Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Złamane serce. Walentynkowe miasteczko. I właściciel pensjonatu, którego Blair powinna omijać szerokim łukiem… gdyby tylko nie musiała mieszkać pod jego dachem.
Kilka dni w Sweetheart Creek miało być jedynie przysługą i zawodowym obowiązkiem. Recenzja, zdjęcia, wyjazd. Prościej się nie da.
Tyle że za idealnymi dekoracjami kryją się niedopowiedziane historie, a zamknięty w sobie William nie pasuje do tej bajki tak samo jak ona.
Zwłaszcza gdy okazuje się, że to, co uznała za zakończone, wcale takie nie jest, a przeszłość najwyraźniej nie umie czytać znaków „Nie, dziękuję!”.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 141
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
WALENTYNKI? NIE, DZIĘKUJĘ!
NANA BEKHER
Copyright: Nana Bekher, 2026
Copyright: Oliwia Krakowiak, 2026
Wydanie 1
ISBN 978-83-969648-3-0
Redakcja: Kinga Skalska, Laura Klimek
Korekta: Kinga Skalska, Oliwia Krakowiak
Skład do wersji elektronicznej: Malwina Fidyk
Niniejszy utwór jest fikcją literacką. Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci (żyjących obecnie albo w przeszłości) oraz miejsc czy zdarzeń losowych jest czysto przypadkowe.
Kopiowanie, przetwarzanie, rozpowszechnianie tych materiałów w całości lub w części bez zgody autora jest zabronione.
PODZIĘKOWANIA
Z całego serca pragnę podziękować moim wspaniałym patronkom za ich pomoc w promocji oraz wyjątkową współpracę. To zaszczyt mieć Was po swojej stronie.
Kindze kikiksiazki, Beatce zdrowe.zycie.czyta, Agnieszce czarna_ironia_czyta, Kasi siedzewksiazkach, Lidii mama_kochajaca_ksiazki, Ani olivciakbook.
ROZDZIAŁ 1
BLAIR
– Blair! Blair, otwórz!
Po raz kolejny usłyszałam pukanie do drzwi. Naprawdę nie chciałam na to reagować.
– Kochanie…
Spojrzałam na moją przyjaciółkę, Hope, która też już miała dość zachowania Petera. Westchnęłam ciężko, wstałam z sofy i ruszyłam w kierunku drzwi. Nacisnęłam klamkę i lekko je uchyliłam.
– Czego ty nie rozumiesz? – syknęłam gniewnie.
Mężczyzna patrzył na mnie z miną zbitego psa, jakby to miało cokolwiek zmienić.
– Blair, przecież możemy jeszcze wszystko naprawić – brzmiał niemal błagalnie.
– Żartujesz sobie? – zmarszczyłam czoło. – Czy przez ten czas zapomniałeś, co mi zrobiłeś?
– Wiem, nawaliłem, ale przysięgam, zmienię się – złożył dłonie jak do modlitwy.
– Peter, rozstaliśmy się prawie rok temu. Daj mi spokój – przewróciłam oczami.
– Kochanie, no proszę cię. Nie przekreślaj wszystkiego, co było między nami.
– Ja? Ty to wszystko przekreśliłeś zdradzając mnie, ze swoją byłą. Skoro tak bardzo ją kochasz i nie potrafisz o niej zapomnieć, wróć do niej, a mnie zostaw w spokoju – powiedziałam spokojnie, ale stanowczo.
– Blair, to nie tak – mruknął bezradnie.
– Wynoś się i nie przychodź tu więcej, bo następnym razem wezwę policję.
Po tych słowach zamknęłam drzwi. Potrzebowałam chwili, by ochłonąć. Wzięłam głęboki wdech, po czym wróciłam do Hope. Niemal opadłam na sofę, a ona podała mi kieliszek czerwonego wina.
– Powiedz mi, o co tak właściwie chodzi Peterowi? – oparła się wygodnie, jakby miała wysłuchać długiej, wciągającej historii. – Czy on nie potrafi odpuścić? Nie rozumie, że to on spieprzył sprawę?
