. – Byłam przekonana, że panie już w Krakowie! Przecież żegnałyśmy się kilka dni temu…

Ignacy, który właśnie wrócił z zaplecza, zauważył, jak młody pan Julian rzuca matce krótkie, badawcze spojrzenie. Panna Pietrowa tymczasem stała przy drzwiach, jakby niepewna, czy ma się przywitać, czy udać, że nie zauważa tej niezręcznej sytuacji. W końcu zdecydowała się na lekki ukłon w stronę Klary, który był równie wymuszony jak uśmiech pani Jadwigi.

Klara już miała coś odpowiedzieć, ale do środka wpadł zdyszany posłaniec. Chłopak był czerwony od biegu.

– Panna Zawadzka? – wysapał, kłaniając się. – Baronowa prosi pannę na pensję. Powiedziała, że to ważne.

Klara spojrzała na niego ze zdziwieniem. Zbladła. Baronowa Dobrzyńska, która na prośbę jej matki zgodziła się mieć na nią oko podczas jej samotnego pobytu w Warszawie, nie wzywała bez powodu.

– Teraz? – zapytała.

– Tak. Baronowa kazała powiedzieć, że chodzi o… – chłopak zmarszczył czoło, próbując sobie przypomnieć – o panny reputację i że ma panna natychmiast przyjść.

Jadwiga Korzyńska uniosła brew z zainteresowaniem.

– Ach, więc to baronowa Dobrzyńska się panią opiekuje? – W jej głosie zabrzmiała nuta satysfakcji. – Ciekawe. Bardzo ciekawe.

Julian zmarszczył brwi.

– Mamo, o co ci chodzi?

– O nic, kochanie. Po prostu baronowa ma… szczególny talent do aranżowania różnych spraw. Nieprawdaż, Natalio?

Panna Pietrowa uśmiechnęła się znacząco.

– O tak, baronowa jest niezastąpiona w pewnych kwestiach. Szczególnie gdy chodzi o odpowiednie… skojarzenia.

– Mimo wszystko – Jadwiga Korzyńska uśmiechnęła się słodko – to dość… niezwykłe, że matka pozwoliła pani zostać. Szczególnie gdy pan Wolski tak chętnie oferował swoją pomoc rodzinie.

Klara poczuła, jak pali ją twarz. Doskonale rozumiała, co miał na myśli ten duet spojrzeń i słów – baronowa słynęła ze swatania młodych panien z odpowiednimi kawalerami. Niektóre nawet na to liczyły.

– Muszę iść – powiedziała sztywno. Odwróciła się do Ignacego: – Proszę odłożyć te tkaniny, wrócę po nie później.

Julian dogonił ją przy drzwiach.

– Odprowadzę panią – oznajmił.

– To zupełnie niepotrzebne…

– Proszę – przerwał jej, a w jego głosie zabrzmiała nuta, której nie potrafiła zidentyfikować. – Ignacy – zwrócił się do subiekta – proszę zapakować muślin i batyst dla panny Zawadzkiej. Wyślemy je później na adres.

– Nie trzeba…

– Nalegam. – Jego ton nie znosił sprzeciwu.

Wyszli ze sklepu w milczeniu. Dopiero gdy znaleźli się na ulicy, z dala od ciekawskiego spojrzenia jego matki, Julian odezwał się:

– Dlaczego nie wyjechała pani z rodziną?

– Mówiłam już, sprawy stancji… Muszę dopilnować…

– Kłamie pani – powiedział cicho. – Znam panią wystarczająco dobrze, by to wiedzieć. Ten artykuł, który zaniosła pani do „Kuriera”… To było pożegnanie, prawda? Pani odchodzi. Ale dlaczego jeszcze nie teraz, co panią powstrzymuje?

Klara zatrzymała się gwałtownie.

– Nie musi pan wszystkiego wiedzieć.

– Ale chcę. – Złapał ją delikatnie za łokieć. – Klaro… przepraszam. Za wszystko. Za to, jak się zachowywałem. Za Natalię. Za to, że byłem ślepy…

– Proszę przestać. – Wyrwała się. – Baronowa czeka, pańska narzeczona zresztą też.

– Ona nie jest moją narzeczoną!

– Jeszcze nie – odparła gorzko. – Ale będzie. Baronowa i pańska matka o to zadbają.

Ruszyli dalej. Pensja znajdowała się niedaleko. Gdy dotarli pod budynek, Julian zatrzymał się.

– Kiedy pani wyjeżdża?

– Za kilka dni, może tydzień.

– To… to dobrze – powiedział, choć jego twarz mówiła co innego. – Kraków to piękne miasto. I pan Wolski… on będzie się panią dobrze opiekował.

– Pan Wolski zajmie się moją siostrą Rozalią – odpowiedziała chłodno – nie mną.

Julian spojrzał na nią zaskoczony.

– Myślałem…

– Źle pan myślał – przerwała mu. – Jak zwykle zresztą. Do widzenia, panie Korzyński.

