Związane dusze - Nana Bekher - ebook + książka

Związane dusze ebook

Bekher Nana

3,8

13 osób interesuje się tą książką

Opis

Ariana ma 25 lat i wielkie serce. Jest silną kobietą, która ma swoje zdanie i wie, czego chce. Właśnie dostała pracę w biurze architektonicznym, gdzie spotyka jego.

 

Camilo Estevez to zabójczo przystojny, wzbudzający postrach, bezwzględny Alfa. Nie zna miłości, czułości, troski. Wszystkich traktuje z wyższością.

 

Gdy poznaje Arianę, okazuje się, że są swoimi przeznaczonymi. Ani Ariana, ani Camilo nie zamierzają jednak ulec losowi.

Czy te dwa silne charaktery będą potrafiły znaleźć kompromis? Czy Camilo zmieni się dla Ariany? A może to ona zmusi się do zaakceptowania niechcianej więzi?

 

 

Historia Ariany i Camila zauroczyła mnie od pierwszej chwili. Pełna wzlotów i upadków walka o miłość, szczęście i swoje przeznaczenie. Autorka udowadnia, że nie ma dla niej rzeczy niemożliwych. W tej wersji jeszcze jej nie znacie. Gwarantuję, że zakochacie się w niej na nowo. Gorąco polecam! – Anita, anitka_170

 

Nana Bekher pokazuje nam w tej książce inny świat zmiennokształtnych. Oryginalny i szalenie ekscytujący. Nie przeczytacie tutaj o miłości od pierwszego wejrzenia. Za to iskry pożądania są nad wyraz namacalne. Zapewniam, że od razu pokochacie niezależną i silną bohaterkę oraz zaborczego wilkołaka. Oboje chcą uciec przed przeznaczeniem, lecz proces już się rozpoczął… Ogromnie polecam, emocje gwarantowane! – Dominika, zaczytana_sowka

 

Nana Bekher w zupełnie nowej odsłonie – z historią, która porwała moje serce. Dwa silne charaktery i przeznaczenie, które ma połączyć bohaterów na wieki. Czy ulegną losowi i odrzucą niechcianą więź? Tego dowiecie się z tej książki, którą Wam gorąco polecam. – Monika, czytelniczka

 

Z niecierpliwością czekałam na wydanie naszych wilczków w wersji papierowej! Nana Bekher wciągnęła mnie do świata zmiennych, gdzie rządzi bezwzględny, seksowny i nieznoszący sprzeciwu Alfa Camilo. Czy zdoła przekonać do siebie piękną, ambitną, dobroduszną Arianę, z którą ma połączyć go nić przeznaczenia? To niesamowita historia pełna, miłości, namiętności i pożądania

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 397

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,8 (187 ocen)
83
37
28
19
20
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Panda_to_ja

Nie polecam

Nie dałam rady... Brzmi jakby pisała to 12-latka. Bardzo opornie się czyta
110
Wiktoria_1995

Nie polecam

Odłożyłam po pierwszym rozdziale. Nie do przejścia.
50
muckers

Nie polecam

Ale się wynudziłam ,ta pani nie powinna pisać .
40
Magnify

Nie polecam

DNF
30
Ruddaa
(edytowany)

Nie polecam

Wielkie roczarowana. 500 stron o dupie marynie napisane mega prostackim i dziecinnym stylem. Do tego główi bohaterowie denni, bez wyrazu, dziecinni tak, że masakra. Dialogi prostackie, bez polotu, fabuła idiotyczna. Kocham ksiazki o zmiennych ale ta to jest JEDNO WIELKIE ROCZAROWANI!!! Jakby dziecko to pisało.
30

Popularność




Tej autorki w Wydawnictwie WasPos

CYKL Włoskie Pożądanie

Ginger. Włoskie pożądanie #1

Odnajdę Cię. Włoskie pożądanie #2

Mój Mefisto. Włoskie pożądanie #3

POZOSTAŁE POZYCJE

Nieznośny milioner

Będziesz moja

Przez żołądekdo…

W rytmie namiętności

Związane dusze

Wszystkie pozycje dostępne również w formie e-booka

Copyright © by Nana Bekher, 2022Copyright © Wydawnictwo WasPos, 2023All rights reserved

Wszystkie prawa zastrzeżone, zabrania się kopiowania oraz udostępniania publicznie bez zgody Autora oraz Wydawnictwa pod groźbą odpowiedzialności karnej.

Redakcja: Kinga Szelest

Korekta: Aneta Krajewska

Projekt okładki: Magdalena Czmochowska

Zdjęcie na okładce: © by inarik/iStock

Ilustracje przy nagłówkach: © by pngtree.com

Skład i łamanie oraz wersja elektroniczna: Adam Buzek/[email protected]

Wydanie I – elektroniczne

ISBN 978-83-8290-321-8

Wydawnictwo WasPosWydawca: Agnieszka Przył[email protected]

Spis treści

PROLOG

ROZDZIAŁ 1

ROZDZIAŁ 2

ROZDZIAŁ 3

ROZDZIAŁ 4

ROZDZIAŁ 5

ROZDZIAŁ 6

ROZDZIAŁ 7

ROZDZIAŁ 8

ROZDZIAŁ 9

ROZDZIAŁ 10

ROZDZIAŁ 11

ROZDZIAŁ 12

ROZDZIAŁ 13

ROZDZIAŁ 14

ROZDZIAŁ 15

ROZDZIAŁ 16

ROZDZIAŁ 17

ROZDZIAŁ 18

ROZDZIAŁ 19

ROZDZIAŁ 20

ROZDZIAŁ 21

ROZDZIAŁ 22

ROZDZIAŁ 23

ROZDZIAŁ 24

ROZDZIAŁ 25

ROZDZIAŁ 26

ROZDZIAŁ 27

ROZDZIAŁ 28

ROZDZIAŁ 29

ROZDZIAŁ 30

ROZDZIAŁ 31

ROZDZIAŁ 32

ROZDZIAŁ 33

ROZDZIAŁ 34

ROZDZIAŁ 35

ROZDZIAŁ 36

ROZDZIAŁ 37

ROZDZIAŁ 38

ROZDZIAŁ 39

ROZDZIAŁ 40

ROZDZIAŁ 41

ROZDZIAŁ 42

ROZDZIAŁ 43

ROZDZIAŁ 44

ROZDZIAŁ 45

ROZDZIAŁ 46

ROZDZIAŁ 47

EPILOG

PODZIĘKOWANIA

PLAYLISTA

Moim Czytelnikom, bo bez Was nie ma mnie

PROLOG

Kiedyś na świecie byli tylko ludzie, teraz wśród nas żyją zmienni. Wampiry, wilkołaki i inni. Każdy ma swój rząd, policję, prawo. Szkoły są tylko dla zmiennych, tylko dla wampirów lub koedukacyjnie. Do szkół dla innych ludzie trafiają rzadko i tylko wybrani. Nikt nie wie, jakim kryterium kierują się podczas wyboru. Po prostu dostają informację, że mają się stawić w danym miejscu w określonym czasie. Prawo reguluje też kwestię przeznaczonych, a konkretnie kwestie ludzkie i ich przymusowe zamieszkanie z przeznaczonym. Ustalono to po to, by chronić kobiety, które były porywane, gwałcone, oznaczane na siłę, i zmiennych, którzy wariowali bez swoich przeznaczonych. Prawo stanowi, że aby mogła być zerwana więź, przeznaczeni muszą zamieszkać ze sobą przez miesiąc. Po miesiącu, czyli podczas najbliższej pełni, na polanie, przy Kamieniu Więzi, kobieta przyjmuje więź. Niestety niewiele kobiet wie, że może też tę więźodrzucić.

Wiem o zmiennych prawie wszystko. Nie jestem jedną z nich, ale byli nimi moi rodzice oraz dziadek, a obecnie są moja babcia oraz starszy brat. Ja i siostra nie odziedziczyłyśmy genu i jesteśmy ludźmi. Moi rodzice zginęli w wypadku samochodowym siedem lat temu, dziadek zmarł pół roku później. Zostałam wychowana w domu o tradycjach patriarchalnych. Mój dziadek i ojciec byli apodyktycznymi, władczymi mężczyznami. Zresztą mój brat Amadeo to wierna kopia ojca. Gdyby nie moja babcia, pewnie nigdy bym nie poszła na wymarzone studia. To ona mnie wspierała, chroniła, zachęcała do realizacji marzeń. Dzięki niej świat zmiennych nie jest mi obcy, pomagała mi go zrozumieć. Ja sama z natury jestem romantyczką. Marzę o związku pełnym miłości, wsparcia, partnerstwa, wolności i radości. Chcę kochać i być kochaną. Patrząc jednak na związek mojego brata, tracę wiarę w prawdziwość twierdzenia, że bycie z przeznaczonym to szczęście. Widzę, jak on traktuje swoją przeznaczoną. Przedmiotowo, oschle, z wyższością. Nie o takim związku marzę. Mam szczerą nadzieję, że umknę przeznaczeniu i przekleństwu więzi. Dzięki babci wiem, że mogę jąodrzucić.

ROZDZIAŁ 1

PALERMO & ESTEVEZ CORPORATION

ARIANA

Nowy Jork to miasto, które chyba nigdy nie śpi. W ciągu dnia dzieje się tyle samo, co w ciągu nocy. Prawie dziewięciomiliardowa populacja składająca się z ludzi, wilkołaków, wampirów i innych zmiennych. No i oczywiście wśród tych wszystkich stworzeń jestem ja, Ariana Brennan, która dziś zaczyna swój pierwszy dzień w wymarzonej pracy. Dostałam posadę w biurze architektonicznym Palermo & Estevez Corporation. Już się nie mogę doczekać, choć trochę się stresuję. Poznałam pana Carlosa Palermo. Jest całkiem sympatyczny, wygląda na około pięćdziesiąt lat i jest wilkołakiem. Nie poznałam tylko prezesa. Nazywa się Camilo Estevez i też jest wilkołakiem, Alfą. No nic, ja się bardzo cieszę na nową pracę. Mam na utrzymaniu babcię i siostrę, więc pieniądze się przydadzą. Niestety na brata nie mogę liczyć, ale już się do tegoprzyzwyczaiłam.

Wkładam szarą spódnicę, białą bluzkę, czarne szpilki i z dołu zabiorę jeszcze marynarkę. Brązowe włosy lekko faluję i gotowe. Schodzę do kuchni, gdzie siedzą babcia i moja siostra, Aurelia.

