Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Zmagasz się z trudnym dzieciństwem i traumatycznymi wydarzeniami z przeszłości? Czujesz, że Twoje życie straciło sens i nie masz ochoty już dłużej walczyć? Chciałbyś to zmienić, ale nie wiesz jak? Ta książka jest dla Ciebie.
Walcząc o siebie opisuje traumatyczne historie czworga ludzi, którzy próbują odbudować swoje życie na gruzach przeszłości. Poznaj historię Anny, Tommy’ego i Rubena, którzy podejmują walkę o siebie. Każdy z nich przeżywa swoją osobistą stratę i upokorzenie. Walczą z tym, na co sami nie mieli wpływu, ale co strasznie ich okaleczyło. Peter Iwanowicz to jeden z najlepszych psychoanalityków ostatnich pokoleń, który mimo osobistej okrutnej przeszłości podejmuje się prowadzenia terapii.
Czy mimo swojej wspaniałej renomy i intuicji, będzie w stanie na nowo wzbudzić w nich poczucie wartości i zahartować na kolejne trudności dnia codziennego? Czy nie ugnie się pod naporem własnej przeszłości, tracąc swoich pacjentów na zawsze?
Jeżeli uważasz, że twoja przeszłość musi definiować to, kim jesteś i kim będziesz w przyszłości, koniecznie przeczytaj! A jeśli to tylko stereotyp? Odrzuć go i na nowo odnajdź w sobie siłę i radość do życia.
Powieść psychologiczna — debiut Paula Dulskiego
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 200
Rok wydania: 2020
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Strona tytułowa
Prawa autorskie
Dedykacja
Podziękowania
Przedmowa
ROZDZIAŁ I Wywiad
ROZDZIAŁ II Anna
**
ROZDZIAŁ III Tommy
**
ROZDZIAŁ IV Ruben
**
ROZDZIAŁ V Anna
**
ROZDZIAŁ VI Tommy
**
ROZDZIAŁ VII Ruben
**
ROZDZIAŁ VIII Anna
**
ROZDZIAŁ IX Tommy
**
ROZDZIAŁ X Ruben
**
ROZDZIAŁ XI Teoria Lęku Pierwotnego
O Autorze
Copyright © 2020 by Paul Dulski
All rights reserved.
Korekta:
Korekto.pl(Dominika Zakrzewska, Anna Skulimowska)
Opracowanie graficzne okładki:
Thomas Nawoz-Wysocki
Zdjęcie:
Patrycja Nawoz-Wysocka
Podziękowania
Z całego serca chciałbym podziękować moim rodzicom za to, że nauczyli mnie czym jest ciężka praca i dążenie do celu. Nie ma takich słów wdzięczności dla mojego przyjaciela Jakuba Wołyńskiego, który zaangażował swoje serce we wsparcie tego projektu i cały czas mnie dopingował oraz za to, że podjął się tłumaczenia na język angielski. Specjalne podziękowania przesyłam dla Thomasa i Patrycji Nawoz-Wysockich za stworzenie pięknej strony i za to, że byliście ze mną i nadal na Was mogę liczyć. Dziękuję wszystkim, którzy podjęli się pierwszego czytania: Natalii, Adzie, Pawłowi, Janet, Noemi i Patrycji. Wasze uwagi sprawiły, że ta książka nabrała koloru. Dziękuję Sewerynowi i jego zespołowi za świetny trailer, który stworzyliście. Dziękuję w końcu wszystkim moim przyjaciołom, dzięki którym poczułem się wartościowym człowiekiem. To właśnie dzięki Wam, zechciałem przekazać zebrane doświadczenie.
Przedmowa
„Tak naprawdę nie wiemy, co ciągnie człowieka w świat. Ciekawość? Głód przeżyć? Potrzeba nieustannego dziwienia się? Człowiek, który przestaje się dziwić jest wydrążony, ma wypalone serce. W człowieku, który uważa, że wszystko już było i nic nie może go zdziwić, umarło to, co najpiękniejsze – uroda życia.”
Ryszard Kapuściński
„Za dwadzieścia lat bardziej będziesz żałował tego, czego nie zrobiłeś, niż tego, co zrobiłeś. Więc odwiąż liny, opuść bezpieczną przystań. Złap w żagle pomyślne wiatry. Podróżuj, śnij, odkrywaj.”