Weszła do budynku, zostawiając go na ulicy.

 

***

 

W gabinecie baronowej Dobrzyńskiej panował przyjemny chłód. Sama baronowa siedziała za biurkiem w swoim ulubionym fotelu, a jej twarz wyrażała mieszaninę współczucia i irytacji.

– Ach, Klaro! – Podniosła wzrok. – Dobrze, że jesteś. Siadaj.

Klara zajęła miejsce naprzeciwko baronowej, czując niepokój.

– Czy coś się stało?

– Jeszcze nie. – Baronowa odłożyła papiery na kolana. – Ale może się stać, jeśli nie będziesz ostrożna. Wiem, że byłaś w sklepie Korzyńskich.

– To nie jest…

– Wiem, co to nie jest. – Baronowa uniosła rękę. – I wiem też, co to jest. Twoja matka prosiła, bym miała na ciebie oko. I mam. Dlatego mówię ci: bądź ostrożna. Warszawa to małe miasto, jeśli chodzi o plotki – dodała z powagą. – I wiem też, że zaniosłaś do „Kuriera” artykuł podpisany własnym nazwiskiem. Cała Warszawa będzie wiedziała nie tylko, że „K.Z.” to kobieta, ale też, że to ty.

Słowa uderzyły Klarę jak policzek. Niemożliwe…! Przecież list jeszcze leżał w redakcji, złożony na biurku, ledwie wczoraj oddany. Kurier zapewne nawet nie zdążył zanieść go do drukarni. A jednak baronowa już wiedziała. Skąd? Klara uświadomiła sobie, że sieć jej znajomości musiała oplatać całe miasto: dziennikarzy, subiektów, lokajów i guwernantki, które podsłuchiwały rozmowy i słały raporty swym paniom. Że były w Warszawie domy, w których najnowsze pogłoski docierały szybciej niż same gazety. Baronowa zdawała się panować nad tą pajęczyną i czerpać z niej jak z własnego źródła.

– Nie widzę w tym nic złego.

– Nie? – Baronowa uniosła brew. – Młoda, niezamężna kobieta, sama w Warszawie, bez opieki rodziny, publikująca kontrowersyjne artykuły i odwiedzająca sklep, którego właścicielem jest młody mężczyzna, o którym plotkuje całe miasto? Moja droga, to recepta na skandal!

Klara przez ułamek sekundy miała ochotę parsknąć śmiechem – gorzkim, bez radości. Skandal? Jeszcze nie tak dawno cała Warszawa szeptała o tym, jak baronowa przyciąga młodego Korzyńskiego do swego salonu pod pozorem rozmów o literaturze, a potem spacerowała z nim po Saskim Ogrodzie, prowokując spojrzenia. Nikt wtedy nie śmiał wytknąć jej tego wprost, a ona sama zdawała się nie dostrzegać w tym niczego zdrożnego. Była przecież stateczną mężatką otoczoną szacunkiem – na jej zabawy patrzono więc z przymrużeniem oka jak na „niewinne kokieterie”. A teraz mówiła o reputacji w tonie kaznodziei, jakby młoda dziewczyna, która podpisała własny artykuł i przypadkiem stanęła za ladą sklepu, była większym zagrożeniem dla ładu społecznego niż jej jawne flirtowanie.

Klara poczuła ukłucie oburzenia, ale zaraz je stłumiła – wiedziała, że wypowiedzenie na głos tej myśli skończyłoby się katastrofą. Pozwoliła więc, by jej twarz pozostała nieruchoma, choć w środku kipiała od ironii.

– Nie obchodzą mnie plotki – powiedziała w końcu.

– A powinny. – Baronowa wstała i podeszła do niej. – Posłuchaj mnie, dziecko. Znam cię od dawna. Wiem, że jesteś inteligentna i odważna. Ale świat nie jest łaskawy dla takich kobiet.

– Matka na pewno mówiła pani, czemu zostałam.

– Żeby załatwić sprawy stancji? – Baronowa uśmiechnęła się ironicznie. – Moja droga, przecież dobrze wiem, że wasze mieszkanie było od lat wynajmowane studentom. Twoja matka mówiła mi, że jeszcze niedawno musiałyście cierpliwie czekać na sprzedaż, bo trudno tak z dnia na dzień wypowiedzieć stancję lokatorom. Ale teraz młodzież się wyprowadziła, a kamienica, jak słyszę, ma pójść na licytację.

Klara drgnęła. Słowa baronowej uderzyły ją boleśnie, choć przecież były prawdziwe. Jeszcze niedawno przez oficynę przewijało się kilku żaków z uniwersytetu, hałaśliwych, często spóźniających się z czynszem, ale przynoszących jednak stały dochód. Była to resztka dawnego porządku, który trzymał rodzinę w Warszawie. Gdy przyszło opuścić miasto, należało jeszcze dopilnować ich wyprowadzek, zebrać należności, rozliczyć się z zaległościami. Teraz jednak ten etap był już ostatecznie zamknięty. Młodzież opuściła stancję, a pozbawiona lokatorów kamienica miała pójść pod młotek.