– Sama nie wiem – wzruszyłam ramionami. – Chyba niepotrzebnie napisałam ostatnio do niego, dziękując za urodzinowe kwiaty. Chciałam, żeby widział, że świetnie sobie radzę bez niego i już mnie to nie rusza.
– Dobrze zrobiłaś. Gdybyś się nie odezwała, pomyślałby, że wciąż masz złamane serce. A tak pokazałaś mu, że wyleczyłaś się z niego.
– A może… może on jednak mnie kocha? – zapytałam nieśmiało.
– Blair, błagam cię – przewróciła oczami. – Przyłapałaś go w waszym łóżku z byłą dziewczyną. Gdyby cię kochał, nie robiłby czegoś takiego.
– Wiem – westchnęłam cicho. – Tu już nie ma żadnej szansy.
– Postąpiłaś mega dobrze. Peter to skończony dupek i nie powinnaś w ogóle go żałować.
Wiedziałam, że Hope miała rację. Nie broniłam Petera, bo owszem zachował się jak totalny palant, ale chyba zbyt wiele wyobrażałam sobie po tym związku. On dopiero co rozstał się z dziewczyną, z którą był siedem lat, a ja naiwnie uwierzyłam, że jestem dla niego nowym początkiem. Poznaliśmy się osiem miesięcy temu na imprezie i od razu między nami zaiskrzyło. Wszystko potoczyło się błyskawicznie, spontanicznie. Oszaleliśmy na swoim punkcie, nie widząc świata poza sobą. Kiedy po dwóch miesiącach znajomości Peter zaproponował wspólne zamieszkanie, bez wahania się zgodziłam. Byłam taka szczęśliwa… Tyle że to wszystko wydarzyło się zbyt szybko. Choć próbował, wcale nie wyleczył się z byłej dziewczyny, a ja nie miałam zamiaru być opcją zapasową.
Złamał mi serce i to w same walentynki. Nigdy za nimi nie przepadałam i nie obchodziłam ich jakoś szczególnie. Dlatego ustaliliśmy, że nie szykujemy niczego ekstra. Ja miałam wtedy szkolenie w Rochester, co było mi nawet na rękę, a Peter nie robił problemów. Miał zostać w pracy do wieczora, by dokończyć zlecenie dla klienta. Nie wiem, co mnie podkusiło, ale kiedy okazało się, że odwołano nam ostatnie warsztaty, pomyślałam, że zrobię mu niespodziankę. O niczym go nie uprzedziłam. Zamówiłam kolację, kupiłam ciasto i planowałam wyszykować mieszkanie, zanim wróci. Wróciłam kilka minut po czwartej, więc miałam jeszcze dużo czasu, by wszystko przygotować. Tyle że w naszym mieszkaniu Peter już świętował walentynki na całego, i to ze swoją byłą dziewczyną.
Nasz związek zakończył się tak samo nagle jak się zaczął. On, jednak nie pozwalał mi odejść. Przez pierwsze tygodnie był wręcz nie do zniesienia, potem nieco się uspokoił, a teraz znów próbował mnie odzyskać. Wielokrotnie błagał o drugą szansę, ale ja już mu nie ufałam.
– Nie chcę już o nim gadać – szepnęłam, kręcąc głową.
– I już nie będziemy. Mam dla ciebie propozycję nie do odrzucenia – uśmiechnęła się tajemniczo.
– Mam się bać? – spojrzałam na nią z ukosa. Moja przyjaciółka miewała szalone pomysły.
– Ubieraj się i lecimy do klubu – wypaliła nagle.
– Oszalałaś? Nie mam ochoty.
– Blair, litości!
– Peter mi popsuł humor.
– Dlatego próbuję ci go poprawić – odparła i wstała z sofy.
Pociągnęła mnie za rękę, zmuszając, bym się podniosła, po czym poprowadziła do szafy. Otworzyła drzwi i z uwagą przeglądała moje ubrania, szukając czegoś odpowiedniego.
– Hope, naprawdę nie jestem w nastroju – mruknęłam.
– Nie marudź. W poniedziałek jadę do tego Sweetheart Creek. Jak mi się spodoba może zostanę tam trochę dłużej.