Mark Twain
Nie każdy rodzi się podróżnikiem, ale każdy uczestniczy w podróży, czy tego chce, czy nie. Stajemy się jej uczestnikami zaraz po narodzinach. Każda sekunda, minuta, godzina, dzień, miesiąc, rok to nowy etap na naszym życiowym szlaku. Obserwujemy, słyszymy, czujemy i rozumiemy więcej z każdą chwilą. Ale ta podróż nie zawsze jest przygodą, natomiast zawsze jest rzeczywista. A w rzeczywistym świecie może wydarzyć się wszystko.
Na szlaku napotykamy przeciwności, spadające głazy, zawiłe ścieżki i ślepe uliczki. Czasami zdarzy nam się z niego całkowicie zboczyć, a w gorszych przypadkach spaść i utknąć w skalnej szczelinie. Większość z nas nie wybrała się w tą podróż z własnej woli. Zostaliśmy w nią zabrani i teraz w niej uczestniczymy oraz ponosimy jej konsekwencje.
Żyjemy w zwariowanych czasach, w których większość z nas pogubiła się w tym, co jest normalne, a co nie. W świecie ludzi, którzy stracili odporność na życiową niepogodę i utracili radość z życia. Ale my chcemy walczyć o siebie, by być silnymi i odważnymi jednostkami.
Dlatego wspólnie udamy się w najważniejszą podróż swojego życia — w głąb siebie. Właśnie tego dokonuje Peter Iwanowicz wraz ze swoimi pacjentami. Zabiera ich w mroczną i bolesną podróż po przeszłości, na którą sami nie mieli wpływu, ale przez którą utknęli w martwym punkcie. Teraz wracają razem do tych miejsc, w których zostali skrzywdzeni, pozbawieni godności oraz wykorzystani. Choć te powroty przerażają i są pracą na otwartej ranie, służą większemu celowi, spojrzeniu z nowej perspektywy, oczyszczeniu, opatrzeniu i rozpoczęciu nowej podróży, ale tym razem wypełnionej pozytywnymi emocjami.
Właśnie dla takich ludzi powstała ta książka. Pozwala ona spojrzeć na życie z innej perspektywy. Jak mówi jedna z moich przyjaciółek: rozsypać na stole każdy element i zobaczyć, co jest do wyrzucenia, co do poprawienia, a co jest wspaniałe do zachowania na zawsze. Spotkasz się tu z ludźmi, którym życie nie szczędziło cierpień, jednak na nowo odnajdują siebie i zyskują nadzieję. Jeśli im się udało, czemu nie miałoby udać się i nam?
Usiądź więc lub połóż się, jak ci wygodnie. Rozpoczynamy nową podróż. Zapraszam na sesję terapeutyczną…
ROZDZIAŁ I
Wywiad
**
— Był człowiekiem niezwykłym… Miał w sobie coś nadzwyczajnego, coś szlachetnego.
— Co to było?
— Potrafił rozeznać ludzką duszę, ludzkie intencje. Widział to, czego nie widać gołym okiem. Przenikał cię i rozkładał na elementarne cząstki…
— Jak go poznałeś?
— Było to, o ile dobrze pamiętam, pewnego zimowego wieczoru… Tak, to było z pewnością zimą. Szedłem aleją wśród wielkich, szklanych, kolorowo zdobionych witryn sklepowych. Na ulicy panował niezwykły ruch i gwar — istny przedświąteczny szał. Ludzie jak zwykle kupowali prezenty na ostatnią chwilę. Wszyscy życzyli sobie miłych i wesołych świąt. Wiesz, jak to wtedy wygląda, prawda?
— Oczywiście, przeżywam to co roku.
— Ale dla mnie te życzenia były puste i nic nie znaczące. Byłem tam wtedy, ale jakby nieobecny. Czułem się niezwykle smutny i zdruzgotany. Kolejny raz na rozdrożu życia, pozbawiony jego sensu. Wydawało mi się, że wiele już przeżyłem, że zobaczyłem i odczułem na sobie, co to ból, cierpienie i rozczarowanie. Jak zawsze szedłem zgarbiony, szurając butami o chodnik, z kapturem na głowie. Szedłem donikąd — do świata pozbawionego sensu i wiary w ludzi. Byłem zły i wściekły, a cały ten świat wydawał mi się koszmarny. Miałem bardzo buntownicze nastawienie. Chciałem śmierci tych, którzy mnie skrzywdzili.
— Czemu tak się czułeś? Byłeś wtedy młodym człowiekiem, jak mniemam?
— Tak, miałem nieco ponad 23 lata. To może zabrzmieć banalnie, ale odczuwałem brak…
— Brak czego?