– I jak? – Prezentuję sięim.

– Ariano, wyglądasz ślicznie – mówibabcia.

– Dziękuję. – Uśmiechamsię.

– A gdzie się tak wystroiłaś? – Moja siostra odrywa wzrok odsmartfona.

– Do pracyidę.

– Super – prycha. – To kto się będzie domemzajmował?

– Na przykład ty. Masz piętnaście lat i dwie sprawne ręce – mówię.

– I życie towarzyskie. – Krzywisię.

– Aurelio – upomina jąbabcia.

– Jadę – dodaję, wkładającmarynarkę.

– A kto mnie zawiezie do szkoły? – oburza sięAurelia.

Wyciągam z portfela pieniądze i kładę je nastole.

– To naautobus.

– Autobus? No świetnie! – rzuca. – A na lunch, obiad?

– Weź z domu, a obiad babcia ugotuje. Lecę.

Wychodzę i wsiadam do samochodu. Aurelia niestety taka jest. Zawsze była oczkiem w głowie rodziców, rozpieszczana, ale teraz musimy liczyć się z każdym groszem. Babcia dostaje jakieś pieniądze, ale to niewiele, dlatego tak bardzo zależy mi na tej pracy. Piętnaście minut później jestem już na miejscu. Wjeżdżam windą na siódme piętro wieżowca, gdzie znajduje się biuro architektoniczne. Poznałam już wcześniej sekretarkę, Cecile, i od razu się do niejkieruję.

– Cześć, Cecile – witam się znią.

– Cześć, Ariano.

Dziewczyna podaje mi jakieś skoroszyty iteczki.

– To od szefa – mówi.

– Od pana Palermo? – dopytujęsię.

– Tak. Prosił, byś to przejrzała, i w razie pytań zgłoś się do niego – wyjaśnia.

– Dzięki.

Idę do swojego biura. Każdy pracownik ma własne. Niewielkie, ale to i tak spory komfort. W papierach jest trochę o historii firmy, są projekty, plany wykonanych budynków, szkice. To jest właśnie to, co mnie interesuje i co lubię. Przeglądam te rysunki, aż nagle rozbrzmiewa dźwięk mojego telefonu. Roznosi się po całym pomieszczeniu i dopiero zdaję sobie sprawę, jaka tu panowała grobowa cisza. Zerkam na wyświetlacz. Moja siostra. Jak nie poszła do szkoły, to ją chybazamorduję.

– Co tam, Auri?

– O czwartej jest dziś wywiadówka – mówi.

– I dopiero teraz mimówisz?

– Sorry, zapomniałam – rzucaobojętnie.

Nieodpowiedzialnamałolata.

– Musisz poprosić Amadea, ja nie wiem, czy sięwyrobię.

– Ari, no co ty, wiesz, jaki on jest – marudzi.

– Trzeba było pomyśleć o tym wcześniej. Przepraszam, ale muszę wracać dopracy.

Rozłączam się, ale dobrze znam siostrę i wiem, że nic nie powie bratu, więc wysyłam muwiadomość.

Aurelia ma dziś wywiadówkę o 4. Pójdziesz? Ja się niewyrobię.

Amadeo odpisuje pochwili.

Żeby mi to było ostatniraz.

Nie no świetnie! No ale czego mogę się spodziewać po wielkim Becie. Wiecznie zapracowany i zajęty. Chrzanić to! Zbieram teczki i idę do pana Palermo. Gdy mijam kolejne biuro, słyszę krzyki dobiegające zzadrzwi.

– Najprostszą sprawę potrafisz spieprzyć! – Słyszę podniesiony głosmężczyzny.

Podchodzę bliżej, przysłuchując się rozmowie, choć trudno to nazwaćrozmową.

– Jeśli nie wykonacie zadania, zostaniecie surowoukarani!

A kim jest ten gość, żeby się tak wydzierać? Gdy chcę przejść dalej, nagle otwierają się drzwi, z którymi momentalnie się zderzam. Z rąk wypadają mi teczki i czuję, jak na czole rośnie mi guz. Schylam się, by pozbierać papiery, i moje spojrzenie spotyka się ze spojrzeniem sprawcy mojego guza i rozwalonychpapierów.

– Przepraszam – mówi mężczyzna, przeszywając mniewzrokiem.

To ten głos. To on tak krzyczał. Dupek jeden. Czuję dziwny dreszcz. Jego błękitne oczy wpatrują się w moje, hipnotyzując mnie. Wyczuwam, że towilkołak.

– Mógłbyś trochę uważać – rzucam.

Podnoszę się, poprawiającspódnicę.

– A ty mogłabyś chodzić prawą stroną, gdzie nie ma drzwi – kwituje. – Proszę. – Podaje mi jeszcze jednąteczkę.

Nic nie mówiąc, biorę od niego teczkę. Mijam go i idę dalej korytarzem. Czuję na sobie jego spojrzenie tak, jakby był tuż za mną. Odwracam się. Nikogo nie ma. Boże, co tobyło?

CAMILO

Co to było? Ta dziewczyna… Jest w niej coś intrygującego, coś pociągającego, a przy okazji wkurwiającego. Teraz nie mam głowy, by o tym myśleć. Mój głupi brat Cesar odpowiednio podniósł mi ciśnienie. Na nikogo nie można liczyć. Wchodzę do swojego biura i przeglądam teczki ostatnio przyjętych pracowników. Jest. Ariana Brennan. Nie było mnie dwa tygodnie i to Carlos ją przyjął. Niezła jest. Ma takie przenikliwe spojrzenie. Te jej niebieskie oczy… Można by się w nich zatracić. Dobra, wystarczy. Mam na tyle pracy, że nie mam czasu rozmyślać o tej małej, ale najpierw kawa. Nie będę ganiał Cecile, sam sobie zrobię. Idę do naszej kuchni i nastawiam wodę. Wyjmuję filiżankę i sypię dwie łyżeczki kawy. Gdy woda się gotuje, zalewam kawę. Mleko. Otwieram lodówkę i odkręcam mleko. Gdy chcę wlać je do kawy, słyszę głos zaplecami.

– Hej.

Aż podskakuję i oblewam się tym pierdolonymmlekiem.

– Kurwa! – syczę i sięodwracam.

– Ach, to ty. – Dziewczyna wydaje sięzawiedziona.

Ariana spogląda na mnie i sięśmieje.

– Masz mleko na marynarce i spodniach – mówi z lekkąkpiną.

– Widzę!

– Trzymaj. – Dziewczyna podaje mi ręcznikkuchenny.

– Dzięki – odpowiadam chłodno i wycieramsię.

– À propos, nie wiesz, gdzie znajdę tego Esteveza? – pyta, a ja sięprostuję.

Masz go przedsobą.

– A co chcesz od niego? – pytam.

– Nie podpisał mi jeszczeumowy.

Kurwa! Faktycznie. Zapomniałem.

– Zostaw umowę u Palermo, na pewno mu przekaże – mówię.

– W sumie. – Dziewczyna wzruszaramionami.

Mija mnie i otwiera lodówkę. Mmm… Zaciągam się jej zapachem. Pachnie słodko, smakowicie, świeżymitruskawkami.

Po chwili po prostu wychodzi, a ja czuję ucisk w spodniach. Cholera jasna! Tak właściwie nie wiem, czemu jej nie powiedziałem, że to ja jestem Estevez. Zrobiłem z siebie kompletnego idiotę przed nią. Ja, wielki Alfa, prezes ogromnej firmy z mokrymi spodniami i marynarką. Nie no, kurwa, świetnie!

ARIANA

Do domu wracam koło szóstej. Dziś miałam więcej pracy, ale normalnie będę pracować do trzeciej. Już od progu słyszę awanturę pomiędzy Amadeem aAurelią.

– Czego wy tak krzyczycie? – pytam.

– O dobrze, że jesteś. – Brat gniewnie się do mnieodwraca.

– Co jest? – Nadal nie wiem, o cochodzi.

– Aurelia jest zagrożona z trzech przedmiotów! – warczy. – Jak ty jejpilnujesz?!

– Nie krzycz na mnie – upominamgo.

– Ty jesteś za nią odpowiedzialna! – podnosigłos.

O nie, przeginasz.

– Tak, ja i przypominam ci, że to też twoja siostra, a ty nam wcale nie pomagasz – wyrzucammu.

– Mam swojesprawy.

– Więc nie wtrącaj się w nasze – prycham.

– Sama chciałaś, żebym poszedł nawywiadówkę.

– Bo czasem też potrzebuję pomocy od ciebie. Zajmuję się domem, babcią, Aurelią, pracuję i zarabiam, byśmy miały co do garnka włożyć, a ty żyjesz jak pączek w maśle i jeszcze masz do mnie pretensje! – wykrzykujęniemalże.

– To widocznie nie najlepiej sobie radzisz – krytykujemnie.

Unoszę brwi wzaskoczeniu.

– Wiesz co, wyjdź – wyganiam go. – Nie jestem twoją przeznaczoną i nie będziesz mną rządził. Poradzęsobie.

Amadeo się waha, ale odwraca się i wychodzi z domu, trzaskając drzwiami. Całe szczęście babcia jest w ogrodzie i nie słyszała tego. Zawsze się denerwuje naszymikłótniami.

– Dzięki, że się za mną wstawiłaś – mówiAurelia.

– Z czego te zagrożenia? – pytamchłodno.

– Matma, hiszpański i fizyka. – Krzywisię.

– Z matematyki i fizyki ci pomogę – mówię. – Popytam, kto mógłby ci pomóc zhiszpańskiego.

– Okej – mówiobojętnie.

– Auri, i proszę cię, uczsię.

– Dobra, ja muszę lecieć! – rzuca, kierując się dodrzwi.

– A tygdzie?

– Do Mili, robimy projekt na lekcję – odpowiada.

– O ósmej masz być wdomu!

– Okej!

Boże, co za dzień. Najpierw ten ciamajda z pracy, a teraz kłótnia z Amadeem. Muszę coś zjeść i wziąć kąpiel. Nie mam już dzisiajsił.

ROZDZIAŁ 2

WYDAM CIĘ ZA MĄŻ

ARIANA

Po wczorajszej kłótni z Amadeem jestem tylko wściekła. Jeszcze problemy z Aurelią, ale muszę jej pomóc. To mądra dziewczyna, niestety strasznie leniwa. Nic jej się nie chce, choć uwielbia geografię i historię i wiem, że z tych przedmiotów ma piątki. Gdyby tylko wzięła się do pracy, toby wyciągnęła całkiem dobrą średnią. Ach, jeszcze tekorepetycje…

– Ariano! – Cecile mniezatrzymuje.