– Nie ma żadnego powodu, byś została. – Baronowa nie spuszczała z niej wzroku. – Kamienica prędzej czy później zmieni właściciela. Podobno sam Goldszmidt, którego wszyscy znają z licytacji na Miodowej, zaciera ręce, czekając, aż sąd zatwierdzi sprzedaż. To oczywiste. Budynek w takiej lokalizacji długo nie pozostanie bez nabywcy. Nie ma zatem żadnego powodu – powtórzyła baronowa z naciskiem, a jej usta wygięły się w półuśmiechu. – Chyba że… jest jakiś inny?

Klara spuściła wzrok, a w jej myślach zawrzało. Goldszmidt… Słyszała już to nazwisko, ciągnęło się za nim echo licznych licytacji i przejęć nieruchomości, które z dnia na dzień zmieniały kształt miasta. Ten człowiek nie zna litości. Dla niego Warszawa to tylko towar, a kamienice, ludzie i ich losy – kolejne punkty na mapie jego imperium. Widziała to przecież na własne oczy – dawna, elegancka Warszawa stawała się coraz bardziej bezwzględna, a znane, szanowane nazwiska traciły na znaczeniu w starciu z pieniądzem. Z ulicznych fasad znikały polskie i francuskie szyldy, świadczące niegdyś o europejskich aspiracjach kupiectwa, a ich miejsce zajmowały przytłaczające, złocone cyrylicą napisy obcych, potężnych magazynów. Same budynki również bezpowrotnie traciły swój szlachetny charakter; dawne eleganckie salony, w których niegdyś dyskutowali profesorowie i przyjmowali lekarze, degradowały, zamieniając się w hałaśliwe stancje, skąd co rusz dobiegał brzęk szkła i ordynarne śmiechy bawiącej się do rana młodzieży.

Jednak nie tym przejmowała się najbardziej. Jeśli miał istnieć jakikolwiek inny powód, dla którego została, to był to Julian. Mężczyzna, którego obecność wywoływała w niej sprzeczne emocje. Do którego coś czuła.

Ale czy naprawdę to było tylko jej tajemnicą? Już sama nie wiedziała. Może przeceniała własną intuicję, a może nie doceniała bystrości i przenikliwości baronowej, która od lat krążyła po salonach i korytarzach Warszawy, zbierając informacje jak nikt inny. Może przeczuwała te niewypowiedziane nici łączące Klarę i Juliana, a może tylko czekała, aż dziewczyna sama to przyzna? Ta myśl ściskała ją niepokojąco. Tajemnica powoli traciła swoją ostrość gnana ciężarem niepewności i obaw, że tak naprawdę nic nie da się ukryć w mieście, w którym spojrzenia przenikają mury, a plotki obiegają kamienice.

– Za kilka dni wyjadę.

– Dobrze. A do tego czasu… – baronowa spojrzała na nią przenikliwie – staraj się unikać miejsc, gdzie możesz spotkać młodego Korzyńskiego. Dla twojego własnego dobra.

Klara skinęła głową, choć serce ścisnęło jej się boleśnie.

– Och, i jeszcze jedno! – dodała baronowa. – Ten twój artykuł w „Kurierze”… ten podpisany twoim nazwiskiem… To naprawdę bardzo odważne. I naprawdę myślę, że bardzo głupie.

– Chciałam być uczciwa.

– Uczciwość to luksus, na który młode, niezamężne kobiety nie mogą sobie pozwolić – baronowa westchnęła. – Ale co się stało, to się nie odstanie.

– Nie wstydzę się tego.

– Wiem. – Baronowa uśmiechnęła się nieoczekiwanie. – I dlatego cię lubię.

Klara wyszła z pensji z ciężkim sercem. Wiedziała, że baronowa ma rację. Ale wiedziała też, że niektóre rzeczy są ważniejsze niż reputacja.

W drodze powrotnej do pustego teraz mieszkania minęła sklep Korzyńskich. Przez okno widziała Juliana rozmawiającego z matką. Wyglądał na zmęczonego i… smutnego. Przyspieszyła kroku. Za kilka dni wyjedzie. Za kilka dni to wszystko się skończy.

Ale czy naprawdę tego chciała?

 

 

 

 

 

 

Nabożeństwo majowe

 

 

 

 

 

Atrament rozlewał się po papierze jak krew z rany. Klara zaklęła cicho – niedelikatnie jak na młodą pannę – i sięgnęła po bibułę. Trzeci zepsuty arkusz tego poranka. Odkąd jej rodzina wyjechała, nie mogła się na niczym skupić.

Artykuł do redakcji „Kuriera” leżał przed nią niedokończony. Miała napisać recenzję najnowszej powieści Orzeszkowej, ale słowa nie chciały się układać w sensowne zdania. Zamiast tego myślała o wczorajszym pożegnaniu. Matka płakała, Rozalia udawała dzielną, a Stefania – najmłodsza, ale najbystrzejsza – szepnęła jej na ucho: „Uważaj na siebie. I na niego też uważaj”.