— Brak MIŁOŚCI… Tak, tak bym to teraz ujął. Jednak wróćmy do tamtego dnia. Tak idąc donikąd, spostrzegłem starszego mężczyznę. Był już zdeformowany ze starości i na skutek chorób, jakie trawiły jego ciało. Ale zaciekawiło mnie to, jak się poruszał. Szedł dumnie, pewnie, z gracją (oczywiście jak na swój wiek), podpierając się o swoją długą, mahoniową laskę zakończoną wystruganą głową konia. Wtedy naszła mnie niezwykła myśl: jak to możliwe, że ten człowiek, taki stary i chory, jest zarazem taki dumny, gdy ja, młody, już straciłem sens życia. Tak niezwykle mnie to zaintrygowało, że postanowiłem dowiedzieć się czegoś więcej o tym człowieku. Chciałem wiedzieć, kim on jest. Postanowiłem go śledzić. Mieszkał w starej kamienicy. Stanąłem na dole i po chwili zobaczyłem, jak na poddaszu zapala się żółte światło żarówki, które oświetlało białe ściany pokoju. Od tej pory codziennie stawałem i patrzyłem w to okno. Sam nie wiem, dlaczego to robiłem. To było chyba jedyne sensowne zajęcie, jakie miałem do zrobienia.
— To dość dziwne podglądać kogoś. Nie mogłeś do niego po prostu zagadać?
— Tak, to było dziwne. Ale co miałbym mu powiedzieć? „Postanowiłem pana śledzić i podglądać, co pan robi”. Nieee… Byłem zbyt nieśmiały. Ale stało się coś nieoczekiwanego. Przynajmniej dla mnie. Pewnego razu ten starzec mnie zaczepił. Możesz sobie wyobrazić moje zaskoczenie. Dobrze wiedział, że przychodzę i go podglądam. „Czemu mnie śledzisz?” — rzucił ostrym głosem, patrząc na mnie spod byka. Nie wiedziałem, co wymamrotać; zacząłem się jąkać. On się odwrócił, odszedł kilka kroków, po czym przystanął. Stał tak kilka sekund nieruchomo, w końcu zapytał: „Będziesz tak stał? Chodź, napijemy się gorącej herbaty, ziąb dziś”. I tak się zaczęło. Po tym wydarzeniu byłem jego częstym i chyba jedynym gościem. Bardzo się polubiliśmy. Uwielbiałem słuchać jego opowiadań. Był inny, nie oceniał mnie, tak jak to robili inni. Po latach zrozumiałem, że on miał w tym swój cel. Uczył mnie, co jest dobre, a co złe, ale podejmowanie decyzji pozostawiał mnie. To była pierwsza osoba, przed którą się otworzyłem — wiedział o mnie wszystko, a ja o nim prawie nic. Któregoś dnia chciałem opowiedzieć mu o przygodzie, jaka mnie spotkała dzień wcześniej. Pukałem do drzwi, ale nikt nie reagował. Po chwili wyszła sąsiadka, pani Sophie — siwa staruszka, bardzo miła. Swoim cienkim głosem zakomunikowała, że pana Iwanowicza nie ma. Najprawdopodobniej gdzieś wyjechał. Nic nie rozumiałem. Jak mógł wyjechać bez słowa, to nie miało sensu. Stanąłem jak wryty. Nie mogłem tego pojąć. Przecież jeszcze wczoraj normalnie rozmawialiśmy jak gdyby nigdy nic. Przez chwilę czułem się, jakbym dostał obuchem, aż w końcu dotarło do mnie, że straciłem najlepszego i tak naprawdę jedynego przyjaciela, o którym prawie nic nie wiedziałem. Parę dni później przyszedł do mnie list (chyba pierwszy w życiu). Była to właściwie drobna przesyłka opakowana w szary papier. Na twoje dłonie chciałbym przekazać zawartość właśnie tej paczki. To pamiętnik mojego drogiego przyjaciela. Dzięki niemu mogłem go lepiej poznać, jego życie, siebie samego, i jeszcze przez chwilę poprzebywać z tym wspaniałym człowiekiem. Mam nadzieję, że zainteresuje cię historia człowieka, którego… którego do głębi polubiłem.
— Oczywiście. Po to tu jestem. Na początku powiedz może, czym Peter się zajmował?