– Tak? – Podchodzę doniej.

– Twoja umowa. – Wręcza midokument.

– Dzięki.

Zerkam na papier. Podpisana przez Esteveza. Jak ja go wczorajminęłam?

– A prezes jest dzisiaj? – pytam.

– Jest, tylko nie wiem, czy akurat teraz jest w firmie, bo miał jechać na budowę – odpowiada.

– Rozumiem… – Rozmyślam. – O! A może ty mi pomożesz? – Wpadam napomysł.

– Cotam?

– Potrzebuję kogoś, kto by podszkolił moją młodszą siostrę z hiszpańskiego – mówię.

– Wiesz co, zapytam mojego brata – proponuje. – Zna hiszpański i myślę, że jej chętniepomoże.

– Mogłabyś?

– Jasne.

– Boże, z nieba mi spadłaś. – Uśmiecham siężyczliwie.

– Żadenproblem.

– Dziękuję. Dobra, zmykam do pracy. Muszę posegregować jakieśplany.

– Współczuję. – Krzywi się. – Trochę tegojest.

– Wyobrażam sobie – prycham lekko. – Do zobaczenia nalunchu.

– Narazie.

Wchodzę do siebie i zabieram się do segregowania tych planów. Po chwili moje myśli wędrują zupełnie gdzie indziej. Wysoki, dobrze zbudowany, o hipnotyzujących niebieskich oczach… Tylko niezła gapa z niego. Ciekawe, w którym dziale pracuje? Mogłam go chociaż zapytać o imię. Dobra, Ari, skupsię.

O jedenastej idę na lunch. Na parterze jest fajna knajpka. Spotykam tam Cecile. Zamawiam sałatkę z ryżem, tuńczykiem i kukurydzą oraz zieloną herbatę z opuncją figową i siadam obokdziewczyny.

– Dobry wybór – mówi, patrząc na mój lunch. – Ta sałatka jest najlepsza wmieście.

– Uwielbiamryby.

– I jak ci się u nas podoba? – pyta.

– Jest super, choć chętnie bym się wyrwała na jakąśbudowę.

– Spokojnie, Estevez na pewno cięzabierze.

– O ile będę miała okazję go poznać. – Krzywięsię.

– Wiesz, no on właśnie często jeździ na budowy, dogląda, co i jak – wyjaśnia. – Palermo zaś bardziej zajmuje się sprawami wbiurze.

– Ten Palermo to taki w porządku, sympatycznyjest.

– Za to Estevez to jego przeciwieństwo. – To brzmi zupełnieostrzegawczo.

– Tak?

– Niestety.

– Jaki on właściwie jest? – pytam.

– No cóż, jest władczy, stanowczy, wywyższa się, raczej nie wzbudza sympatii – wymienia – ale ma jeden wielkiplus.

– Tak? Ciekawe jaki? – Przechylamgłowę.

– Jest zabójczo przystojny. – Śmiejesię.

– No cóż, nie mogę tegostwierdzić.

– Zobaczysz, zmiękną ci nogi na jego widok – uśmiecha się – ale podobno jest taki, bo jeszcze nie znalazł swojej Luny – dodaje.

– Nie maprzeznaczonej?

Cecile kręcigłową.

– Ale wiesz co, współczujędziewczynie.

– No chyba, że goujarzmi.

– Życzmy jej szczęścia, gdziekolwiek ona terazjest.

Uśmiechamy się dosiebie.

CAMILO

Postanawiam wykorzystać okazję i jadę do domu Ariany. Jej siostra potrzebuje korepetycji z hiszpańskiego, a ja jej tych korepetycji udzielę. Wychodzę z firmy i jadę do nich. Jakiś czas później jestem na miejscu i dzwonię dzwonkiem dodrzwi.

– Dzień dobry – mówię, gdy otwiera mistaruszka.

– Witaj, Alfo – pochyla głowę – proszę – dodaje i wpuszcza mnie dośrodka.

– Siostra Ariany potrzebuje korepetycji zhiszpańskiego.

– Ach, tak – kobieta się uśmiecha – to niesforna dziewczyna. Aurelio, pozwól proszę – wołają.

Po chwili po schodach schodzi młoda dziewczyna. No, muszę przyznać, że bardzo podobna do starszej siostry. Ma tylko dłuższe włosy, ale te same rysy twarzy, ten sam kolor oczu. Dziewczyna obojętnym krokiem podchodzi donas.

– Buenas tardes, señorita1 – mówię dodziewczyny.

Babcia jąszturcha.

– Buenas… tardes, señor2 – odpowiadaniepewnie.

– To gdzie możemy się pouczyć? – pytam.

– Zapraszam do salonu – mówi kobieta. – Zaproponuję herbatę. – Uśmiecha sięserdecznie.

– Poproszę. – Odwzajemniam uśmiech i siadam z Aurelią wsalonie.

ARIANA

Kiedy wychodzę z pracy, dzwoni do mnie Maya. To dziewczyna mojegobrata.

– Hej, Maya, cotam?

– Ariano – szlocha – błagam, przyjedź pomnie.

– Mayu, co się stało? – pytamzmartwiona.

– Proszę, przyjedź, wszystko ci powiem – odpowiada łamiącym sięgłosem.

– Jasne. Mayu, gdziejesteś?

– W przychodni – łka.

– Czekaj na mnie. Jużjadę.

Wsiadam szybko do samochodu i jadę do przychodni. Wiem do której, bo kiedyś byłam tam z Mayą. Coś mam przeczucie, że ma to związek z moim bratem. Aż się we mnie gotuje. Podjeżdżam pod budynek. Maya siedzi na ławce ipłacze.

– Maya, co się stało? – Podchodzę doniej.

– Amadeo…

Łeb mu urwęnormalnie.

– Coś cizrobił?

– Wściekł się, bo okazało się, że będziemy mieć córkę, a nie syna. – Pociąga nosem. – Zostawił mnietu.

– Co takiego? – Jestemzaskoczona.

– Powiedział, że oczekuje ode mnie następcy, a ja chcę mu dać jakąś słabądziewczynę.

– Co za dupek. – Krzyżuję ręce. – Chodź, odwiozę cię dodomu.

– Dziękuję.

– I gratuluję ci córeczki – gładzę ją po ramieniu – będziesz wspaniałąmamą.

Piętnaście minut później jesteśmy u nich w domu. Wchodzimy do środka. Maya wciąż jest zdenerwowana i roztrzęsiona. Nagle zjawia się mój brat. Gniewnie na naspatrzy.

– A co wy się zmówiłyście? – warczy.

– Jak mogłeś zostawić Mayę w przychodni i robić jej awantury? – wyrzucammu.

– Ona ma mi dać syna, nie chcę córki – syczy.

– Ona jest twoją przeznaczoną i powinieneś ją szanować – przypominammu.

– Ty głupia smarkulo, wyjdź z mojego domu! – nakazuje.

Obracam się na pięcie i wychodzę, trzaskając drzwiami. Biedna Maya… I pomyśleć, że ten dupek jest moim bratem. Wielki, przemądrzały Beta-Sreta. Już mam go po dziurki w nosie. Wsiadam do auta i wracam do domu. Gdy jestem na terenie naszej watahy, widzę w lusterku samochód brata. A ten tu czego? Wysiadam, a Amadeo zamną.

– Jeszcze z tobą nie skończyłem, gówniaro! – krzyczy.

W jego oczach widzę niebezpieczny błysk. Cholera, będę mieć przerąbane, jak jego wilk przejmie nad nimkontrolę.

– Uspokój się, dobrze? Zdajesz sobie sprawę, że zraniłeś Mayę? – Wbiegam do domu, a on zamną.

– A czy ty zdajesz sobie sprawę, że jesteś za bardzopyskata?!

Prycham.

– Czy twoja kobieta wie, że ze względu na złe traktowanie może od ciebie odejść, a ty nie dość, że będziesz musiał uszanować jej decyzję, to jeszcze będziesz musiał zapewnić godne życie, jej i dziecku? – pytamdumnie.

Jego mina jest bezcenna. Szok, zdumienie, zaskoczenie, a w końcuzłość.

– Skąd o tym wiesz? – syczy.

Tylko wzruszamramionami.

– Zastanawiam się, czy nie pora jej uświadomić, jakie ma prawa? – Krzyżujęręce.

– Ty mała… Tylko spróbuj, a pożałujesz – grozi mi. – Nikt cię nie obroni, jeśli będęmusiał…

– To co? Pobijesz mnie, zamkniesz w piwnicy, zabijesz? – pytam zdrwiną.

– Wydam cię za mąż – mówipewnie.

Przechodzi mnie nieprzyjemnydreszcz.

CAMILO

Stoję jak nie ja i przysłuchuję się rodzeństwu. Widzę, że między nimi iskrzy. Wychodzę na korytarz, czas przerwać tę jakże miłą wymianęzdań.

– Witam, Alfo, co cię sprowadza do mojegodomu?

– Twojego? – prycha oburzona dziewczyna. – To dom mój, Aureli ibabci.

– A ty – spogląda na mnie – co ty tu właściwierobisz?

– Ty ignorantko! – krzyczy jej brat. – To nasz Alfa, CamiloEstevez.

Wyraz twarzy Ariany jest bezcenny, gdy dociera do niej, kim jestem. Dziwi mnie tylko, że nie pochyla głowy jak inni, by okazać mi szacunek. Nie spuszcza nawet wzroku. Unosi dumnie głowę. Co za dziewczyna. Aż robi mi się ciasno wspodniach.

– Nazywam się Camilo Estevez – przedstawiam się, wyciągając dłoń do dziewczyny. – Miło mi cię poznać. Oficjalnie.

Dziewczyna uśmiecha się, pewnie na wspomnienie zdarzenia z kuchni. Kiedy podaje mi dłoń, czuję, jakby kopnął mnie prąd. Ariana też to czuje, sądząc po wyrazie jej twarzy. Nie, to nie może być prawda. Co jest, kurwa?! Ariana szybko wybiega na dwór drzwiamitarasowymi.

1Dzień dobry, panienko.

2Dzień dobrypanu.

ROZDZIAŁ 3

JA NIE CHCĘ

CAMILO

Co tu się, cholera, dzieje?

– Jak masz na imię? – pytamchłopaka.

