Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Życie Dominika, polskiego emigranta w niewielkim angielskim miasteczku, toczy się spokojnym, przewidywalnym torem. Los sprawia, że pewnego dnia mężczyzna staje się świadkiem napadu na bank, a następnie zostaje uprowadzony w charakterze zakładnika.
Kolejne dni pokazują, że zarówno porywacz, jak i jego ofiara niezbyt precyzyjnie odgrywają przypisane im role…
„W pułapce sprawiedliwości" to wciągająca powieść sensacyjno-obyczajowa, która udowadnia, że spotykane osoby nie pojawiają się na naszej drodze przypadkowo, a motywy ich postępowania nigdy nie przedstawiają się jedynie w czarnym lub białym kolorze.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 143
Rok wydania: 2024
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Copyright © Damian Jopa, 2024
Wszelkie prawa zastrzeżone | All rights reserved
Książka ani żadna jej część nie może być publikowana
w jakiejkolwiek formie bez wcześniejszej pisemnej zgody
autora. Dotyczy to także fotokopii i mikrofilmów oraz
rozpowszechniania za pomocą nośników elektronicznych.
Niedozwolone jest także odczytywanie książki w środkach
publicznego przekazu bez pisemnej zgody autora.
Projekt okładki: Dominika Caddick
Redakcja: Ada Johnson
Korekta: Katarzyna Dańska
Zdjęcie autora na okładce: Joanna Jędrzejek
Skład i łamanie: Gabriel Wyględacz – Studio Akapit
isbn: 978-83-970935-9-1 (dla wersji elektronicznej)
Wydanie I, 2024
Firma Wydawnicza DC Books
e-mail: [email protected]
Szanuj pracę autorów, tłumaczy, redaktorów, korektorów
i wydawców. Korzystaj tylko z legalnych źródeł.
Dedykuję tę książkę swojej siostrze Ewie,
która spoczywa już w pokoju…
– niech światło prowadzi Cię dalej! –
oraz wszystkim duszyczkom
wspierającym mnie w procesie tworzenia.
Pragnę również podziękować całemu zespołowi,
bez którego to dzieło, drogi Czytelniku,
nie znalazłoby się w Twoich rękach
Wszystko ma jakiś morał,
pod warunkiem, że umiesz go znaleźć
– Lewis Carroll
Obudził mnie dźwięk przejeżdżającego w pobliżu motocykla. Kaszlący silnik najwyraźniej usiłował uświadomić właścicielowi, że jego pojazd powinien już przejść na emeryturę.
W ostatnim czasie poranki wyglądały bardzo podobnie: przypadkowa pobudka spowodowana jakimś hałasem z zewnątrz, a potem kilkugodzinna próba zwleczenia ciała z łóżka, wypełniona przeglądaniem głupkowatych filmików na Facebooku lub graniem w bezsensowne gry. Odkąd rzuciłem dobrowolne niewolnictwo – bo tak nazywałem każdą pracę – tradycyjny budzik nie istniał w moim życiu. Nazywałem to wolnością, choć nie każdy rozumiał mój styl życia. Gdyby nie pełny pęcherz i głód, nie wiadomo, czy w ogóle wstawałbym z łóżka, aby cieszyć się dniem.
W Daventry zamieszkałem osiem lat temu. Przeprowadziłem się do Wielkiej Brytanii za sprawą mojej siostry Eweliny. Jeszcze wtedy nie wiedziałem, że zostanę tu tak długo. Chciałem tylko zarobić kilka funtów, a potem wrócić do ojczyzny. Jak się okazało później, nie byłem jedyną ofiarą lepszych zarobków i łatwiejszego życia za granicą.
Na zewnątrz widać było ciemne chmury. Krople deszczu delikatnie muskały okna, jakby chciały napisać na szybie jakąś miłą wiadomość każdemu mieszkańcowi miasta. Słońce postanowiło dłużej pospać i nie zamierzało podnosić ciemnej pierzynki z chmur. Pomimo wiosny można było pomyśleć, że zaczyna się jesień.
W taką pogodę zawsze miałem zły humor. Od pewnego czasu pracowałem nad sobą, by widzieć świat w jaśniejszych kolorach. Czasem pomagało przywołanie krążącego po Internecie cytatu: „W życiu nie chodzi o czekanie, aż burza minie. Chodzi o to, by nauczyć się tańczyć w deszczu”. Dzisiejszego ranka to nie zadziałało. Wraz ze mną obudził się też Pan Maruda, przypominając od razu słowa mojej znajomej: „To ja jednak sobie poczekam pod kocykiem”. Dziś zadziałał na mnie inny motywator: za półtorej godziny spodziewałem się gościa.