Wolski nosił bagaże razem z tragarzami, zachowując tę swoją nieznośną, metodyczną uprzejmość. Gdy podawał rękę Rozalii, by pomóc jej wsiąść do powozu, Klara dostrzegła w oczach siostry błysk szczęścia. Może to i lepiej, że to ona, a nie Klara, zostanie panią Wolską?

Z ulicy dobiegł dźwięk dzwonów. Kościół Świętego Krzyża wzywał na nabożeństwo majowe. Klara spojrzała na zegar – za chwilę wpół do szóstej. Matka zawsze nalegała, by uczestniczyła w majówkach. „Najświętsza Panna czuwa nad pannami” – mawiała z tym swoim znaczącym uśmiechem.

Mieszkanie przy Miodowej wydawało się teraz zbyt duże, zbyt puste. Echo jej kroków odbijało się od ścian, gdy szła do sypialni po kapelusz. Przystanęła przed lustrem. Szara suknia podkreślała bladość jej cery, a cienie pod oczami świadczyły o nieprzespanej nocy. Wczoraj długo leżała bez snu, myśląc o tym, co ją czeka. Jeszcze tydzień, może dwa w Warszawie, potem Kraków. Nowe życie. Bez Juliana, bez jego matki, bez panny Pietrowej…

Włożyła skromny kapelusz z czarną wstążką – czuła, że żałoby po ojcu nigdy dość, nawet w takich drobnych szczegółach – i wyszła. Miodowa wciąż jeszcze żyła pośpiechem kończącego się dnia. Przekupki zwijały swoje kramy, a dorożkarze szukali ostatnich klientów przed wieczorem. Klara szła szybko, nie rozglądając się. Samotna młoda kobieta na ulicy o tej porze wzbudzała zainteresowanie, którego wolała uniknąć.

Świątynia była już prawie pełna, gdy dotarła na miejsce. Zapach kadzidła mieszał się z wonią świeżych bzów, którymi przystrojono ołtarz Matki Boskiej. W maju cały kościół tonął w kwiatach – bzach, konwaliach, pierwszych różach. Klara przecisnęła się między modlącymi się kobietami. Były to głównie służące z okolicznych kamienic, sklepowe, czasem jakaś uboższa szlachcianka. Znalazła miejsce w bocznej nawie, przy filarze, skąd miała dobry widok na ołtarz, ale sama pozostawała w półcieniu. Wyciągnęła różaniec – pamiątkę po babce – i klękła na zimnej posadzce. Ksiądz Brzozowski właśnie rozpoczynał litanię loretańską. Jego głos, nieco ochrypły z racji wieku, niósł się po kościele:

– Kyrie elejson…

– Chryste elejson – odpowiedział chór kobiecych głosów.

Klara odzywała się mechanicznie. Myślami była daleko. Jeszcze przed wyjazdem rodziny zaniosła do redakcji „Kuriera” swój list podpisany pełnym nazwiskiem. Żadnych inicjałów, żadnego ukrywania się. Święcicki, redaktor naczelny, przyjął ją w swoim gabinecie z mieszaniną podziwu i przerażenia. „Pani zdaje sobie sprawę, co to oznacza? – zapytał, trzymając jej rękopis. – Gdy Warszawa dowie się, że K.Z. to kobieta…” „Wiem – odpowiedziała spokojnie. – Ale wyjeżdżam. To mój pożegnalny tekst”.

– Królowo Aniołów…

– Módl się za nami.

Nagle poczuła, że ktoś staje obok. Najpierw zapach – woda kolońska, tytoń, coś jeszcze, czego nie potrafiła nazwać. Potem cień padający na jej złożone do modlitwy dłonie. Nie musiała podnosić wzroku, by wiedzieć kto to.

Julian Korzyński, w nienagannie skrojonym surducie, trzymał w dłoniach stary modlitewnik. Skórzana oprawa była wytarta, złocenia na brzegach kart prawie niewidoczne.

– Mogę? – szepnął, wskazując wolne miejsce obok niej.

Skinęła głową, zbyt zaskoczona, by zaprotestować. Co on tu robił? Julian Korzyński na majówce? Ten sam Julian, który w swoich felietonach drwił z „dewocyjnych praktyk warszawskich matron”?

Ukląkł obok niej z niezgrabnością kogoś, kto dawno nie klęczał w kościele. Modlitewnik otworzył na chybił trafił, potem przekartkował, szukając odpowiedniej strony.

– Królowo Patriarchów…

– Módl się za nami.

Klara obserwowała go kątem oka. Jego profil w półmroku kościoła wydawał się ostrzejszy, bardziej ascetyczny. Usta poruszały się bezgłośnie, powtarzając słowa litanii. Na czole pojawiła się zmarszczka koncentracji, jakby każde słowo wymagało od niego wysiłku.

– Królowo Proroków…

– Módl się za nami.