– Amadeo, Alfo – odpowiada zpokorą.

– Co to za kłótnia pomiędzy tobą asiostrą?

– A, to tylko rodzinne sprzeczki – wymigujesię.

– Odniosłem inne wrażenie. Ariana wspominała coś o twojejprzeznaczonej.

– Tak, Alfo.

– Syn czy córka? – dopytujęsię.

– Córka – odpowiada po chwili niezbytzadowolony.

– Twoja partnerka spodziewa się twojego dziecka, a ty chyba zapominasz, jak należy traktować swoją kobietę. Z szacunkiem – przypominammu.

– To nie jest tak, Alfo. Jestem Betą, oczekuję od niej syna – warczy.

– Nie podnoś na mnie głosu! – upominam go, a on spuszczagłowę.

Skoro ma partnerkę, musi o nią dbać i traktować ją z należytym szacunkiem. Całe szczęście, ja nie mam tegoproblemu.

– Masz dbać o swoją kobietę – mówię. – I zmień stosunek do Ariany, to twojasiostra.

– Alfo, to pyskata gówniara, ale już wkrótce zostanieutemperowana.

O czym onmówi?

– Co masz na myśli? – Ściągambrwi.

– Wkrótce wydam ją za mąż – mówi, a we mnie narastawściekłość.

Chwytam chłopaka za gardło i dociskam dościany.

– Zrób to, a pozwolę, by wampiry spuściły z ciebie całą krew – grożęmu.

Puszczam go i wychodzę z ich domu. Jestem wściekły po tym, co usłyszałem od tego Bety. Jeszcze ta cała sytuacja z Arianą. Jestem pewien, że ona poczuła to samo. Ale że ona? Moją przeznaczoną? Nigdy tego nie chciałem. Po co mi jakaś partnerka? Jeszcze w dodatku ta mała… Cholerajasna!

CYNTHIA

Będąc w ogrodzie, przycinam moje piękne róże, a i tak słyszę kłótnię wnuków. Znowu Amadeo. Czego on jeszcze chce? Odebrał Ari pieniądze po matce, chcąc zmusić ją do posłuszeństwa, prawie wyrzucił dziewczyny z domu i ciągle mu mało. Martwi mnie to, że rodzeństwo nie może się dogadać. Cała wina leży po stronie zięcia, świętej pamięci dupka, który uważał, że okazywanie uczuć jest poniżające, a kobietę i dzieci trzeba trzymać krótko. Martwię się, co będzie, jak mniezabraknie.

– Co się stało, kochanie? – pytam, widząc biegnącą do mnie Ari. – Czemu jesteś takazdenerwowana?

– Babciu, spotkałam go – mówi roztrzęsiona. – Ja nie chcę, nie chcę. – Nerwowo potrząsagłową.

Boże, co się stało, że dziewczyna jest w takimstanie?

– Kogo spotkałaś, czego nie chcesz? – pytamzaniepokojona.

– Przeznaczonego. – Patrzy na mnieprzerażona.

Tyle mi wystarczy. Wiele razy rozmawiałyśmy na ten temat. Opowiadałam Ari o tym, jak spotkałam Bena, o uczuciach, więzi i miłości. O dotyku i iskierkach. Jak była młodsza, sama prosiła o te opowieści, a potem… Potem już nie chciała. Przestała wierzyć. Ojciec i brat pozbawili jązłudzeń.

ARIANA

Nie mogę się z tym pogodzić. Nie chcę go. Nie chcę go jako swojego partnera. Nie dam się nikomu podporządkować, poniżać i obdzierać z godności. Wystarczająco napatrzyłam się na biedną Mayę. Nie chcę takiego życia. Już wolę być sama, przynajmniej nikt nie będzie się nade mną znęcał i źle mnie traktował. O nie. Nie pozwolę na to. Tylko co z pracą? Kurczę, potrzebuję jej. Ciężko pracowałam, by zdobyć tę posadę, a teraz przez tego dupka ciamajdę miałabym zrezygnować? Mam odłożone pieniądze, ale już się kończą. Dzięki wypłacie, którą dostanę, będziemy miały za co przeżyć, więc nie mogę teraz porzucić tej pracy, ale chyba zacznę szukać innej. Odejdę, gdy cośznajdę.

Następnego dnia w nie najlepszym humorze jadę do pracy. Nie chcę tam spotkać jego. A ja go pytałam oEsteveza.

– Cześć, Cecile. – Uśmiecham się dodziewczyny.

– Cześć, Ariano, dzisiaj mamy zebranie opierwszej.

– Dzięki.

Gdy chcę iść do swojego biura, zjawia sięCamilo.

– Panno Brennan, zapraszam do mnie – mówichłodno.

– Mam dużopracy.

– Teraz – nakazuje.

Dupek! Niechętnie wchodzę do otwartegobiura.

– Słucham – mówię.

– Bardzo oficjalnajesteś.

– I zapracowana – dodaję.

– Posłuchaj, wczoraj, gdy podałaś midłoń…

Boże, on naprawdę topoczuł.

– Tenprąd…

– Nie wiem, o czym pan mówi. – Potrząsam głową, a Camilosztywnieje.

– Ariano, nie wyprzesz się tego. Wiesz, co tooznacza.

– Wiem, że mam sporo pracy, do której muszę wrócić. Do widzenia. – Odwracamsię.

– Ariano, w ten sposób tego niezałatwimy.

Daj mispokój.

Ignoruję go i szybkim krokiem idę dodrzwi.

– Ariano!

Wbiegam do siebie, zatrzaskując za sobą drzwi. Wiedziałam, że tak będzie. Już teraz chcę odrzucić więź. Nie pozwolę się zamknąć w domu i być jego niewolnicą, która ma mu rodzić dzieci. Utrzymuję siebie, siostrę, babcię, zajmuję się domem, nie potrzebuję żadnegofaceta.

O pierwszej idę na zebranie. Siadam na końcu, by być jak najdalej niego. Kiedy Camilo przekracza próg sali, przechodzi mnie dziwny dreszcz. Rozgląda się i szybko wyłapuje moje spojrzenie. Spuszczam wzrok. Już teraz wiem, że unikanie go będzie trudne, ale dam radę. Jest moim szefem, ja jego podwładną, łączy nas tylko praca. Po zebraniu wracam do swojego biura. Widzę, jak Camilo wsiada do windy. To dobrze, przynajmniej już go dziś nie zobaczę. Zaraz po trzeciej wracam do domu. Od progu słyszę jakieś hiszpańskie słówka. Nie no, nie wierzę. Nie byłby na tyle bezczelny, by przyjść do mojego domu. Skradam się na palcach i podchodzę bliżej salonu. To są jakieś kpiny! Camilo podnosi głowę i odwraca się w mojąstronę.

– Ariano…

– Co pan tu robi? – Krzyżuję ręce, spoglądając na niegogniewnie.

– Uczę Aurelię hiszpańskiego – odpowiada.

– Jasne. – Przewracamoczami.

– Ari, ale pan Estevez jest świetny – mówi podekscytowana Aurelia. – W końcu rozumiem, o co chodzi z tągramatyką.

– Tak – mówię cicho i idę dokuchni.

Muszę pogadać z Cecile o jej bracie. Może zgodzi się pomóc Aurelii? Nie chcę, by szef tu przychodził. Po chwili do kuchni wchodzibabcia.

– Co tam, wnusiu? – pyta.

– Babciu, on tu znowu jest – mówięcicho.

– Spokojnie, kochanie, nie denerwujsię.

– Ale on to zrobił specjalnie – unoszę się. – Myśli, że w ten sposób się do mniezbliży.

– Ari, on tylko pomaga twojej siostrze – przekonujemnie.

– Znajdę jej innego korepetytora – mówię, wyjmując talerz zszafki.

– Dobrze, zrób tak, jak uważasz, ale do tego czasu nie pozbawiaj jej tych lekcji. Dużo z nich wynosi. – Uśmiecha się domnie.

Wiem, że babcia ma inne odczucia co do tego. Te iskierki, porywy miłości, ale ja nie wierzę w taką miłość. I tak odrzucę więź, więc niech Estevez lepiej odpuści. Gdy jego już nie ma, wracam do domu. Boże, w całym pomieszczeniu czuć jego zapach. Świeżej, morskiej bryzy. Otwieram szeroko wszystkieokna.

– Co ty robisz? – pytaAurelia.

– Wietrzę. Niewidać?

– A co ty taka nerwowa jesteś? – Zamykaksiążki.

– Miałam ciężki dzień w pracy. Słuchaj, Auri, poszukam ci innego korepetytora – mówię.

– Nie. – Wstaje zkrzesła.

– Pan Estevez nie będzie cię więcejuczył.

– Właśnie, żebędzie.

– Aurelia!

– Ty to jesteś jakaś nienormalna! – warczy. – Najpierw chcesz, żebym się uczyła, poprawiła stopnie, a teraz zabierasz mikorki?

– Mówiłam, że znajdę ci kogośinnego.

– Ale ja nie chcę nikogo innego! – upiera się. – Chcęjego!

Prostuję się. Co ona wyprawia? Nigdy się tak nie zachowywała. Tu chodzi o naukę, i to hiszpańskiego, którego nielubi.

– Aurelia, ty się w nim zakochałaś? – Marszczę gniewniebrwi.

– Oszalałaś?! – oburza się. – Owszem, niezłe ciacho z niego, ale jest dla mnie za stary. Weź ty się puknij wgłowę.

– Auri.

– Poza tym on jest raczej zainteresowany tobą – mówi, wchodząc poschodach.

– Co? – Biegnę za nią. – Comówił?

– Nie mówił, tylko pytał. – Uśmiechasię.

– Ale copytał?

– No wypytywał się o ciebie, takie tam. A teraz spadaj, będę słuchać muzyki. – Zamyka mi drzwi przednosem.

Ta małolata mnie kiedyś wykończy. A Camilo? No dupek jeden! Niech się tak mną nieinteresuje.

Następnego dnia będąc w pracy, staram się go unikać. Wiem, że dziś też ma mieć korepetycje z Aurelią, więc muszę mu powiedzieć, że je odwołuję. Na zawsze. Niepewnie pukam do jegogabinetu.

– Proszę – mówi po chwili, a ja otwieramdrzwi.

Camilo podnosi na mniewzrok.

– To ty – burczy pod nosem i wstaje zfotela.

– Też się nie cieszę, że cię widzę – odpowiadam cicho, a on marszczy brwi, chybausłyszał.