Tradycyjnie zacząłem dzień od porannej toalety. Tym razem jednak do codziennego rytuału dołączył proces golenia. Mój zarost przypominał bardziej młodzieńcze piórka niż szorstką męską szczecinę. Patrząc na swoje odbicie w lustrze, miałem wrażenie, że przygląda mi się jakiś imprezowicz, który właśnie przebudził się po ostrej, kilkudniowej balandze. Faktem natomiast było, że wbrew zbliżającej się trzydziestce wydawałem się o wiele młodszy. Kilkanaście lat temu sytuacja prezentowała się całkiem inaczej. Jako nastolatek byłem otyły i zaniedbany, przez co wyglądałem na starszego, niż wskazywała metryka. To natomiast skutkowało tym, że rówieśnicy często wysyłali mnie do sklepu po alkohol i papierosy. Nikt ze sprzedawców nie pytał mnie nigdy o dowód osobisty. Aż się dziwię, że byłem wtedy z tego powodu taki szczęśliwy. Składam to na karb młodzieńczej przywary, objawiającej się tym, że nastolatkowie czują niezrozumiałą ekscytację, kiedy ktoś traktuje ich jak osoby dorosłe.
Teraz odczuwałem dumę ze swojej przemiany, chociaż – jak chyba każdego – wciąż dopadało mnie czasem poczucie niedowartościowania. Być może zbyt często.
Kolejnym porannym rytuałem było przygotowywanie mikstur. To właśnie dzięki nim – a przynajmniej tak sądzę – zachowuję swój młodzieńczy wygląd i smukłą sylwetkę. Najpierw wypiłem wodę z cytryną i imbirem, a potem mocny szot z octu jabłkowego domowej roboty.
Kiedy już zakończyłem ten ceremoniał, spojrzałem krytycznie na mieszkanie. Byłem zaprzysięgłym fanem porządku. Irytowało mnie to, że mimo regularnego sprzątania na podłodze pojawiają się jakieś paprochy, a na meblach osiadają drobinki kurzu. Czasem myślałem, że jeszcze trochę i wszelkie żyjątka nielegalnie zamieszkujące to mieszkanie postanowią same się wyprowadzić. Ewelina nabijała się ze mnie, gdy wpadałem w szał sprzątania. Mówiła, że chyba jeszcze nie widziałem brudnego domu. Namawiała jednocześnie, abym wyluzował i nie stwarzał sam sobie problemów, a stanę się szczęśliwszy.
Cóż, czasem nawet miałem ochotę się z nią zgodzić.
Założyłem dżinsy i koszulkę z napisem I’ve been called a lot of names in my lifetime but UNCLE is my favorite – prezent od szkrabów mojej siostry.
Wróciłem do kuchni i wyjąłem z szafki dwa kubki, aby wsypać do nich kawy. Jakby miało to zaoszczędzić co najmniej trzy czwarte mojego życia! Dysponowałem sporą kolekcją kubków, ale te dwa należały do moich ulubionych. Różniły się kształtem, za to łączył je motyw wielobarwnych motyli. Oba dostałem od Wiktorii, którą często przedstawiałem znajomym jako kuzynkę. W rzeczywistości była siostrzenicą mojego szwagra. Gdy przyjechałem na Wyspy, Wiktoria była jedną z osób, które pomagały mi stawiać pierwsze kroki w obcym kraju. Później stała się również towarzyszką imprez, a skończyła w roli przewodnika mojego wewnętrznego rozwoju. Ludziom często wydawało się, że jesteśmy rodzeństwem. Trudno było wytłumaczyć, jakie relacje faktycznie nas łączyły, więc przedstawialiśmy się jako kuzyni. Tak było prościej i naturalniej. Choć nie istniały między nami więzy krwi, czuliśmy się rodziną.
Wkrótce usłyszałem pukanie do drzwi.
– Już jestem! – Iza jak zawsze promieniała. Jej uśmiech wpływał na mnie tak pozytywnie, że momentalnie zapominałem o wszystkim innym.