– Nie wytrzymałabym.
– Dlaczego?
– Mówiłaś, że oni tam wszyscy tacy zakochani i mają totalnego bzika na punkcie walentynek.
– Dlatego właśnie liczę, że zbliżające się walentynki pomogą mi tam znaleźć miłość.
– Połączysz pracę z przyjemnościami.
– Mam nadzieję, że tych przyjemności będzie więcej niż pracy – puściła do mnie oko.
– Jesteś niemożliwa – zaśmiałam się.
– No a ty zbieraj się – ponaglała mnie.
– Hope, ale…
– Żadnych, ale – przerwała mi ostro. – Kiedy ostatnio byłyśmy gdzieś razem?
– Nie pamiętam.
– A kiedy ostatnio miałaś wolne?
Spuściłam wzrok. Zaraz nazwie mnie pracoholikiem i będzie miała cholerną rację.
– No właśnie, Blair – spojrzała na mnie srogo. – Szykuj się i nawet nie chcę słyszeć o pracy, bo właśnie zaczynasz urlop.
I znów powinnam przyznać jej rację, bo owszem miałam ochotę się nieco zabawić.
– Jak już mam iść na imprezę, to sama wybiorę sukienkę.
– Ależ proszę – uśmiechnęła się szeroko i odsunęła się, robiąc mi miejsce.
Wybór był prosty. Owszem szafa Hope pękała w szwach od różnych kreacji, ale w mojej królowały luźne, sportowe ubrania. Sukienki zakładałam bardzo okazjonalnie, dlatego trzy w zupełności mi wystarczały. Ściągnęłam z wieszaka klasyczną małą czarną, na co Hope przytaknęła z aprobatą. Wyszykowałam się i dwadzieścia minut później byłyśmy już na miejscu. W klubie było tłoczno i głośno, ale wcale mi to nie przeszkadzało. Muzyka grała tak, że aż czułam ją w środku, a światła migały w każdym kolorze. Hope od razu złapała mnie za rękę i pociągnęła na parkiet, nawet nie dając chwili na zastanowienie. Śmiała się, a ja, ku własnemu zdziwieniu, też zaczęłam się uśmiechać.
Nie pamiętałam, kiedy ostatni raz bawiłam się tak dobrze. Może faktycznie tego potrzebowałam. Oderwać się choć na chwilę, zapomnieć o Trencie i po prostu tańczyć. Hope była w swoim żywiole, a czułam, że to był naprawdę dobry pomysł.
Około pierwszej byłyśmy już wyczerpane, więc zamówiłyśmy taksówkę. Najpierw wysiadłam ja, a Hope pojechała do siebie. Nie byłam przyzwyczajona do chodzenia w szpilkach. Nogi wręcz chciały mi odpaść. Zrzuciłam buty i udałam się do łazienki, by wziąć szybki prysznic. Dwadzieścia minut później leżałam już w łóżku. Zamknęłam oczy, ale po jakimś czasie obudził mnie dźwięk telefonu.
– Halo? – mruknęłam zaspana.
– Blair… – usłyszałam znajomy, drżący głos. – To ja.
– Hope? Wróciłaś na imprezę?
– Jestem w szpitalu.
Zamarłam.
– Boże, co się stało?
– Trochę się połamałam – jęknęła.
– Co? – zerwałam się z łóżka i ruszyłam w poszukiwaniu ubrań. – Zresztą, zaraz do ciebie przyjadę. Nie ruszaj się nigdzie.
– Dobry żart – zaśmiała się. – Skręciłam kostkę i złamałam rękę. Nie ruszę się.
– Zwariuję kiedyś z tobą – prychnęłam. – W którym jesteś szpitalu?
– W Mercy Medical Center.
– Okej, będę tam najszybciej, jak się da.
– Dzięki, Blair.
Byłam niesamowicie śpiąca, ale telefon od Hope momentalnie postawił mnie na nogi. Zadzwoniłam po taksówkę i dokończyłam ubieranie. Jeszcze przed chwilą marzyłam tylko o poduszce, a teraz siedziałam na brzegu sofy, wkładając w pośpiechu buty. To była ostatnia informacja, jakiej mogłabym się spodziewać.