– Słucham, co cię do mniesprowadza?

– Chodzi o korepetycje. Dziękuję za pana poświęcony czas, ale Aurelia już ich nie potrzebuje – mówiępewnie.

– Odnoszę inne wrażenie. – Podchodzi bliżej. – Aurelia ma jeszcze sporo materiału donadrobienia.

– Poradzi sobie. – Uciekam wzrokiem. – Zresztą, nie stać nas nalekcje.

– Po pierwsze nie poradzi sobie bez nauczyciela, a po drugie robię to nieodpłatnie. Nie chcę pieniędzy. – Lekko rozchyla usta, a mnie przechodzidreszcz.

– Znajdę kogośinnego.

– Jeśli Aurelia stwierdzi, że źle ją uczę, to samzrezygnuję.

Szlag!

– Cośjeszcze?

Ściągam gniewnie brwi, nic niemówiąc.

– To proszę wracać do pracy – oznajmia i wraca nafotel.

Palant!

Odwracam się na pięcie i wychodzę z jego biura. Pewny siebie gbur. Jak ja go nie lubię. Muszę jak najszybciej znaleźć nową pracę. Wiem, że w innej firmie architektonicznej nie mam szans, bo składałam już do nich podania, ale nie szukają nowych pracowników. Zapytam w restauracji niedaleko naszego domu. Tydzień temu jeszcze było ogłoszenie, że potrzebują kelnerki. Mniejsze pieniądze, ale nie mogę pracować z Camilem. Wszędzie czuję jegoobecność.

ROZDZIAŁ 4

PODJĄŁEM DECYZJĘ

ARIANA

Wracając z pracy, wstępuję do restauracji. Nie zarobię tu kokosów, ale warto spróbować. Podchodzę dobaru.

– Dzień dobry. Mogę poprosić szefa albo szefową? – pytam chłopaka zabarem.

– Dzień dobry, szefa nie ma, ale mogę poprosić menadżerkę – proponuje.

– Poproszę.

Chłopak wychodzi na zaplecze i po paru minutach wraca z kobietą. Elegancko ubrana brunetka koło czterdziestki mierzy mniewzrokiem.

– Dzień dobry – mówię. – Ja w sprawie ogłoszenia o pracę. – Odwracam się, wskazując na kartkę przyklejoną nadrzwiach.

– To jeszcze to wisi? – Spogląda gniewnie do chłopaka. – Niestety, złociutka, ale dwa dni temu zatrudniliśmy dziewczynę – mówi. – Chyba że chcesz zająć miejsce tego niedorajdy, który nie potrafi kartki zerwać zdrzwi.

Cholera, ale niezręcznie. Chłopak się rumieni i spuszczawzrok.

– Dziękuję – mówię. – Jeszcze się rozejrzę. Dowidzenia.

Uciekam stamtąd, słysząc, jak ta kobieta ochrzania tego chłopaka. Chyba jednak wolę Camila. On przynajmniej mało sięodzywa.

Gdy wchodzę do domu, zastaję w środku Mayę. Siedzi z babcią w kuchni i pijeherbatę.

– Cześć, laski – mówię z uśmiechem, wchodząc dopomieszczenia.

– Cześć, Ari – Maya podnosi na mniewzrok.

– Podać ci obiad? – pytababcia.

– Dziękuję. Zjem za chwilę. A co ty taka smutna? – Siadam kołodziewczyny.

– Nie, to nic takiego. – Potrząsagłową.

– Mójbrat?

– Nadal się wścieka o dziecko – mówismutno.

– Idiota – syczę.

– Przejdzie mu, jak już mała się urodzi. Zobaczysz. – Babcia sięuśmiecha.

– Wiecie, jak chce jej dać naimię?

– Jak? – pytam.

– Taylor. Żeby nie wskazywało na płećdziecka.

– Idiota. – Kręcę głową. – Maya, musisz postawić na swoim. Nie pozwól mu na takietraktowanie.

– Co ja mogę, Ari? – Wzrusza bezradnie ramionami. – Amadeo to mój przeznaczony, mieszkam z nim, noszę jego dziecko, muszę okazywać muszacunek.

– On tobie też – podkreślam.

Nagle do kuchni wpada mójbrat.

– Jedziemy! – warczy.

Wstaję z krzesła i kieruję się dodrzwi.

– W tym domu się nie krzyczy. – Mijam go obojętnie i idę nagórę.

Nie mam ochoty na kolejną kłótnię z nim. On się nie zmieni. Szkoda mi Mai. To dobra, miła dziewczyna. Znam ją od dawna. Chodziłyśmy razem do szkoły. Zawsze była taka radosna i uśmiechnięta, a teraz? Chodzi smutna i płacze po kątach przez tego idiotę, mojego brata. Maya nie zasługuje na takie traktowanie. Amadeo powinien nosić ją na rękach, tym bardziej że nosi jego dziecko… O czym ja mówię? Przecież ten cały Camilo traktowałby mnie tak samo. Moim zadaniem byłoby podporządkować się wielkiemu Alfie i rodzić mu dzieci. W niedługim czasie wyglądałabym tak jak ta biedna Maya. Niedoczekanie.

CAMILO

Co ta dziewczyna ze mną robi? Jest piękna i uparta. Jej głos, mimo że groźny i buntowniczy, powoduje dziwne drżenie wewnątrz mnie. Nie chcę tej więzi, nie chcę tego zamieszania, tej huśtawki emocjonalnej, tego uwięzienia. Z drugiej strony ciągnie mnie do niej, cały czas mam ją w głowie. Jak ona pięknie wygląda, taka skupiona napracy.

– I co, pogadałeś z nią? – pyta na wejściu mój brat, nawet się nieprzywitał.

– Nie, wczoraj uciekła, a dzisiaj wykręciła siępracą.

– Wiesz, że nie możesz zwlekać z rozmową, wiesz, czym to grozi – przypominami.

– Och, daj spokój, brat. Wiesz, że nie chcę partnerki, nie chcę tego całego bałaganu – upieram się przy swoim. – Jak patrzę na ciebie, silnego Betę, który przy swojej kobiecie zmienia się w kisiel, to mi sięodechciewa.

– Nie mówisz tego poważnie? – Potrząsa głową. – Nie znasz tego uczucia, tych iskierek przyjemności, gdy twoja ukochana znajduje się niedaleko. Nigdy jej dotyku nie pomylisz z innym, jej dotyk i zapach zawsze ukoją twoje nerwy i twojego wilka. Ech, trudno to opisać – prycha.

– Tak, a przy okazji jest zagrożeniem dla mnie i watahy – rzucam. – Wolę jej nie mieć, niż bać się, że jej strata naszniszczy.

– Boisz się, ty się po prostu boisz. – Śmieje się ze mnie. – Mój brat, wielki i groźny Alfa, boi się małejkobietki.

– Milcz! To, że jesteś moim bratem, nie upoważnia cię do takiego zachowania – upominam go. – Podjąłem decyzję. Nie chcę więzi, już teraz ją odrzucę – mówiępewnie.

– Nie możesz. Obowiązuje cię miesiąc próbny. – Lekko się uśmiecha. – Tobie, Alfie, nikt tego prawa nieodpuści.

– Jestem Alfą – podkreślam.

– I potrzebujesz Luny – dodaje.

– Wiesz, czego potrzebuję? – syczę. – Świętego spokoju, więcwyjdź!

– Przeznaczenia nie oszukasz – rzuca naodchodne.

Szlag!

Muszę jakoś porozmawiać z tą dziewczyną i dojść do porozumienia. Ona mnie nie chce, ja nie chcę jej, więc problem z głowy. Szkoda tylko, że to nie jest takie proste. Może Wielka Rada w naszym przypadku zgodzi się na odwołanie tego miesięcznego okresu próbnego? Jeśli oboje się z tym do nich zwrócimy, powinni tozaakceptować.

ARIANA

Nie rezygnuję z poszukiwań nowej pracy, ale na razie muszę chodzić do tej. Dobrze tu zarobię, ale z drugiej strony jestCamilo.

– Co jesteś taka przygnębiona, wnusiu? – pyta mniebabcia.

– Aurelia jużwyszła?

– Tak, dziesięć minut temu – odpowiada. – Co jest, kochanie?

– Sama nie wiem. – Kręcęgłową.

– Chodzi o pana Camila, twojegoprzeznaczonego?

– Babciu, to niejest…

– Nie denerwuj się – uspokaja mnie. – Ja wiem, że napatrzyłaś się na związek rodziców, związek brata, ale to nie zawsze takwygląda.

– Chyba nie chcę się przekonywać. – Podnoszę na niąwzrok.

– To cozamierzasz?

– Znaleźć nowąpracę.

– Wiesz – mówi – jak skończyłam szkołę, pracowałam na dwa etaty. Mieliśmy trudną sytuację w domu – opowiada. – W tygodniu pracowałam w sklepie ogrodniczym, a w weekendy sprzedawałam bilety w kasie w kinie. A wiesz, co było w tymnajlepsze?

– Co? – Potrząsamgłową.

– Mogłam oglądać filmy za darmo – odpowiada i sięśmiejemy.

Babcia jest niesamowita. Ona zawsze w każdej sytuacji widzi jakąś dobrą stronę. Jest dla mnie ogromnym wsparciem. No nic, muszę szykować się do pracy. Dziś wkładam dżinsy i zwiewną bluzkę. Włosy upinam w kucyk, robię delikatny makijaż i ruszam do pracy. Dziesięć minut później jestem na miejscu. Najpierw spotykamCecile.

– Cześć, Cecile – mówię zuśmiechem.

– Cześć, szef chce cię widzieć – mówipoważnie.

– PanPalermo?

Dziewczyna kręcigłową.

– Estevez.

Szlag!

– Dobra. Jest u siebie? – pytam.

– Tak. Powodzenia.

Idę korytarzem do jego biura. Gdy podchodzę do drzwi, przechodzi mnie zimny dreszcz, a żołądek boleśnie się kurczy. Ari, weź się w garść. Niepewnie pukam dodrzwi.

– Proszę! – Słyszę niemalżenatychmiast.

Naciskam na klamkę i popycham drzwi. Camilo podnosi na mnie wzrok. Czy on musi być tak cholernie przystojny? W worku na ziemniaki wyglądałby jak grecki bóg. Mam ochotę się spoliczkować za te durnemyśli.

– Wejdź, chciałem z tobą porozmawiać – mówi.

– Słucham – odpowiadamchłodno.