– Co pijesz? – W zasadzie umawialiśmy się na małą czarną, ale to było wczoraj, przecież wiele mogło się zmienić. Zauważyłem też, że to pytanie miałem już zakodowane, tak jakbym podchodził do postaci w grze i po raz kolejny słuchał zaprogramowanej frazy. – Przepraszam za bałagan – dodałem.
– Poproszę o kawę. – Najpewniej kwestia niewidocznego bałaganu już ją znudziła, więc postanowiła ją przemilczeć.
Gdy przygotowałem nasz napój bogów, przyniosłem kubki do salonu. Usiedliśmy na kanapie, którą niegdyś udało mi się zakupić za butelkę wina. Jakiś czas się z Izą nie widzieliśmy, więc najpierw musieliśmy nadrobić wszystkie plotki dotyczące towarzystwa, w którym się oboje obracaliśmy. Do standardowych elementów naszych spotkań należała też sesja tarota. Iza wyjęła karty, ponieważ stwierdziła, że czas najwyższy odkryć, co czeka mnie w nadchodzących miesiącach.
– Zadaj pytanie i wybierz kartę – nakazała.
Swoim zwyczajem wybrałem tę, która najbardziej wpadła mi w oko.
– No, no, no! – rzekła z uznaniem. – W niedalekiej przyszłości czeka cię nowa znajomość, która może otworzyć ci furtkę do lepszego życia. Na początku ta relacja będzie dość burzliwa. Od ciebie zależy, w jakim kierunku się potoczy. Chcesz sprawdzić coś jeszcze? – Wzięła łyk kawy i spojrzała na mnie z pytającą miną.
– Dziękuję, nie trzeba – odpowiedziałem.
Dałbym sobie głowę uciąć, że rzeczywiście pomyślałem wtedy o tej przepowiedni jako wystarczającej i satysfakcjonującej. Jakbym właśnie poznał odpowiedź na wszystkie nurtujące mnie pytania. Mam jednak obawy, że straciłbym głowę, w końcu pamięć bywa ulotna.
Iza nie próbowała mnie namawiać. Dopiła swoją kawę, spakowała karty, po czym oznajmiła, że musi lecieć, bo za godzinę ma klienta na masaż.
Zamknąwszy za nią drzwi, postanowiłem, że resztę dnia spędzę produktywnie.
W czasie ostatnich urodzin w mojej głowie powstał plan stworzenia własnych, naturalnych kosmetyków. Zdecydowałem wówczas, że dystrybucja odbywać się będzie jedynie w gronie najbliższych. Chciałem uniknąć poczucia obowiązku, a motorem moich działań miała być jedynie przyjemność z uszczęśliwiania osób, które wytrwale stały u mojego boku. Utworzyłem też na popularnym portalu społecznościowym grupę, na której ochoczo chwaliłem się zaprojektowanymi przez siebie produktami. Właśnie poprzez tę społeczność poznałem Izę.
Chciałem zrobić coś pożytecznego, więc postanowiłem, że uzupełnię zapasy kosmetyków w łazience. Zacząłem od przewertowania stron internetowych w poszukiwaniu domowego przepisu na stworzenie naturalnego szamponu do włosów. Moją uwagę przykuły dwie receptury; zdecydowałem się wypróbować obie. Postanowiłem, że tym razem nie będę niczego zmieniał w oryginalnych przepisach. Niestety, nie byłem zadowolony z ostatecznego efektu, szampon w ogóle się nie pienił, w dodatku zapach nie zachwycał. To jedynie potwierdziło moje przekonanie, że nic nie może zastąpić intuicyjnego eksperymentowania.
Nieco rozczarowany swoją kosmetyczną twórczością udałem się do kuchni, by przyrządzić obiad. Tu poszło mi znacznie lepiej i już wkrótce mogłem się delektować pysznym wegetariańskim spaghetti bolognese z czymś, co miało imitować mięso mielone.
Trochę poprawił mi się humor, więc wróciłem do robienia kosmetyków, choć tym razem w oparciu o własne receptury. Następne godziny upłynęły mi na tworzeniu kremu do twarzy o zapachu drzewa sandałowego oraz kremu do golenia na bazie oleju kokosowego i mydła kastylijskiego.
Jakież było moje zdziwienie, kiedy po skończonej pracy zobaczyłem, że za oknem pojawił się księżyc! W bloku naprzeciwko światło paliło się tylko w jednym oknie. W następnej chwili pojedynczy świetlik zgasł, jakby przyłapany na gorącym uczynku. Tym samym zamknęły się wszystkie oczy budynku.