— Dobrze. Pozwól, że opowiem ci jego historię. Czasami będę się wspomagał myślami z jego pamiętnika…
ROZDZIAŁ II
Anna
Akra
Lubię przychodzić do pracy wcześniej. Mam bardzo przytulny gabinet. Zaprojektowałem go pod siebie. Nie jest zbyt duży, ale jest dokładnie taki, jakim go sobie wymarzyłem. Trzeba czuć się komfortowo, żeby pomagać innym, a w nim właśnie tak się czuję. Ma kilka rzeczy, na których naprawdę mi zależało. Przede wszystkim duże okno od strony wschodniej. Jest ono białe i drewniane, z wieloma cienkimi szprosami. Rozciąga się z niego widok na duży, zielony park, w którym rosną wielkie, pamiętające pokolenia dęby. Teraz, jesienią, zaczynają nabierać przepięknych barw. Często staję w tym oknie, by poprzyglądać się przechodzącym ludziom i rodzinom, które przychodzą tu ze swoimi dziećmi. Tuż przy oknie mam biurko. Czekałem na nie bardzo długo i w końcu mogłem sobie na nie pozwolić. To antyczne biurko w stylu renesansowym. Wykonano je z bardzo dobrego bukowego drewna w 1890 roku. Ma wiele podręcznych szuflad, a drzwiczki są zdobione rzeźbionymi wzorami. Przy biurku stoi bardzo duży, wygodny, skórzany fotel. Z kolei przed biurkiem, po prawej stronie, znajduje się wygodny fotel w stylu Ludwika Filipa, szary w kolorowe kwiaty. Przygotowany został z myślą o moich pacjentach. Na tej samej ścianie jest też regał na książki. Z kolei po lewej stronie mam bardzo wygodną, ciemnobrązową, skórzaną kozetkę. Jest tam też drewniane krzesło, na które czasami siadam podczas naszych sesji terapeutycznych.
Siedzę teraz na fotelu, łokcie mam oparte o biurko, a złożone ku sobie dłonie tworzą trójkąt, o który podpieram podbródek. Jestem lekko zniecierpliwiony, bo moja pacjentka się spóźnia. Panuje kompletna cisza. Naprzeciw mnie wisi zegar, który pokazuje dziesięć po dziewiątej. Powinna być równo o dziewiątej. W tej głuchej ciszy słyszę tylko, jak bezpowrotnie przemijają kolejne sekundy.
Nagle wpada do gabinetu lekko zdyszana. Ma chaotycznie ułożone, nieco przetłuszczone, czarne, kręcone włosy i wory pod oczami.
— Przepraszam za spóźnienie. Wiem, że nie lubi pan, jak się spóźniam, ale to nie z mojej winy.
— Witaj, Anno! Co się stało? Opowiadaj. Łyka kawy lub herbaty? — Anna przychodzi do mnie na terapię już od jakiegoś czasu. Niestety nie robimy dużych postępów. Jeśli pacjent nie ufa w pełni swojemu terapeucie, to trudno mu się zwierzyć, a jeśli nie odsłania prawdy, ciężko mi obrać sposób prowadzenia terapii. Nie jest to oczywiście sytuacja bez wyjścia, ale pochłania o wiele więcej czasu. Muszę wtedy obrać którąś z dróg. Albo buduję stopniowo zaufanie, albo na podstawie informacji, jakie mam, wnioskuję przyczyny problemu i sam je wyjawiam mojemu pacjentowi. Oczywiście muszę być prawie w 100% pewien, że rozwikłałem zagadki zmęczonej duszy mojego podopiecznego. Jak myślisz, którą metodę stosuję? Zazwyczaj obie naraz.
— Kawę poproszę — powiedziała swoim ładnym, wysokim głosem, ale z nutą smutku w głosie.
— Anno, siadaj lub połóż się, jak ci wygodniej. Widzę, że chyba nie spałaś dzisiaj najlepiej — ciągnąłem dyskusję, mieląc i zaparzając jej kawę w ekspresie ciśnieniowym. Nalałem ją do filiżanki i postawiłem na stoliku obok fotela, który wybrała, żeby usiąść. Aromat peruwiańskiej kawy unosił się w powietrzu.
Nieśpiesznie usiadłem za biurkiem. Widziałem, że jest dziś niespokojna. Wpadające przez okno promienie słoneczne dokładnie oświetlały mi jej twarz, pozostawiając moją osobę w cieniu. Podczas terapii jestem najmniej ważną osobą.
Widzę ją teraz wyraźnie. Anna to wysoka, chuda dziewczyna. Ma pociągłą twarz, oczy brązowe i smutne, policzki kościste, ostro zakończone. Długie, sięgające do ramion włosy pasują do jej lekko przygarbionej postaci. Wzięła do drgającej dłoni filiżankę kawy, subtelnie pijąc jednego łyka.
— Autobus się spóźnił. Nic w tym mieście nie można zrobić normalnie. Istne szaleństwo. Mówię ci, nienawidzę mojego życia! Wszystko, co robię, jest pozbawione sensu — mówiła, zwiększając siłę głosu i widziałem, że emocje w niej buzują.