Gdzieś z tyłu ktoś zakaszlał. Potem szept – dwie kobiety rozpoznały Juliana. Klara poczuła, jak pali ją twarz. Samotna panna i kawaler klęczący obok siebie… Plotki rozniosą się po Warszawie szybciej niż zapach kadzidła po kościele.

– Królowo Apostołów…

– Módl się za nami.

Julian jakby nie słyszał szeptów. Patrzył przed siebie, na ołtarz, gdzie w blasku świec lśniła złocona sukienka Matki Boskiej Częstochowskiej. Klara zauważyła, że jego dłonie, złożone na modlitewniku, lekko drżą.

Litania ciągnęła się, wezwanie za wezwaniem. Klara próbowała się skupić na modlitwie, ale obecność Juliana była jak kamyk w bucie – niemożliwa do zignorowania. Czuła ciepło bijące od jego ramienia, słyszała jego oddech, gdy przyłączał się do odpowiedzi.

Wreszcie ksiądz Brzozowski zakończył litanię i przeszedł do kazania. Mówił o cnotach Najświętszej Panny – pokorze, czystości, posłuszeństwie. Klara słuchała półuchem.

Julian wstał z klęczek i usiadł na ławce, gestem zapraszając ją, by zrobiła to samo. Zachowali stosowny dystans, ale nawet ta odległość wydawała się zbyt mała.

– Pokora – mówił ksiądz – jest największą z cnót niewieścich. Kobieta pokorna nie szuka rozgłosu, nie pragnie błyszczeć…

Klara mimowolnie się wyprostowała. Jej artykuł podpisany pełnym nazwiskiem ukaże się pojutrze. Cała Warszawa będzie wiedziała, że „K.Z.”, ostry krytyk, bezlitosny recenzent, to ona.

Julian jakby wyczuł jej napięcie, pochylił się lekko i szepnął:

– Nie wszystko, co mówi ksiądz Brzozowski, jest ewangelią.

Spojrzała na niego zaskoczona. Uśmiechał się kącikiem ust – ten jego ironiczny uśmiech, który tak dobrze znała z salonów.

Kazanie dobiegło końca. Ksiądz zaintonował Pod Twoją obronę, a wierni podchwycili słowa. Klara wstała, szykując się do wyjścia. Kościół zaczynał się opróżniać – służące spieszyły do domów swoich państwa, sklepikarze na kolację.

Julian wstał razem z nią.

– Pozwoli pani, że ją odprowadzę?

– To niekoniecznie dobry pomysł – mruknęła, rozglądając się.

Kilka pań już im się przyglądało z nieskrywaną ciekawością.

– Proszę. – W jego głosie zabrzmiała nuta, której nie potrafiła zignorować. – Muszę z panią porozmawiać.

Wyszli razem z kościoła na Krakowskie Przedmieście. Majowe słońce wciąż świeciło, choć już było nisko, rzucając długie cienie. Na ulicy panował ożywiony ruch – eleganckie powozy mijały się z dorożkami, panowie w cylindrach kłaniali się damom w wiosennych sukniach. Odeszli nieco dalej, byle tylko zgubić się w tłumie i uniknąć wzroku wychodzących z nabożeństwa parafian. Klara wciąż miała w pamięci szepty za swoimi plecami i przestrogi baronowej. Zdawała sobie sprawę, że widok samotnej panny u boku kawalera o znanej w mieście reputacji to gotowa recepta na skandal, a plotki mogą roznieść się po Warszawie szybciej niż poranny nakład „Kuriera”.

– Śledzi mnie pan? – zapytała, gdy znaleźli się w bezpiecznej odległości od kościoła, poza zasięgiem oceniających spojrzeń.

Julian uśmiechnął się nieśmiało – zupełnie nie jak zwykle pewny siebie literat.

– Po prostu doszły mnie słuchy, że pani tu bywa – przyznał. – Chciałem… musiałem z panią porozmawiać. Poza sklepem, poza tymi wszystkimi… – Machnął ręką w stronę eleganckich kamienic.

– O czym?

Zatrzymał się i spojrzał jej prosto w oczy.

– O wekslu.

Klara poczuła, jak grunt usuwa jej się spod nóg.

– Nie wiem, o czym pan mówi.

– Pani krakowski prawnik, Wolski, uświadomił mi wczoraj brutalną prawdę – kontynuował szybko. – Chodzi o dług napięć tysięcy rubli. Dług wobec doktora Zawadzkiego. Wiem, że po śmierci mojego ojca to pani zdecydowała, by nie dochodzić tej należności. Pani to zrobiła, prawda?

Klara milczała. Szli powoli wzdłuż Krakowskiego Przedmieścia, mijając wystawy eleganckich sklepów. W witrynie jubilera błyszczały brylanty w świetle zachodzącego słońca.

– Myślę, że to wola mojego ojca – powiedziała wreszcie – żeby nie dochodzić długów od przyjaciół. A pana ojciec był jego przyjacielem.