***
Pół godziny później byłam już w szpitalu i czekałam na przyjaciółkę, która akurat była w sali zabiegowej. Byłam kłębkiem nerwów. Niby Hope mówiła, że to tylko złamanie i skręcenie, ale nie mogłam siedzieć spokojnie. Co chwilę zerkałam na drzwi, jakby miała zaraz wyjść. Kiedy w końcu zobaczyłam, jak pielęgniarka wywozi ją na wózku z sali, odetchnęłam z ulgą. Miała rękę w gipsie i nogę obandażowaną. Wyglądała na zmęczoną i załamaną. Lekarz krótko wyjaśnił, co i jak. Na szczęście nie było żadnych komplikacji. Dostała receptę na środki przeciwbólowe i zalecenie, żeby przez kilka dni odciążać nogę. Kiedy Hope podpisała dokumenty, zadzwoniłam po taksówkę. Pomogłam jej wstać z wózka i razem powoli wyszłyśmy przed budynek. Za chwilę jechałyśmy już w stronę jej mieszkania. Pomyślałam, że zostanę z nią i ustalimy, co dalej. Hope potrzebowała pomocy. Nie mogłam jej tak zostawić. Ostrożnie weszłyśmy po schodach, a potem do mieszkania.
Przyjaciółka usiadła na sofie, a ja poszłam do kuchni po coś do picia. Po chwili wróciłam do salonu z dwiema szklankami soku pomarańczowego i podałam jej jedną.
– Ale jak to się stało? – zapytałam.
– Ares mi uciekł, więc za nim pobiegłam.
– Goniłaś kota w szpilkach?
– Jak się przewróciłam, w końcu zwrócił na mnie uwagę i przybiegł, żebym go pogłaskała. Sąsiadka usłyszała mój krzyk i wyszła zobaczyć, co się stało. To ona zadzwoniła po karetkę i wzięła Aresa do siebie – wyjaśniła. W jej głosie słychać było zmęczenie.
– Ale się załatwiłaś.
– Dziękuję, że przyjechałaś – spojrzała na mnie z wdzięcznością.
– Przecież jesteś moją najlepszą przyjaciółką – uśmiechnęłam się lekko. – Zostanę u ciebie do rana. Potem pomyślimy, co dalej.
– Blair… – zaczęła niepewnie. – Będziesz musiała zrobić dla mnie coś jeszcze – zabrzmiała tajemniczo.
– Co masz na myśli? – usiadłam naprzeciwko niej.
Westchnęła ciężko.
– Nie będę mogła jechać do Sweetheart Creek.
– To zrozumiałe. Chcesz żebym przekazała to twojej szefowej? – zgadywałam. – Nie ma sprawy. Zadzwonić do niej czy umówić się na spotkanie?
– Właściwie to… pojechać.
– Do niej? – zdziwiłam się. – No jeśli to konieczne…
– Do Sweetheart Creek. Za mnie.
Wybuchłam śmiechem, bo oczywiste było dla mnie, że Hope żartowała.
– Z twoją głową wszystko w porządku?
– Blair, ja mówię poważnie.
– Dobra, słuchaj, wyśpijmy się, bo to naprawdę szalona noc – wstałam z miejsca.
– Blair…
Ona nie żartowała?
– Hope, upadłaś na głowę? O co ty mnie prosisz?
– Blair, wiem, że to wiele, ale bardzo mi zależy na tej współpracy. Tak naprawdę… – spojrzała na mnie bezradnie. – To moje być albo nie być.
– Co masz na myśli? – ponownie usiadłam.
– Jak w każdym zawodzie. Konkurencja.
– Hope, rozumiem, ale jak ty to sobie wyobrażasz? Nie znam się na tym, co robisz. Ty pracujesz w agencji marketingowej, zajmujesz się social mediami, wiesz, jak przyciągnąć ludzi, jak dotrzeć do odbiorców. To nie moja bajka – próbowałam ją przekonać, że wcale nie byłam dobrym wyborem.