Nie byłem jeszcze bardzo senny, ale przebrałem się w piżamę i położyłem do łóżka. Spokojnie czekałem na kojące objęcia Morfeusza.
*
Słyszałem, że są tuż za mną i doskonale wiedzą, gdzie jestem.
Las był otulony mgłą, z ziemi wystawały korzenie. Wyglądały jak ręce trupów przysypanych glebą. Chciały chwycić jakiegoś nieszczęśnika i wciągnąć go do swojej krypty, by już nie leżeć samotnie wśród gromady robaków. Te zaś niecierpliwie czekały na kolejną porcję mięsa, by wyżywić całą rodzinę.
Biegłem ile sił w nogach, w zasadzie nie wiedząc, dokąd i w jakim kierunku. Pędziłem na tyle uważnie, że ominąłem każdą napotkaną przeszkodę, tak jakbym to ja celowo je tam poumieszczał i zapamiętał, w którym miejscu je zostawiłem.
Nade mną był zielony liściasty dach, uformowany przez korony rosłych drzew tak, jakby chciały zasłonić resztki światła i nie pozwolić uciekinierowi opuścić leśnego labiryntu.
Nagle spomiędzy drzew wyłonił się tęgi mężczyzna z pozbawioną włosów głową i spiczastym nosem. Widziałem jego złowrogi uśmiech ułożony z ostrych jak brzytwa białych zębów. Z wyglądu przypominał trochę Gru z filmu o minionkach, jednak nie prezentował się tak przyjaźnie. Zaczął się nade mną unosić lekko jak latawiec, chociaż nie miał skrzydeł. Jego złowieszcza twarz przybliżała się do mojej coraz bardziej, a kiedy przestrzeń pomiędzy nami sięgnęła zaledwie milimetrów, na kilka sekund ogarnęła mnie ciemność.
Znalazłem się w tajemniczej sali, w której na samym środku umieszczono ogromny, prostokątny stół. Mebel zastawiony był różnymi ciężkimi naczyniami, wyglądającymi jak z epoki średniowiecza. Przy stole siedziało kilkanaście osób, ale żadna z nich nawet nie poruszyła głową w moim kierunku. Tak jakbym był niewidzialny lub w ogóle nie istniał. Przed każdą postacią ułożono pokryty miedzią talerz z dekoracyjnymi złoceniami i sztućce do kompletu oraz ustawiono masywny kielich, przypominający ten, którego używają księża w Kościele katolickim podczas eucharystii. Każdy z gości siedział w milczeniu i pełnym oczekiwania skupieniu, jakby za chwilę miał się pojawić kelner z tacą i spoczywającą na niej upieczoną świnią z wetkniętym do ryja jabłkiem, a zaraz za nim następny – z winem, którym wypełniłby po brzegi puchary wszystkich obecnych.
Pomyślałem, że coś takiego być może ożywiłoby towarzystwo i zapoczątkowało jakieś rozmowy. Nic takiego jednak się nie wydarzyło. Blat stołu nadal świecił pustą zastawą, drwiąc z głodujących uczestników przedstawienia.
Nagle, jak za sprawą czarodziejskiej różdżki, mnie olśniło. Przecież wszystkie te postacie były zaangażowane w polowanie na moje życie! Na dowód tego wśród siedzących przy stole zauważyłem Gru! Poczułem przejmujący ucisk w gardle, jednak zamiast strachu zaczęła we mnie rosnąć krwiożercza złość. Nie potrafiłem jej stłumić. Moje ciało poddało się kontroli potężnej siły, domagającej się sprawiedliwości.
Chwilę później znalazłem się przy stole, a moja ręka chwyciła najcięższy spośród znajdujących się tam przedmiotów. Zamachnąłem się najmocniej, jak potrafiłem, i z wielką siłą zacząłem po kolei rozłupywać czaszki osobom, które śmiały zagrozić mojemu istnieniu. Byłem zarówno zamachowcem, jak i obserwatorem tej krwawej sceny. Jednocześnie wydawało się, że w obu rolach nie miałem żadnego wpływu na zaistniałą sytuację.
Furia, która zawładnęła moim ciałem, nie odpuszczała ani trochę, co skutkowało systematycznym zmniejszaniem się liczby żywych osób na sali. Ku mojemu zaskoczeniu żadna z ofiar nie próbowała się bronić ani uciekać. Zrozumiałem, że zebrani przy stole wcale nie czekali na świniaka, tylko na mnie i na to, co miałem zrobić.