– Ale pani mogła nie posłuchać. Ta suma… zmieniłaby wszystko dla pani rodziny. Nie musielibyście wyjeżdżać…

– I zniszczyłaby was – przerwała mu. – Sklep ledwo się trzyma. Dodatkowy dług by go dobił.

Julian patrzył na nią w milczeniu. Mijali właśnie cukiernię Lourse’a. W witrynie piętrzyły się torty i ciastka, a przez otwarte drzwi dobiegał zapach kawy i czekolady.

– Pozwoli pani? – Wskazał na wejście. – W ramach… podziękowania?

– Nie wiem czy to… właściwe – zaprotestowała. – Jestem sama. Jeśli ktoś nas zobaczy…

– Tylko herbata – prosił. – Pół godziny. Muszę… chcę zrozumieć, dlaczego pani to zrobiła.

Zgodziła się wbrew rozsądkowi.

Cukiernia była prawie pusta o tej porze. Jedynie w rogu siedziało starsze małżeństwo nad kawą i szarlotką. Julian poprowadził ją do stolika stojącego we wnęce – częściowo ukrytej przestrzeni w kącie lokalu oddzielonej od reszty sali gęstą palmą w donicy.

– Dwie herbaty – zamówił u kelnera. – I może…? – Spojrzał pytająco na Klarę.

– Tylko herbata – powiedziała stanowczo.

Gdy kelner odszedł, Julian pochylił się nad stolikiem.

– Nikt tego nie robi – powiedział cicho. – Nikt nie anuluje długu takiej wysokości. Nie w dzisiejszych czasach. Nie w Warszawie.

– Mój ojciec był idealistą – odpowiedziała, bawiąc się serwetką. – Wierzył w przyjaźń, honor, uczciwość. Wychował mnie w tym duchu.

– I pani też w to wierzy?

– A pan nie? – odparowała.

Julian milczał chwilę. Kelner przyniósł herbatę w delikatnych, porcelanowych filiżankach. Mocny zapach wypełnił przestrzeń między nimi.

– Czemu pan naprawdę przyszedł do kościoła? – zapytała, gdy zostali sami.

Julian zawahał się, mieszając srebrną łyżeczką w filiżance.

– Bo zrozumiałem, że byłem w błędzie. Ten pani artykuł o maskach… – Urwał.

Klara drgnęła, rozlewając herbatę na spodek.

– Tylko pani mogła to napisać. Tylko pani tak mnie… widzi.

– Tak pan myśli?

– Tak. Tylko pani widzi mnie bez maski, bez pozy. – Wziął głęboki oddech. – Ma pani rację. Ciągle gram jakąś rolę: światowca, literata, syna mojego ojca. A dziś pomyślałem: „Może w kościele będę mógł po prostu być sobą?”.

– I był pan?

– Nie wiem – przyznał. – Ale przy pani… przy pani czuję, że mogę przestać udawać. Że mogę być tym zagubionym, niepewnym człowiekiem, którym naprawdę jestem.

Klara poczuła, jak coś w niej mięknie. Ten Julian – wrażliwy, szczery – był zupełnie inny niż mężczyzna, którego znała z salonów. Przypominał jej kogoś, kogo czasem dostrzegała w jego tekstach, między wierszami – kogoś prawdziwego, ukrytego pod warstwami ironii i błyskotliwości.

– Moja matka naciska z Pietrowami – powiedział nagle. – Chce ogłosić zaręczyny w przyszłym miesiącu.

Klara poczuła, jak coś w niej zamiera.

– To… to dobrze – wymusiła. – Pietrowowie są bogaci. Uratują sklep.

– A ja? Kto mnie uratuje? – Zamilkł na chwilę. – W każdym razie ja… – Urwał, patrząc w swoją filiżankę. – Staram się to opóźniać. Wymyślam wymówki, udaję chorobę… To nie jest takie proste, jak wszyscy myślą.

– Nie musi mi się pan tłumaczyć.

– Ale chcę! – Pochylił się nad stolikiem. Jego dłoń przesunęła się po blacie i zatrzymała centymetr od jej palców. – Klaro… Panno Klaro, czy moglibyśmy… Czy mogę panią czasem odwiedzić? Zanim pani wyjedzie?

– Baron Dobrzyński nie byłby zachwycony. Obiecał mojej matce opiekę nade mną, a samotne wizyty kawalera…

– Więc nie będziemy go o to pytać i znajdziemy inny sposób. – Julian uśmiechnął się. Pierwszy raz tego dnia wyglądał jak dawny on: pewny siebie, czarujący, niemożliwy do zignorowania. – Baron i tak patrzy na mnie ostatnio chłodno. Wizyty w jego salonie byłyby męczarnią. Będziemy musieli polegać na… szczęśliwych trafach. Przecież nikt nam nie zabroni wpaść na siebie w cukierni, księgarni Gebethnera czy w Saskim Ogrodzie. A wtedy będę mógł z panią porozmawiać o literaturze, o pani artykułach… o wszystkim.