— Ale czy właściwie stało się coś wielkiego? Dotarłaś i to się liczy. Z lekkim opóźnieniem, ale to nie znaczy, że cały świat jest zły. Są po prostu rzeczy w życiu, na które zwyczajnie nie mamy większego wpływu. Musimy je zaakceptować takimi, jakie są. I tyle… — Widziałem, że nadal jest nabuzowana. — Wiele naszych problemów bierze się z tego, jak zostaliśmy wychowani. Nie tylko w domu, ale również tu, w Europie. Widzisz, my współcześni Europejczycy jesteśmy pokoleniem JA i MI. JA jestem najważniejszy, MI się należy. Ma być jak JA chcę. Wszystko musi być podporządkowane pod nas. Musimy mieć wszystko tu i teraz, natychmiast. Pragniemy i konsumujemy wszystko, na co mamy ochotę. Nieustannie dążymy do komfortu. A przez to tracimy go…
— Dla Ciebie wszystko jest takie proste! — wybuchnęła, przerywając mój wywód. Chciałem sprowokować u niej taką reakcję, bo pod wpływem emocji ludzie są bardziej skłonni mówić, co naprawdę myślą. A ja muszę się przenieść do Afryki, bo myślę, że tam leży jej problem. — Myślisz, że wiesz wszystko, że wygłosisz mi kilka psychologicznych farmazonów o tym, jak wygląda i działa świat, i to coś zmieni. Że to zmieni, jak się czuję. Nic o mnie nie wiesz! — Jej złość rosła, co mnie cieszyło, chociaż nie wiedziałem, że za chwilę sam tego pożałuję. — Bawisz się w Boga. Myślisz, że jestem rozhisteryzowaną, samolubną, bogatą dziewczyną.
— A co mam myśleć, skoro właśnie tak się zachowujesz? — przerwałem odważnie gonitwę jej słów. Na chwilę zbystrzała.
— Nic nie wiesz! — ciągnęła dalej rozzłoszczona. — Nie wiesz, jak to jest usłyszeć, że jesteś zerem, że nie znaczysz nic, a później… — Jej głos się zachwiał i załamał, z trudem powstrzymywała się od płaczu. — A później poczuć się zerem i rzeczywiście nim być.
Uderzyło mnie to, co powiedziała, i przeniosło daleko w moje dzieciństwo. Dobrze pamiętam rozpoczęcie roku szkolnego. Dla wielu dzieci to pewnie jakaś nowa przygoda i było tak również ze mną, z tą różnicą, że wiedziałem, że z tą szkołą jest coś nie tak. Kiedy tylko zbliżył się dzień rozpoczęcia roku szkolnego, ojciec wściekł się. Wpadł rano do mojego pokoju na strychu, wyciągając mnie za kudły z łóżka. Postawił mnie na równe nogi i zbliżył swoją twarz do mojej. Wtedy poczułem odór alkoholu. Spojrzał na mnie, a ja na niego— nigdy nie zapomnę tego jego wzroku, tej jego pobrużdżonej, nieogolonej twarzy — i powiedział:
— Jesteś zerem! Pamiętaj! Jesteś zerem. I spróbuj tylko pisnąć coś o nas poza domem, to gorzko tego pożałujesz. Rozumiesz?! — mówił przez zaciśnięte zęby i nie przestawał mnie szarpać.
Nie wiedziałem wtedy, o co mu chodzi. Dlaczego jest taki wściekły (chociaż on zawsze był wściekły). Nie miałem pojęcia, ile dobrego mogłem zdziałać, mówiąc wszystko… Wszystko, co nam zrobił, co zrobił Oliwii. Milczałem.