Dotarłem do ostatniej trójki przyszłych nieboszczyków. Były to same kobiety. Z oczu jednej z nich ciekły łzy, a na twarzy widać było coś w rodzaju skruchy. Opuściła głowę i spojrzała na zwłoki mężczyzny po swojej prawej stronie. Nie wiem, jakim sposobem, ale wiedziałem, że był to jej mąż.
– Nie dziwię się, że tak postąpił. Po tym, co mu robiliśmy przez te wszystkie lata – powiedziała, a mnie zaczęły ogarniać poczucie winy, rozpacz i strach. Byłem jak matka, która działając w afekcie, zabiła swoje dzieci, a potem, wyrwawszy się z amoku, nie może uwierzyć w to, co zrobiła.
W tym momencie kobieta spojrzała na mnie ponownie, a ja zdałem sobie sprawę, że jej słowa nie były prawdziwe i że zostałem oszukany. Bez wahania podniosłem rękę, aby dokończyć to, co przed momentem zacząłem…
Obudziłem się – bez strachu i jakiegoś wielkiego zdziwienia, jakbym po prostu miał dość uczestniczenia w tamtej scenie. Ostatnio moje sny właśnie tak wyglądały. Za Chiny Ludowe nie potrafiłem ich zinterpretować, ale wiedziałem, że wszechświat usiłuje mi coś przekazać.
Zegar wskazywał godzinę ósmą. Nigdzie mi się nie spieszyło, więc sięgnąłem po telefon i przekręciłem się na drugi bok.
Jak każdego ranka sprawdziłem te same aplikacje, na sam koniec pozostawiając przejrzenie Messengera. To przy nim zazwyczaj spędzałem dłuższą chwilę. Na ekranie widniało kilka wiadomości. Jakieś mało interesujące filmiki, wcale nie śmieszne żarty, pozdrowienia od najbliższych oraz przypomnienie o dzisiejszej zabawie, która miała odbyć się w tak zwanym community centre. Jakoś nieszczególnie chciało mi się w niej uczestniczyć, pocieszałem się jednak myślą, że gdy idę na imprezę z takim nastawieniem, potem zazwyczaj świetnie się bawię i nie żałuję, że dałem się namówić. Zresztą – czy ostatnio czegokolwiek żałowałem?
Po jakimś czasie zwlokłem się z łóżka, by przygotować kilka przystawek na imprezę. Wymyśliłem je w trakcie ostatnich zakupów spożywczych.
Z lodówki wyjąłem potrzebne produkty i zabrałem się do pracy. Wtedy przypomniało mi się, że miałem zadzwonić do koleżanki, by obgadać wspólne wyjście.
– Siemka, jak leci? – Ewa odebrała w ciągu kilku sekund. W jej głosie słychać było zadyszkę.
– Hej. Mam nadzieję, że nie przeszkadzam – rzuciłem żartobliwie. – Na którą się umawiamy?
– Może o dwudziestej czterdzieści pięć? – zaproponowała. Przeszło mi przez myśl, że złapałem ją w trakcie ćwiczeń. – Podjadę po ciebie i pojedziemy prosto na miejsce. Chyba że mam cię przedtem gdzieś podrzucić?
– Nie, nic z tych rzeczy. Chciałem tylko się upewnić, że o mnie nie zapomniałaś – odparłem, a ona parsknęła w słuchawkę.
– O tobie? Coś ty, przecież nie może zabraknąć gwiazdy wieczoru!
– Bardzo śmieszne – skwitowałem, nie wiedząc jeszcze, że ma trochę racji. – Okej, w takim razie do zobaczenia.
Już miałem wrócić do gotowania, gdy poczułem, że czegoś mi brakuje. Poszukałem bezprzewodowego głośnika i połączyłem go ze swoją komórką. Za chwilę popłynęły pierwsze takty piosenki Rebel Heart i Madonna zaczęła swój wywód:
Żyłam jak masochistka.
Ojciec mówił mi: „A nie mówiłem, a nie mówiłem?
Dlaczego nie możesz być jak inne dziewczyny?”.
Ja na to: „O nie, nie jestem jedną z nich.
I raczej nigdy nie będę”.