– To nie wypada…

– Co w takim razie w naszej znajomości wypada? – przerwał jej. – Pani, kobieta, pisze krytyki literackie pod męskim pseudonimem. Ja, mężczyzna, płaczę nad poezją Słowackiego, gdy nikt nie widzi. Pani anuluje długi, ja chodzę na majówki. Może… może właśnie dlatego możemy zostać przyjaciółmi? Bo oboje nie pasujemy do tego świata?

Klara zawahała się. W jego oczach było coś, czego nie potrafiła nazwać. Nadzieja? Samotność? A może po prostu szczerość, tak rzadka w ich kręgach?

– Dobrze – powiedziała cicho. – Zostańmy zatem znajomymi.

– Przyjaciółmi – poprawił ją szybko. – To więcej, o co śmiałbym prosić.

Dopili herbatę w milczeniu. Przez okno cukierni widzieli, jak Krakowskie Przedmieście powoli pustoszeje. Zapalano już latarnie gazowe, a ich blask odbijał się w szybach wystaw.

– Odprowadzę panią – zaproponował, gdy wyszli na ulicę.

– Ale przecież mieszkam niedaleko.

– Ale przecież wiem – przyznał z błyskiem w oku.

Szli wolno, jakby oboje chcieli przedłużyć tę chwilę. Mijali Pałac Krasińskich, potem Kościół Kapucynów. Warszawa o tej porze była spokojna, prawie senna.

– Kiedy ukaże się pani artykuł? – zapytał nagle. – Ten podpisany nazwiskiem?

– Pojutrze.

– Warszawa oszaleje – stwierdził z podziwem. – „K.Z.” kobietą! Skandal stulecia.

Klara zatrzymała się i spojrzała na niego z ukosa.

– A pan? Czy pan też oszaleje? Wszak jeszcze niedawno pisał pan w swoim felietonie, że umysł niewieści, z natury swej delikatny i podatny na wzruszenia, nie jest stworzony do chłodnej analizy dzieł literackich.

Julian zarumienił się gwałtownie. W świetle gazowej latarni jego twarz przybrała odcień starej cegły.

– Pamięta pani…

– Pamiętam wszystko, co pan pisał na ten temat. „Krytyka literacka wymaga męskiego rozumu wolnego od sentymentalnych uniesień”. To też pańskie słowa, prawda?

– Byłem głupcem – powiedział cicho, spuszczając wzrok. – Powtarzałem to, co słyszałem od dziecka, co mówił mój ojciec, profesorowie, koledzy… Nie zastanawiałem się nad tym. To było jak… jak noszenie surduta. Coś, co się robi, bo tak wypada.

– A teraz?

– Teraz wiem, że najlepszy krytyk w Warszawie nosi sukienki. – Uśmiechnął się krzywo. – I że ja, mężczyzna, z tym całym swoim „męskim rozumem”, przez miesiące nie domyśliłem się prawdy, choć wszystkie znaki były przed moim nosem.

Ruszyli dalej. Klara milczała, nie wiedząc, co odpowiedzieć na to wyznanie.

– Wyjeżdżam za tydzień. Może dwa. Mam nadzieję, że żaden skandal mnie już nie dosięgnie.

– Szkoda – westchnął. – Chciałbym zobaczyć ich miny. Wszystkich tych, którzy mówili, że kobiety nie mają dość rozumu, by zajmować się krytyką literacką. Łącznie z moją własną sprzed kilku miesięcy. Zasłużyłem na tę lekcję pokory.

– Każdy może się mylić – odpowiedziała ostrożnie.

– Ale nie każdy ma odwagę to przyznać – dodał. – Pani artykuł o maskach… on był także o mnie, prawda? O ludziach takich jak ja, którzy powtarzają cudze myśli, bo tak bezpieczniej?

Klara skinęła głową. Dotarli już pod jej kamienicę. W oknach na trzecim piętrze nie paliło się światło – mieszkanie było puste i ciemne.

– Dziękuję – powiedziała, stając w bramie. – Za herbatę i za… rozmowę.

– To ja dziękuję. Za weksel… na szczęście. Za wszystko.

Stali tak chwilę w milczeniu, potem Julian ukłonił się z szacunkiem, ale nie odszedł. Zrobił jedynie krok w tył, w cień ulicy.

– Poczekam, aż wejdzie pani bezpiecznie na górę – powiedział cicho.

Klara weszła po schodach do mieszkania. Było w nim zimno i cicho. Zapaliła lampę naftową i usiadła przy biurku. List do matki czekał niedokończony.

Droga Mamo – przeczytała. – Wszystko w porządku. Sprawy stancji prawie załatwione…

Wzięła pióro, ale zamiast pisać, spojrzała w okno. Na ulicy wciąż stała znajoma sylwetka. Julian czekał pod latarnią, patrząc w górę, na jej okna. Gdy zobaczył zapalone światło, podniósł rękę w ledwo dostrzegalnym geście pożegnania i dopiero wtedy odwrócił się, znikając w ciemnościach Miodowej.

Klara wróciła do listu.