Czuję dziwny niepokój. Czuję, że coś go denerwuje, ale i jest czymśspięty.

– Chyba musimy o czymśporozmawiać.

I znowu to samo! Przestępuję z nogi nanogę.

– Ariano. – Gromi mnie wzrokiem, a przez moje ciało przechodzi dziwnydreszcz.

– Więc o czym chcesz porozmawiać? – Przełykamślinę.

– O nas – mówi.

– Ale nie ma żadnych nas! – Potrząsam głową. – Co ty sobie ubzdurałeś? Myślisz, że skoro jesteś moim przeznaczonym, to będziemy razem i będziesz mógł mnie zniewolić? – wybucham.

Już mi podniósł ciśnienie. Już sobie wyobraził jakichś „nas”. Pieprzonawięź!

– Uspokój się, dziewczyno! – warczy. – Ja cię niechcę!

Prostujęsię.

– Chcę znaleźć rozwiązanie dla tej sytuacji – mówi już nieco spokojniej. – Ty nie chcesz być ze mną, a ja nie chcę być z tobą. Musimy to jakośrozwiązać.

– Ale jak? – Spoglądam naniego.

– Dobrze wiesz jak. – Patrzy na mnieznacząco.

– Odrzucimywięź?

Dlaczego to wywołuje we mnieniepokój?

– Tylko że to wiąże się z okresem próbnym – mówi. – Musielibyśmy razem zamieszkać – dodaje, podnosząc na mniewzrok.

W jego spojrzeniu jest coś tajemniczego. Moje ciało się opiera, ale dusza wręcz wyrywa się do niego. Ciekawe, czy on czuje tosamo?

– Nie… Nie chcę z tobą mieszkać – dukam.

– To coproponujesz?

– Nikt o nas nie wie, prawda?

– Nie. – Mrużyoczy.

– To… może udawajmy, że nic się nie stało? – proponujęniepewnie.

– To dosyć zaskakującerozwiązanie.

– Nic między nami nie było i niebędzie.

– Mamy udawać? – dopytuje się. – To może być trudne, zwłaszcza że pracujemyrazem.

– Wiem, dlatego szukam nowejpracy.

Camilo się prostuje. Chyba nie spodziewał siętego.

– Myślę, że to dobre rozwiązanie – mówi i tym razem wprawia mnie wosłupienie.

– Dobrze. Czy to jużwszystko?

– Tak – odpowiadachłodno.

Wybiegam z jegogabinetu.

Nie spodziewałam się takiego obrotu sprawy, ale to jedyne rozsądne rozwiązanie w naszej sytuacji. W sumie dobrze, że oboje czujemy to samo. Obawiałam się, że Camilo zechce mnie zmusić do ujawnienia się Wielkiej Radzie, przez co musielibyśmy odbyć ten okrespróbny.

– Ariano. – Cecile mniezatrzymuje.

– Tak. – Odwracam się do niej jeszczezamyślona.

– Coś sięstało?

– Nie, nie. – Potrząsam głową. – Chyba chciałaś mi coś powiedzieć – zmieniamtemat.

– Słuchaj, dzisiaj piątek, myślałam, że może wyskoczymy do klubu. – Uśmiechasię.

Tak. To jest dobre rozwiązanie. Rozerwę się trochę, zrelaksuję, tego mitrzeba.

– Wiesz co, to bardzo dobrypomysł.

– No to super – cieszysię.

CAMILO

Co się znowu stało tej dziewczynie? Czy choć raz nie może wyjść spokojnie? Dlaczego się w ogóle tymprzejmuję?

~ Może dlatego, że to twoja przeznaczona, głąbie? – odzywa się mój wilk, Ares.

~ Zamilcz! Nie chcęjej!

~ Ale ja chcę – upiera się. – Czy ty nie rozumiesz, że zabijesz i mnie, i siebie. Odrzucisz więź, okej, ale proces już sięzaczął.

~ O czym tymówisz?

~ O proszę, wielki Alfa i nic niewie.

~ Możeszjaśniej?

~ Alfa nie może odrzucić swojej przeznaczonej, wyprzeć się więzi. Jego partnerka to Luna stada, matka całego stada, durniu, stado za chwilę jąpoczuje.

Co ten sierściuch do mnie mówi? Toniemożliwe.

~ Milcz! – uciszam go. – Jestem Alfą i mogęwszystko.

~ Tak, tak. – Śmiejesię.

Ja nie chcę przeznaczonej i tu nie chodzi konkretnie o Arianę, choć muszę przyznać, że jest na co popatrzeć, i ten jej charakterek… To nie jakiś uległy plastik, ale silna i dumna kobieta. Nadaje się na… Nie, nie. Boże, o czym ja myślę? Jej pomysł z inną pracą to dobry pomysł. Muszę jej pomóc. Mam znajomości, więc na pewno uda mi się załatwić jej dobrze płatnąpracę.

~ Nie możesz jej wypuścić! A co, jeśli pozna kogoś i nas zostawi? Dureń, głupiec!

~ Dobra, zamknij się. Nie będziesz mi mówił, co mamrobić.

ROZDZIAŁ 5

ŹLE SIĘCZUJESZ?

ARIANA

Właśnie szykuję się do wyjścia, gdy do mojego pokoju wchodziAurelia.

– Wow, a gdzie się tak wystroiłaś? – pyta, mierząc mniewzrokiem.

– Wychodzę z koleżanką do klubu – odpowiadam i nakładam błyszczyk nausta.

– No, no, może poderwiesz jakieś ciacho. – Śmiejesię.

– Przestań, nie idę tam nikogo podrywać. – Przeglądam się jeszcze raz w lustrze. – Chcę się po prosturozerwać.

– Jasne, siostrzyczko. – Uśmiecha sięłobuzersko.

Pół godziny później jestem już w klubie z Cecile. Boże, ostatni raz w takim lokalu byłam prawie rok temu, i to na urodzinach koleżanki z poprzedniej pracy. Zawsze było mi szkoda kasy. Mam ważniejsze wydatki na głowie niż przeznaczanie pieniędzy na imprezy, ale dziś tak po ludzku miałam ochotę wyjść i się zabawić. Po drugim drinku wskakujemy z Cecile na parkiet, który i tak jest pełen tańczących ludzi. Czuję się jak nastolatka, która wyrwała się na swoją pierwszą imprezę. Naprawdę się cieszę i dobrze się bawię. W pewnym momencie dostrzegam, jak koło mnie tańczy jakiś chłopak. Uśmiecha się i zachęca do wspólnego tańca. A co mi tam! Przecież to tylko taniec. Daję się porwać blondynowi i tańczymy w rytm muzyki. Moje nogi aż rwą się do tańca. Uwielbiam tańczyć, ale rzadko mam okazję relaksować się w takisposób.

Po piosence blondyn proponuje drinka, więc zajmujemy miejsca przybarze.

– Czego się napijesz, piękna? – pyta zuśmiechem.

– Ariana. – Podaję mu dłoń. – Może być pinkrose.

– Jasper. – Delikatnie muska moją dłoń i zamawia nam drinki. – Sama tujesteś?

– Z koleżanką – szukam wzrokiem Cecile – tamtańczy.

I to z jakimśchłopakiem.

Chwilę jeszcze rozmawiamy i Jasper znów porywa mnie na parkiet. Całkiem miły jest, lecz nie wiem, czemu czuję, jakbym robiła coś złego, niewłaściwego. Dziwne uczucie. Jakby jakiś wewnętrzny głos mówił mi, że nie mogę się tak zachowywać, że przecież mam przeznaczonego. Szlag! Przecież to tylko taniec, rozmowa. Pieprzyć to! Jestem sama i mam prawo tańczyć, z kim chcę! Nie jestem niczyją własnością, nie mamnikogo.

Do domu wracamy około trzeciej. Ledwo czuję nogi, ale bawiłam się najlepiej. Jasper chciał mój numer telefonu, lecz mu nie dałam. Super się bawiłam, ale to by było na tyle. Nie szukam związku. Przekraczam próg, zdejmuję szpilki i po cichu wchodzę na górę. Padam na łóżko i momentalnie zasypiam. Gdy następnego dnia otwieram oczy, orientuję się, że wcale nie jest ranek. Zerkam na telefon. Mamy samo południe. No to pospałam. Odczytuję wiadomość odCecile.

Żyjesz? Ja ledwo, ale musimy to konieczniepowtórzyć.

Od razu jejodpisuję.

Ja też ledwo. Dopiero wstałam, a głowa mi pęka, ale byłosuper.

Wstaję z łóżka i narzucam szlafrok. Muszę wziąć jakąś tabletkę, bo mi głowę rozsadzi. Kiedy wchodzę do kuchni, zamieram. Jasny szlag! Camilo siedzi przy stole z mojąsiostrą.

– Cześć, Ari. – Aurelia mierzy mniewzrokiem.

– Cześć. – Nerwowo poprawiamszlafrok.

– Ariano – odzywa sięCamilo.

Jego głos wywołuje dreszcze na mojej skórze. Mój żołądek boleśnie się kurczy i czuję uderzenia gorąca. Chrystusie, co się ze mnądzieje?

– Co pan… Co ty tu robisz? – Sięgam po szklankę i nalewam sobiewody.

– Uczymy się. – Patrzy na mnie karcąco aż mi jestgłupio.

– Mam sprawdzian w poniedziałek – dodajeAuri.

– Dlaczego uczycie się w kuchni? – pytam.

– Babcia umyła podłogę wsalonie.

– Źle się czujesz? – pyta Camilo, gdy połykamtabletki.

– Źle? – prycha moja siostra. – Ona ma kaca. – Śmiejesię.

– Auri! – besztamją.

– Piłaś? – Camilo przewierca mniewzrokiem.

– Tak – odpowiadam. – A co, pracownicy Palermo i Estevez Corporation niemogą?

– Ariano! – warczy, a ja sięprostuję.

Jest wściekły. Widzę to w jego oczach. Są czarne jak węgiel. Czuję jego emocje. Jak? Dlaczego? Czuję, że jest na mnie zły, rozczarowany mną, ale jest też po prostu smutny. Nie rozumiem, co się dzieje. Właściwie to nie chcę rozumieć, bo wiem, że to przez tę pieprzoną więź. Dlaczego to się nie udaje? Nie chcę czuć jego emocji, uczuć i nie chcę, by on czuł moje. Nagle Camilo zrywa się nerwowo zkrzesła.

– Na dziś koniec – rzuca szorstko i szybkim krokiem wychodzi z naszegodomu.