Na rozpoczęciu roku szkolnego byłem ubrany w dżinsowe spodnie z podartymi przy butach nogawkami upapranymi błotem na kolanach od klęczenia na ziemi, co było stałą karą mojego ojca. Miałem też wypłowiałą koszulę z wystrzępionym kołnierzykiem. Rozczochrane, przetłuszczone i za długie, stanowczo za długie włosy. Nie byłoby w tym nic dziwnego, bo to była moja codzienność. Byłem do tego przyzwyczajony, czułem się z tym normalnie, po prostu tak miało być, ale czemu teraz. Widziałem dzieci, które na co dzień też wyglądały jak ja, a teraz miały czyste, granatowe spodnie w kant, białe uprasowane koszulki, a dziewczyny — ładne spódniczki. Zastanawiałem się, jak to jest, że oni są tak ładnie ubrani, a ja nie. Zdziwiło mnie też to, że niektórzy byli z dwojgiem rodziców, a niektórzy mieli naprawdę ładnych rodziców. Ich mamy miały ładnie spięte w kok włosy i piękne garsonki. Moja mama była roztrzepana, zniszczona, miała podkrążone, zapuchnięte oczy i starą, spraną spódniczkę w kwiaty. Głos wyczytywał dzieci, które ustawiały się w pary i tworzyły klasę. W końcu głos wyczytał mnie: Peter Iwanowicz. Stanąłem jak wryty, nie mogłem się ruszyć z miejsca. Patrzyłem na te wszystkie ładne dzieci, aż głos wyczytał mnie jeszcze raz, a mama pchnęła do przodu. Zmierzałem w stronę mojej grupy. Moje kroki wydawały mi się strasznie powolne i ciężkie. Serce waliło mi jak dzwon. Oczy zaczęły mi pulsować, a nogi — się trząść. Czułem, jak wszystkie oczy mnie paraliżują, jakby mówili: „Patrz, co za brudas”. Niektórzy zaczęli się śmiać, inni odsunęli się ode mnie i stanęli w oddali. Było mi wstyd. Nienawidziłem tego miejsca, tych ludzi oraz zwracania na siebie uwagi. Stanąłem w parze z chłopakiem z odstającymi uszami i piegami, po czym usłyszałem w głowie słowa ojca: „Jesteś zerem, jesteś zerem”. Teraz uświadomiłem sobie, że miał rację. Byłem zerem — jako siedmiolatek wiedziałem, że jestem nikim.
Chyba miałem mocno zmarszczone czoło, bo kiedy wróciłem z wędrówki po wspomnieniach, Anna była już spokojniejsza i wpatrywała się we mnie z lekkim zdziwieniem.
— Anno porozmawiajmy o Afryce. Wiem, że byłaś tam pracownikiem humanitarnym. Powiedz mi coś więcej o tamtejszym pobycie? Gdzie dokładnie byłaś? Czym się tam zajmowałaś? — Zbystrzała trochę i wyraźnie ten temat nie był jej na rękę.
— Byłeś kiedyś w Afryce? — zapytała ostrym tonem.
— Niestety nie miałem okazji.
— Więc nie wiesz… — rzuciła od niechcenia.
— Nie wiem, czego? — zapytałem z nutą zaciekawienia.
— Nie wiesz, jak pachnie Afryka. — Patrzyła na mnie uważnie, a jej powieki przymknęły się w geście skupienia.
— A jak pachnie? — Zawiesiłem lekko głos, co sprawiało wrażenie, jakbym faktycznie był zainteresowany. I w rzeczywistości byłem.
— Kiedy otwierają się drzwi samolotu, a ty stajesz przed schodami prowadzącymi w dół, nagle uderza w ciebie fala gorącego, saharyjskiego powietrza. Wiatr ciągnie za sobą wszechobecny kurz, który zaczyna chrzęścić między twoimi zębami. Spieczona, czerwona ziemia oddaje zapach przypieczonej wanilii i wydawałoby się, że ten zapach powinien być przyjemny, ale taki nie jest. Łączy się z ostrymi oraz korzennymi przyprawami, ostrą papryką i palonymi orzeszkami ziemnymi. Ta mieszanka tworzy jeden, specyficzny — zawiesiła głos — zapach Afryki. Byłam w różnych częściach Afryki i widziałam to, czego widzieć nie chciałam. Ghana była jednym z takich miejsc. Stolicą Ghany jest Akra. Jest tam jedyne w swoim rodzaju miejsce. Może o nim słyszałeś gdzieś na YouTubie.
— Nie za dużo — odrzekłem szczerze.
— To produkcja raka. Dla nas to oczywiste, ale dla nich już chyba nie tak bardzo. Rozbierają tam elektronikę, śmieci z Europy i Stanów Zjednoczonych. Wyszukują, co by się jeszcze nadało z tego, co my uznaliśmy za zwykły szmelc. Resztę, ten cały plastik, wszystko to, co oni uznają za niemożliwe do recyklingu, palą, nieświadomie wdychając. A może nawet świadomie, ale i tak muszą to robić, żeby przeżyć chociaż kolejny dzień. — Zatrzymała swą opowieść w tym miejscu, plecami oparła się mocniej o fotel, a rękami kurczowo trzymała oparcie. — Widzisz, problem w tym, że nikogo to nie obchodzi. Mamy to w dupie, bo my mamy swoje problemy… wielkie problemy — powiedziała to z sarkazmem. Rozumiemy ból innych tylko krótko i tylko wtedy, gdy spotyka on również nas. Martwimy się, że najnowsza konsola jest w kolorze białym i nie będzie pasować do naszych mebli. Wychodzimy na ulice z powodu rasizmu, bo zginął jeden czarny. To mnie śmieszy, rozumiesz? To jest megaśmieszne. — Rozumiałem jej wrażliwość. — My wszyscy jesteśmy rasistami. Uważamy się za lepszych. A ludzi, którzy mieszkają pięć lub osiem tysięcy kilometrów od nas, uważamy i traktujemy za śmieci, odpady. Gadanie! My nawet o nich nie myślimy. Tylko jedno może nas skłonić do refleksji: musimy ich zobaczyć na własne oczy!