– Przecież zajmujemy się podobnymi rzeczami. Jesteś agentką nieruchomości. Znasz się na domach, wnętrzach, oceniasz je, przestawiasz klientom.
– To wciąż nie to samo.
– Nie, ale też masz kontakt z ludźmi. Nawet bardziej niż ja, bo ja działam głównie w sieci, a ty na żywo.
Pokręciłam głową. Zupełnie się w tym nie widziałam. I jeszcze w zaśnieżonym Sweetheart Creek.
– Przykro mi Hope, ale nic z tego – odparłam stanowczo. – Poza tym ktoś musi ci pomóc, tu na miejscu.
– Pogadam z Amber. Najwyżej przeniosę się do niej na jakiś czas.
– To może niech twoja siostra pojedzie, a ja tu zostanę z tobą.
– Proszę cię – przewróciła oczami. – Z miejsca, by mnie wylali.
– To jest naprawdę głupi pomysł.
– Blair, no błagam cię – zrobiła maślane oczy. – Tylko ty możesz mi pomóc.
– Za dużo ode mnie wymagasz. Poza tym nienawidzę zimna, śniegu, a przede wszystkim tych cholernych walentynek.
– Nie myśl o tym. Skup się na samym pensjonacie. Walentynki to drugi plan. Poza tym załapiesz się na imprezę.
– Zapewne walentynkową? Świetny pomysł – prychnęłam. – Zapomniałaś, że mam złamane serce? – Już chwytałam się wszystkiego.
– Podobno wyleczyłaś się z Petera?
– A może na Hawaje byś mnie wysłała?
Zaśmiała się.
– Też bym chciała.
– Jakie ty masz szczęście, że akurat wzięłam urlop na dwa tygodnie – mruknęłam z przekąsem.
– Proszę cię tylko o osiem dni. Zadzwonię do właściciela i wszystko mu wyjaśnię.
– Powiedz mu, żeby był dla mnie miły.
– Jeśli to cię przekona, ubłagam go, żeby przynosił ci codziennie śniadanie do łóżka.
– Brzmisz jak zdesperowana.
– Bo jestem – przytaknęła, a w jej oczach dostrzegłam smutek. – Jeśli ja nie pojadę i nie będę miała nikogo na swoje miejsce, szefowa pewnie wyśle Kimberly, a wtedy mogę pożegnać się z dobrymi współpracami. Będę dostawała jakieś pierdoły na przetrzymanie, ale tak mogę nie dotrzeć do ludzi.
– A co jak ja zawalę?
– Nie zawalisz. Będziemy w stałym kontakcie. Pomogę ci. Wystarczy, że będziesz zbierać informacje, robić zdjęcia, ja zajmę się resztą.
– Źle robisz.
– Wierzę w ciebie – uśmiechnęła się ciepło, ale ja nadal miałam wątpliwości.
– Mogę chociaż się z tym przespać?
– Pewnie – szepnęła. – Nie ukrywam, liczę, że nie zmienisz zdania.
– Jeszcze żadnego nie mam – prychnęłam. – A teraz kładźmy się, bo już ledwo na oczy widzę.
Tylko osiem dni… czy ja naprawdę się na to zgodziłam?
ROZDZIAŁ 2
BLAIR
Gdy Hope zaproponowała mi wyjazd zamiast niej, od razu pomyślałam, że zwariowała. A jednak to ja byłam kompletnie szalona, bo się na to zgodziłam i właśnie byłam w podróży do Sweetheart Creek. Na początku droga wyglądała zwyczajnie – szeroka autostrada, samochody, co chwilę mijane ciężarówki i tablice z reklamami fast foodów. Ale
im dalej od Syracuse, tym bardziej robiło się monotonnie. Pasy lasów, małe miasteczka, szare domy poustawiane w rządku. Od czasu do czasu migotały lampki w ogródkach i pojawiały się plastikowe serduszka oraz figurki amorków, które wyglądały bardziej żałośnie niż uroczo. Ludzie naprawdę musieli nie mieć, co robić, skoro poświęcali tyle energii na dekorowanie domów na walentynki. Nie było w tym nic pięknego ani tym bardziej romantycznego. Kiedy w końcu dotarłam na miejsce, niechętnie wysiadłam z auta. Na dworze było zimno jak cholera. Uwielbiałam słońce, ciepło, piękną pogodę. Deszcz, zimno, a już tym bardziej śnieg nie były dla mnie. Nie miałabym nic przeciwko, gdyby Hope wysłała mnie na jakąś tropikalną wyspę.