– Co… co to miało znaczyć? – pyta zdezorientowanaAurelia.

– A co ja wiem? – Wzruszamramionami.

– Czekaj, czekaj – Moja siostra uważnie mi się przygląda. – No nie wierzę – mówi.

– Co? – Marszczęnos.

– Ty jesteś jego przeznaczoną – dodajezszokowana.

– Żartujesz sobie? – udaję, że tonieprawda.

– O nie, mnie nie oszukasz – uśmiecha się tajemniczo – babcia i mnie sporo opowiadała o przeznaczonych i dobrze wiem, co się między wamiwydarzyło.

– To nie jest żaden mój przeznaczony i nie będę z nim – mówięstanowczo.

– Oj, wyluzuj.

– A ty się lepiej ucz. – Odwracam się i kieruję dodrzwi.

– I tak się w nim zakochasz! – Słyszę za sobą, ale ignorujęsiostrę.

Biegnę do swojego pokoju. Szlag! To będzie trudniejsze, niż myślałam. Muszę jak najszybciej znaleźć nowąpracę.

CAMILO

Wybiegam z domu Ariany i wsiadam do auta. Odpalam silnik i ruszam do domu. Nie pamiętam, kiedy byłem tak wściekły. Co to miało być? Gdzie ona była, że ma kaca? Jeśli dotykał ją jakiś koleś, to…

~ To co mu zrobisz? Zabijesz? – odzywa sięAres.

~ Tak! – warczę.

~ O, to rozumiem – cieszy się. – Podoba mi się to, tylko dlaczego uciekłeś? Trzeba było jąprzytulić.

~ Czyś ty upadł na głowę? Ja nie chcę jej przytulać – upieramsię.

~ A całować? Czułeś ją, przecież wiem. Więź siębudzi.

~ Nic się nie budzi – zaprzeczam. – Owszem, jest piękna, ale…

~ Jest piękna, mądra, odważna i twoja – dodaje radośnie. – I chciałeś ją pocałować. Uciekłeś, bo byłeśzazdrosny.

~ Milcz już, bo pożałujesz – grożę temu sierściuchowi. – Nie zmienię sięwięcej.

Ta dziewczyna mnie wykończy. Zresztą, co mnie w ogóle obchodzi, gdzie i z kim była? Przecież to jej sprawa, jej życie… A co, jeśli poznała jakiegośfaceta?

ARIANA

Dziś poniedziałek. Wyspana i wypoczęta po piątkowej imprezie z uśmiechem na ustach wchodzę do pracy. Już przy wejściu słyszę podniesione męskie głosy. Nagle z biura pana Palermo wychodzi zdenerwowany sam pan Palermo i jeszcze bardziej wkurzony Camilo. Świetnie! A miał to być udanydzień.

– Dzień dobry – mówię, spoglądając namężczyzn.

– O! W samą porę – mówi pan Palermo, mierząc mnie wzrokiem od góry dodołu.

Coś nie tak z moim ubiorem? Ubrudziłam się gdzieś? Poprawiam dżinsową kurtkę i przeczesuję dłoniąwłosy.

– Panna Brennan pojedzie jako twoja asystentka – kończy panPalermo.

– Co? – wybuchaCamilo.

Co tu jestgrane?

– Nie ma mowy! – warczy Alfa. – Ona jestniedoświadczona.

Spinam się. O co muchodzi?

– Niedoświadczona w czym? – pytamgniewnie.

– Panno Brennan – zwraca się do mnie pan Palermo – pojedzie dziś pani na budowę zCamilem.

Szlag!

– Ale…

Camilo spogląda na mnie, jakby chciał powiedzieć „wymyśl coś”. Ciekaweco?

– Ale ja nie mam doświadczenia – mówięniepewnie.

– I to jest właśnie idealny moment na jego zdobycie – dodaje pan Palermo. – Szykujcie się, za pięć minut wyjeżdżacie. Klient czeka. – Po tych słowach wraca do swojegobiura.

Ja już czuję, że to będzie miało katastrofalneskutki.

– No gratuluję! – rzuca Camilo. – Świetnie się z tegowywinęłaś.

– Odczep się! Zaskoczyliście mnie – mówię. – Zresztą, sam mogłeś cośwymyślić.

– Za trzy minuty masz być na dole! – rzuca szorstko i idzie do swojegobiura.

Mogłam wziąć wolne na dziś. Nawet nie wiem, gdzie jedziemy, ale mam nadzieję, że niedaleko, bo długo z nim nie wytrzymam. Zostawiam materiały w biurze i schodzę na dół, gdzie już czeka na mnie Camilo. Podchodzę do czarnej hondy i otwieram drzwi. Zajmuję miejsce po stronie pasażera, po czym zapinampasy.

– Gdzie jedziemy? – pytam, gdy Camilo przekręcakluczyki.

– Daleko – rzucachłodno.

Bardzo dziękuję za wyczerpującąodpowiedź.

– Tyle ci wystarczy – mówi, nie odrywając wzroku oddrogi.

Serio? Słyszał moje myśli? To są jakieś kpiny. Całą drogę w ogóle ze sobą nie rozmawiamy. Męczy mnie trochę ta sytuacja. Jest niezręcznie i można wyczuć zarówno tę niechęć, jak i napięcie między nami. Opieram głowę o szybę, wpatrując się wkrajobraz.

Godzinę później jesteśmy na miejscu. Wysiadamy z auta. Ależ tu pięknie. Znajdujemy się w środku lasu, gdzie powstaje jakiś pensjonat. Z pewnością po zakończeniu budowy będzie to magiczne miejsce. Idealne na wypoczynek – wysokie drzewa, śpiew ptaków, a w powietrzu unosi się zapach lasu. Nawet na twarzy Camila przez chwilę pojawia sięuśmiech.

– Chodź – mówi i kierujemy się na placbudowy.

Przy wejściu jeden z pracowników wręcza nam kaski, po czym wchodzimy. Podchodzimy do mężczyzny, który wyraźnie na nasczekał.

– Dzień dobry, panie Santos. – Camilo wyciąga do niegorękę.

– Dzień dobry, panie Estevez – odpowiada, ściskając jegodłoń.

– To jest panna Brennan, moja asystentka. – Camilo wskazuje namnie.

– Ariana Brennan. – Podaję mężczyźniedłoń.

– Gideon Santos. – Unosi moją dłoń i delikatnie ją całuje. – Miło mi paniąpoznać.

– Mnie pana również. – Uśmiechamsię.

– Przejdźmy do interesów – wtrącaCamilo.

– Oczywiście – mówi pan Santos. – Rein! – woła jakiegoś pracownika. – Oprowadź pannę Brennan pobudowie.

– Jasne, szefie.

Camilo rzuca mi gniewne spojrzenie. Co? To też moja wina? Dupek jeden. Idę z tym mężczyzną, czując na sobie wzrok Camila. Czy ja się kiedyś pozbędę tego uczucia? Mężczyzna oprowadza mnie, opowiadając, jak przebiega budowa pensjonatu, na kiedy jest przewidziany koniec, i pokazuje zdjęcia, jak będzie wyglądał. Gdy przechodzimy obok grupki pracowników, jeden z nich naszaczepia.

– Rein, skąd ty taką laseczkę wyrwałeś? – Śmiejesię.

– Zamknij się, durniu! – warczy.

– Niunia, dasz mi swój numer? – ciągnie.

– Chyba w twoich snach, buraku – rzucamgniewnie.

Nagle, nie wiadomo skąd, zjawia się Camilo. Chwyta mężczyznę za gardło i dociska domuru.

– Jeśli jeszcze raz się do niej odezwiesz, to wyrwę ci język! – warczy.

Cholera jasna! Co w niego wstąpiło? Szybko podbiega do nas pan Santos, próbując załagodzićsytuację.

– Panie Estevez, spokojnie – mówi.

Camilo puszcza gościa, który łapczywieoddycha.

– Przepraszam za ten incydent – dodaje panSantos.

– W porządku – mówię.

Camilo spogląda na mnie, przewiercając mnie wzrokiem. Dlaczego to zrobił? Zachował się jak jakiś zazdrośnik. Sama bym sobie poradziła z tymdupkiem.

– Może zrobimy sobie przerwę? – proponuje pan Santos. – Zapraszam naobiad.

Zgadzamy się. Może choć na chwilę uda rozładować się to napięcie? A zachowanie Camila? Naprawdę mógłby sobiedarować.

ROZDZIAŁ 6

NIGDY WIĘCEJ TEGO NIERÓB!

ARIANA

Siadamy w małej, przytulnej knajpce i zamawiamy obiad. Ładnie tu. Pan Santos mówił, że będzie przebudowa też tego lokalu. Będzie większy, będzie miał osobny parking i mały plac zabaw dla dzieci. Dobry pomysł. Początkowo rozmowy są dość sztywne, głównie na temat budowy, ale kiedy pan Santos proponuje mi i Camilowi przejście na ty, ten się dziwnie spina. Boże, co za dziwak. Czy on nie może zachowywać sięnormalnie?

– Więc, Ariano, jak długo już pracujesz w tej firmie? – pytaGideon.

– Właściwie to niedługo – odpowiadam. – Dopierozaczęłam.

– Chętnie bym cię widział u siebie – mówi. – Masz świetne pomysły. Takie połączenie tradycji z nowoczesnością – dodaje.

– Nie zapominaj, że Ariana jest moją pracownicą – rzucaCamilo.

Unoszę brwi. A ty chyba zapominasz, że potrafięmówić.

– Dziękuję, ale praca w biurze architektonicznym to jest to, co chciałam robić. – Spoglądam gniewnie naCamila.

– Camilo – mówi Gideon – taka pracownica to skarb. – Uśmiecha się. – Opowiedz coś o sobie, Ariano.

– Ale co? – mieszamsię.

– Mieszkasz sama? Z rodziną? – pyta, na co Camilo marszczybrwi.

– Mieszkam z babcią i młodszą siostrą, ale mam też starszegobrata.

Bratadupka.

– Arodzice?

– Zginęli w wypadku – wyjaśniam, a Camilo podnosi na mniewzrok.

– Przykro mi – mówiGideon.

– Wporządku.

– Przepraszam, sądziłem bardziej, że mieszkasz z chłopakiem, narzeczonym – dodaje.

A todobre.

– Nie, nie mam nikogo. Wystarczy mi problemów z siostrą. – Uśmiechamsię.