— Ja o nich myślę często — wtrąciłem się w jej opowieść — ale to, co powiedziałaś, to prawda, nie widziałem tego na własne oczy. Proszę, opowiedz mi o tym — powiedziałem łagodnym tonem.
Wzięła głęboki wdech i zaczęła opowiadać:
— Kiedy ją spotkałam, miała osiemnaście lat. Długie rzęsy, oczy szkliste niczym onyks. Była drobna. Kiedy na mnie spojrzała, na głowie miała czarno-czerwoną chustę w żyrafy i słonie. Zatrzymałam na niej wzrok. Uśmiechnęła się, odsłaniając spod wyrazistych, ale przy tym delikatnych ust perłowo białe zęby. Może i była jak każda inna dziewczyna w Afryce, ale jednak coś mnie w niej zaintrygowało. Jako pracownik humanitarny pracujący dla ONZ zajmowałam się tam sektorem edukacyjnym. Wdrażaliśmy różne programy, organizowaliśmy szkolenia dla nauczycieli, odwiedzaliśmy różne szkoły, placówki, by sprawdzić, jak się rzeczy mają. Właśnie tam, w jednej ze szkolnych klas, spotkałam ją po raz pierwszy. Ale nie ostatni… — Odetchnęła na chwilę, zbierając myśli.
Byłem w nią uważnie wpatrzony i słuchałem z zaciekawieniem. Możesz mi wierzyć lub nie, ale do tej pory nie przekazała mi jeszcze tylu informacji naraz. Widocznie się uspokoiła i mówiła lekko ściszonym tonem głosu. Wyczuwałem, że ta historia jest bliska jej sercu.
— Kiedy był kolejny raz? — Chciałem usłyszeć resztę historii.
— Nasz pobyt w Akrze nie ograniczał się tylko do pracy. Po wykonaniu zadań normalnie tam żyliśmy. Jeździliśmy na plażę. Zwiedzaliśmy okolicę. À propos okolicy, jak już mówiłam, jest tam największe na świecie wysypisko zużytej elektroniki. I chociaż oficjalnie w Ghanie dzieci nie mogą być wykorzystywane do pracy, nie tyczy się to tego miejsca. Przeklęte miejsce! — Uniosła nieoczekiwanie głos. — Pracują tam wszyscy: starzy, dorośli, młodzi i dzieci. Miałam wtedy dość dobry humor i po prostu chcieliśmy sobie zobaczyć, jak to wygląda. Pojechaliśmy więc tam, zaczęliśmy się przechadzać i patrzeć, jak ci ludzie odzyskują to, co może się jeszcze nadać do przetworzenia, sprzedania lub użycia w jakikolwiek sposób. Oddychałam przez chusteczkę. Plastik, który spalali, który uznali, że do niczego się nie nada, tworzył smog, przez co ledwo dało się oddychać. Oni to normalnie wdychali… Byli nie tylko czarni przez kolor skóry, ale też przez bród i dym z plastiku. To miejsce wyglądało strasznie, jak po tsunami. Wtedy ją zobaczyłam. Nie miała już chustki na głowie. Tylko lekki meszek z włosów, które jej odrastały po ścięciu na łyso. Bluzka na ramiączkach, kiedyś biała, teraz czarna od brudu. Ciało wychudłe, raczej wątłe. Gdy się nachyliła, widziałam odstające kości kręgosłupa. Zapytałam ją, jak się nazywa. Powiedziała, że Akos. Wymamrotałam: „Co tutaj robisz?”. To musiało głupio brzmieć. Odparła, że pracuje. „Dlaczego? Dlaczego tu pracujesz?” — drążyłam. Powiedziała, że nie tylko tu i że dorabia sobie, żeby móc się uczyć. Chciałaby skończyć szkołę. Nie wiem, jak ona dawała radę to robić, ja ledwo stałam. Upał połączony z tym smogiem był nie do zniesienia. Rozumiesz?! Ona pracowała normalnie, żeby zarobić na utrzymanie rodziny, a na tym wysypisku pracowała, żeby skończyć szkołę. Powiedziała mi, że ma takie marzenie, aby po szkole podjąć normalną pracę i w końcu zabrać rodziców, dwie siostry i młodszego brata ze slumsów. Chciała… — głos jej się załamał — normalnie żyć. Dla nas to norma, a dla niej to było marzeniem. Nie pojmuję, jak ona potrafiła to wszystko pogodzić, ale jakoś to robiła. Popatrzyłam na nią z żalem w oczach. Tak było mi jej żal. Ale co mogłam zrobić, takich ludzi jak ona jest tam mnóstwo. Odchodząc, życzyłam jej powodzenia. — Anna westchnęła ze smutku. — Dni mijały, ale ja nie mogłam o niej zapomnieć. To jej spojrzenie w szkole, ten uśmiech. Później, kiedy przemierzaliśmy naszym land roverem Akrę, wydawało mi się, że wszędzie ją widzę. Budziłam się w nocy, widząc ją we śnie, taką brudną, pracującą przy poszukiwaniu miedzianych elementów. Nie dawało mi to spokoju.