Kroiłem pieczarki, kręcąc biodrami. Pomijając fakt, że nie byłem dziewczyną, praktycznie cała reszta była o mnie. Gdy z głośnika wyleciały słowa: Cholera! To właśnie ja. Jestem tam, gdzie powinnam być,pomyślałem, że to najprawdziwsza prawda i sam nie zmieniłbym kompletnie nic w swojej przeszłości, bo przecież doprowadziła mnie do momentu, w którym teraz byłem.
W całym domu pachniało smażoną cebulą z czosnkiem. Zapewne wszyscy sąsiedzi słyszeli moje wycie, wtórujące pięknym i modulowanym głosom gwiazd, wykonującym swoje repertuary. Przeleciało mi przez głowę, że przechodzący obok mojego okna ludzie muszą mieć niezły ubaw, widząc gościa tańczącego w szlafroku i śpiewającego do łyżki jak do mikrofonu. Ani przez moment nie zapragnąłem, aby zasłonić im te widoki. Jak to śpiewał Freddie Mercury: Show must go on.
Tematem przewodnim wieczornej imprezy były maski, zaś strój miał być po prostu wieczorowy. Zaczął się więc najtrudniejszy etap przygotowań, a mianowicie wybór odzienia. Musiałem się tak odpicować, by powalić wszystkich na kolana.
Kręciłem się przy szafie dobrą godzinę. Przymierzałem każdy ciuch i próbowałem dopasować do niego resztę garderoby. Nic do mnie nie przemawiało. Zrezygnowany usiadłem na łóżku i sięgnąłem po telefon, by poinformować Ewę, że nici z dzisiejszego wspólnego wyjścia. Wiedziałem jednak, że muszę skłamać, ponieważ jeśli podam jej prawdziwy powód swojej decyzji, to wtargnie tu przed umówioną godziną, wybierze pierwsze lepsze szmaty i łaskawie ofiaruje dziesięć minut na przyszykowanie się.
Nagle przypomniało mi się, że przecież pod łóżkiem trzymam kostiumy zakupione na Halloween, a wśród nich – przebranie w stylu vintage. Kreacja składała się z czerwonego fraka z czasów wiktoriańskich, czarnej peleryny z kapturem, smolistego kapelusza oraz plastikowej, składanej laski z ozdobną gałką. Musiałem tylko dobrać do tego odpowiednie spodnie i założyć swoje słynne kruczoczarne, wiązane buty do kolan. No i nie zapomnieć o masce!
Byłem gotowy na długo przed umówioną godziną. Spakowałem do torby alkohol i przygotowane wcześniej przystawki. Czekałem na koleżankę, popijając kawę, by nie zasnąć w międzyczasie. Nigdy nie byłem zbyt cierpliwy, jeśli chodziło o wyczekiwanie kogoś. Całe szczęście Ewa zadzwoniła właśnie wtedy, gdy wypiłem ostatni łyk.
– Gotowy na całonocne skakanie przy muzyce i namiętne upajanie się drinkami? – W jej głosie słychać było ekscytację. Oczami wyobraźni widziałem, jak wierci się na swoim fotelu, jakby siedziała na pinezkach.
Podszedłem do okna i zobaczyłem jej auto.
– I to jeszcze jak, zresztą sama zaraz zobaczysz – odpowiedziałem, chwytając torbę.
– W takim razie się pospiesz – ponagliła. – Zastanawiam się, dlaczego jeszcze cię tu nie ma!
– Już biegnę!
Mnie też zaczęła ogarniać ekscytacja. Wyfrunąłem z domu, zamykając za sobą drzwi na klucz.
Idąc do samochodu, musiałem uważać, aby moje kulinarne wysiłki nie poszły na marne. Torba nie ważyła dużo, ale przez to, że ułożyłem jedzenie w obszernych pojemnikach, miała nieporęczny kształt. Gdyby przyszło mi dostarczyć ją do miejsca docelowego pieszo, pewnie musiałbym potem powtórzyć kąpiel.
Na widok mojej kreacji Ewa gwizdnęła z uznaniem.
– Il n’est pire eau que l’eau qui dort*. Mówiłam, że nie może cię zabraknąć na tej imprezie. Jedziemy! – zawołała wesoło i ruszyła z piskiem opon. Chyba wszyscy moi sąsiedzi mieli się dowiedzieć, że tego wieczoru zaszaleję.
* Il n’est pire eau que l’eau qui dort (franc.) – Cicha woda brzegi rwie
Gdy dojechaliśmy na miejsce, Ewa poinformowała mnie, że zostawi samochód na parkingu i odbierze go następnego dnia. Miała ochotę zabalować.