Pensjonat, do którego dotarłam, prezentował się lepiej, niż się spodziewałam. Dwupiętrowa willa w stylu kolonialnym, z werandą, otoczona ogrodem przyprószonym śniegiem. Nad wejściem wisiał szyld Rosewood Inn, a balustrady zdobiły sznury różowych i czerwonych lampek. Na pierwszy rzut oka wyglądało to jak pocztówka z walentynkowej reklamy, co dla mnie wcale nie działało na plus. W środku było ciepło, pachniało drewnem i świeżo parzoną kawą. Jasne ściany kontrastowały z podłogą z ciemnego drewna. Tuż przy drzwiach stał stolik z ulotkami i księgą gości, a nieco dalej w rogu znajdowała się recepcja. Przy kominku ustawiono kilka foteli i oczywiście nie mogło zabraknąć tych przesłodzonych dekoracji, kompletnie nie w moim guście.
Niepewnym krokiem podeszłam do recepcji. Za jej ladą stała młoda kobieta w różowym swetrze ozdobionym serduszkami…
Litości.
– Serdecznie witamy w Rosewood Inn – powiedziała i posłała mi szeroki uśmiech.
– Dzień dobry. Nazywam się Blair Montgomery i…
– Och! Czekaliśmy na panią! – przerwała mi. Brzmiała tak radośnie, aż mi się głupio zrobiło, że nie podzielałam jej entuzjazmu.
– To… miłe – zmieszałam się.
– Jak minęła pani droga?
– Całkiem… znośnie – rozejrzałam się dookoła.
Czy mogłabym już iść do pokoju?
– Bardzo się cieszę, że już pani dotarła do nas.
– Miałam spotkać się z… – wyciągnęłam kartkę z kieszeni, bo zupełnie zapomniałam nazwiska właściciela. – Z Williamem Carverem.
– Tak, to właściciel, ale nie ma go obecnie – odparła, nie odrywając ode mnie wzroku, a jej usta wciąż zdobił uśmiech.
– A kiedy mogę się go spodziewać?
– Już wraca z Lancaster, do wieczora powinien dotrzeć.
– W porządku. To pewnie jutro się z nim zobaczę… Czy mój pokój jest już gotowy?
– Tak, oczywiście. Zaprowadzę panią.
– Poradzę sobie.
– Proszę, to klucz – powiedziała i podała mi kartę. – Pokój numer trzy, tym korytarzem – wskazała.
– Dziękuję – odparłam i ruszyłam, pociągając za sobą walizkę.
Mój pokój okazał się przestronny, z dużym łóżkiem udekorowanym płatkami róż, komodą i toaletką. Przy oknie stało krzesło i mały stolik, na którym ktoś postawił kilka dekoracji walentynkowych. Było czysto, schludnie i jasno. Może jakoś to przetrwam. Od razu zrobiłam kilka zdjęć dla Hope.
Pomyślałam, że się rozpakuję, a potem trochę pozwiedzam. Niedługo zacznie się ściemniać, więc skoro i tak nie spotkam się z właścicielem, nie chciałam siedzieć w czterech ścianach. Chwilę później zadzwonił mój telefon. Zerknęłam na wyświetlacz. Hope dzwoniła na wideo.
– Sprawdzasz, czy żyję? – odebrałam połączenie. – Śnieg mnie zasypał i już nie wrócę – rzuciłam kąśliwie.
– Słyszę, że masz dobry humor.
– Wyśmienity – zakpiłam. – Zdajesz sobie sprawę, gdzie mnie wysłałaś? Wiesz jak tu zimno i ile jest śniegu?