— Jak myślisz, czemu zapadła ci tak w pamięć? — zapytałem.
— Powiedziałam ci wcześniej, że była zwyczajna jak miliony Afrykanów, ale to nie prawda. Większość z nich żyje z dnia na dzień. Zarabiają, żeby przetrwać kolejny dzień. Zapełnić czymś brzuch. Dać rodzinie coś do jedzenia. Nie myślą zbytnio, co zrobić, by polepszyć swój byt. Kopiują życie innych dookoła. Można powiedzieć, że bieda i nędza są tam w modzie. Czekają, aż ktoś coś da, zaoferuje gotowe rozwiązanie. „Opłacę ci szkołę” — powiesz im. „O, to świetnie, to chyba pójdę” — odpowiadają. Ona robiła coś więcej, coś ponad to… Ona miała marzenia, ale nie tylko. Ona je też realizowała. I dlatego nie była zwyczajna. Jej horyzonty myślowe wykraczały poza typowe nastawienie w jej środowisku. — Nie wiedziałem, że w Annie drzemią takie przemyślenia. — Koszmary zaczęły mnie męczyć każdej nocy. Pomyślałam, że muszę ją odnaleźć. Nie wiedziałam dokładnie, po co. Nie wiedziałam, czy mogę lub… czy na pewno chcę jej pomóc. Ale coś mi mówiło, że powinnam ją odnaleźć. W końcu pojechaliśmy jej poszukać. Pomyślałam, że najlepiej zacząć od szkoły, w której ją spotkałam pierwszy raz. Poszłam do jej klasy. Jak zawsze było gorąco, a ciepły wiatr zmieszany z piachem nawiewał do klasy, która miała teraz szeroko otwarte okna i drzwi. Trwała lekcja. Stałam tam przez chwilę, patrząc na ten obcy mi obraz, tak różny od tego, co znamy. Bo przecież żyjemy w czasach, kiedy nauczyciel ma tablice interaktywne. Uczniowie maja książki, zadania i tym podobne w tabletach. Tam świat był w innej epoce. Młodzież siedziała przy z trzeciej lub czwartej ręki starych ławkach. Brakowało kredy do pisania na tablicy, a dzieci korzystały z kilku wyraźnie zmęczonych i poturbowanych życiem podręczników, poza tym dość okrojonych w treść. „Mogę w czymś pomóc?” — zapytał mnie dość wysoki, czarnoskóry nauczyciel z grubymi, plastikowymi okularami oraz długim kijem w dłoni przypominającym wskaźnik. „Tak. Szukam młodej dziewczyny. Spotkałam ją, kiedy byłam tu ostatni raz. Ma na imię Akos”. W pomieszczeniu rozległ się śmiech, bo to popularne imię i w klasie jest kilka takich dziewczyn. Szybko się domyśliłam, w czym problem, i dodałam: „Miała czarno-czerwoną chustę w żyrafy i słonie na głowie. Może ktoś ją kojarzy?”. — Zgłosiła się młoda dziewczyna: „Ona już tu nie przychodzi” — powiedziała. „Wiesz, gdzie mogę ją znaleźć?” — zapytałam. Powiedziała, że w szpitalu. Zapytałam, w którym i uzyskałam odpowiedź, że prawdopodobnie w Tema Polyclinic. Ustaliłam też, że jej nazwisko to Appiah.
— I co było dalej — pytałem wyraźnie podekscytowany jej opowiadaniem — odnalazłaś ją?