Dziś byłam na majówce – napisała. – Spotkałam pana Korzyńskiego. Był bardzo uprzejmy. – Zawahała się, po czym dodała: Obiecał złożyć wizytę u Dobrzyńskich. Chyba rzeczywiście się zmienił.

Nie wspomniała o herbacie u Lourse’a. Ani o wekslu. Ani o tym, jak drżały jego ręce, gdy trzymał modlitewnik. Ani o tym, że sama drży teraz, pisząc te słowa.

Niektóre sekrety były zbyt kruche, by się nimi dzielić, nawet na papierze. Zwłaszcza na papierze, który przeczyta matka. Ta sama matka, która przed wyjazdem powiedziała: „Trzymaj się z dala od Juliana Korzyńskiego. To nie jest mężczyzna dla ciebie”.

Może miała rację? A może nie. Za tydzień, dwa, Klara wyjedzie do Krakowa i to wszystko nie będzie miało znaczenia. Ale dziś, tej majowej nocy, pozwoliła sobie marzyć, że może być inaczej.

Odłożyła pióro i wstała od biurka. Pokój wypełniała cisza zakłócana jedynie tykaniem zegara. Podeszła do okna i oparła czoło o chłodną szybę.

Jeszcze niedawno – zaledwie kilka miesięcy temu – Julian Korzyński był uosobieniem wszystkiego, co w warszawskim świecie najbardziej ją drażniło. Pamiętała jego felieton z lutego, w którym z błyskotliwą, acz powierzchowną ironią rozprawiał się z „niewieścimi próbami wtargnięcia do świątyni literatury”. Pisał wtedy, że umysł kobiecy, z natury swej delikatny i skłonny do uczuciowości, nie jest stworzony do chłodnej analizy i krytycznego osądu. Że kobiety mogą co najwyżej pisać romanse dla pensjonarek lub wierszyki do sztambuchów.

A przecież ten sam Julian czytywał recenzje „K.Z.”, cytował je z uznaniem w swoich tekstach, powoływał się na nie w dyskusjach. Gdy tylko dowiedział się, że za tymi inicjałami kryje się kobieta – ona, Klara – jego świat musiał zadrżeć w posadach. Bo oto kobieta, ta istota, którą uważał za intelektualnie niższą, okazała się jego najostrzejszym, ale i najwnikliwszym oponentem.

Warszawa za oknem pogrążała się w wieczornym półmroku. Latarnie gazowe rzucały żółtawe kręgi światła na bruk, po którym turkotały ostatnie dorożki. Gdzieś w oddali, może w Ogrodzie Saskim, grała orkiestra – dźwięki walca docierały do niej stłumione odległością.

To jest epoka paradoksów – pomyślała. Z jednej strony kolej żelazna i telegraf, fotografia i gaz oświetlający ulice, z drugiej – gorset ściskający nie tylko talię, ale i umysł, konwenanse duszące każdy przejaw indywidualności. W Zurychu czy Paryżu kobiety mogły już studiować, ale w Warszawie wciąż oczekiwano od nich jedynie wdzięku i posłuszeństwa.

Julian zdawał się rozumieć tę sprzeczność. Jego słowa przy herbacie – „oboje nie pasujemy do tego świata” – brzmiały jak wyznanie kogoś, kto zaczyna dostrzegać pęknięcia w pozornie solidnym gmachu społecznych konwencji. Jak niewielka deklaracja buntu przeciwko ograniczeniom, które sam jeszcze niedawno bezmyślnie akceptował, a nawet umacniał swoimi tekstami.

Ale czy to była prawdziwa przemiana czy tylko chwilowe olśnienie? Klara znała ten typ mężczyzn – oświeconych przez chwilę, zahipnotyzowanych nowością, gotowych na wielkie deklaracje. Potem wracali do swoich salonów, swoich matek, swoich Natalii Pietrowych. Maska światowca okazywała się wygodniejsza niż prawdziwe oblicze.

Wróciła do biurka i spojrzała na niedokończony list. Chyba rzeczywiście się zmienił – przeczytała ostatnie zdanie. Wzięła pióro, żeby je skreślić, ale jej dłoń znieruchomiała nad papierem.

W tej chwili wahania było wszystko – nadzieja i zwątpienie, pragnienie i rozsądek. Była jak bohaterka tych powieści, które krytykowała za nadmierny sentymentalizm. A jednak rozumiała je teraz lepiej. Bo życie, prawdziwe życie, było pełne takich momentów zawieszenia między tym, co możliwe, a tym, co prawdopodobne.

Zostawiła zdanie nieskreślone. Niech matka myśli, że Julian się zmienił. Może to nawet prawda? A jeśli nie – za tydzień, góra dwa, ona będzie już w Krakowie, daleko od warszawskich iluzji i rozczarowań.

Zgasiła lampę i poszła spać. We śnie widziała Juliana klęczącego w kościele, z drżącymi rękami na modlitewniku, szukającego czegoś, czego sam nie potrafił nazwać.

 

 

Ciąg dalszy w wersji pełnej