– Całkowicie cię rozumiem. – Gideon się śmieje. – Też mam młodszą siostrę. Nieźle dawała mipopalić.

– A skąd pomysł na taki pensjonat? – zmieniamtemat.

Spoglądam na Camila, który praktycznie nic nie zjadł, tylko rozgrzebuje jedzenie widelcem. Za to myślami jest gdzieśdaleko.

– To taki rodzinny biznes. Prowadzę jeszcze jeden pensjonat – wyjaśnia. – Będą wyglądały taksamo.

– Wow. Widziałam na planach. Piękny jest ten pensjonat. – Uśmiechamsię.

– Wiesz – nachyla się – zostaw mi swój numer, to chętnie ci gopokażę.

Och… No to mniezaskoczył.

CAMILO

Czy on podrywa Arianę? Te uśmiechy, niby-niewinne dotknięcie ręki i ta prośba onumer.

~ Podoba mu się, chce ci ją ukraść. Nie pozwól, by ją dotykał – podpuszcza mnie mójwilk.

~ Milcz! – próbuję gouciszyć.

~ Ona jest nasza, pamiętaj o tym. Zobacz, jak ten dupek się do niejuśmiecha.

Boże, i do tego jeszcze ten sierściuch. Mamdość!

ARIANA

Nagle Camilo zrywa się z krzesła. Rzuca mi takie spojrzenie, że gdyby mógł nim zabijać, byłabymmartwa.

– My już musimy wracać – mówi stanowczo i posyła Gideonowi gniewne spojrzenie. – Ariano, idziemy – dodajeszorstko.

Patrząc w te czarne jak węgiel oczy, widzę jego wściekłość, nie mam zamiaru teraz dyskutować o jego zachowaniu. Wstaję i żegnam się z Gideonem, po czym wychodzimy. Camilo otwiera mi drzwi samochodu i zatrzaskuje je tak mocno, jakby od tego zależało, czy jeszcze kiedykolwiek się otworzą. Ja naprawdę nie jestem w stanie go zrozumieć. Camilo odpala silnik i przez jakiś czas jedziemy w milczeniu, w męczącej ciszy. Wystarczytego.

– Musiałeś? – Odwracam głowę w jego stronę, ale on patrzy nadrogę.

– O co ci chodzi? – rzucachłodno.

– No to z Gideonem. – Wzruszam ramionami. – Mogliśmy dokończyć w spokojuobiad.

– Widzę, że jesteś zainteresowana jego zalotami – mówi zprzekąsem.

– A skąd ty to niby wiesz? – wkurzamsię.

Camilo zjeżdża na pobocze i zatrzymuje auto, po czym wysiada z niego. Poluzowuje krawat i przeczesuje dłonią włosy. Otwieram drzwi i wychodzę za nim. Co on sobiemyśli?

– Nie życzę sobie więcej takiego zachowania z twojej strony – rzucamzdenerwowana.

Camilo odwraca się do mnie i zaciskausta.

– Mieliśmy się zachowywać normalnie, a ty co robisz? – ciągnę. – Co ty sobie myślisz? – Marszczębrwi.

Nim zdążę zareagować, Camilo jedną ręką chwyta mnie w pasie i przyciąga do siebie, a drugą łapie moją twarz i składa na moich ustach namiętny pocałunek. Jego aksamitne usta całują moje, pozbawiając mnie tchu, a przez moje ciało przechodzi fala dreszczy. Stop! Odsuwam się od niego i wymierzam mu siarczystypoliczek.

– Nigdy więcej tego nie rób! – syczę gniewnie i wybiegam na ulicę, zatrzymując nadjeżdżający właśnie samochód. – Jedzie pani w stronę Nowego Jorku? – pytam kobiety zakierownicą.

– Tak – przytakuje.

– Podrzuci mnie pani? – Patrzę na niąbłagalnie.

– Jasne. Proszęwsiadać.

CAMILO

~ Wielkie dzięki! – warczę na mojego wilka, wsiadając doauta.

~ Źle to rozegrałeś – wymądrza się. – Trzeba było delikatnie do niej podejść, z czułością, a nie rzucać się na nią, jakbyś chciał jąprzelecieć.

~ Wiesz co? Zamknij się w końcu! Mam ciebie dość! Ciebie, jej i tej całej pierdolonejwięzi!

Jak mnie wkurwia ten sierściuch! To wszystko przez niego. Spokoju mi nie daje, kiedy Ariana jest w pobliżu. Ciągle tylko „przytul ją”, „pocałuj”, „dotknij” i tak w kółko. Uparte stworzenie. Dobrze wie, że to nie dlanas.

Jadę do samego Nowego Jorku za tym samochodem. Tak na wszelki wypadek. Przecież w końcu Ariana jest moją pracownicą, więc jestem za nią odpowiedzialny. Kiedy upewniam się, że kierowca odwozi ją do domu, wracam do siebie. Dobrze, że nie muszę jechać do firmy, boby poleciało parę zwolnień. Parkuję na podjeździe i wyskakuję z auta. Gdy wbiegam do domu, słyszę jakiś chichot dobiegający z kuchni. Wchodzę tam i co widzę? Florence, dziewczyna mojego brata, w krótkich szortach siedzi na blacie, a mój brat stoi między jej nogami, obmacując ją i całując. Dziewczyna, speszona moim widokiem, zeskakuje z blatu i poprawiabluzkę.

– Nie macie się gdzie obściskiwać? – rzucamszorstko.

– Przepraszam – mówidziewczyna.

– Braciszku – Cesar się szczerzy – możesz nampogratulować.

– Czego? – Unoszębrwi.

– Będę ojcem. – Cieszy się. – Flor jest w ciąży. – Gładzi płaski brzuch dziewczyny, a ona się do niegouśmiecha.

– Gratuluję – mówię trochę chłodno i idę do swojegogabinetu.

~ Ty też powinieneś oczekiwać potomka, głąbie – rzuca Ares. – Zobaczyszjeszcze.

To dobra wiadomość, ale przyjmuję ją bez zbędnych ekscytacji. Poza tym ten dzień nie jest najlepszym na wiadomości, nawet to dobre. Wystarczy, że zrobiłem z siebie zazdrosnego kretyna. Wiem jedno: nie możemy dłużej ze sobą pracować. Ten wyjazd na budowę to była jakaś masakra. Mieliśmy się trzymać od siebie z daleka, a tu godzina w samochodzie i kilka godzin na budowie. Oszaleć można. Jej zapach; uśmiech, taki naturalny – ale tylko wtedy, gdy myśli, że nie patrzę; poczucie humoru… A ten pocałunek… Jej usta takie miękkie, delikatne… I jeszcze ten sierściuch. Warczy i drapie, kiedy tylko koło Ari pojawia się jakiś facet. Przez niego mało nie pobiłem się na tej pieprzonej budowie. Nie, nie możemy dłużej ze sobąpracować.

~ Co ty chcesz zrobić, debilu? – karci mnie ten pchlarz. – Ja chcę do Ari. Ona tak pięknie pachnie, a jak się porusza. Nie rób nam tego. Już teraz cierpimy, jak jej nie ma kołonas.

~ Milcz! Ja nie mam czasu ani chęci na tę więź – upieram się. – Mam być silnym, twardym i bezwzględnym Alfą, a nie jakąś pierdołą, która trzęsie się o swojąkobietę.

~ Ale nie byle jaką kobietę – warczy i mocniej naciska naprzemianę.

Niedobrze. Coraz trudniej mi nad nim zapanować i to wszystko przez tę małą kobietkę. Muszę znaleźć jej pracę. Najlepiej w innym mieście, byle niedaleko. Ona kocha swoją rodzinę i bardzo by cierpiała, gdyby nie mogła jejwidywać.

~ Ty też będziesz cierpiał, zobaczysz. Nie chcesz mnie słuchać, ale przekonasz się sam, a ja ci nie dam o niejzapomnieć.

Staram się ignorować tego sierściucha. Od jakiegoś czasu ciągle warczy, jest pobudzony i bardzo niespokojny. Wiem, że jej pragnie, pragnie przeznaczonej, ale to ja tu stawiamwarunki.

CESAR

– Kochanie, muszę iść porozmawiać zbratem.

– Coś nie tak? – pyta moja piękna, uśmiechając sięsłodko.

Dlaczego Camilo nie widzi pięknawięzi?

– Nie, wszystko okej – uspokajam ją. – Tylko Cam wyglądałnietęgo.

Przytulam ją jeszcze, daję szybkiego całusa i idę do gabinetu bestii. Pukam do drzwi i słyszę szorstkie „wejść”. Mój brat stoi koło biurka i nerwowo przerzuca jakieśkartki.

– I jak było na budowie? – zaczynam.

– Zobacz. – Pokazuje mi jakąś kartkę. – Tu zmienimy materiał. Wyjdzie trochę drożej, ale jakość o niebo lepsza. Pozatym…

– Przestań – przerywam mu. – Nie udawaj, że nie wiesz, o co pytałem. Jak spędziłeś tenczas?

– Nijak – rzuca.

– Aż tak źlebyło?

– Jeszcze gorzej. Mało nie pobiłem gnoja, który za dużo sobie pozwalał w stosunku do Ariany – tłumaczy. – Myślałem, że go rozerwę, kiedy usłyszałem, co do niej mówi. Potem obiad i flirtujący Santos, a na końcu dostałem w gębę – dodaje.

– Ty? – Jestem zaskoczony. – Kto był na tyle szalony? – Śmiejęsię.

– Czego się tak szczerzysz? – warczy. – Tak, ja. OdAriany.

– Kurczę. – Unoszę brwi. – Zaco?

– Pocałowałem ją – wyznaje.

– To normalne, że cię do niej ciągnie – mówię. – To twoja przeznaczona – podkreślam.

– Przestań! – syczy. – Nie paplaj tak o tym. Mówiłem ci, coustaliliśmy.

– A ty serio nie widzisz, że to już teraz wam się nie udaje? – uświadamiammu.

– Wszystko idzie zgodnie z planem – upierasię.

– Masz rację – przyznaję mu. – Wszystko idzie zgodnie z planem przeznaczenia. Narazie.

Wychodzę, zanim porządnie mi się oberwie. Camilo może się stawiać, ale jego wilk mu nie odpuści. Nie wygra z przeznaczeniem, lecz jest tak uparty, że nawet nie chce spróbować. Przekonałby się wtedy, że to najlepsza rzecz, jaka może go w życiu spotkać. No nic, idę nacieszyć się moimKwiatuszkiem.